Anna Dzierzgowska: Kto się boi Dąbrowszczaków?

[2016-10-31 20:17:46]

„Komunizm żyje i ma się dobrze. Tylko ktoś, kto żyje w bańce przywileju – albo pozostaje w stanie pełnej ignorancji – może tego nie dostrzegać” – napisała dwa lata temu Jodi Dean[1]. W bańce przywileju, w niewiedzy, albo – można by dodać – w Polsce.

Rzecz jasna, z punktu widzenia prawicy, nad Polską, widmo komunizmu krąży nieustająco. Przykład pierwszy z brzegu (efekt dwuminutowego przeszukiwania internetowych zasobów Gościa Niedzielnego): „Ostrzegają przed komunizmem. W kilkudziesięciu punktach Krakowa zawisły ostrzeżenia przed komunizmem. To przestrogi sprzed kilkudziesięciu lat głoszone przez Mariana Zdziechowskiego”[2]. A zatem, wedle prawicy, widmo krąży i nieustannie należy je egzorcyzmować. Również z użyciem środków prawnych.

Widmo komunizmu nawiedza także część polskiej lewicy, tej określającej się jako lewica niekomunistyczna (w tym, jak się wydaje, partię Razem). „Nawiedza” przede wszystkim dlatego, że wciąż jesteśmy więźniami i więźniarkami specyficznego antytotalitarnego „prawdopośrodkizmu”. „Największym złem XX wieku – mówi „prawdopośrodkizm” (powołując się m.in. na, chyba nie najlepiej zrozumianą, Hannah Arendt) był totalitaryzm. Miał dwie postacie, z których jedną był faszyzm, a drugą komunizm. Komunizm był bowiem skrajnością, a każda skrajność prowadzi do zbrodni”. Ta nadwiślańska mądrość nawiedziła (i zasiedliła) m.in. artykuł 13 Konstytucji RP, na który, zupełnie niesłusznie, lubimy się powoływać, kiedy wydaje nam się, że faszyzm jest w Polsce zakazany. Otóż nie: zakazane jest odwoływanie się do „totalitarnych metod i praktyk działania”, faszystowskich, nazistowskich i – uwaga – komunistycznych. Rzecz w tym, że zapisy prawa nie istnieją w próżni, lecz działają w pewnym polu sił, a w tym polu sił, w którym znajdujemy się, to nie „my” (nie siły postępu, jeśli tak mogę staromodnie powiedzieć) określamy, czyje „metody i praktyki” są totalitarne.

A zatem mamy, także na lewicy, skłonność do owego antytotalitarnego "prawdopośrodkizmu". Trudno się dziwić, jest to bowiem narracja, którą w Polsce przez ostatnich lat dwadzieścia pięć promowano z dużą siłą i wspierano potężnymi autorytetami. Wszystkieśmy czytały w szkole Rok 1984 – ile z nas czytało go inaczej, niż jako traktat o ZSRR?

Pozornie poczciwy, humanitarny "prawdopośrodkizm" ma swoją znacznie mniej poczciwą twarz. „Unikaj skrajności, mogą prowadzić do totalitaryzmu” płynnie przechodzi w znaną nam przecież opowieść o TINA. „Każda skrajność jest niebezpieczna” w obecnym układzie sił oznacza dążenie do naturalizacji tegoż układu. Komunizm był zły i totalitarny, z tego logicznie wynika przecież, że kapitalizm jest dobry i chroni wolność. Kapitalizm jest złotym środkiem między skrajnościami komunizmu i faszyzmu, jeśli więc choćby próbujesz wyobrazić sobie inny świat, nie tylko prosisz się o klęskę, lecz także grozi ci, że umażesz sobie ręce w niewinnej krwi.

Część polskiej lewicy, jak mi się wydaje, szczerze w to wierzy. Część jest przy tym przekonana, że właśnie w to wierzy całe społeczeństwo – i że do owego zakładanego stanu społecznych umysłów dostosować należy swój przekaz. Stara walka między rewolucją a reformą, między strategią radykalnego zerwania, a strategią długiego marszu przez instytucje, powraca dziś także w dyskusjach lewicowych. Tyle że, niestety, rewolucjonistek brak.

Bo przecież w polskim lewicowym odcinaniu się od komunizmu nie mamy do czynienia ze sporem (jaki toczy się przecież w wielu szczęśliwszych od Polski krajach, w których działają partie komunistyczne) między różnymi ruchami na lewicowej scenie politycznej (w Polsce w zasadzie nie ma – poza dość niewielką grupą, odwołującą się do KPP – partii komunistycznej; nad słabością polskiej lewicy jako takiej nie będę się tu rozwodzić). Dyskusja z komunizmem jest właśnie, w dużej mierze, egzorcyzmowaniem widma: tak upiora, wywoływanego nieustannie przez prawicę, jak i nawiedzającego nas same widma klęski, zrodzonego z naszego uwewnętrznionego "prawdopośrodkizmu".

Zajęte egzorcyzmowaniem widma, przegapiłyśmy to, o czym pisze Jodie Dean: że u progu XXI wieku komunizm stał się na nowo ideą napędzającą najbardziej żywotną część współczesnej filozofii politycznej. I że, co ważniejsze, kiedy w ramach Arabskiej Wiosny czy ruchów Occupy ludzie wyszli na ulice, ich sposób działania i ich formy samoorganizacji oznaczały „powrót komunizmu jako politycznej możliwości”[3]. Tekst Jodie Dean powstał jeszcze przed częściowym załamaniem się ruchów, o których pisze (ale czy klęska ruchu oznacza, w dłuższej perspektywie, klęskę idei? Lenin myślał tak po upadku rewolucji 1905 roku – dwanaście lat później przyznał, że się mylił). Tym niemniej jej diagnoza nie traci na aktualności: „Komunizm jako polityczna możliwość i komunizm jako pojęcie filozoficzne wspierają się nawzajem. (…) Cóż zatem ten nowy komunizm ma do zaoferowania? Po pierwsze, nie daje żadnych gwarancji. (…) Ten brak pewników otwiera ludziom możliwości organizowania się w walce politycznej (…). Zamiast wierzyć, że partia dysponuje gotowymi odpowiedziami, ludzie muszą jedynie rozpoznać swoją wspólną siłę. Stwarzamy naszą własną historię, choć czynimy to w warunkach, których nie wybieramy”[4].

W Polsce to nowe otwarcie przychodzi w dość nieoczekiwany sposób – pojawia się bowiem, między innymi, w odpowiedzi na dekomunizacyjną akcję polskiej prawicy.

„My mamy swoją historię”

Punktem, w którym skupiają się różne wątki dziwnej opowieści o specyfice polskich współczesnych politycznych sporów – polityka historyczna (obu stron barykady, prawej i lewej), świadomość społeczna (która nigdy nie jest taka, jak się spodziewamy), ruchy miejskie, lokalność i jej wpisanie w historię, antyfaszyzm i antykomunizm, nasza niewiedza o sporach politycznych, jakie toczą się na świecie i miejsce, jakie w tych sporach zajmujemy, nasza obsesja przeszłości i sposób, w jaki determinuje ona naszą przyszłość – tym punktem okazuje się być ulica imienia Dąbrowszczaków.

Nie da się w tak krótkim tekście streścić historii hiszpańskiej wojny domowej. Mogę jedynie pokusić się o przywołanie kilku legend, jakimi obrosła: „białej”, „czarnej” i tragicznej, czy też po prostu bardzo skomplikowanej. „Biała” („czerwona”?) legenda: wojna sprawiedliwa, wojna światła i ciemności. Po jednej stronie stanęły siły postępu, ucieleśnione w 1936 roku we Froncie Ludowym, rządzie Republiki i jego stronnikach. Po drugiej: faszyzm. Komuniści, socjaliści i anarchiści razem na barykadach. „No pasaran” i „lepiej umrzeć, stojąc, niż żyć na kolanach”. Młode kobiety i mężczyźni z całego niemal świata jadący, by włączyć się w walkę Republiki hiszpańskiej z faszyzmem. Komu bije dzwon i Guernica (której kopię, wiszącą w ONZ, zasłonięto w 2003 roku, w czasie przygotowań do wojny z Irakiem). Czy wypada mi, w dzisiejszych czasach, wyznać, że właśnie ta legenda jest mojemu sercu szczególnie bliska?

„Czarna legenda”: krwawi komuniści, ręcznie sterowani przez Stalina i ich „czerwony terror”. Księża-męczennicy, z których wielu wyniósł na ołtarze Jan Paweł II, a bodaj jeszcze więcej – Benedykt XVI. Barcelona: rozstrzeliwanie za noszenie kapeluszy. I Dąbrowszczacy, z których, jak podaje IPN, „większość (...) dążyła do budowy w Hiszpanii państwa stalinowskiego”.

Wreszcie tragiczna legenda: walki między komunistami i anarchistami. Rozwiązanie Brygad Międzynarodowych, internowania. „Biały terror”, porywane dzieci. Ciało Federico Garcia Lorci, pochowane, jak tyle innych ciał, gdzieś w nieoznakowanym grobie. „Dąbrowszczacy”, przez rząd II RP pozbawieni obywatelstwa, dla PRL zarazem ważni i wysoce niewygodni. Hołd dla Katalonii, Ziemia i wolność i Labirynt Fauna. Do legend nie stosuje się kategorii „prawdy” w arystotelesowskim znaczeniu. Wolno jednak, a czasem nawet warto, pytać: co można z daną legendą zrobić? Albo, inaczej mówiąc: jakiej polityce emancypacyjnej, jakim formom oporu może posłużyć, jakie linie ujścia otwiera? Z tego punktu widzenia ta trzecia legenda jest, rzecz jasna, najbardziej produktywna.

Walka, która toczy się dziś, jest jednak przede wszystkim walką z „czarną” legendą. Tym razem przytoczmy kilka faktów. W 2007 roku (wówczas też rządził PiS, ale to, wbrew pozorom, nie należy do tej opowieści) grupa posłów wnioskowała, by w ramach „dekomunizacji” odebrać byłym Dąbrowszczakom tytuły (i uprawnienia) kombatantów. Gest raczej symboliczny, zważywszy na to, że w 2007 roku żyło bodaj pięciu Dąbrowszczaków, z czego tylko dwóch w Polsce. Nieco mniej symbolicznym gestem był ten, uczyniony dziesięć lat wcześniej przez hiszpańskie władze, które w 1996 roku nadały żyjącym jeszcze żołnierzom Brygad Międzynarodowych obywatelstwo Hiszpanii.

W reakcji na tę inicjatywę Barbara Toruńczyk opublikowała w Zeszytach Literackich (2007) tak zwany „Apel Antygony” – list otwarty w obronie Dąbrowszczaków, podpisany przez kilkoro wybitnych intelektualistek i intelektualistów, grupę rodzin Dąbrowszczaków, osoby, identyfikujące się z ideami wychowawczymi walterowskich drużyn Jacka Kuronia (część sygnatariuszek i sygnatariuszy należała do każdej z tych kategorii jednocześnie). List patetyczny (mogę to śmiało powiedzieć, raz dlatego, że znajduje się pod nim także moje nazwisko, a dwa: ponieważ, ostatecznie, nie mniej patetyczny jest tekst, który piszę), adresowany „do opinii wolnego świata i polskich polityków”.

Jeszcze przed zwycięskimi dla PiS wyborami i wprowadzeniem ustawy zwanej dekomunizacyjną, latem 2015 roku, temat Dąbrowszczaków powrócił. Tym razem na sesji warszawskiej Rady Miasta, która postanowiła zająć się „dekomunizowaniem” stołecznych ulic, w tym tych imienia Dąbrowszczaków, Józefa Ciszewskiego czy Teodora Duracza.

To w reakcji na tę inicjatywę powstała kampania „Łapy precz od ulicy Dąbrowszczaków”. Pierwszy jej protest także przyjął postać listu otwartego, w którym pisano między innymi: „W imię «dekomunizacji» lekką ręką przekreśla się tych, którzy w 1936 roku jako pierwsi stawili czoła militarnym zakusom faszystowskiej ideologii. Do walki tej, tak odległej od ich ojczyzny, żołnierze Brygady im. Jarosława Dąbrowskiego przystąpili z własnej woli i z czystymi intencjami. Nie dlatego, że wróg stanął u granicy z Polską, nie dlatego, że ich własne domy były zagrożone, ani nie w imię «narodowego obowiązku». Jedyny obowiązek, który ich wzywał, to świadomość, o co toczyła się walka w objętej konfliktem Hiszpanii – świadomość tego, co stanie się, jeśli faszystowska machina wojenna nie zostanie w porę zatrzymana” (kolejny wątek w tym splocie, to pochwała militaryzmu, w jaką się niechcący wikłamy i ten dziwny język, który zaczyna nami mówić, kiedy mówimy o naszej lewicowej przeszłości; jeszcze jeden temat, wart rozważenia, ale wykraczający poza niniejszy tekst).

Dziś mamy już uchwaloną ustawę dekomunizacyjną i IPN (tę samą instytucję, która w notce o Dąbrowszczakach pisze: „Byli realizatorami polityki stalinowskiej na Półwyspie Iberyjskim. Ze względów propagandowych wykorzystali jako patrona zasłużonego polskiego dowódcę”) w roli trybunału wydającego wyroki w imię Historii. A jednocześnie walka o ulicę Dąbrowszczaków trwa (i to już nie tylko w Warszawie – w Olsztynie np. o „swoich” Dąbrowszczaków walczą ludzie z Razem), a wraz z nią trwa walka o wiele innych podlegających dekomunizacji ulic. Zaś twórcy kampanii „Łapy precz od ulicy Dąbrowszczaków” podejmują kolejne działania, mające, z jednej strony, przywrócić pamięć o walce Dąbrowszczaków z faszyzmem, z drugiej – wesprzeć lokalny opór przeciwko dekomunizacji nazw ulic. Komuniści i komunistki z Brygad Międzynarodowych stali się dziś jednym z najważniejszych tematów lewicowej dyskusji o lewicowej pamięci.

Jak mówi Jeremi Galdamez z kampanii „Łapy precz”, zaczęło się od Dąbrowszczaków, bo o nich najwcześniej zrobiło się najgłośniej. - A jednocześnie dlatego, że właśnie oni stanowią dobry punkt wyjścia do obrony ruchu lewicowego w ogóle, ich historia skupia w sobie najróżniejsze wątki lewicowe – dodaje.

Działania kampanii nie są wolne od uwikłania w polski lewicowy spór o komunizm. Ale są tego uwikłania świadome: - Jeśli często mówimy na przykład, że Dąbrowszczacy to nie tylko komuniści, to przede wszystkim dlatego, że jest to prawda – mówi Jeremi Galdamez. - Choć oczywiście komuniści ruchem kierowali. A jednocześnie to jest pewna strategia. Tym, z czym musimy się mierzyć, jest przede wszystkim ułożone przez IPN hasło „Dąbrowszczacy”. Na nie powołuje się na przykład radna Olga Johann, główna rzeczniczka dekomunizacji. Wskazywanie oczywistych przekłamań w tym haśle – a więc na przykład mówienie, że nie jest prawdą, że wszyscy Dąbrowszczacy byli komunistami – jest dla nas ważnym argumentem w tej dyskusji, wytrąca oponentom broń z ręki. Ale tak, wiem, to jest dwuznaczne – granica między potrzebą wskazywania całej palety postaw Dąbrowszczaków a niechęcią do obrony komunistów jest bardzo cienka...

Maciej Sanigórski, drugi filar kampanii, podkreśla, że problemem lewicy jest to, jak bardzo przesunęła się nam narracja i jak wiele kłamstw stworzono. - To oczywiście rodzi też problemy, kiedy na przykład organizuje się takie akcje, jak obrona Dąbrowszczaków – bardzo trudno jest w krótkim tekście powiedzieć „tak, byli tam komuniści i to dobrze”. Nie wypieramy się komunistów, ale często punktem wyjścia w rozmowach jest ogromna niewiedza drugiej strony, wobec której trzeba obrać jakąś strategię.

Kampania wspiera się, w dużej mierze, na dwóch osobach – ale ma rosnące grono sympatyczek i sympatyków, także z „niekomunistycznej” lewicy. - Antykomunizm na lewicy? – zastanawia się Jeremi Galdamez. - Zdarza się autentyczny antykomunizm, ale jak patrzę na te osoby z lewicy, które z nami współpracują czy nam pomagają, to raczej jest to kwestia małej wiedzy. Zdarzają się sytuacje absurdalne – na przykład wtedy, kiedy na demonstracji ktoś proponuje zamiast hasła „pamięć, godność, walka klas” hasło „pamięć, godność, bohaterstwo”. Ale to tylko pokazuje, dlaczego właśnie odzyskiwanie pamięci o tradycji lewicowej jest tak ważne.

- To prawda, że lewica w Polsce, szukając swojej tradycji, często woli sięgać do tradycji nie-komunistycznej – mówi Maciej Sanigórski. - Moim zdaniem, to jest błędna strategia, próba bycia lewicą koncesjonowaną przez prawicę. Prawica nie zniesie KPP, ale pozwoli nam zachować, powiedzmy, Pużaka – i część lewicy w to wchodzi. Ale to się zmienia. Nieprzemyślany antykomunizm, taki, który po prostu reprodukuje to, co robi prawica – zanika.

W polu, które otwarło się dzięki obronie jednej konkretnej ulicy, działania kampanijne łączą się zatem z odzyskiwaniem pamięci, a to z kolei – z edukacją. Horyzontem pozostaje jednak cały czas kwestia tożsamości lewicy w Polsce i miejsca komunizmu. Według Macieja Sanigórskiego zmitologizowany „komunizm” trzeba przede wszystkim uhistorycznić i tym samym – ukonkretnić. - Trzeba rzecz ujmować historycznie, pytać o motywacje, o powody konkretnych wyborów, także tych podejmowanych już w PRL. Dąbrowszczacy podejmowali wiele bardzo trudnych decyzji – np. wobec likwidacji KPP – przy czym często nie mieli pełnych informacji albo docierały do nich tylko pogłoski... Po wojnie z kolei panowało poczucie, że jest ogromna praca do wykonania na lewicy i że – mimo ewentualnych wątpliwości – trzeba się w nią włączyć. Po wojnie w Polsce następowały ogromne przemiany społeczne, otworzyła się możliwość zupełnie nowego postrzegania świata – po raz pierwszy, być może, bez pana, bez dworu, bez księdza... Lewica powinna umieć opowiedzieć sobie tę historię po swojemu, ruchy polityczne powinny szukać swojej tradycji. Tymczasem w Polsce lewica ciągle się tłumaczy, podczas gdy prawica nie musi się tłumaczyć z niczego: ani z Pinocheta, ani z, powiedzmy, rodzimej sanacji.

Nie ma tu „prawdopośrodkizmu”. Co więcej, jak się okazuje, nie ma go także tam, gdzie część polskiej lewicy szczególnie się go spodziewa – wśród tak zwanych „zwykłych ludzi”. Bo walka z dekomunizacją, co podkreślają i Maciej Sanigórksi, i Jeremi Galdamez, nie jest tylko walką w obronie jednej ulicy. I nie prowadzą jej jedynie lewicowi działacze. Zwłaszcza w małych miastach, gdzie pojawiają się problemy, których twórcy ustawy w ogóle nie przewidzieli. - Ludzie bronią swoich ulic – opowiada Maciej Sanigórski. - Zdarza się, że IPN wysyła historyków, żeby wyjaśniali mieszkańcom, że taki czy owaki był komunistą, a mieszkańcy odpowiadają: „to jest wasza historia, my mamy swoją, to są nasze ulice i dla nas ci ludzie są dobrzy”.

Czy obrona nazwy własnej ulicy zasługuje już na to, by uznać ją za część ruchu na rzecz dobra wspólnego, który to ruch teoretyczki i teoretycy tacy jak Dean uznają za kluczowy objaw odradzania idei komunizmu? Czy próba nauczenia radnych, czym był komunizm w latach trzydziestych dwudziestego wieku, może nam pomóc zmierzyć się z tym, co nadchodzi w latach dwudziestych dwudziestego pierwszego? Skoro tekst niniejszy jest tekstem o historii, nie pozostaje mi nic innego, niż powiedzieć: czas pokaże. I zacytować na koniec jeszcze raz obrońców Dąbrowszczaków: - Trzeba przemyśleć język obrony komunizmu, trzeba przestać się komunizmu wstydzić – mówi Jeremi Galdamez. - W warunkach polskich jest to bardzo trudne. Ale to ważne zadanie dla lewicy.

Przypisy:
[1] J. Dean, „We’re back!”, The European, 28.05.2014, http://www.theeuropean-magazine.com/jodi-dean—2/8500-communism-in-the-21st-century.
[2] Gość Niedzielny, 2016, nr 37.
[3] J. Dean, dz. cyt.
[4] Tamże.

Anna Dzierzgowska



Tekst ukazał się w 109 numerze kwartalnika "Bez Dogmatu".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Czy jest lewica w Polsce ?
Wrocław, ul. Bogusławskiego 41
29 października (niedziela), godz. 17.00
DZIEŃ SPOTKAŃ Z OKAZJI 100. ROCZNICY REWOLUCJI PAŹDZIERNIKOWEJ
Warszawa, ul. Długa, 29, I piętro, sala 115
4 listopada (sobota), godz. 15.00 - 19.00
Konferencja "Żydzi a rewolucja październikowa"
Warszawa, Instytut Historyczny UW, Sala Kolumnowa (parter)
19 października, godz. 11.15-19.00
Gender Studies IBL PAN - rekrutacja
Warszawa, ul. Nowy Świat 72
do 20.10.2017
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

21 października:

1902 - USA: Zakończył się 5-miesięczny strajk górników zrzeszonych w United Mine Workers.

1918 - Po opuszczeniu więzienia Karol Liebknecht stanął na czele Związku Spartakusa.

1920 - W Czechosłowacji ukazał się pierwszy numer dziennika "Rudé Právo", centralnego organu KPCz.

1934 - Rada Naczelna PPS warunkowo uznała możliwość współpracy z KPP.

1941 - W Londynie zmarł Herman Lieberman, polityk PPS, skazany w procesie brzeskim, minister sprawiedliwości w rządzie Wł. Sikorskiego.

1945 - Wybory we Francji: kobiety po raz pierwszy głosują; zwycięstwo wyborcze komunistów (26 proc. głosów).

1956 - Władysław Gomułka został I sekretarzem KC PZPR i rozpoczął cześciową reformę systemu.

1961 - W Belmont w Stanach Zjednoczonych zmarł Karl Korsch, wybitny filozof marksistowski, działacz ruchu robotniczego, atakował zarówno leninizm jak i centryzm i rewizjonizm.

1967 - Sto tysięcy demonstrantów protestowało w Waszyngtonie przeciwko wojnie w Wietnamie; doszło do starć z wojskiem.

1969 - Socjaldemokrata Willy Brandt został wybrany na kanclerza RFN.

1998 - Socjaldemokrata Massimo D'Alema został premierem Włoch.


 
Lewica.pl na Facebooku