Krzysztof Pacyński: Bliskowschodnie déjà vu

[2013-09-04 12:22:13]

Sekretarz stanu USA oskarżył władze arabskiego kraju o użycie broni masowego rażenia, a jego agresywne wystąpienie to zaledwie preludium do interwencji. To nie migawki sprzed 10 lat. Sekretarz nazywa się Kerry, nie Powell, krajem na celowniku jest Syria, nie Irak, zaś w Białym Domu zamiast George’a W. Busha zasiada Barack Obama.



Aktorzy i scena może nieco inni, lecz sztuka wciąż ta sama. Trudno uniknąć wrażenia déjà vu, gdy słyszymy niemal te same „argumenty” zwolenników interwencji. Obserwujemy podobny, choć ujęty w węższe ramy czasowe, pośpiech. Gdy piszę te słowa, uderzenie na Syrię wydaje się kwestią już nie dni, a godzin.

A jednak pomimo tylu cech wspólnych sytuacja jest dość zastanawiająca. O ile w przypadku Iraku intencje poprzedniej administracji były jasne niemal od początku, o tyle obecne parcie Waszyngtonu do wojny może dziwić. Tym bardziej, że jeszcze przed tygodniem Zachód zdawał się nie pamiętać o niepokojach w świecie arabskim.

Ta sama firma



Jednym z decydujących czynników zwycięstwa Obamy w demokratycznych prawyborach był kontrast między stanowiskiem kandydatów w kwestii wojny w Iraku. Podczas gdy Hillary Clinton mocno popierała inwazję i, mimo późniejszej modyfikacji poglądów, nigdy się tego nie wyrzekła, Obama, nie zasiadający jeszcze wtedy w Kongresie, przemawiał na najwcześniejszych demonstracjach. Mając nominację w kieszeni, kandydat podbił serca opinii zagranicznej, obiecując zerwanie z agresywną polityką i powrót do współdziałania w ramach wspólnoty międzynarodowej. Zachwyt nowym prezydentem był tak silny, że ledwie w kilka tygodni po inauguracji zgłoszono jego kandydaturę do Pokojowej Nagrody Nobla, której przyznanie ma dziś iście tragikomiczny wydźwięk.

Pierwszym testem, czy nowy prezydent USA pozostanie wierny głoszonym poglądom, czy działalność firmy nie ulegnie zmianie, stała się Arabska Wiosna. Krytykowany przez rodzimych jastrzębi za „przespanie” rewolucji w Tunezji i Egipcie, Obama pokazał kły, gdy wojna domowa rozdarła Libię. Odwracając się od wczorajszego sojusznika, pułkownika Kadafiego (charakterystyczny manewr, o czym boleśnie przekonał się m.in. Saddam Husajn), USA na czele koalicji włączyły się do walki po stronie przegrywających wtedy rebeliantów, znacznie przekraczając mandat udzielony przez Radę Bezpieczeństwa ONZ, która wzywała do ustanowienia stref zakazu lotów, a nie popierania jednej ze stron.

Karta się odwróciła, po kilku tygodniach Kadafi już nie żył, a jego siły były w rozsypce. Zachód odtrąbił zwycięstwo i w Waszyngtonie panowały radosne nastroje. Zaraz też świat zapomniał o Libii, gdzie „wolność” wcale nie przedstawia się tak różowo, jak wmawiają nam apologeci „wojen humanitarnych”. Zresztą tak długo, jak amerykańskie (i sojusznicze) interesy naftowe w Libii są zabezpieczone, wygodnie w ten obrazek wierzyć.

W gruncie rzeczy trudno dziwić się hipokryzji działającego w ramach systemu Obamy, choć ilekroć rozmawiam z moimi amerykańskimi znajomymi, uderza mnie wojownicza postawa większości demokratów, którzy zajadle sprzeciwiali się wojnie w Iraku. Widać, że ich ówczesne stanowisko nie miało wiele wspólnego z wyznawanymi ideałami. Gdyby to demokratyczny prezydent wydał w 2003 roku rozkaz wymarszu, pewnie najgorliwiej powiewaliby flagami, a gdyby interwencję w Libii przeprowadzał republikanin, okrzyknęliby go zbrodniarzem. My, Europejczycy, często nie doceniamy siły partyjnej solidarności za oceanem. A że Obamie uchodzi na sucho o wiele więcej niż Bushowi, to już zupełnie inna sprawa.

Z tragedii w większą tragedię



Trudno wyobrazić sobie horror, jaki codziennie rozgrywa się w Syrii. Horror pogłębiony i tak mocno skomplikowanym krajobrazem politycznym. Krytykując postawę USA, nie powinniśmy ani na moment ulegać pokusie poparcia zbrodniczego reżimu Al-Assada. Tak samo jak potępiając reżim, nie powinniśmy bezkrytycznie postrzegać rebeliantów jako rycerzy bez skazy i zmazy. W ogóle mówienie o syryjskiej opozycji jako o całości jest błędem, ponieważ składa się ona z rozmaitych, często skłóconych elementów, od tych bardziej sekularnych, po wszelkiej maści
fundamentalistów.

Znalezienie sposobu na powstrzymanie przelewu krwi w Syrii powinno być pierwszym zadaniem społeczności międzynarodowej. Jednak jednostronna interwencja na modłę libijską spowodowałaby jedynie przemienienie tragedii w jeszcze większy dramat.

Jastrzębie wierzą, że wystarczy zrobić dokładnie to samo, co w Libii: naloty, zły reżim upada, rebelianci wygrywają i „wszyscy będą żyli długo i szczęśliwie”. Beznadziejna naiwność. Nie można powtórzyć scenariusza w zupełnie innych warunkach. Libia to kraj mało zaludniony. Życie tam koncentruje się wzdłuż wąskiego pasa na wybrzeżu i prawie nie ma różnic religijnych i etnicznych. Poza tym jest położona na uboczu świata arabskiego. Syria zaś jest bardziej zaludniona, teren, a także populacja – urozmaicone, że o wrażliwej lokalizacji nie wspomnę. Jak widać, Amerykanie nie tylko nie mają sensownego planu, jak rozegrać tę wojnę. Nie mają też nawet zarysów strategii
„co po Assadzie”.

Przy tym pośpiechu i braku strategii „wyzwolona” Syria prędzej stanie się arabską Ruandą (wrażliwych interwentów dziwnie mało obchodzi los chrześcijan, alawitów czy druzów), lub odpowiednikiem rozdartego permanentną wojną domową Libanu z lat 80. – tykającego dynamitu w regionie.

Nowa zimna wojna?



Powraca pytanie, dlaczego Waszyngton tak bardzo prze do interwencji, że nie czeka na wyniki śledztwa w sprawie użycia broni chemicznej? Skoro CIA i spółka są tak pewne, że to rząd dokonał ataku, czemu rezygnować z potwierdzenia casus belli przez inspektorów OZN? Czyżby decyzje już zapadły i trzeba szybko wykorzystać słaby pretekst, który może lada dzień zostać obalony.

Z pozoru działania administracji Obamy wydają się bez sensu. Syria nie ma ropy naftowej. Nie zbliżają się wybory, w których przydałaby się wojenna euforia, a przecież nikomu nie zależy na dalszej destabilizacji regionu.

Moim zdaniem na decyzję wpłynęły trzy czynniki. Pierwszym jest Egipt, gdzie wprowadzenie rządów wojskowych stanowiło wyraźną porażkę amerykańskiej polityki. Obama potrzebuje nowej Libii, aby odwrócić kartę i uniknąć krytyki jastrzębi.
Po drugie, Iran i jego rozwijający się program atomowy. Syria jest najbliższym sojusznikiem Teheranu w regionie. To nie wymaga komentarza.

I trzeci, chyba najważniejszy powód: stosunki amerykańsko-rosyjskie. Z pustych – jak się okazało i tu – deklaracji Obamy o „resecie”, pozostało już wspomnienie. Od kiedy Moskwa odmówiła wydania Edwarda Snowdena, relacje na linii z Waszyngtonem pogarszają się z dnia na dzień. To nie przypadek, że najbliższym sojusznikiem Rosji w Lewancie jest właśnie Syria. I że tam akurat znajduje się jedyny wojskowy przyczółek Moskwy w regionie, w tym baza marynarki, co od dawna jest, mimo deklarowanej przyjaźni, solą w oku Ameryki.
Czyżby Syria miała się stać pierwszym polem bitwy nowej zimnej wojny?

Krzysztof Pacyński



Artykuł ukazał się w "Dzienniku Trybunie".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



Ojczyzna nienawiści
online
24 września (czwartek), godz. 18.00-20.00
Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas

Więcej ogłoszeń...


28 września:

1895 - Zmarł Gustaw Ehrenberg, poeta i działacz tajnego Stowarzyszenia Ludu Polskiego.

1918 - Urodził się Willi Ritschard, polityk szwajcarski, członek Szwajcarskiej Rady Związkowej (rządu) z ramienia Partii Socjaldemokratycznej, w 1978 prezydent Szwajcarii.

1919 - W Warszawie obradował Zjazd PPS-Opozycji, kierowanej przez T. Żarskiego i A. Landego. Zjazd opowiedział się za dyktaturą proletariatu w postaci Polskiej Republiki Socjalistycznej, współpracą z KPRP i przystąpieniem do Międzynarodówki Komunistycznej.

1930 - Urodził się Immanuel Wallerstein, lewicowy socjolog amerykański, twórca teorii systemu-świata.

1932 - Urodził się Víctor Jara, chilijski bard, gitarzysta, autor tekstów piosenek, poeta, pedagog, lewicowy aktywista polityczny.

1958 - Francja: Referendum ws. nowej konstytucji. Równe prawo głosu otrzymali wszyscy mieszkańcy francuskich kolonii.

1966 - Zmarł André Breton, francuski pisarz, główny teoretyk nadrealizmu. Członek Francuskiej Partii Komunistycznej, wydalony w 1933.

1969 - RFN: SPD Willy'ego Brandta odniosła zwycięstwo w wyborach do Bundestagu.

1970 - Zmarł John Dos Passos, amerykański prozaik, dramaturg, poeta i reporter. Autor m.in. "Manhattan Transfer", trylogii "USA" i pacyfistycznej powieści "Trzej żołnierze".

1970 - Zmarł prezydent Egiptu, Gamal Naser.

1994 - W Waszyngtonie Izrael i OWP podpisały porozumienie o autonomii dla Zachodniego Brzegu Jordanu.

2000 - Palestyna: Początek drugiej Intifady.

2003 - Zmarł Tadeusz Zieliński, polityk, prawnik, specjalista w zakresie prawa pracy. Rzecznik Praw Obywatelskich w latach 1992-96. Kandydat Unii Pracy w wyborach prezydenckich w 1995 r.

2007 - Salwador: Mauricio Funes został oficjalnie wybrany kandydatem lewicowego Frontu Wyzwolenia Narodowego im. Farabundo Marti (FMLN).


?
Lewica.pl na Facebooku