Pacyński: Pra-Cheney

[2007-11-18 11:29:28]

"Jest to najmniej znaczące stanowisko, jakie człowiek mógł tylko wymyślić". Tak pisał, krótko po swojej inauguracji na urząd pierwszego wiceprezydenta Stanów Zjednoczonych, John Adams do swojej żony. Być może jeden z najwybitniejszych założycieli nowego państwa, a później drugi jego prezydent, nie zdawał sobie sprawy, jak trafnie, w krótkim, gorzko-ironicznym zdaniu, nie tylko określił swoją pozycję polityczną, ale i przewidział miejsce prawie wszystkich swoich następców na peryferiach amerykańskiego systemu władzy.

Przedmiotem najcięższych sporów, zaraz po samym zakresie władzy federalnej, toczonych między sobą twórcy konstytucji, była instytucja prezydenta. W samej kwestii jego utworzenia nie usłyszano bodaj jednego głosu sprzeciwu. Prezydent miał być, co akcentowali przedstawiciele wszystkich zebranych frakcji, antytezą króla. Jednakże, mimo podkreślanych na każdym kroku republikańskich intencji, jeden z obozów pragnął go obdarzyć prerogatywami niemalże elekcyjnego króla: wybieranego dożywotnio przez Kongres, posiadającego pełnię władzy wykonawczej, a także możliwość oddalania każdej uchwały legislatury. Druga, bardziej demokratycznie nastawiona frakcja, postulowała wprowadzenie okresu sprawowania funkcji oraz, przy pozostawieniu administracji w rękach szefa państwa, wprowadzić równowagę między poszczególnymi organami władzy.

Na skutek zawartego kompromisu prezydent został wprawdzie obdarzony znaczną, ale ograniczoną władzą, i miał sprawować urząd tylko cztery lata (na skutek precedensu ustawionego przez Waszyngtona, mógł być wybrany tylko raz, choć nie był to żaden wymóg formalny).

Tymczasem koncepcjom wiceprezydentury nie poświęcono większej uwagi. Jego jedynym obowiązkiem było przewodniczenie obradom Senatu, ale bez prawa głosy za wyjątkiem równego podziału głosów (co oczywiście zdarzało się i zdarza bardzo rzadko). Przez dziesiątki lat żaden z wiceprezydentów nie uczestniczył w posiedzeniach gabinetu, nie powierzano mu żadnych dodatkowych misji, którymi prezydent hojnie zwykł obdarzać innych współpracowników. Do lat 80. zeszłego wieku nie był nawet dopuszczany do zastępowania chorego prezydenta, do czego konstytucja gwarantowała mu pełne prawo.

Prowadziło to do kuriozalnych sytuacji kiedy formalnie druga osoba w państwie zamiast znajdować się w głównym nurcie wydarzeń politycznych, spędzała całe miesiące na kierowaniu swoją tawerną (jak Richard M. Johnson), dokańczaniu studiów prawniczych (Theodore Roosevelt) lub wymyślania trafnych bon-motów na temat swego położenia, jak Thomas R. Marshall, który miał co prawda do dyspozycji własny gabinet w Białym Domu, ale nic do roboty. "Kiedy natykam się na gości zwiedzających Biały Dom patrzą na mnie jak na małpkę z klatce" - zawierzał się, dodając zaraz: "niestety, nie rzucają mi orzeszków".

John Nance Garner wyraził się jeszcze bardziej dosadnie, twierdząc, iż wiceprezydentura nie jest warta tego, aby na nią naszczać.

Na tle tych wszystkich wiceprezydentów, zabijających czas zdobywaniem dyplomów czy troską o zaopatrzenie dla tawerny, tym bardziej wyróżniają się tak zwane wyjątki potwierdzające regułę. Chodzi oczywiście o tych wiceprezydentów, którzy na przekór tradycji oraz braku oparcia w systemie dla swej formalnej pozycji, odgrywali ogromną rolę w Białym Domu.

Martin Van Buren, wiceprezydent u boku Andrew Johnsona, już wcześniej zdołał zaskarbić sobie szczególne względy szefa. Było mu o tyle łatwiej, gdyż to on był faktycznym twórcą Partii Demokratycznej, architektem jego sukcesu wyborczego. Uznawanym za pierwszego zawodowego "politykiera", który dzięki poparciu sterowanej przez siebie z czarodziejską zręcznością machiny, Van Buren zdołał osiągnąć szczyt kariery. W tym wypadku było nim objęcie schedy po Jacksonie.

Henry'emu A. Wallace'owi, następca złotoustego Garnera w administracji Franklina D. Roosevelta, prezydent powierzył wiele istotnych zadań związanych w czasie drugiej wojny światowej. Lojalny zastępca, który przedtem służył mu jako sekretarz rolnictwa i jeden z ojców New Dealu, miał jednak niewybaczalną wadę, która polegała na jego niezależności (mimo wierności Rooseveltowi, z którym osobiście był w głębokiej przyjaźni) oraz lewicowych poglądach. Doprowadziło to do jego wyeliminowania z listy wyborczej w 1944 roku i zastąpienia bardziej konserwatywnym Trumanem.

Walter Mondale był politykiem młodszym, ale bardziej doświadczonym i wtopionym w establishment niż jego szef, Jimmy Carter, który miał za sobą zaledwie staż na stanowisku gubernatora prowincjonalnego stanu, podczas gdy jego zastępca zasiadał w Senacie. Carter obdarzył pełnym zaufaniem Mondale'a, który został jednym z najbliższych doradców prezydenta w kwestii polityki zagranicznej czy zasad poruszania się po skomplikowanym labiryncie władzy federalnej. Podkreślano przy tym, że mimo swej niezwykłej pozycji Mondale nigdy nie jej nie nadużył, ani też nie wykroczył pora ramy, które określiły rozbudowane stosunki z prezydentem, w stosunku do którego zachował lojalność.

George H. W. Bush został kandydatem u boku Reagana dopiero w ostatniej chwili, kiedy Gerald Ford odrzucił proponowane mu miejsce na liście. Mimo późniejszego wielokrotnego podkreślania swego "reaganizmu", zdążył zaleźć mocno Reaganowi za skórę w czasie prawyborów, kiedy nieustannie atakował go właśnie za to, co reaganizmem ochrzczono (skrajny konserwatyzm, ignorancję w stosunkach ze światem, społeczny reakcjonizm, etc. etc.)

Podobnie jak swój poprzednik, Mondale, Bush zdecydowanie przewyższał swym experience factor byłego aktora. Był w końcu kongresmanem (w tym czasie opowiadał się nawet za prawem do przerywania ciąży, o czym później musiał zapomnieć), ambasadorem przy ONZ i w Pekinie, dyrektorem CIA, szefem komitetu Partii Republikańskiej - czyli osobnikiem obeznanym z pracą legislacyjną, dyplomatyczną, partyjną i administracyjną. Nie należy też zapominać o jego rodzinnych powiązaniach z establishmentem, czym urodzony w biedzie Reagan pochwalić się nie mógł.

Być może właśnie z uwagi na kontakty Bush był nie tylko jednym z głównych doradców Reagana, jego osobistym ambasadorem, a także łącznikiem z aparatem (niektórzy twierdzili nawet, że nadzorcą prezydenta z jego ramienia). Pozostawał jednak na tyle w cieniu Reagana, że nie spadło na niego odium afery Iran-Contras, w którą był zamieszany.

Bill Clinton od początku, co sam przyznawał i co potwierdzali jego najbliżsi współpracownicy, chciał uczynić swego wiceprezydenta, Ala Gore'a, pełnoprawnym partnerem w sprawowaniu władzy. O ile żaden prezydent chętnie nie podzieli się władzą, nawet z drugim wybrańcem narodu, o tyle wpływy Gore'a w Białym Domu były istotnie ogromne.

Wielka władza Dicka Cheneya jest tajemnicą poliszynela. Wielu skłonnych jest nawet twierdzić, iż to on, a nie ograniczony Bush, trzyma rękę na sterze rządów i podejmuje najważniejsze decyzje. Jeżeli już odrzucimy tę tezę, to nie ulega wątpliwości, iż jest faktycznie osobą "drugą po Bogu". Kiedy mianowano w 2000 roku byłego szefa kancelarii Forda, kongresmana i sekretarza obrony kandydatem, nie było zdziwienia tylko powszechne komentarze, iż jest wysłannikiem aparatu partyjnego, aby otoczyć należytą "opieką" gubernatora Teksasu.

Na tej krótkiej liście znaczących wiceprezydentów zabrakło jednego nazwiska. Chodzi o jednego z najmniej znanych polityków, jacy kiedykolwiek piastowali ten urząd, ale zarazem jednym z najbardziej wpływowych, którego korzenie, rola i sposób działania jako żywo przywodzą na myśl tę, którą odgrywali Bush czy Cheney. Dziś, kiedy obecny wiceprezydent stoi pod groźbą usunięcia z urzędu, głównie za sposób, w jaki wykorzystuje swą silną pozycję, warto przypomnieć tę postać.

Przeciętny Amerykanin, zapytany czy potrafi z miejsc wyrecytować listę wszystkich 46 wiceprezydentów, zapewne uchyliłby się od odpowiedzi. Ale nawet ci, którzy są obeznani z historią polityczną swego kraju, mogliby nie wiedzieć za bardzo co rzec na pytanie, co wiedzą o Garrecie Hobarcie. Szkoda. Chodzi przecież o osobę, która ustanowiła swego rodzaju precedens, jakiego rozkwit oglądamy dzisiaj.

Urodzony w 1844 roku Garret Augustus Hobart pochodził z New Jersey i z tym stanem związał swoje życie i karierę.

Podobnie jak Bush i Cheney zaczynał nie od aktywnej polityki, ale biznesu i praktyki prawnej. W amerykańskiej rzeczywistości nic tak nie ułatwia później startu do władzy jak nawiązanie kontaktów wśród wpływowej finansjery i palestry. Do dziś wielu sekretarzy departamentów, szefów agencji, przechodzi do służby państwowej wprost z kancelarii czy korporacji, które potem przyjmują go z powrotem na swoje łono. Można by wymieniać dziesiątki nie zajmujących żadnego stanowiska obieralnego osób, które tą drogą zajęły wpływowe fotele: Robert McNamara, Douglas Dillon, William J. Perry. Tylko że owa tradycja jest głęboko zakorzeniona.

Tym samym Hobart zdołał zgromadzić ogromną fortunę jako przemysłowiec i prawnik. Jego majątek i znajomości z równie zamożnymi republikańskimi bossami politycznymi, którzy trzęśli całym stanem. Od nich droga prowadziła jeszcze wyżej: do bossów ogólnokrajowych.

Kariera polityczna Hobarta przed objęciem wiceprezydentury nie wyróżniała się niczym szczególnym. Przynajmniej na pozór. Zaczynał skromnie, jak każdy. Przez rok (1871) zasiadał w radzie miasta Patterson. Wielu biznesmanów zajmowało i nadal zajmuje stanowiska lokalne, głównie po to, aby móc zadbać o swojej interesy w myśl zasady "co dobre dla mnie, dobre i dla kraju". Wielu z nich, odizolowanych od mas, szczerze wierzyło w słuszność i patriotyzm tego spojrzenia na życie. Zapewne zaliczał się do nich i Garret Hobart.

Rok później został członkiem stanowego Zgromadzenia, gdzie zasiadał do 1876 roku, pełniąc w 1874 roku funkcję spikera, czyli jednej z najważniejszych osób w stanie. Następnie przeniósł się do stanowego Senatu, gdzie również był przewodniczącym (1884).

Tym samym jeden z najbogatszych ludzi w New Jersey stał się jednym z najbardziej wpływowych polityków w rodzinnym stanie. Oprócz funkcji oficjalnych, zasiadał w komitetach wykonawczych Partii Republikańskiej (zarówno lokalnych jak i ogólnokrajowych). Był więc zarazem politykiem prowincjonalnym, jak i jednym z czołowych funkcjonariuszy aparatu rządzącej partii, zdominowanej (jak i opozycyjni demokraci) przez ludzi o podobnej mu drodze życiowej.

W 1884 roku bez większej chęci dał wysunąć swoją kandydaturę na senatora Stanów Zjednoczonych i przegrał. Nie zmartwiło go to. Znacznie lepiej być pociągającym zza sceny za sznurki, niż jedną z marionetek. Przedstawiciele finansjery, kontrolujący życie polityczne z cienia, niechętnie wychodzą z niego.

Hobart był więc jednym z licznych biznesmanów-aparatyczyków, których imion mało kto dzisiaj pamięta, mimo dzierżonych przez nich wielkich wpływów. Sam zresztą nie wyróżniał się niczym szczególnym. Nie warto byłoby mu poświęcać miejsca, gdyby nie jego rola jako wiceprezydenta.

Kandydatem Partii Republikańskiej w 1896 roku został mianowany gubernator Ohio William McKinley. Ten dosyć popularny polityk miał pewną cechę wspólną z Hobartem. Jak ten był typowym przedstawicielem establishmentu, McKinley był typowym politykiem wykreowanym i całkowicie zależnym od establishmentu, pokornego pracownika wdzięcznego szefom za posadę.

Uzyskanie przez niego nominacji na posłusznej aparatowi konwencji nie zaskoczyło nikogo. Zaskoczeniem, oczywiście dla niewtajemniczonej opinii publicznej, było mianowanie jego partnerem Garreta Hobarta.

Kto to jest? - dociekano. Jakiś były stanowy senator. Ewidentna druga liga. Ktoś tak mało znaczący na wiceprezydenta? Zaskoczeni nie byli oczywiście członkowie aparatu. Mało znaczący? Przecież to jeden z liderów partii i całego życia w New Jersey i na szczeblu federalnym.

Oczywistym było to, że ich człowiek Hobart był znakomitym równoważnikiem dla wykonawcy i figuranta w rodzaju McKinleya. Zresztą osoba wiceprezydenta nie odgrywała wtedy większej roli w zdobyciu głosów. Można było umieścić tam właściwą osobę.

Republikanie wygrali wybory. Lecz wiceprezydent Hobart miał zadanie o wiele ważniejsze, niż wygłaszanie płytkich przemówień na przyjęciach lub wysiadywanie w Senacie, gdzie mimo funkcji przewodniczącego nie miałby nic do powiedzenia.

Mianowanie swego człowieka na wiceprezydenta musiało mieć za cel nie tylko "uzupełnienie" McKinleya, ale i roztoczenie bezpośredniego nadzoru establishmentu nad wykonawcą.

Hobart wywiązał się z tej roli równie "znakomicie" co obecnie Cheney. I chociaż nawet jemu nie mógł dorównać pozycją, zaskarbił sobie przyjaźń prezydenta i został jednym z jego zaufanych doradców. Co mu doradzał, nader łatwo się domyślić. Nazywano go "asystentem prezydenta".

Widać wyraźnie podobieństwa jego roli i kariery do innych zrośniętych z nieformalnymi kręgami władzy wymienionych już wiceprezydenta. Oczywiście Bush senior koneksje i wpływy niejako odziedziczył. Cheney miał taką pozycję i popularność, że mógłby w 1996 roku sam zdobyć nominację prezydencką. Zaś politykier Van Buren zaś miał ambicje dojścia na same wyżyny władzy oficjalniej.

Jednak ci wszyscy ludzie reprezentowali i reprezentują to samo środowisko polityczno-gospodarcze, które mimo pewnych zmian wciąż pozostaje istotnym łańcuchem systemu politycznego w USA. I tylko dzięki temu, jako zajmujący nieistotne stanowisko, mogli wywrzeć taki wpływ.

Garret Hobart niedługo cieszył się wiceprezydenturą. Zmarł w nieco ponad rok przed końcem kadencji.

Po roku wakatu wiceprezydentem został, u boku wybranego ponownie McKinleya Theodore Roosevelt. Inaczej niż Hobart wysłany do Białego Domu z odpowiedzialną misją, rozwścieczony niezależnością Rosevelta w roli gubernatora Nowego Jorku establishment postanowił "pogrzebać go" w tym mało znaczącym bez ich oparcia fotelu.

Nie minął rok, a McKinley padł ofiarą zamachu i prezydentem został "pogrzebany" Roosevelt. Choć zmuszony był zawrzeć pokój z establishmentem, zasłynął jako jeden z najwybitniejszych i najbardziej postępowych (w swoich czasach był nazywany nawet komunistą) prezydentów.

Gdyby Hobart nie umarł, zostałby łatwo nominowany ponownie. A wtedy historia uczyłaby nas nie o mało znanym wiceprezydencie, tylko prezydencie Hobarcie.

Krzysztof Pacyński


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

PPS dlaczego się nie udało, kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

13 grudnia:

1797 - W Düsseldorfie urodził się Heinrich Heine, poeta niemiecki, przyjaciel Karola Marksa.

1914 - Urodził się Alan Bullock, historyk brytyjski, autor znanej książki "Hitler i Stalin - żywoty równoległe". W 1977 r. opracował dla rządu laburzystowskiego raport, w którym postulował obsadzanie kierowniczych stanowisk robotnikami.

1923 - Polska uznała ZSRR.

1936 - W katowickiej kopalni "Eminencja" rozpoczął się strajk okupacyjny w obronie 220 górników zagrożonych zwolnieniem.

1968 - Zmarł Johann Koplenig, austriacki polityk, przewodniczący Komunistycznej Partii Austrii.

1973 - 47 osób zginęło, a 17 zostało rannych w wyniku wybuchu gazu w hotelu robotniczym w czeskim Tachovie.

1981 - W Polsce wprowadzono stan wojenny.

1984 - W Australii powstał drugi gabinet premiera Boba Hawke’a (ALP).

1997 - Zmarł David Rousset, francuski dziennikarz, publicysta, polityk trockistowski.


 
Lewica.pl na Facebooku