Agnieszka Mrozik: Nie nasze towarzyszki?

[2016-08-18 12:57:47]

„Bez rewolucyjnej teorii niemożliwy jest i ruch rewolucyjny” [1]. Jeśli Lenin miał rację, to przed feministkami od lat snującymi marzenia o stworzeniu masowego ruchu na rzecz praw kobiet w Polsce naprawdę długa droga. Szczególnie jeśli przyjmiemy, że pewnym wsparciem dla wykuwania rewolucyjnej teorii może okazać się wiedza o historii rewolucji i jej (także kobiecych) podmiotów. A tej, dotyczącej polskiego kontekstu, rodzime rzeczniczki interesów kobiet mają często jak na lekarstwo, a woli otworzenia się na jej zdobycie jeszcze mniej.

Na VIII Kongresie Kobiet Polskich, który odbył się w dniach 13-14 maja br. w Warszawie, zajrzałam na panel pt. „Wyklęte, przemilczane, uciszane. O kobietach, dla których nie ma miejsca w oficjalnej wizji historii i społeczeństwa i o badaczkach, które się na to nie godzą”. Zorganizowany w ramach Centrum Gender, zgromadził autorki wydanych w ostatnich latach książek na temat sytuacji Polek w przeszłości i obecnie. W dyskusji wzięły udział: Marta Abramowicz (Zakonnice odchodzą po cichu, 2016), Weronika Grzebalska (Płeć powstania warszawskiego, 2014), Agnieszka Kościańska (Płeć, przyjemność i przemoc, 2014) oraz Sylwia Urbańska (Matka Polka na odległość. Z doświadczeń migracyjnych robotnic 1989-2010, 2015); spotkanie poprowadziła Agnieszka Graff. Miałam przyjemność czytać wymienione pozycje, stąd mogę bez zbędnego krygowania się powiedzieć, że stanowią one kawał świetnej roboty naukowej i/lub publicystycznej (jak w przypadku książki Abramowicz). Roboty feministycznej lub, jak kto woli, genderowej, bo napisanej z uwzględnieniem perspektywy gender, czyli wrażliwości na płeć społeczno-kulturową – w tym przypadku wrażliwości na społeczną, kulturową i ekonomiczną sytuację kobiet: zakonnic (Abramowicz), uczestniczek powstania warszawskiego (Grzebalska), autorek listów z pytaniami do seksuologów w czasach PRL-u (Kościańska), a wreszcie Polek-migrantek zarobkowych w Belgii (Urbańska). Każda z tych książek jest nie tylko świadectwem niezwykłej erudycji i subtelności badawczej autorek, ale przede wszystkim dowodem na to, jak na polskim gruncie pracują gender studies: w jaki sposób „założenie okularów genderowych” umożliwia otworzenie się na problemy dotychczas nieporuszane lub poruszane w sposób tradycyjny, często stereotypowy, jak stymuluje do stawiania nowych pytań lub przeformułowywania już zadanych. Dzięki owym „okularom” niewątpliwie jesteśmy w stanie spojrzeć na bohaterki (i bohaterów) debaty publicznej inaczej, obejrzeć je (ich) pod innym kątem.

Moja refleksja nie dotyczy jednak zawartości ani wartości publikacji dyskutowanych na Kongresie Kobiet, a przynajmniej nie dotyczy każdej z nich z osobna. Problemem jest raczej nadrzędna, organizująca spotkanie opowieść o „wyklętych, uciszanych i pomijanych”: zakonnicach, powstankach, autorkach listów do seksuologów, a wreszcie migrantkach, o których autorki książek zdecydowały się opowiedzieć światu. Wtłoczone w ramy tak zakreślonej opowieści – owej wielkiej, organizującej panel narracji – omawiane publikacje nie tyle ujawniły swój wywrotowy potencjał, ile raczej stały się narzędziem do artykułowania wciąż tej samej historii (kobiet) znanej z debaty publicznej w Polsce, do licytowania się z narodowo-katolicką prawicą na to, kto ma większe prawo do – szczególnie – zakonnic i powstanek. Przekaz, który wybrzmiał i w opisie spotkania, i w jego trakcie, był jasny: oni, czyli prawica, mają swoje „panny wyklęte”, mają swoje „kobiety dla narodu”, a my mamy swoje zakonnice i powstanki, mamy też migrantki i pacjentki gabinetów seksuologicznych w PRL-u. Mamy i nie zawahamy się ich użyć. Pytanie jednak brzmi, czy te, które mamy, a właściwie które ma Kongres Kobiet, nie są w istocie tymi samymi, które mają oni, czyli szeroko pojęta prawica parlamentarna i pozaparlamentarna? Jasne, że różnica kryje się w spojrzeniu, w miejscu, z którego się patrzy. Ale to wszystko. Pole, w którym toczy się walka, bohaterki, o które trwa pojedynek, są te same. Pełnomocnik rządu do spraw równego traktowania na tym samym Kongresie Kobiet ogłasza, że szczególny szacunek należy się w Polsce zakonnicom. Instytut Pamięci Narodowej organizuje wydarzenia upamiętniające heroiczne sanitariuszki i łączniczki z okresu powstania warszawskiego. Wojna o symbole przebiega w ramach dominującego dyskursu. Kongres Kobiet walczy zgodnie z regułami ustalonymi przez hegemona, umacniając w ten sposób jego dominację.

To, kogo i co się upamiętnia, ma znaczenie. Podobnie jak to, kogo i co się przemilcza. Nie dotyczy to tylko patriarchalnego mainstreamu. Dotyczy to także feminizmu, przynajmniej tego, który płynie w głównym nurcie; który tworząc swoje „wielkie narracje”, powiela nierzadko mechanizmy wykluczenia dominującego dyskursu i obecne w nim hierarchie. Tak było i tym razem: opowieść o „wykluczonych, przemilczanych i nieobecnych”, zorganizowana wokół wspomnianych bohaterek, nie tylko unaoczniła, że jest nieprawdziwa, bo powielająca dominującą polską narrację, przede wszystkim zorganizowaną wokół treści narodowych i katolickich, ale też odsłoniła rzeczywisty brak: realne wykluczenie z debaty publicznej w Polsce, w tym, jak widać, z jej feministycznego odłamu, anarchistek, socjalistek, komunistek, działaczek Ligi Kobiet Polskich, związków zawodowych, kół gospodyń wiejskich (150-lecie aktywności tych ostatnich uczciła za to Pierwsza Dama, Agata Duda, która obeszła tym samym i mainstream narodowo-katolicki, i Kongresowy feminizm). Tych, które przed wojną były ścigane, sądzone i wsadzane do więzień za prowadzenie aktywności „wrogiej wobec państwa polskiego”. Tych, które przed wojną i w czasie wojny były mordowane przez faszystów, traktowane jako „główny wróg” narodu niemieckiego, hiszpańskiego, włoskiego itd. (szokujące opisy agresji i przemocy żołnierzy Freikorps wobec komunistek tuż po pierwszej wojnie światowej przytacza Klaus Theweleit w wydanej wreszcie w języku polskim książce Męskie fantazje, 2015). Tych, które po wojnie budowały w Polsce socjalizm, przekonane, że jakikolwiek by nie był, nie będzie gorszy od kapitalizmu i nacjonalizmu; że nie będzie gorszy od antysemityzmu, którego ofiarami padały przed wojną i niestety także po jej zakończeniu. Tych wreszcie, które dziś walczą z nierównościami ekonomicznymi, o prawa pracownicze, przeciw rasizmowi i ksenofobii.

Widmo antykomunizmu, które szczelnie spowija polską debatę publiczną, unosi się także nad feminizmem w Polsce, a przynajmniej nad jego Kongresowym skrzydłem. Nic innego jak antykomunizm blokuje swobodną dyskusję o historii Polski i historii kobiet w Polsce ostatnich blisko stu lat. Nic innego jak antykomunizm sprawia, że próby podejmowania tematu aktywności kobiet w organizacjach radykalnie lewicowych duszone są w zarodku licznymi napomnieniami, pouczeniami i przestrogami. Jak przy okazji Dnia Kobiet w 2015 roku, gdy po mojej rozmowie z Jakubem Dymkiem o polskich komunistkach Kinga Dunin pouczyła mnie, że zajmowanie się tym tematem wymaga starannej, „krytycznej analizy źródeł”[2]. Doceniam troskę o moją – i pewnie jeszcze kilku innych naukowczyń i naukowców w Polsce – pracę badawczą, ale nie przypominam sobie, by z równym niepokojem Dunin troszczyła się o studia nad aktywnością zakonnic (z których niejedna zapewne skrzywdziła dziecko w ośrodku wychowawczym) czy członkiń AK bądź innych organizacji narodowych (z których zapewne niejedna bez skrupułów rozprawiła się z Żydami, komunistami czy innymi „wrogami ojczyzny”). Czyżby więc „krytyczna analiza źródeł” obowiązywała tylko badaczki i badaczy historii ruchu komunistycznego?

Ten rodzaj antykomunistycznej (auto)cenzury, którą uwewnętrzniła lewica i feministki w Polsce, sprawia, że badania nad PRL-em i komunizmem, w tym nad powojenną emancypacją kobiet, zostały niemal w całości oddane IPN-owi i różnym prawicowym historykom oraz popularyzatorom wiedzy o historii Polski. I oni/one to robią: badają i popularyzują zgodnie z obowiązującą antykomunistyczną doktryną, wytwarzając tym samym społeczeństwo, które nie tylko odcina się od rozumienia własnej historii – tej, której częścią był także przed- i powojenny ruch radykalnie lewicowy – ale też od rozumienia tego, co się aktualnie dzieje w Polsce, Europie i na świecie. Współczesny agresywny kapitalizm i nacjonalizm, które ujawniły swoją brzydką twarz przy okazji trwającego wciąż „kryzysu migracyjnego”, nie są, jak chcieliby niektórzy, prostą powtórką z okresu międzywojnia: to siły, które – co widać zwłaszcza w wybieranych strategiach retorycznych – odrobiły lekcję historii, a to znaczy, że mogą działać skuteczniej. W odróżnieniu od lewicy, chciałoby się rzec.

W sytuacji, w której znajduje się dziś targana ksenofobią, rasizmem, niesprawiedliwością społeczną Europa i świat, dobrze by było przypomnieć sobie, że nasze babki i prababki aktywnie działały w ruchach antyfaszystowskich przed wojną i w ruchach na rzecz pokoju po jej zakończeniu; że wiele z nich walczyło w czasie wojny nie tylko na froncie zachodnim i nie tylko w AK, ale też na froncie wschodnim, w oddziałach Armii Ludowej; że internacjonalizm nie był dla nich pustym hasłem, ale wypływał z pragnienia zniesienia między ludźmi barier wynikających z płci, pochodzenia etnicznego, narodowości, stanu posiadania. Ile wiemy o ich działalności, niemieszczącej się w obowiązującym dziś paradygmacie antykomunistycznym? Ile chcemy się dowiedzieć po to, by nadążyć za prężnie rozwijającymi się transnarodowymi badaniami nad socjalizmem, komunizmem i demokracjami ludowymi, które kwestionują dominujący antykomunistyczny paradygmat jako blokujący swobodny przepływ myśli? Ile powinniśmy się dowiedzieć po to, by nie spóźnić się na antykapitalistyczną i antynacjonalistyczną ofensywę; by – inaczej niż w pierwszych dziesięcioleciach XX wieku, kiedy to Polacy i Polki aktywnie szukali swojego miejsca na europejskiej mapie buntu przeciwko władzy kapitału i państwa narodowego – nie oglądać wrzenia, które ogarnia dziś Europę i świat (że wspomnę chociażby o wielkim społecznym poruszeniu, które wywołała w Stanach Zjednoczonych prezydencka kampania socjalisty Berniego Sandersa), jedynie przez szybę: w telewizji bądź internecie?

I już zupełnie na koniec: Andrzej Leder postawił jakiś czas temu tezę, że w latach 1939-1956 dokonała się w Polsce „rewolucja, [która] niesłychanie głęboko przeorała tkankę polskiego społeczeństwa”[3]. Filozof nazywa ją „prześnioną”, a więc zapomnianą albo wypartą, między innymi dlatego, że dokonała się ona w sposób niezwykle brutalny (Holokaust Żydów i „zagłada” ziemiaństwa), ale też dlatego, że dokonała się za sprawą „czynników zewnętrznych”, czyli niejako poza świadomością czy uświadomionym sprawstwem polskiego społeczeństwa. Ja jednak myślę, że owo wyparcie czy zapomnienie obejmuje przede wszystkim siłę ówczesnego pragnienia i społecznej (głównie warstw niższych) woli przeprowadzenia tej rewolucji, a także to, że wbrew powielanej również przez Ledera opowieści o rewolucji przyniesionej na bagnetach niemieckich i radzieckich, została ona zaprojektowana i zorganizowana przez polskich komunistów i komunistki lub co najmniej przy wydatnym ich udziale. Nie przez obcych więc, ale przez swoich, napędzanych głębokim przeświadczeniem, że mimo brutalności stosowanych metod projektują właśnie „najlepszy z możliwych światów”. Czy jesteśmy dziś w stanie dopuścić do siebie wiedzę o tym? Czy jesteśmy w stanie zobaczyć w architektkach Polski Ludowej jedno z ogniw naszej – Polski, kobiet i ruchu kobiecego – historii?

Przypisy:

[1] W. Lenin, „Co robić?”, [w:] Tegoż, Dzieła, tom 5, Warszawa 1950, s. 404.
[2] „Komunistki. Rozmawiają Agnieszka Mrozik i Jakub Dymek”, Dziennik Opinii, 7.03.2015; K. Dunin, „Moje siostry komunistki?”, Dziennik Opinii, 8.03.2015.
[3] A. Leder, Prześniona rewolucja. Ćwiczenie z logiki historycznej, Warszawa 2014.

Agnieszka Mrozik



Tekst pochodzi z ostatniego numeru kwartalnika "Bez Dogmatu".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Czy jest lewica w Polsce ?
Wrocław, ul. Bogusławskiego 41
29 października (niedziela), godz. 17.00
DZIEŃ SPOTKAŃ Z OKAZJI 100. ROCZNICY REWOLUCJI PAŹDZIERNIKOWEJ
Warszawa, ul. Długa, 29, I piętro, sala 115
4 listopada (sobota), godz. 15.00 - 19.00
Konferencja "Żydzi a rewolucja październikowa"
Warszawa, Instytut Historyczny UW, Sala Kolumnowa (parter)
19 października, godz. 11.15-19.00
Gender Studies IBL PAN - rekrutacja
Warszawa, ul. Nowy Świat 72
do 20.10.2017
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

22 października:

1887 - W Portland urodził się John Reed amerykański dziennikarz i pisarz, autor książki "Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem", opisującej wydarzenia rewolucji październikowej, w oparciu o którą powstał film Sergiusza Eisensteina "Październik".

1923 - Początek kilkunastudniowego strajku kolejarzy krakowskich.

1923 - W Hamburgu wybuchło powstanie robotnicze pod przywództwem KPD.

1929 - James Scullin został premierem laburzystowskiego rządu Australii.

1936 - W Hiszpanii utworzono Brygady Międzynarodowe.

1964 - Jean-Paul Sartre uhonorowany literacką Nagrodę Nobla.

1971 - W Holandii powstała Partia Socjalistyczna (SP).

1983 - W RFN ponad milion osób wzięło udział w protestach przeciwko zbrojeniom atomowym.

1990 - W Paryżu zmarł Louis Althusser, francuski filozof marksistowski, jeden z głównych przedstawicieli marksizmu strukturalistycznego.

1993 - Powstała Partia Komunistów Republiki Mołdawii.

2000 - Tunezja zerwała stosunki dyplomatyczne z Izraelem w proteście przeciw stosowaniu przemocy wobec Palestyńczyków.

2011 - Założono centrolewicową partię polityczną Pozytywna Słowenia.


 
Lewica.pl na Facebooku