John R. MacArthur: Hillary Clinton, czyli strach przed Trumpem

[2016-11-02 22:54:45]

Hillary Clinton ma opinię nudnej pracoholiczki. Ale to nie ona przesądza o tym, że nie jest zbyt lubiana. Wielu wyborców demokratów zarzuca jej zbyt bliskie związki z interesami Wall Street. Tymi samymi, których reprezentantem jest nie kto inny, jak Donald Trump.

W artykule z 24 maja 2016 r. konserwatywny dziennikarz New York Timesa David Brooks zastanawiał się „Dlaczego Hillary Clinton nie jest lubiana?” Lecz zamiast szukać odpowiedzi w bilansie jej polityki, pochylał się nad jej psychiką: „Zacznę moje tłumaczenie od takiego oto pytania: czy możecie powiedzieć, w jaki sposób Hillary Clinton się bawi?”

Tak więc jeśli była pierwsza dama jakoś nas nie uwodzi, to przyczyna leży po stronie jej temperamentu: wciąż jest zaabsorbowana swoją karierą, więc brak jej radości życia. Jak twierdzi Brooks: „nie jest popularna, bo haruje jak wół”, a to nie pasuje „do zwyczajów epoki sieci społecznościowych, które stawiają na prywatność i delikatność”. Taka dobrotliwość w ocenie kandydatki demokratów u dziennikarza związanego z Partią Republikańską może dziwić. Ale niechęć wobec Donalda Trumpa rodzi dziwne (na pozór) sojusze.

Jak się bawi pani Clinton?

Czytając Brooksa można by pomyśleć, że pani Clinton kryje się gdzieś na marginesie amerykańskiej polityki. A przecież mówimy o, kolejno: pierwszej damie USA, pani senator i pani sekretarz stanu. Czy zapomniał o jej zaangażowaniu na rzecz inwazji w Iraku w 2003 r., o trzech płatnych (225 tys. dolarów) przemówieniach wygłoszonych przed bankierami Goldman Sachs, o ciągłym wspieraniu umowy o wolnym handlu (TTIP), o wspieraniu libijskiego przewrotu i obalenia Muammara Kaddafiego? A co powiedzieć o konflikcie interesów, kiedy to współzałożycielka Fundacji Clintonów, rodzinnego międzynarodowego koncernu filantropijnego, pracowała w administracji Obamy? Według informacji z New York Timesa (z 18 października 2015), dzięki intensywnemu lobbingowi fundacji udało się przesunąć fundusze przeznaczone na federalny program walki z AIDS w Rwandzie do własnych programów edukacyjnych.

Dochodzą do tego bliskie kontakty kandydatki demokratów z tuzami z Wall Street, którzy finansują zarówno jej kampanię, jak jej fundację. Nawet Donald Trump dołożył się do interesu Hillary sumą ponad 100 tys. dolarów (w 2009 r.). W ogóle warto wspomnieć, że miliarder długo miał ciepłe stosunki z Clintonami, których zaprosił w styczniu 2005 r. na swój trzeci ślub. W kościele „Bill i Hillary” siedzieli w pierwszym rzędzie, a z ich promiennych uśmiechów możemy wnioskować, że bardzo miło spędzali czas. Oto, jak się bawi pani Clinton.

Głosowanie w listopadzie na Hillary Clinton oznacza głosowanie na nierozłączną parę, w której jedno jest najbliższym doradcą drugiego. Zresztą była sekretarz stanu odkryła już swoje karty. Jeśli wygra wybory, jej mąż zajmie się polityką gospodarczą; jego zadaniem będzie „rewitalizacja gospodarki, bo wie jak to zrobić” – oświadczyła podczas spotkania wyborczego w Kentucky 15 maja 2016.

Hillary Clinton, zgodnie z tworzonym przez nią wizerunkiem, niezwykle jest czuła na los dzieci. Ta pasja zrodziła się ponad 30 lat temu, kiedy jej mąż był gubernatorem Arkansas. Związała się wówczas z organizacjami charytatywnymi, takimi jak Children’s Defense Fund, w nadziei, że zbuduje legendę hojnej kobiety. Jednak lata spędzone na południu poświęciła czemuś całkiem innemu: od 1977 do 1992 r. pracowała dla kancelarii adwokackiej Rose, specjalizującej się w sprawach związanych z patentami i własnością intelektualną. Kancelaria, będąca przykładem tajnego porozumienia politycznego establishmentu i środowiska biznesu Arkansas, wśród swoich klientów miała Walmart, oplatającą cały kraj swymi mackami sieć hipermarketów, znaną ze swojej nienawiści do związków zawodowych i miłości do towarów wyprodukowanych niskim kosztem w krajach, gdzie haruje się za bóg zapłać.

Arkansas jak Zimbabwe

Lata pracy adwokackiej otwarły przed Clinton drzwi rady dyrektorów międzynarodowej firmy, w której zasiadała od 1986 do 1992 r., zarabiając na tym 18 tys. dolarów rocznie (czyli, biorąc pod uwagę inflację, dzisiejsze 31 tys. dolarów). Grzeczność zobowiązuje, więc nigdy nie poruszała publicznie tematów, które mogłyby zdenerwować spółkę z Bentonville – zwłaszcza tematu jej polityki płacowej. A bardzo trudno wychować dzieci zarabiając 19 427 dolarów rocznie – a to obecnie średnia płaca kasjerki w Walmarcie. Po podróży do Arkansas pisarz Paul Theroux opowiadał, że widział tam – w 2015 r. – „miasta przypominające miasta w Zimbabwe, tak samo zapuszczone i oblężone”. Szydził przy tym z Fundacji Clintonów, bardzo przejętej „ratowaniem słoni w Afryce”, lecz obojętnej na los czarnych, biednych rodzin w stanie, z którego pochodzi Bill Clinton.

Na początku pierwszej kadencji prezydent, troszcząc się o poprawę finansowania kampanii wyborczych, do tej pory nadmiernie zależnych od wielkich związków zawodowych przemysłu, postanowił przesunąć Partię Demokratyczną w prawo. Z tego powodu robił, co w jego mocy, by wszedł w życie Północnoamerykański Traktat o Wolnym Handlu (NAFTA), tak kochany przez międzynarodowe koncerny, jak znienawidzony przez elektorat demokratów. Hillary Clinton nigdy się temu nie sprzeciwiała. 29 września 1992 r. uczestniczyła nawet w kluczowym spotkaniu zorganizowanym w hotelu Sheraton w Arlington (w stanie Wirginia), w czasie którego jej mąż postanowił podtrzymać traktat negocjowany przez odchodzącego prezydenta George’a W. H. Busha. Przyczyniła się także do wypracowania strategii przekonywania opornych członków Izby Reprezentantów – chodziło o „zdobywanie ich jednego po drugim, określanie, kto mógłby zostać zmanipulowany i w jaki sposób” – streszcza Tom Nides, były członek ekipy Clintona. W listopadzie 1993 r., dzięki wsparciu Newtona Gingricha, wówczas numeru dwa republikanów w Izbie Reprezentantów, NAFTA została ratyfikowana. Pierwsza dama uznała to za sukces: „Sądzę, że układ NAFTA okazał się skuteczny” – stwierdziła 6 marca 1996 r.

Ośmielony wolnorynkowymi sukcesami Clinton stopniowo kwestionował główne zasady amerykańskiego państwa opiekuńczego, obowiązujące od lat 30. XX wieku, od czasów Nowego Ładu Franklina D. Roosevelta. Wciąż ze wsparciem Gingricha, który po porażce demokratów w wyborach uzupełniających w 1994 r. został Spikerem Izby, przeprowadził reformę pomocy społecznej, która pozbawiła wsparcia ponad 11 mln biednych rodzin. Na znak protestu Peter Edelman, mąż założycielki drogiej pani Clinton fundacji Children’s Defense Fund, zrezygnował ze stanowiska podsekretarza w departamencie planowania i ewaluacji w administracji Clintona: „Ta ustawa nie zachęca do podjęcia pracy. Jest sposobem ukarania milionów biednych dzieci” – oświadczył w marcu 1997 na łamach miesięcznika The Atlantic. Dzieci, zwłaszcza czarne i latynoskie, są karane przez jej męża? Hillary Clinton dalej milczy jak grób.

Kilka lat później, znowu dzięki współpracy ze swoimi republikańskimi „adwersarzami” prezydent zderegulował Wall Street. W listopadzie 1999 r. zniósł ustawę Glassa-Steagalla, która od 1933 r. zakazywała łączenia działalności komercyjnej banków z bankowością inwestycyjną, utrudniając spekulowanie pieniędzmi „drobnych ciułaczy”. Niektórzy, na przykład republikanin John McCain, proponują, by powrócić dziś do starej ustawy. Nie należy do nich jednak kandydatka demokratów: „Nie ma powrotu do prawa Glassa-Steagalla – uciął pytany o to przez Reutersa 13 lipca 2015 r. jej doradca do spraw gospodarki, Alan Blinder.

Jak to na wojence ładnie

Osobista kariera polityczna Hillary Clinton tak na dobre zaczęła się w roku 2000 kiedy, przyniesiona w teczce przez swojego męża, została senatorką ze stanu Nowy Jork, chociaż nigdy tam nawet nie mieszkała. Objąwszy tę funkcję szybko znakomicie dogadała się z administracją Busha. 10 października 2002 r. poparła w senacie inwazję na Irak, powtarzając wszystkie kłamstwa Białego Domu o „broni masowego rażenia”, jaką dysponować miał Saddam Hussein. Broniąc koncepcji „wojny obronnej”, przeprowadziła porównanie z bombardowaniami w Serbii, na które jej mąż zdecydował się w 1999 r. w szlachetnym celu – jak stwierdziła – „zatrzymania prześladowań i czystek etnicznych, których ofiarą miało paść ponad milion Albańczyków z Kosowa”. I dorzuciła: „Zapewne na moją decyzję wpłynęły doświadczenia 8 lat spędzonych w Białym Domu. Widziałam, jak mój mąż stawiał czoło wyzwaniom, jakie stoją przed naszym narodem”. Wyznanie doprawdy mało feministyczne, lecz nie dziwi, zważywszy, że jego autorka na swoim koncie na Twitterze opisuje siebie samą przede wszystkim jako „żonę, mamę, babcię”.

Przemówienie wygłoszone w senacie brzmiało wyjątkowo banalnie, lecz niesprawiedliwe byłoby posądzanie Hillary Clinton o bycie jego autorką. Ma ona bowiem zwyczaj zlecać pisanie swoich tekstów. Profesor Barbara Feinman Todd skarżyła się, że jej nazwisko nie figurowało na okładce książki It Takes a Village, bestsellera pierwszej damy poświęconego „tym, czego uczą nas dzieci”. Nie jest nawet pewne, czy kandydatka demokratów własnoręcznie zredagowała swoje pamiętniki - aby opowiedzieć historie z czasów, gdy pełniła funkcję sekretarz stanu, zaangażowała całą „ekipę”, o której jednak potem ledwo napomknęła.

Ktokolwiek zresztą napisał te wspomnienia, opowieść o czterech latach szefowania amerykańskiej dyplomacji nie budzi zaufania. W 2011 r., gdy sytuacja w Libii bardzo się zaogniła, Hillary Clinton dawała dowody wielkiej ostrożności: „Należę do tych, którzy myślą, że bez międzynarodowego przyzwolenia samotna akcja Stanów Zjednoczonych doprowadziłaby kraj do sytuacji, której konsekwencje trudno przewidzieć” – oświadczyła 11 marca przed komisją Kongresu. Później jednak zmieniła zdanie. Dlaczego? „Sarkozy wciąż przekonywał mnie do interwencji militarnej. To człowiek bardzo dynamiczny, wciąż przepełniony niespożytą energią, człowiek, który uwielbia być w centrum wydarzeń. Duży wpływ ma na niego intelektualista Bernard-Henri Lévy. Obu ich szczerze poruszyło nieszczęście nękanego przez dyktatora libijskiego narodu” – opowiadała. Tak więc sekretarz stanu, uwiedziona przez francuski duet, w celu uniknięcia katastrofy humanitarnej przeszła do obozu interwencjonistów. Wraz z prezydentem Barackiem Obamą, nie pytając, jak nakazuje konstytucja, Kongresu o zgodę, pchnęła Stany Zjednoczone do kolejnej wojny. Na szczęście wszystko dobrze się ułożyło: „W przeciągu 72 godzin siły powietrzne [Kaddafiego] zostały pokonane, a mieszkańcy Benghazi ocaleni przed nadciągającą katastrofą”. Ciąg dalszy nastąpi.

Skąd wieje wiatr?

Hillary Clinton wie, że jej konserwatywny wizerunek stanowi przeszkodę w pozyskaniu elektoratu Berniego Sandersa. Pociągnięta w lewo przez sukces swojego demokratycznego konkurenta w prawyborach zapowiedziała ostatnio różne postępowe kroki: opodatkowanie banków, które zanadto się zadłużają; podniesienie pensji minimalnej do 12 dolarów za godzinę; uzależnienie kosztów zapisania się na uniwersytet od dochodów rodziców, itd. Szczególnie spektakularny jest jej zwrot w sprawie wolnego handlu. 15 listopada 2012 r. zachwycała się Partnerstwem Transpacyficznym (TPP), „wzorcem umowy o wolnym handlu, mającym wzmocnić wolny rynek”. Trzy lata później wiatr wieje już z innej strony. Krytyczne opinie wypowiadane przez Trumpa i Sandersa zdają się przekonywać wyborców, więc 8 października 2015 r. oświadczyła: „Obecnie nie podoba mi się to, co wiem o partnerstwem transpacyficznym. Nie sądzę, żeby mogło spełnić wysokie wymagania, jakie mu stawiałam”. Jednak, mimo tej wypowiedzi, Clinton odmawia wykreślenia TPP ze swojego programu wyborczego.

Niemniej kandydatka demokratów jest bardziej przewidywalna niż Trump, który wyrzuca z siebie brutalne wypowiedzi przeciw „radykalnym muzułmanom” i „imigrantom”. Jej spokój i poczucie równowagi robią wrażenie nawet na republikanach. Meg Whitman, przewodnicząca-dyrektor generalna Hewlett-Packarda, która zajmowała się też finansami poprzedniego konserwatywnego kandydata na prezydenta, Willarda Mitta Romneya, otwarcie wyraziła dla niej poparcie. Podobnie neokonserwatysta Robert Kagan, także były doradca Romneya. Nawet członkowie rodziny Bushów ogłosili, że powstrzymają się w ogóle od głosowania w nadchodzących wyborach.

Poza tym Hillary Clinton cieszy się ciągłym poparciem medialnego establishmentu, który przedstawia ją jako ostatni bastion w walce z barbarzyństwem. „Czy jakiekolwiek wybory dawały aż tak skrajne możliwości? – zastanawiał się 20 lipca 2016 redaktor naczelny New Yorkera David Remnick – Clinton będzie musiała wykazać się w czasie kampanii wielką siłą i determinacją, walcząc z najniebezpieczniejszym i najmniej przewidywalnym z kandydatów, z demagogiem, który – by zdobyć władzę – przekroczy wszystkie granice, także granicę przyzwoitości”.

Taki język przypomina konfrontację Jacquesa Chiraca z Jean-Marie Le Penem w 2002 r., kiedy to francuska lewica była zmuszona wesprzeć prawicowego kandydata, by chronić kraj przed „brunatnym niebezpieczeństwem”. Tyle, że Chirac był bardziej postępowy niż Hilary Clinton, zwłaszcza w kwestii polityki zagranicznej. Obecną amerykańską kampanię prezydencką można by raczej porównać do hipotetycznej rywalizacji Angeli Merkel z Silviem Berlusconim, w której lewica zdecydowała się stanąć po stronie Merkel.

tłum. Anastazja Dwulit


Tekst ukazał się sierpniowym numerze polskiej edycji miesięcznika "Le Monde Diplomatique".


John R. MacArthur



drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Browarny i Zandberg – spotkanie otwarte
Wrocław, księgarnia Tajne Komplety, ul. Przejście Garncarskie 2
30 kwietnia (niedziela), godz. 16.00
“Ziemia i Wolność”. Druga fala dekomunizacji.
Gdańsk, Krytyka Polityczna - świetlica w Trójmieście, ul. Nowe Ogrody 35 (II p.)
27 kwietnia (czwartek), godz. 18.00 - 21.00
MOST PRZEZ POKOLENIA
do 14 maja 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

28 kwietnia:

1900 - Urodził się Maurice Thorez, francuski polityk komunistyczny, wieloletni lider Francuskiej Partii Komunistycznej (PCF) .

1943 - Z inicjatywy nacjonalistycznych środowisk ukraińskich we Lwowie sformowana została składająca się z ukraińskich ochotników 14. Dywizja Grenadierów SS (tzw. dywizja SS-Galizien).

1946 - Reaktywowano związany z PPS Związek Niezależnej Młodzieży Socjalistycznej.

1960 - W Wageningen zmarł Anton Pannekoek, holenderski astrofizyk, światowej sławy astronom, teoretyk marksistowski.


 
Lewica.pl na Facebooku