Jarosław Klebaniuk: Aż do ostatniego zdechu

[2016-05-10 22:59:23]

Konflikt między wartościami ważnymi dla społeczności a tymi, które stanowią punkty orientacyjne dla jednostek w społeczeństwach zachodnich, przyjmuje różne formy. W ostatnich latach następuje renesans ruchów narodowych, co znajduje odzwierciedlenie nie tylko w demonstracjach ulicznych, lecz i w wynikach wyborów, na przykład na Węgrzech czy we Francji, lecz także w Polsce. Wprawdzie przedstawiciele partii na prawo od PiS nie weszliby do parlamentu, gdyby nie przychylność bliskiego im ideowo Pawła Kukiza, ale i sama partia rządząca ma wystarczająco ksenofobiczną i nacjonalistyczną linię, aby próbować dyscyplinować i wykluczać różnego rodzaju odmieńców. Wiekowy już niemal dramat Witkacego traktuje właśnie o zwycięstwie kolektywizmu nad indywidualizmem. W naszym współczesnym kontekście takie postrzeganie konfliktu politycznego byłoby nadmiernym uproszczeniem, ale jeden z jego aspektów został wydobyty.

Sama fabuła Onych eksponuje istnienie tajnego rządu, próbującego zlikwidować nieużyteczną ideowo sztukę i wprowadzić automatyzację. Tę ostatnią z dzisiejszej perspektywy należałoby rozumieć jako ujednolicenie indywidualnych starań i ograniczenie ich do działań zbiorowych. Z drugiej strony sabotaż teatru przez Komitet Zwalczania Nowej Sztuki polegał między innymi na „nakazaniu komedii de l’arté”, a więc niejako jego odparnasowieniu i spłyceniu. Zarówno ataki na nieskrępowaną wolność jednostki (zwiększanie możliwości inwigilacji obywateli), jak i próby ingerencji w repertuar teatru (słynna wypowiedź ministra kultury przed premierą Śmierci i dziewczyny, innej niedawnej premiery Teatru Polskiego we Wrocławiu) są oczywiście gorącymi tematami. Długie brawa po premierze w jakiejś części były efektem właśnie tego publicystyczno-interwencyjnego aspektu wydarzenia artystycznego.

Znalazły się w spektaklu także inne wyraźne nawiązania do życia publicznego w Polsce w ostatnich miesiącach. „Wy jesteście słabe drańcie. Naszych czasów już nawet nie stać na kanalie w wielkim stylu” – skomentował jeden z bohaterów ekscesy nowej władzy, w oryginalny tekst Witkacego wpleciony został „element animalny”, a projekcja zdjęć dokumentalnych z demonstracji na wrocławskim Rynku, podczas której spalona została kukła ortodoksyjnego Żyda, w zestawieniu z artystowsko zaaranżowanym trupem głównej bohaterki, nadała całości bardzo konkretny kontekst. Okrzyki „Opamiętaj się, rodaku / Polska tylko dla Polaków!”, „Wielka Polska katolicka!”, „Nie potrzeba nam islamu, terrorystów, muzułmanów!”, „Jasna Góra a nie Mekka!”, „Narodowy radykalizm!” w połączeniu ze sztandarami z polacką wersją swastyki zrobiły przerażające wrażenie.

Od strony artystycznej spektakl wymyka się jednoznacznej ocenie. Uderzał niekonsekwencją w grze głównych bohaterów: jakby nie mogli zdecydować się, czy grać dramatycznie, wydobywając atmosferę dekadencji, duchowych rozterek i niezaspokojonych aspiracji artystowskiej pary, czy też poddać relacje i poglądy postaci komediowej deformacji. Na początku zdawali się wybierać to pierwsze rozwiązanie, jednak w miarę upływu czasu pobrzmiewały tony przerysowania i dystansu do postaci.

Ta reżyserska, jak sądzę, niekonsekwencja zrównoważona została paroma niezłymi pomysłami, dzięki którym spektakl nie był jednostronny. Udało się niewytrzymujący jednak próby czasu dramat Stanisława Ignacego Witkiewicza przerobić na atrakcyjne przedstawienie między innymi dzięki oryginalnemu ukazaniu jałowości i mechaniczności seksualnych zbliżeń między Kalikstem a Spiką, a także udanemu oddaniu atmosfery chaosu, dezynwoltury i degrengolady wyobcowanych z realnego świata jednostek z artystycznymi ambicjami.

Warto podkreślić, że sam tekst, trudny, archaiczny, miejscami celowo udziwniony, z rozbudowaną składnią, dziwacznym słownictwem i zamierzonymi nielogicznościami, stanowił nie lada wyzwanie dla aktorów. Adam Szczyszczaj nie uniknął kilku małych falstartów, które nie spowodowały jednak utraty płynności. Także skrócenie jednej z mizoginicznych kwestii głoszonych przez Pana Bałandaszka raczej nie wynikało z aktorskiej niezgody na nadmierną krytykę płci przeciwnej, lecz ze zrozumiałego w tak trudnej werbalizacji zapomnienia. Z Anną Ilczuk, która zagrała niemal bezbłędnie, mogliby też poćwiczyć wchodzenie sobie w słowo. Realizacja nie powinna wszak wyprzedzać zamysłu, odpowiedź – wypowiedzi. Można liczyć na to, że po kilku przedstawieniach te drobne niedociągnięcia zostaną zredukowane.

Dobrze w drugoplanowych rolach wypadły Janka Woźnicka i Sylwia Boroń w rolach pokojówek/kucharek. Miło było też zobaczyć Tomasza Lulka w roli dyrektora teatru Gamracego Vigora. Jego pojawienie się spinało oba akty i stworzyło chwilę pełnego napięcia oczekiwania: wyprosi na antrakt czy też jakiś inny numer wywinie po wyjściu zza opuszczonej kurtyny?

Na pochwałę zasłużyły kostiumy (ach, ten szlafrok Kaliksta w pierwszym akcie! ach, ta suknia hrabiny Tremendozy!) zaprojektowane przez Paulę Grocholską oraz scenografia (ach, te kiczowate róże okalające scenę! ach, ten szezlog i ten barłóg! ach, te złote psy!) autorstwa Karoliny Pająk. Jedno i drugie pomagało w stworzeniu ładnych, malarskich, słusznie statycznych – wobec tego potoku słów – scen. Ilczuk w pięknej fryzurze i wspaniałej sukni ułożyła się w efektowne zwłoki. Przypominały plakat z jakiegoś filmu, ale jego tytułu nie udało nam się ustalić (Ela sugerowała American beauty, ale może ktoś podpowie coś bliższego w komentarzach?). Arię z Madame Butterfly, którą odegrała przedśmiertnie Tremendoza należy wyróżnić jako jedną z najlepszych scen spektaklu. Krwi utoczyła odtwarzająca ją aktorka na scenie kameralnej wielokrotnie mniej niż parę lat wcześniej jako Ofelia na dużej scenie, lecz efekt z dymem, śniegiem, ślizgawką i niewidzialnymi dla aktorów zwłokami zapadł w pamięć.

Zapożyczeń i aluzji do innych dzieł było w przedstawieniu więcej. Należało do nich choćby orgiastyczne połączenie się kochanków dłońmi - przywodziło na myśl Barbarellę, film z Jane Fondą. Ucieszyliśmy się też z Elą na widok goryla. Wprawdzie sensu posypywania martwego ciała solą (może miała udawać śnieg?) nie udało nam się ustalić, ale sam kostium goryla przed laty nosiła udająca nieżywą aktorka. Ilczuk w roli „Goryla, który uciekł z wybiegu w ZOO i porwał kobietę” grała w innym zaangażowanym spektaklu. W listopadzie 2009 temu Gorylowi (z Ilczuk w nim) wręczyłem na brawach biało-czerwone goździki za obywatelską postawę. Tamten spektakl Macieja Masztalskiego powstał w czasach koalicyjnych rządów (2007) tej samej formacji, która teraz rządzi samodzielnie. Był też oczywistym komentarzem do poczynań tajnych służb.

Zapewne nie wszystko udało nam się zobaczyć w przedstawieniu recenzowanym tutaj. Parę razy aktorzy („Oni”?) pojawili się na widowni, wypowiadali kwestie, wchodzili w interakcje, lecz z balkonu nie było tego widać. Taka organizacja spektaklu, w której wyniku nie wszyscy są w stanie wszystko widzieć wydaje mi się przejawem lekceważącego stosunku realizatorów do widzów. Jeśli niesie się demokrację na teatralnych sztandarach, warto pomyśleć o różnych jej wymiarach, także tych banalnych.

Jak zauważyła Ela, artyści w spektaklu bez oporu poddali się nowemu porządkowi. Spika, pomimo słownych deklaracji, oddała kochanka wpływowej przedstawicielce aroganckiej władzy, zaś sam Bałandaszek bez walki podporządkował się żonie jednego z przywódców, Halucynie Bleichertowej. Podobny konformizm części aktorów i malarzy w rzeczywistości pozateatralnej zapewne jest nieunikniony. Jakaś część środowiska podziela też zapewne z całym przekonaniem poglądy władzy. Jednak niezgoda pozostałych na dyktatorskie zapędy polityków, którym wydaje się, że posiedli Jedyną Prawdę, daje nadzieję na to, że tragiczne wydarzenia znane z historii nie uzyskają nowej inkarnacji. Spektakl Teatru Polskiego stanowi, po zrealizowanych we Wrocławskim Teatrze Współczesnym i Teatrze im. Modrzejewskiej w Legnicy, kolejny ważny głos w dyskusji o życiu publicznym w naszym kraju.

ONI
Teatr Polski we Wrocławiu
Wrocław
Reżyseria: Oskar Sadowski
Obsada: Andrzej Szeremeta, Aldona Struzik, Anna Ilczuk, Dariusz Maj , Janka Woźnicka, Adam Szczyszczaj, Marta Zięba, Tomasz Lulek, Sylwia Boroń, Halina Rasiakówna
Premiera: 06/05/2016
Najbliższy spektakl: 24/06

Recenzja ukazała się na portalu teatrdlawas.pl.


Jarosław Klebaniuk


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Chcemy WETA
Warszawa, Pałac Prezydencki, Krakowskie Przedmieście
22 lipca (sobota), godz. 18.00
"Bez Dogmatu" - zaproszenie do współtworzenia pisma
do 15 sierpnia
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

28 lipca:

1794 - W wyniku przewrotu 9 thermidora został zgilotynowany Maksymilian Robespierre, przywódca jakobinów.

1914 - Austro-Węgry wypowiedziały wojnę Serbii; początek I wojny światowej.

1921 - Sekretarz generalny CKW PPS Jerzy Sochacki zrezygnował z funkcji, nie godząc się ze zmianą stanowiska kierownictwa PPS wobec wojny z Rosją Radziecką.

1942 - W Warszawie aresztowany został przewodniczący KC Polskich Socjalistów, H. Wachowicz. Jego funkcję objął W. Markowski.

1944 - W lasach gościeradowskich zginęła w walce z hitlerowcami Wacława Marek, włókienniczka, działaczka KPP, sekretarz 5 Okręgu PPR.

1954 - Urodził się Hugo Chavez, prezydent Wenezueli, przywódca rewolucji boliwariańskiej.

1957 - Powstała Międzynarodówka Sytuacjonistyczna, inspirowana pismami Guy Deborda.

1990 - Powstała Solidarność Pracy z Ryszardem Bugajem i Karolem Modzelewskim. W czerwcu 1992 przekształciła się w Unię Pracy.

2005 - IRA ogłosiła zakończenie walki zbrojnej.


 
Lewica.pl na Facebooku