Filip Białek: Spór

[2012-02-26 00:26:55]

Złudzenia lewicy



Na lewicy powszechna jest opinia, że większość Polaków ma w istocie lewicowe przekonania i wystarczy cierpliwie poczekać, aż pojawi się siła polityczna, która owe przekonania przekuje w odpowiedni wynik wyborczy. To prawda, że istnieją badania pokazujące, że większość obywateli jest zwolennikami wysokich transferów socjalnych czy progresji podatkowej, przy jednoczesnym sprzeciwie wobec powszechnej prywatyzacji, komercjalizacji służby zdrowia, czy postępującej liberalizacji prawa pracy. Lewicowe przekonania Polaków nie oddziałują jednak zbytnio na naszą scenę polityczną. Wystarczy spojrzeć na wyniki kolejnych wyborów powszechnych. W ciągu ostatnich dwudziestu lat rzadko zdarzało się, by do parlamentu wchodziły partie wyraziście prosocjalne. Wydaje się, że od Okrągłego Stołu tylko SLD w wyborach w 1993 roku zwyciężyło jako partia bazująca na sprzeciwie wobec neoliberalnego szaleństwa (oczywiście inną sprawą jest, na ile ów sprzeciw był szczery). Ktoś mógłby tu argumentować, że koncepcja Polski Solidarnej sprawiła, że w 2005 roku PiS zdobył najwięcej głosów. Tezę tę można jednak łatwo podważyć, wskazując, że w 2007 roku PiS zdobył więcej głosów niż dwa lata wcześniej, choć Zyta Gilowska dość skutecznie skompromitowała prosocjalny wizerunek partii Kaczyńskiego.

Prospołeczne postawy polskiego społeczeństwa nie mają zatem większego wpływu na naszą politykę. Jednym z możliwych wyjaśnień tego stanu rzeczy jest to, iż podział polityczny w Polsce przebiega gdzie indziej, nie odnosząc się w sposób fundamentalny do kwestii społeczno-gospodarczych. Tylko ludzie lewicy oceniają partie przez pryzmat tego, czy ich programy zawierają choćby śladowe odwołania do idei sprawiedliwości społecznej. Większość społeczeństwa ma to w nosie. I to właśnie ten fakt sprawia, że Kaczyński może bezkarnie lawirować między koncepcją Polski Solidarnej, a Zytą Gilowską. Albo, że Tusk może obiecywać podatek liniowy, po czym bez poważniejszych konsekwencji – za wyjątkiem narzekań co bardziej twardogłowych mainstreamowych dziennikarzy – odstawia liberalne fanaberie do lamusa. Podobnie rzecz ma się z gazetami. Wyborcza może bez większego kłopotu raz na jakiś czas wspierać lewicowe działania, publikować teksty zagranicznych lewaków, a jej redaktorzy mogą określać się jako prosocjalni. Jest tak dlatego, że poglądy na temat wysokości podatków są w zasadzie irrelewantne dla politycznego sporu, który rozpoczął się w Polsce dwadzieścia lat temu.

Linie podziału, według których zorganizowana jest polska polityka, nie uwzględniają raczej poglądów na to, jak powinna zostać urządzona gospodarka. Zauważmy, że sporami, które najbardziej angażują młodych ludzi, nie są kwestie umów śmieciowych, czy coraz głupszych procedur wdrażanych na uniwersytetach, ale debata o krzyż przed Pałacem Prezydenckim, czy Marsz Niepodległości (spór o ACTA wyłamuje się z tej logiki, ale do tego dojdziemy). Dlatego właśnie fakt, iż 70% społeczeństwa jest za wysokimi świadczeniami socjalnymi, jest dla polskiej polityki tak samo ważny jak to, że większość bardziej lubi Coca-colę niż Pepsi.

Spór



Skoro to nie konflikt klasowy wyznacza kształt naszej sceny politycznej, to należałoby spróbować znaleźć jakąś inną oś podziału, która uformowała życie polityczne i ideowe w Polsce. Najpierw określmy główne punkty sporu prowadzonego w Polsce od 89 roku. Zatem po jednej stronie mamy bezwarunkową aprobatę dla Okrągłego Stołu, sprzeciw wobec lustracji i dekomunizacji, przymknięcie oka na uwłaszczenie nomenklatury, ciche przyzwolenie na powstawanie gigantycznych fortun w niejasnych okolicznościach. Druga strona z kolei bardzo mocno krytykowała ustalenia okrągłostołowe, domagała się skazania winnych zbrodni popełnianych przez pezetpeerowski aparat, chciała ujawnienia list agentów bezpieki, zwracała uwagę na gigantyczne przekręty związane z przechodzeniem z jednego modelu gospodarczego w drugi. Dla prostoty wywodu pierwszą stronę Sporu (od tej pory, słowo to pisane z dużej litery będzie właśnie desygnować podział, który zarysowałem w niniejszym akapicie) będę nazywał stronnictwem Michnika, drugą stronę zwiążę z nazwiskiem Kaczyńskiego.

Stawiam tutaj tezę, że to właśnie Spór był tym, co kształtowało polską politykę od 89 roku. Wydaje mi się jednak, że przynajmniej od 2007 roku Spór wytracał swoją siłę i powoli przestawał wyznaczać główne podziały. Fakt ten był przede wszystkim związany z porażką obozu Kaczyńskiego. Twierdzę, że obecnie mamy do czynienia z okresem przejściowym. Znaczy to, że choć opozycje wyznaczane przez Spór słabną, to ciągle – siłą rozpędu – wpływają na politykę. Gdy konflikt wygaśnie, pojawi się przestrzeń na rozważanie nowych perspektyw dla lewicowej polityki. Nim to jednak nastąpi, zastanówmy się: dlaczego to właśnie Spór rządzi jak dotąd politycznymi podziałami oraz jakie ograniczenia związane były z tym faktem.

Wartość Sporu



Przeciwstawienie tego, co nazywam tutaj Sporem i ciągle nieobecnego w polskiej polityce konfliktu o naturze klasowej, mogłoby sugerować (przynajmniej z perspektywy lewicy), że o ile ten drugi jest antagonizmem jak najbardziej realnym, to pierwszy jest jakimś wymysłem znudzonej inteligencji, która nie ma się o co kłócić. Można by nawet twierdzić, że Spór jest niczym więcej jak przykrywką, igrzyskami zorganizowanymi dla ludu, żeby nie zajmował się własnym położeniem ekonomicznym. Tezy takie są jednak błędne. Po pierwsze, w polityce każdy spór jest tak samo realny – obywatele uznając, że warto się o coś spierać wytwarzają antagonistyczne tożsamości. Po drugie, Spór dotyka bardzo dobrze widocznych i jak najbardziej materialnych interesów biznesowych i politycznych sitw. Po trzecie wreszcie, chodzi w nim również o podstawowe poczucie sprawiedliwości. Trudno zaś znaleźć istotniejszy problem niż sprawiedliwość, jeśli chcemy zbudować sprawne państwo.

Spór był nieuniknioną konsekwencją sposobu, w jaki zmienił się w Polsce ustrój – nie ma więc sensu go dezawuować. Zresztą odbieranie mu wartości tak naprawdę wpisuje się całkowicie w narrację, którą próbuje narzucić jedna ze stron tego sporu; mówię tu oczywiście o środowisku Gazety Wyborczej i dawnej Udecji. Jednym z chwytów z zamiłowaniem stosowanych przez te środowiska było wmawianie społeczeństwu, że krytyczne spojrzenie na naszą historię najnowszą jest oznaką oszołomstwa. Warto z tego doświadczenia wyciągnąć wnioski: należy pamiętać, że ci, którzy pod płaszczykiem obiektywizmu próbują nam wmówić, że pewne rzeczy nie są polityczne, że nie powinny być przedmiotem politycznego sporu, sami uprawiają politykę (przykładem są tu chociażby ostatnie wypowiedzi publicystów z Wyborczej, którzy próbowali przekonywać, że o odpowiedzialności za stan wojenny powinni rozprawiać tylko historycy). Zakreślenie nowego pola politycznego konfliktu lub wykluczenie z niego pewnych kwestii jest bowiem ruchem par excellence politycznym. W zasadzie jest to najbardziej istotne posunięcie polityczne, o jakim można pomyśleć. Ten, kto potrafi wyznaczyć reguły, znacząco uprawdopodobnia fakt własnego zwycięstwa.

Nie można jednak nie wspomnieć o tym, że choć Spór zawierał bardzo wiele kwestii, których postawienie w centrum politycznego podziału było konieczne, to niewybaczalnym wręcz błędem obozu Kaczyńskiego było pominięcie antagonizmów klasowych będących wynikiem transformacji. Pominięcie to nie było niczym koniecznym. Można przecież jednocześnie walczyć o dekomunizację i wskazywać na haniebne rezultaty planu Balcerowicza. Zauważmy bowiem, że upominanie się o ekonomiczne interesy tych, którzy najwięcej stracili podczas zmian ustroju, byłoby daleko bardziej doskonałym narzędziem służącym do podważania racjonalności nowego porządku, niż ciągłe powtarzanie, ile to w Sejmie jest byłych agentów. Powiedzmy sobie wprost: kwestie społeczne mogły i powinny zostać włączone do Sporu, a że tak się nie stało, to po pierwsze wina i błąd obozu Kaczyńskiego, a po drugie triumf obozu Michnika.

Wygasanie



Spór jednak się kończy. Przede wszystkim zadziałał tu czas. Nikt już nie mówi o lustracji. Rozliczenia z PRL-em też szczególnie nikogo nie rozpalają (może prócz Adama Słomki, ale jego przypadek jest tutaj znamienny, został on przecież przez media potraktowany jak postać komiczna. Dlaczego? Ano dlatego, że wszyscy uznali, że jego emocje są „po takim czasie” niewspółmierne). Transformacyjne przekręty, które są fundamentem niejednej fortuny również raczej nie zostaną wyjaśnione.

Niezaprzeczalnym znakiem wygasania Sporu jest retoryka, którą posługuje się Kaczyński. Liderowi PiS-u brakuje już racjonalnego języka, którym mógłby opisywać swoje cele polityczne. Sytuacja zmusza go do szukania coraz to efektowniejszych rekwizytów, które umożliwią rozgrzanie emocji i wzbudzenie zainteresowania opinii publicznej. Jarosław Kaczyński i jego – często jeszcze bardziej radykalni – poplecznicy co rusz (a niektórzy zawsze, vide znany stadionowy bandyta Wojciech Wencel) ocierają się o śmieszność. Coraz większe rozemocjonowanie i radykalizacja po tej stronie, są nieomylnym dowodem, iż Spór jest w zasadzie przegrany.

Fakt porażki obozu Kaczyńskiego nie może być jednak rozważany bez uwzględnienia zjawiska, które było z nim bezpośrednio związane. Mówię oczywiście o dominacji Platformy Obywatelskiej. Wyżej stwierdziłem, że od 2007 mamy do czynienia z wygasaniem Sporu. Dlaczego akurat pierwsze zwycięstwo wyborcze PO jest związane z powolnym odchodzeniem w niebyt antagonizmów, które kształtowały polską politykę od początku III RP? Zauważmy, że wśród powodów, dzięki którym partia Tuska wygrała w 2007 roku wybory, z całą pewnością znajdują się dwie narracje, które były „sprzedawane” społeczeństwu. Po pierwsze, PO miała być wybawieniem od zbrodniczego reżimu PiSu. Po drugie, prezentowała się jako partia nowoczesna i europejska, jednak nie w stylu Wyborczej, która wmawiała Polakom, że ciągle nie są wystarczająco cywilizowani. PO sprytnie zmieniła tu narrację, przekonując, że nasze społeczeństwo (prócz PiSowskiego „bydła”) nie różni się zasadniczo od zachodnich, a najlepszym tego wyrazem jest wysokie poparcie dla Platformy. Posługiwanie się tymi dwoma opowieściami mogłoby sugerować, że już wtedy nastąpiło całkowite oderwanie polskiej polityki od Sporu. Przecież obietnica wykonania skoku w nowoczesność, bez ciągłego spoglądania na to, co było, wydawała się oznaczać, że Spór został już unieważniony. Sytuacja nie jest jednak taka prosta. O ile rzeczywiście przegrana PiSu w 2007 oznaczała, że dynamika konfliktu fundującego życie polityczne po 89 roku traci swoją moc, to jednak nie sposób uznać, że konflikt ów przestał cokolwiek znaczyć. Wystarczy spostrzec, że Tusk nie zdefiniował żadnych nowych antagonizmów, które miałyby organizować scenę polityczną. Jedynym sensem sprawowania przez niego władzy jest tak naprawdę lęk przed Kaczyńskim. A skoro tak, skoro to osoba Kaczyńskiego była powodem, który sprawił, że Tusk rządzi krajem, to można uznać, że nasz Spór ciągle na polską politykę wpływa – przecież Kaczyński to jedna z jego stron. Krótko mówiąc: retoryka, która wyniosła Platformę ku władzy („nie zajmujmy się przeszłością, patrzmy w przyszłość!”) była oznaką (i jednocześnie jedną z przyczyn) osłabiania siły Sporu. Z drugiej jednak strony, sam fakt, że PO doszła do władzy, będąc w totalnej opozycji do Kaczyńskiego, nie proponując wzbogacenia polskiej polityki o nowe elementy, był znakiem, że Spór ciągle trwa.

Nawiasem mówiąc, ta dwoistość Platformy była jedną z przyczyn faktu, że Kaczyński nie potrafił znaleźć żadnej odpowiedzi na sukcesy Tuska. Prezes PiS-u diagnozował sytuację ciągle w starych kategoriach Sporu. Można nawet to zrozumieć, gdyż słusznie rozpoznał w Platformie sojusznika Michnika. Przewaga Tuska polegała jednak na tym, że na poziomie deklaratywnym w ogóle nie chciał wchodzić w opozycje określone przez Spór. Każdą tyradę Kaczyńskiego przywódca Platformy mógł zbyć wzruszeniem ramion i stwierdzeniem, że prezes jak zwykle mówi o przeszłości, a my tu przecież ciągle modernizujemy, budujemy i europeizujemy.

Dziedzictwo Sporu



Fakt, że pod rządami Platformy Spór wygasa, nie sprawił jednak, że partie polityczne zaczęły tworzyć programy, które odwoływałyby się do pozycji ekonomicznej obywateli. Partie skrupulatnie omijają takie fakty, jak silne napięcia klasowe. Wciąż obowiązującą w Polsce narracją jest bajka o tym, że nie ma żadnych sprzeczności między interesami bogatych, a biednych. Wyróżnikiem, który ma skłaniać poszczególnych obywateli do zagłosowania na tę, a nie inną partię mają być głównie poglądy na takie sprawy jak suwerenność, europejskość, tradycja, religia etc., a nie fakt zajmowania określonego miejsca w strukturze gospodarczej. Jest to również konsekwencja Sporu, gdyż kwestie światopoglądowe dość szybko zostały związane z jego głównymi opozycjami.

Zresztą sprawa jest znacznie głębsza niż sposób, w jaki budują swoje programy politycy, gdyż antagonizmy te wyznaczają również sposób pojmowania polityki przez obywateli. Pisałem już o tym, że Marsz Niepodległości wywołuje znacznie większe emocje niż kwestia umów śmieciowych. Mogłoby się wydawać, że protesty w sprawie ACTA przełamują ten trend. Oto przecież młodzi organizują się, by walczyć o swoje prawa, nie patrząc w ogóle na światopoglądowe boje toczone przez polityków. Jednakże każdy, kto był na tych manifestacjach, powinien ostudzić swój entuzjazm. Pierwszą rzeczą, która rzucała się w oczy, był kompletny surrealizm haseł wznoszonych przez protestantów. „Precz z komuną”. „a na drzewach zamiast liści, będą wisieć komuniści”, „stop cenzurze” – przecież te okrzyki były żywcem wzięte z demonstracji z lat 80. i początku 90. Młodym protestującym zabrakło języka, który mógłby opisać to, przeciw czemu protestowali. Dlaczego? Bo ciągle są pod wyjątkowo mocnym wpływem Sporu.

Perspektywy



Wróćmy teraz do tego, od czego tekst zacząłem, do lewicy, tej politycznej larwy, z której – mimo licznych zaklęć – nie chce się wykluć piękny motyl. Jasne jest, że w pewnej mierze fakt, że nad Polską ciągle unoszą się opary neoliberalnego absurdu wynika z uporczywego tkwienia naszej sceny politycznej w okopach Sporu. Nasi politycy nie byli zainteresowani korzystaniem z politycznych możliwości, jakie daje używanie konfliktu klasowego. Nie musieli być tym zainteresowani, gdyż zdobywali elektorat za pomocą odwoływania się do tożsamości wykreowanych przez ów Spór.

Jakie są obecnie perspektywy na to, że polscy politycy zaczną kreować tożsamości polityczne zgodnie z położeniem klasowym obywateli? Cóż, niewielkie. Wiąże się to ze zbyt dużymi kosztami, gdyż gdyby ktoś rzeczywiście przywrócił do naszej polityki konflikt klasowy, to nie byłby już w stanie nad tym zapanować. Konsekwencją takiego ruchu byłoby stworzenie nowego wielkiego sporu, który zarządzałby polityką, a wraz z nim musiałaby pojawić się tak naprawdę nowa klasa polityczna, która odzwierciedlałaby podziały klasowe społeczeństwa.

Lewica w Polsce nie jest żadną dziejową koniecznością. Prekaryzacja kolejnych grup zawodowych, utrzymujące się wysokie bezrobocie, komercjalizacja usług publicznych, rosnące rozwarstwienie społeczne, wolno rosnące zarobki – nie sprawią, że nagle ludzie powiedzą: dość i zrobią tutaj rewolucję. Wystarczy, że duża część społeczeństwa, pracując po 50 godzin tygodniowo, będzie w stanie raz do roku pojechać do Tunezji, kupić sobie nową plazmę i mieć bezproblemowy dostęp do internetów. Na bunt trzeba mieć czas, a jak zabraknie czasu na pracę, to nie będzie pieniędzy na nowy telefon. Któż przedłożyłby rewolucję na nowy model smartfona?

Ażeby społeczeństwo naprawdę się zbuntowało należałoby wytworzyć nowe pojęcia, nowe tożsamości polityczne, które sprawią, że ludzie będą umieć wyrażać swoje doświadczenia nie w kategoriach indywidualnych, ale grupowych. Klasy w Polsce trzeba dopiero stworzyć. Odejście Sporu tworzy przestrzeń dla tego typu działalności. Jednakże, aby przestrzeń ta została zagospodarowana przez lewicę, należałoby wykonać ogromną pracę pojęciową (otwarte jest pytanie, czy stać na to lewicowy plankton). Należy krok po kroku dostarczać społeczeństwu języka, którym zdolne byłoby wrażać swoje klasowe potrzeby. Bez tego na manifestacjach, które są de facto wyrazem sprzeciwu wobec dyktatu wielkiego kapitału, wciąż będziemy słyszeć „precz z komuną”.

Filip Białek



Artykuł ukazał się w portalu "Nowe Peryferie".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

19 lutego:

1861 - W Rosji zniesiono poddaństwo chłopów.

1912 - Urodził się Anton Buttigieg, polityk Maltańskiej Partii Pracy, prezydent Malty w latach 1976-81.

1927 - Zmarł Georg Brandes, duński krytyk literacki, filozof i pisarz, inicjator skandynawskiego antyklerykalizmu, autor książki o Polsce.

1951 - Zmarł André Gide, pisarz francuski, autor m.in. "Lochów Watykanu", noblista.

1956 - Rehabilitacja KPP i jej przywódców.

1976 - Islandia zerwała stosunki dyplomatyczne z Wielką Brytanią.

1985 - Komisja Ochrony Praw Człowieka ONZ uchwaliła rezolucję uznającą syjonizm za formę rasizmu.

1999 - Rozpoczęły się strajki pracowników polskiej służby zdrowia.

2008 - Fidel Castro ogłosił swoją rezygnację z funkcji przewodniczącego kubańskiej Rady Państwa.


 
Lewica.pl na Facebooku