Maciej Szlinder: Mity w debacie o dochodzie podstawowym

[2017-05-14 22:07:30]

Idea bezwarunkowego dochodu podstawowego (BDP) stała się w ostatnich latach coraz częściej poruszanym tematem w debatach na temat kryzysu kapitalizmu, reformy systemów redystrybucji i przyszłości światowej gospodarki. Również w Polsce, zwłaszcza w zeszłym roku, BDP pojawiał się w debacie publicznej, głównie w związku ze szwajcarskim referendum oraz z fińskim eksperymentem, który ostatecznie rozpoczął się w styczniu obecnego roku. Dochód podstawowy pojawiał się również w kontekście dyskusji na temat niestabilności na rynku pracy, „umów śmieciowych” i problemu prekariatu. Niestety, w wielu zagranicznych i polskich artykułach mamy do czynienia ze sporą dozą chaosu i nieporozumień dotyczących BDP. Poniżej postaram się krótko omówić najważniejsze mity pojawiające się w debatach wokół BDP i wyklarować niejasności, które utrudniają dyskusję na temat zasadności tej koncepcji.

O czym mowa?

Konieczne wydaje się rozpoczęcie od dokładnego zdefiniowana BDP, ponieważ gros problemów występujących w debacie wynika z nieporozumień co do samej idei.
Po pierwsze, jest to dochód bezwarunkowy. Oznacza to, że do jego otrzymania nie trzeba spełniać żadnych warunków związanych z zachowaniem, takich jak np. uprzednia bądź obecna praca zarobkowa. Nie trzeba też zobowiązywać się do poszukiwania zatrudnienia, uczęszczania na szkolenia itp. To właśnie warunkowość jest najbardziej dotkliwą cechą funkcjonujących w wielu zachodnich krajach systemów workfare, tj. takich, które zmuszają do podejmowania pracy najemnej (lub jej aktywnego poszukiwania), pod groźbą odebrania podstawowych środków utrzymania.
Po drugie, jest to dochód bezkryterialny. Oznacza to, że nie zawiera, powszechnych w obecnych systemach zabezpieczenia społecznego, kryteriów dochodowych (lub majątkowych). Nie jest to zatem zasiłek skierowany wyłącznie do osób ubogich, czym różni się od minimalnego dochodu gwarantowanego, z którym często się go myli.
Po trzecie, jest to dochód powszechny. Nie przysługuje jedynie jakiejś grupie, np. dzieciom (jak świadczenia na dzieci, podobne do 500+) czy osobom starszym (jak emerytura obywatelska), ale wszystkim obywatelom i obywatelkom (a w niektórych propozycjach także rezydentom i rezydentkom).
Po czwarte, jest to świadczenie indywidualne. Otrzymywać mają je jednostki, a nie rodziny, co zwiększa autonomię poszczególnych jej członków i członkiń. Ta cecha jest szczególnie ważna z perspektywy kobiet i stoi w opozycji względem zorientowanych na rodzinę świadczeń konserwatywnego państwa opiekuńczego rodem z wczesnych lat powojennych.
Po piąte, jest to świadczenie regularne. Ma być zatem wypłacane co jakiś czas (najczęściej zakłada się miesiąc), a nie jednorazowe, jak w wypadku idei dotacji kapitałowej, proponowanej już pod koniec osiemnastego wieku przez Thomasa Paine’a, a zrealizowanej m.in. w programie Dziecięcego Funduszu Powierniczego, powszechnie znanego pod nazwą baby bonds i wprowadzonego przez rząd Tony'ego Blaira w 2002 roku w Wielkiej Brytanii (program zlikwidowano w 2011 roku). Regularność daje trwałe poczucie bezpieczeństwa i zapobiega możliwości utracenia całości wsparcia (np. w wyniku nagłego krachu finansowego).
Po szóste, jest to świadczenie pieniężne. O ile część podstawowych potrzeb może i powinna być realizowana za pomocą bezpośredniego dostarczania dóbr i usług przez państwo (poprzez np. budowanie mieszkań komunalnych, świadczenie części usług opiekuńczych, służbę zdrowia i system szkolnictwa), o tyle w wypadku innych towarów, świadczenia rzeczowe dla ubogich mają charakter paternalistyczny – urzędnik decyduje, jakiego rodzaju żywność, odzież czy inne produkty powinni dostawać ubodzy, zamiast przekazać im równowartość tych dóbr w pieniądzu, dając swobodę co do ich wykorzystania. Kryje się za tym uprzedzenie, że osoby biedne nie potrafią właściwie gospodarować swoimi pieniędzmi. Przy okazji dyskusji o programie 500+ pojawiały się również tego typu głosy, podnoszące obawy, że środki nie zostaną wydane zgodnie z najlepszym interesem dzieci, a w skrajnej wersji mieliśmy do czynienia z lamentowaniem, że „pieniądze zostaną przepite”, a w każdym razie na pewno zmarnowane. Tego typu uprzedzenia wynikają najczęściej z pogardy względem osób ubogich. Nie znajdują one żadnego potwierdzenia w badaniach empirycznych, których ogromna liczba niezbicie dowodzi, że osoby biedne potrafią świetnie rozporządzać dodatkowymi środkami w zgodzie ze swoim najlepszym interesem.
Wreszcie, po siódme, jest to dochód podstawowy, co oznacza, że jego wysokość musi pozwalać na zaspokojenie podstawowych potrzeb biologicznych i społecznych. W Polsce pewnym punktem odniesienia mogą być np. wskaźniki minimum socjalnego wyliczane przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych. Te świadczenia, które spełniają pierwszych sześć cech, ale są zbyt niskie, nazywa się najczęściej „częściowym dochodem podstawowym”, którego przykładem jest coroczna dywidenda wypłacana z funduszu majątkowego wszystkim mieszkankom i mieszkańcom Alaski – często mylnie podawana jako przykład istniejącego, w pełni zrealizowanego programu BDP.
Ta ostatnia cecha jest istotna, ponieważ od niej zależy jeden ze skutków BDP – zapewnienie tzw. opcji wyjścia, czyli możliwości rezygnacji z pracy zarobkowej. Nie chodzi tu o to, by ludzie rzeczywiście masowo rezygnowali z takiej pracy, ale żeby, dając im tę możliwość, wzmocnić ich pozycję przetargową względem osób ich zatrudniających. Częściowy dochód podstawowy, nie zapewniający możliwości rezygnacji (choćby czasowej) z pracy najemnej, wiąże się z zagrożeniem obniżką płac, a tym samym przechwyceniem środków przez kapitał (zwłaszcza jeżeli istotnym źródłem finansowania byłyby zwiększone podatki od zysków, transakcji lub majątków przedsiębiorstw). Przy odpowiedniej wysokości dochodu podstawowego, płace powinny natomiast wzrosnąć, podobnie jak ich udział w PKB.

Dochód podstawowy czy gwarantowany?

BDP jest szczególnie często mylony z minimalnym dochodem gwarantowanym. To ostatnie rozwiązanie polega na wypłacaniu pieniędzy jedynie tym osobom, które nie otrzymują ich z innych źródeł. Państwo zatem gwarantuje, że każdy ma pewne minimalne środki poprzez uzupełnianie dochodów osób ubogich do pewnej granicy. Rozwiązanie to opiera się zatem na istnieniu kryterium dochodowego, a zatem wiąże się z wszystkimi problemami świadczeń, które takie kryterium zawierają.
Przede wszystkim, świadczenia kierowane wyłącznie do osób biednych są stygmatyzujące. To właśnie związany z nimi wstyd jest jedną z przyczyn, dla których w wielu krajach aż połowa osób uprawnionych do świadczeń ich nie pobiera. Inną przyczyną jest brak świadomości tego, że jest się osobą uprawnioną lub brak wiedzy o tym, jak zgłosić się po świadczenie i przejść procedurę jego przyznawania. Ostatecznie w ramach tej procedury to zawsze jakiś urzędnik decyduje o tym, czy komuś należy się świadczenie, czy też nie. Taka relacja między urzędnikiem i petentem jest klasyczną relacją dominacji. Co więcej, w krajach o większej korupcji (np. w krajach Ameryki Łacińskiej) nierzadko świadczenia tego typu się kupuje, oddając ich część urzędnikom, co jeszcze zmniejsza skuteczność takich rozwiązań. Jednak, nawet gdy pominiemy zagrożenie korupcją, koszty administracyjne związane z przyjmowaniem, rozpatrywaniem wniosków, a także kontrolą zawartych w nich informacji, są znaczne.
Z kryteriami dochodowymi wiążą się także pułapki ubóstwa. Pułapki te oznaczają sytuację, w której nie opłaca się świadczeniobiorcom podejmować pracy lub zwiększać niskich zarobków, ponieważ wiąże się to z przekroczeniem progu i utratą świadczeń. Podejmując pracę najemną, trzeba się liczyć nie tylko z utratą świadczeń, ale i z podatkami odprowadzanymi od nowego, niskiego wynagrodzenia, a także dodatkowymi kosztami transportu, odzieży roboczej itd. Gdy ujmiemy wszystkie te elementy razem, to może się okazać, że krańcowa stopa opodatkowania (dotycząca nowego dochodu z podjęcia pracy) przekracza 100 procent – dochód netto tej osoby po podjęciu zatrudnienia jest niższy niż wcześniej otrzymywane świadczenie. A nawet gdy dochód ten jest nieznacznie wyższy od poprzedniego świadczenia, bardziej opłaca się przejść do szarej strefy.
Wreszcie, świadczenia kierowane do ubogich z założenia stanowią reakcję na już istniejące ubóstwo, które mają łagodzić. Nie zapobiegają mu zanim wystąpi, a samo doświadczenie ubóstwa (nawet krótkotrwałe) może odbić się istotnie na przyszłej jakości życia osoby nim dotkniętej.
BDP jest wolny od wszystkich powyższych wad. Zapobiega ubóstwu, zanim ono wystąpi. Nie wiąże się pułapką ubóstwa – każda dodatkowo zarobiona złotówka oznacza wzrost całkowitego dochodu (choć nie o całą złotówkę – przyjmuje się tu brak kwoty wolnej od podatku). Ponieważ wszyscy go otrzymują, nie wiąże się ze stygmatyzacją osób go pobierających i nie zostawia części potrzebujących bez pomocy. Wypłacanie ma charakter automatyczny, nie wymaga żadnej decyzji urzędników, stąd nie ma również mowy o dominacji ani przestrzeni na korupcję. Koszty administracyjne są zaś skrajnie niskie.

Czy dochód podstawowy to idea libertariańska?


Wielu lewicowych przeciwników (a i część mniej rozeznanych zwolenników) dochodu podstawowego łączy tę koncepcję z guru neoliberalizmu Miltonem Friedmanem. W tym wypadku mamy znów do czynienia z pomyleniem pojęć. Friedman opowiadał się za negatywnym (ujemnym) podatkiem dochodowym, a nie dochodem podstawowym. W skrócie: Friedmanowski pomysł polega na tym, że a) ustala się jakąś kwotę wolną od podatku, b) wszystkie dochody powyżej tej kwoty są opodatkowane tradycyjnie, c) jeżeli czyjś dochód jest niższy niż kwota wolna, to państwo wypłaca tej osobie jakiś procent różnicy między jej dochodem a kwotą wolną. Np. przy kwocie wolnej w wysokości 20 tysięcy złotych rocznie i stawce ujemnego podatku wynoszącej 50%, osoba, której dochód roczny wyniósł 12 tysięcy złotych, otrzyma od państwa po roku 4 tysiące, które stanowią 50% z 8 tys., czyli z różnicy między kwotą wolną (20 tys.) a zarobkami (12 tys.). Gdyby dana osoba nie posiadała żadnych dochodów, otrzymałaby 10 tysięcy złotych (połowa z różnicy między 20 tys. a 0). Zgodnie z tą koncepcją, państwo gwarantuje każdej i każdemu pewien minimalny dochód (10 tys. w naszym przykładzie), ale wypłaca go jedynie tym, którzy nie mają żadnych dochodów, a jego część tym, których dochody są niskie.
Widać więc wyraźnie, że koncepcja ta bliższa jest raczej minimalnemu dochodowi gwarantowanemu, od którego różni się tym, że nie zawiera pułapki ubóstwa. Nie ma jednak wiele wspólnego z BDP, ponieważ z założenia zależy od dochodów z innych źródeł (nie jest bezkryterialna), nie jest powszechna, a najczęściej dotyczy również rodzin (gospodarstw domowych), a nie jednostek. Co więcej, pieniądze z ujemnego podatku otrzymuje się po wystąpieniu problemu braku pieniędzy, zatem podobnie jak minimalny dochód gwarantowany, nie zapobiega ubóstwu, ale je łagodzi. W koncepcjach Friedmana również poziom gwarantowanego dochodu był zbyt niski, by wystarczyć do zaspokojenia podstawowych potrzeb.
Cześć oponentów określa dochód podstawowy mianem idei „libertariańskiej”, bądź „liberalnej”. Pochylmy się na chwilę nad sensownością tych dwóch określeń. Bez wątpienia część uczestników debaty na temat dochodu podstawowego wywodzi się z grona libertarian, a nawet stara się wywodzić zasadność tego rozwiązania z założeń libertarianizmu. Niektórzy libertarianie, nawiązując do pism Johna Locke’a, uznają, że konieczna jest jakaś forma rekompensaty za pierwotnie zawłaszczoną wspólną własność ziemską. Libertariańscy zwolennicy dochodu podstawowego czasami rozszerzają tę kategorię na wszystkie surowce naturalne, a czasem również spadki, a nawet, jak Hillel Steiner, geny. Jednak możliwości uzasadnienia tej koncepcji w ramach libertariańskiej tradycji filozoficznej są bardzo ograniczone. Wymagają całego szeregu dodatkowych założeń, związanych zarówno ze specyficzną interpretacją pism Locke'a, jak i decyzją co do formy wypłacania rekompensat (dlaczego wypłacać wszystkim po równo, a nie tylko tym, których przyrodzone prawa własności surowców zostały ograniczone przez innych?). W związku z tym grupa libertarian broniąca dochodu podstawowego nie stanowi rdzenia tego nurtu.
Co więcej, libertariański sposób uzasadnienia dochodu podstawowego uzależnia jego wysokość nie od realizacji podstawowych potrzeb, ale od utraconych korzyści z ograniczenia praw własności. Oznacza to, że kluczowa cecha definicyjna dochodu podstawowego nie ma tutaj żadnego znaczenia. Charles Murray, który jest uznawany za najważniejszego libertariańskiego zwolennika dochodu podstawowego, tak naprawdę opowiada się za bardzo niskim (biorąc pod uwagę nie tylko postulowaną przez niego likwidację wszystkich świadczeń, ale i prywatną służbę zdrowia) powszechnym świadczeniem, częściowo przymusowo przeznaczanym na prywatne ubezpieczenie zdrowotne i wycofywanym wraz ze wzrostem dochodu. Ponieważ libertarianie najczęściej ignorują wymóg wystarczającej wysokości proponowanego powszechnego świadczenia, mogą sobie pozwolić na postulowanie częściowego finansowania go z prywatyzacji usług publicznych, nie przejmując się, że drastycznie podniosłoby to poziom niezbędnych środków pieniężnych do realizacji podstawowych potrzeb. Ścisłe traktowanie BDP w zasadzie wyklucza tego typu pomysły.
W rzeczywistości znacznie łatwiej uzasadnić na gruncie libertarianizmu koncepcje minimalnego dochodu gwarantowanego czy ujemnego podatku dochodowego niż BDP. Zamieszanie w tej kwestii w pewnej mierze wynika ze specyfiki debaty amerykańskiej, w której stosuje się głównie termin gwarancji podstawowego dochodu (basic income guarantee). Za jego pomocą Amerykanie, szczególnie podatni na libertariańskie argumenty, wrzucają do jednego worka wszystkie opisywane wcześniej koncepcje: dochód podstawowy, minimalny dochód gwarantowany i ujemny podatek. Niestety, z uwagi na hegemonię mediów amerykańskich, to „pomieszanie z poplątaniem” przenosi się na grunt debaty w innych krajach, w tym do (pół)peryferyjnej debaty polskiej, w której treści płynące z USA zbyt często stanowią główny punkt odniesienia.

Wolność liberalna i wolność republikańska

Dochód podstawowy trudno też nazwać ideą liberalną. Założone w tej koncepcji rozumienie wolności nie jest bowiem „wolnością od przymusu”, ale raczej republikańską „wolnością od dominacji”, gdzie dominacja oznacza arbitralną ingerencję w działania danej osoby. Te z pozoru podobne koncepcje są jednak radykalnie odmienne. Wysokie podatki, z których finansuje się redystrybucję dochodu lub bezpłatne usługi publiczne, naruszają liberalną wolność od przymusu, gdyż za ich niepłacenie grożą kary (w tym więzienie). Nie naruszają jednak wolności republikańskiej, ponieważ nie są one arbitralne, ale wynikają z uzgodnień w ramach danej wspólnoty politycznej. Z drugiej strony, sytuacja, w której pracownik przyjmuje marną ofertę pracy, ponieważ jedyną alternatywą jest głód i nędza, dla liberałów nie jest przymusem, nie koliduje zatem z wolnością. Natomiast mamy tu z pewnością do czynienia ze stanem dominacji, ponieważ pracownik ten jest „na łasce” osoby go zatrudniającej, a zatem nie jest on wolny w sensie republikańskim. Wolność liberalna ma charakter formalny, natomiast wolność republikańska dotyczy rzeczywistych relacji społecznych i stosunków władzy. Wolność od dominacji jest autonomią, niezależnością socjoekonomiczną, która stanowi podstawę funkcjonowania wspólnoty wolnych i równych obywatelek i obywateli
Dochód podstawowy jest właśnie rozwiązaniem, które zapewnia tę autonomię, jednocześnie wymagając finansowania (między innymi) ze wzrostu podatków. Co więcej, ponieważ jego wysokość pozwala na rezygnację z pracy najemnej, nie tylko realizuje republikańską wolność od dominacji, ale również wzmacnia siłę przetargową pracowników w negocjacjach dotyczących płacy i warunków pracy. Sam fakt, że nie muszę się zgodzić na daną ofertę pracy, mogę szukać innej lub w ogóle mogę zrezygnować z pracy najemnej, pozwala mi na usztywnienie swojego stanowiska i wymuszenie lepszych warunków. Dotyczy to szczególnie gorzej zarabiających pracownic i pracowników. Posługując się kategoriami Marksowskimi, należy uznać, że dochód podstawowy zwiększa wartość siły roboczej i zmniejsza istotnie stopień wyzysku, jakiemu zatrudnieni podlegają w kapitalistycznych zakładach pracy.

Obowiązek pracy


Zarówno wśród lewicowych, jak i prawicowych przeciwników pojawia się zarzut, że należy zapewniać ludziom pracę, a nie dochód. Tego typu argumentacja powołuje się często na zasadę wzajemności, zgodnie z którą nikt nie powinien otrzymywać „czegoś w zamian za nic”. Prawa w danej wspólnocie związane są zaś nieodzownie z obowiązkami, pośród których kluczowe miejsce zajmuje obowiązek pracy. Ten obowiązek powinien być powiązany ze wsparciem pieniężnym. Tego typu założenie stoi za aktualnymi systemami zabezpieczenia społecznego funkcjonującymi w części krajów zachodnich. W jego najbardziej skrajnej, brytyjskiej wersji, skutki tego systemu świetnie przedstawił Ken Loach w zeszłorocznym filmie „Ja, Daniel Blake”.
Stanowiska broniące zasady wzajemności są problematyczne z kilku powodów. Po pierwsze, ich zwolennicy zwykle są niekonsekwentni, ponieważ wymagają pewnego zachowania wyłącznie od osób biednych, nie zaś od niepracujących bogatych, którzy mogą korzystać z infrastruktury i usług publicznych, żyjąc np. z odziedziczonego majątku. Po drugie, zmuszanie ludzi do pracy najemnej, która jest uciążliwa, a dla osób ją wykonujących często nie ma większego sensu, jest stygmatyzujące, nie sprzyja wcale ich integracji społecznej, a nierzadko blokuje możliwości rozwoju. Uzależnienie praw od spełniania obowiązków jest również dość wątpliwe moralnie. Bez zapewnienia podstawowych środków nie można sensownie wymagać od jednostki ani podejmowania moralnych decyzji, ani przestrzegania reguł.
Co jednak najważniejsze, osoby wspierające zasadę wzajemności najczęściej bardzo wąsko rozumieją samą pracę, ograniczając ją do pracy zarobkowej. Osoby piętnujące „pasażerów na gapę”, otrzymujących świadczenia a niepracujących zarobkowo, zwykle ignorują fakt, że sami korzystają z ogromu nieopłaconej pracy opiekuńczej i pracy domowej świadczonej głównie przez kobiety. Ta praca, a także prace związane z pomocą sąsiedzką, aktywizmem społecznym i politycznym, tworzeniem i podtrzymywaniem sieci społecznych nie są wystarczające dla obłudnych moralistów doceniających jedynie miejsca pracy i zatrudnienie. Nazywają oni przymus pracy najemnej „emancypacją przez pracę” lub „aktywizacją społeczną”. Nie dostrzegają, że uzależnianie dostarczania podstawowych środków od zgody na podjęcie często pozornej, bezsensownej, formalnej pracy zarobkowej, powoduje, że bardzo ważne społeczne aktywności zostają zaniedbane. Ktoś, kto mógłby opiekować się starszymi rodzicami, pomagać sąsiadom, dokarmiać bezdomne koty i organizować przyjęcie dla dzieci z osiedla lub manifestację antysmogową, będzie musiał stawiać się w miejscu pracy stworzonym tylko po to, by wypłacić mu wynagrodzenie i „zintegrować ze społeczeństwem”.

Nie da się sfinansować?


Jeden z głównych argumentów przeciw BDP głosi, że nie da się go sfinansować. Powstało wiele modeli finansowania, które wykazywały na przykładzie różnych krajów, że jest to jak najbardziej możliwe. Możemy wymienić kilka źródeł finansowania takiego rozwiązania. Pierwszym są oszczędności związane z likwidacją świadczeń, które stałyby się zbędne w wypadku wprowadzenia dochodu podstawowego, takie jak zasiłki dla bezrobotnych, zasiłki z pomocy społecznej i inne (ale nie te związane np. z niepełnosprawnością czy zdrowiem). W ramach tych oszczędności należy wziąć pod uwagę również oszczędności administracyjne – dochód podstawowy wypłacany byłby dość automatycznie, bez potrzeby zbierania i sprawdzania wniosków oraz kontroli prawdziwości zawartych w nich informacji.
Drugim źródłem jest podwyżka opodatkowania najwyższych płac, a także podatków ekologicznych, od transakcji finansowych, majątkowych i wielu innych. Trzecim jest kreacja pieniądza, na którą stawiają zwolennicy „luzowania ilościowego dla ludzi”. Czwartym źródłem może być zwiększenie deficytu budżetowego, który nie musi być tak szkodliwy, jak się to powszechnie głosi. Piąte źródło może opierać się na suwerennych funduszach majątkowych, gromadzących zyski z wydobycia surowców naturalnych. Szóste źródło, występujące jednak z opóźnieniem, stanowią większe wpływy budżetowe związane z wyższym wzrostem wywołanym przez wprowadzenie dochodu podstawowego. Wybór konkretnego sposobu finansowania, wykorzystującego jedno, część lub wszystkie z powyższych źródeł, zależy od specyfiki danej gospodarki. Bez wątpienia można jednak powiedzieć, że sfinansowanie BDP leży w zakresie możliwości państw rozwiniętych.

Kto popiera?

Inny zarzut głosi, że BDP jest popierany przez partie prawicowe, takie jak te tworzące fiński rząd, który rozpoczął w tym roku program pilotażowy BDP. Pomimo szlachetnych początkowych deklaracji, eksperyment fiński nie ma jednak wiele wspólnego z dochodem podstawowym. Po pierwsze, eksperymentem objęte zostały jedynie osoby w wieku 25-58. Decyzja ta wynika z koncentracji badania niemal wyłącznie na kwestii oddziaływania na promocję zatrudnienia, stąd za niezasadne uznano włączenie studentów czy emerytów. Po drugie, badanie dotyczy jedynie osób, które w listopadzie 2016 roku otrzymywały zasiłki. Wreszcie, po trzecie, wysokość wypłacanego świadczenia wynosi 560 euro miesięcznie i jest niższa od fińskiego progu ubóstwa. Badane świadczenie nie jest zatem powszechne, bezkryterialne, ani podstawowe (wystarczająco wysokie). Poparcie w Finlandii dla dochodu podstawowego we właściwej formie najbardziej konsekwentnie przejawiały dwie partie: Liga Zielonych i Sojusz Lewicy, który znajduje się „na lewo” od fińskiej socjaldemokracji.
To oczywiście prawda, że poparcie dla idei BDP wyrażali również pojedynczy bogaci kapitaliści, jak Elon Musk czy niemiecki założyciel i były dyrektor generalnego sieci drogerii DM Götz Werner, jednak przewaga organizacji, partii i ruchów lewicowych jest pośród zwolenników dochodu podstawowego przytłaczająca.
Zwycięzca prawyborów we francuskiej Partii Socjalistycznej i jeden z głównych pretendentów do stanowiska prezydenta Francji Benoît Hamon uczynił z dochodu podstawowego jeden ze swoich kluczowych postulatów. W marcu 2016 roku dochód podstawowy poparła, niewątpliwie lewicowa, Szkocka Partia Narodowa. Poparcie najważniejszej szkockiej partii może przełożyć się na przeprowadzenie eksperymentów w Fife i Glasgow, być może jeszcze w tym roku. Także minister w gabinecie cieni brytyjskiej Partii Pracy, John McDonnell opowiedział się za dochodem podstawowym, a nawet zadeklarował, że wygra debatę na ten temat w łonie swojej partii i przekona jej członkinie i członków do poparcia tej koncepcji. Niedawno poprosił on Guya Standinga, jednego z najbardziej znanych zwolenników dochodu podstawowego, o pomoc w przygotowaniu szczegółowego planu włączenia tej idei do długoterminowej strategii Partii Pracy. Do postulatu dochodu podstawowego wraca również hiszpańska partia Podemos.
W Wielkiej Brytanii w lipcu zeszłego roku doszło do ważnego wydarzenia, jakim było poparcie dla BDP wyrażone przez Unite, największy związek zawodowy w Wielkiej Brytanii i Irlandii. To jeden z elementów wciąż powolnego zwrotu strategii związków zawodowych, które zwykle obstają przy bardziej tradycyjnych rozwiązaniach. W tym kontekście warto przypomnieć również o niezwykle pozytywnej roli bułgarskiej Konfederacji Niezależnych Związków Zawodowych w końcowym okresie zbierania podpisów pod Europejską Inicjatywą Obywatelską w styczniu 2014 roku, co zaowocowało zebraniem 30 tysięcy podpisów w ciągu ostatnich 5 dni i zrealizowaniem założonego celu zbiórki dla tego kraju. Poza ważnymi instytucjami i środowiskiem akademickim, BDP znajduje swoje miejsce na sztandarach ruchów społecznych (jak np. ruch Oburzonych), a także inspiruje tysiące aktywistów do działania w różnych sieciach regionalnych, takich jak europejska Unconditional Basic Income Europe, czy dziesiątkach sieci krajowych. W zeszłym roku dołączyła do nich Polska Sieć Dochodu Podstawowego.

Świt robotów?

Część czytelniczek i czytelników może się dziwić, że w tym niekrótkim tekście o dochodzie podstawowym ani razu nie pojawiła się kwestia bezrobocia technologicznego, nieuniknionego końca pracy, wszechobecnych robotów i aplikacji zastępujących miliony prawników i księgowych. To rzeczywiście najpopularniejszy medialny sposób argumentacji za dochodem podstawowym w ciągu ostatnich kilku lat. Wśród badaczy od dawna zajmujących się tym tematem cieszy się on znacznie mniejszym wzięciem. Mam co do tej linii argumentacji wiele wątpliwości. Przyczyny bezrobocia we współczesnych państwach kapitalistycznych leżą raczej w niewłaściwej dystrybucji dochodu: zbyt duże zyski względem płac, zbyt duże nierówności płac. Prowadzi to do niedostatecznego popytu efektywnego (z niskich i średnich płac wydaje się więcej niż z zysków i wysokich płac), a więc mniejszych możliwości produktywnych inwestycji. Zamiast tego zyski lokowane są w „kasynie” sektora finansowego. I dlatego wzmacniający pozycję pracowników, finansowany z progresywnych podatków BDP mógłby zwiększyć poziom zatrudnienia, a nie zmniejszyć.
Czy to znaczy, że odrzucam całą argumentację związaną z bezprecedensową zmianą technologiczną? Niekoniecznie. Możliwe, że ta zmiana, która nas czeka (lub już zachodzi, jak chcą niektórzy), będzie rzeczywiście zupełnie inna od poprzednich, które niszcząc wiele miejsc pracy, tworzyły nowe. Możliwe też, że w przyszłości ludzie zaakceptują zastąpienie ludzi w zawodach, w których przynajmniej obecnie czynnik ludzki wydaje się niezastąpiony (opieka, terapia, edukacja). Jednak celem tego artykułu było również pokazanie, że bez względu na to, czy akceptujemy ten argument „z technologii”, istnieje wystarczająco wiele powodów społecznych, ekonomicznych i moralnych, by opowiedzieć się za BDP. Nie należy tylko wierzyć w mity wymyślane i głoszone przez jego, nie zawsze uczciwych i rzetelnych, przeciwników.

Maciej Szlinder




Maciej Szlinder – filozof, socjolog, ekonomista, prezes Polskiej Sieci Dochodu Podstawowego (www.dochodpodstawowy.pl), członek europejskiej (Unconditional Basic Income Europe) i hiszpańskiej (Red Renta Básica) Sieci Dochodu Podstawowego; redaktor czasopisma naukowego „Praktyka Teoretyczna”. Doktorant w Instytucie Filozofii Uniwersytetu im. A. Mickiewicza.

Tekst pochodzi z najnowszego numeru kwartalnika "Bez Dogmatu"











drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Łańcuch Światła w całej Polsce: Kulminacja w Warszawie
CAŁA POLSKA
20 lipca (czwartek), godz. 21.00
"Bez Dogmatu" - zaproszenie do współtworzenia pisma
do 15 sierpnia
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

21 lipca:

1905 - Stefan Okrzeja, 19-letni bojowiec PPS, stracony na stokach Cytadeli.

1917 - Rosja: Powstanie rządu Aleksandra Kiereńskiego.

1923 - Urodził się Paul Xuereb, pisarz, polityk Maltańskiej Partii Pracy. W latach 1987-89 p.o. prezydenta Malty.

1944 - Powstał Polski Komitet Wyzwolenia Narodowego (PKWN). Przewodniczący: Edward Osóbka-Morawski, zastępcy: Wanda Wasilewska i Andrzej Witos.

1961 - Urodził się Manu Chao, kompozytor i wykonawca muzyki folk, sięgający do muzyki latynoskiej. Związany z ruchem alterglobalistycznym.

1966 - W Paryżu zmarł Julian Hochfeld, jeden z najwybitniejszych socjologów marksistowskich, członek PPS i ZNMS.

1980 - Eugenia Charles została pierwszą kobietą na stanowisku premiera Dominiki.

2001 - Zmarł Krste Crvenkovski, polityk macedoński. W latach 1963-69 sekretarz Komitetu Centralnego Ligi Komunistów Macedonii.

2007 - Pratibha Patil jako pierwsza kobieta została wybrana na urząd prezydenta Indii.

2012 - Zmarł Alexander Cockburn, amerykański dziennikarz i pisarz polityczny.


 
Lewica.pl na Facebooku