Wypisywanie się z narodu
2017-01-16 14:25:22
Czy deklaracja o przestaniu bycia członkiem jakiejś wspólnoty – tu narodowej i to bardzo znaczącej na mapie światowej; narodu żydowskiego – w tak dramatycznej i spektakularnej formie jak ogłoszenie jej książką może (i czy powinna) zwrócić uwagę opinii publicznej na świecie, elit intelektualnych, ludzi refleksyjnych i tzw. mainstreamu ? Wg nadwiślańskich mniemań pojęcie Żyd to wieczny stygmat – obojętnie jak go się klasyfikuje, niezmienny kusiciel „ku złemu”, naturalny agent bądź szkodnik, zwłaszcza działający na szkodę Polaka-katolika, chrześcijanina, nadwiślańskiego patriotyzmu. I trzymający się zawsze razem w swej anty- „gojowskiej” wspólnocie. A tu nagle znany, światowej sławy Żyd wypisuje się z narodu wybranego (wedle ich, judaistycznego, oglądu świata), ze wspólnoty opisanej jako niezwykle w swej szkodliwości zwartej, spójnej i stale się popierającej.

Być Żydem w Izraelu oznacza być obywatelem uprzywilejowanym.
bo tylko Żyd może kupować ziemię, a obywatel nie-żydowski
nie ma prawa jej nabyć. Tylko Żyd, nawet jeśli przebywa
w Izraelu tymczasowo i kiepsko posługuje się hebrajskim,
może zarządzać narodowym bankiem Izraela. Tylko Żyd
nie będzie torturowany, nikt nie będzie przeszukiwać
nocą jego domu, nie stanie się przez pomyłkę celem
strzału, nie ujrzy ruin swego domostwa zburzonego
przez pomyłkę. To bowiem los Arabów.

Shlomo SAND

Warto polecić wszystkim Czytelnikom Portalu, zainteresowanym – i nie tylko – problematyką Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza stosunkami wewnątrz Izraela, książkę Shlomo Sanda pt. „DLACZEGO PRZESTAŁEM BYĆ ŻYDEM. SPOJRZENIE IZRAELCZYKA”. I nie ważne, że wydano ją już w roku 2013 (w Polsce – 2014), bowiem zagadnienia poruszane przez Sanda, profesora historii z Uniwersytetu w Tel Awiwie, są nadal niezwykle aktualne. Przyśpieszenie toku wydarzeń w ostatnim czasie na terenach współczesnego Lewantu, gdzie mają się „zmieścić” dwa państwa – Izrael i arabska Palestyna, manifest Sanda czyni tym bardziej aktualnym i wartym lektury.
Także zagadnienia tożsamości, narodu - a przede wszystkim narodowo-twórczej ideologii, manipulującej narodową tożsamością, w kontekście zagadnień mistyczno-religijnych - winne być dla Polsków nader bliskimi. Ideologia narodowa nie tylko w Izraelu zdominowała historię (a ten proces obserwować można także u nas nad Wisłą, Odrą i Bugiem), ale przede wszystkim adoptując ją do patriotycznych potrzeb, często wedle wczorajszych bądź przedwczorajszych wyzwań, stawia tym samym przed zbiorowością jednoznacznie określone cele i wyzwania. Tak mityczne, mętne i quasi-religijne uzasadnienia ziemskim i dzisiejszym potrzebom – niby narodu, niby całego społeczeństwa bądź wspólnoty - służą zazwyczaj określonym, utylitarnym potrzebom wąskich kręgów władzy.
Takie spojrzenie na społeczeństwo państwa Izrael jest nieznane Polakom en bloc. Zarówno tym z „lewej” jak i z „prawej”, nacjonalistyczno-ksenofobicznej, ortodoksyjno-katolickiej strony polskiej przestrzeni publicznej. Taki też obraz prezentowany jest polskiemu odbiorcy przez nadwiślański mainstream – obraz niepełny, wyprany z istoty życia codziennego, zwykłych Izraelczyków – nie Żydów, Arabów, Druzów, Maronitów, ale obywateli państwa Izrael. Są w nim albo żołnierze potężnej i nowoczesnej armii izraelskiej, albo islamistyczni terroryści. No czasami pojawiają się dzieci, zdesperowani młodzieńcy, rzucający kamieniami w izraelskich żołnierzy bądź policja tłumiąca zamieszki protestujących Arabów.
Mało kto dowie się z medialnego przekazu w jakim stopniu życie Izraela zdominowała (nawet wobec formalnie uznanych za Żydów) religia mojżeszowa – i to w jedynej, ortodoksyjnej denominacji, jednego, zadekretowanego prawnie rabinatu. Mało kto się orientuje jakie trudności oraz prawne perturbacje dotykają małżeństwa mieszane, jakie problemy mają ich dzieci, czy ludzie chcący się rozwieść. O Izraelczykach innej narodowości – bo to państwo jest wielonarodowościowe, multi-kulturowe, wielorasowe i różnorodno-językowe (np. uważający się za Żydów a pochodzący z obszaru byłego Związku Radzieckiego ludzie tworzą w miastach swoiste enklawy, gdzie porozumiewają się językiem rosyjskim, oglądają rosyjskojęzyczne kanały TV, słuchają takich też stacji radiowych, korzystają z rosyjskojęzycznej prasy, kultywują tamtejszą kuchnię, preferują tamtejsze smaki itd.).
Na kanwie tych wszystkich problemów i złożoności sytuacji w państwie Izrael, Sand próbuje pokazać tym niezwykłym gestem jakim jest negacja swojej „żydowskości”, niezwykle zróżnicowanej wspólnoty – którą na swój sposób kocha i chce jej ewolucji w stronę cywilizowanych, zachodnich standardów (bo z tym nie jest w Izraelu najlepiej) - targanej wieloma sporami, sprzecznościami, skłóconej i do końca nie znającej swej właściwej tożsamości do której powinni Izraelczycy zmierzać. Na pewno nie może to być droga ku tożsamości opartej na religijnym, talmudyczno-purytańskim, nacjonalistyczno-ksenofobicznym rozumieniu swojej historii i homogenicznie traktowanym kwantyfikatorze.
Podobnie jak ma to miejsce we współczesnej Polsce, ofensywa klerykałów i religiantów pod sztandarami ultra-ortodoksyjnych rabinów i flirtujących z nimi dla doraźnych celów polityków (różnych opcji) doprowadziła Izrael – kraj który wg założycieli-syjonistów, laików zorientowanych socjalistycznie i sekularnie (taką wizję państwa żydowskiego zakładali Ze’ev Żabotyński, Theodor Hertzl, Dawid Ben Gurion) – do quasi-religijnego kraju (o konstytucji opartej na demokracji oraz liberalnych zapisach dot. wolności obywatelskich, ale gdzie decydujący głos ma duchowieństwo – i to jednej tylko denominacji - zaś rządy dusz pełnią rabini).
Idee fixe Sanda jest utopia (bo tak na podstawie współczesnych wydarzeń i sytuacji w Palestynie, dawnym Kanaanie trzeba jego tezy traktować, choć są one ze wszech miar humanistyczne i cywilizowane), aby Palestyno-Izraelczyk mógł się czuć w Tel-Awiwie jak amerykański Żyd, obojętnie jakiej proweniencji i denominacji, w Nowym Jorku. Tym samym Izraelczyk wyznania muzułmańskiego, w tym samym Tel Awiwie, mógłby w swoim życiu cywilnym poczuć się jak wyznawca religii mojżeszowej w laickiej Francji.
No i oczywiście dla Sanda należy „odstąpić od przeklętej i niekończącej się okupacji, która prowadzi do czeluści piekieł”. Oparcie granic państwa o kanony religijne, niezwykle wątpliwej jakości i nie oparte o żadne racjonalne czy logiczne argumenty, jest zdaniem Sanda potężną przeszkodą w unormowaniu całej sytuacji w tym rejonie świata. Bo każde uzasadnienie umotywowane religijnie, zwłaszcza na tych terenach, tak istotnych z punktu widzenia historii bądź tożsamości dla trzech monoteistycznych religii światowych, musi się spotkać z kontrreakcją, opartą o emocje i afekty. A to są źli doradcy, zwłaszcza w polityce.
Historia Europy przyniosła wiele przykładów, kiedy to starcia na tle religijnym, ciągnęły się w nieskończoność, pociągając za sobą rzesze ofiar, dramaty, prześladowania, przeradzające się niekiedy w ludobójstwa. Manifest Shlomo Sanda jest dramatycznym wołaniem o powrót do źródeł Oświecenia bo w dzisiejszym świecie ponownie dominować zaczynają nacjonalistyczne, szowinistyczne, religijnie fanatyczne emocje i afekty. A to źle wróży całemu, naszego gatunkowi.
Należy zachęcić do przeczytania tej książki i refleksji nad przesłaniem izraelskiego historyka.

Shlomo Sand, DLACZEGO PRZESTAŁEM BYĆ ŻYDEM. SPOJRZENIE IZRAELCZYKA, Wyd. Akademickie DIALOG, ss. 140
Jak i dlaczego wyparowuje ze mnie Polska (część 4)
2017-01-01 00:43:18
Kolaps racjonalnego myślenia:

Polska i świat, a tym samym – ludzie, zaludniający te przestrzenie w swej różnorodności oraz w swym pluralizmie – wyraźnie przeszkadzają aktualnie rządzącej ekipie nad Wisłą. Parafrazując słowa Sławomira Mrożka są to umysły zarówno tandetne intelektualnie jak i opanowane poczuciem misji, zemsty, nienawiści do wszystkiego co inne, żądne władzy nad rzeczywistością doczesną i duchową, nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Elity tworzącej się władzy i klimat temu towarzyszący (bo tak ów proces należy postrzegać i nazywać patrząc na zawłaszczanie kolejnych sfer życia publicznego i próby ograniczania nie tylko wolności obywatelskich bądź swobód jednostkowych, ale wchodzenia do wnętrza i recenzowania ludzkich sumień, estetycznych mniemań i sądów, upodobań oraz ich regulowanie wedle jednego, religijno-fundamentalistycznego – dawno odrzuconego przez cywilizowanych świat – sznytu) źle wróżą Polsce i części Polakom nie zgadzającym się na tak pojmowaną władzę. Formy prac parlamentarno-rządowych gremiów nad ograniczeniem dostępu do pornografii (dla ludzi dorosłych), sposobem spędzania dni wolnych (zakaz pracy w niedzielę w handlu, który jest de facto próbą przymuszenia ludzi do uczestniczenia w katolickich obrzędach a nie troską o tzw. „życie rodzinne” – można było zostawić ludziom wybór podnosząc znacznie stawkę za dobrowolną pracę w niedziele (co postulował m.in. Piotr Szumlewicz z OPZZ), nad odebraniem nabytych praw emerytalnych byłych funkcjonariuszy najszerzej rozumianych spec. służb PRL i potwierdzonych uprzednio wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego (z 2010 roku), demolowanie prokuratury i wojska, „rugi” politycznie w urzędach państwowych (policja jest tu klasycznym przykładem a przedsięwzięcia Błaszczaka i Zielińskiego w tej mierze są klasyczną dintojrą i intelektualną „małością”) demolują totalnie dotychczasowy system funkcjonowania państwa a uzasadniane są „dobrą zmianą”. Dobrą wyłącznie dla siebie i swoich totumfackich oraz zwolenników często nie bardzo orientujących się w jakim kierunku to wszystko idzie.

Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy
nad światem. Prośbę mą uzasadniam tym,
że jestem lepszy, mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi.
Sławomir MROŻEK (Wesele w Atomicach)

Gdy widzę, słucham i czytam, staję poruszony na ulicy, stykam się codziennie w sklepie twarzą w twarz bądź mam kontakt poprzez elektroniczne środki masowej komunikacji, sieć, prasę z idiotą, bęcwałem lub pospolitym chamem, jako człowiek admirujący Oświecenie tudzież humanizm, opuszczają mnie pozytywne uczucia i rodzi się dylemat: czy mój odbiór rzeczywistości winien być właśnie takim ? Bezsilność, poczucie upokorzenia, złości i powszechnej anomii społecznej rodzi gniew, wzmocniony poczuciem klęski, opresji państwa i beznadziei. To są m.in. źródła w wielu miejscach na świecie (wczoraj, dziś i pewnie jutro) – gdy taka opresja jest długotrwałą i dotkliwą - gwałtów, zamieszek i terroryzmu.
Mówię to też jak osoba określającą siebie mianem lewicowca, czyli dla której człowiek jest „miarą i istotą wszechrzeczy”, ale coraz częściej dopada mnie zwątpienie.
Uczucia bezpośrednio związane z szacunkiem do jednostki jako takiej – wynikające ze wspomnianych przesłanek – topnieją w tej sytuacji niczym marcowy śnieg w promieniach słonecznych. Starając się przezwyciężyć tzw. herbertowską kwestię smaku – tfu, co za „prawoskrętność” myśli i rudymentu tzw. „polskości” w najgorszym stylu - nie potrafię prowadzić z takim osobnikiem jakiegokolwiek dialogu, nie potrafię nawet próbować go zrozumieć, nie umiem pojąć takich racji i sposobu opisywania świata oraz procesów w nim zachodzących. Procesów różnych, wielowarstwowych, różnie kształtujących człowieka i tak samo wpływających na jego świadomość.
I tak rozwiera się przepaść w Polsce, między ludźmi różnych proweniencji politycznych, różnej mentalności i kultury, wykształcenia i wyznania. Dzisiejsza Polska staje się przez takie działania elit – ale ów proces nie zaczął się z chwilą dojścia PiS do władzy lecz elementy tej polaryzacji można było obserwować od dawna - zgrają plemion i klanów, zantagonizowanych grup sobie wrogich i zazdrośnie starających wyrywać sobie tzw. „przywileje”, którym to terminem władza doskonale żongluje, szczując jedne klany przeciwko drugim, napuszczając jedne plemiona na inne, manipulując i po cichu (w cieniu owych plemiennych walk) urządzając kraj wedle swoich fundamentalistyczno-anachronicznych pomysłów.
Ludziom o których wspomniano w początkowej części tekstu nie chodzi o zbliżenie różnych stanowisk (czyli kompromis gdyż fundamentalista i chuligan owo pojęcie rozumieją jako swoją porażkę), w przyjaznym kontakcie i rozmowie równych sobie ludzkich osób, ale zasadzają swą supremację a priori na nieprzekraczalnych antynomiach poglądów, postaw, myśli czy światopoglądów. Ich zamiary określa doskonale motto zaczerpnięte z dorobku Sławomira Mrożka, emigranta politycznego i znakomitości świata kultury, który jednak w Polsce „wolnej i suwerennej” (choć jeszcze nie PiS-owskiej w dzisiejszym wymiarze, ale umysły światłe i przewidujące mogły w swym profetyzmie, na bazie obserwacji i historycznych doświadczeń czy wiedzy, przewidywać mniej więcej taki rozwój sytuacji w naszym kraju) również czuł się „oblepiony” intelektualnie – tak jak w chwili emigracji z PRL (1963) - powszechną ciemnotą (zwłaszcza tzw. mainstreamu), klerykalizmem, zaściankowością, niczym nieuzasadnioną zawiścią, brakiem szerszych horyzontów, otwarcia na świat. I nie chodzi tu o możliwość nieskrępowanego podróżowania, a o to co się z tych podróży wynosi i co musi wzbogacać tzw. „polskość”, zmieniać ją, nie powodować zamykanie się niczym w kokonie narodowego cierpiętnictwa, martyrologii, biało-czerwonej golgoty, w zemście, pogardzie dla słabszych i paternalizmie wobec INNEGO.
Idiota, bęcwał, pospolity cham pusząc się – czemu władza i opanowane przez nią środki masowej komunikacji wyjątkowo sprzyjają, preferując tak klasycznie rozumiany idiotyzm – mówiąc tajemniczo i radośnie, pewnie i apriorycznie, kryje de facto za tak postawionymi w narracji weneckim lustrami swoją głębię tępoty, intelektualnego upośledzenie czy pospolitą ignorancję. Wybuchy agresji – słownej – nieprzebieranie w próbach upodlenia interlokutora, wdeptywanie go w ziemię i poniżanie (tu – publiczne) maskują zazwyczaj miałkość charakteru, słabość woli czy labilność i niekoherentność poglądów. Krzykiem, retoryczną krucjatą, agresywnym stylem stara się taki idiota, bęcwał czy pospolity cham udowodnić swe racje. Sławomir Mrożek (Listy - 1956-78) na ten temat tak mówi: „Może to i prawda, że Pan Bóg stworzył człowieka, ale jeżeli tak, to na pewno nasrał mu przy tym do głowy, bo patrząc na siebie i na bliźnich, już innego wytłumaczenia tej agresywnej głupoty nie widzę”.
Klasyk zachodnio-europejskiej myśli filozoficznej Immanuel Kant pytał „Co mogę wiedzieć ? Co powinienem czynić ? Czego mogę się spodziewać ?”. W zasadzie diagnoza i oczekiwania (jak najgorsze) są jasne. Pozostaje pytanie: co społeczeństwo w swej masie (albo ta część której nie po drodze z tak rządzącą elitą) winno współcześnie czynić – o to iście szekspirowskie (Hamlet) pytanie.
Tak, wszelkie masowe protesty uliczne, pikiety, zbieranie petycji i zasypywanie nimi różnych ośrodków władzy, wspieranie Rzecznika Praw Obywatelskich w jego codziennym funkcjonowaniu (ostatnia de facto ostoja demokratycznych porządków w Polsce po sparaliżowaniu i przejęciu w całości Trybunału Konstytucyjnego przez PiS), słanie zbiorowych skarg i pozwów do Brukseli, Hagi czy Strasburga mają jak najbardziej sens bowiem pokazują nie tyle siłę czy determinację sprzeciwu na metody demolowania demokracji i określoną politykę co jego permanencję, solidarność sprzeciwiających się postępującej anomii.
Ale jest jeszcze jeden aspekt, może ważniejszy, opisywanych zjawisk. Aspekt zasadniczy dla najszerzej pojętej lewicy. Ponieważ zgadzam się z prof. Andrzejem Lederem, iż PiS może rządzić i 20 lat trzeba podjąć wysiłek edukacyjno-uświadamiający w społeczeństwie. Na różnych poziomach i różnymi formami. Bo nie chodzi mi tu o nazwę tej politycznej hybrydy rządzącej Polską, dziś zwanej Prawem i Sprawiedliwością, egzemplifikującej określone środowiska społeczne i specyficzną mentalność szeroko rozpowszechnioną nad Odrą, Wisłą i Bugiem, gdyż PiS może ewoluować – a konserwatywna, tradycjonalistyczna, religiancko-klerykalna prawica „ma się w Polsce bardzo dobrze” – co zaowocować może wg mnie nawet po jakimś czasie gdy pokolenie skłóconych towarzysko-koteryjnie aktualnych polityków zejdzie ze sceny, koalicją chadecko-endecką – w dobrym, narodowo-nadwiślańskim stylu - Platformy Obywatelskiej, nowoczesnej.pl i przepoczwarzonego PiS-u (oraz PSL na dodatek). Ów wspomniany wysiłek - można go traktować jako „długi marsz” lewicy - powinien iść w kierunku organizacji możliwie szerokich grup dziś protestujących w paralelne wobec państwa skolonizowanego przez pisowskie elity władzy, społeczeństwa. Edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja, uświadamianie, agitacja – to wg mnie najważniejsze zadania dla lewicy, tak aby przyszłe zwycięstwo w wyborach nie było wygraną Pyrrusa. Bo demokracja bez świadomości i wyobraźni czym jest i czego można się po naszych wybrańcach spodziewać jest pustym hasłem.
Polska lewica stoi aktualnie naprawdę przed wieloma problemami z którymi lewica zachodnio-europejska (a nawet latynoamerykańska) zdążyła się już uporać. Choć dziś one wracają, w innych kostiumach i formach. I od nakreślenia zasadniczych dezyderatów działania „ku przyszłości” – nie na bezpłodnych awanturach i wzajemnych oskarżeniach – zależy przełamanie przez polską lewicę przewag opcji konserwatywno-tradycjonalistyczno-klerykalnej w naszym kraju.

Polityka samozatrucia
2016-12-27 10:49:38
Na okładce ostatnio wydanej przez Wydawnictwo Fundacji Oratio Recta książce autorstwa Bronisława Łagowskiego pt. Polska chora na Rosję siedzi Stańczyk z obrazu Jana Matejki. To osoba symbolizująca zarówno trefnisia, błazna, prześmiewcę i klowna jak i mądrego, przewidującego oraz analitycznego umysłu, uważnego obserwatora życia publicznego, celnego polemisty i doradcy kilku polskich królów. Czy stały felietonista Tygodnika Przegląd mieści w sobie te dwie figury, te dwie postacie, te dwie natury ? W odniesieniu do stosunków polsko-rosyjskich, szerzej – wobec relacji Polska- Wschód Europy, sądzę, że na pewno.

„…Rzadko się zdarza, aby politycy
dobrze zagrali do końca swoją rolę.
Owszem - na początku wchodzą w rolę
wielkich mężów stanu – później jednak
wszystko staje się farsą. Nie może
być inaczej, gdyż prawda o świecie
polityki jest smutna. Politycy myślą
o tym, aby realizować własne interesy,
a nie działać w interesie
obywateli, którzy ich wybrali
”.
Dario FO


Do słów zmarłego niedawno noblisty warto jeszcze dodać, iż współcześni politycy – w Polsce jest to szczególnie widoczne - kierują się nie tyle rozumem, racjami pragmatyzmu czy tak jak wytrawny szachista przewidują kilka ruchów do przodu na planszy (dotyczy to również ewentualnych efektów owych decyzji), lecz raczej są telewizyjno-medialnymi celebrytami, uczestnikami jakiegoś permanentnie trwającego show bądź teleturnieju, gdzie publika co rusz wybucha śmiechem, klaszcze bądź gwiżdże i tupie w zależności od wzbudzonych w niej emocji. I politycy też idą za nią, emocje, afekty, fochy, uprzedzenia, kompleksy są na dłoni i one ich prowadzą. Typowy przykład działania sprzężenia zwrotnego.
Prof. Bronisław Łagowski to stały i poczytny felietonista Tygodnik Przegląd, filozof, myśliciel, nauczyciel akademicki z Krakowa. Gdy patrzymy na książkę będącą zbiorem felietonów i esejów Profesora dotyczących relacji polsko-rosyjskich i na okładkę z zamyślonym Stańczykiem, w kontemplacyjnej, refleksyjnej pozie, z wzrokiem wlepionym w bliżej nieokreśloną dal – pewnie w bezkresne, rozciągnięte do wnętrza Azji obszary wschodniej Europy, nie ograniczone żadną naturalną przeszkodą (bo trudno góry Ural uważać za taką trudną do przebycia barykadę) - od razu przyjść musi na myśl symbol polskiej beznadziei i katastrofy w tej materii, pogłębianych permanentnie przez decyzje i postawy kolejnych ekip rządzących III RP. Łagowski pokazuje nam całą kruchość polskiego stanowiska w tym względzie jej krótkowzroczność i brak przyszłości. De facto jest to brak jakiejkolwiek wizji relacji z potężnym sąsiadem, gdyż opieramy się w decyzjach politycznych na myśleniu sprzed kilkudziesięciu a nawet ponad 100 czy 200 laty, żyjemy fantazmatami z dawno przebrzmiałej epoki, kierujemy się uprzedzeniami, fochami i niczym nie upoważnionymi (zwłaszcza w polityce międzynarodowej) kompleksami różnej maści. To przekleństwo naszych odniesień wobec Wschodu Europy, gdzie Rosja była, jest i jeszcze długo będzie ”głównym rozgrywającym” na obszarze poradzieckim.
Rzuca się w oczy chłodny, analityczny, beznamiętny - tak nieobecny w polskiej narracji o Rosji, Rosjanach, tamtejszych stosunkach, kulturze, gospodarce i wszelkich aspektach życia tego kraju-kontynentu, kraju wielokulturowego, multi-religijnego, atomowego mocarstwa – głos Łagowskiego. To jeden z nielicznych komentatorów spraw wschodnich w naszym kraju, który nie kieruje się (i na to wielokrotnie zwracał on w swej twórczości uwagę chwaląc umiar, pragmatyzm i racjonalizm jako immanencję skutecznej polityki) podobnie jak inny znawca Rosji prof. Andrzej Walicki, emocjami, antypatią, poczuciem misji i wyższości. Ten kulturowy imperializm z naszej strony ma źródła w dawno minionej historii kiedy to w I RP zwyciężyła totalna kontrreformacja i Polska w XVII w. stała się realizatorem polityki Rzymu w re-katolicyzacji Rosji i Rosjan. Cienie tzw. polityki historycznej, realizowanej przez kolejne ekipy etosowo-solidarnościowe wobec Rosji z mniejszym lub większym emocjonalnym zacietrzewieniem dały dziś praktyczne zamrożenie jakiejkolwiek współpracy i debaty. Zwłaszcza sprawy Ukrainy, gdzie jak na dłoni widać zderzenie polskich i rosyjskich interesów (my słabo ukrywamy w tej mierze nie tyle nasze ewentualne zyski, co przede wszystkim podkreślamy straty Rosji jakie poniesie ona – czynimy to nawet wbrew polskim interesom narodowo-państwowym – gdy Kijów „wpadnie” w orbitę naszych politycznych wpływów, co nota bene jest mrzonką i kolejnym fantazmatem żywionym przez elity zapatrzone w ideę „jagiellońskiego międzymorza”) stały się przysłowiowym „gwoździem do trumny” stosunków Polski i Rosji oraz podsumowaniem polskiego myślenia w tej materii.
Wojna domowa na Ukrainie” – pisze w anty-mainstreamowym tonie Łagowski (bo kto odważny jest współcześnie tak stawiać dramat ukraińskiego państwa i społeczeństwa nad Wisłą ?) – „bo to jest wojna domowa gdzie Rosjanie pomagają swoim, a Amerykanie swoim należy do odłożonych w czasie niezamierzonych skutków szczególnego rozwiązania Związku Radzieckiego”. Przyjęto wtedy podział wg granic republikańskich, często sztucznych i nie oddających różnic kulturowych, politycznych, sympatii/antypatii miedzy wspólnotami itd. Poza granicami Rosji pozostało ok. 20 mln obywateli byłego ZSRR przyznających się do rosyjskiej przestrzeni kulturowej, do rosyjskiego języka i takiej też tradycji. Aneksja Krymu i wojna w Donbasie – najbardziej rosyjskich części Ukrainy, państwa zlepionego w aktualnych granicach sztucznie i na wyrost w czasach Związku Radzieckiego (władcy na Kremlu byli bardzo często w dzisiejszym mniemaniu Ukraińcami: Chruszczow czy Breżniew) – to bezpośrednie echo wspomnianego upadku ZSRR jak i nieszczęśnie wywołanej irredenty oraz uznania przed Zachód niepodległości Kosowa. Analogie z Majdanem nasuwają się same.
Trzeba sobie jasno powiedzieć – i Bronisław Łagowski to jasno i precyzyjnie deklaruje – iż Ukraina jest na tyle wielkim, choć złożonym, niejednorodnym i mało u nas znanym naprawdę krajem (wbrew pozorom i zaklęciom tzw. znawców Wschodu Europy), że Polska nie stanowi i nie będzie stanowić nigdy dla niej forpoczty czy ambasadora na Zachodzie Starego Kontynentu. Polski paternalizm elit rządzących, wyzuty z jakiegokolwiek pragmatyzmu i racjonalizmu, o próbach poznania skomplikowanych stosunków w tej części kontynentu europejskiego z naszej strony (emocje i afekty, fantazmaty traktowane jako rzeczywistość i realność polityczna nigdy nie prowadzą do sukcesów) nawet nie ma co mówić. Przez to powszechna narracja na te tematy jest pozbawiona jakichkolwiek przesłanek logicznych i realizmu tak potrzebnego do prowadzenia skutecznej polityki. Profesor Łagowski na ten fakt, rusofobii obecnej we wszystkich niemal dziedzinach oficjalnego życia publicznego w Polsce i dotyczy to bez względu niemal wszystkich formacji politycznych (czy kręgów i środowisk opiniotwórczych), daje liczne przykłady podpierając się licznymi wypowiedziami polityków różnych opcji, komentarzy topowych publicystów, dziennikarskich wynurzeń. Poglądy przeważające w Polsce – zdaniem Autora omawianej książki - odnośnie Rosji i Rosjan „zawierają dużo nieprawdy, są kontrproduktywne z punktu widzenia polskich interesów, a ich treść emocjonalna jest małoduszna”.
Czy Polska klasa polityczna prze do wojny z Rosją ? Choć przygotowano w minionych latach permanentnie mentalny grunt oraz wytworzono określony klimat społeczny dla dzisiejszych działań kierownictwa MON jawnie prowokacyjnych, megalomańsko-mocarstwowych i agresywnie pro-wojennych, Łagowski stwierdza iż takiej wojny „nigdy nie będzie. Jeszcze taki szaleniec nie został spłodzony który by zaryzykował obrócenie w perzynę miast Rosji, Europy i Ameryki. Żaden Polak do decydującego guzika dopuszczony nie będzie”.
Smutna choć realistyczna to konstatacja, opisująca właśnie ową chorobę na jaką zapadła prawie całą tzw. polska klasa polityczna.
Warto jest przeczytać ten zbiór mądrych, realistycznych, mocno odbiegających od klimatu i powszechnej, krzykliwej i irracjonalnej narracji panującej w polskim mainstreamie.
Ponieważ Polska wpisuje się takimi zachowaniami w trwający od ponad dekady trend w polityce amerykańskiej (jako konwertyta na zachodnią wersję demokracji stara się wszelkimi sposobami zwrócić na siebie uwagę i przymilić się „nowemu suwerenowi”) polegający na totalnej krytyce Rosji i przygotowanie – przez kampanie medialne - opinii społecznej do konfrontacji warto na zakończenie tylko za znanym i niezależnym dziennikarzem z Australii Johnem Pilgerem zadać zasadnicze pytanie: „Co się stało ze wspaniałą tradycją powszechnych akcji, nieskrępowanych partiami ? Gdzie jest odwaga, wyobraźnia i obowiązek rozpoczęcia długiej drogi do lepszego, sprawiedliwego i spokojnego świata? Gdzie są dysydenci w sztuce, filmie, teatrze, literaturze ? Gdzie są ci, którzy przerwą to milczenie ? Albo – czy mamy czekać aż wystrzeli się pierwszą rakietę nuklearną ?”.
Pilger mówi o świecie, a co my w Polsce na ten temat możemy powiedzieć ?

Bronisław Łagowski, POLSKA CHORA NA ROSJĘ, Warszawa 2016, Wyd. Fundacja Oratio Recta, ss. 336
Wahhabizm, Saudowie i ropa naftowa
2016-12-10 17:33:42
Madawi Al-Rasheed jest profesorem antropologii w londyńskim King’s College specjalizującą się w problematyce saudyjskiej (historia, polityka, religia, zagadnienia społeczne, kultura itd.). Prezentowana tu książka pojawiła się w odpowiednim czasie, gdyż w Polsce znajomość realiów Arabii Saudyjskiej jest oparta na kilku kliszach czy schematach myślowych. Al-Rasheed – co jest ciekawostką biorąc pod uwagę realia tego niezwykle ważnego dla świat islamu kraju – pochodzi z Arabii Saudyjskiej i na dodatek jest …… kobietą. W realiach saudyjskich to kolejny ewenement (co prawda mieszka od lat w Wielkiej Brytanii ale i tak jest to sytuacja niecodzienna gdy bierzemy pod uwagę pozycję kobiety w tym niezwykle tradycjonalistycznym i konserwatywnym społeczeństwie, ściśniętym od dekad religijnymi konwenansami i ograniczeniami).

Dziś debata publiczna wygląda tak,
że demagodzy mówią tłumowi co ma
myśleć. Gdy ludzie odbijają echem ich
frazesy oni śmiało ogłaszają iż
wyrażają tylko powszechne nastroje.

Tony JUDT

Jak wiadomo Rijad i Saudowie wywierają niesłychanie silny wpływ na to co dzieje się w świecie islamu, a przede wszystkim – w krajach arabskich. I to z wielu względów: potencjał militarny, zasoby finansowe (wynikające z dopływu od dekad petrodolarów do kasy państwowej czyli dworu saudyjskiego), bliski sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, a nade wszystko to iż na tym terenie znajdują się dwa najświętsze miejsca związane z twórcą i założycielem islamu – Mahometem. To Mekka i Medyna. To do tych miejsc przybywają rokrocznie miliony pielgrzymujących muzułmanów, aby odwiedzić owe sanktuaria. Także z tej przyczyny rola Saudów i rządzonego przez nich pustynnego kraju z płw. Arabskiego jest wśród ludzi zaliczanych do ummy tak znacząca. Głos Wielkiego Muftiego z Mekki (mimo rozproszenia i braku jednolitej władzy duchowej w świecie muzułmańskim) jest niesłychanie ważkim i wiążącym przesłaniem dla ponad miliarda dwustu milionów wyznawców islamu w wielu kwestiach.
Czytając tekst Madawi Al-Rasheed – zwłaszcza te fragmenty które dotyczą dziejów Arabii Saudyjskiej w XVIII i XIX wieku, kiedy to de facto zaczyna się tworzyć kraj jaki istnieje współcześnie – zwraca uwagę religino-ortodoksyjny (od samego początku) charakter sojuszu Saudów (jednego z feudalnych klanów pochodzących z południowego Nadżdu) z reformatorem religijnym, Muhammadem Ibn Abd Al-Wahhabem. Jego purytańsko-ortodoksyjna wizja islamu mająca za zadanie oczyszczenie religii Mahometa z naleciałości regionalno-cywilizacyjnych, z wszelkich poza monoteistycznych kultów i rytuałów, jakiejkolwiek subiektywnej refleksji, połączona z chęcią ekspansywności rodu Saudów (dał im po prostu religijną legitymizację podboju i zjednoczenia ziem Nadżdu, Hidżazu, Asiru i Al-Hasy czyli podstawowych regionów płw. Arabskiego) zaowocowała tym z czym mamy współcześnie do czynienia: Rijad staje się ponad lokalną potęgą w wielu wymiarach.
Trzeba dodać jednocześnie, iż takie ortodoksyjne, purytańskie i fundamentalistyczne interpretacje religii Mahometa (choćby biorąc pod uwagę znaczenie takich XIII/XIV wiecznych reformatorów islamu jak Ibn Tajmijja czy Ibn Quayyim Al-Jawizyyaha) poczęły zdobywać przewagę pod wpływem klęski cywilizacji islamu jaką był upadek Abbasydów i likwidacja kalifatu bagdadzkiego przez Mongołów pod wodzą Hulagu-chana (1258 roku). Przygnębienie, poczucie klęski i zawalenia się istniejącego świata wartości, tradycji, porządku i religijnego autorytetu musiało wywrzeć na ówczesnych muzułmanach piorunujące wrażenie (podobnie działo się w „świecie rzymskim” po 455 roku kiedy to Wandalowie pod wodzą Genzeryka zdobyli i złupili Rzym). To poczucie porażki, upadku i degrengolady utrzymywać się miało przez długi czas, potem wzmocnione kolonizacją przez Europejczyków ziem zaliczanych do świata islamu.
Mówiąc o wizjach Abd Al-Wahhaba (i podobnych mu reformatorów) trzeba zaznaczyć, iż w chwili kiedy islam stał się religią globalną, wykraczając poza granice Arabii, będącej ziemią nomadów i koczowników (a to wiąże się z określonym światopoglądem i spojrzeniem na otaczający człowieka świat), przybywając m.in. do obszarów o wysokiej kulturze, innej mentalności i świadomości społecznej – takich jak np. Syria, Persja, Indie czy Egipt – musiał asymilować na zasadzie synkretyzmu te wartości i te obrzędy, które w tych regionach funkcjonowały od setek lat. Wspomniany trend reformy islamu, zarzucający muzułmanom właśnie owo „nowinkarstwo” (bida – po arabsku: herezja, modernizacja, odejście od ortodoksji) tak właśnie wyjaśniał klęski, niepowodzenia i upokorzenia jakie spadły na wspólnotę: odejście od pierwotnego, interpretowanego dosłownie (oczywiście przez danego reformatora-fundamentalistę) myśli Mahometa.
To jest zasadniczy element powstania Arabii Saudyjskiej, jej sukcesu jakim okazuje się ścisła współpraca elit politycznych i religijnych, wprowadzających najczęściej przemocą doktrynę zwaną wahhabizmem (jest to nie tylko religijny wykład i nauka, ale z racji przeplatania się w tradycji muzułmańskiej religii i polityki, religii i kultury, religii i prawa etc. wspartych pozycją rodu Saudów polityczna doktryna). No i stojące za tym dziś petrodolary.
Szczególną – nawet jak na islamsko-fundamentalistyczne stosunki, interpretacją prawa, praktyki zaprowadzenia doktryny wahhabickiej w kraju – było od samego niemal początku zorganizowanie fanatycznych bractw religijnych funkcjonujących w codziennym życiu miast, oaz i wspólnot koczowniczych XIX- i XX-wiecznej Arabii. Ich członkowie zaprowadzali siłowymi metodami nauki Mistrza Al-Wahhaba. Zwano ich mutawwa’a i ichwan. Mutawwa’a działali najczęściej w pojedynkę, stanowiąc coś w rodzaju zarówno policji religijnej, interpretatora nauk Al-Wahhaba, osoby duchownej w danym środowisku etc. Ichwan to z kolei bractwa-oddziały wojowników (związanych wcześniej więzami plemienno-klanowymi, potem – już tylko doktrynalnie), które niosły nauki Al-Wahhaba (a de facto – realizując interesy rodziny królewskiej w podboju Arabii), zdobywając dla Saudów i wahhabizmu kolejne regiony płw. Arabskiego (z czasem wyprawiali się też na tereny dzisiejszego Iraku, Kuwejtu i Syrii). Ich wojennym krucjatom towarzyszyły masowe mordy innych muzułmanów – zwłaszcza szyitów (liczne wspólnoty szyitów różnych denominacji od wieków zamieszkiwały – i zamieszkują nadal – wschodnią część Arabii Saudyjskiej, w regionie zwanym Al-Hasa). To w doktrynie wahhabickiej sformułowano nieznaną do XVIII wieku tezę, iż nie tylko szyici (od wieków pozostający w opozycji do sunnitów i toczący z nimi walki lecz byli uznawani zawsze jako wyznawcy Proroka Mahometa, choć nie-prawomyślni) są takfir (czyli – niewierni, heretycy), ale także ci sunnici którzy przeciwstawiają się doktrynie wahhabickiej. O chrześcijanach, Żydach i innych wyznaniach (zoroastranie, jazydzi, Asyryjczycy, hinduistach itd.) nie warto nawet wspominać. Czy w tej retrospekcji nie widać pewnych elementów funkcjonowania oraz genezy brutalności Państwa Islamskiego i innych współczesnych ruchów islamistycznych ?
Mutawwa’a i ichwan z czasem zostały do głębi zreformowane, nawet wyeliminowane z niektórych sfer administracyjno-państwowych, ujęte w karby machiny państwa i podporządkowane dworowi Saudów. One stoją za funkcjonującą od czasów króla Sauda Ibn Abd Ar-Rahmana Ibn Sauda (1902-1953) tzw. Komisją Krzewienia Cnót i Zapobiegania Złu, która powstała w 1940 roku (początkowo ta religijna policja polityczna liczyła ok. 4000 funkcjonariuszy, by z czasem rozrosnąć się do rozmiarów poważnej spec. służby, posiadającej spore znaczenie polityczne i jurydyczno-administracyjne prerogatywy).
Szokiem dla świata (i pośrednio dla rodziny panujących w Rijadzie Saudów) był dzień 11.09.2001 – atak na WTC w Nowym Jorku. Aż 15 terrorystów było Saudyjczykami. I to nie było przypadkiem. Ujawniło bowiem napięcia jakie przeżywa społeczeństwo głęboko konserwatywne, często funkcjonujące w oparach przed-nowoczesnej tradycji i wartości patriarchalnych, doświadczające gwałtownego rozwoju pod względem technologicznym (boom budowlano-industrializacyjny i kontakty ze światem zewnętrznym), a przede wszystkim - szybko się bogacące. Napływ tzw. gastarbeiterów (z innych krajów arabskich, z Afryki, Indii, Indonezji czy Filipin) zachwiał dotychczasową strukturą społeczną królestwa saudyjskiego. Pojawiły się nie znane do tej pory problemy – równouprawnienie kobiet, demokracja, wolności osobiste, otwarte konflikty w ramach rodziny saudyjskiej (to ponad kilkunastotysięczny klan kuzynów, sióstr i braci, ciotek i wujów, a także pomniejszej kategorii posesjonatów i członków tak szeroko rozumianego dworu czy rządzącej rodziny). Oczy świata odtąd zwróciły się na Rijad, zwłaszcza że przedstawiciel szacownej miejscowej rodziny, bliskiej z racji interesów biznesowych panującej w Rijadzie familii Saudów, Osama Ibn Laden stał się synonimem owego muzułmańskiego fundamentalizmu i międzynarodówki terrorystów ujętej pojęciem „Baza” (czyli - al-Kaida).
Tu warto zwrócić uwagę na ciche, do ataku na WTC (11.09.2001) związki Zachodu – a zwłaszcza USA – z Arabią Saudyjską w wielu dziedzinach polityki, gospodarki, współpracy militarnej itd. (mimo opresyjności reżimu Saudów i jak najdalej odbiegających stosunków - jakie panują na płw. Arabskim - od wymogów jakie Zachód stawiał innym reżimom na Bliskim Wschodzie: Husajnowi w Iraku, Kaddafiemu w Libii, Assadom w Syrii czy Omarowi Al-Baszirowi w Sudanie). Na tych przykładach można łatwo zobaczyć labilność, nie spójność i hipokryzję polityki Zachodu opartej na prawach człowieka, szerzeniu demokracji i wolności obywatelskich itd. Obecność wojsk amerykańskich na ziemi saudyjskiej uważa się za profanację świętej ziemi Proroka, obrazę moralności islamu oraz egzemplifikację podporządkowania wyznawców Allaha „niewiernym krzyżowcom” (dot. ten pogląd islamistów-wahhabitów oraz części rodziny panującej w Rijadzie, a także wielu miejscowych, fundamentalistycznie nastawionych, alimów). Ponadto uwikłanie się Rijadu w szerzenie wahhabizmu w skali globalnej (sponsoring budowy meczetów, szkolenie wedle doktryny Abd Al-Wahhaba duchownych z krajów takich jak Bośnia, Albania, Kosowo czy pochodzących z poradzieckiej Azji Środkowej, wydawanie i rozdawanie darmo - w nakładach milionowych - egzemplarzy Koranu itd.) musiało zaowocować wpisaniem się Saudów w krucjatę wahhabistyczną i konfrontację tym samym z cywilizacją zachodnią. Czego Zachód jednak nie zauważa.
Madawi Al-Rasheed wskazuje jak klimat fundamentalistyczno-fanatycznej wersji islamu oddziałuje na społeczeństwo, które samo z racji swych plemienno-klanowych koligacji jest tradycyjne w swej podstawowej masie. Rijad w XXI wieku próbuje – i na razie udało mu się to przynajmniej częściowo – zwekslować odpowiedzialność za purytanizm i terroryzm wiązane z islamizmem na Bractwo Muzułmańskie, funkcjonujące od dekad na Bliskim Wschodzie. Choć jest to nie prawda; Bracia Muzułmanie są nader konserwatywnym, opresyjnym i stanowiącym zagrożenie dla wolności oraz cywilizowanego funkcjonowania społeczeństwa w regionie, ale to nie oni są głównym dostarczycielem „paliwa” doktrynalnego dla takich organizmów jak salafici czy Państwo Islamskie (Daesh).
W ASIAN AFFAIRS podsumowano tę pozycję w następujący, celny i precyzyjny, sposób: „Książka Madawi Al-Rasheed pojawia się we właściwym czasie”. Dodać – w podsumowaniu – można jedynie tyle, iż należy ją przestudiować, przeczytać i zdobyć się na refleksję, która wyjaśni wiele z problemów targających współczesnym światem. Nie tylko wiązanych z islamem.

Madawi Al-Rasheed, Historia Arabii Saudyjskiej, Warszawa 2011, Książka i Wiedza, ss. 384 (z angielskiego przełożyła Katarzyna Pachomiak)

Jak i dlaczego wyparowuje ze mnie Polska (część 3)
2016-11-29 05:52:52
Religijne uczucia:

W dn. 3.07.2016 r. na wrocławskim stadionie w obecności prawie 40 000 widzów show w starym, swoim, heavy-metalowym stylu dała legenda rocka: brytyjska grupa IRON MAIDEN. Jest to już 4 wizyta „żelaznej dziewicy” w mieście nad Odrą (12.08.1984, 20.09.1986, 28.11.2003 i 3.07.2016). Czy była to ostatnia wizyta mega gwiazdy heavy metalu w naszym mieście ? Czy rządzący nami dewoci zakażą niebawem – na co się zanosi – wszelkich dziedzin sztuki niepodpadających pod ich, religiancki, kato-talibański sposób widzenia rzeczywistości ? Niedawno posłanka Prawa i Sprawiedliwości Beata Mateusiak-Pielucha zbulwersowała Polskę swoimi przemyśleniami na temat nie-katolików. Oto jej enuncjacja w tej materii:
"Wolni w swoim myśleniu i działaniu powinniśmy żądać od mieszkających i pracujących w Polsce cudzoziemców legalizowania pobytu i stworzyć skuteczniejszy mechanizm bezwzględnego egzekwowania tego obowiązku przez państwowe służby. Ale także, powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji".
Ten zwrot - "ale także" - jest niezwykle znamienny w tej wypowiedzi.
Entourage wspomnianego koncertu tworzyły ozdabiając scenę i obrazując muzykę, gadżety oraz symbolika kojarzone powszechnie (choć jest to nadużycie wynikające z wielowiekowej indoktrynacji religijnej) z diabolicznością, satanizmem, piekłem, najszerzej z pojęciem zła etc. Zarówno gwieździe wieczoru – IRON MAIDEN – jak i supportowi: znanej na świecie thrash-metalowej grupie amerykańskiej ANTHRAX, towarzyszyły na scenie pentagramy, wizerunek kozła, no i maskotka brytyjskiej grupy – popularny i na swój sposób „sympatyczny”, Eddie.
Figura kozła z olbrzymimi rogami, na kształt fauna z greckiej mitologii, jaka pojawiła się pod koniec koncertu na scenie jawnie nawiązuje do mitów oraz przekazów drążących europejską kulturę od ponad 2000 lat: chrześcijaństwo swoją indoktrynacją przez cały czas swego panowania na Starym Kontynencie jednoznacznie wkleiło w mentalność Europejczyków określony stosunek, zdecydowanie negatywny, do tej symboliki związanej z tradycją przed-helleńską i staro-helleńską (kiedy składano demonicznej postaci, szatanowi – zwanego m.in. Azazelem, ofiary w postaci owiec i którego emanacją jest właśnie kozioł, a owe ofiary miały przebłagać wszelkie złe mocy), gdyż była to potężna konkurencja na rynku religijnych wierzeń. Kozioł – faun w pentagramie jest jednoznacznie kojarzony z satanizmem czyli wiarą w diabła, w złego jako kreatora rzeczywistości.
Można tę symbolikę wywieść z dawnych, bliskowschodnich i perskich jeszcze wierzeń gdzie demiurg zła był równoznacznym panem świata, na równi z dobrym, pozytywnym, przyjaznym człowiekowi władcą wszechrzeczy. Ów dualizm – choć w wypaczonej formie – przejęło poniekąd chrześcijaństwo (np. tradycja manichejska).
Ale nie na ten fakt chcę tu zwrócić uwagę. W Polsce jest obserwowana wzbierająca, potężna fala obskurantyzmu, kołtuństwa, wstecznictwa i religijnego fundamentalizmu (pospolicie nazywanego religianctwem). W tym wymiarze mięści się także zacytowana wypowiedź Posłanki PiS. Emanacją takiego myślenia są również próby dalszego zaostrzenia i tak niezwykle restrykcyjnej ustawy dot. przerywania ciąży, ataki na dzieła sztuki czy kultury nie mieszczące się w kanonie dopuszczonym do publicznej prezentacji a uznawanym autorytarnie przez owych bigotów i ignorantów za jedynie prawdziwy, powołujących się w tej mierze na swoją subiektywnie pojmowaną wiarę religijną i przekaz serwowany z kościelnych ambon. Wyjątkowo pejoratywną rolę pełni tu otoczony złą, niecywilizowaną i cynicznie wykorzystywaną sławą (nadużywany przez falę wzbierającej bigoterii i religianctwa) art. 196 (Roz. XXIV) Kodeksu karnego o tzw. „Obrazie uczuć religijnych”. Mówi on, że: „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.
Przytoczony tu zapis z Kodeksu karnego jest wybitnie wybiórczo stosowany. Szermujący coraz częściej i obficiej tą argumentacją środowiska wojowniczych religiantów w naszym kraju (nie spotykały się z odpowiednią reakcją władzy różnych szczebli, serwilistycznie podchodzącej do siły – często pozornej i iluzorycznej - Kościoła katolickiego), depczący notorycznie zasady państwa prawa i nowoczesnej jurysprudencji (a także zapisany w Konstytucji rozdział Kościoła i państwa), łamiąc szereg zapisów Konkordatu, wytaczają kolejne armaty przeciwko wolności, swobodzie artykulacji myśli i ekspresji artystycznej. Prokuratura i sądy powszechne także często postępują zgodnie z takim „duchem” . Dziś to – w wyniku „dobrej zmiany” – się potęguje o czym świadczy enuncjacja Beaty Mateusiak –Pieluchy. I nic tu nie zmienia dementi, złożone w wyniku oburzenia i powszechnego sprzeciwu – poza ultra-prawicowymi i kato-talibańskimi środowiskami rodzimych religiantów – jakie zapanowały po wspomnianej wypowiedzi Pani Posłanki:
Szanowni Państwo, zwracam uwagę wszystkim dyskutującym i wypowiadającym się na temat mojej publikacji o filmie Wołyń w portalu wpolityce.pl, że napisałam o problemie związanym z zagrożeniem, jakie stanowi coraz większa ilość pracujących i żyjących w Polsce imigrantów, od których, moim zdaniem, należy wymagać poszanowania naszych praw i wartości, jak od każdego gościa, który chce przebywać w naszym domu. Nie ma to nic wspólnego z katolicyzmem, czy innym wyznaniem. Wyrwane z kontekstu zdanie i nazywanie mnie w hejtach faszystowską kurwą to kiepski sposób na dyskusję na tak ważny temat, który staje się w Europie coraz większym problemem. Myślę, że nie tylko ja nie chcę byśmy w Polsce przeżywali tragedie, które były udziałem innych w Europie. Teraz, uważam jest czas na dyskusję jak uniknąć błędów innych. Przypisywanie mi tego, że napisałam o Polakach ateistach, których należałoby deportować i wszelkie wynikające z takiej interpretacji opinie są zwykłą manipulacją. Mam wrażenie, że większość hejtujących wcale mojego artykułu nie czytała, opierając się na komentarzach niektórych portali. Poziom agresji i nienawiści jaki zaprezentowali moi adwersarze zmusza mnie do wydania tego oświadczenia. Wszystkich zainteresowanych proszę o przeczytanie całości artykułu i wyrobienie sobie własnego zdania”.
Ale zwracam uwagę nie na ową skandaliczną wypowiedź członka Sejmu RP, reprezentanta naszego narodu i osobę mającą stać na straży prawa i obowiązującej Konstytucji. Bo po zacytowanym oświadczeniu widać, że Pani Posłanka „mówi co wie, a nie wie co mówi”. A to jest żenujące, po prostu skandaliczne. Smutne jest, iż środowiska demo-liberalne w Polsce, hucznie obchodzące rokrocznie jako święto dzień 4 czerwca - wybory z 1989 roku które zmieniły diametralnie sytuację polityczną, społeczną, kulturową, wszelaką w tej części Europy (a może i w skali całego świata) - objawiają niebywałą hipokryzję, anty-modernizm w myśleniu o państwie, cywilizacji i kulturze Zachodu (Zachodu - do którego tak zachłannie i apriorycznie aspirujemy), pospolitą ciemnotę i zacofanie elit rządzących przez minione ćwierćwiecze Polską. Zwłaszcza jeśli chodzi o zagadnienia światopoglądu, recepcji procesów zachodzących w dzisiejszym świecie, prawodawstwa nowoczesnego państwa, dorobku wspomnianego Zachodu w dziedzinie praw człowieka, wolności obywatelskich, swobody sumienia i wypowiedzi. Niezwykle ważna jest tu sprawa wierzeń religijnych, które dzięki religianctwu i serwilizmowi polskich elit (mieniących się demo-liberalnymi) wobec Kościoła katolickiego zostały niebywale sfetyszyzowane (jakby innych uczuć jednostka nie żywiła). We wszystkich wymiarach: prawnym, kulturowym, psychologicznym itd.
Na bazie, osławionego art. 196 Kk. w ostatnich dwóch dekadach zakazano, zabroniono, wyciszono już wiele akcji, zlikwidowano kilkanaście obiektów, zamykano wystawy i podejmowano próby nie dopuszczania do teatralno-filmowych prezentacji. Zakazy te oczywiście tłumaczono nie drażnieniem środowisk patriotyczno-narodowo-katolickich, zapobieganiem ewentualnym zamieszkom (jakie owi religijni obskuranci mogliby wywołać) na tym tle, negatywnymi reakcjami hierarchii kościelnej etc. Demo-liberałów polskich nie stać było – z lenistwa intelektualnego, z zaprzaństwa czy z myślenia podobnego (choć tego głośno nie artykułują) do wypowiedzi sławnej inaczej posłanki Beaty Mateusiak-Pieluchy – na zaprowadzenie cywilizowanych porządków w tej sferze.
Czy koncerty heavy-metalowe (a w dalszej kolejności – rockowe, pomijając nurt tzw. polskiego rocka patriotycznego lub nazi-rocka, co w jakimś sensie wiąże się z propagowaną wizją kultury przez środowiska rządzące współcześnie Polską w skali makro jak i w wymiarze lokalnym) będą kolejną ofiarą takiego religianckiego, obskuranckiego i anty-oświeceniowego stylu myślenia polskich dewotów ? Czy nie-katolikom, agnostykom i ateistom będzie władza wręczać „bilety w jedną stronę” jak to miało miejsce w niesławnym 1968 roku ?
Bigoteria (tak nachalnie promowana w naszym kraju i tak wszech-obecna w przestrzeniu publicznej Polski AD’2016) jest zawsze związana z zaściankiem, kołtuństwem, anachronicznym myśleniem i anty-modernizmem. Przykładów z historii naszego kraju mamy nadmiar: zwycięstwo kontrreformacji, epoka saska, wsobność myślenia szlachty, upadek kultury, powszechny ciemnogród, rozbiory ……..
Czy tego typu koncerty, takie prezentacje, wystawianie dzieł sztuki nie podpadających według mniemań coraz agresywniejszej dewocji, pod tradycję chrześcijańską (lub będące dysonansem wobec jednolitego, religiancko-autorytarnej przestrzeni publicznej naszego kraju) będą tylko echem przeszłości ? Bo to nie kto inny jak kard. Alfredo Ottaviani, kierujący tzw. Św. Oficjum, będącym przedłużeniem inkwizycji rzymskiej (przemianowanej w 1965 roku na Kongregację ds. Doktryny Wiary), powiedzieć miał jeszcze podczas trwania obrad Vaticanum II , iż „……herezja, każda, nie ma żadnych praw”. I to jest sposób myślenia wszelkiej maści ortodoksów, purytanów, religiantów i fundamentalistów różnej maści. Bo religijny fundamentalizm – islamski, judaistyczny czy chrześcijański – ma te same źródła i ten sam wymiar, a esencja wypowiedzi Pani Poseł niczym de facto nie odbiega od enuncjacji i nawoływań islamistów czy ortodoksyjnych rabinów, nienawidzących en bloc współczesnego świata i inaczej myślących. I to jest puenta rozważań podjętych w tym materiale.













Trump, Trump, Misia, Bela .......
2016-11-14 21:29:51
Demo-liberalny mainstream załkał nad wynikiem wyborów w USA. Zwyciężył populista, seksista, nieokiełznany „burak” i nieliczący się z dotychczas obowiązującym w political correctness słowami bądź określeniami swych konkurentów osobnik, zwolennik autorytaryzmu, człowiek „niewiadomo-skąd” (co prawda to osoba uosabiająca mit Ameryki przedsiębiorczej, mit bogactwa które czeka na każdego „na wyciągniecie ręki” jak tylko będzie się odpowiednio obrotnym i konsekwentnym w biznesowym działaniu). To stwierdzenie nie dotyczy medialnej sfery, która jest jak spojrzymy na cały entourage wyborów amerykańskich, teatrem i mydlaną operą (na podobieństwo „Niewolnicy Izaury”, zaoceanicznego tasiemca „Moda na sukces” czy tureckiej apologii czasów osmańskich pt. „Wspaniałe stulecie”), ale faktu iż Donald Trump jest spoza dotychczasowego establishmentu. Spoza kręgu „znajomych królika” z Wall Street.

Cały wszechświat podlega bogom,
bogowie podlegają zaklęciom,
zaklęcia podlegają braminom, dlatego
bramini są naszymi bogami
.
Przysłowie hinduskie

Ów płacz i szlochy świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze – heglowski „Zeitgeist” wiejący przez świat obwieszcza absolutnie prawdopodobny i ostateczny koniec epoki wszech-panowania neoliberalnych, wyalienowanych ze społeczeństw elit. Społeczeństw ponoć demokratycznych, wolnych, mających być (niczym francusko-rewolucyjny „lud”) hegemonem, panem i recenzentem swoich przedstawicieli. A elitarni reprezentanci wspomnianych społeczeństw od czasu upadku Muru Berlińskiego, od kolapsu systemu radzieckiego i rozwiązania ZSRR, równoległego ze spuszczeniem mega-kapitału ze smyczy, czyli tzw. kapitału korporacyjnego (tak naprawdę nie mającego barw narodowych choć niewielu z tego zdaje sobie tak naprawdę sprawę), uwierzyli w swoją nieomylność, mądrość, piękno i czystość intencji jakimi się kierują i jakie głoszą, w swoją wszechwiedzę (zwłaszcza w przedmiocie interpretacji tak zasadniczych dla demokracji pojęć jak wolność, równość szans, braterstwo, solidarność, empatia, reformy itd.).
Paradoksem tej sytuacji jest fakt, że uosobieniem protestu i nadziei na zmiany (czego na pewno jest właśnie wybór Trumpa na 45 prezydenta USA) ma być człowiek egzemplifikujący w dużym stopniu te właśnie zależności między kapitałem a dzisiejszym bytem niezadowolonego „ludu”. Współczesnego „ludu” czyli fetyszyzowanej przez media ostatnimi laty tzw. „klasy średniej”. Była ona w przeszłości nośnikiem faszystowskich, rasistowskich, ksenofobicznych i autorytarnych idei. Nie jest (i nie była nigdy) wyłącznie progresywną, postępową, modernistyczną, racjonalną i „oświeconą” klasą społeczną jak próbowały to wmówić nam korporacyjne media.
Takim źródłem zdaniem wielu komentatorów i badaczy – m.in. pisze o tym włoski intelektualista Umberto Eco w eseju o proto-faszyzmie i jego immanencji wobec kultury euro-atlantyckiej ([w]: "Pięć pism moralnych") - jest zawsze indywidualna frustracja (subiektywnie – nie obiektywnie – odczuwana, nie oddająca rzeczywistego stanu rzutującego na powstawanie owych frustracji) oraz brak refleksji krytycznej (czyli sceptycyzmu zapładniającego dystansem każdą auto-refleksję). To jest też wynik określonej edukacji i medialnego przekazu. Eco opisuje niezwykle proroczo (jest to rok 1995), jak dawni progresywnie zorientowani nosiciele zasadniczych idei Oświecenia, po okresie tzw. „złotego wieku” zachodniej kultury i klasy średniej (pojęcie opisujące lata 1945-89 ukute przez brytyjskiego historyka Erica Hobsbawma) przekształcą się w wyniku procesów globalizacyjnych w „lumpen-drobnomieszczaństwo”, stając się tym samym pożywną glebą dla odrodzenia faszystowskich idei i wartości, będąc jednocześnie ich głównym nośnikiem i zapleczem. Gdy człowiek musi ciągle z czegoś rezygnować, a przy okazji widzi rozwierające się nożyce bogactwa i biedy (tak w skali makro jak i w skali jednostkowej), gdy wszechogarniający Armagedon jest za progiem jego domu (dzięki nawałowi newsów, informacji, kolorowych obrazów przekazywanych przez globalne media), muszą dopaść go frustracje rodzące zawiść.
Drugim aspektem owego płaczu nad „przegraną Hillary” jest paradoks – którego ów mainstream tak nad Potomakiem, jak i nad Wisłą, w Budapeszcie czy Wiedniu (a w przeszłości w Rzymie gdy Włochom premierował groteskowy biznesmen, protoplasta moim zdaniem Donalda Trumpa ale w mini-skali, Silvio Berlusconi) nie jest w stanie, nie chce zauważyć (z ignorancji bądź egoizmu) - że wybór miliardera i celebryty na gospodarza Białego Domu jest również efektem profilu dzisiejszych mediów, sposobu ich funkcjonowania i przekazywanych przez nie wizji świata. Nie chodzi w ich działalności o żadną prawdę, rzetelną, obiektywną informację o rzeczywistości współczesnego świata, o debatę nad procesami jakie w nim zachodzą itd. O edukacji odbiorców – bo to żmudny, długotrwały i nie-zyskowny (dziś chodzi w świecie korporacji aby zysk był szybki, możliwie maksymalny i przy minimalnych nakładach własnych) proces – nawet nie ma co mówić.
Irracjonalizm to działanie dla samej istoty działania, nie dla zmian, ewolucji, postępu, uwielbiający taką formę działania jak ruch, „zadyma”, emocje i afekty. Nerwowe napięcie, onanizm nad symboliką narodowo-religijną, wielkie słowa wobec nieistotnych i przemijających spraw. A to istota korporacyjnych mass-mediów. Tym samym racjonalne, sceptyczne, zdystansowane spojrzenie na rzeczywistość odłożone zostaje do lamusa. Nie wolno się więc dziwić, iż konsumenci takiej papki medialnej impregnowani zostają na racjonalizm, sceptycyzm poznawczy, realizm i chłodny pragmatyzm. To egzemplifikuje się potem w wyborczych preferencjach.
Mainstream płacze nie wiedząc dlaczego tak się dzieje. Boi się „odejścia od kapitalizmu”, a de facto od neoliberalnego „porządku wszechrzeczy” (neoliberalizm to wszech-ogarniająca i powszechnie obowiązująca – dzięki mediom - wizja świata). A kapitał, ten bez narodowych barw, bez państwowych i religijnych konotacji (retoryka i publiczne enuncjacje nie mają żadnego znaczenia) współpracuje ze wszystkimi systemami polityczno-społecznymi. Tak samo z rządzącą socjaldemokracją jak również z faszystami. Kapitał jest po prostu związany z nimi wszystkimi określonymi interesami i dlatego nie może być mowy o jakiejkolwiek anty-systemowości (dotyczy to kapitalizmu jako formy sprawowania władzy przez właścicieli kapitału oraz systemu wartości, a tu zasadniczym pojęciem i jego interpretacją jest stosunek do własności).
Teraz będzie tak samo. Chodzi tylko o proweniencję Trumpa: jego umiejscowienie poza dotychczasowym establishmentem. To jest wg mnie zasadniczy ból elit . Reszta to retoryczne ozdobniki, irracjonalne humbugi (wynikające z ignorancji bądź potrzeb manipulacji), nie mające nic wspólnego z rzeczywistymi informacjami.
Jeśli jednak Donald Trump przynajmniej w drobnym stopniu nie zmieni czegokolwiek w polityce - zwłaszcza wewnętrznej (a wpływy USA na świat ma także niebagatelne znaczenie) – to następnym gospodarzem Białego Domu będzie najprawdopodobniej jawny i autentyczny …… faszysta. Pisał na ten temat już ponad 10 lat temu amerykański uczony Richard Rorty przewidując – na podstawie obserwacji postępów i kierunków rozwoju procesów globalizacyjnych, generujących rozwój religijnego fundamentalizmu – takie rozwiązanie.
Śmiechem mogą więc napawać dyrdymały objawiające fakt, że „Trump to zwycięstwo Putina”, Kaczyńskiego bądź Orbana (lub ich wszystkich razem wziętych). Ktoś kto wygłasza takie tezy patrzy z polskiej, lokalnej, sensacyjno-banalnej, niezwykle ograniczonej perspektywy (Bracia Grimm: „ropuch ma zawsze ropuszą wizję piękna” [w]: "Bajka o ropuchu"). Z perspektywy polonocentrycznej, w niewielkim już stopniu biorącej pod uwagę aspekt ogólno-europejski, do światowego oglądu nawet się nie zbliżając. Wszyscy ci politycy – Orban, Kaczyński, Putin i Trump - są bowiem efektem (a nie inicjatorami czy autorami takich programów polityczno-społecznych) wynikającym z określonej polityki, z tego samego systemu wartości i analogicznych frustracji społeczeństw: rosyjskiego, polskiego, węgierskiego, amerykańskiej klasy średniej (admirowanej przez siły polityczne „od lewa do prawa” jako clou porządków po upadku Berlińskiego Muru i nośnika wszystkiego co postępowe, modernistyczne i progresywne społecznie), tych samych nadziei tzw. „ludu”: oczekującego minimum przewidywalności, ograniczenia chaosu życia codziennego, jasnego przekazu od władzy i ośrodków decyzyjnych, ale też i poczucia sprawiedliwości (cokolwiek pod tym względem ów „lud” rozumie) oraz ograniczenia rozbieżności etycznych intencji i moralizatorskiej retoryki z bieżącą, codzienną praktyką polityki.
Trendy światowe są jednoznaczne – demokracja liberalna jest w odwrocie. Z własnych, immanentnych jej ułomności, z miałkości intelektualnej i moralno-etycznej polityków realizujących ten polityczny projekt w różnych częściach świata. Wiele krajów, wiele społeczności (zwłaszcza spoza kręgu kultury łacińsko-atlantyckiej) patrzy z zainteresowaniem na tzw. „demokrację sterowaną”, wykazującą się w XXI wieku lepszą skutecznością niźli importowane idee demo-liberalne, a także będące bliższe ich kulturom i doświadczeniom cywilizacyjnym. Turcja, Malezja czy Filipiny, nie mówiąc o Rosji, są tego najlepszym przykładem. Chin nawet nie wspominamy w tym kontekście.
Podany na początku materiału przykład z heglowskim "Zeitgeistem" jest tego najlepszym przykładem i opisem.
Na zakończenie tych krótkich rozważań nad zwycięstwem Donalda T. w wyborach prezydenckich w USA warto przypomnieć, iż wiele uzasadnień tłumaczących ów fenomen (jak uważa nadal niczego nie rozumiejący mainstream) znajdziemy w dorobku brodatego filozofia z Trewiru (oczywiście traktowanego nie dogmatycznie, nie z „nabożną czcią” - zawsze religijnej proweniencji - lecz z dzisiejszej perspektywy i określonych doświadczeń).
Rozpaczającym nad wynikami wyborów w Stanach Zjednoczonych elitom trzeba zacytować tylko Noama Chomsky’ego, który doskonale opisuje przyczyny takiego, opłakiwanego dziś, stanu rzeczy: „Najbardziej skuteczną metodą skrępowania demokracji to transfer miejsca podejmowania decyzji ze sfery publicznej do instytucji, które nie ponoszą odpowiedzialności: królów, kast religijnych, junt wojskowych, dyktatur partyjnych albo współczesnych korporacji”. Tworzy się w wyniku takich działań zbiorowość o mentalności „małego dziecka”, utrzymywana w infantylizmie, ignorancji i przeciętniactwie, a jej bunt zamieniony zostaje w poczucie winy, która eksploduje właśnie w takich momentach jak np. wybory.


60 lat minęło
2016-10-31 20:36:24
W tym roku minęło 60 lat (od 1956 r.) jak nasi południowi bracia Czesi (wtedy kraj zwany Czechosłowacją) nakręcili i wypuścili na ekrany kin niedoścignioną wersję mega-epopei jaką są „Przygody Dobrego Wojaka Szwejka” w reżyserii (i scenografii) Karela Stekly’ego, ze wspaniałą grą aktorską m.in. Rudolfa Hrušinskiego (jako Szwejka) czy Miloša Kopecky’ego (jako feldkurata Otto Katza). To obraz prezentujący uniwersalne – czyli ponadczasowe i ponad-ustrojowe - powody do śmiechu, drwiny, parodiowania i zdystansowania wobec przejawów wszelkiego napuszenia, bombastyczności, klerykalizmu i religianctwa, wybujałego i triumfalnego patriotyzmu, wiecznie żywej „klaki”, głupoty elit nami rządzących oraz pospolitego zadęcia i polityczno-kulturowej hipokryzji. Zachęcam wszystkich do kolejnego obejrzenia tego kapitalnego obrazu. Bo zobaczycie nasz kraj i nasze stosunki międzyludzkie, w zupełnie realnym, współczesnym i przejrzystym świetle.

Politischen Verdachtig – politycznie
niepewny. To dzisiaj nic takiego dziwnego.
Dobry Wojak Szwejk

I dodaje od razu – „o kim się tak dziś nie mówi”. W Polsce AD 2016 należy jeszcze dodać, iż od początku tzw. „transformacji ustrojowej” rozpoczętej w 1989 roku ciągle ktoś jest – permanentnie (choć to grono stale jest powiększane o kolejne zastępy i legiony „politycznie niepewnych” oportunistów, krytykantów, nie-dość-dogłębnie zdekomunizowanych lewaków i post-komunistów, sierot po PRL-u i moralnie podejrzanych) – Politischen Verdachtig. Tę retoryczną figurę najlepiej opisują nie współczesne tyrady reprezentantów rządzącego PiS-u, ale wypowiedź sprzed laty reprezentantki salonu-salonów, elity-elit, będących clou nadwiślańskiej moralistyki i cnót wszelakich, a mówiąca że zwycięskiemu w demokratycznych wyborach ugrupowaniu – bo jest owo zwycięstwo źle przyjmowane przez mainstream z racji swej „niebłagonadiożności” zadekretowanej przez te gremia – „mniej wolno”.
W naszym kraju dzisiejsza sytuacja jest jak z powieści Jaroslava Haška. Dlatego, że te salony-salonów, te elity-elit, ci moraliści i owe etycznie nieskazitelne Autorytety (mianowane nieodwołalnie przez mainstream – czyli de facto przez siebie samych) były kompletnie nie przygotowane do sprawowania władzy. I jak wszystko od wieków w Polsce poszło wedle kanonu: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze …….
No może jedynie mieć rację Agnieszka Wołk-Łaniewska mówiąca, iż „było jej dane szczęśliwie żyć w okresie oświecenia jakim była nad Wisłą, Odrą i Bugiem Polska Ludowa”.
Gdy popatrzeć na feldkurata Otto Katza czyż nie widzimy współczesnego, katolickiego kościoła polskiego i jego funkcjonariuszy ? Czy zadęcie narodowo-patriotyczne i wszechobecny wojskowy „sznyt”, militaryzacja nie tyle już przestrzeni medialnej ale i umysłów polskiej młodzieży (z Antonim Macierewiczem i np. gen. Romanem Polko w tle) nie są wypisz – wymaluj obrazem ze Szwejkowych peregrynacji eszelonem na front, przygotowywanych batalii i samych działań wojennych ? Czy Bogdan Chazan i Konstanty Radziwiłł nie są lekarzami vide dr Grünstein w lazarecie (gdzie trafił Józef Szwejk), leczący starających się uniknięcia wysłania na front „Simulanten” chininą, lewatywą, zawijaniem w mokre prześcieradła i rycyną ? Czy przerabianie przez Szwejka bezdomnych psów - zwykłych kundli - na rasowe egzemplarze i upłynnianie ich z zyskiem (oczywiste szalbierstwo jest przez wszystkich widoczne, ale obie strony transakcji milczą jak zaklęte robiąc dobrą minę do złej gry) to nie magiczne sztuczki politycznych szalbierzy od ekonomii mieniący się „niezależnymi fachowcami” światowej i europejskiej marki (jedynym tego typu ekonomistą – choć do końca to nie jest lewicowa „moja bajka” – jest omijany w Polsce szerokim łukiem prof. Grzegorz Kołodko) ?
Gdy ostatnio przypadkowo wpadłem w „telewizorni” na wywiad Elizy Michalik z euro-posłem Michałem Bonim z niezwykle pro-europejskiej, liberalnej i nowoczesnej asocjacji politycznej (to jest też ów salon-salonów, elita-elit, ów mainstream), który po zapewnieniu o wyciągnięciu wniosków z przeszłości mówił z przekonaniem jaką to wizję Polski świeckiej, nie-klerykalnej, wręcz – laickiej, gdzie rozdział państwa i Kościoła był ściśle przestrzegany, a konkordat niósł „samo dobro” (m.in. w tym kontekście nawiązał do pozytywów tzw. „kompromisu aborcyjnego”, który teraz chce się podważyć) realizowała rządząca PO od razu stanął mi przed oczyma porucznik Dub.
Dobry Wojak Szwejk na takie dictum by rzekł: „Człowiek uczy się na błędach jak ten giser Adamec z Dańkovki, co to przez pomyłkę napił się kwasu solnego”. Euro-poseł to może i nie napił się tej mikstury, lecz społeczeństwo polskie to i owszem, a efekty są widoczne po receptach i egzorcyzmach odprawianych przez polską prawicę podczas sprawowania rządów (partia Michała Boniego jest prawicą, konserwatywno-liberalną prawicą, omyłkowo tylko inaczej traktowaną nad Wisłą, Odrą i Bugiem).
Dlatego bardzo szanuję zacnego Wojaka Szwejka, moje uosobienie czeskości. Czyli czegoś czego nam Polakom brakuje najbardziej. To antyteza polskiej megalomanii, mesjanizmu, misyjności (najszerzej i najdokładniej ujętej), napuszenia, kompleksów – zarówno niższości jak i wyższości. Kocham Józefa Szwejka, podziwiam go, zazdroszczę mu, a jednocześnie – jak prawie każdy Polak - z niego kpię, śmieję się czyli poniekąd (choć do tego się nie przyznaję oficjalnie bo to passe, bo to nie political corectness , bo to anty-mainstreamowe i nie godne jednocześnie miana inteligenta polskiego oraz demokraty) gardzę nim, czując wyższość prawdziwego Polaka do tego super-Czecha. A może tylko nasza, polska tożsamość, tradycja, kultura tak malują owego południowego sąsiada Polski ?
Szwejk nie podpalił świątyni Artemidy w Efezie jak Herostrates, nie zabił na stopniach Kapitolu Juliusza Cezara jak Brutus, nie był papieżem jak Karol Wojtyła ani wodzem zwycięskich armi jak np. hrabia Radecki von Radetz; to nie Napoleon, Attyla, Jan III Sobieski, Piotr I Wielki, Lincoln czy Robespierre; to nie Nobel, Curie-Skłodowska, Oppenheimer, Einstein czy Hawking. Daleko mu także do Mahatmy Ghandiego, Martina Lutera Kinga czy Desmonda Tutu. To także nie jest wymiar Jego Sławnego Rodaka Vaclava Havla.
Ale przecież jest coś nietuzinkowego w tym prostym Czechu, odzianym w szynel żołnierski armii C.K. Austro-Węgier, coś ponadczasowego, uniwersalnego i zarazem prostodusznego (choć na pewno nie prostackiego). Dobry Wojak Szwejk chce być prowincjuszem, outsiderem, huncwotem i obwiesiem. Przygłupem i notorycznym idiotą. Lecz to tylko poza i (udana) próba przetrwania tych wielkich (ponoć) czasów w jakich przyszło mu egzystować (a nam dane jest to dzisiaj). Tego bowiem sobie nie wybieramy. I nie wybiera nam tego też żaden bóg, żaden premier, żaden mentor, autorytet moralny czy kapłan.
Ta jego postawa i mentalność są przecież tak nie kompatybilne z duchem naszych czasów. Są tak niezwykle passe, że aż dziw bierze iż ktokolwiek może je brać na serio, ktokolwiek może się do nich odwoływać, je podziwiać i składać im hołd. O stawianiu za wzór już nawet nie mówiąc.
A poza tym - byt każdej osoby winno się utożsamiać z wielkimi czasami, gdyż jest on (i te czasy) niepowtarzalnym, nie-do-przeżycia-po-raz-wtóry. I dlatego każde życie, każdego człowieka jest wielkim czasem, dla niego, dla jego świadomości, dla jego samopoczucia.
Więc dlatego m.in. kocham i szanuję, wielbię i podziwiam Dobrego Wojaka Szwejka oraz chylę czoła przed jego życiową filozofią. Bo to jest filozofia czci i atencji dla życia jako takiego, najwyższej i jedynej prawdziwej wartości jaką posiada człowiek. Czegoś autentycznego i niepowtarzalnego w obecności każdej jednostki na tym ziemskim padole, potocznie zwanym życiem doczesnym
Szwejk i jego filozofia to jest to o czym mówi duński aktor - znany z filmów Larsa von Triera - Stellan Skasgǻrd, że wszystkie religie (i doktryny polityczne z nich wywiedzione) Zachodu mają jedną wspólną cechę, gdyż chcą regulować co jesz, co pijesz z kim sypiasz i kiedy, gdyż jeśli wg nich kontrolujesz instynkty to kontrolujesz tym samym człowieka.
Katyń - Smoleńsk - Wołyń
2016-10-20 12:44:10
Te trzy obrazy, rejestrujące trzy różne wydarzenia, mające miejsce w różnych okolicznościach i historycznych czasach, w antynomicznych (zdawać się może) sytuacjach i politycznych konotacjach mają jedno wspólne tło, wyraźnie wydobywane z cienia historii: obecność Polski na Wschodzie Europy (cokolwiek by pod ten terminem i pojęciem rozumieć) oraz polską rusofobię wynikającą ze skomplikowanych dziejów tej części Starego Kontynentu, kolonialnej historii Polski i Rosji. Zderzenie tych kolonializmów oraz fantazmatyczne podejście do historii w Polsce rzucają cały czas złowrogi cień na zdystansowany, racjonalistyczny, pragmatyczny charakter polskiej polityki, kultury, edukacji, ekonomii etc. A w dalszym tle grasuje wszechobecny antykomunizm nakazujący Polakowi utożsamiać nadal Rosję z centrum światowego komunizmu i prawosławia (czyli – gorszej jakości chrześcijaństwa w przeciwieństwie do prawowiernego katolika made in Poland - tradycja kontrreformacyjna i jej zgubne skutki sprzed 300-400 laty są widoczne po dziś dzień), starający się traktować ten kraj-kontynent jako pole oraz materiał do jego podziału terytorialnego (koncepcja Zbigniewa Brzezińskiego z „Wielkiej szachownicy” jest tego adekwatna emanacją), a także do nawrócenia: dawniej na katolicyzm, współcześnie – na zachodnią wersję demokracji.
I jeszcze jedno. W Polsce każdy film dotykający historii czy spraw społecznych jest traktowany jako prawda i fakt absolutnie jednoznacznie wartościujący. Zwłaszcza kiedy wpisuje się on w polskie imaginarium podrysowane współcześnie funkcjonującymi fantazmatami. Nie jako wizja reżysera i autora scenariusza. To także wynik określonego – jak pisze Andrzej Leder – „polskiego imaginarium” oraz wspomnianej, fantazmatycznej interpretacji naszych dziejów.

Nawet kiedy w dalekiej przyszłości cały świat się
zracjonalizuje i zlaicyzuje, Polacy wciąż będą żądali
od Boga specjalnego traktowania. Historyczne lenie
tak właśnie próbują zrzucić z siebie odpowiedzialność.

Krzysztof VARGA („Ogryzanie Węgra”)

Namiętna dyskusja jaka przelewa się przez Polskę w kontekście wejścia na ekrany filmu „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, argumenty polityczne i geopolityczne, wewnątrzkrajowej proweniencji i o międzynarodowym wydźwięku tego obrazu, moralne i historyczne oceny oraz interpretacje jakie padają w tej debacie skłaniają mnie do kilku refleksji. Ale przede wszystkim jest to po raz kolejny przyznanie racji Jerzemu Józefowi Szujskiemu (połowa XIX wieku), który stwierdził celnie, iż „fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki”. I to widać, słychać i czuć w perspektywie całej nadwiślańskiej narracji wobec historii Wschodu Europy. I naszego udziału - oraz interpretacji - w jej tworzeniu.
Te trzy obrazy łączy właśnie ów mistycyzm, fantazmatyczne „chciejstwo” i pospolity irracjonalizm w traktowaniu naszych dziejów nie jako realnego splotu przyczynowo-skutkowych faktów różnego pochodzenia i stąd wynikających nieszczęść spotykających Polskę i Polaków, ale jako sprzysiężenie złych mocy, dybiących cały czas na niepokalany i czysty jak „Maryja zawsze Dziewica” kraj nad Wisłą, gdzie „lud bogobojny i miłujący tradycję”, oddany Rzymowi i wierze ojców. O krajobrazie – w jakimkolwiek wymiarze pojmujemy ten termin (społecznym też) – gdzie „wieś cicha, wieś spokojna”, a my, Polacy „kochamy się jak bracia”. Kto tak nie kocha, kto jest po prostu INNY, ten nie jest Polakiem. Taka konstrukcja opisu świata – powiedzmy aksjologiczno-irracjonalna - zakłada, że my zawsze jesteśmy dobrzy i anielscy, a ci INNI szatańscy, wynaturzeni, źli i nieczyści (pod każdym względem). W takim ujęciu świat nie może być – a jest bo to realizm i racjonalne nań spojrzenie - pełny konfliktów i sprzeczności, wynikających z edukacji, ekonomii, stosunku do własności i uwarunkowań klasowych (apage satanas – toż to jawny Marks !!!).
Oliwy do ognia w tej narracji, zahaczającej już jawnie o swoisty onanizm i masochizm narodowo-kulturowy – w zależności od aktualnie zajmowanych pozycji politycznych i takich afiliacji argumentacja jest diametralnie różna lecz podszyta bądź to rusofobią i ukrainofilią bądź na odwrót: ukrainofobią i rusofilią – dolał do ognia fakt odwołania prezentacji tego filmu w Kijowie przez tamtejszy Instytut Polski na wskutek nacisków polskiego MSZ. Zapewne stało się tak w wyniku międzypaństwowych konsultacji i wyraźnych sugestii na ten temat ze strony władz Ukrainy. Ostatnie wypowiedzi polityków w tej kwestii i to różnych opcji (np. Paweł Kowal, Aleksander Kwaśniewski czy Grzegorz Schetyna) ukazują drugie, albo i trzecie, dno tego problemu. Dno polityczne, dno osadzone w nadwiślańskich uprzedzeniach, fobiach, sympatiach i antypatiach (co w polityce bieżącej i perspektywicznie nigdy nie jest rysem korzystnym bądź skutecznym), ale podszyte aktualną koniunkturą i sprzecznościami. Doskonały komentarz do przyczyn tej sytuacji daje list prof. Marii Janion skierowany do uczestników niedawno odbytego Kongresu Kultury Polskiej, gdzie sędziwa Profesorka stwierdza, iż m.in. „…..Nie mam wątpliwości, że trwała nasza niezdolność do modernizacji ma źródło w sferze fantazmatycznej, w kulturze przywiązania zbiorowej nieświadomości do bólu, którego źródeł dotykamy z największym trudem, po omacku. Naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać”.
Atmosfera wokoło tych obrazów – może najmniej dotyczy to „Katynia” Andrzeja Wajdy gdyż sprawa została „wyjaśniona” i opisana w chwili upadku ZSRR ostatecznie i jednoznacznie (choć kręgi radykalnych narodowo-rusofobicznych tzw. „patriotów” żądają od Moskwy ciągłego kajania się i klęczenia w kącie „na grochu” do końca „świata i jeden dzień dłużej”) – jest histeryczna, pompatyczna, egzaltowana, po prostu afektywna. W tych obrazach nie chodzi bowiem o żadną prawdę. A historyczną przede wszystkim. To opowieści zbliżające się – mniej lub bardziej (w perspektywie i zależności od mentalności i warsztatu intelektualnego każdego twórcy) – do niej.
Brak mi w naszej narracji – nie tylko w odniesieniu do tych trzech filmów, a do całej polskiej mega-debaty wewnątrz-narodowej – tego co wspaniale określa myśl Marka Aureliusza, imperatora i filozofa, mówiąca że „…….Wszystko co słyszymy jest opinią, nie faktem. Wszystko co widzimy jest perspektywą, a nie prawdą”.
Kolejną refleksją budzącą się we mnie od dawna, ale na kanwie wspominanej dysputy nabierającą realnych kształtów jest pytanie czy twórcy i animatorzy kultury mają do spełnienia jakąś uniwersalnie uznaną, w sposób nadprzyrodzony nadaną im misję, zadanie w przekazaniu na tej ziemi zamieszkującym obywatelom prawd absolutnych, drogowskazów postępowania, moralnych wektorów bądź jednoznacznego opisania i interpretacji faktów historycznych ? Czy w ogóle we współczesnym, rozproszonym i spluralizowanym świecie takie ujęcie swego bytu, swego jestestwa jest możliwe ? I czy jest skuteczne ? Przede wszystkim jako lek na nadwiślańskie fumy, lęki, fantasmagorie, uprzedzenia, kompleksy. Na fantazmatyczne postrzeganie siebie, sąsiadów, historii i faktów w niej zaistniałych (tych całkiem bliskich, dalszych i bardzo odległych w czasie).
To cierń folwarcznego myślenia i bytowania przez stulecia (w niektórych rejonach Polski do czasów II wojny światowej) w warunkach feudalnej wsi, dworku i czworaków, niewolniczej relacji Pan vs Cham wdrukowany określonymi argumentami przez karbowych, ekonomów czy „aparat przymusu” (reprezentujący zaborców lub II RP). Takie relacje rzutujące na mentalność wielkiej części społeczeństwa polskiego dziś (piszą m.in. nt. temat Andrzej Leder czy Jan Sowa) egzemplifikuje idealnie postać Maciejunia z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego
Na koniec pragnąłbym zaznaczyć, iż podstawowy błąd – choćby w kręgach mieniących się lewicą – to retoryka dotycząca wydarzeń na tzw. Kresach w latach 1939-45 (a nawet – do zakończenia Akcji Wisła). Bo to nie Ukraińcy, a ukraińscy faszyści dokonali rzezi na Wołyniu, ludobójstwa w dzisiejszym sensie rozumienia tego pojęcia. Faszyści owładnięci ideologią nienawiści do wszystkiego co INNE, do ludzi i kultury, religii i języka, skrajni anty-komuniści i de facto – rasiści (anty-semityzm jest klasycznym rasizmem). Faszyści - tacy sami jak niemieccy, słowaccy, chorwaccy, hiszpańscy flamandzcy, austriaccy, włoscy czy …… polscy (którzy jak na razie nie mieli okazji i zbyt szerokiego pola do popisu dla tego typu reakcji, zachowań czy rozwiązań).
Dziś dla tych ostatnich warunki stworzone w Polsce są wprost modelowe. A i klimat intelektualny, polityczny, stratyfikacja społeczna i nastroje dodatkowo im mogą sprzyjać. I sprzyjają.
Polski kolonializm (trup w narodowo-sarmackiej szafie)
2016-10-13 16:07:20
Bartosz Kownacki, vice-minister MON, to radca prawny i bliski współpracownik Antoniego Macierewicza - jako przedstawiciel kilku rodzin - w wyjaśnianiu okoliczności katastrofy w Smoleńsku, absolwent dwóch Uniwersytetów (Warszawskiego i im. Jana Pawła II w Krakowie), w latach 2003-06 odbywał aplikację prokuratorską, ale ostatecznie wpisany został na listę radców prawnych (2007 r.), funkcjonariusz Kontrwywiadu Wojskowego (lata 2006-07), współpracownik Lecha Kaczyńskiego w kancelarii prezydenckiej (do 2009 r.), niedoszły radny m. Warszawy (z 2006 r.), do Sejmu VIII kadencji dostał się z okręgu bydgoskiego (7 735 głosów), partyjny „wędrowniczek” m.in. przez jakiś czas był członkiem Solidarnej Polski (kanapowej asocjacji politycznej Zbigniewa Ziobry) lecz potem nawrócony na „łono partii” Jarosława Kaczyńskiego dostał się na salony ministerialne. Nie na szerokie reperkusje jakie wzbudziła wypowiedź Pana V-ce Ministra – w kontekście zamieszania powstałego w wyniku anulowania przez Polskę umowy z Francją na dostawę helikopterów Caracal (zastąpią je amerykańskie Black Hawki) – pragnę jednak zwrócić uwagę, choć jest ona tyle skandaliczna co analogiczna z poziomem enuncjacji Donalda Trumpa, tak obsobaczanego przez polskich „znawców polityki”. Chodzi o komentarze i społeczny rezonans jakie owa wypowiedź wywołała, zwłaszcza w tzw. „środowiskach patriotycznych”.
O mieszkańcach kraju nad Sekwaną Pan V-ce Minister raczył powiedzieć co następuje:

To są ludzie, którzy uczyli się jeść od nas
widelcem parę wieków temu. Więc być
może w taki sposób się teraz zachowują.

Bartosz KOWNACKI

To jest intelektualna katastrofa. To Himalaje ignorancji i braku podstawowej wiedzy. I nie chodzi tu już o funkcję jaką aktualnie piastuje ów „urzędnik” – a z tym wiąże się kanon, iż reprezentuje on państwo i wypowiedziane publicznie przez niego słowa idą na karb kraju, który go zatrudnia i mu za to płaci a jego prywatne sądy czy mniemania (głupie, infantylne, prostackie itd.) absolutnie się nie liczą. Tu rzecz idzie o dyplomację i politykę przez duże „P”. Pewnie Bartosz Kownacki nie zna podstawowej zasady rządzącej polityką – i tym samym dyplomacją – mówiącej, iż „lepiej zawsze powiedzieć dwa słowa za mało niż jedno za dużo” (Arystoteles). Tak jest kiedy do poważnych przedsięwzięć bierze się ludzi, którzy „mówią co wiedzą, a nie wiedzą co mówią”. Absolutny dramat powstaje gdy tacy ludzie nie wiele (lub nic) nie wiedzą.
Stąd przychodzi mi do głowy od razu passus (nomen omen Francuza, znakomitego polityka i mistrza dyplomacji) Charlesa Maurice de Talleyranda mówiący o nas, że „.....Z Polakami organizuje się tylko bałagan”.
W perspektywie tego żałosnego wydarzenia chciałbym jednak zwrócić uwagę na harmider jaki podniósł się w komunikatorach i na społecznościowych portalach ze strony wspomnianych środowisk, wielbicieli PiS-u i innych ultra - prawicowych ugrupowań czy konwentykli (ale wielu polityków i adherentów Platformy Obywatelskiej ma w głowie podobną „sieczkę” czemu wielokrotnie dawali upust). Prawica zawłaszczająca dziś narrację publiczną w naszym kraju, a wykazująca solidarność z wypowiedzią Bartosza Kownackiego (uczynił to poniekąd euro-deputowany PO Jacek Saryusz-Wolski) i przytaczająca racje dla postponowania kraju znad Sekwany, posługuje się cały czas szowinizmem, ksenofobią i nadwiślańską megalomanią (o rodowodzie kontrreformacyjnym i sarmackim). O przypominaniu po raz nie wiadomo który tzw. „drôle de guerre” (fr. – dziwna wojna) z 1939 roku nawet nie warto mówić. W polityce bowiem nie ma przyjaźni (i nigdy jej nie było), są tylko „wieczne interesy” (Winston Churchill).
Chcę tylko zwrócić uwagę na dwa szczegóły. Polska – i środowiska bliskie (jak mi się wydaje) mentalnie Panu Mecenasowi Kownackiemu – jawi się dla wielu moich Rodaków jako pierwszorzędny reprezentant cywilizacji i kultury Zachodu (kojarzony w tych kręgach jako chrześcijaństwo In situ). Tym samym niejako stając się spadkobiercą tak starożytnej Hellady, jak antycznego Rzymu i Cesarstwa Karola Wielkiego. Nic bardziej błędnego, megalomańskiego, mitomańskiego. Nasz kraj wszedł do rodziny chrześcijańskiej co prawda w chwili chrztu (1050 lat temu) władcy państwa Polan Mieszka I, ale kulturowo i cywilizacyjnie zawsze pozostawał na peryferiach tzw. Zachodu i chrześcijaństwa rzymskiego. Stosunek papieży i polityki Rzymu do Polski w Średniowieczu i czasach nowożytnych świadczą o tym dobitnie (konflikt Polska vs zakon krzyżacki, rozbiory, powstania etc.). Państwa Zachodu w tej mierze kontynuują jedynie ową praktykę en bloc.
W tym kontekście należy zapoznać się co w XVI, XVII i XVIII wieku pisali o jakości życia w Polsce podróżujący tu, posłujący, robiący interesy ludzie Zachodu: nawet czeski kupiec Henryk Michał Hyserle pisał niesłychanie krytycznie o tych sprawach narzekając na jakość i sposób odżywiania się ówczesnych obywateli I RP, komfort noclegów, stosunki między ludzkie itd. Dopiero po przekroczeniu granic i wjeździe na Śląsk zaznać można zdaniem Hyserlego „wygód godnych cywilizowanych narodów” . Jest rok 1605. Podobnie opisuje nadwiślańskie równiny i stosunki cywilizacyjno-kulturowe Charles Ogier, poseł króla Francji (1635 r.) narzekając zwłaszcza na niewygody noclegów i ich prymitywizm w porównaniu z „karawanserajami” w krajach muzułmańskich – do jakich posłował – i oberżami/noclegowniami w ówczesnej Europie Zach.
Tę sekwencję niech podsumuje fragment wiersza francuskiego poety renesansowego Filipa Desportesa (z 1573 r.) przemierzającego tak jak Ogier I RP w charakterze posłańca: „…..Lud barbarzyński, arogancki i niestały. Pyszałkowaty, umiejący tylko pleść trzy po trzy. Który dzień i noc w dusznej izbie
całą przyjemność życia czerpie z pijaństwa. Potem chrapie przy stole lub zasypia na ziemi
".
W takich pseudo-debatach raczej chodzi – jak sądzę – o wyrzucanie z siebie zalegających w świadomości i podświadomości określonych frustracji oraz kompleksów, wydalenie z siebie „fumów” i fobii opartych na megalomanii, mistyfikacji, „chciejstwie”, na polskim imaginarium oraz towarzyszącym jemu fantazmatom, zakażającym cały czas sporą część nadwiślańskiej mentalności. Nie o rzeczową, krytyczną, racjonalną wymianę myśli i idei. Wielu przedstawicieli prawicy (różnej maści), narodowców i tzw. „patriotów” mówi – zarzucając to Francji – o kolonialnej przeszłości „pierwszej córy Kościoła katolickiego”, niecnocie tej historii, niechlubnych tradycjach z tym okresem związanych, dramatach, mordach i ludobójstwach jakie były udziałem kolonialnych wojsk francuskich. Tak jakbyśmy my, rycerze niepokalani Maryi znad Wisły nie mieli takich epizodów (i to mnóstwo) w swych dziejach. Jakbyśmy to my nie kolonizowali, mordowali, gnębili, niewolili, grabili i terroryzowali, polonizowali (w różny sposób, często „na siłę” ich uszczęśliwiając) autochtonów na wschód od linii Bugu i Niemna. Jakby „Drang nach Osten” (a to przecież klasyczny trend kolonialny ze wszystkimi, immanentnymi mu, przypadłościami) był tylko udziałem Rzeszy Niemieckiej i narodu niemieckiego. Historia tzw. Kresów - czyli współczesnej Ukrainy, „ziem na skraju”, „u-rzplitej” (zwłaszcza po Unii Lubelskiej i włączeniu do Korony województw: podolskiego, wołyńskiego, kijowskiego i bracławskiego) – jest klasycznym przykładem kolonizacji i dramatów z tymi procesami związanymi (na zniewolenie klasowe nakładały się jeszcze różnice narodowe, a zwłaszcza religijne – co przy tężejącej z biegiem dekad kontrreformacji i katolickiej opresji dodatkowo powodowało nieustanne powstania rdzennej ludności ruskiej, rzezie i masowe mordy). Klasa „Jegomościów Panów Braci” – czyli herbowej szlachty, uważającej się za „naród wybrany” i jedynie reprezentatywny dla terminów: Polska i Polacy (reszta społeczeństwa owego imperium kolonialnego jakim była w Europie środkowej i wschodniej I RP, czyli ok. 85-87 % populacji, nie była uważana za obywateli, często za pod-ludzi, zwłaszcza jeśli chodzi o pańszczyźnianych chłopów na wschodzie) – niepodzielnie, zgodnie ze swoimi klasowymi interesami, rządziła absolutnie i autorytarnie. Stosunki społeczne i interpersonalne w folwarkach na Kresach były wypisz wymaluj jak podczas rozkwitu niewolnictwa w antylskich hacjendach, na plantacjach w Brazylii czy Alabamie bądź podczas „łowów” na niewolników w Afryce.
Doskonale dokumentuje te konteksty i relacje, stosunki i uwarunkowania historyk francuski Daniel Beavois w wiekopomnym (dla Polaków i Polski) dziele: "Trójkąt ukraiński: szlachta, carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie, 1793-1914”. Wspominają o tych zagadnieniach również m.in. Maria Janion, Andrzej Leder i Jan Sowa.
Tak więc ciszej Panowie Patrioci nad wytykaniem – słusznie zresztą uznawanych za ciemną i niechlubną historię Europy i Europejczyków (chrześcijan bądź co bądź) – innym kolonialnej przeszłości. Bo z tym jest tak jak z anegdotą o „ślepym co to niósł kulawego”. I jak najdalej od kazań, połajanek, pouczeń jednoznacznych wyroków: umoralniających, pompatycznych, bombastycznych – a wychodzących zawsze kabotyńsko. Zwłaszcza w kontekście polityki i własnych dziejów.
Polski dramat, również po 1989 roku, kreślony jest nadal przez słuszną dewizę, iż „….Fałszywa historia jest (cały czas - rscz) mistrzynią fałszywej polityki” (Józef Jerzy Szujski). Bartosz Kownacki i jego kuriozalna wypowiedź (oraz jej namiętni apologeci i różnego chowu prawicowi „poputczycy”) są tego dobitnym exemplum.


Śnij dalej polska inteligencjo
2016-10-03 19:36:17
Prof. Andrzej Leder w znakomitym bestsellerze (dziwnie i dyskretnie przemilczanym przez nadwiślański mainstream) zatytułowanym „Prześniona rewolucja. Ćwiczenia z logiki historycznej” doskonale ukazuje esencję rewolucji społecznej – ze wszystkimi jej konsekwencjami – jaka dokonała się na naszych, polskich ziemiach w latach 1939-56. Prezentuje również istotę tytułowego „prześnienia” zarówno przez inteligencję (o post-szlacheckim rodowodzie jak i tych jej reprezentantów, którzy pod taką genezę się podpinają) oraz tworzoną na tej bazie mityczną „klasę średnią” jak i przez tzw. „lud”. Nadal jednak w naszym kraju nikt z tzw. mainstreamu, z grona tzw. inteligencji liberalno-lewicowej nie próbuje nawet pochylić się nad tezami tam zawartymi. O poważnej dyskusji na ten temat nie mówiąc.

Zanim sięgnie się po władzę
trzeba zdobyć umysły ludzi.

Antonio GRAMSCI

Nie mogę absolutnie – jako lewicowiec z przekonania i doświadczenia - zgodzić się z osądem i oceną panujących w polskich środowiskach lewicowych mentalności oraz świadomości wedle których wyborca potencjalny i rzeczywisty lewicy „….niewiele mentalnie odbiega od wyborców PiS, koncentrując się na sprawach socjalnych”. Taki pogląd głoszony w środowiskach demo-liberalnych i części niestety – lewicowych, jest konstruowany w sposobie i formie typowych dla polskiej inteligencji patrzącej od dekad, by nie rzec od wieków, z poczuciem wyższości wobec tzw. „ludu”. Te fobie i fumy (jak mawiał popularny Kisiel) to echo podziałów miejscowej zbiorowości na: mądrą i wykształconą elitę i prosty, ciemny „lud”, na Pana i poddanego, na dworek i folwark, na Polaka-katolika i tego INNEGO (a priori gorszego) etc. „Lud” w takim ujęciu pozostaje na zawsze przedmiotem, a nie podmiotem. Nad Wisłą, Odrą i Bugiem (nie mówiąc o tradycji „kresowej”) oświeceniowy człowiek, traktowany jako parmenidesowa miara wszechrzeczy, nie miał czego szukać od dawien dawna. I dziś także. Nawet w mentalności polskich liberałów ten cierń paternalizmu jak widać nadal trwa choć winien on być im z racji ideologicznych absolutnie obcy.
To jest właśnie klasyczny wymiar relacji paternalistycznych, jaką gigant europejskiej myśli Immanuel Kant określił swego czasu za „największą niewolę, jaką człowiek może zgotować człowiekowi”. Takie pańsko-dworskie relacje interpersonalne , rodem z feudalizmu czy I RP są typowe dla nadwiślańskich stosunków społecznych (tak w II RP, PRL i III RP) i to one stanowią kamień młyński u szyi polskiej kultury politycznej uniemożliwiając to co rozumie się pod pojęciem postępu i rozwoju cywilizacyjnego. Postępu i rozwoju w wymiarze oświeceniowym.
Pławiąc się w nostalgicznych rojeniach na temat pseudo-szlacheckości, pańskości współczesna inteligencja niczym „herbowi panowie bracia” z I RP, cały czas stara się pouczać tzw. „lud”, ustawiać go z tytułu swoich przewag i statusu, mówić mu „co dobre a co złe” dla niego. Recenzować i pouczać, a przede wszystkim – pozycjonować w formie folwarcznego pidsusidoka, czyli w relacjach Pan vs Cham. To jest paternalizm nie znoszący żadnego sprzeciwu, to swoisty dogmatyzm, poparty absolutną pewnością o wyznawanych przez siebie wartościach, tezach czy interpretacjach. Przy okazji podawanych ex cathedra z lekką dezynwolturą, często nawet z nieskrywaną pogardą dla owego „ludu” i jego nieświadomości.
Imaginarium i fantazmaty: to dwa filary konstrukcji Andrzeja Ledera odniesione do polskiej „duszy” , mentalności i rozumowania. Imaginarium to wyobrażenia o historii, doświadczeniach, przeżyciach; fantazmat to życzeniowy scenariusz tych wydarzeń. Zarówno w formacie indywidualnym jak i zbiorowym. Imaginarium ma nadawać sens współczesnym działaniom. Fantazmat – ma podtrzymywać zasadność tego sensu.
Np. profesor Jan Hartman pisze: „Ani robotnicy ani rolnicy nie staną się dziś oparciem dla partii lewicowych. SLD ma jeszcze swoich towarzyszy z czasów PRL, ale już coraz mniej. Razem przymila się do klasy pracującej, ale ta panna niezbyt jest czuła na te umizg. Wierzy w tych, co mogą, a nie w tych co ładnie mówią. Czy się komuś podoba czy nie wyborca lewicy to wielkomiejski inteligent, a przynajmniej osoba dość wykształcona i zaangażowana w życie kulturalne i społeczne”. I dalej w mainstreamowo do tej pory brzmiącym tonie kontynuuje apel o zjednoczenie lewicy z „potężnym” (jak się może wydawać z mniemań Pana Profesora) ruchem demo-liberalnym w Polsce. Jedynym postępowym i właściwie odczytującym „znaki czasu”. Nic bardziej mylnego. Jest to bowiem nic innego jak wańkowiczowskie „chciejstwo”.
Nurt demo-liberalny, wielkomiejski, o którym pisze i mówi się w licznych enuncjacjach z taką atencją nic a nic jak widać nie zrozumiał z lekcji ubiegłorocznych wyborów, nadal trwając w zwietrzałych fantazmatach i tworząc nierzeczywiste imaginaria. Więdnący KOD – co obserwujemy nie tylko po wypowiedziach liderów lecz i po stronie organizacyjnej ruchu – nie jest tu dla rodzimych zwolenników liberalizmu również (a
de facto – neoliberalizmu) żadną nauczką. Liberalizm w formie NEO- przegrał batalię o „duszę” i umysły nie tylko w Polsce, ale i w dużej mierze na Starym Kontynencie. Stąd biorą się sukcesy Orbana, Kaczyńskiego, Hofera, Wildersa, Blochera, Kjǽsgaard czy Farage’a. W kolejce stoi Trump.
W Grecji (Syriza), Hiszpanii (Podemos) czy Niemczech (sukcesy Die Linke, Zielonych i socjaldemokratów obierających kurs coraz bardziej „na lewo”) już to zrozumiano. Jeremy Corbyn i jego druzgocące zwycięstwo – powtórne – w wyborach wewnątrz Labour Party nad „blairystami” czyli pogrobowcami taczeryzmu (w upudrowanej wersji light) ma również swoją wymowę dla całej lewicy europejskiej.
Dr hab. Jan Sowa – autor znakomitej analizy pt. „Fantomowe ciało króla” (dot. także problematyki polskich fantazmatów i chorego imaginarium) – w jednym z ostatnich wywiadów zwrócił celnie uwagę na paradoks toczący polską scenę publiczną. Bo jak wymagać od pracownicy serwisu sprzątającego w banku (pobory – 1500 PLN brutto miesięcznie) demonstrowania w obronie wolności, demokracji i swobód obywatelskich – i przywiązania do tych wartości - wspólnie z dyrektorem tej placówki (analogiczne pobory - 50 000 PLN brutto). Przecież ich poczucie wolności, odniesienie do zagadnienia swobód obywatelskich, rozumienie przestrzeni demokratycznej są diametralnie niekompatybilne. Właśnie z racji różnic dochodów i przestrzeni w jakiej żyją na co dzień.
Nie kto inny jak jeden z Ojców Założycieli Stanów Zjednoczonych - Thomas Paine (1737-1809) – miał napisać: „Ogromne majątki skupione w rękach kilku osób stanowią niebezpieczeństwo dla praw i grożą zniszczeniem wspólnego szczęścia ludzkości”. Nic dodać, nic ująć.
Łatwo jest postponować ów „lud” za jego ciemnotę, kołtuństwo, lenistwo intelektualne, konserwatyzm (czy wręcz – katolicki integryzm), opresję religiancką, hipokryzję i inne tego typu przywary (jakby one nie dotyczyły również polskiej inteligencji). Nawet za zdarzające się powszechnie kabotyństwo. Ale jeśli przypominamy sobie to o tych wadach polskiego społeczeństwa pisano wielokrotnie i to na przestrzeni ostatniego wieku wielokrotnie. I uwagi te kierowano przede wszystkim do nadętej dziś i napuszonej inteligencji, do tego tzw. mainstreamu, do samozwańczej (acz kiepskiej co widać po jakości publicznej dyskusji) elity. Z różnych stron, od ludzi różnej proweniencji i różnie usadowionych na polskim panteonie historii. „Upupieni” – to Wiktor Gombrowicz, „wsobni” i „przaśni” – Stanisław Lem, „spłyciarze” – Witkacy, „pochopni w sądach i skłonni do zwad” – Fryderyk Engels, „nasi okupanci” – Tadeusz Boy-Żeleński (księża rekrutowali się głównie w XIX i na początku XX wieku – o wyższym duchowieństwie nawet nie mówiąc – przede wszystkim z warstwy szlachecko-ziemiańskiej), „gdy sami się rządzą zawsze się wykończą” – Otto von Bismarck, „naród wspaniały tylko ludzie kurwy” – Józef Piłsudski itd.
Clou stosunku demo-liberalnych i inteligenckich elit do owego „ludu” ( i tu od chwili ukazania się drukiem „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego – 1924/25 - nic a nic się nie zmieniło) jest postać starego Maciejunia i stosunków „we dworze” w Nawłoci. Zwyczajnie haniebna, feudalna i folwarczno-sarmacka podłość.
Polską, post-sarmacką i zaściankową rzeczywistość i taką też dysputę publiczną, prowadzoną bez oświeceniowego sceptycyzmu i autokrytycyzmu, toczy choroba o rodowodzie paternalistyczno-mentorskim. Przywoływany już Andrzej Leder twierdzi, iż „Wszystkie spory w Polsce polegają na próbie wykluczenia przeciwnika politycznego, ustanowienia jednolitego dyskursu, które inne dyskursy unieważni”. Czyli wykluczenie. Wszystko albo nic. Nie komplementarność oraz zasada, iż przychodzimy aby zrealizować wspólny projekt i w tej konkretnej materii działamy kolektywnie (nasze poglądy, urazy – realne czy wyimaginowane, fobie, fumy, awersje itd. należy schować wtedy do kieszeni), ale zbiór indywidualistów, egotyków, sybarytów intelektualnych postępujących w myśl zasady „szlachcic na zagrodzie równy wojewodzie”.
Nie, to Mości Panowie Bracia nie jest modernizm, to nie jest Oświecenie, to jest po prosta droga do klęski. Nie tylko lewicy ……. Już raz w historii dzięki polskiej elicie kraj dokonał swoistego seppuku cywilizacyjno-kulturowo-politycznego, znikając z mapy Europy na 123 lata. I czy to nie powinno stanowić groźnego memento dla nas wszystkich ?
Widać, że rację miał Georg F.W.Hegel mówiąc o historii jako nauczycielce życia: „Historia uczy, że ludzkość niczego się nie nauczyła”.
Jak i dlaczego wyparowuje ze mnie Polska (część 2)
2016-09-23 18:25:55
Symbole pożarły rzeczywistość:

Gdy w dn. 22.09.2016 w stolicy pod Sejmem (i wielu innych miastach naszego kraju) przebiegała akcja p/n „CZARNY PROTEST” - a w Sejmie toczyła się tragiczna w intelektualnym, cywilizacyjno-kulturowym, społecznym i normalnie - ludzkim, wymiarze dyskusja nad zaostrzeniem i tak restrykcyjnej ustawy o przerywaniu ciąży, nad „skasowaniem” metody in vitro jako metody uszczęśliwiania rodziców cierpiących z racji niepłodności lub problemów związanych z naturalną prokreacją, nad zakazem badań prenatalnych itd. – przebywałem na kilkudniowym wypoczynku w Beskidzie Śląskim, tuż przy granicy z Republiką Czeską. Bratnim krajem – pod wieloma względami – z Polską. Członkiem Unii Europejskiej.

Życie bezmyślne nie jest warte życia.
SOKRATES

Rzeka Olza dzieli Cieszyn na dwie części, polską i czeską. Wystarczy przejść przez most i jest się „w innym świecie”. Pod wieloma względami ……
Czechy to tak jak Polska kraj słowiański. Aspekt „słowiańskości” lechickiego plemienia ostatnimi czasy nad Odrą, Wisłą i Bugiem gorąco i nader często jest podkreślany. Jako walor, jako przewaga, jako wyraźna cnota. Czechy, to kraj o zbliżonej do naszej historii – jak większość narodów środkowo-europejskich; przez długi czas pozbawiony własnej państwowości, silnie wynaradawiany przez zaborców (praktycznie zgermanizowany w przestrzeni intelektualnej, językowej i kultury wysokiej) tak, iż język czeski przetrwał jedynie na poziomie prostego ludu i trzeba go było „sztucznie tworzyć” od dołu poczynając od wieku XVIII (podobna sytuacja miała miejsce tylko na Litwie). Dopiero w XIX stuleciu kształtuje się współczesny język literacki (spisovná čeština) do czego przyczynił się znany czeski lingwista Josef Jungmann. Do XVI-wiecznego słownictwa czeskiego wprowadza on wiele wyrazów gwarowych oraz z innych języków słowiańskich, pochodzenia polskiego lub rosyjskiego. Historia Czechów jest więc nie mniej dramatyczna niż Polaków.
Po II wojnie światowej Czechosłowacja (antenat współczesnego państwa czeskiego) dostała się podobnie jak całą „Mitteleuropa” zgodnie z ustaleniami jałtańsko-poczdamskimi w orbitę wpływów Moskwy. Warunki cywilizacyjno-kulturowe w ostatnim półwieczu mieli nasi południowi bracia-Słowianie więc pod tym względem analogiczne do lechickiego „narodu wybranego”. Jednocześnie upadł nad Wisłą i nad Wełtawą realny socjalizm i porządek pojałtański. Razem w 2004 roku Czechy i Polska wchodziły triumfalnie do Unii Europejskiej, tworząc w niej (wspólnie z Węgrami i Słowacją) w obrębie unijnej przestrzeni tzw. grupę wyszehradzką (od 1991 roku była to wspólna inicjatywa ww. krajów).
A jednak przekraczając cieszyński most na Olzie czujemy, iż wkraczamy w inny świat, panuje tam inny klimat, chwytamy różną niż po polskiej stronie atmosferę (w wielu zagadnieniach, zwłaszcza w kontekście tego co dzieje się ostatnio w Sejmie i mediach polskich i przeciwko czemu wybuchł wspomniany, masowy tzw. „CZARNY PROTEST”).
Rynek w Cieszynie, obok ratusza, oszklony ni-to sklep, ni-to biuro. Szyld informuje, że to sklep z medykamentami, leczniczymi, na bazie marihuany. Urzęduje w placówce lekarz, można skorzystać z jego porad, wziąć informacje i reklamy sprzedawanych środków. Obok – szkoła (widać że średnia, po wyglądzie i dorodności młodzieży). Nikomu to nie przeszkadza.
W uliczce opodal rynku – ginekolog. Pełen zakres usług, wystawiony cennik (w koronach i euro). W obrębie usług - hotelik, wiadomo po co. Z Polski to 600, może 850 metrów. Taka odległość dzieli świat normalny, europejski, o określonej cywilizacji i mentalności od ciemnogrodu, kołtuństwa i hipokryzji, od kultury opresji i religianckiego narzucania systemu wartości (przy równoczesnym szermowaniem terminami dot. wolności, demokracji, empatii czy miłosierdzia). Co sądzić o takiej elicie politycznej zasiadającej w polski parlamencie – bo co by nie rzec; w jakimś sensie jest to śmietanka nadwiślańskiej polityki – która nie widzi tych sprzeczności między religianckim „chciejstwem”, a rzeczywistością „strefy Schengen” ? Co mniemać o ludziach bądź co bądź – wykształconych, ponoć z tego tytułu - światłych, inteligentnych, którzy nie widzą tej właśnie sprzeczności, tego humbugu prawno-intelektualnego (prawo praktycznie martwe w chwili jego uchwalania jest a priori ośmieszone, groteskowe, niedorzeczne, a prawodawca forsujący takie rozwiązania jest albo ignorantem intelektualnym, albo fanatykiem, fundamentalistą religijnym, u nas – pospolitym kato-talibem).
Wystarczy przejść przez most na Olzie i znaleźć się w Republice Czeskiej. Zdjęliśmy co prawda dawno temu żupany, odpięliśmy karabele, zrzuciliśmy z grzbietów kontusze, ale mentalność polska, umysły pozostały nadal sarmacko-kontrreformacyjno-kolonialne, feudalne, niemal średniowieczne (w przestrzeni stosunku do wiary religijnej i relacji; zbiorowość państwowa – wspólnota religijna). I nikt nie chce ograniczać roli instytucji wiodącej w tej mierze – jakim historycznie jest tu Kościół katolicki – ale modernizm, nowoczesność, oświeceniowość wyraźnie rozgraniczają sfery sacrum i profanum, zwłaszcza w przestrzeni polityki, funkcjonowania państwa, administracyjnych jednostek lokalnych, mediów, życia wszystkich obywateli itd.
Historia, ta nauczycielka życia – choć jak mówi Georg W.F.Hegel „.....Historia uczy, że ludzkość niczego się tak naprawdę nie nauczyła” – pokazuje jak mimo podobieństw dziejów, wspólnoty pochodzenia i tzw. „komunistycznej opresji” 1945-89 na której to barki wszelkie polskie przypadłości i odpowiedzialność za nie, starają się zrzucić nie tylko wspomniani religianci i kato-talibowie, ale też tzw. „liberałowie” i demokraci, różnych opcji - mentalność, myślenie, społeczna wrażliwość i spojrzenie na świat nas różnią. Jednak kultura jest w tej mierze decydującą: u nas – kontusz, folwark, relacja Pan vs Cham czyli: szlachciura, Sarmata z szabelką „u boku” i na koniku, romantyczne rojenia „o wielkości”; tam – pragmatyzm i „mała ojczyzna”, wolność w wymiarze jednostkowym, dacza, „szkodowka” i „pilznerek” (miejscowe wartości, czeskie) itd. Pogardzanego przez polskiego Sarmatę Szwejka nawet nie przywołuję. No i w wyniku pluralizmu religijnego trwającego od wieków modernistyczny, współczesny, zdrowy i naturalny stosunek do religii, wiary i instytucji egzemplifikujących te przestrzenie ludzkiej mentalności.
Zapewne jako dictum tych rozważań usłyszeć można z ust owych kato-talibów, iż Polska, nasz kraj chce nieść płomień ewangelizacyjnych wartości „w Europę i świat”, że my jak zawsze Chrystusem i Mesjaszem Europy i świata, że my tą krucjatą nawrócimy „bezbożną Europę” na …….. na saudyjsko-irańską codzienność. Tak ochoczo - nota bene - atakowaną przez tych samych osobników, którzy mają „czarnosecinne” podniebienia (lub brunatne „kiełbie we łbie”) i gardłuja o "ciapatych", "muslimach", terrorystach muzułmańskich. To element dla kolejnego ośmieszenia naszego kraju gdyż „…….Tępota polskich tzw. elit, co się POPiS-ują po kolei od 25 lat, to typowe zachowanie krzyczącego z bólu niewolnika, który chce budzić litość nowego Pana i marzy o tym, żeby stać się jego Uncle Tomem, czyli ulubionym niewolnikiem mającym służyć w domu swego Pana, by nie tyrać na jego polach. Takie zachowanie to nie wyzwolenie, to dobrowolne lokajstwo hilfspolizei. Czas żeby naród polski się przekonał, że stał się za pośrednictwem swych niewolników u >władzy< pośmiewiskiem świata i żeby się zbuntował przeciwko własnym i cudzym paniczom. Czas żeby się dowiedziano nad Wisłą, że dziś już nikt na świecie nie szanuje polskojęzycznego niby państwa i czas, żeby polski naród zrzucił tę hańbiącą dla niego nomenklaturę nim rządzącą” (prof. Bruno Drweski). W tym przypadku chodzi o niewolnictwo wobec watykańskiego fundamentalizmu i kołtuństwa.


















Chile - Nowy Jork; 9/11
2016-09-12 07:39:21
Dzień 11 września jest datą znaczącą dla historii współczesnego świata. Może nawet bardziej niźli przypominają to skomercjalizowane i bezrefleksyjne media. 11.09.2001 nastąpił bowiem niezwykle spektakularny, oglądany przez cały świat dzięki satelitarnym TV zamach na WTC w Nowym Jorku, kiedy to dwa rejsowe samoloty sterowane przez terrorystów związanych z al-Kaidą staranowały dwie wieże światowego centrum handlu. USA (i świat) pogrążyły się w traumie i przerażeniu. Także tego dnia, ale w 1973 roku, armia chilijska pod wodzą gen. Augusto Pinocheta obaliła legalnie, zgodnie z prawem, demokratycznie wybranego, socjalistycznego prezydenta Chile Salvadore Allende. Nad krajem zapanował noc krwawej dyktatury. Chile pogrążyło się w traumie i przerażeniu.
Nikt tych dwóch wydarzeń nie próbuje połączyć, nawet delikatną paralelą, w jedną, tworzącą pewne tło całość.

Świat stworzony przez neoliberalizm
wykroczył poza koszmar Georga Orwella.

John PILGER

Moim zdaniem te dwa fakty łączy nie tylko data i miejsce; oba zaistniały na kontynencie amerykańskim, w tzw. Nowym Świecie (biorąc pod uwagę świat do- i po- odkryciu Ameryki przez Krzysztofa Kolumba). Te 28 lat jakie je dzieli to czasy triumfu neoliberalizmu – najpierw w gospodarce i polityce, potem we wszystkich dziedzinach życia. Epoki, która zmieniła świat, zmieniła ludzi, zmieniła stosunki interpersonalne na globie. Zmieniła na gorsze, robiąc dobrze elicie (ciągle się zawężającej do coraz mniej licznego, a predestynowanego zajmowaną już pozycją, klubu hiper-bogaczy) - źle masom, które stanowią lwią część populacji światowej.
Zamach Pinocheta i jego akolitów (kształconych w Szkole Ameryk w Forcie Gulick - strefa kanału panamskiego administrowana przez USA do 1999 roku) jak również pomoc „intelektualno-doradcza” ze strony tzw. Chicago boys stanowią początek bez mała trzech dekad absolutnej hegemonii tej szkodliwej, antyspołecznej i zdehumanizowanej wizji polityki, gospodarki i społeczeństwa na całym świecie. Upadek Muru Berlińskiego w 1989 roku dodał tym pomysłom dodatkowych możliwości i pól do ekspansji. Zabrakło (nawet teoretycznie) jakiegokolwiek konkurenta.
Natychmiast po zamachu Pinocheta zaznajomiono z poufnym planem gospodarczym, znanym jako >El Ladrillo< ( hiszp. - cegła). Nazwa nawiązywała do tego, że raport był „ciężki jak cegła”. Plan został przygotowany w maju 1973 r. przez ekonomistów opozycyjnych do rządu Salvadora Allende, przy pomocy Chicago Boys – czyli absolwentów University of Chicago, pozostających pod wpływem teorii Miltona Friedmana. Dokument ten został udostępniony 12 września 1973 (czyli już dzień po zamachu) urzędom generalicji Chilijskich Sił Zbrojnych tworząc szkielet tego co stało się później chilijską neoliberalną polityką gospodarczą.
Zresztą sam Friedman dał serię zachwalających wolny rynek wykładów na Chilijskim Uniwersytecie Katolickim. Doszło też do jego 45-minutowego spotkania z gen. Pinochetem. Chilijski dyktator poprosił wtedy o list, w którym ekonomista wyłożyłby jaka konkretnie powinna być polityka gospodarcza Chile. Friedman uczynił to. Anthony Lewis, dziennikarz The New York Times napisał w 1975 r.: „Polityka gospodarcza chilijskiej junty bazuje na ideach Miltona Friedmana (…) i jego chicagowskiej szkoły”. Potwierdziła te fakty, dokumentując swoje tezy niezwykle plastycznie i rzetelnie, Naomi Klein w Doktrynie szoku. Dała w tej publikacji również zarys funkcjonowania i utrwalania hegemonii amerykańskiej na świecie (eksport tej koncepcji ekonomiczno-politycznej) poprzez realizację określonej polityki Białego Domu będącej sprzężeniem doktrynersko-dogmatycznego neoliberalizmu gospodarczego - w wersji Friedman / von Hayek - i agresywnej polityki imperialnej.
Gdy patrzymy dziś, po 15 latach ze zgrozą i przerażeniem, na płonące i walące się za moment wieże WTC, musimy sobie uzmysłowić, iż ten traumatyczny i tragiczny widok jest z jednej strony – symbolicznym początkiem końca epoki bezwzględnego panowania idei neoliberalnej i atlantycko-łacińskiej hegemonii realizowanej przez akolitów myśli Miltona Friedmana i Friedricha von Hayeka, a z drugiej – egzemplifikacją (również symboliczną) tego co te czasy przyniosły ludzkości i ich zwieńczeniem, efektem, sumą dokonań (tak intelektualnych jak i praktycznych).
Powie ktoś, iż po 15 latach jakie minęły od >9/11 made in New York< neoliberalizm ma się (nadal ?) dobrze i mało co zapowiada jego upadek. Ale dziś wszyscy wiemy, iż kompromitacja tych koncepcji i pomysłów na świat, ich degrengolada i intelektualna bezpłodność (od samego początku) ma miejsce jak na dłoni. Zawalenie się – co by nie mówić o tragizmie i desperacji tego wydarzenia (jakby zamach w Santiago de Chile był mniejszą traumą, pociągającą zdecydowanie większą liczbę ofiar niż zamach na WTC) - nowojorskich wież w tak spektakularnej formie jest jednak dostatecznie wyraźnym symbolem, że coś się skończyło, że coś w naszym świecie nie zagrało, że „możni tego świata” gdzieś popełnili poważny błąd.
Epoki umierają powoli. Elementy nowego ładu są zawsze równoległe z figurami starego, gnijącego i zatruwającego powietrze i umysły, porządku. Dzieje się to często tak wolno, że zwolennicy (i gros obserwatorów z racji jednostkowości życia i takiej też perspektywy myślenia personalnego) nie są w stanie tego zobaczyć ani zdiagnozować: zauroczenie ideą którą się wyznaje, przyrodzony konformizm, intelektualne lenistwo. A Rzym umierał bez mała trzy wieki……… Rysy bardzo poważnego kryzysu – czy wręcz kolapsu - zauważa się już w końcu II wieku n.e. (prof. Lester C. Thurow, MIT). Symbol jest znakiem, że coś się kończy. My natomiast nie wiemy co się zaczyna, albo – nie chcemy przyjąć, że nasza wygodna (często) rzeczywistość jest już martwa, albo nie potrafimy intelektualnie tych procesów opisać (dlatego nie zauważamy ich lub ignorujemy).




Czy znów zapłoną książki ?
2016-09-06 07:52:00
Trwa w naszym kraju wojna o symbole, przedstawienia, książki, analizy i wystawy. O ludzi-bohaterów, wzory osobowe, wybory indywidualne i zbiorowe; słuszne, mniej słuszne i otwarcie potępione. Wszystko w zero-jedynkowym kolorze sepii. Dobrze jestem personalnie przygotowany na ową hucpę świadczącą o daleko zaawansowanej tzw. „pomroczności jasnej” autorów takich działań. Przeszłość, zapatrywania i poglądy pozwoliły mi zgromadzić pokaźny zapas wywrotowych lektur, dzieł „niebłagonadiożnych”, kolekcję filmów i płyt, które przestały być (lub w najbliższej przyszłości mogą być za takie uznane) politycznie i moralnie poprawne. Inkwizytorzy – TU JESTEM ! A więc ad rem.

Duchowa nędza naszych czasów
stała się nie do zniesienia
.
Zygmunt BAUMAN

Dekomunizacja przestrzeni publicznej sięga tradycją początków III RP. Aberracja tej permanentnie powracającej do debaty publicznej operacji wydała już kilka śmiesznych, infantylnych w swym wyrazie – by nie powiedzieć; głupich, idiotycznych oraz wystawiających autorom i promotorom tych działań tzw. „żółte papiery” – chimer. Oto szkołę podstawową na krakowskim Zwierzyńcu przemianowano z Jurija Gagarina na księcia Poniatowskiego, ale zapomniano ukryć stojący na podwórku monument przedstawiający rakietę. Uczniowie więc mogą domniemać, iż w Księstwie Warszawskim realizowany był program zdobycia kosmosu. Czasami dochodzi do profanacji ocierającej się o „obrazę uczuć religijnych” (na które w tym wypadku nikt nie zwraca uwagi). Jak pisze w liście do krakowskiego wydania GazWyb-u Jan Bińczycki (bibliotekarz, performer, eseista i dziennikarz) „…… Mniej zabawne jest to, że do profanacji pamięci o zabitych przez policję uczestnikach strajku szewców z 1936 r. użyto krzyża. Zasłonięto nim poświęcony poległym obelisk, na zwieńczeniu znalazł się napis: >Ofiarom komunistycznej prowokacji<. Bo przecież walki o własne prawa nie można podjąć z powodu innego niż komunistyczne podszepty”. Śmiać się, płakać, czy ostrzyć zęby z wściekłości na ignorancję i tępotę animatorów oraz realizatorów tych żałosnych przedsięwzięć. O Dąbrowszczakach nawet nie warto wspominać, bo temat wszystkim znany.
Nie warto też roztrząsać kim był św. Ekspedyt (to tajemnicza postać z czasów wczesnego chrześcijaństwa), co to za asocjacja kryjąca się pod dumną oraz wzniosłą (a napawającą nie tyle lękiem co szacunkiem) nazwą Legion św. Ekspedyta. Legion wydalił z siebie list do Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego Piotra Glińskiego postulujący przeprowadzenie dekomunizacji i lustracji w bibliotekach, gdyż „…Personel bibliotek, który powinien być oświeconą elitą, a w trudnych chwilach, aktywnym motorem działań uświadamiających społeczeństwo, choćby poprzez wdrażanie właściwej, jak najbardziej uaktualnionej patriotyczno-historyczno-politycznej literatury opartej na obiektywnej prawdzie oraz filozofii opartej o naszą cywilizację łacińską". Zdaniem Autorów listu w bibliotekach pracują osoby „…..zmanipulowane ideologicznie, o bardzo ograniczonym umyśle, bierne”, którym „brakuje wartościowej patriotyczno-historyczno-politycznej, opartej na prawdzie, literatury". Intensyfikacja szkoleń ideologicznych - a przede wszystkim dekomunizacja i lustracja personelu bibliotek - winna poprawić tę niedobrą sytuację.
Nie warto przypominać polecaną w liście jako podstawę wychowania „w duchu patriotyczno-historyczno-politycznym" literaturę – jako obowiązkową i winną eksponowania na półkach bibliotecznych – gdyż są to pozycje autorów delikatnie mówiąc niszowych, w swych produkcjach prezentujących wartości ksenofobiczne, nacjonalistyczne, antysemickie, rusofobiczne i kontrreformacyjno-fundamentalistyczne (w przedmiocie wiary religijnej). Jan Bińczycki informuje o tym - w ironiczny sposób, cytując fragment listu legionistów: „…. Ten ambitny projekt objąć ma nie tylko biblioteki, ale i urzędy” . Powinien być wymóg czytania prasy katolickiej, patriotycznej, historycznie słusznej, przez szczeble dyrektorskie i kierownicze, tak jak kiedyś na półkach dyrektorów stały dzieła Marksa, Engelsa i Lenina. Pojawia się również nuta szyderstwa z rządzących: „…Nie wystarczy pokazywać się w Radiu Maryja i bić pianę, co każda dojarka ze wsi słyszy i często sygnalizuje na antenie".
I tu już śmieszność się kończy, zwłaszcza gdy postulaty usunięcia konkretnych pozycji literatury światowej (i polskiej), naukowej, popularno-naukowej z bibliotek i zbiorów są już materialne, namacalne: to nie tylko Marks, Engels czy Lenin, ich późniejsi hagiografowie i interpretatorzy różnych odcieni marksizmu. Nie – tu chodzi już np. o Hegla, Feuerbacha, całą krytykę religii wywiedzioną z teologii protestanckiej (a także dysydentów katolickich), literaturę piękną i polityczną nie mieszczących się w kanonie katolickiego purytanizmu itp.
Tego typu korespondencja regularnie spływa na konta najróżniejszych organizacji czy urzędów. Wypada się bać, że kiedyś trafi do odbiorców, którzy takim postulatom ochoczo przyklasną. Co widać, słychać i czuć w klimacie polskiego dyskursu publicznego i politycznych decyzji. Jan Bińczycki stwierdza słusznie w swym tekście, że „…..niemal wszystkie przejawy prawicowego szaleństwa, które dziś zatruwają główny nurt życia publicznego, jeszcze parę lat temu były wykwitem niszowej myśli różnych politycznych kanap, pół-kanap, a często jeszcze mniejszych siedzisk”. I tu tkwi niebezpieczeństwo takich inicjatyw środowisk religianckich.
Nikt do tej pory nie wzywał do usuwania czy niszczenia niesłusznych książek. Ale……. Jan Bińczycki podaje stosowny przykład przeczący takiemu stwierdzeniu: „…. Z oferty biblioteki w stołecznym Ursusie zniknęły >Pornografia< Witolda Gombrowicza, książki Paolo Sorrentino, Michaliny Wisłockiej, Zbigniewa Lwa Starowicza. Wśród krakowskich bibliotekarek krążą informacje o celowym niszczeniu książek nielubianych przez katolickich fundamentalistów księży Adama Bonieckiego i Józefa Tischnera”. Atmosfera wyraźnie się zagęstsza. Trzeba więc dmuchać na zimne.
Tradycja niszczenia książek w chrześcijaństwie oraz Kościele katolickim ma długą i „piękną” tradycję sięgającą pontyfikatu Jana XXII (1316-34). To on jako pierwszy papież skonkretyzował prawnie – bulla Super illius specula (1327) – podstawy niszczenia tekstów heretyckich (potwierdzając zasady wyłożone przez znanego inkwizytora i dominikanina francuskiego Bernarda Gui [w]: Księga inkwizycji – kompendium autorskie Guidona dla adeptów sztuki inkwizytorskiej). Obserwowany nawrót Średniowiecza w wielu elementach kultury i narracji, jak również wspomniane tradycje inkwizytorskie w gremiach katolickich religiantów, spokojnie mogących w wielu wypadkach podać rękę (w mentalności i argumentacji) afgańskim talibom, są widomym znakiem ku czemu zmierzamy. Inkwizycja rzymska (a hiszpańska także) były związane ściśle z cenzurą prewencyjną, prohibicją idei oraz prześladowaniami fizycznymi tych których uznano za heretyków, niedostatecznie ortodoksyjnych chrześcijan (o Żydach i wyznawcach innych religii nawet nie mówiąc). Czy więc po prawie 70 latach od ostatniego wydania (Pius XII, 1948, który zawierał 4156 pozycji zabronionych przez Kościół) watykańskiego Indexu Librorum Prohibitorum wznowiona zostanie - tym razem w III RP w formie prawa państwowego, kraju UE - tradycja zakazywania posiadania, czytania, rozpowszechniania książek i idei uznanych za "niebłagonadiożnyje" ? Bo jak napisał we wspomnianym dziele Bernard Gui (1261-1331) „zakazane jest posiadanie, czytanie i rozpowszechnianie” tego co nie jest zgodne z nauką „Kościoła Bożego”. Obowiązkiem każdego prawowiernego katolika jest doniesienie do odpowiedniego urzędu inkwizytorskiego o „fakcie posiadania przez kogokolwiek” – nawet członka własnej rodziny i najbliższych – „takich książek oraz zniszczenia ich w razie możliwości”.
Wszystkie te tezy, odpowiednio rozbudowane i uzasadnione, znalazły się w pierwszym, oficjalnym, potwierdzonym papieską bullą (Paweł IV - 1555-59) wydaną w styczniu 1559 roku, Indeksie Ksiąg Zakazanych. Zresztą Paweł IV – Giovanni Pietro Carafa – był przez pewien czas członkiem Trybunału Rzymskiej Inkwizycji i znanym z purytanizmu oraz bezkompromisowości sędzią w tej instytucji.
Może warto jest przypomnieć jakie nazwiska znalazły się m.in. na stronach Indeksu przez prawie 400 lat jego ogłaszania przez papieży. Są to np. Dante Alighieri, Francis Bacon, Honoriusz Balzac, Simone de Beauvoir, George Berkeley, Biernat z Lublina, Giovanni Boccaccio, Giordano Bruno, Giacomo Casanova, Daniel Defoe, Kartezjusz, Denis Diderot, Aleksander Dumas (ojciec), Aleksander Dumas (syn), Erazm z Roterdamu, Gustaw Flaubert, Anatole France, Andrzej Frycz Modrzewski, Galileusz, Edward Gibbon, André Gide, Thomas Hobbes, Baltazar Hubmaier, Wiktor Hugo, David Hume, Jan Kalwin, Immanuel Kant, Johannes Kepler, Mikołaj Kopernik, John Locke, Alfred Loisy, Marcin Luter, Niccolò Machiavelli, Maurice Maeterlinck, Karol Marks, Adam Mickiewicz, Michel de Montaigne, Monteskiusz, Owidiusz, Blaise Pascal, François Rabelais, Mikołaj Rej, Jean-Jacques Rousseau, markiz de Sade, George Sand, Jean-Paul Sartre, Baruch Spinoza, Stendhal, Emanuel Swedenborg, Jonathan Swift, Andrzej Towiański, Wolter, Émil Zola, Ulrych Zwingli, Benjamin Franklin.
Wszystko ponoć już było, ale my ciągle uważamy, że czas cofnąć się nie może gdyż przekonani jesteśmy o nieodwracalność procesów społecznych oraz tzw. postępu, zdobyczy wolności i demokracji. Że techniczna rewolucja (dokonana w ostatnich latach w sposób lawinowy), rozwój nowoczesnych środków komunikacji interpersonalnej, a także traumatyczne doświadczenia z lat minionych i dawno minionych, pozwolą nam uniknąć tych przykrości i dramatów. W przeciwieństwie do kultur azjatyckich preferujących cykliczność czasu my przedstawiciele kultury łacińsko-atlantyckiej mamy zakodowaną ową nieodwracalność z racji linearnego jego pojmowania. Ale to klasyk europejskiej myśli – Georg W.F. Hegel – miał stwierdzić, iż „Historia uczy, że ludzkość niczego się nie nauczyła”. I miał ze wszech miar rację. Dotyczy to również jak widać – a może: przede wszystkim – Polski ostatnich dekad.
Więc aberracje legionistów od św. Ekspedyta mogą się - jak wiele podobnych ekscesów nad Wisłą, Odrą i Bugiem (a się wydawało u zarania ich wystąpienia iż to niemożliwe z tytułu realizmu i racjonalizmu) – mimo ich dzisiejszej śmieszności oraz groteskowości, zmaterializować. Bo religie, wszystkie – są „jak robaczki. Potrzebują nocy by świecić” (Artur Schopenhauer).



Źródła naszej rusofobii
2016-08-27 22:33:50
PRZEGLĄD z dn. 16-21.08.2016 (nr 33/867/2016) zamieścił niezwykle interesujący i odbiegający swym klimatem od nadwiślańskiej narracji w przedmiocie polityki wschodniej państwa polskiego materiał prof. Andrzeja Romanowskiego pt. „W ślepym zaułku”. Analizując sytuację w jakiej znalazła się dziś Polska wobec wyzwań nadchodzących ze Wschodu Europy – dokładnie to powrót Rosji do roli odpowiadającej jej ambicjom, tradycjom i potencjałowi: ludzkiemu, kapitałowemu, wyrażonemu gospodarczymi możliwościami czy militarnymi zdolnościami tego kraju-kontynentu itd. (co zresztą słusznie wspominał onegdaj mentor Autora i nestor polskiej polityki Stanisław Stomma) – prof. Romanowskiego odsłania wiele przyczyn kiepskiego stanu rzeczy w tej materii. Elity rządzące nad Wisłą, Odrą i Bugiem od przeszło 25 lat, żyjące w irracjonalnym i mesjanistycznym imaginarium, hołdując naiwnym fantazmatom (czyli – romantycznym, idealistycznym i życzeniowym mrzonkom, jakich w polskiej polityce minionych dekad i wieków było cale mnóstwo) doprowadziły stan stosunków polsko-rosyjskich do poziomu który za prof. A.Romanowskim słusznie można nazwać „zimną wojną”. W tekście poruszono prawie wszystkie aspekty takiego stanu rzeczy, w sposób racjonalny, realistyczny i obiektywny co jest dziś niemal nie spotykane w polskiej narracji, zarówno tej mainstreamowej jak i niszowej. Stan umysłów polskiego społeczeństwa wobec (najogólniej mówiąc) Wschodu Europy jest tak zmistyfikowany, obarczony taką dozą irracjonalizmu, wańkowiczowskiego „chciejstwa” i gombrowiczowskiego „upupienia” intelektualnego – przy tym indoktrynowany pogardą i paternalizmem wobec Rosjan i Rosji przez mainstream - że przy obecnie rządzącej ekipie owa „zimna wojna” może przerodzić się łacno w wojnę gorącą. Do czego niektóre posunięcia i enuncjacje polityków PiS-u zdają się prowadzić.

Pozostaje to tajemnicą i tragedią historii
że naród - Polacy, gotów do wielkiego heroicznego wysiłku,
uzdolniony, waleczny, ujmujący, powtarza zastarzałe błędy
w każdym prawie przejawie swoich rządów. Wspaniały w buncie
i nieszczęściu, haniebny i bezwstydny w triumfie.
Najdzielniejszy pośród dzielnych, prowadzony
przez najpodlejszych wśród podłych
.
Winston Spencer CHURCHILL

My Polacy, cały czas stoimy wobec Rosji (a pośrednio i całego Wschodu) na stanowisku jakie zająć miał podczas chrztu Chlodwiga w 498 roku św. Remigiusz zwracając się do króla Franków: „Zegnij kark dumny Sygambrze”. W naszym myśleniu pokutuje zawsze potrzeba przekonania wszystkich wokoło, a pewnie siebie samych przede wszystkim, co do słuszności naszych racji i wyborów. Dlatego mówimy, postulujemy, wymagamy od nich: ukorzcie się przed naszym majestatem, przed naszymi lepszymi a priori wartościami, przed moralną siłą naszych cierpień i porażek (które nader często z racji swej irracjonalności już u zarania jakiegokolwiek działania zapowiadały nasze klęski).
To pokłosie Kontrreformacji, czego najlepszą egzemplifikacją były nieszczęsne „Dymitriady” i rajdy Lisowczyków oraz rzezie przez nich uskuteczniane na innowiercach (czyli nie-katolikach) na terenie całej wschodniej i środkowej Europy. Umierające powoli polskie imperium – I RP – ze swoim zatrutym i śmiertelnym tchnieniem było de facto rzecznikiem interesów papieskiego Rzymu i jego polityki re-katolicyzacji „schizmatyckich Greków” (jak nazywano ówcześnie prawosławnych). Ta misja wobec ludów na Wschodzie Europy, wzmocniona romantyczną megalomanią, duchem idei „Polska Chrystusem narodów” i najbardziej katolickiego kraju Europy (i wszystkim co z tym jest związane) – widać to było doskonale w nauczaniu Jana Pawła II i posłaniu z I Zjazdu „Solidarności” do ludów Europy Wschodniej – cały czas trwa w polskiej świadomości, bez względu na czas oraz polityczne i historyczne uwarunkowania.
Najlepiej ów klimat oddają „Kazania Sejmowe", nadwornego kaznodziei Zygmunta III Wazy, jezuity i inspiratora polityki kontrreformacyjnej w I RP, Piotra Skargi. Zgodnie z takim myśleniem Skarga nierozerwalnie wiąże państwo z religią rzymskokatolicką, opierając ten model na jedności wyznawanej wiary z ideą narodową. Tym samym różnowierstwo (nie wspominając o niewierzących, agnostykach bądź sceptykach) jawi się jako główna przyczyna waśni politycznych, niezgody, chaosu i nieporządków. Czy ów schemat nie można przenieść do Polski początków XXI wieku ? Myślę, że jak najbardziej tak. I to zarówno do realizowanej polityki wewnętrznej jak i zwłaszcza do tzw. polityki wschodniej.
Warto w tym miejscu przypomnieć co w tym kontekście mówił swego czasu prof. Siergiej Karaganow, absolutnie nie pro-kremlowski naukowiec-politolog i znawca stosunków międzynarodowych, założyciel prestiżowego pisma ROSSIJA W GLOBALNOJ POLITYKIE. Zauważył w swym znanym eseju pt. „Postawmy na związek”, że „….Młoda elita Rosji, która odrzuciła komunizm rzuciła się w objęcia Zachodu i Europy i była gotowa na integrację nawet na warunkach ucznia. Ale Zachód odrzucił taką możliwość. Potraktowano Rosję jak pokonanego, choć nie czuliśmy się pokonani”. Duża w tym rola polskich elit, różnych proweniencji.
I to chyba jest kolejny aspekt polskiej potrzeby pokazania ruskim naszych – dziś jako członka ekskluzywnego klubu jakim są Unia Europejska i w mniejszym stopniu NATO co wzmacnia nasze dobre neofickie samopoczucie dodatkowo – wyższości na nimi, naszych przewag moralnych, słuszności wybranych dróg i wartości jakim hołdujemy. Czujemy się – niczym szlacheccy Sarmaci - narodem wybranym. Myślenie kontrreformacyjne łechce naszą próżność ponownie, tyle że czyni to z innej strony, uderzając w inne struny. Ale geneza i efekty sa te same.
Prezydent Putin i jego kremlowskie otoczenie trzeba to realistycznie przyznać nie działa w próżni. Fakt, władza centralna w Rosji (z racji historii, stosunków społecznych, kultury i religii od 1000 lat panującej na tych obszarach), zawsze pełniła i jeszcze długo będzie pełnić zasadniczą rolę w państwie i społeczeństwie rosyjskim. Tak, ale działa tu także zasada sprzężenia zwrotnego: współczesna Rosja to klasycznie kapitalistyczne, neoliberalne i oligarchiczne (oligarchiczność jest poniekąd immanencją neoliberalnych stosunków) państwo. Kapitał rosyjski oddziałuje również na swoje polityczne elity starając zabezpieczyć swe interesy (jak czyni to każdy kapitał w każdym, współczesnym kraju). Elity władzy na Kremlu więc muszą uwzględniać też i jego interesy. Na to w Polsce nie zwraca się w ogóle uwagi.
Stąd całość polityki wschodniej naszego kraju można scharakteryzować za prof. Bronisławem Łagowskim w następujący sposób: „Polska polityka, a raczej propagando-dyplomacja wobec Ukrainy opiera się na oczywistości, którą sformułował już 170 lat temu Maurycy Mochnacki : złamać imperium rosyjskie można tylko poprzez odcięcie Moskwy od Ukrainy (i przyłączenie jej do Polski – wówczas to było pragnienie poniekąd naturalne). Nie mogę się zdecydować: czy banały stanowią solidne oparcie dla polityki czy przeciwnie – niebezpieczne koleiny myślowe ograniczają swobodę rozumowania. Tak czy owak, wielka miłość sfer rządzących do Ukrainy jest funkcją nienawiści do Rosji. Dlatego sprawy ukraińskie są traktowane tak ogólnikowo, powierzchownie i z takim uproszczeniem jakby chodziło o abstrakcję, nie realny kraj. Zarówno w tej miłości, jak i nienawiści jest coś nieautentycznego, są one zakorzenione w intensywnych emocjonalnie stereotypach, a nie w empirycznym rozeznaniu rzeczywistości ”.
Uważam, że to jest przykładem myślenia – i działania – na ideowej bazie Kontrreformacji, najszerzej pojętej. Bo to ona, wraz ze współczesną gloryfikacją sarmatyzmu oraz traktowaniem I RP jak absolutnej ofiary rozerwanej przez złych zaborców i innowierców (Rosja – prawosławna, Prusy – protestanckie) jest podstawowym źródłem i praprzyczyną takich skojarzeń: zarówno w świadomości elit jak i ludu.
Ale jak zaznaczył w jednym ze swych listów do patriarchy Cyryla z Aleksandrii św. Izydor z Peluzjum (ok. 360 – 440) „….Stronniczość nie ma bystrego wzroku, niechęć zaś wcale nie widzi”. Religijnie uzasadniana wyższość, pyszność z racji domniemanej przynależności „od zawsze” do kultury łacińsko-atlantyckiej, Jan Paweł II (rodak z Wadowic) na tronie św. Piotra – takie oblicza mają właśnie korzenie wspomnianej tu, nadwiślańskiej rusofobii. Jednak geneza tych wydumanych i śmiesznych przewag sięga Kontrreformacji. Wszytsko co później się wydarezyło w naszych wzajemnych stosunkach jest jej echem: w większym lub mniejszym stopniu dziś słyszalnym.
I to jest najlepsza puenta do opisu polskich fobii, uprzedzeń i stosunku do Rosji i Rosjan.

Mątwy: lipiec 1666 (czyli jak Polak z Polakiem)
2016-08-15 07:27:16
13.07.2016 minęła 350 rocznica bitwy pod Mątwami. Ta dzisiejsza dzielnica Inowrocławia była przed pięć i pół wiekiem widownią rzeźni, jatki, masakry jaką zafundowały sobie elity I RP w walce o władzę, o zachowanie (lub zmianę) przywilejów, o „Boga, Honor i Ojczyznę” (a w zasadzie o udowodnienie kto jest bardziej prawowitym i ortodoksyjnym wyznawcą tych zasad), o prawowierność wiary katolickiej. O tym starciu, o przemilczanej skrzętnie przez elity III RP formie rozmowy „Polaka z Polakiem” (trzeba dodać, że wówczas za Polaka uznany był tylko i wyłącznie „Imć Pan Brat”, szlachcic herbowy – reszta stanów czy klas była tłem dla tych faktycznych posiadaczy I RP) rzucającej cień na gloryfikowane stosunki społeczne w Polsce przedrozbiorowej, a stanowiącej esencję rokoszowego i sejmikowego „bigosowania”, nie wspomina się w nauczaniu historii Polski. Nawet Henryk Sienkiewicz, ten „pokrzepiacz serc” polskich w latach niedoli, w swej nierzeczywistej epopei narodowej jaką jest Trylogia, skrzętnie omija lata poprzedzające Mątwy AD’1666 (oraz będące okresem zaraz po bitwie). Między końcem „Potopu”, a początkiem narracji w „Panu Wołodyjowskim” jest kilkuletnia luka. Świetnie pisze o tym Ludwik Stomma w „Polskich złudzeniach narodowych”. Bo to wstydliwy epizod, zaprzeczający także niemal powszechnemu przekonaniu o genezie i istocie zaborów, w wyniku których Polskę wymazano na przeszło 120 lat z mapy Europy. „…..I RP załamała się o wiele wcześniej niż ościenne imperia nabrały mocy i siły. Przecież 100 lat przed ostateczną zagładą to państwo nie istniało już jako państwowość. Było rodzajem fikcji” (Bartłomiej Sienkiewicz, prawnuk pisarza).

Polacy, czyli Scytowie, są narodem wybranym,
pierwszym wśród wszystkich narodów świata,
do którego ongiś należało panowanie
nad światem i do którego niezadługo
ono powróci, a język słowiański
pierwotnym językiem świata będzie.

o. Wojciech DĘBOŁĘCKI (OFMConv.), kapelan lisowczyków

Pod Mątwami, czas tzw. rokoszu Lubomirskiego, starło się ok. 20 000 tys. stronników króla Jana Kazimierza i ok. 15 000 rokoszan, sympatyków i adherentów „złotej wolności szlacheckiej”, komilitonów hetmana polnego koronnego Jerzego Sebastiana Lubomirskiego. Bitwa jak bitwa, tysiące takich były w Europie przed- i po tym wydarzeniu. Ot, pierwsza z brzegu wojna domowa wśród feudalnych władców danego kraju. Jej efekty i wydźwięk miały jednak charakter całkowitej zagłady INNEGO, przeciwnego politycznie „Pana Brata” szlachcica (bo o to głównie chodziło w owym konflikcie, coś na kształt Nocy św. Bartłomieja we Francji). Zagłady zrealizowanej w sposób totalny, który go ostatecznie miał pohańbić i nie tylko zabić fizycznie, ale przede wszystkim – upokorzyć i zdehumanizować. Odczłowieczyć i ostatecznie wdeptać w ziemię jako „tego psa” (to porównanie nie jest bezpodstawne, gdyż owa „rzeź niewiniątek” odbywała się na błotach i rozlewiskach leniwie płynącej tu Noteci). Po zakończeniu zasadniczej batalii rokoszanie w bestialski i wyrafinowany sposób znęcali się, dobijając i mordując poddających się im, prawie 4 000 zwolenników króla Jana Kazimierza i dragonów królewskich. Stanowili oni kwiat armii polskiej, gdyż byli to żołnierze Stefana Czarnieckiego, zahartowani w walkach w Polsce, Danii i na Ukrainie. Ich wódz i stronnik króla, hetman polny koronny Stefan Czarniecki nie brał udziału w bitwie, gdyż zmarł kilkanaście miesięcy wcześniej.
Bestialstwo rokoszan i ich bezwzględność po bitwie są skrzętnie omijane w historii i historiozofii polskiej. Przeczą one bowiem mitowi, tak popularnemu i niemal powszechnie hołdowanemu, że Polacy jako naród, jako społeczeństwo i ludzie je stanowiący to jednostki spolegliwe, łagodne, przyjazne innemu – zwłaszcza drugiemu Polakowi, współplemieńcowi tego samego „słowiańskiego” i katolickiego „od zawsze”, bogobojnego i miłosiernego po chrześcijańsku, narodu. Tu czerpią swe natchnienia nie mające się ni jak do rzeczywistości, mityczne i irracjonalne, życzeniowe i baśniowe, wygładzające rzeczywistość „ku pokrzepieniu” swojego narodowego, zbiorowego, narcystycznego ego takie szlagworty jak „jedność polityczno-moralna narodu polskiego” czy sposób prowadzenia sporów wewnątrz nadwiślańskiego społeczeństwa „jak Polak z Polakiem” (czyli przy stole, łagodnie, spolegliwie i z atencją dla interlokutora). Nagminnie o tym mówiono w latach 1980-81 podczas „karnawału pierwszej Solidarności” szerząc ów mit, ową legendę i nie prawdę. Bo zawsze „…..….Wszystkie spory w Polsce polegają na próbie wykluczenia przeciwnika, ustanowienia jednolitego dyskursu, który inne dyskursy unieważni” (Andrzej Leder).
* * *
Polskie podręczniki historii (i nie tylko bo dotyczy to także narracji realizowanej przez mainstream i media) przekazują od lat wersję dziejów naszego kraju w formie martyrologicznej, mesjanistycznej, kontrreformacyjno-paternalistycznej, antyrosyjskiej i hieratyczno-polonocentrycznej. Nie ma w niej miejsca na jakiekolwiek elementy uniwersalistyczne, kulturowo-cywilizacyjne rozpatrujące historię z uwzględnieniem aspektów innych niźli narodowo-katolickich (i to w wersji właśnie Kontrreformacji realizowanej na ziemiach należących do I RP od momentu wyboru arcykatolickiego króla Zygmunta III Wazy). W związku z tym nadwiślańska wizja patriotyzmu to przede wszystkim martyrologia, anty-komunizm (a nawet – anty-lewicowość w każdym calu), swoista ksenofobia i narodowy egotyzm. To w tych płaszczyznach tkwi solidarnościowe zwycięstwo stymulujące żywiołowe (od 25 lat) zawłaszczanie wszystkich sfer życia społecznego przez bigoteryjną, dewocyjną, zaściankową, XIX-wieczną formę konserwatyzmu. Taki post-sarmatyzm. To w nim przejawiają się właśnie brak sceptycyzmu, autokrytycyzmu i racjonalizmu – trendów myślowych stanowiących esencję Oświecenia i zachodniej kultury (czyli modernizmu). Tylko krew jest lepiszczem tego narodu, bo nad Wisłą, Odrą i Bugiem może wyłącznie ona być mitem założycielskim wszystkiego co kojarzyć się winno z polskością. I ona nie chce sceptycyzmu, samodzielnego, niezależnego myślenia i racjonalizmu. Chce ślepego, stadnego i bezrozumnego patriotyzmu z wieków minionych. Czyli – mentalnego skansenu i uwiądu realizmu. Patriotyzmu w stylu „imć panów braci” herbowych z czasów ciemnoty saskiej, okresu szalejącej Kontrreformacji, bezwzględnych przewag Kościoła rzymskiego w Polsce.
Tylko dlaczego milczeć o Mątwach ? Dlaczego nie traktować ich jak wydarzenia bardzo ważnego w historii naszego narodu, de facto poczynającego ostateczny upadek I RP ? Może mit nie lubi prawdy ? A może kłóci się owa bitwa i jej epilog z wizją spolegliwego, dobrotliwego, katolickiego i bogobojnego narodu szlacheckiego, którego współcześni Polacy są spadkobiercami ? Tak, księża dobrodzieje byli obecni w obozach po obu stronach Noteci i wszyscy – obojętnie od miejsca i zapatrywań – błogosławili idące do starcia pułki. I nie zapobiegło to wspomnianej rzezi jeńców. Poza tym Mątwy to swoiste memento biorąc pod uwagę atmosferę panującą dziś w naszym kraju.
* * *
Współczesna Polska ma coś w sobie z klimatu I RP XVII wieku (czyli lat szalejącej już Kontrreformacji, powszechnego rozkładu wewnątrz rządzącego stanu szlacheckiego, szczutego skutecznie przez oligarchię magnacką, wyrywającą sobie to „czerwone sukno” jakim jest Rzeczypospolita – wedle słów księcia Bogusława Radziwiłła z "Potopu"). Upadek rozpoczął się właśnie od takich coraz drastyczniejszych, ostrzejszych i powtarzających się regularnie starć jak Mątwy (a za blisko 50 lat były Olkienniki na Litwie: o pomniejszych waśniach, które szły w setki – nawet się nie wspomina). Kłótnie i podziały idące w społeczeństwie, a które widać współcześnie jak na dłoni są głównie generowane przez konflikt – na pewno nie doktrynalno-światopoglądowy gdyż jego źródeł i początków trzeba szukać raczej w podziałach klanowo-personalno-familijnych (jak w I RP) - w „rodzinie” post-solidarnościowej elity rządzącej krajem od 25 lat (aktualnie prawica post-solidarnościowa sprawuje rządy od ponad 10 lat). Tworzenie przez PiS oddziałów tzw. Obrony Terytorialnej wybitnie będzie sprzyjać „bigosowaniu” (na kształt tego co stało się po bitwie pod Mątwami) tego INNEGO przez słuszne, patriotyczne i wierne „Bogu, Honorowi i Ojczyźnie” oddziały (vel – bojówki). Winy co do przyczyn rozkładają się mniej więcej po równo w tym wewnątrz polskim, narastającym niebezpiecznie (ze względu na gęstniejącą atmosferę) konflikcie: bo aby dzisiejsza sytuacja i waśnie mogły zaistnieć wpierw trzeba było stworzyć taką sytuację, taki klimat i takie społeczne przyzwolenie że rządy PiS-u stały się możliwe. I jak wskazują sondaże cieszą się nie zmiennym popraciem. To efekt, skutek, egzemplifikacja wielu aspektów rządów wszystkich poprzednich ekip z SLD (dwukrotnie) włącznie.
Bo to „byt kształtuje świadomość” (Karol Marks).

Rozterki przeciętnego KOD-owca (jak "barany" na rzeź)
2016-08-03 07:20:00
W Studio Opinii Magdalena Ostrowski napisała tekst pt. „Barany na rzeź” (z dn. 21.07.2016), który odsłania w jakimś sensie frustracje i stan mentalny przeciętnego zwolennika KOD-u. Jego zasadniczym przesłaniem jest zdziwienie, wręcz – przerażenie, iż polskie społeczeństwo tak łatwo daje sobie narzucić autorytarne, anty-postępowe i niecywilizowane (wedle mainstreamu) działania aktualnej władzy i tworzącej się wokół niej elity. Moja odpowiedź w szerszej formie – jako replika - umieszczona została na ww. Portalu. Ten tekst jest jej skrótem, uzupełnionym o osobiste refleksje, przeznaczonym „na Blog”.

Zdjęliśmy co prawda żupany, odpięliśmy
karabele, zrzuciliśmy kontusze, ale
mentalność, umysły i kultura pozostały sarmacko-

kontrreformacyjno-feudalne.
Radosław S. CZARNECKI

Autorka pisze: „Zdumiewa mnie i przeraża fakt, że od z górą 8 miesięcy dajemy się prowadzić jak barany na rzeź (…). Nie zostało nam już nic i nikt, w czym, w kim moglibyśmy lokować swoje nadzieje. Jest mi tym bardziej gorzko, że jestem koderką od pierw¬szych chwil. Uwierzy¬łam w ten ruch i ulokowałam w nim absurdalną nadzieję, że porwie ludzi i dokonamy niemożliwego. Dziś widzę i wiem, że KOD niczego w otaczającej nas coraz bardziej rzeczywistości nie zmieni. KOD dziś, to projekt edukacyjny na lata. Potrzebny, ba - konieczny do zmiany mentalności społecznej, lecz nie jest to projekt prowadzący do zmiany obecnej władzy. Paradoksalnie, co nie jest moim odkryciem, wielką szkodę czynią nam media społecznościowe, gdyż tam wylewamy naszą wściekłość, naszą żółć i gniew. tam, w niekończących się wpisach, komentarzach, memach, kanalizujemy swoją niezgodę. I na tym się kończy. Klikamy i lajkujem i uważamy, że jesteśmy aktywni. Mówię to też do siebie”.
Nic dwa razy się nie zdarza i „nie można wejść dwa razy do tej samej rzeki bo już inne napłynęły w nią wody” (Heraklit z Efezu). Naiwna, irracjonalna i de facto ahistoryczna wiara w możliwość powtórzenia Sierpnia AD’80, świadczą najlepiej o kondycji mentalnej oraz braku politycznej wyobraźni organizatorów, propagatorów i animatorów tego Ruchu. Zwolennikom KOD-u wydaje się nadal, że wystarczy ex cathedra zadekretować za pośrednictwem sprzyjających takiej narracji i myśleniu mediów „co jest dobre a co złe”, „jak należy postępować” i co przedsiębrać wobec niegodziwości obecnej, „nie naszej” lecz demokratycznie wybranej, władzy ażeby „lud” posłuchał tych elit. Elit, które wyborczymi aktami AD’2015 pozbawił władzy, a także jednoznacznie (negatywnie) ocenił ich dotychczasową politykę. A ów „lud”, suweren i decydent w systemie demokratycznego państwa prawa, ma do takich „niebłagonadiożnych” (zdaniem elit i tzw. mainstreamu) decyzji absolutne przyzwolenie i prawo. Chyba, że demokracja, wolność i państwo prawa są tylko naszej narracji immanencją. Jak w przypadku „króla słońce” !
Przypomniane wcześniej ahistoryczne mniemania i nadzieje zwolenników Komitetu pragnących powtórzyć spontaniczność oraz masowość społecznych protestów sprzed ponad 35 laty oddają w zasadzie genezę słabości tego ruchu jak i źródła frustracji go drążących. Także jego polityczną impotencję. Bo przecież za Arystotelesem wiemy, iż „Nie poznamy prawdy, nie zgłębiając przyczyn”. Te elity, tzw. mainstream, nawet nie próbują pójść śladem cytowanego Stagiryty.
Po pierwsze – należy zwrócić uwagę na znaczenie heglowskiego „Zeitgeistu” jaki zapanował w dzisiejszej przestrzeni politycznej, kulturowej, społecznej itd. nie tylko w Polsce, ale w Europie i na świecie. Kaczyński & comp. to nie przypadek (tak jak Orban). Nie warto przypominać Jörga Haidera, Pii Kjǽsgaard, Geerda Wildersa, Bepe Grillo, Filipa DeWintera, Timo Soiniego, Chrystopha Blochera, Nigela Farage’a, Marine Le Pen czy exemplum tych tendencji – Donalda Trumpa. Wszystkich ich łączy – mimo diametralnych różnic kulturowych, cywilizacyjnych (często historycznie warunkowanych) czy osobowościowo-psychologicznych, a wynikających z personalnych doświadczeń – jedno: niechęć do INNEGO, powrót do ram państwa narodowego i narodowej (często zahaczającej o szowinizm i ksenofobię) tożsamości, populizm o rysach prawicowo-neoliberalnych (rynek i relacje inter-personalne oparte o zasady laissez-faire) oraz poprzez odrzucenie dotychczasowych – skompromitowanych i skorumpowanych (wg nich) - elit demo-liberalnych oraz niechęć do rozwiązań klasycznej demokracji liberalnej. „Duch czasów” jest właśnie taki i bez działań ponad państwowych, ponad narodowych i globalno-solidarnościowych niewiele tu da się zrobić lokalnie. Polska nie jest „pępkiem świata” oderwanym od tendencji trawiących współczesny świat.
Po drugie - to jest echo „reform rynkowych” (wedle zasad leseferyzmu) zainicjowanych ponad 35 lat temu przez admirowanych przez polskich liberałów i demokratów o proweniencji styropianowo-etosowej oraz tzw. „liberałów postpezetpeerowskich” - Margaret Thatcher i Ronalda Reagana. Urynkowienie kolejnych dziedzin życia – gospodarka była tylko wstępnym etapem, prologiem (w języku kolarskim), który spowodował efekt domina w kulturze, mentalności, sporcie, sztuce etc. (rentowność, konkurencja, zyskowność w efekcie – stale postępująca komercjalizacja) – wraz z rosnącym dramatycznie zróżnicowaniem dochodów, pogłębiającą się stratyfikacją społeczną i wykluczeniem (nie tylko materialnym lecz przede wszystkim – mentalnym i psychologicznym) coraz szerszych grup społecznych musiało zaowocować przy mizerii tradycyjnej lewicy wzrostem prawicowego populizmu, nawet neonazizmu i neofaszyzmu. Nie bez znaczenia jest tu także wyalienowanie elit demo-liberalnych z oczekiwań i wrażliwości społeczeństw świata Zachodu. Szeroki zasięg wpływów – mający tendencję wzrostową – idei autorytarnych, anty-postępowych i niecywilizowanych (w dotychczasowym tego słowa znaczeniu, na co zwraca w ostatnim wywiadzie prof. Marcin Król * m.in. dając pośrednio odpowiedź admiratom KOD-u dlaczego „idą jak barany na rzeź”, bo tak dzieje się nie tylko w Polsce) to także wynik zmiany struktury społecznej społeczeństw zachodnich w wyniku tzw. złotego wieku: 1945 - lata siedemdziesiąte XX wieku (wg Erica Hobsbawma).
Także permanentne kryzysy ekonomiczne, niczym nie kontrolowana globalizacja (ze swoimi skutkami takimi jak masowe wykluczenie, odrzucenie, strukturalne bezrobocie itp. plagi mogące dotknąć pojedynczego człowieka strącając go w otchłań beznadziei, upokorzenia i deklasacji) oraz pozbawienie „ludu” przez elity (za pomocą medialnych manipulacji czy zwykłych propagandowych kłamstw) poczucia bezpieczeństwa, przewidywalności oraz personalnej godności z racji braku stabilnej i zapewniającej godne życie pracy zawodowej, a zafundowania mu w zamian chaosu, niepewności w wymiarze egzystencjalnym, deprecjacji jego doświadczenia były paliwem dla odwrotu (czy nawet załamania się) liberalnej demokracji w mentalności tegoż „ludu”. Gremialnego odwrotu, gdyż skojarzona i utożsamiona ona została z pospolitymi oszustwami dotychczasowych elit, coraz bardziej alienujących się od swoich wyborców. Nie możność utrzymania na dotychczasowym poziomie społecznego statusu tzw. średniej klasy (będącej opoką tego co zwano do tej pory liberalną demokracją i państwem prawa opartego o prawa człowieka rozumiane integralnie czyli tak jak zapisano w Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ-tu z 1948 roku **) jest jawnie sprzeczne i stanowi kolejne (o ile nie zasadnicze) niedotrzymanie solennych zapewnień elit z jakim one ogłaszały upadek światowego systemu komunistycznego (którego symbol stanowił Związek Radziecki). Odtąd miało być tylko lepiej, lepiej i lepiej …….
Po trzecie – zagadnienie pod nazwą: edukacja. Wspomniana komercjalizacja wszystkich dziedzin życia dotknęła także edukacji. Owocuje ten fakt coraz większym brakiem samodzielnego i krytycznego myślenia (wpływ na to także „kultura obrazkowa” z jaką mamy dziś nagminnie do czynienia, kastrująca świadomość z tych aspektów abstrakcyjnego myślenia jakie dawało tradycyjne czytelnictwo) co z kolei daje coraz szersze możliwości dla manipulacji, newsowych uproszczeń w odbiorze otaczającego nas świata, podatności na demagogię, populizm czy spiskowe teorie dziejów. I oszustwom medialnym na szeroką skalę. To tu trzeba szukać popularności w masowym zainteresowaniu tarotami, horoskopami, chiromancją, wróżbami, przepowiedniami, czyli postępującej mistyfikacji i irracjonalizacji spojrzenia na świat. Komercjalizacja edukacji to zdaniem prof. Magdaleny Środy handicap dla powiększenie obszarów poszerzenia sfer „oddziaływania żywotnej ze swej natury ciemnoty”, która „uskrzydlona przekonaniem o swej demokratycznej legitymacji do wygłaszania bzdur” bez trudu przenika coraz to nowe przestrzenie życia.
To na takiej podstawie znakomity nestor publicystyki i dziennikarstwa światowego, Australijczyk John Pilger mógł w 2014 roku napisać: „…Świat który stworzyliśmy wykracza poza koszmar George’a Orwella. Bo aby zostać zdeprawowanym przez totalitaryzm nie musisz żyć w totalitarnym kraju”. Tak właśnie (w wyniku wspomnianych procesów) demokracja stała się instrumentem retorycznym, pokój - wieczną wojną, pojęcie: globalny = imperialny, a reformy - synonimem regresu i destrukcji. To powoduje odpolitycznienie, alienację coraz szerszych rzesz obywateli z problemów polityki, a język narracji publicznej pogrąża się w absurdach doskonale zobrazowanych w orwellowskim Roku 1984.
Magdalena Ostrowska w finale swego emocjonalnego tekstu pisze: „….Apeluję gorąco do ludzi mądrych, odpowiedzialnych — o odwagę zwołania się w coś na kształt Rady Ocalenia Narodowego, obmyślenia programu dla współczesnej Polski, w sferze gospodarki, lecz także w sferze społecznej: świeckości państwa, świeckości szkoły, nowoczesnego programu i systemu edukacji, nowoczesnego i zdrowo-rozsądkowego modelu wspierania demografii, zabezpieczenia społecznego, ochrony zdrowia. Program musi uwzględniać ludzi, nie tylko wskaźniki ekonomiczne”. Jej zdaniem z tego może i powinna wyłonić się partia, która przedstawi Polakom program przemian, który umieści Polskę z powrotem na mapie współczesnej Europy i świata, przywróci jej miejsce przy stole rokowań Unii Europejskiej debatującej o przyszłości Europy, umocni pozycję polityczną Polski. I spróbuje przekonać Polaków do zmiany władzy.
Czyli znowu myślenie magiczne, irracjonalne, ahistoryczne. My – zasłużeni, anielscy, dobrzy, prawdziwi „Ojcowie Narodu”: Oni – zdeprawowani, źli, odrażający w każdym calu, godni jedynie pogardy i obsobaczania. I to jest błąd totalny gdyż sam taki paternalistyczny sposób patrzenia na świat i ludzi jest sui generis obmierzły etycznie („paternalizm to najgorsza z niewoli jaką człowiek może uczynić człowiekowi” – I.Kant), odpychający, przywołujący demony zawoalowanej autokracji.
Przypomnieć warto tylko wykładnię znakomitej książki Jana Józefa Lipskiego pt. Dwie ojczyzny - dwa patriotyzmy. Ona z grubsza wyjaśnia także dzisiejsze, głębokie podziały naszego społeczeństwa. Jest kilka wersji i pomysłów na Polskę. A te pomysły i wizje Polski są (były zawsze) równoprawne jeśli zachowujemy z jednej strony podstawowe kanony demokratycznego państwa prawa (co wiąże się z szacunkiem dla inaczej myślącego człowieka), a z drugiej – pozbędziemy się poczucia misji, nawracania, bezkrytycyzmu wobec swoich przekonań. Dialog to nie są pohukiwania, stawianie kogokolwiek „do kąta”, zmuszanie do „klęczenia na grochu” i – jak wspomniano – paternalizm. Dogmatyzm i paternalizm charakteryzują bowiem przestrzeń przynależną religijnym wierzeniom, nie polityce wg zasad liberalnej demokracji, wolnościom, pluralizmowi i swobodom obywatelskim.
Drogi KOD-zie: nie trzeba dzielić schematycznie ludzi wedle zasady MY vs ONI, nie należy prześcigać się z PiS-em w czymkolwiek np. kto jest większym anty-komunistą, kto bardziej nienawidzi Putina i Rosji, kto bardziej zdeprecjonuje PRL i ludzi realizujących się w tamtych czasach, kto „dopieprzy” bardziej „lewakom”. Czy Wasz Ruch, który wyraźnie więdnie (bo władza postępuje w myśl hasła „psy szczekają karawana idzie dalej”) zaproponował szerszym niż Wasi zwolennicy jakąś inną wizję naszego kraju ? Sam fakt, że na czele Waszych pochodów i protestów idą tak niepopularni, wręcz skompromitowani – w społecznym odbiorze – politycy jak Grzegorz Schetyna z całym gremium Platformy Obywatelskiej , Władysław Kosiniak-Kamysz z grupą działaczy PSL-u, część establishmentu Sojuszu Lewicy Demokratycznej (który jest synonimem zdrady tego co pojmuje się za „lewicowość”) itd. nie wystawia pozytywnej rekomendacji takim protestom. Szerokim gremiom społeczeństwa – ono to nie tylko Wasi zwolennicy czy admiratorzy PiS-u (siły naprawdę destrukcyjnej, groźnej i anty-demokratycznej w swej istocie) – może się wydawać, iż chodzi o powrót do tego co było, a co zostało odrzucone aktami wyborczymi w roku 2015. Dopóki tego nie pojmiecie, nie przedstawiając równocześnie pozytywów zmian za jakimi optujecie (z uznaniem słuszności co do meritum niektórych zmian zaproponowanych przez PiS w kwestiach socjalnych – można dyskutować co do form ich realizacji jednak wiele kwestii wymagało właśnie takiego podejścia do tych zagadnień) nie ma szans aby Wasz Ruch zaistniał pozytywnie w sferze społecznej świadomości jako poważna polityczna alternatywa dla prawicowo-konserwatywno-religianckiej asocjacji jaką jest PiS (to nie tylko ta partia, to wg mnie określona mentalność stanowiąca de facto kamień młyński u szyi” dla unowocześniania i zmieniania Polski).
W przeciwnym razie nadal mówić można o POPiS-ie (w wymiarze mentalnym i symbolicznym), betonującym od ponad dekady poważną, merytoryczną, modernistyczną debatę i działania w naszym kraju.
Moja replika wzbudziła gorące protesty i emocjonalną dysputę. Widać, że zwolennicy „platrofmersko-nowoczesnych.pl” rozwiązań, o określonej mentalności i świadomości, lekcji pod nazwą „demokracja” absolutnie nie przerobili. Refleksji auto-krytycznej – również brak. Czyli (o ile nie popełni politycznego seppuku) PiS (i jego kolejne hybrydy) może rządzić i ze trzy-cztery kadencje. Bo lewica śpi …….

*- Prof. Marcin Król, http://www.polskatimes.pl/strona-glowna/a/prof-marcin-krol-europa-jest-dzika-nadchodzi-wybuch-wielkiego-balaganu,10435850/
**- Dot. to całej Deklaracji łącznie z prawami socjalnymi, z których wskutek wspomnianej komercjalizacji i deregulacji państwo wycofało się z wielu obszarów życia społecznego stawiając tym samym na dziką konkurencję i wilcze prawa rynku. Kapitał (i jego komponenty) uzyskał tym samym prymat przed osobą ludzką, godnością, sprawiedliwością itd.

Aberracje Mariusza B
2016-07-19 20:01:52
Prawicowi religianci uważają, że odwrót od tzw. wartości chrześcijańskich oraz zmiany jakie zaszły w kulturze Europy od Oświecenia i Wielkiej Rewolucji Francuskiej (która była emanacją tej epoki zakładającej wychodzenia człowieka „z wieku niemowlęcego i wchodzenia w wiek dorosłości” – czyli decydowania o sobie w sposób samodzielny, bez odwoływania się do poza-materialnych i poza-doczesnych autorytetów czy sił) jest przyczyną obecnego kryzysu, tworzy aktualnie pojawiające się w kulturze Zachodu zagrożenia, generując terroryzm, zamachy, masowe mordy (ludobójstwo) itd. Czyli plagi nękające dziś Unię Europejską, jej sąsiedztwo oraz USA. Idea „złotego wieku” w każdej mitologii czy systemie wierzeń jest sentymentalnym odwołaniem się do tego co minęło, tęsknotą za czasami minionymi (zwłaszcza gdy się rządziło, decydowało i czerpało się z tego określone profity). Z różnych powodów kultywowaną i bałwochwalczo czczoną. A w tym konkretnym przypadku działa jeszcze mechanizm doskonale opisany przez Ericha Fromma w „Ucieczce od wolności”.

Gdybyśmy mogli otworzyć księgę prawdziwych dziejów,wówczas być może, przeszłość przemówiłaby do nas jak natura: jakże
często w dziejach, podobnie jak
w przyrodzie, dostrzeglibyśmy w procesie rozkładu, nad którym tak ubolewamy,
zarodki czegoś nowego.

Leopold von RANKE

Popis ignorancji w wyjątkowym - nawet jak na polskie standardy- stylu, a to staje się od kilku lat immanencją wszelkich władz różnych szczebli w naszym kraju, dał w tej mierze zatrudniony w Ministerstwie Spraw Wewnętrznych i Administracji na stanowisku szefa resortu, Mariusz Błaszczak. Komentując genezę ostatniego, niezwykle tragicznego w swych skutkach, zamachu w Nicei, autorytatywnie (na dodatek w niezwykle aroganckiej formie) stwierdził, że leży ona w kwiatkach, kredkach, LGBT, kolorowej tęczy, zamykaniu kościołów i ogólnie rzecz biorąc w „de-sekularyzacji życia” w krajach Zachodu. Jego anty-modernistyczne, anty-oświeceniowe i anty-ewolucyjnie mniemanie o „upadku obyczajów” oraz o „oderwaniu od chrześcijańskich korzeni” jako głównej przyczynie zamachów terrorystycznych jest śmieszne, sprzeczne z realiami, prawdą historyczną oraz świadczy o ogromnej ignorancji i zacietrzewieniu tego polityka.
Idąc tym tropem myślenia owi religianci, prawicowi szowiniści i nacjonaliści, pospolici dewoci (w polskich warunkach można ich śmiało nazywać kato-talibami) dochodzimy do wniosków, iż to Średniowiecze ze wszechwładnym panowaniem Kościoła kat. i tych wartości jest (było) clou tego czego doświadczyła Europa. O idei tzw. Nowego Średniowiecza pisałem wielokrotnie. Czyżby do stosów i prześladowań każdego INNEGO nie mieszczącego się w kanonach dekretowanych przez Watykan (oczywiście w optyce nadwiślańskich bigotów) miałyby nastąpić ponowny – czy tylko symboliczny - powrót ?
Nie jest przesadą mówić o „talibanizacji” Polski i fundamentalizmie religijnym coraz szerzej kwitnącym i zawłaszczającym kolejne sfery życia. Krytykom i oburzonym warto jedynie przypomnieć, iż to polityczny, mentalny i kulturowo-religijny komiliton Mariusza Błaszczaka, były euro-poseł Wiesław Tomczyk zniszczył onegdaj kompozycję wystawiona w Zachęcie (p/n La Nona Ora) „ponoć obrażającą jego uczucia religijne” (chodzi o kompozycję przedstawiającą Jana Pawła II w stroju pontyfikalnym leżącym na boku i przygniecionym olbrzymim meteorytem). Analogie ze zniszczeniem starożytnych posagów Buddy w Bamian (Afganistan) przez talibów nasuwają się same: ich skrajnie islamistyczne „uczucia religijne” również zostały tam obrażone, gdyż ich wyznawana wiara religia nie pozwala na istnienie posągów kłócących się z głoszonym zakazem sztuki figuralnej, a także z kategorycznym zakazem innych religii i oddawaniu czci ich symbolom. Współczesna Polska w tej mierze przybiera szaty w wielu wymiarach właśnie myślenia i patrzenia na świat oczami ekstremistów religijnych.
W kolejnej wypowiedzi Mariusza B. (poszedł chłopina zwyczajnie „po bandzie”) powiało grozą krucjat i masowych – często przymusowych, realizowanych w swych dziejach za pomocą tzw. „środków bogatych” (jak m.in. klasyfikował metody represyjne działania Kościoła średniowieczny Inkwizytor francuski, szanowany teolog i prawnik, sprawny i bezwzględny prześladowca katarów tudzież innych heretyków, bł. Bernard Gui) przez chrześcijaństwo i Rzym – nawróceń czy „przywodzenia całych narodów do wiary Chrystusowej”. Gdy prominentny polityk z rządzącej krajem – członkiem UE - Partii wypowiada się autorytatywnie, iż „chrześcijaństwo jest magnesem, który przyciągnie muzułmanów” nie wiadomo czy za chwilę nie mamy np. podążyć drogą wypraw krzyżowych do Palestyny. A może śladem – pewnie Mariusz B nie miałby nic przeciwko temu, gdyż przetrzepano wówczas skórę „schizmatyckim Grekom” których dziś w jakimś sensie kontynuacją jest „zły Ruski” – niesławnej IV wyprawy z 1204 roku łupiącej i niszczącej Konstantynopol, drugi Rzym, chrześcijańskie bądź co bądź miasto ? A może powinniśmy - wg jego zamysłów - kontynuować (zakończoną przecież dn. 2.01.1492) iberyjską rekonkwistę ?
Inną wersją egzegezy „złotych myśli” polskiego ober-policmajstra w tym względzie mogą być pochody śladami Pizzara bądź Corteza w Nowym Świecie nawracające …….. no właśnie – znów pytanie: kogo ? W Ameryce za pomocą wspomnianych „środków bogatych” nawrócono wszystkich autochtonów: wszystkich, którym dane było przeżyć „dobrostan” pierwszego kontaktu z cywilizacją „białego człowieka” uzbrojoną w krzyż, Biblię i 10 przykazań. Reszta dla tych dewotów jest milczeniem.
Z litości nad p. Mariuszem B. (któremu za karę pozwolono pełnić funkcję ober-policmajstra w dwudziestojednowiecznym państwie, a nie skierowano go „na odcinek” kaznodziejstwa religijnego made in Średniowiecze bądź nie przydzielono mu funkcji bakałarza w trybunale inkwizycyjnym podczas np. krucjaty przeciwko albigensom na pd. Francji) – nota bene z wykształcenia historyka – nie będę już przypominał konfuzji związanych z pojmowaną i propagowaną przez jego ciasną dewocję, iście w średniowiecznym stylu, tzw. wartości chrześcijańskich (ujmowanych ultra-konserwatywnie i będących jawnym zaprzeczeniem tego co powiedziano w Kościele podczas Vaticanum II oraz co głosi dziś papież Franciszek I):
- o Andersie Breiviku (propagatorze za pomocą bardzo „bogatych środków” wartości chrześcijańskich, utożsamianych ma się rozumieć absolutnie z białą, maskulinistyczną, jednolitą kulturowo, moralnie i politycznie prawicowo-konserwatywnie Europą)
- o cysterskim opacie z Citeaux, Arnoldzie-Amalryku, który na zapytanie krzyżowców pod murami Beziers (1209) jak odróżnić katolików od heretyków miał odrzec „….Zabijcie wszystkich, Bóg rozpozna swoich
- o oddanym i „umiłowanym synu” Jana Pawła II, wybitnym przewodniku młodzieży i oddanym Kościołowi ks. Marcialu Macielu Degollado (Legion Chrystusa), którego spektakularny upadek i sromota są w kręgach polskich bigotów skrzętnie przemilczane
- o kard. Alfredo Ottavianim, „szefie” Św. Officjum (czyli kontynuacji Świętej Inkwizycji Rzymskiej), który jeszcze w czasie Vaticanum II uważał, że „herezja nie ma żadnych praw”.
Może już ciszej nad tą trumną …………Trumną ignorancji polskiej tzw. „elity politycznej”. Ale to immanencja nie tylko ekipy realizującej tzw. „dobrą zmianę”. Takie głupoty, pospolita ignorancja i zwyczajna obraza przeciętnego IQ królują tu od dawna. Ot, choćby stwierdzenie o „Ukraińcach … którzy wyzwolili Auschwitz” lub pospolita mądrość, że „za 6 000 PLN nie da się żyć”. Wymiar wszystkich tego typu „intelektualnych produkcji” polskiej tzw. klasy politycznej (bez względu na proweniencję i przynależność partyjną) – tu zaprezentowanych na tle tragedii w Nicei – jest taki sam: ignorancja, bezczelność, pycha, arogancja, kompletna alienacja z codzienności.
Smutnym jest tylko to, iż polski mainstream medialny prezentując tego typu aberracje nie poddaje ich dogłębnej egzegezie i zwyczajnej deprecjacji. To jest bowiem normalny – intelektualnie – „obciach”.
Mrzonki Mariana B. (i jemu podobnych) są zarówno groźne jak i śmieszne, groteskowe. Dobrze by było jednak, aby groteska nie zamieniła się – co jest w świetle tego co obserwujemy w Turcji (i to nie tylko w ostatnich dniach, tygodniach i miesiącach, ale biorąc pod uwagę przedział dziesięciolecia w którym Recep Tayyip Erdogan i jego AKP rządzą nad Bosforem) bardzo realnym – w tragedię i traumatyczny dramat. Więc nawet na tak irracjonalne iluzje, o jakich tu napisano, należy zwracać uwagę. Z przezorności i obserwacji światowych i europejskich trendów.
O jądrze ciemności raz jeszcze
2016-07-14 07:06:44
Coraz częściej dyskusja o kolonializmie i roli cywilizacji „białych ludzi” w eksploatacji, w niszczeniu kultur nie-europejskich idącymi w parze z ludobójstwem graniczących z totalną zagładą INNEGO, idzie moim zdaniem w kierunku formy zrozumienia i wytłumaczenia kolonializmu oraz podbojów dokonywanych przez Europejczyków (w imię swych utylitarnych i ekonomicznych – a także jak było w przypadku Hiszpanów: religijno-misyjnych - interesów). Warto więc po raz kolejny przypomnieć prawdziwe – nie mityczne, czynione na zamówienie – oblicze tej epoki. Zwłaszcza w Polsce, gdzie uwielbienie dla „white Power” przybiera karykaturalne – bo wspomagane przez państwo i mainstream – działania. „Vide” casus Janusza Walusia.
To refleksja nad istotą kolonizacji widziana z jednej strony oczami kolonizowanych, a z drugiej – zaduma będąca pewną formą ekspiacji nad krzywdami zadanymi INNEMU w imię racji ekonomicznych, religijnych, kulturowo-cywilizacyjnych, biologiczno-rasowych itd. Bóg „białych Europejczyków” nader często przyświecał kolonizacji, niewolnictwu, imperializmowi europejskiemu, dlatego iż w jednym szeregu z europejskimi żołnierzami i kolonistami szli księża katoliccy, pastorzy protestanccy czy prawosławni popi. Podboje w Azji, Afryce, Ameryce czy Australii dokonywane przez „białego człowieka” – w imię imperium brytyjskiego, Francji, Niemiec, Holandii, Hiszpanii, Portugalii czy Rosji (w Azji i na Kaukazie), a wcześniej – I RP na terenach współczesnej Europy Wschodniej, miały zawsze ten sam charakter i wymiar. Nie był to chlubny i wzniosły epizod w dziejach Starego Kontynentu, w dziejach tzw. cywilizacji „białego człowieka”, który nader często rzutuje po dziś dzień na stosunki polityczne, kulturowo-cywilizacyjne, społeczne z jakimi się spotykamy we współczesnej rzeczywistości.

Afryka musi się wyzwolić gospodarczo.
Patrice LUMUMBA (pierwszy premier niepodległego Konga)

Książka Adam Hochschilda pt. DUCH KRÓLA LEOPOLDA to opowieść o chciwości, horrorze i bohaterstwie w kolonialnej Afryce. To chłodny zapis tego co Joseph Conrad w sposób literacki opisuje w JĄDRZE CIEMNOŚCI. Jak stwierdza Autor, amerykański pisarz i wykładowca uniwersytecki, skala ludobójstwa w Kongu zarządzanym – a w zasadzie będącym własnością na przełomie XIX i XX wieku króla Belgów Leopolda II – dorównuje rozmiarami Holocaustowi czy wytępieniu Indian w Ameryce. Trudno – ze względu na czas jaki minął od tamtych lat i braki w dokumentacji – ocenić liczbę ofiar terroru zaprowadzonego na terenie dzisiejszego Konga przez zarządzających w imieniu Leopolda tymi obszarami Europejczyków (i Amerykanów), a wynajętych i skuszonych stabilnymi oraz wysokimi dochodami do wyciśnięcia z miejscowej ludności maksymalnego zysku. Głównie chodziło o pozyskiwanie kauczuku, który to surowiec z racji rozwijającego się w Starym Świecie i Ameryce przemysłu (przede wszystkim motoryzacyjnego) był na przysłowiowym topie. Przynosiło to Leopoldowi krociowe zyski, pomnażając jego prywatną fortunę. Przy okazji jego przedstawiciele – a można w tym wypadku mówić o siepaczach i oprawcach w świetle znanych faktów (analogie z funkcjonariuszami hitlerowskich obozów koncentracyjnych z okresu II wojny światowej nasuwają się same)– sami korzystali z bogactw tej krainy wykorzystując niewolniczą siłę roboczą jej autochtonicznych mieszkańców. Po prostu – byli zwyczajnie, wg reguł laissez faire - przedsiębiorczy. Brali sprawę w swoje ręce, chwytając swoją szansę …….
Jak na ironię ów teren, ów obszar (przez przychylne Leopoldowi media pobierające jawnie łapówki za tworzenie pozytywnego klimatu i atmosfery wokoło królewskich dokonań w Afryce) nazywany był Wolnym Państwem Kongo.
Królowi nie chodziło w żadnym wypadku o Belgię. Gardził krajem którego był monarchą i ludźmi którym królował. Leopold gorączkowo poszukiwał kolonii bojąc się, iż inne mocarstwa kolonialne wyprzedzą go w tym wyścigu. Było to modne w tamtych czasach drapieżnego, leseferystycznego kapitalizmu, zgodne z duchem europejskiej epoki kolonizowania świata (II połowa XIX wieku), a także wynikało z potrzeby pomnażania kapitału (duch przedsiębiorczości). Zysk, prestiż, korzystny image wśród koronowanych głów Europy – to podstawowe cechy osobowości Leopolda, kapitalnie odnotowane przez Autora książki i oddające atmosferę oraz trendy tamtej epoki.
Rządy Leopolda w Kongo szacunkowo kosztowały ten rejon Czarnego Lądu (wykrojony z Afryki środkowej zresztą zupełnie abstrakcyjnie, bez oglądania się na powiązania i kulturę autochtonów, geografię i historię) od 2 do 8 mln ofiar. Podstawą wyznaczania granic własności Leopolda II stał się system transportu (czyli możliwość drapieżnej eksploatacji Kotliny Kongo i porastającej ją dżungli) oparty o dorzecze rzeki Kongo. Książka w sposób metodyczny, chłodny, analityczny prezentuje istotę, narodziny oraz trwanie terroru, sadyzmu jaki panował na zarządzanym terytorium. Pokazując m.in. uwarunkowania historyczne, gospodarcze i cywilizacyjno-kulturowe (czyli ideologiczne, pseudo-naukowe i światopoglądowe prowadzące do pozbawiania godności oraz człowieczeństwa przedstawicieli innych ras niźli ludzie biali) Hochschild prezentuje jak niczym nieograniczona żądza zysku często owocuje bestialstwem, sadyzmem, terrorem. Przykłady tych zachowań to np. obcinanie dłoni dzieciom niewolników pozyskujących kauczuk (była to kara za niewykonanie narzuconej normy), kolekcjonowanie obciętych autochtonom głów (niektórzy europejscy nadzorcy, co jest faktem wielokrotnie udokumentowanym, zatykali te głowy na palisadach swoich posiadłości celem odstraszania potencjalnych buntowników), wędzenie obciętych rąk (to z kolei miało być potwierdzeniem odpowiedniej ilości krajowców zabitych przez siły porządkowe Wolnego Państwa Kongo podczas prewencyjnych akcji militarnych). Ten materiał pokazuje nie tylko istotę i immanencję epoki kolonialnej, ale jest też obrazem do czego niczym niepohamowana pogoń za zyskiem przy braku ograniczeń moralnych i jurydycznych może prowadzić (to sfera kultury i klimatu intelektualnego każdej epoki). Porównania z dzisiejszymi, neoliberalnymi czasami, dają zadziwiająco podobne odpowiedzi. Jedyna klisza odniesienia, dogmatyczny wzorzec, brak – intelektualnie uzasadnianej – alternatywy rodzą zawsze karłowatość sceptycyzmu i promują de facto autorytaryzm.
Niezwykle charakterystycznym narzędziem, używanym przez nadzorców i funkcjonariuszy Wolnego Państwa Kongo – zwłaszcza przy pozyskiwaniu kauczuku – charakterystycznym dla całego przedsięwzięcia realizowanego w dolinie rzeki Kongo przez króla Belgów, było tzw. chicotte. Chicotte to pejcz ze skóry hipopotama, którego uderzenie przecinało skórę niewolnika zatrudnionego przy zbieraniu kauczuku (bo głównie w tym celu używano tego rodzaju pejczy w Kongu Leopolda) aż do kości. Rany zadane tego rodzaju batem, a skazaniec – z byle jakiego powodu – otrzymywał niekiedy 50 – 100 uderzeń chicotte, goiły się niezwykle długo, powodując częste gangreny czy powolną śmierć. Przy tego rodzaju karach niezwykle częste były wypadki zasmagania tym biczem człowieka na śmierć. Inną formą zmuszania do nieludzkiej, iście niewolniczej, morderczej, ponad siły pracy, było branie w zakład rodziny robotnika mającego pozyskiwać kauczuk w dżungli. Był to swoisty rodzaj niewolnictwa – nie wykonanie normy, przyczyniało się do dalszego więzienia żony, dzieci bądź starych rodziców. Bardziej okrutni nadzorcy i urzędnicy, celem wymuszenia wydajnej pracy i dostarczania coraz to większej ilości "czarnego złota" stosowali represję w postaci wspomnianego już ucinania dłoni poszczególnym członkom rodziny takiego robotnika (była to kara za zbyt opieszałą pracę, małą wydajność czy bunty). Wzrastający lawinowo popyt na kauczuk – rozwój przemysłu motoryzacyjnego i gumowego był tu podstawową sprężyną tego zapotrzebowania – powodował rosnące zyski (prywatne) Leopolda. Także jego emisariusze, urzędnicy, reprezentanci dworu belgijskiego w Afryce Środkowej chcący pomnożyć szybko swe bogactwo dopuszczali się w obliczu wspomnianego popytu nieludzkich okrucieństw, szalbierstw i terroru na autochtonicznej ludności. Kongo spływało po prostu krwią. To jeden z najhaniebniejszych epizodów epoki kolonialnej jaką zafundowała cywilizacja „białego człowieka” Afryce. Wspominanie o jakimkolwiek „kaganku cywilizacji” (jak to się próbuje czynić) jest nie tyle niemoralne co cyniczne i trąci pospolitym nihilizmem. Po prostu – ciszej nad tą trumną Oświecenia i człowieczeństwa !
Hochschild pokazuje też osoby, które sprzeciwiały się stosunkom panującym w Kongu, pokazując i nagłaśniając w prasie niegodziwości i amoralność systemu. Walka o dekolonizację w zasadzie zaczęła się od tych właśnie ludzi, przerażonych stanem przemocy, bestialstwa i terroru na terenie Wolnego Państwa Kongo. Idea dekolonizacji, opuszczenia przez "białego człowieka" Afryki (pozostającego tam jako kolonizatora) stała się zaczynem ruchu wolnościowego dla ludów tzw. III Świata. Wielu bojowników i animatorów sprzeciwu przeciwko niesprawiedliwościom w Kongo inicjowało akcje w Ameryce, zapoznając kongresmenów i prezydentów USA z sytuacją w tej prywatnej kolonii króla Belgów. Nacisk amerykańskiej opinii publicznej spowodował reakcje rządu Stanów Zjednoczonych i wywarcie presji na dwór belgijski oraz tamtejszy rząd.
Przerażający (w swym analityczno-reporterskim wymiarze) jest to tekst. Mimo, iż od opisywanych wydarzeń w Kongu minął ponad wiek nadal refleksje budzące się podczas czytania tej książki zmuszają do zastanowienia się nad naturą człowieka i zadaniem pytań o istotę kultury "białych ludzi", o istotę kolonializmu i jego wymiar cywilizacyjno-kulturowy. O esencję ustroju opartego o wszechogarniający zysk, o ciągłe pomnażanie kapitału, o bezwzględne dążenie do realizacji tych celów. To sui generis esencja kapitalizmu.
Warto jest przeczytać ten materiał nawet celem skonfrontowania opisu Hochschilda z dzisiejszą sytuacją na świecie. I pewnymi pomysłami prezentowanymi w tej materii w naszym, szczycącym się chrześcijańsko-europejską- czyli i wysoką - kulturą, kraju. Kraju elit wywodzących swe źródła z idei Solidarności; praktyka ostatnich 2 dekad pokazuje, że większy rozdźwięk w przestrzeni intelektualnej trudno tu sobie wyobrazić.


Adam Hochschild, DUCH KRÓLA LEOPOLDA, Wyd. Sfery, Warszawa 212, ss. 462



Jak i dlaczego wyparowuje ze mnie Polska (część I)
2016-07-02 08:13:54
Diagnoza:

Od prawie trzech dekad mamy w Polsce demokrację, wolność, cywilizowane (czyli - podobno - zachodnio-europejskie) zasady i wartości, które panują wszechobecnie i totalnie na europejskiej tzw. „zielonej wyspie”. Propaganda KOD-u i sprzężonego z nim medialnego mainstreamu stara się ze wszystkich sił udowodnić, że to tylko PiS i jego troglodyckie, niedemokratyczne rządy są miarą wszechrzeczy zła jakie trawi Polskę. Ale gdy widzę Grzegorza Schetynę na czele słusznych, uzasadnionych, zdrowych (bo po obywatelsku generowanych) protestów i marszów przeciwko dzisiejszym rządom to wzbierają we mnie wymioty. To tak jakby wilkowi dać pilnować owce uzasadniając to jego dobrymi chęciami i „baranicą” ze zjedzonej przez niego owcy którą się aktualnie nakrył. To tak jakby szatę Dejaniry po raz wtóry ofiarować Heraklesowi, jak gdyby nic nigdy się nie stało itd.
Grzegorz S. i jego totumfaccy – mentalni, intelektualni, doktrynalni, kulturowi etc. - wszelacy, biorąc pod uwagę jakość rządów w ostatnim, 20-leciu, ich arogancję, miałkość refleksji czy zwyczajne „buractwo”, nie powinni być zaskoczeni zagłosowaniem przez gros polskiego społeczeństwa na troglodytów z PiS-u. Jeśli mają choć minimum poczucia przyzwoitości bądź krytycznej autorefleksji. Zaskoczeniem i obrzydzeniem może być jedynie to, że chcą się wpisać w czołówkę i stanąć na czele marszów KOD-u. Bo to istny kabaret, kpina nie tylko ze zdrowego rozsądku tego irracjonalnego koniec końcem społeczeństwa, ale przede wszystkim potworna obelga i kompletny brak jakiejkolwiek autorefleksji. Dlatego KOD z „gębą” Grzegorza S. (tej z bilbordów) jest koncepcją a priori przegraną, skompromitowaną, po gombrowiczowsku „upupioną”. I dlatego mimo szczerych chęci nie mogę być z takim KOD-em: gdyż taka „kompanija” jest po prostu przedłużeniem i chęcią powrotu do tego co już było i doprowadziło do tego co aktualnie mamy. A przecież „nie poznamy prawdy, nie zgłębiając przyczyn” (Arystoteles).

Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy
nad światem. Prośbę moją uzasadniam
tym, że jestem lepszy, mądrzejszy i bardziej
osobisty od wszystkich ludzi.

Sławomir MROŻEK („Wesele w Atomicach”)

Gdy patrzyłem 10.04.2016 roku (ale pewnie dziać się tak będzie przez wszystkie dziesiąte dni miesiąca do końca „polskiego świata i jeden dzień dłużej”) na to co się wokoło mnie wyprawiało, jaki przekaz płynął z ekranu TV i jaka narracja królowała w przestrzeni publicznej w rocznicę abdykacji – po raz kolejny - „państwa z dykty” (Barbara Nowacka celnie tym określeniem puentuje ostatnie „dokonania” władz różnych proweniencji na drodze transformacyjnej III RP), tego co zwiemy współczesną Polską i rozumiemy pod terminem państwa i społeczeństw obywatelskiego, to tzw. „polskość” ze mnie w szybkim tempie po prostu wyparowuje. Ten proces, który trwał systematycznie przez ostatnie lata i dekady, dziś wyraźnie przyśpieszył. I nie tylko, że wg rządzących od ponad dwóch dekad jestem – jako „komuch”, „metrykalny śmieć” (to terminologia prof. Wiesława Władyki określająca „za wcześniej urodzonych i umoczonych w PRL”), „stojący niegdyś tam gdzie stało ZOMO” – obywatelem drugiej kategorii. Ale tamto państwo – Polska Ludowa - było moje i to był mój kraj (ze wszystkimi „za” i „przeciw”) gdyż innego być nie mogło, a dla mnie drogimi są wartości pozytywistyczne: gdyż to one koniec końcem są humanistyczne, racjonalne i realistyczne – nie romantyczne, sarmackie, irracjonalne i emocjonalnie niezrównoważone zadęcia, fumy i dąsy. Czy mam z tej racji klęczeć na grochu w kącie do końca życia bo jakimś gówniarzom (albo nawiedzonym fantastom), „za późno urodzonym”, coś się wydaje ?
A taki przekaz serwuje KOD, kontynuując skutecznie POPiS-owską narrację i wizję najnowszych dziejów Polski. Czyli w taki ujęciu starcie PO (wraz z przyległościami) z PiS-em + jego totumfaccy różnej konserwatywnej oraz prawicowej maści , jest kłótnią w tej samej, prawicowej rodzinie.
Ten spór można opisać szlagwortem: komuchy won, a potem się zobaczy. Komuchy i lewaki won – jak wzywa na jednym z Portali, który mienić się ma ostoją racjonalności, swobód obywatelskich, demokracji i liberalizmu – młody-gniewny (i za późno urodzony, przeto cierpiący na brak utoczenia swej krwi w walce z lewactwem niczym jakiś „żołnierz przeklęty”) młody doktorek historii z Poznania. Za „komuchów” uważa wszelkie „lewactwo” i to co nie podpada pod jego dogmaty na temat liberalizmu, wąsko pojmowanej wolności czy ciasnego (z racji wyznawanego dogmatyzmu) pojmowania swobód obywatelskich etc.
To takie – w mini skali – polskie quasi-humanistyczne „profesorstwo”, akademickość i postępowość, modernizm i nowoczesność, Oświecenie i „oświecenievel Legutko, Pawłowicz, Chazan czy Żaryn itd.
Nauczyciel akademicki (sic ?!), nadwiślański „lyberał” co to za komuchów i lewaków uważa w swej umysłowej ciasnocie wynikającej wprost z polskiego zaścianka mentalnego i takiegoż „zapyzienia” uznane tuzy klasycznego i jednocześnie – współczesnego, liberalizmu jak Andrzej Walicki czy John N. Gray – oto polska realność pogłębiająca się (nie tylko od ub. roku) wraz z „dobrą zmianą”. Taka oto „dobra zmiana” trwa już ze dwie dobre dekady: w wymiarze świadomości, w rozumieniu świata nas otaczającego, w myśleniu o przyszłości, a nie tylko o trumnach, pogrzebach, cmentarzach i o rozpamiętywaniu tragicznych oraz traumatycznych porażek tego spaczonego mentalnie narodu. Narodu – jeśli patrzymy na jego dzieje wedle tego co ludowi narzuca określoną narracją i edukacją tzw. elita (vel mainstream) - nieudaczników, wiecznie przegranych i wiecznie babrzących się w zwycięskich moralnie lecz przynoszących realnie klęski przedsięwzięciach. Obojętnie jakiej proweniencji. A jak mówi Dobry Wojak Szwejk „….moralnym zwycięzcą jest ten komu przeciwnik przetrąci nogę”.
Megalomania i napuszenie chodzą zawsze „pod rękę” z kompleksami, depresjami, fumami, „dupo-ściskiem” intelektualnym (wynikającym bardzo często z tzw. patriotyczno-religijnych uwarunkowań i wychowania, z nieumiejętności personalnego przezwyciężenie tego chomąta mentalno-intelektualnego) co jest dziś w Polsce wyraźnie widoczne.
To jest ta polska, quasi-wolna (polskie rozumienie wolności nie jest uniwersalnym terminem określającym ten – klasycznie oświeceniowy i rewolucyjnie-francuski - paradygmat), a w zasadzie – folwarczna i jednocześnie niewolnicza, (jak mówią Andrzej Leder czy Jan Sowa). Charakteryzuje ją (w wymiarach ogólnych) „…..Skłonność do tandety” która tu nad Wisła, Odrą i Bugiem chyba „ jest człowiekowi przyrodzona” i zmusza go aby pod¬dał się „jej świadomie, skoczył z nogami i głową w cieplusi, swoj¬ski ocean tandety bo to może nawet sprawiać prawdziwą rozkosz”. (Sławomir Mrożek).
To pierwszy element powodujący iż taka Polska i taka "polskość" ze mnie wyparowują. Ulatniają się. Takiego liberalizmu made in Poland ja nie potrzebuję, nie chcę z nim mieć nic a nic do czynienia. Gardzę nim, bo to nie klasyczny liberalizm kojarzony absolutnie z lewicowością !!!! Mi osobiście obcy, wręcz wrogi bo mnie stygmatyzujący, bo mnie ustawiający w „kącie” na grochu i „na klęczkach”, bo mnie – lewaka czy komunistę – z racji owej tandety konserwatywno-tradycjonalistycznej (neoliberalizm nie jest liberalizmem – Andrzej Walicki – a to co dziś rozumie się w naszym kraju pod terminem: „liberalny” ni jak nie pasuje do klasycznych, cywilizowanych norm) wyklucza, stygmatyzuje, potępia i karze wiecznie posypywać głowę popiołem. Za poglądy, za mentalność, za przekonania.
Taka potrzeba dogmatycznego, homogenicznego oglądu otaczającego nas świata, połączona z nienawiścią do INNEGO to absolutny relikt nadmiernej (i bezrefleksyjnej na dodatek) roli religii katolickiej i Kościoła w Polsce. Religii w formie ludycznej, manifestacyjnej, powierzchownej, nastawionej wyłącznie na zbiorowe przeżywanej, religijnej (lub – quasi-religijnej) ekstazy.
To też jest jeden z elementów powszechnej infantylizacji świadomości Polek i Polaków, uwidaczniającej się od lat w poziomie debaty publicznej, w narracji i dogmatyzacji wszystkiego co nas otacza. Dotyczy to przede wszystkim rzeczywistość współczesnego, ponowoczesnego i rozproszonego świata, którą to moi Rodacy w większości chcą opisać za pomocą XIX-wiecznych paradygmatów, fantazmatów i trupów zalegających nagminnie ich szafy oraz zakamarki nadwiślańskiej mentalności.
O analfabetyzmie i zdziecinnieniu współczesnej tzw. „polskości” adekwatnie wyraził się prof. Bruno Drweski, francuski historyk i politolog, wykładowca renomowanych uczelni w Europie i za Oceanem: „….Komuś na Zachodzie (bo wśród narodów Rosji i byłego ZSRR ten cel został już dawno został osiągnięty) zależy na tym, żeby Polska uchodziła za bęcwała świata, za kapo Jankesów. I taki cel został dziś w pełni osiągnięty za pośrednictwem burzycieli pomników, tanich najemników ludobójstwa w Iraku oraz pomocników polakożerczych puczystów UPA. Tępota polskich tzw. elit, co się POPiS-ują po kolei od 25 lat, to typowe zachowanie krzyczącego z bólu niewolnika, który chce budzić litość nowego Pana i marzy o tym, żeby stać się jego Uncle Tomem, czyli ulubionym niewolnikiem mającym służyć w domu swego Pana, by nie tyrać na jego polach. Takie zachowanie to nie wyzwolenie, to dobrowolne lokajstwo hilfspolizei. Czas żeby naród polski się przekonał, że stał się za pośrednictwem swych niewolników u "władzy" pośmiewiskiem świata i żeby się zbuntował przeciwko własnym i cudzym paniczom. Czas żeby się dowiedziano nad Wisłą, że dziś już nikt na świecie nie szanuje polskojęzycznego niby państwa, i czas, żeby polski naród zrzucił tę hańbiącą dla niego nomenklaturę rządzącą. Jako członkowi rodziny powstańczego Prezydenta Poznania w 1919 r. i powstańca warszawskiego jest mi po prostu wstyd, że Polską rządzą ludzie malutkiego formatu na poziomie księdza Tiso”.
Jak mówi zacytowany francuski naukowiec i intelektualista ocena ta dotyczy wszystkich elit (en bloc) rządzących naszym krajem od ponad ćwierć wieku. I to jest pierwszy element powodujący, że Polska i tzw. „polskość” ze mnie wyparowują.



Romantyczno-sarmackie fantazmaty
2016-06-18 14:25:30
Dopóki nie odrzucimy przekonania,
że jesteśmy wyłącznymi posiadaczami
prawdy, dopóty pozostawać będziemy
na rewindykacyjnych pozycjach wobec
otaczającego nas świata.

prof. Ludwik STOMMA („Polskie złudzenia narodowe”)

Wrocławskie Muzeum Pana Tadeusza (Rynek 6) otworzyło w dniu 3.05.2016 (czyli w Dzień Flagi i w 225 rocznicę uchwalenia Konstytucji 3 Maja) swoje podwoje dla mieszkańców Wrocławia i licznych turystów odwiedzających miasto nad Odrą. Jest ono elementem funkcjonującym w ramach Zakładu Narodowego im. Ossolińskich, który kontynuuje tradycje tej placówki sprzed II wojny światowej ze Lwowa. W muzeum wystawiony jest w formie stałej ekspozycji pierworys nadwiślańskiej epopei narodowej, autorstwa Adama Mickiewicza , pt. „Pan Tadeusz” (I wydanie 1834). Z okazji święta majowego muzeum zaprezentowało zwiedzającym oryginał Konstytucji 3 Maja.
Refleksje jakie nachodzą przechadzającego się po nowo-otwartym we Wrocławiu muzeum, sprowadzić możemy do dwóch sfer. Jedna to podziw dla technicznej strony organizacyjnej placówki, wyposażenia w najnowsze zdobycze elektroniki i jakość oraz formy prezentacji. Multimedialna strona – adresowana do różnych przedziałów wieku i personalnego zaawansowania w posługiwaniu się najnowszymi zdobyczami techniki komputerowo-wirtualnej - jest na najwyższym poziomie europejskim. Także zapewnienie obsługi – merytorycznej i od strony organizacyjno-formalnej – jest bez zarzutu.
Jednak sam klimat tworzony wokół wystawy i ekspozycji wymaga zadumy i krytycznej refleksji. Zwłaszcza wobec atmosfery panującej w pomieszczeniach, przebijającej z komentarzy i wyjaśnień jakie daje się słyszeć z ust pracowników Ossolineum objaśniających znaczenie poszczególnych eksponatów i wprowadzających widzów w czasy I RP. Bo „Pan Tadeusz” jest de facto apologią sarmatyzmu, szlacheckości i stosunków społecznych panujących w Polsce przedrozbiorowej. To także hagiograficzne odwołanie się do Konstytucji 3 Maja traktowanej w formie tzw. narodowego – nie uniwersalnego – dokumentu. Stworzonego „tu i teraz”. To romantyczny mit, któremu wszyscy w Polsce ulegamy, który prawi o minionej, rajskiej, idyllicznej, tradycyjnej rzeczywistości szlachecko-ziemiańskiej. Konstytucja była tego raju egzemplifikacją. Czyli ziemia obiecana (choć utracona), arkadia mlekiem i miodem płynąca.
Należy zaznaczyć, iż romantyzm to epoka w historii Europy i Polski niezwykle szkodliwa, negatywnie oddziałująca na dalszy bieg dziejów, szerząca mitomanię, mistycyzm, mętne idee (wallenrodyzm, prometeizm, werteryzm, romantyczną frenezję etc.), ksenofobię i nacjonalizm, a w efekcie – symbiozę religii (tu - chrześcijańskiej) z narodowo-szowinistycznymi miazmatami. To różnego rodzaju „Walpurgie”, „Lorelaie”, „Nibelungi”, „byronizmy”, „Pany Tadeusze”, dymy, kadzidła, mity i predylekcja do okultyzmu, chiromancji, horoskopów czy wróżbiarstwa. Tu tkwią również źródła różnych fanatyzmów i fundamentalizmów dwudziestowiecznych, idealistycznego pochodzenia, np. faszyzmu i nazizmu.
Prezentacja romantycznych uniesień jako uzasadnień walk powstańczych jakie miały miejsce na ziemiach polskich w XIX-wieku (a i XX wiek też Polsce ich nie skąpił), na kanwie treści i faktu uchwalenia w chwili agonii państwa, Konstytucji 3 Maja jako swoistej osnowy owych walk, jest z racjonalno-pragmatycznej płaszczyzny zabiegiem wybitnie nieuczciwym. Bo to potwierdza tylko, iż od wieków potrafimy się tylko zabijać, zabijamy młodzież w powstaniach, w wojnach; młodzież, która przecież powinna się rozwijać i tworzyć elity oraz nową inteligencję, które z kolei będą pisać społeczeństwu partyturę do nowoczesności, do modernizmu. My Polacy nie myślimy o tym, że trzeba rodzić nowe zdolne pokolenia, które będą się porównywały z najlepszymi tego świata. Nie, my tym pokoleniom każemy ginąć, zabijać się, bo chcemy mieć tzw. „bohaterów". Bo tzw. „bohater” polski może być tylko martwy …….. Smoleńsk i religia wokół tej katastrofy stworzona jest karykaturą (z jednej strony) tego zjawiska toczącego od dekad tzw. „polskość”, a jednocześnie (to druga strona tego medalu) kontynuacją i egzemplifikacją tej trumienno-cmentarno-cierpiętniczej mentalności, tej świadomości przegranego i zawsze gnojonego niewolnika, folwarcznego wyrobnika, pidsusidoka. Ale – po pańsku, po sarmacku - moralnie zwycięskiego. Choć jak mawia Dobry Wojak Szwejk „moralnym zwycięzcą jest zawsze ten komu przeciwnik przetrąci nogę”.
Tak myślacy niewolnik, taki rab (faktyczny bądź mentalny), pragnie tylko (jeśli nie legnie w boju) zaskarbić sobie łaski swego Pana, zyskać jego przychylność i z folwarcznych pomieszczeń, z pola czy stodoły awansować na lokaja (w liberii) na pańskie pokoje. Bo tam łaska „pańskości” i „blask” dworskich komnat dają temu niewolnikowi (tak myślącemu) poczucie sukcesu bo jest blisko swego Pana ! Dostąpił jego łask, jest poza tym „szczebel wyżej” w folwarczno-feudalnej hierarchii niźli jego kompanii z niedawnej niedoli. To jest sukces, to jest awans, ale to jest nadal mentalność niewolnicza, pełna sprzeczności i różnorakich kompleksów !
Taki obraz I RP zaciemnia, de-racjonalizuje rzeczywiste dzieje Polski, tworząc kolejne mity i destruktywne apokryfy. Obserwując model funkcjonowania Muzeum Pana Tadeusza dojść można do klarownego wniosku, że romantyzm króluje nadal niepodzielnie w opisie i prezentacji naszych dziejów. I to jest kolejny szkodliwy element polskiej narracji, wzmacnianej nie tylko przez „dobrą zmianę”: ta szkodliwość jest obecna od co najmniej dwóch (jeśli nie więcej) dekad w publicznym przekazie nad Wisłą, Odrą i Bugiem.
To z takiego myślenia i takich afirmacji rodzą się pomysły dla godnego naśladowania powstań 1830, 1863 i 1944. Szczególnie „ruchawka” romantycznie i irracjonalnie usposobionych podchorążych, zwana powstaniem listopadowym, pogrążyła kraj w pętach niewoli, rusyfikacji i znacznego ograniczenia wolności. Od samego początku, od pomysłu zorganizowania powstania, nie miał ów projekt jakiejkolwiek szansy na sukces. Był pospolitą „hucpą” która wybitnie zaszkodziła polskiej racji stanu, substancji społecznej i stosunkom w zaborze rosyjskim (czyli lwiej części I RP). Jego wybuch jak i przebieg zadają cios irracjonalnej, romantycznej wizji podejmowania decyzji oraz takich też działań. Dotyczy to zresztą chyba wszystkich polskich powstań. Pisali o tym zarówno w XIX-wieku liczni historycy i publicyści (np. krakowscy stańczycy) jak i współcześni (tak różni w doświadczeniach i mentalności jak m.in. Aleksander Bocheński, Stefan Żeromski, Stanisław i Ludwik Stommowie, Aleksander Gieysztor, Tadeusz Manteuffel, Paweł Jasienica, Andrzej Walicki czy Bronisław Łagowski).
Mityczna tożsamość narodowa ma genezę właśnie w romantyzmie. W jego kadzidlanych dymach, w oparach nierzeczywistości i stęchliźnie irracjonalizmu. Tak jak twórcy i ideolodzy III Rzeszy szukali owych mitycznych uzasadnień dla „pangermańskości” i wyższości rasy aryjskiej (utożsamionej z tradycją dawnych Germanów) nad pozostałymi ludami wschodniej Europy, tak polscy wielbiciele tradycji romantycznej i sarmatyzmu łączą naród (w rozumieniu nowoczesnym, XIX- i XX – wiecznym) ze stanem szlacheckim rządzącym niepodzielnie I RP. A przecież Sarmaci, protoplaści polskiej szlachty, mieli pochodzić od mitycznych Scytów (niekiedy nawet od Rzymian !).
I mówienie w takim kontekście o „narodowym charakterze” Konstytucji 3 Maja jest nadużyciem. Konstytucja owa uchwalona przez reprezentantów szlachty dla szlachty, tylko ogólnikowo uznawała za „godnych wspomnienia” stany mieszczański czy kmiecy: de facto – ówcześni chłopi byli niewolnikami, bez jakichkolwiek praw nie tylko obywatelskich, ale i ludzkich, a stosunki w folwarkach i majątkach „herbowych panów braci” porównać można do tego z czym mieliśmy do czynienia na plantacjach w Alabamie, na Antylach czy w Brazylii. Czyli było to najzwyklejsze niewolnictwo (m.in. Daniel Beauvois, „Trójkąt ukraiński”).
Francuski uczony Daniel Beauvois („Historia Polski”) stwierdza brak w Konstytucji 3 Maja uniwersalnych i ponadlokalnych elementów (tu – nie związanych z poza stanowymi prawami szlachty jako warstwy rządzącej niepodzielnie krajem) „…. na miarę uchwalonej 4 miesiące po niej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela”. Szlacheccy patrioci (ale to nie patrioci narodowi lecz swego stanu, gdyż Polakiem był wyłącznie „herbowy”) nad grobem I RP zrozumieli, iż tylko umocnienie władzy centralnej uchroni kraj przed upadkiem. Ich kraj. Było już jednak za późno. Europejskie trendy i idee, przyspieszone przez Oświecenie i jego efekt: Wielką Rewolucję Francuską, były już zupełnie gdzie indziej. W czasie i przestrzeni.
Konstrukcja muzealnej ekspozycji – en bloc - oraz klimat w niej panujący, wydźwięk i komentarze wyraźnie sterują ku apologii i hagiograficznej wizji dziejów I RP utożsamianej wyłącznie z anielsko postrzeganą tradycją szlachecko-ziemiańską. Taką nierzeczywistą opowieścią, legendą, mitem jest obraz polskiego interioru z początków XIX wieku przedstawiony w „Panu Tadeuszu”. Królują sielskość wiejskiego krajobrazu, takie stosunki społeczne, błogostan zamknięty szlagwortem „kochajmy się Panowie Bracia”, polowania, pańskie miłostki etc. Wieśniacy, kmiecie, folwarczni wyrobnicy, mieszczanie czy inne narodowości jakich mnóstwo było na terenach I RP w zasadzie nie istnieją w tej narodowej epopei (tylko Jankiel jako „dobry Żyd” – ale nie-chrześcijanin - jest jakby elementem wtrąconym dla podkreślenia owej swojskości, wsobności, patriarchalnych stosunków interpersonalnych charakterystycznych dla tamtej społeczności). To jest dalszy ciąg tych procesów przebiegających w Polsce od przynajmniej dwóch dekad, gdzie cały naród, całe społeczeństwo zostały mentalnie „uszlachcone”, a jedyną tradycją godną szacunku, admiracji, prestiżu czy chwały jest genealogia szlachecko-ziemiańska. Ten temat przedstawiają doskonale Andrzej Leder („Prześniona rewolucja”) i Jan Sowa („Fantomowe ciało króla”).
Czyli Konstytucja 3 Maja i „Pan Tadeusz” zakreślając ten sam krąg symboliczny, niosąc tę samą narrację, są jednocześnie zarażone tym samym sposobem myślenia, tym samym wirusem. Nie są to w żadnym wypadku wartości narodowo-obywatelskie, republikańskie, ale stanowe, „plemienne”, anty-modernistyczne czyli zainfekowane syndromem „zbyt późnego urodzenia”, irracjonalną nostalgią za czymś co jest już martwe (ale mityczne). O uniwersalizmie i szerszym spojrzeniu na polityczno-społeczne imponderabilia - innych niż owa swoista, stanowa klanowość - nie ma co w obu wypadkach nawet mówić. To jest ta sama romantyczna, mistyczno-megalomańska, karmiąca się post-sarmacką mitologią narracja. I taka sama mentalność: szkodliwa, kostyczna, intelektualnie jadowita i toksyczna zarazem.
Podsumowaniem tych refleksji niech będzie myśl konserwatywnego historyka, poety i publicysty z Krakowa, członka znaczącego w swoim czasie gremium zwanego stańczykami, Józefa Szujskiego (1835-83) która mówi; „….fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki”.