O pedagogice klęski
2017-06-18 18:08:20
Nie można być wiecznie
w rozgrzeszającym stanie namiętności

Witold GOMBROWICZ

"Pedagogika klęski” to termin którym środowiska konserwatywne, narodowo-szowinistyczne, klerykalne i ultra-zachowawcze szermują u nas nagminnie. Jest to dla nich pospolita maczuga propagandowo-agitacyjna, dla okładania realnych i wydumanych przeciwników politycznych, ludzi o odmiennej interpretacji historii naszego kraju oraz wizji kultury, argumentami żywo egzemplifikującymi myślenie a’la XIX wiek. Świadomość gdzie czcią, kultem i okadzone mirrą, winne być otoczone bezrefleksyjnie i bezkrytycznie takie pojęcia jak Ojczyzna, Bóg, honor, wiara religijna zawsze i bezwzględnie wiążąca Polaka z katolicyzmem rzymskim. Mentalność w której narodowość, tzw. „polskość”, symbole narodowe itd. podlegają dekretacji raz na zawsze i nie zmiennie. Nie ma tu dowolności interpretacji, swobody indywidualnego wyboru czy dobrowolności uznania członkostwa w danym narodzie. „Jesteś Polakiem więc masz obowiązki polskie” – krzyczą we wszystkich przestrzeniach komunikacji interpersonalnych owe środowiska. Wyznaczanie standardów w tej mierze mających bezwzględnie obowiązywać - a więc kto jest Polakiem, jak owe obowiązki ma traktować i co pod tym pojęciem rozumieć – rezerwują i dekretują oczywiście owe środowiska wyłącznie dla siebie. Jest to tyle trudny temat nad Wisłą, Odrą i Bugiem, gdyż zaangażowany jest w niego Kościół katolicki w Polsce, opowiadając się en masse (duchowieństwo) za niezwykle zachowawczą, anty-nowoczesną, przeciwną modernizmowi i postępowi społecznemu, koncepcją narodu, państwa i wiary religijnej. To wszystko musi tworzyć niezwykle agresywną, nacjonalistyczną, ksenofobiczną, religiancką oraz hiper-tradycjonalistyczną mieszaninę narracyjną, pomieszania zacietrzewienia, nienawiści i pogardy dla wszystkiego co INNE.
Wreszcie w naszym kraju trzeba podjąć na ten temat zdecydowany dyskurs. I nie tyle nawet nad tymi akurat tezami (jest to bowiem problem szerszy, dotyczący przede wszystkim wolności obywatelskich w najszerszym znaczeniu: czyli pojęć obywatel, społeczeństwo - a nie naród widziany wąsko wedle XIX–go sznytu - wolność wyboru, indywidualizm itp.). Należy krytykować z lewicowych pozycji towarzyszące tej wizji fantazmaty, narzucające jednostce przez nią nieakceptowane z racji wykształcenia, kultury, świadomości i wyznawanych wartości, poglądów politycznych, doświadczeń życiowych etc. prawicowe koncepcje, pozostające poza ramami współczesnych trendów cywilizacyjnych i społecznego rozwoju. Koncepcje z gruntu rzeczy autorytarne i niosące sobą widmo totalitaryzmu kulturowego.
I dokonywać swoistej desakralizacji – o co postulowała w swym otwartym liście do ostatniego Kongresu Kultury Polskiej 2016 prof. Maria Janion – tego polskiego, narodowego cierpiętnictwa, cmentaryzmu, admiracji trumien i grobów. Admiracji nie w formie pamięci, ale wedle liturgii śmierci związanej z rytuałami zadawania sobie cierpienia (gdyż bez niego żyć nie umiemy, więc gdy go nie staje, sami je sobie zadajemy).
Atak na „pedagogikę klęski” z pozycji lewicowych to nie jest moim zdaniem krytyka polskiego folwarku mentalnego, takiej też świadomości, zacofania kulturowo-cywilizacyjnego widzianego en bloc (Polska w zasadzie nie przeszła klasycznego Oświecenia tak charakterystycznego i wielce znaczącego dla Zachodu, wyrywającego z korzeniami, czasami brutalnie i agresywnie, pozostałości feudalizmu szeroko rozumianego). Unowocześnienie, modernizacja, postęp – jakkolwiek te pojęcia rozumieć i kojarzyć – dokonały się u nas „obcym rękoma”. W przeszłości polskie elity nie potrafiły go jednoznacznie wygenerować. Dziś konserwatystom, tradycjonalistom, tzw. demo-liberałom, religiantom różnej maści, a przede wszystkim zwierzęcym anty-komunistom, daje to asumpt do przedstawianie skoku cywilizacyjnego dokonanego w pierwszych latach Polski Ludowej z pół-feudalnego społeczeństwa pozostającego w latach międzywojennych na głębokich peryferiach Europy do rzędu krajów przemysłowo-rolniczych, a następnie – przemysłowych, jako porażki, tragedii czy klęski. Z tymi procesami wiążą się również określone zmiany w mentalności, stosunku do otaczającej rzeczywistości i ludzi, poszerzenie horyzontów, zmiana systemu wartości itd. Atak na „pedagogikę klęski” winien iść głównie na przeciwstawienie racjonalności - irrealizmowi, pragmatyzmu – szkodliwym namiętnościom, pozytywizmu – romantyzmowi. I permanentne ośmieszanie, tego co Gombrowicz nazywał polskim „upupieniem” intelektualnym, a co jest w rzeczywistości infantylizmem, niedojrzałością, megalomanią połączoną z przaśnością i ową, przysłowiową nadwiślańską folwarcznością.
Już Cyprian Kamil Norwid w XIX wieku miał napisać w kontekście podobnych jak tu rozważań (gdyż naszły go prawdopodobnie analogiczne refleksje), o szkodliwości zabraniania dyskursu na temat „kalania gniazda”. Odsądzeniem „od czci i wiary” przez prawicę i konserwatystów, zapowiadanym wykluczeniem z tzw. „polskości”, nie należy sobie jednak zawracać głowy – mówić i pisać swoje……
Na takim podglebiu mentalnym, politycznym, edukacyjnym i instytucjonalnym (ważną tu rolę pełni IPN powołany do życia głosami PO, PSL-u i PiS-u co warto upowszechniać i przypominać) czci podlegają powtarzające się permanentnie w naszych dziejach powstania i insurekcje, nie mające a priori żadnych szans na sukces już w chwili wybuchu, poza wyniszczającym zawsze społeczny potencjał ludzki Armagedonem. Tak intelektualnie jak organizacyjnie, a przede wszystkim – duchowo, mentalnie, o substancji materialnej czy dobrach kultury nie wspominając. Na tej kanwie forsuje się m.in. kult tzw. „żołnierzy wyklętych” (ujawnione na ten temat ostatnio raporty CIA z lat 40- i 50-tych XX wieku przemilczano dyskretnie w mainstreamowych mediach). Dotyczy to także powstań XIX-wiecznych oraz aberracyjny kult „małego powstańca Warszawy” (no i oczywiście samego powstania w stolicy AD’1944).
W tej samej perspektywie należy również rozpatrywać wszelkie szarże polskiego rządu w Brukseli czy na arenie europejskiej absolutnie w sposób podobny jak organizacja wspomnianych powstań. Te dyplomatyczne ofensywy, ich organizacja i próby przygotowania, przypominają szarżę szwoleżerów Kozietulskiego pod Somosierrą. Udała się ona Polakom dlatego, że Kozietulski i jego szwoleżerowie byli ……. kompletnie pijani. No, ale dyplomacja i jej niuanse to nie pole do straceńczych szarż pijanych ułanów czy bezsensownie ginących (ale moralnie zwycięskich) sołdatów.
I to właśnie wspomniane środowiska i grupy nacisku uprawiają moim zdaniem „pedagogikę klęski”. Dzisiejsze fochy Prawa i Sprawiedliwości oraz jego akolitów są zwieńczeniem (choć nie ostatecznym wg mnie) procesu jaki trwa od początków transformacji ustrojowej 1989 roku. Środowiska demo-liberalne i lewicowe nie wypracowały własnej, nowoczesnej i immanentnej ich wizjom społeczeństwa koncepcji patriotyzmu, narodu, symboliki, wartości do jakich należałoby się odwoływać. Demo-liberałowie monopolizujący de facto przez większą część III RP tzw. „rząd dusz” promowali w zasadzie także taki model patriotyzmu i kultu przegranych powstań (nie w tak nachalnej formie jak czyni to PiS, no powiedziałbym w formie light), anty-racjonalizm i irrealizm w naszych dziejach. No i wszechobecny klerykalizm. Kult romantyzmu kosztem pozytywizmu, cześć „dla Kozietulskich”, „żołnierzy wyklętych” bądź „Bór-Komorowskich” a nie takich wartości stojących za symbolami jak „Aleksander hr. Wielopolski”, „Tadeusz Manteufell” („żadnej wojny nie będzie, idziemy robić uniwersytet, a nie do żadnego lasu”) czy „Mieczysław F. Rakowski” (za POLITYKĘ).
Pedagogika klęski” w stylu narodowo-klerykalno-cmentarnym (z jednoczesną antytezą o „moralnym zwycięstwie” Polaków jako tego Mesjasza Europy) uprawiana przez gremia demo-liberalne (co jest dodatkową aberracją charakterystyczną dla polskiego zaścianka) umocowana jest więc w paradygmacie quasi-feudalnego społeczeństwa post-agrarnego i post-sarmackiego, wyrwanego z uśpienia i gnuśności immanentnych temu systemowi obcymi rękoma zaborców, okupantów, hegemonów etc. Tak jak hiper-prawicowców, ultra-konserwatystów, klerykałów czy pospolitych fundamentalistów religijnych oddających się czołobitnie tradycjonalizmowi i zachowawczości. Przykro stwierdzić, ale duża część polskiej lewicy także tkwi mentalnie w tym zatęchłym i post-sarmackim kotle idei, tez, fantasmagorii czy wyobrażeń.
I jeszcze jedna uwaga na koniec. Sytuację niesłychanie popularną w publicznej dyspucie, pozach, gestach czy narracji z jaką spotykamy się na co dzień w tej mierze najlepiej opisuje powiedzenie serialowego milicjanta por. Sławomir Borewicza (kultowy serial PRL pt. „07 zgłoś się”) mówiące, że: „Każdy Polak uważa, że to co myśli ze szwagrem to opinia całego narodu”.
Magiczność polskiego myślenia
2017-06-01 20:24:24
(czyli smoleńskie refleksje AD’2017)

Magia to system wierzeń, praktyk oraz sposób postrzegania świata rzeczywistego, wynikający z przekonania o istnieniu sił nadprzyrodzonych. Człowiek może tymi siłami w jakimś sensie kierować bądź je zjednywać przy pomocy zaklęć, specyficznych obrzędów, ściśle określonych rytuałów stosowanych przez wyznaczone do tego osoby (tzw. kapłani) w odpowiednim czasie i miejscu.

Skłonność do tandety jest człowiekowi przyrodzona
i poddać się jej świadomie,
skoczyć z nogami i głową
w cieplusi, swojski ocean tandety
- to może nawet sprawić prawdziwą rozkosz.

Sławomir MROZEK

Homo videns to zjawisko zdefiniowane przez Giovanni Sartoriego polegające na zmianie myślenia naszego gatunku – wiąże się w jakimś sensie z magią i współczesnym światem cyberprzestrzeni i elektronicznych środków komunikacji – a spowodowane m.in. właśnie charakterem dzisiejszych mediów. To kult obrazu, wpajanie ocen poprzez wizualizację czyli takie cechy jak: stan posiadania, wygląd, poddawanie się utartym schematom, tożsamościom, wartościom itd. To również wtopienie się w „masę” i powszechność. Autor tego pojęcia podkreśla powolne tracenie zdolności użytkowania pojęć abstrakcyjno-racjonalnych (spłycanie refleksji), trywializację przekazu, banalizację myślenia oraz sprowadzania ich do gestów czy powszechnie przyjętych i akceptowanych, teatralnych póz generowanych bon mottem, że „tak wypada”. Następuje więc redukcja kompetencji językowych i racjonalnego namysłu. Język staje się tylko narzędziem do wyrażenia tożsamości z ogólnie przyjętymi normami i narzędziem do deklamacji powszechnie przyjętych komunałów, nie formą przekazywania indywidualnej refleksji. Obrazkowość dzisiejszej kultury – jak pisze Sartori – niweluje naszą zdolność myślenia abstrakcyjnego i wraz z nią naszą cechę indywidualnego, krytycznego rozumienia świata. Dawny homo sapiens staje się w taki sposób homo videns.
Magiczność polskiego myślenia po raz kolejny daje znać o sobie. Dziś - przy kolejnym spektaklu p/n ekshumacje smoleńskich ofiar. Wszyscy są - albo udają takich - zaskoczeni, zniesmaczeni, oburzeni etc. iż w trumnach są często szczątki nie tych ofiar których nazwisko widnieje na cmentarnym pomniku. Przy tego typu katastrofach, efekt jest taki, iż wszystko jest przemieszane niczym kaszanka, niczym marmolada, niczym bigos. Terminy pochówków - do których usilnie dążono z różnych zresztą przyczyn - wymuszały więc szybką i pobieżną selekcję tego co pozostało na miejscu katastrofy.
Ale o czymś innym chcę tu napisać bo to wiemy wszyscy, racjonalnie i realistycznie myślący ludzie, od dawna. To magiczne myślenie i polskie, przed-nowoczesne religianctwo dyktują takie reakcje z jakimi dziś mamy nad Wisłą, Odrą i Bugiem do czynienia. To, że w niektórych trumnach są np. trzy nogi, pięć fragmentów różnych rąk, braki wnętrzności albo szczątki kogoś innego niźli oburzonym się wydaje jest pokłosiem wiary w zmartwychwstanie ciał - kiedyś, gdy stanie się „wieczność" i nadejdzie czas sądu ostatecznego - w doczesnej formie. To irracjonalizm i anty-realizm wobec życia, wymuszający takie też spojrzenie na okoliczności jakie towarzyszyły tej masowej śmierci. Bo racjonalnie, realistycznie, trzeźwo winno się było wszystkich en bloc skremować, zapakować do urn i tak pochować w wybranych przez rodziny miejscach grzebania zmarłych. Realistycznie, racjonalnie i trzeźwo - ale takie myślenie jak widać jest obce temu społeczeństwu, a przede wszystkim elitom próbującym nim rządzić. I taka decyzja - o kremacji i takiej formie pochówków - winna była być podjęta a priori przez rządzących, ale i przez rodziny tych którzy zginęli w tej katastrofie. Bo liczy się nie trumna czy szczątki w niej złożone - jakie znaczenie mają te nogi, ręce, wnętrzności bądź fragmenty kogoś innego gdy za kilka, kilkanaście lat i tak obróci się to wszystko w bezkształtną materię, gdyż proces dematerializacji postępuje nieuchronnie i permanentnie - ale pamięć o danej osobie i napis na nagrobku. Te wszystkie dysputy, oburzenia, dąsy i wzajemne oskarżenia deprecjonują powagę śmierci, postponują wymiar tej katastrofy (o których z takim zgorszeniem i absmakiem mówi się w mediach), po prostu są śmieszne i groteskowe. Ów cień „zmartwychwstania ciał", wiara w ten mit (no i polityczna walka tym smutnym wydarzeniem) są zasadniczym tłem tych żenujących polsko-folwarcznych, politycznych sporów.


Nowy władca świata
2017-05-24 11:25:50
Zuckerberg jest jedną z niewielu osób,
dla których zostanie prezydentem Stanów
Zjednoczonych mogłoby oznaczać degradację.
Jako szef Facebooka już jest prawdziwym
liderem wolnego świata.

Nick BILTON (Vanity Fair)

Nasz lewicowy Portal dużo uwagi poświęca, jak cała zresztą współczesna lewica na świecie (od Naomi Klein, Benjamina Barbera, Yanisa Warufakisa, Krytyki Politycznej i Rafała Wosia po Jean-Luca Melenchona, Bernie Sandersa, Podemos, Syrizę i Adriana Zandberga), korporacyjnemu ładowi jaki neoliberalny porządek do spółki z globalizacją i upadkiem obozu realnego socjalizmu z ZSRR na czele zgotowały dzisiejszej rzeczywistości. Mało kto jednak zwrócił uwagę na tzw. „Manifest Zuckerberga” („Building Global Community” z lutego 2017 roku), który wywołał ożywione dyskusje za oceanem na temat utopii, marzeń czy chęci „władzy nad światem” jaką przedstawił twórca i właściciel Facebooka. Mark Zuckerberg to jedna z najbardziej wpływowych i najbogatszych osób na świecie. To demiurg – w znacznej części – współczesnej rzeczywistości i kreator przyszłego świata. Nawet nie zdajemy sobie do końca sprawy z tego jak bardzo ta specyficzna i nietypowa korporacja zmienia świat, zmienia relacje międzyludzkie, jak zmienia nas wszystkich: grupowo i pojedynczo, narodowo i społecznie bez względu na język, rasę, kulturę, religijne wyznanie bądź ateizm, poglądy polityczne czy sytuację ekonomiczną. Widać to wszystko jak na dłoni podczas obserwacji społeczności „facebookowej”, znaczenia tego komunikatora i forum wymiany myśli, idei, namiętności, emocji pojedynczych ludzi. Lektura oraz nawet pobieżna analiza jego Manifestu wprowadza nas jednak nie tyle w stan zachwytu i podziwu dla tej idei i jej materializacji, ale nasuwa wiele daleko idących wniosków i skojarzeń.
Myśl wyrażona przez popularnego komentatora politycznego zza oceanu w opiniotwórczym periodyku amerykańskim – stanowiąca motto do tego wpisu - oddaje clou tego czym jest władza korporacyjna. Tu jednak mamy do czynienia z zupełnie inną formą władania ludźmi. Pragnę zwrócić tylko na kilka, zasadniczych wg mnie, aspektów, niesionych zarówno przez sam już funkcjonujący projekt (Facebook stał się bowiem głównym centrum rozpowszechniania informacji, debaty publicznej, a w niektórych przypadkach – promowaniem swoistego ekshibicjonizmu emocjonalnego użytkowników) jak i wspominany Manifest.
Na ten temat pisali (w przeszłości dawnej i bliskiej) – choć są to aspekty rozproszone, zauważone przy innych okazjach i pochodzące od różnych autorów – tacy twórcy jak Georg Orwell, Aldous Huxley, Neil Postman, Naomi Klein, Lester Thurow, Benjamin Barber, Edward Luttwak, Jeremy Rifkin itd.
Zuckerberg oczywiście skupia się na podniesieniu na wyższy, cywilizowany poziom komunikowania się przy pomocy „swojego dziecka” (ale i instrumentu dla pozyskiwania kolosalnych dochodów) jakim jest bezsprzecznie Facebook. Chodzi przede wszystkim o zwulgaryzowanie dyskursu (popularnie tzw. „hejt”) jak również o tzw. „fejk” (czyli nie prawdziwe informacje krążące w sieci – a przez to i na FB) zaśmiecające społecznościowe komunikatory.
Warto też zwrócić uwagę na chęci Zuckerberga takiego ustawienia w przyszłości dyskursu, aby z jednej strony aktywizował obywateli do pro-demokratycznych i odpowiedzialnych działań i wypowiedzi, a jednocześnie eliminować metodę czytania tekstów w sieci na zasadzie „click-bajtów” (czyli wyłącznie co bardziej sensacyjnych nagłówków). Jest to próba – przynajmniej w teorii – podniesienia poziomu dyskursu. Samo istnienie Facebooka ma się stać tym samym głównym medium rozpowszechniania informacji oraz regulowania debaty publicznej.
Ale chciałbym zwrócić uwagę na coś innego czego nie znajdziemy w Manifeście. Założyciel FB jest przecież właścicielem tego przedsięwzięcia i w związku z tym dysponuje określoną władzą. Stąd m.in. wypływa wiele tez ujętych w Manifeście choć ex cathedra nie wypowiedzianych.
Po pierwsze: zasięg – już współcześnie, bez zmian zakładanych w „Building Global Community” - władzy Zuckerberga. Szacunki pozwalają już dziś zakładać, że uczestników (a tym samym osób pozostających pod „facebookowym parasolem”) przedsięwzięcia Marka Zuckerberga na całym świecie jest od 2 do 2,5 mld. To olbrzymia społeczność, gigantyczna wspólnota, potężne „plemię” czy klan. Po drugie: zacytowana jako motto felietonu myśl amerykańskiego publicysty oddaje clou tego o czym tu mówimy. Jeśli Zuckerberga nie interesuje Biały Dom, gdyż pozostając tylko (?) szefem Facebooka dysponuje de facto większą władzą – i ma tego świadomość - niż Prezydent najpotężniejszego imperium współczesnego świata, to ma to swoją określoną wymowę. Funkcja prezesa internetowej spółki, prywatnego biznesmena światowego formatu, korporacji globalnej, jest ważniejsza od głównego lokatora Białego Domu. To sytuacja zarówno stanowiąca emanację neoliberalnych porządków jak i rozproszenia tak charakterystycznego dla świata XXI wieku. Po trzecie: im silniejsza rola w publicznej narracji i dyskursie tego typu przedsięwzięć tym słabsza rola tradycyjnie pojmowanej prasy. Chodzi głównie o przejmowanie rynku reklam, a co za tym idzie: przypływy kapitału, jego koncentracja, zyski i ich pomnażanie.
Trzeba jednak zwrócić uwagę na nieśmiało zasygnalizowane zamierzenie Zuckerberga w Manifeście. Zadaje on – retoryczne - pytanie „… Jak możemy pomóc ludziom zbudować świadomą wspólnotę, która wystawia nas na nowe idee i tworzy porozumienie w świecie, w którym każda osoba ma głos ?”. Ideą zasadniczą ma być minimalizacja roli publicystów i dziennikarzy w przestrzeni medialnej. Każdy uczestnik przedsięwzięcia jest zarazem jego twórcą. Przynajmniej teoretycznie. Bo to kapitał jest animatorem i demiurgiem stanowiącym esencję władzy. Zysk i jego maksymalizacja są tu zasadniczymi elementami kreacji. Byt każdej korporacji opiera się o ich generowanie. I tu widać ukryte pragnienie wielowątkowej dominacji własnego pomysłu, własnego biznesu, własnego przedsięwzięcia.
Zysk i dochody (nie tylko w sferze doczesności, materialnej) oraz władza za nimi stojąca z racji rozległości przedsięwzięcia Zuckerberga oraz wspomnianej ilości uczestników (w skali świata) tego projektu, pozwalają wyciągać wnioski idące zupełnie w innych kierunkach niż sugeruje to szef spółki FB. Wiążę się to również z postępującą, coraz powszechniejszą i zawłaszczającą kolejne przestrzenie ludzkiego bytu, komercjalizacją (wspomniane dochody z reklam, wymuszające banalizację i infantylizację dyskursu). Nie bez znaczenia są zamierzenia kreowania politycznej rzeczywistości w wymiarze ponad państwowym, ponad narodowym, światowym. Przełożenie władzy pieniądza na bezpośrednią władzę polityczną to ewolucja praktykowanego współcześnie tzw. zblatowania „prywatnego biznesu” i świata polityki. Powiedzenie otwarcie, że „białe jest białe, a czarne – czarne”. Przykładem takiego kierowania procesami politycznymi są m.in. „arabska wiosna”, zwycięstwo Donalda Trumpa w wyborach amerykańskich, atmosfera wytworzona przez zwolenników Brexitu na Wyspach Brytyjskich itd.
Zamierzenia Zuckerberga jednak idą jeszcze w innym kierunku. Streścić je można pokrótce w tym co zawarł onegdaj Tony Judt, komentując współczesny wymiar dyskursu publicznego. Jego zdaniem dzisiejsza debata publiczna przebiega oto w taki sposób, że elity (w których szeregach jest coraz więcej populistów, demagogów czy politykierów) mówią tłumom co mają myśleć. Kiedy ludzie bezrefleksyjnie – w wyniku komercjalizacji, infantylizacji, banalizacji i karnawalizacji dyskursu publicznego – odbijają owe frazesy elity śmiało ogłaszają, iż ich decyzje czy rozwiązania są determinowane wyłącznie przez społeczne nastroje. I tak też można określić zamierzenia Zuckerberga. Manifest właściciela FB to rękawica rzucana władzom narodowych państw i dotychczasowemu porządkowi demokratycznemu. Kolejną rękawicą będącą korporacyjnym kredo zawierającym określone rozwiązania.
Zuckerberg przekonuje, że jego przedsięwzięcie będzie nie tylko technologią, nie tylko medium, lecz również (a może przede wszystkim) wspólnotą ludzi samo-kreującą siebie i przestrzeń w której funkcjonują. Ma być ta przestrzeń ich własnym wytworem wynikajacym z ich świadomości oraz potrzeb.
Jakie rodzą się dylematy nad tak postawioną tezą: Po pierwsze: czy sfera publiczna, którą ma kreować – wedle pro-demobch kanonów sugerowanych i narzucanych przez Zuckerberga – tak funkcjonujący FB jest w stanie wygenerować obiektywizm, autentyczność i wysoki intelektualnie poziom ? Po drugie: – czy sfera publiczna może być kreowana przez kapitał prywatnie umocowany i zarządzany ? Czy zawłaszczanie i komercjalizowane – immanentne dla biznesowej działalności – jest pozytywnym kierunkiem w którym winna ona nadal podążać (teraz już jawnie i bez zbędnych, retorycznych i etyczno-moralnych uzasadnień). Po trzecie: – ponad 2 miliardowa samosterująca się społeczność, sama z siebie wyznaczająca zasady i poziom, jest humbugiem. Decydujące i ostateczne znaczenie ma i tak kapitał oraz jego właściciel. Kłania się cytowany Tony Judt.
I to byłyby zasadnicze zastrzeżenie jakie niesie sobą projekt-manifest Marka Zuckerberga. Nie high-tech, nie wytwory postępu technologicznego są zagrożeniem. To są tylko narzędzia. Groza i niebezpieczeństwo tkwią we władzy pieniądza, kapitału, a tym samym tych, w których rękach ona pozostaje. Jego koncentracja postępuje nieuchronnie i permanentnie, zawężając coraz bardziej do swoistego „klanu” czy „plemienia” , do jakiegoś nowego „narodu wybranego” zdolności i możliwości owej kreacji nie tylko świata materialnego, ale w przestrzeni świadomości, tzw. „ducha”. A to jest nader niebezpieczne i wybitnie szkodliwe.

Sekularyzacja - religijność - duchowość
2017-05-11 15:24:23
Człowiek w każdej kulturze staje
przed zakresem możliwości:
jest człowiekiem archaicznym,
ptakiem drapieżnym, idolatrą,
ale też jest zdolny do pomieszania
rozumu, miłości, sprawiedliwości.

Erich FROMM


Prof. Charles Taylor, filozof i religioznawca kanadyjski, myśliciel i autor wielu ważnych myśli o współczesnym świecie i procesach w nim zachodzących, intelektualista i akademik wielu szacownych uczelni na świecie jest twórcą tezy o wzajemnych stosunkach między religią, a sekularyzacją. Sekularyzacją postępującą nieuchronnie z racji procesów cywilizacyjno-kulturowych. Prezentuje ją w wielu swoich publikacjach (m.in. ostatnio ukazała się rozmowa z nim na ten temat w periodyku Towarzystwa Kultury Świeckiej RES HUMANA, nr 2/147/2017). To ważny temat dla lewicy, który u nas z rozmaitych względów jest przemilczany, spychany na margines – zwłaszcza przez mainstreamowe media. Zajmujący się nim dziennikarze traktują ów problem jako dziwoląg, post-komunistyczny relikt, nie dotyczący absolutnie kraju nad Wisłą, Odrą i Bugiem. Tu królować musi płaska religijność ludowa, manifestacyjny quasi-pogański kult maryjny, bezrefleksyjna wiara rodem z I RP (taka post-sarmacka) i bezwzględna więź państwa, administracji (różnych szczebli) z hegemonem – instytucją religijną w formie dawno odrzuconego w nowoczesnym świecie sojuszu „tronu i ołtarza” jako zasady szkodliwej dla obu stron. Przede wszystkim dla subiektywnych, poważnych i po-średniowiecznych i po-kontrreformacyjnych refleksji opartych o indywidualne religijne przeżycia.
Pojedynczy dziennikarze starający się ten temat traktować serio, w sposób pogłębiony i wielopłaszczyznowy są marginalni w mainstreamowej masie. O politykach głównego nurtu nie warto nawet wspominać.
Taylor skupia się w swych rozważaniach w przedmiocie związków sekularyzacji i religii nad zdefiniowaniem „My na nowo” (w sekularyzującej się cały czas rzeczywistości). My – wierzący, teiści, religijni. Ze swej strony chciałbym dodać, iż to zagadnienie zamykać winniśmy w triadzie (nie duopolu) : religia – sekularyzacja – duchowość (cokolwiek pod tym akurat terminem rozumieć). Nie wolno tych problemów zawężać wyłącznie do antynomii: religia vs sekularyzacja. Tak zakreślony krąg relacji czy oddziaływań religii i sekularyzacji jest skrajnie scjentystycznym, odchodzącym w przeszłość z racji uproszczeń i trywializacji, opisem rzeczywistości. Ale nawet tak rozszerzone ujęcie problemu nie jest zgodne ze stanem faktycznym. Jest on bowiem bogatszy – zawsze – niźli nasze próby opisu realiów tego świata. Uczy tego marksizm, traktowany jako narzędzie do opisu ciągle ewoluującego świata. I ono - to narzędzie – także musi być dostosowywane do tych zmian.
Sekularyzacja moim zdaniem przebiega na kilku płaszczyznach, nie tylko powodując zanik religii (czy religijności) ale w pewnym stopniu przenosząc jej elementy i wartości do najszerzej pojmowanej duchowości (znaczenia o wiele szerszego i pojemniejszego niźli termin oznaczający religijność). I tym samym instytucje religijne dostosowują się do nowych sytuacji. Jak podmioty na rynku, tu - na rynku religijnych utensyliów. W dziejach ludzkości – wedle weberowskiego „odczarowania” rzeczywistości – proces ten zawiera się w następujących sferach:
1 – Sekularyzacja to permanentna utrata przez wierzenia religijne wpływu na codzienność (widoczne zwłaszcza w kulturze Zachodu). Religia (a także instytucje będące jej doczesną emanacją) tym samym traci kontrolę i bezpośrednią władzę nad społeczeństwem traktowanym jako zbiorowość ponad – czy nawet poza - konfesyjna.
2 – Sekularyzacja jako wyrugowanie dominacji instytucji religijnych (a tym samym i kleru) z polityki i z poza indywidualnie traktowanej duchowości (czy subiektywnej wersji religii). Ale rugując elementy religii z codziennego życia politycznego, kulturowego, ekonomicznego itd. sekularyzacja powoduje przeniesienie ich – choć na pewno w zmienionej formie – do duchowości, adoptując do lokalnych (często różnych od zasadniczych założeń danej religii) warunków.
3 – Biorąc tylko pod uwagę chrześcijaństwo w tradycji kultury europejskiej sekularyzacja jednak jest jednocześnie „utratą jak i zachowaniem” dorobku religii chrystusowej: choćby w przestrzeni podstawowych praw człowieka (wolność, ochrona słabych i biednych, równość etc.). Tu mamy do czynienia z „chrześcijaństwem istniejącym poza obrębem Kościoła”. Widoczna współcześnie sytuacja w islamie może co prawda przeczyć tej tezie, jednak i tu można zaobserwować poza nurtami twardej, purytańskiej i totalitarnej wersji islamu (zwłaszcza jeśli chodzi np. o sunnizm – w wersji wahhabickiej czy salafickiej) prądy które mogą zwiastować zmiany w religijności w obrębie wiary muzułmanów (np. synkretyzm w religii Mahometa jaki ma miejsce w Indonezja, islam na płw. Indyjskim, w Maroku).
4 – Sekularyzacja traktowana jako „demitologizacja” wiary i życia codziennego. Tak jak niegdyś religia wchodziła w życie codzienne rugując z niego elementy antycznej bądź pogańskich mitologii - np. chrystianizowanych czy islamizowanych społeczności ale przy okazji adoptując do swojego panteonu określone symbole, ryty czy obrzędy – tak dzisiaj sekularyzujące się nowoczesne społeczeństwo jednocześnie przenosi pierwiastki religijno-duchowe do swej codzienności w formie np. prawodawstwa, obyczajowości itd. Jest to tzw. „uduchowienie życia świeckiego”.
5 – Sekularyzacja w Europie niewątpliwie wiąże się z utratą wpływów przez kościoły chrześcijańskie, zwłaszcza dotyczy to Kościoła katolickiego, instytucji silnie scentralizowanej, posiadającej przez wieki status państwa (papież był zarówno władca duchowym jak i świeckim). To związane jest również z utratą wpływów i decyzji przez Kościół w przestrzeniach takich jak: nauka i polityka co w dalszej perspektywie zaowocowało zmianami w obyczajowości, obrzędowości czy
Przytoczona na wstępie sentencja Erich Fromma świadczy o tym, że to byt człowieka, jego otoczenie i środowisko w jakim się wychowuje oraz wzrasta, doświadczenia indywidualne bądź grupowe wpływają na owe „frommowe figury” przybierane przez jednostkę. W nich mieści się również religijność. Ale różnorodność świata tkwi właśnie we wspomnianej duchowości, warunkującej i uwarunkowanej przez kulturę.
A idąc śladami Karola Marksa, którego w jakimś stopniu Erich Fromm był kontynuatorem, wypada nam tylko stwierdzić, że „to byt kształtuje świadomość". Byt w najszerszym tego słowa znaczeniu, wpływający też na kształt, formę i rolę wierzeń religijnych w naszym życiu.
I to jak sądzę jest najistotniejszy element determinujący relacje w triadzie: religia – sekularyzacja – duchowość.
Demitologizacja potrzebna od zaraz
2017-04-24 12:16:09
Mnie zawsze [….] drażnił polski światek dziecinny, wtórny
uładzony i pobożny. Polska impotencja w kulturze – Bóg
nas prowadzi za rączkę. To grzeczne polskie dzieciństwo
przeciwstawiałem dorosłej samodzielności innych kultur.
Ten naród bez filozofii, bez świadomości historii,
intelektualnie miękki, duchowo nieśmiały, naród który
zdobył się tylko na sztukę poczciwą i zacną,
rozlazły naród lirycznych wierszopisów, pianistów, aktorów,
w którym nawet Żydzi się rozpuszczali, tracąc swój jad.

Witold GOMBROWICZ

Edukacja w Polsce – to powinna głosić polska lewica bez względu na konotacje - winna się zająć przede wszystkim demitologizacją naszych dziejów, demistyfikacją głównych wydarzeń w naszej historii (dawnej i najnowszej), urealnieniem i racjonalizacją prowadzonej od prawie 3 dekad przez kolejne ekipy rządzące naszym krajem tzw. „polityki historycznej”, a także obalaniem szkodliwych (dla współczesnej Polski i jej przyszłości) fantazmatów i fobii mających u swej genealogii założenia prawicowo-nacjonalistyczne, konserwatywne i patriarchalno-mizoginistyczne. Zaniedbania w tej materii są widoczne jasno m.in. w mizernych popiskiwaniach nielicznych komentatorów o lewicowej proweniencji (m.in. Szumlewicz czy Kurkiewicz) – zamiast protestów nie tylko lewicy ale i zdeklarowanych klasycznie myślących liberałów (nie pseudo-liberałów o neoliberalnej czyli konserwatywnej, klerykalnej, często prawicowo-ksenofobicznej wizji świata) – przeciwko zakusom państwa polskiego celem wydobycia z południowo-afrykańskiego wiezienia rasisty, mordercy i „białego suprematysty” Janusza Walusia odsiadującego tam karę dożywotniego więzienia za brutalny mord na Chrisie Hanim.
Tak rozumiana edukacja winna nauczać przede wszystkim krytycyzmu, dystansu do autorytetów (przez co zanika skłonność do autorytaryzmu), racjonalności co z kolei będzie wpływać i sprzyjać samodzielnemu i zdystansowanemu myśleniu przyszłych pokoleń Polek i Polaków. I nie o żadną „pedagogikę wstydu” tu chodzi jak prawi nam dziś rządzącą ultra-prawica (i sekundujący jej neoliberałowie). To jest po prostu zasadniczy paradygmat dla lewicy w płaszczyźnie edukacji, którego nie widzę w żadnym programie polskich partii uważających się za lewicowe.
Zasadniczym i wiodącym tematem naszej historii jest peryferyjność Polski na mapie Europy, jej zawieszenie (i związana z tym niejasna tożsamość oraz jej samoświadomość w polskim społeczeństwie) między Wschodem a Zachodem wynikające z dziejów naszego kraju. Tu jest potrzebna narracja na wskroś pragmatyczna, racjonalna i realistyczna oparta wyłącznie o suche, historyczne fakty oraz analizę polityki, stosunków społecznych i gospodarczych w Polsce przedrozbiorowej, gdyż to owe stosunki: społeczne, kulturowe, religijne, a przede wszystkim – klasowe, rzutują po dziś dzień na stan umysłowości naszego kraju w postaci tzw. „długiego trwania”. Bo to owe stosunki, zwłaszcza struktura klasowa I RP trwająca bez mała do końca XIX wieku, a często do początków II wojny światowej (oparta o feudalno-folwarczne, wielkie posiadłości magnacko-szlacheckie na podobieństwo latynoamerykańskich hacjend z niewolnikami dostarczonymi z Afryki do Nowego Świata, gdzie w miejsce Afrykanów pracowali miejscowi chłopi pańszczyźniani) spowodowały zapóźnienie cywilizacyjne naszego kraju.
W tej właśnie materii mamy do czynienia w nadwiślańskiej narracji z rozległymi pokładami fantazmatów, z mitologizacją minionej historii, z przaśną i zero-jedynkową heroizacją (jak ma to miejsce w przypadku tzw. żołnierzy wyklętych a takich epizodów w polskiej historii jest całe mnóstwo). Gloryfikacja przez cały okres transformacji ustrojowej przez mainstream sarmackiego, post-folwarcznego i post-feudalnego rozumienia procesów historycznych, z idealizacją „ziemiańskiego dworku” (określonego jako symbol sielsko-polskiej obecności na terenach tzw. Kresów z pominięciem spojrzenia na nią z perspektywy brutalnych kolonizatorów tamtejszych ziem) emanuje aktualnie niezwykle szkodliwymi efektami w wielu dziedzinach życia umysłowego i polskiej mentalności. Bo to słabość mieszczaństwa, prowadzenie przez „herbowych Panów Braci” ekstensywnej i rabunkowej gospodarki rolnej (folwark nastawiony był nie na innowacyjność, a na proste zwiększanie zysków – dziś mówi się o wzroście wydajności pracy i konkurowaniem przez Polskę „taniością siły roboczej” - przez nakładanie coraz to nowych obciążeń na poddanych właścicielowi chłopów pańszczyźnianych i ich rodziny, alienacja i spychanie na margines mniejszości nie-katolickich powodowały uwiąd tamtego państwa, dodatkowo zabijanego przez cały splot obowiązującego prawodawstwa związanego z ubezwłasnowolnieniem panującego monarchy oraz tzw. „wolnością szlachecką”. Panująca ideologia sarmatyzmu wzmacniała fantazmatyczne fikcje, obecne w zbiorowych wyobrażeniach (symbolicznych i realnych) przesłaniając konstruktywny i racjonalny obraz rzeczywistości. Po 13 latach rządów prawicy w Polsce – a w przestrzeni narracyjno-edukacyjnej jest to w zasadzie 30 lat – spustoszenie w racjonalności i realizmie myślenia o historii, która wywiera wpływ na teraźniejszość, jest bezwzględne. I dlatego m.in. jest jak jest.
Tamtejsze, od początków XVII wieku, podziały społeczne przebiegały niesłychanie jednoznacznie: wedle religii (szlachta była katolicka, chłopi poddani – prawosławni), wedle posiadania środków produkcji (właścicielami byli „herbowi Panowie Bracia”, poddanymi chłopi pańszczyźniani), wedle urodzenia i zajmowania miejsca w hierarchii społecznej oraz wedle tożsamości i świadomości bycia suwerenem. Widzę tu absolutne analogie z dniem dzisiejszym. Szlachta polska stanowiąca na ziemiach ukraińskich ok. 7-8 % całej populacji w swoich rękach skupiała ponad 80 % ziemi. Ruscy kniaziowie ochoczo się spolonizowali (podobnie jak liczni polscy lewicowcy przechrzcili się na neoliberalizm) z racji przynależności klasowo-cywilizacyjnej, dokonując gremialnie konwersji na katolicyzm.
To tylko jeden z epizodów niesłychanie skrzętnie przemilczany z dziejów Polski. Byliśmy nie gorszym kolonizatorem, brutalnym eksploatatorem i kontr-reformacyjnym krzyżowcem na wschodnich terenach Europy. Post-kolonialna historia w Polsce jest niebywale zaniedbana, a badań nad jej istotą prawie w ogóle nie ma. Polski kolonializm realizowany w tamtych czasach na bezkresnych obszarach po Morze Czarne to żyzne pole dla wielopłaszczyznowych dociekań historycznych, kulturotwórczych, socjologicznych, antropologicznych itd. Ta część polskiej szlachty, która od końca XVI wieku „najechała” tereny 4 województw wcielonych w 1569 roku do Korony (kijowskie, podolskie, wołyńskie i bracławskie) posiadła cechy typowego kolonizatora, agresora, zaborcy i konkwistadora. Echa tych wydarzeń i polskiego imperializmu są widoczne do dzisiejszego dnia (m.in. w konfliktach na Ukrainie). I to właśnie lewica powinna jawnie i realnie wyartykułować w swym programie edukacyjnym.
Tak zaproponowana edukacja lewicowa powinna opierać swe założenia na:
- z jednej strony - na formacie tych badań prowadzonych na kanwie marksistowskiego pojmowania wszelkiej typologii ruchów narodowowyzwoleńczych i anty-kolonialnych z uwzględnieniem zdobyczy współczesnej socjologii, psychologii społecznej, a przede wszystkim studiów z dziedziny badań nad post-kolonializmem.
- z drugiej strony - na dekonstrukcji syndromu fantazmatycznej wizji Kresów, z jej mitologicznym ujęciem, gdzie tzw. „polskość” jest sprowadzona wyłącznie do kultury „ziemiaństwa” i „dworków”. Ta nostalgiczno-przaśna, nierzeczywista wizja jest głęboko konserwatywno-zachowawczą, paternalistyczną i anty-modernistyczną w każdym wymiarze. Umiejscawiając jądro tzw. „polskości” w ziemiańskim dworku (czyli heroizując i gloryfikując tym samym agraryzm i sarmatyzm) nie pozwala się spojrzeć na dzieje tych obszarów i tej części naszej historii w sposób realistyczny, a na naszych przodków – nie jako na tych „co nieśli kulturę Zachodu” (bo to kolejny mit o immanencji polskiej kultury w paradygmacie „zachodnioeuropejskości”) w stepy Azji i wszelkiej barbarii, ale na imperialistów, kolonizatorów i konkwistadorów dokonujących w imię utylitarnych interesów klasowych, zwyczajnych podbojów, a potem – realizujących brutalną eksploatację autochtonicznej ludności. Znów analogie do dzisiejszych czasów są niezwykle czytelne. I to w wielu wymiarach.
W tej mierze na zasadzie partnerstwa winno się połączyć siły nauki – i to też jest zadanie dla edukacji jaką winna zaproponować lewica - zarówno u nas jak i na Litwie, Białorusi, Ukrainie czy Rosji w badaniach nad kolonialną przeszłością tych obszarów. Tak jak to ma miejsce w przypadku wspólnych eksploracji kolonialnej przeszłości Indii przez Brytyjczyków i Hindusów.
Ten aspekt jest moim zdaniem niesłychanie istotny z dzisiejszego punktu widzenia Polski. Im bardziej I RP pogrążała się w otmętach irracjonalizmu, bigoterii, zacofania gospodarczego, ruiny politycznej i peryferyzacji kultury (wobec trendów zachodzących wówczas w Europie Zachodniej) tym mocniej w Polsce kwitło przekonanie o kulturowej i cywilizacyjnej wyższości nad resztą Europy. Psychoanaliza widzi w tym syndrom maskujący realną rzeczywistość przy pomocy wyobrażeń i symboliki pokrywających postępującą degrengoladę kraju we wszystkich dziedzinach życia. Czy współcześnie nie mamy też do czynienia z podobną sytuacją w przestrzeni obowiązującej narracji i postępujących manipulacji pokrywającymi pustkę intelektualną rodzimych elit politycznych ? Polska prawica chyba tak już ma i to ta od Jarosława Kaczyńskiego, i ta od Grzegorza Schetyny, i ta od Ryszarda Petru. O Korwinie nie wspominając.
Tu właśnie widzieć należy emanację idei romantycznych, które doktrynalnie wspomagają pełnymi garściami uzasadnienia dla sarmatyzmu, idealistycznych i megalomańskich poglądów w rodzaju: „Polska Chrystusem narodów” bądź Polska jako Winkelried dla reszty Europy. To tu mają swe korzenie współczesne doktryny „Wszech-Polaków”, neofaszystów (faszyzm, zwłaszcza niemiecki, był zakorzeniony niesłychanie głęboko w romantyzmie dlatego uważam tę epokę za niebywale szkodliwą w dziejach Starego Kontynentu) i inne, temu typowi podobne, miazmaty. To tu mieści się irracjonalny kult tzw. żołnierzy wyklętych traktowanych jako jedna, idealistyczna i wzniosła wspólnota idei bez kontekstu uniwersalistyczno-historycznego. To stąd dziś – obojętnie czy rządzi w Ministerstwie Sprawiedliwości Borys Budka (PO) czy Zbigniew Ziobro (z nadania PiS-u) – Polska czyni polityczno-prawne wygibasy mające na celu ściągniecie do kraju faszysty, rasisty i brutalnego mordercy, odsiadującego dożywocie w więzieniu na Shark Island (RPA) jakim jest Janusz Waluś, kierując się skompromitowaną, klanowo-plemienno mentalnością, opartą o „więzy krwi”.
Ukraina - trzy lata po Majdanie
2017-04-07 19:34:47
Wolność tylko dla zwolenników
i członków jednej partii – choćby
najliczniejszej – wolnością nie jest.
Wolność jest zawsze tylko wolnością
dla inaczej myślących.

Róża LUKSEMBURG


Myśl wielkiej polskiej działaczki międzynarodowego ruchu robotniczego, europejskiej myślicielki zmarłej w tragicznych i traumatycznych okolicznościach, stanowiąca motto niniejszego tekstu dotyczy nie tylko polityki. Dotyczy nauki, zagadnień społecznych, kulturowych, a przede wszystkim – tak ważnych w dzisiejszej rzeczywistości współcześnie funkcjonujących środków masowej komunikacji – przestrzeni medialnej. Partia w tym passusie to tylko określona figura retoryczna.
Polska narracja na tematy ukraińskie i tego wszystkiego co dzieje się u naszego wschodniego sąsiada przekazywana od lat jest w formie agitacyjnej, manichejskiej, wedle schematów czarno-białych, z niezwykłą subiektywizacją ocen i tez. Jakby powiedział Melchior Wańkowicz – „z chciejstwem”, typowym dla nadwiślańskiego życia publicznego od dekad. Może nawet od wieków. W zasadzie mamy do czynienia albo z nacjonalistyczno-endecką wersją tych wydarzeń (traktującą obywateli Ukrainy en bloc jako faszystów, spadkobierców OUN-UPA i wyznawców ideologii Bandery-Szuchewycza czy koncepcji Dońcowa, ludobójców z Wołynia) albo z agresywnie militarystyczną, podszytą „rusofobią” i demonizacją Kremla oraz obrazem domowej wojny na wschodzie tego kraju. Pomija się (albo traktuje marginalnie) takie zjawiska jak oligarchizacja gospodarki i kraju położonego nad Dnieprem i Dniestrem, niebotyczną korupcję sytuującą Kijów w czołówce tego typu państw, nikomu nie podlegające - prywatne de facto - oddziały militarne najemników siejących terror i zabójstwa (często na zlecenie, nie mające jakiegokolwiek związku z polityką czy zagadnieniami narodowościowo-językowymi) pokrywając je retoryką narodowo-nacjonalistyczną itd.
Ponadto mamy w tym kraju do czynienia z sytuacją niezwykle podobną – moim zdaniem - jaka miała miejsce przed i podczas rozpadu Jugosławii: kraj złożony z różnych języków, religii, kultur, tożsamości itd. pruje się wedle tych właśnie linii nieciągłości. Nasz, polski, mainstreamowy obraz Ukrainy przykładany jest wedle obowiązującego nad Wisłą i Odrą jednolito-narodowego szablonu. A to niezwykle złudne i nieprawdziwe mniemanie. Osobiście mogę stwierdzić, że istnieje przynajmniej 6 Ukrain, znacznie się od siebie różniących, ale zakreślonych granicami państwa powstałego po rozpadzie ZSRR (tu analogia z byłą Jugosławią pod względami: kulturowym, tożsamościowym, językowym, religijnym itd. jest nie do podważenia).
Czy w narracji bądź dyskusjach na temat zjawisk drążących współczesną Ukrainę, musi być nakładany całun naszej, nadwiślańskiej (tak powszechnej w świadomości Polek i Polaków) i wszechogarniającej wszystkie zagadnienia polityczno-społeczne i kulturowe, spiskowej teorii dziejów ? Czy możliwa jest w Polsce, na bazie tak spolaryzowanego i skrajnie bipolarnego oglądu naddnieprzańskiej rzeczywistości (i nie tylko – dotyczy to całokształtu sytuacji na Wschodzie Europy) asertywna, nie-emocjonalna dyskusja na tematy istotne dla samej Ukrainy, dla Polski, dla Europy i ……. Rosji, która jest znaczącą częścią Starego Kontynentu i jakiekolwiek zaklęcia czy fobie nic tu nie zmienią ?
Demonizacja roli Prezydenta Rosji Władimira Putina w polityce światowej jest niebotyczna i irracjonalna. Zwłaszcza, że ci sami komentatorzy diabolizujący i wyolbrzymiający manipulacje Kremla chwilę wcześniej, wszem i wobec, zapowiadają autorytatywnie totalny upadek Rosji, kryzys podcinający jej gospodarkę itd. Warto jest zacytować takie znane powiedzenie: „Rosja nie jest taka silna – jak się jej wydaje, ale też nie jest taka słaba – jak widzą ją jej wrogowie”. Tzw. „ruskij mir” – do którego odwołuje się elita rządząca w Moskwie - jest tym samym co „pax americana” tylko, że w mniejszym wymiarze bo rozciągniętym na poradziecką przestrzeń polityczną (zwłaszcza, iż poza granicami Federacji Rosyjskiej pozostały miliony etnicznych Rosjan, a w większości tych krajów demokracja i społeczeństwo obywatelskie są w stanie szczątkowym, nawet jeśli te kraje należą do Unii Europejskiej). Możemy się z tym nie zgadzać, możemy to krytykować, ale uwzględniać to w swych analizach, opiniach czy narracji – z tytułu racjonalności, pragmatyzmu i bez względu na sympatie czy kompleksy – wypada. Bez Rosji w Europie (zwłaszcza na Wschodzie kontynentu) niewiele się wskóra.
Polska od 1989 roku zajmuje zdecydowanie „rusofobiczne” stanowisko. I to we wszystkich możliwych płaszczyznach (często nawet ze szkodą dla własnych interesów, aby wyłącznie „zagrać na nosie”, zrobić na złość, Rosji). Francuski filozof i politolog Bruno Drweski mówi: „….. Tępota polskich tzw. elit, co się POPiS-ują po kolei od 25 lat, to typowe zachowanie krzyczącego z bólu niewolnika, który chce budzić litość nowego Pana i marzy o tym, żeby stać się jego Uncle Tomem, czyli ulubionym niewolnikiem mającym służyć w domu swego Pana, by nie tyrać na jego polach. Takie zachowanie to nie wyzwolenie, to dobrowolne lokajstwo hilfspolizei”. Przypisywanie sobie jedynej prawdy – zdecydowanie szkodzi. Zwłaszcza w polityce. Prof. Ludwik Stomma, etnolog, antropolog kultury, humanista, nauczyciel akademicki sądzi, iż ten stan rzeczy zmienić można jedynie w wypadku kiedy „….. wyzbędziemy się przekonania, że jesteśmy posiadaczami prawdy”. Inaczej, w każdy wypadku pozostawać będziemy na rewindykacyjnych pozycjach, sądząc że inni muszą się nagiąć do naszej wizji świata i swoją tożsamością dopasować do naszej. Jest to droga donikąd. Aby jednak z niej zejść trzeba chcieć dokonać wysiłku i zakwestionować „opowieści spod lipy”. A one są przecież tak wygodne, tak pochlebne, ukazują nas w najjaśniejszych barwach, uspokajające nasze sumienia, nawet kreują nas na naród wyjątkowy, mający szczególną misję - wszędzie (zwłaszcza na Wschodzie Europy) - do spełnienia.
Tymczasem inni też mają swoje misje, swoje prawdy i swoją politykę. I to jest właśnie esencja polityki, zrozumienie owych paradygmatów których podstawą jest kompromis i negocjacje (czyli rozmowa).
Filozof idei i politolog, znawca kultury i historii Rosji (światowej sławy) prof. Andrzej Walicki twierdzi, że „…Polska wchodząc do Unii Europejskiej powinna dbać głównie o dobre stosunki z Niemcami, a także nie próbować odgrywać roli klina wbitego między Niemcy i Rosję”. I to jest druga prawda, którą Polacy muszą uwzględniać mówiąc o Wschodzie Starego Kontynentu. I to dotyczy też Ukrainy, którą chce się – z racji naszego „ciasnego” i „rusofobicznego” stanowiska politycznego – rozegrać przeciwko Rosji, nie bacząc na zagrożenia rodzące się dla naszych interesów nad Dnieprem, Dniestrem i Prutem. I tu rodzi się kolejne pytanie; cz interesy Polski i Rosji zawsze muszą być rozbieżne ? Pojęcie nigdy nie istnieje w polityce, o czym świadczyć mogą najlepiej słowa mistrza polityki – jak uważa się w Polsce (choć niezwykle wybiórczo) Winstona Churchilla: „Nie ma w polityce wiecznych przyjaciół i nieprzyjaciół. Są tylko wieczne interesy”. Anglosasi byli zawsze, i są, daleko (de facto – przy Europie), dlatego ich interesy niekoniecznie muszą być zbieżne z polskimi. Polska leży bowiem w środku Starego Kontynentu.
Aby wypowiadać się i decydować o politycznym stanowisku odnośnie całego Wschodu Europy, wymagana jest doskonała znajomość dziejów tych obszarów, ich kultury, jak również skomplikowanych zagadnienia społeczno-politycznych odziedziczonych w wyniku historii. Nie „wishfull thinking”, nie fantasmagorie czy oparcie się na fantazmatach jakich pełno jest w naszym, polskim imaginarium. Dlatego nie można zgodzić się – zgodnie z tą konkluzją jak również z wielu innych względów - aby en bloc za rzeź wołyńską (jak to czyni się często w naszym kraju) obwiniać wszystkich Ukraińców, obywateli tego państwa. Trzeba to mówić jasno i wyraźnie, zwłaszcza w środowiskach lewicy (bez względu na konotacje i sympatie, bez prób rozgrywania aktualnej sytuacji wewnątrz-ukraińskiej w jakie wpadł ten kraj - tak z tytułu naddnieprzańskich uwarunkowań jak i rosyjskich ingerencji – i z racji tego komu to zaszkodzi, a komu pomoże): UPA-OUN to byli faszyści a nawet - naziści ukraińscy. Ich dzisiejsze rosnące stale znaczenie – i nie jest to w żadnym wypadku przerysowywana propaganda kremlowska czy anty-ukraińska narracja – w różnych strukturach władzy na Ukrainie, z racji edukacji prowadzonej wśród młodzieży (zwłaszcza na zachodzie kraju), z tytułu istnienia niezliczonej liczby prywatnych oddziałów sponsorowanych przez oligarchów czy paramilitarnych, skrajnie prawicowych organizacji musi budzić niepokój oraz daleko posunięty dystans do tych zjawisk. Doskonale bowiem wiadomo, iż tego typu „milicje”, oparte o tzw. suprematyzm (co by pod tym terminem nie rozumieć) mają wyraźnie prawicowy, często ultra-rasistowski i nawet - faszystowski rys. Takie przykłady jak np. Ku Klux Klan, Narody Aryjskie czy Rada Konserwatywnych Obywateli w USA ([za]: Council of Conservative Citizens) są tego najlepszą tego egzemplifikacją.
Ideologia nazistowsko-faszystowska ma się na Ukrainie bardzo dobrze i jest gloryfikowana przez najwyższe władze w Kijowie. Czy na faszystowskich doktrynach, bliskich nazizmowi ideach i praktykach (a przynajmniej - na ich publicznym gloryfikowaniu) można budować cywilizowaną państwowość w europejskim wymiarze ? Czy jest jakiekolwiek wytłumaczenie, nawet najbardziej wzniosłe i szczytne, aby legitymizować czy uzasadniać patriotyzm, chęć niepodległego bytu bądź wolność tego typu argumentami czy ideologią ?
Na te fakty zwracali w swych wypowiedziach uwagę politycy, na pewno nie pro-kremlowscy czy związani biznesowo z kapitałem rosyjskim, tacy jak Günter Werheugen, Miloš Zeman, Aleksis Tsipras czy Nikolas Sarkozy.
Czy możemy rozmawiać i czy powinniśmy wysłuchać innej narracji na tematy ukraińskie pochodzące z gremiów opozycyjnych wobec rządzących w Kijowie elit, a pochodzące ze wschodu Ukrainy ? Czy wszyscy którzy nie zgadzają się z efektami Majdanu – rozpoczętego pod zupełnie innymi hasłami i mającego zupełnie inne społeczne uwarunkowania niż jego polityczne efekty – są automatycznie agentami Kremla, zwolennikami polityki Prezydenta Putina czy pro-rosyjskimi trollami ? Czy uczciwość i pluralizm – przede wszystkim w mediach - nie wymagają zawsze wysłuchać tego INNEGO ? I czy amputacja – przez polski mainstream medialno-polityczny (czyni się tak w wielu, nie tylko w odniesieniu do polityki wschodniej, przypadkach) – immanentnego Oświeceniu sceptycyzmu i samodzielności myślenia na rzecz apriorycznej wiary w tzw. Autorytety jest czymś ze wszech miar pożądanym ? I czy sponsoring kogokolwiek w obcym kraju dolarami tak aby realizowane były interesy hegemona (enuncjacje w tej materii pani Nuland) jest czymś lepszym niźli sponsoring a rebours tylko, że w rublach ? Mówimy z punktu widzenia obiektywizmu, prawdy, balansu poglądów i sądów.
Polski mainstream postrzega sytuację na Ukrainie wedle XIX-wiecznych paradygmatów, opierając się w tym na mrzonkach Maurycego Mochnackiego czy mocno zwietrzałej (z racji upływu czasu i zmiennych warunków geopolitycznych) koncepcji Giedrojcia-Mieroszewskiego. Tu zawarte są wizje jagiellońskiej tromtadracji, jakiegoś mitycznego Międzymorza czy zepchnięcia Rosji za Ural (a najlepiej podzielenia jej wg wizji Brzezińskiego z „Wielkiej szachownicy”). Na ten temat, czyli „rusofobicznej”, nieprzyjaznej, wręcz wrogiej postawy polskiej elity demo-liberalnej wobec Federacji Rosyjskiej w ostatnim 30-leciu, znajdziemy wiele przykładów przywoływanych w swej twórczości przez profesorów - znawców tematyki – Andrzeja Walickiego czy Bronisława Łagowskiego.
20 kwietnia 2017 roku, w Hotelu Gromada (w Warszawie), o godz. 10.00. odbędzie się międzynarodowa konferencja poświęcona zagadnieniu: >Ukraina – trzy lata po Majdanie<. Może ona choć w niewielkim stopniu zdoła odpowiedzieć na dylematy związane z przyszłością Ukrainy, konfliktami szarpiącymi ten kraj od wewnątrz (i to jest nie tylko Krym czy wschód kraju, ale także Bukowina czy Zakarpacie), ze wzrostem znaczenia sił nacjonalistycznych, quasi-faszystowskich, rewanżystowskich i ksenofobicznych oraz gloryfikacją tożsamości narodowej opartej o takie symbole i wartości, a także wszechobecnej korupcji i oligarchizacji życia publicznego.

Program konferencji:
Panel 1 – część 1-sza panelu, h: 10.00. - 14.30. (moderator Wasilij Wołogda)
część 2-ga panelu, h: 12.30.- 14.30. (moderacja - j.w.)

Panel 2 – część 1-sza panelu, h: 15.30. - 17.30. (moderator Radosław S. Czarnecki)
część 2-ga panelu, h: 17.30. - 19.30. (moderacja - j.w.)

Dwie przerwy na kawę; 12.00 i 17.00.
Przerwa obiadowa: 14.30 – 15.20.
Przewidywane zakończenie konferencji o h: 19.30.


Marks vs neoliberalno-nacjonalistyczne memuary
2017-03-23 07:39:39
Źródłem rozmaitych przejawów zła
w społeczeństwie jest własność prywatna.

Emmanuel MOUNIER

Facebook obiega dramatyczny wpis o sytuacji jaka miała meijsce we wrześniu 2016 roku w Mielcu. W tamtejszej Specjalnej Strefie Ekonomicznej i funkcjonującej w jej ramach firmie niemieckiej Kirchoff Automotive Polska Sp. z o.o. doszło wówczas do spontanicznego strajku pracowników. Domagali się poprawy warunków pracy i podwyżki wynagrodzeń. Jednak ów wpis kierunkuje dyskusję na stwierdzenie dyrekcji przedsiębiorstwa mówiącej, że jeśli pracownicy nie wrócą do pracy to w ich miejsce zatrudnieni zostaną, ściągnięci z Ukrainy, kolejni pracobiorcy. Wystarczy przeczytać komentarze umieszczane pod tą informacją, które ociekają oburzeniem na „niedobrego Niemca, właściciela fabryki”, który ma satysfakcję z wyzyskiwanych przez niego Polaków, których zatrudnia w tej fabryce. Pomijając, iż średni personel spółki (jak i management) jest zapewne polski, uważam tę sytuację za celową i jawnie ukierunkowaną manipulację oraz agitację, mającą sprzyjać określonym rozwiązaniom w naszym kraju. Celem jest wzbudzenie przychylności rządzącym nastrojów co do akcji wobec międzynarodowego – przede wszystkim niemieckiego - kapitału. Czyli tzw. repolonizacji (=nacjo-szowinizmowi) najszerzej pojętej i realizowanej we wszystkich możliwie sferach. Repolonizacji mającej de facto być ich „pisizacją”. Jest to element akcji inicjowanej przez ekipę PiS-u (i jego akolitów) mającej na celu wzbudzić kolejną porcję ukrytych pokładów ksenofobii – tu: germanofobii, co jest na rękę rządzącym i odsunięcie tym samym zainteresowania społecznego od innych, istotnych problemów kraju.
Warto jednak zauważyć, iż sedno owych problemów – drastycznych, niesprawiedliwych i istniejących w naszym kraju od dawna – leży absolutnie gdzie indziej. Na pewno nie w narodowości właścicieli firmy Kirchhoff Automotive Polska Sp. z o.o. Twarz vice-premiera Morawieckiego jr. wywodzącego się z kręgów kapitału finansowego a będącego prominentną osobistością rządu Beaty Szydło (i stojących za nią idei i przesłań PiS-u) jest tu aż nadto czytelną (o czym nota bene nikt nigdzie nie wspomina).
To co napisałem we wstępie opieram na fakcie, iż rządzące Prawo i Sprawiedliwość tym różni się jedynie od poprzednich rządów – przedkładających także wyższość neoliberalnej i kapitalistycznej formy własności środków produkcji nad wszelkimi społecznymi rozwiązaniami w tej kwestii – że jego pomysły na gospodarkę (analogiczne w swoim esencjonalnym wymiarze i formach funkcjonowania z tymi, które wdrażali przez lata atakowani przez nią poprzednicy) mają „biało-czerwoną flagę” na swoim maszcie. „Biało-czerwoną flagę”, a nie zaklęcia o globalizacji, światowym wolnym rynku, swobodzie przepływu kapitału czy siły roboczej. To w zasadzie narodowo-nacjonalistyczna, korporacyjna, podobna do włoskiego modelu gospodarki i funkcjonowania państwa z okresu władzy Mussoliniego i konsensusu jaki istniał wówczas w Italii między kapitałem, państwem, Kościołem katolickim i „żółtymi związkami zawodowymi”, forma życia publicznego.
Kościół katolicki partycypował w tym systemie czynnie. Istota tej doktryny jest w pełni zawarta w encyklice Piusa XI „Quadrogesimo Anno” (15.05.1931). Również polskie rozwiązania sprzed II wojny światowej szły w tym kierunku. Współczesna sytuacja w tej mierze w naszym kraju jest niezwykle podobną do włoskiej sprzed 80-ciu laty. Co doskonale widać, słychać i czuć.
Własność prywatna to podstawowa zasada funkcjonowania rynku jako takiego i władającego nim kapitału. Mozolnie i ochoczo budowana jest taka sytuacja nad Wisłą, Odrą i Bugiem od ponad ćwierćwiecza. Ale czy większość z „budowniczych” i „animatorów” restauracji „jedynego i słusznego dziś ustroju” jak indoktrynuje mainstream wie - i wiedziało dawniej, w chwili rozpoczęcia tego boju - „z czym to się je” ? Co oznacza owo pojęcie ? Z czym się kojarzy i jakie konsekwencje za sobą pociąga ? Co kryje się za magicznym słowem – posiadacz ? Polskie społeczeństwo po latach transformacji i mrzonkach roztaczanych przed tym społeczeństwem w przedmiocie „godności”, „solidarności”, „równości” i „100 milionach dla każdego” jest beznogim ślepcem z amputowaną na dodatek racjonalnością i pragmatyzmem myślenia klasowego, zbiorowego, wspólnotowego. Pozostała jedynie w nim sfera nacjo-, kato- plemiennej interpretacji rzeczywistości. Nikt z animatorów i bojowników o Restaurację Kapitalizmu nie wiedział (a może wiedział, lecz nie chciał tym 9/10 polskiej populacji powiedzieć), że kapitalizm wg modelu reńskiego czy skandynawskiego jest oczywiście cool i istnieje na prawdę, ale również ów ustrój istnieje (i funkcjonuje w najlepsze) w Panamie, Kenii, Burkina Faso bądź Indonezji.
Na dodatek dochodzi powszechne niezrozumienie procesów globalizacji (na czym żeruje manipulacja i agitacja pro-wolnorynkowa w wersji neoliberalnej), a takie terminy jak relokacja, outsourcing, re-engineering, maquiladoras itd. jako immanentne współczesnemu systemowi powszechnie obowiązującemu są kompletnie niezrozumiałe. Wydaje się wielu dyskutantom o tych zjawiskach i takich przypadkach jak w Mielcu - propaganda pisowska niewiele różniąca się od neoliberalnego mainstreamu (występującego „pod flagą globalnego kapitału”) wykorzystuje tu widomy szowinizm i nacjo-katotalibskie nastroje popularne (i podsycane w ten sposób) w społeczeństwie – że wystarczy zamienić wektory, czyli repolonizować fabryki (tj. zmienić właściciela środków produkcji i umiejscowienie fizyczne kapitału) na „biało-czerwone barwy”’ i będzie miło, sprawiedliwie i godnie. Mrzonki, „ściema”, oszustwo i kanalizacja protestów (zasadnych) ale nie w tą stronę gdzie trzeba.
Kontekst licznych wypowiedzi, niezrównanych w swoistej poetyce apologetów koneksji na rzecz biznesu i kapitału ze strony państwa i społeczeństwa takich jak Jeremi Mordasiewicz, Cezary Kaźmierczak czy Henryka Bochniarz nie pozostawia tu żadnych złudzeń. Karol Marks miał po stokroć rację formułując swe refleksje przed 150 laty, bo to nie kto inny jak Cezary Kaźmierczak – polski pracodawca o korzeniach solidarnościowo-wolnościowych i medialna twarz rodzimego biznesu - miał o pracobiorcach Polsce powiedzieć, że: „Dobrobyt rozleniwia i sprawia, że ludzie rozbudzają w sobie nieracjonalne oczekiwania”.
Wyzysk i niesprawiedliwość tak samo bolą, poniżają, odzierają z godności, uwłaczają człowieczeństwu gdy dokonywane są pod flagą polską, niemiecką, chińską „ruską”, amerykańską czy Unii Europejskiej. Są tak samo nieetyczne i niegodziwe gdy dysponentem tegoż kapitału jest prawdziwy-Polak, Żyd, Murzyn, gej, Mulat, rastafarianin, katolik, buddysta itd. Pochodzenie, nacja, wyznanie, kolor skóry, język, tak jak irracjonalnie pojmowana narodowość kapitału, nie mają tu żadnego znaczenia.
Karol Marks w „Krytyce programu gotajskiego” (1875) napisał: „Robotnikowi najemnemu pozwala się pracować na własne utrzymanie, a więc pozwala mu się żyć o tyle tylko, o ile przez pewien czas pracuje darmo dla kapitalistów (a zatem i dla tych, którzy wraz z nimi uczestniczą w zjadaniu wartości dodatkowej);
- że cały system produkcji kapitalistycznej obraca się dokoła zagadnienia, jak zwiększyć ilość tej darmowej pracy przez przedłużenie dnia pracy albo przez zwiększenie jej wydajności, większe natężenie siły roboczej itd.;
- że przez to system pracy najemnej jest systemem niewolnictwa, przy czym niewolnictwo to staje się tym cięższe, im bardziej rozwijają się społeczne siły wytwórcze pracy bez względu na to, czy robotnik otrzymuje lepszą czy gorszą zapłatę
”. Nic dodać nic ująć.
Lewica, oczywiście z potrzebną reinterpretacją tez brodacza z Trewiru (uzasadnioną 100-leciem rozwoju ludzkości), musi wrócić do tych źródeł aby zdiagnozować obecne zagrożenia, opisać je klasowo i opracować stosowny program dla pracobiorców będących naturalnym wyborczym zapleczem dla niej. Nie w wymiarze „kochajmy się” Panowie Bracia Polacy (jak w czasach I RP), nie w wymiarze „solidaryzmu społecznego” (bo on zawsze będzie miał wymiar włoskiego faszystowskiego korporacjonizmu szowinistyczno-narodowej maści), nie wedle koncepcji katolickich made in Jan Paweł II zamulających zasadniczą istotę konfliktów klasowych i nie pod rękę z kapitałem (oczywiście – nie z „nożem w zębach” czy bejsbolem w ręku, ale traktowanym jako przeciwnik, interlokutor, adwersarz) lecz według interesów wspomnianego zaplecza wyborczego.
Konkluzją tego wpisu blogowego jest powtarzana od lat przeze mnie myśl: POPiS wiecznie żywy ! Ma dwie twarze: jedną „soft”, drugą „hard”.
Efekt szczujni
2017-03-09 13:05:59
Ełckie wydarzenia w Noc Sylwestrową (oraz inne, podobne, jakich fala przetacza się przez Polskę od początku Nowego Roku) mnie osobiście absolutnie nie dziwią. I nie mam złudzeń, że jest to incydentalny wypadek, epizodyczne wydarzenie, spowodowane sylwestrowo-noworocznym zamętem i atmosferą karnawału. Sądzę, że to dopiero początek cyklu zdarzeń i podobnych aktów wieńczących określoną narrację przesyconą nienawiścią sączoną od lat do świadomości polskiego społeczeństwa . Będą one przetaczały się przez całą Polskę, nabierając dynamiki owocującej coraz groźniejszymi i tragicznymi skutkami. Geneza oraz źródła są rozlegle i głębokie, kumulowane w świadomości społeczeństwa od wielu lat. To z czym mamy dziś do czynienia podczas rządów Prawa i Sprawiedliwości oraz sprzężonych z nim klonów prawicowo-nacjonalistycznej i ultra-antykomunistycznej proweniencji jest kolejnym etapem określonego procesu, wielopłaszczyznowych działań i określonej retoryki. Zdziwieni są demo-liberałowie. Zaskoczeni i przerażeni zdają się być przedstawiciele środowisk lewicy nie komunistycznej. Czytając i słuchając ich enuncjacji widać, że te środowiska są impregnowane na racjonalną, rzeczową i realistyczną analizę rzeczywistości (demo-liberałowie np. nadal nie pojmują dlaczego przegrali wybory prezydenckie i parlamentarne AD’2015 więc czemu miały by wyciągnąć rzeczowe wnioski z przyczyn dramatu w Ełku). Dalekie jest im bowiem powiedzenie Sokratesa: „Zacznij od siebie”.

Dobry chrześcijanin nie prowadzi dialogu
z niewierzącym, ale dźga go mieczem
w brzuch jak najgłębiej potrafi.

kard. Bernard GUI (1261-1331)

Od początku tzw. transformacji ustrojowej narracja obozu Solidarności opierała się – na początku trzeba to przyznać iż tylko – na retorycznej deprecjacji ustroju (co politycznie jest może i do przyjęcia). Potem, gdy w czasie oddalał się upadek minionego systemu owa deprecjacja czy nawet swoista redukcja człowieczeństwa jako takiego (czyli – dehumanizacja) ludzi związanych z Polską Ludową przybierać poczęła coraz ostrzejsze formy. Znów na początku w wymiarze jedynie retorycznym. To tu znajduje swe miejsce i źródło wypowiedź prominentnej reprezentantki mainstreamu, że „lewicy w Polsce mniej wolno”. Miało to miejsce w kilkanaście lat po roku 1989.
Powie ktoś z obozu zwycięzców: mogliśmy was potraktować jak „lud” rumuński Ceausescu, okupanci Iraku rękoma przeciwników politycznych Saddama Husajna czy rebelianci i islamiści Kaddafiego. No tak, ale Joseph Guillotin i Antoine Louis stosując gilotynę do dekapitacji przeciwników też powoływali się na humanitaryzm takiej formy zadawania śmierci. Nie było to średniowieczne, inkwizycyjne łamanie kołem, zamykanie stóp w hiszpańskie buty, stosowanie wobec skazańca iron maiden czy trunctatio membrorum (śmierć następowała przez wykrwawienie). Wszystko bowiem zależy od kontekstu i historycznego czasu, kulturowego miejsca i cywilizacyjnego otoczenia. No i gdzie wtedy byłaby przez mainstream sakralizowana i przedstawiana jako najwyższa forma uniwersalizmu tzw. „etyka solidarności” wg ks. Józefa Tischnera ?
Doskonale te procesy polegające na dehumanizacji i odczłowieczeniu tego INNEGO pokazuje w swej twórczości Fridrich Dürrenmatt, klasyk dramaturgii, eseistyki i literatury europejskiej.
Taki sposób uprawiania polityki i propagandy tworzyły zawsze w dziejach podstawy do wszelakiej stygmatyzacji, piętnowania, naznaczania w widocznej publicznie formie tych INNYCH. Komuch, lewak, socjalista, marksista i ci wszyscy, którzy w czasie Polski Ludowej byli zawodowo czynni, przejawiali swą aktywność intelektualną i profesjonalną oraz traktowali to państwo polskie jako swoje - gdyż innego w owych geopolitycznych realiach być nie mogło - stają się powoli synonimem (oczywiście, cały czas mówimy o przestrzeni retorycznej, ale to ona jest odpowiedzialna za ugruntowywanie w świadomości ludzi określonych stereotypów, konotujących jednoznaczne skojarzenia, zwłaszcza jeśli ma ostrze wartościująco-orzekające) określonych klisz zapisanych w głowach zwykłych ludzi. Klisz związanych bezpośrednio z pojęciem zła. A przynajmniej nie-prawdziwego, nie-autentycznego, nie-naszego, Polaka. Zła jednoznacznie spersonifikowanego.
To uniemożliwia tak symbolicznie jak i formalnie stanięcie „twarzą w twarz” z OBCYM, INNYM, nie-POLAKIEM. Bo na to nie zasługuje, bo jest nie nasz. W świadomości tzw. „ludu” następuje po latach takiego przekazu skojarzenie, że każdy INNY jest zły, bo jest nie-Polakiem. Dodatkową frustracją dla reprezentantów tzw. „ludu” jest niewidoczność, nieuchwytność tych INNYCH: komucha, lewaka, marksisty, esbeka, agenta Kremla, byłego członka Partii itd. Nie może on być Polakiem, a jednocześnie jest taki sam jak JA, ma taki sam kolor skóry, mówi tym samym językiem, ba – ma czasami niezwykle brzmiące, typowo polskie, nazwisko i imię . I jak tu „gonić bolszewika” ?
A wyznawca islamu (jak dawniej Żyd), Arab, Afrykańczyk, Hindus, Gruzin itd. są widoczni, łatwo rozpoznawalni. Oni są crȇme de la crȇme „naszo-polskiej” niechęci, pogardy, nienawiści do obcych, INNYCH, nie-POLAKÓW. Złych emocji podsycanych przez elity i mainstream.
W takiej sytuacji konfrontacja twarzą w twarz – i powiedzenie mu w oczy; nie zasługujesz na egzystencję bo jesteś uosobieniem ZŁA, nie zasługujesz na godność i nie jesteś w takim razie człowiekiem - z tym którym pogardzamy jest niemożliwa. My tej czynności, uzbrojeni w taką, permanentnie do nas docierającą, negatywną argumentację, po prostu nie chcemy i nie potrafimy wykonać. Dziś jest to w dwójnasób łatwiejsze (pogarda zyskała w high tech-u dodatkowego sojusznika): sieć, wirtualność, komunikacja za pomocą portali społecznościowych, będących zaprzeczeniem dotychczas rozumianego dialogu tet’a’tet , gdzie INNEGO po prostu banujesz, kasujesz, wykluczasz kliknięciem myszki lub klawisza obrzucając go wcześniej bezkarnie błotem, inwektywami itd.
W Polsce dodatkowym wzmacniającym tego typu postawy i mentalność elementem jest ekskluzywizm polskiej wersji katolicyzmu (m.in. traktowanie siebie jako kolejnej wersji „narodu wybranego”) połączony z nacjonalizmem i mesjanizmem, czasem w zupełnie świeckiej postaci.
Jeżeli elity, kierujące krajem, dawały cały czas przekaz tzw. „ludowi” o lekceważeniu, o wyśmiewaniu , o absolutnej deprecjacji czy pogardzie minionymi czasy i ludźmi z nimi związanymi w różny sposób – choć to też jest historia Polski i nie tylko o ciemnych barwach jak wmawiał cały czas mainstream - to trudno się dziwić, iż powszechną stała się nie tylko obcość połączona z nienawiścią (a w najlepszym razie niechęcią) do tego DRUGIEGO, INNEGO, OBCEGO. Człowiek PRL-u (cokolwiek by się pod tym pojęciem mieściło), zwłaszcza ten który próbował bronić swojej godności i personalnych dokonań czy wyborów, został sprowadzony przez po-solidarnościowy mainstream do OBCEGO ciała „w zdrowym, jednolitym, polskim, narodowym, pod biało-czerwonym sztandarem organizmu”.
Tolerowano, zaakceptowano tylko tych, którzy przyjęli narrację elit post-solidarnościowych. I nie chodzi o to aby personalnie znęcać się nad tymi ludźmi. Czym różnią się postacie Marka Króla, Marcina Święcickiego, Stanisława Piotrowicza czy Andrzeja Kryże ?
Tu i teraz następuje specyficzna fiksacja w świadomości tzw. „ludu”: OBCEGO, INNEGO, nie-POLAKA należy zwalczać, a jak jest on zdehumanizowany, odczłowieczony to można go ……. tu niech Czytelnik wstawi sobie dowolną figurę zaczerpniętą z historii, chrześcijańskiej, cywilizowanej (ponoć) Europy.
Podstawowa masa tzw. „ludu” zaczyna w perspektywie takie narracji myśleć w kategoriach klanowych (czyli my kontra ONI, nie nasi, źli, obcy). To jest niechęć i niemożność zrozumienia tak samo tego INNEGO jak i siebie samego. I to jest źródło dehumanizacji, ponieważ opiera się na bezsilności owocującej pogardą, która przejawia się frustracjami, a w efekcie – agresją i terrorem.
Elity i zblatowane z nimi media wytworzyły taki oto obraz Polski, dla Polaków, dla tzw. „ludu”, po przełomie ustrojowym: podczas Okrągłego Stołu - który w całym cywilizowanym świecie jest przedstawiany jako wzór bezkrwawych zmian ustrojowych i porozumienia przeciwstawnych sobie sił politycznych - przedstawiciele elit post-solidarnościowych uczestniczących w tym kompromisie nie zauważając, że każda tego typu umowa wymaga negocjacji wyizolowały się, wyalienowały z realności i racjonalności otaczającego je świata. Także tego polskiego. Bo do negocjacji są potrzebne zawsze dwie strony. De facto wszyscy – i ci co rządzili do niedawna i ci co kierują krajem dziś – mówią w kontekście Okrągłego Stołu o swoim zwycięstwie (nie Polski, nie obu stron negocjacji, ale o swoim zwycięstwie). A zwycięstwo wymaga zawsze pokonanego, upokorzonego, zdeptanego przeciwnika. Nie jest więc kompromisem osiągniętym przy stole negocjacyjnym. W takiej retoryce i oglądzie rzeczywistości można odnieść wrażenie, że to Solidarność i jej elita dogadała się sama ze sobą przy Okrągłym Stole decydując o losach kraju.
Pogarda i nienawiść rodzą się zawsze z tak rozumianego pojęcia polityki. Wtedy zachodzić zaczynają procesy nie tyle politycznej konfrontacji na programy, koncepcje rozwoju, doktryny czy wizje, ale zwycięzcy (którym się wydaje iż „mogą wszystko”) toczą bój na wyniszczenie swoich przeciwników politycznych. Jaki przekaz dochodzi w związku z taką sytuacja do tzw. „ludu” ?
Kto sieje wiatr, zbiera burzę. Dla zadufanych, aroganckich, klanowo myślących elit inteligenckich post-solidarnościowej proweniencji (podobnie myślących jak pogardzani przez nie kibole, „dresiarze”, „naziole”, „moherowe berety” itd.) uważających swą inteligenckość za formę wyizolowanej i paternalistycznej w istocie plemiennej wspólnoty taka fiksacja zachodząca w świadomości społecznej i w związku z tym określony rozwój sytuacji jest to nie do ogarnięcia. Tylko racjonalna, pragmatyczna, autokrytyczna analiza swoich decyzji, wyborów i polityki, narracji i gestów, może tu dać jakieś „światełko w tunelu”.
Faszyzm tłumów nie jest ich faszyzmem, im pozostaje jedynie agresja i nienawiść. Ideologia faszystowska próbując opacznie, na zasadzie antynomicznej, objaśnić świat powstaje zawsze w zaciszach gabinetów, redakcjach prominentnych i opiniotwórczych mediów (i jest przez nie propagowana i nagłaśniana), w katedrach szacownych, wyższych uczelni. Autorzy najczęściej nie mają sobie nic do zarzucenia. Wykonali po prostu zwyczajną, intelektualną de-konstrukcję, pożyteczną pracę „ku prawdzie”. A że stało się tak jak widzimy ? Trudno, los tak chciał ……..






Kolorowa mozaika - o rożnorodności w przedszkolu w Ełku
2017-02-24 17:38:05
Komunikat Stowarzyszenia "NIGDY WIĘCEJ" (23.02.2017)

Na zaproszenie Miejskiego Przedszkola ‘Światełko’ w Ełku antyrasistowskie Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ przeprowadziło zajęcia na temat szacunku wobec różnorodności. Była to symboliczna odpowiedź na ksenofobiczne zdarzenia, do których niedawno doszło w tym mieście.

21 lutego w spotkaniu z przedstawicielką ‘NIGDY WIĘCEJ’ Sylwią Podgórską (i 9-letnią Emilią) wzięło udział prawie 40 dzieci, również z oddziałów integracyjnych. W trakcie wspólnych gier i zabaw najmłodsi rozmawiali o tolerancji i o tym, co znaczy być dobrym człowiekiem. – ‘Kwestia uprzedzeń nie omija dzieci, które są świadkami rozmów dorosłych na ten temat. Podczas zajęć okazało się, że mądrość najmłodszego pokolenia polega na tym, że nie szukają różnic pomiędzy ludźmi, a skupiają się na tym, co nas łączy’ – powiedziała reprezentantka ‘NIGDY WIĘCEJ’. – ‘Na szczególne uznanie zasługuje pedagogiczna wrażliwość personelu ełckiego przedszkola’. Zajęcia w Ełku stanowią przykład długofalowych, pozytywnych działań edukacyjnych podejmowanych przez Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ w całym kraju.
W noc sylwestrową w Ełku doszło do tragicznego zajścia, w wyniku którego zginął jeden z mieszkańców. Gdy okazało się, że w zdarzeniu tym brali udział cudzoziemcy, w mieście wybuchły zamieszki. Przed lokalem gastronomicznym prowadzonym przez Algierczyków, Tunezyjczyka i Marokańczyka zgromadził się tłum ludzi, którzy skandowali ksenofobiczne hasła, m.in. ‘J…ać ciapatych!’, rzucali kamieniami i petardami. Zdemolowali też lokal z kebabem. ‘Nieznani sprawcy’ próbowali ponadto podpalić mieszkanie jednego z zatrzymanych cudzoziemców. W internecie Młodzież Wszechpolska opublikowała pochwalające przemoc komentarze, np. ‘Tu z islamem się nie pieści. Zamiast kredek mamy pięści’. ONR zorganizował ksenofobiczną demonstrację z udziałem pseudokibiców pod hasłem ‘Polska tylko dla Polaków’. Zajścia w Ełku były szeroko komentowane w mediach.
W prowadzonym przez Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ od ponad dwudziestu lat monitoringu rasizmu i ksenofobii ‘Brunatna Księga’ zdarzenia o podobnym charakterze są ostatnio dokumentowane niemal codziennie. Między innymi na początku stycznia w Legnicy pobity został młody mężczyzna pochodzący z Bangladeszu, a w Ozorkowie czterej mężczyźni pobili obywatela Pakistanu. Sprawcy krzyczeli do niego: ‘Nie chcemy tutaj bin Ladenów’ [sic!], a gdy upadł, kopali go po całym ciele. W noc sylwestrową doszło też do ataków na restauracje prowadzone przez Hindusów: w Lubinie dwaj mężczyźni namalowali na murach lokalu napisy znieważające wyznawców islamu [sic!], a w Szczecinie ktoś rozlał w pomieszczeniu substancję niewiadomego pochodzenia. Z kolei 10 lutego w Katowicach dwóch mężczyzn zaatakowało obsługę baru z kebabem – wykrzykiwali do jednego z pracowników ‘Ty Turku pier…ny’, wybili też okno, a do środka wrzucili kosz na śmieci.
Stowarzyszenie ‘NIGDY WIĘCEJ’ jest założoną przez Marcina Kornaka w 1996 roku niezależną, apolityczną organizacją, która monitoruje incydenty na tle ksenofobicznym oraz wydaje antyrasistowski magazyn ‘NIGDY WIĘCEJ’. Prowadzi kampanie społeczne, m.in. ‘Muzyka Przeciwko Rasizmowi’ i ‘Wykopmy Rasizm ze Stadionów’.‎

Dodatkowe informacje:

www.nigdywiecej.org
www.facebook.com/Respect.Diversity
www.twitter.com/StowNIGDYWIECEJ‎









Religijny fundamentalizm a powrót dzikości
2017-02-13 07:21:08
Dyferencjacja i stratyfikacja jaką przyniósł światowej populacji (bez względu na kraj, region, kontynent czy wspólnotę kulturową) neoliberalny projekt gospodarczy, dramatycznie pogłębiony w coraz to nowych obszarach działalności człowieka oraz związana z tym określona percepcja rzeczywistości sprzyjają powrotowi religii – i to w fundamentalistycznej, fanatycznej i agresywnej formie - jako remedium na społeczne bolączki. Wedle neoliberalnego porządku na świecie, wedle tej perspektywy czy mniemania, wszyscy winni być piękni, młodzi i bogaci, a ponadto: kreatywni, aktywni, przedsiębiorczy, rzutcy i elastyczni (jako pracobiorcy), przyjmujący z pokorą istniejącą sytuację wedle thatcherowskiego powiedzenia „… nie ma żadnej alternatywy”. Przecież ten szlagwort przypisywany żelaznej lady ma wymiar na wskroś religijny i to w formie wierzenia o wymiarze purytańskim, ortodoksyjnym fundamentalistycznym, anty-pluralistycznym.

Rozum łączy podczas gdy wierzenia
religijne i tożsamości – dzielą.

prof. Zeev STERNHELL

Myśl stanowiąca motto niniejszego tekstu pochodzi z refleksji nad współczesną sytuacją w świecie i przyczynami napięć, które na naszych oczach potęgują się w ostatnich dwóch dekadach, jakiej dokonał izraelski historyk, politolog, ekspert od spraw faszyzmu i fundamentalizmu religijnego, profesor Uniwersytetu w Jerozolimie, wykładowca akademicki wielu uczelni światowych Zeev Sternhell. Polska, ze swymi wewnętrznymi problemami, będącymi następstwem napięć społecznych, kłopotami z liberalną demokracją i tendencjami do autorytaryzmu rządzących elit, wpisuje się niejako w te ogólnoświatowe procesy i obserwowane zjawiska. Te waśnie, sprzeczności, potęgujące się antagonizmy można nazwać „powrotem dzikości”. Te bolączki mające źródło w neoliberalnych pomysłach, nie są (jak to przedstawiają różnego rodzaju fundamentaliści religijni i konserwatywni purytanie wrodzy z definicji modernizmowi i postępowi) związane z nowoczesnością, demokracją, wolnością czy prawami człowieka w stylu oświeceniowym, z postępem i rozwojem ludzkości. Najkrócej można by to opisać jako dewiacje tych pojęć, związanych bezpośrednio z odejściem od pryncypiów Oświecenia, gdzie człowiek jako członek zbiorowości ma być „miarą wszechrzeczy”. Człowiek jako osoba ludzka, bez rozróżniania opozycyjnego kobieta – mężczyzna, homoseksualny – heteroseksualny, bez antytezy opartej na rasie, języku, politycznych poglądach czy religijnym wyznaniu. Człowiek empatyczny, braterski, solidarny, rozumiejący (albo przynajmniej – starający się pojąć myślenie i to co kieruje jego interlokutorem) tego INNEGO.
Powrotowi owej dzikości towarzyszy fragmentaryzacja wspólnot do tej pory wydawałoby się spójnych i solidarnych, wedle właśnie trybalistycznych (czyli plemienno-klanowych) kategorii MY ONI, jing-jang, światłość-ciemności, anioł-szatan, dobro-zło, prawda-kłamstwo etc. To istota religijnego spojrzenia na rzeczywistość.
Prezentowany i obserwowany powrót trybalizmu do polityki, do zagadnień społecznych, do kultury najszerzej pojętej wpisuje się obecną sytuację Polski. Co prawda nie do końca można naszą sytuację zakreślić ramami starcia: nowoczesność i modernizm kontra ciemnogród i siły wsteczne (czyli demokracja liberalna vs prawica nacjonalistyczno-ksenofobiczno-religiancka). A to dlatego, że moim zdaniem spór ten jest de facto wojną w „rodzinie”. I nie tylko wspólne, acz mityczne korzenie, do których odwołują się obie strony tej wojny polsko-polskiej – „Solidarność” AD 1980-81 – jest tego powodem. To spór w rodzinie zwolenników gospodarki ultra-kapitalistycznej, opartej na wyzysku. Bo co kieruje innego polskim przedsiębiorcą niż zysk ? Czy w tej mierze różni się czymkolwiek od swego niemieckiego, chińskiego, rosyjskiego, amerykańskiego, holenderskiego czy nawet – południowo-afrykańskiego kamrata ? Czy to nie zysk jest podstawowym i zasadniczym wykładnikiem ich sposobu myślenia i działania bez względu na kolor skóry, język, barwy narodowe, orientację seksualną, religię bądź estetyczne upodobania ? Czy „śmieciowe umowy”, zatrudnienia lub stawki w granicach 2 – 3 euro za godzinę są bardziej upokarzające pod flagą Unii Europejskiej, USA, Chin czy Rosji niźli pod banderą „biało-czerwoną” ? Bywa często tak, iż zachodni przedsiębiorcy wykazują odrobinę więcej cywilizowanych i humanistycznych odruchów niż miejscowi biznesmeni o mentalności rodem z folwarku. O sposobie myślenia tej klasy Polaków słyszy się w Niemczech: „Polscy menadżerowie są jak bulteriery. Jak dopadną – to zagryzą”. I jest to moim zdaniem uniwersalny pogląd patrząc na nas, społeczeństwo do cna przesiąknięte przez ostatnie ćwierćwiecze neoliberalną indoktrynacją.
Możemy powiedzieć, że stracie na nadwiślańskim polu bitwy prowadzą dwaj zwolennicy neoliberalizmu (czyli współczesnej wersji kapitalizmu). Jedni to wspólnota ludzi która utraciła najszerzej pojętą władzę i wpływy podczas ostatnich wyborów parlamentarnych (koalicja PO/PSL, politycy i klienci .nowoczenej.pl, akolici tej właśnie rzeczywistości, którą jakoby PiS im chciał odbierać, chodzący w marszach protestu pod sztandarami KOD-u). To neoliberałowie – tak bym ich określił - z twarzą globalnych korporacji. Zapatrzeni w ideę i dogmat wolnego rynku, depczący wszystko co nie mieści się w ich oglądzie świata wedle recept Hayeka, Missesa czy Friedmana. Wspólnota – jakakolwiek, to wspólnota interesów, biznesu, korzyści materialnych (i pseudo-prestiżu z nimi związanego). Bez nich nie ma żadnej wspólnoty, żadnych nici kooperacji, żadnych ludzkich interakcji. Czegoś takiego jak społeczeństwo nie ma jak mawiała ich guru, przywoływana już tu, Margaret Thatcher.
Drudzy to miłośnicy kapitalizmu z twarzą pomalowaną na „biało-czerwone” barwy, z symbolami tzw. „żołnierzy wyklętych” w dłoniach i na t’shirtach, nienawidzący wszelkiego INNEGO niźli kato-nacjo-antykomunistyczny short-program. To pielgrzymujący do o. T.Rydzyka i na Jasną Górę, członkowie bojówek kiboli, drobni przedsiębiorcy znad Wisły, Odry i Bugu dławieni przez gigantów światowej gospodarki (ofiary globalizacji). A śmiano się ze szlagwortu marksistów mówiącego, iż „duży może więcej” i że koncentracja kapitału musi immanentnie dla tej formy gospodarowania następować.
Zygmunt Bauman podczas wykładu 31.03.2012 roku w krakowskiej „Kuźnicy” zatytułowanego „Czy przyszłość ma lewicę ?” powiedział m.in. iż spadek liczby ludzi utożsamiających się z lewicową myślą bądź ideą wiąże się z tym „co parę lat temu zawarł w jednym zdaniu kanclerz Niemiec Gerhard Schroeder mówiąc iż nieprawdą jest jakoby istniała ekonomika kapitalistyczna i socjalistyczna. Istnieje jeno ekonomika dobra albo zła. Taka opinia wyraża pogląd, że w gruncie rzeczy lewica nie ma już światu nic do zakomunikowania poza tym, że już chce uczyć się od ich głosicieli zasad kapitalistycznego rynku, by wcielać je w życie sprawniej i gorliwiej niż to czynili ich projektanci i dotychczasowi praktycy”. Tak czy tak – to zwolennicy kapitalizmu. Różnice ideologiczne – czego właśnie egzemplifikacją są m.in. w „płynnej po-nowoczesności” poglądy na gospodarkę i jej funkcjonowanie – zmarły wraz z obaleniem Muru Berlińskiego i kolapsem RWPG.
Tak samo jak przykład podany przez Baumana na linii „prawica” – „lewica” mają się relacje w konfrontacji PO vs PiS. Programowo – w zasadniczych i ramowych założeniach – różnice są nie tak wielkie jak się medialnie i retorycznie przedstawia: tu i tam króluje neoliberalizm tylko z różnymi twarzami, z różnymi odcieniami. No i różna jest artykulacja, uzasadnienia, odwołania i krasomówstwo. Za potwierdzenie tych tez niech posłużą transfery z jednego ugrupowania, do drugiego, świadczące o programowej, politycznej i mentalnej bliskości obu partii zachowujących się en bloc jak dwa plemiona, dwa religijne ugrupowania fundamentalistycznej proweniencji. W jedną stronę wędrowali Gowin, Żalek, Godson (choć nie formalnie), dawniej – Płażyński (w tzw. „terenie”, wielu radnych Platformy dokonało po przegranych wyborach parlamentarnych wolty przechodząc do obozu PiS-u), w drugą – Mężydło, Kamiński, Zalewski, Sikorski, Libicki, Sikorski, Borusewicz czy Kluzik-Rostowska.
Owa dzikość jest niejako immanencją religianctwa i fundamentalizmu. I nie może być inaczej gdy ścierają się dwie religie, dwie wiary gdyż wtedy o racjonalizmie, pragmatyzmie, zdystansowaniu i obiektywizmie nie ma co mówić. Wyznawcy im bardziej fanatyczni, im bardziej fundamentalistycznie nastawieni, im mocniej zapiekli w swej nienawiści do INNEGO, są lepszym materiałem do sterowania dla cynicznych i nihilistycznych polityków czy działaczy. A mamy tu do czynienia ze starciem dwóch religii: tzw. religii „neoliberalnej” i religii „smoleńskiej” (o ukrytej, neoliberalnej twarzy). Obie mieszczą się na szeroko rozumianej prawicowej części sceny publicznej.
Wiarę religijną definiuje się przede wszystkim wedle następujących kanonów i norm: musi istnieć doktryna, za nią idzie kult, a następnie funkcjonować muszą dogmatyka, liturgia i ryty. Pojawiają się też z czasem kapłani kultu oraz egzegeci tzw. „świętych ksiąg” czy „prawd objawionych”. Czy takich zjawisk i takich przypadków nie obserwujemy w tej wojnie polsko-polskiej ?
Warto jest przytoczyć, utyskującym i narzekającym nad narracyjno-politycznym szambem i bylejakością polskiego życia publicznego stwierdzenie z „BAJKI O ROPUCHU” braci Grimm: „Ropuch ma zawsze ropuszą wizję piękna”. Oddaje owa przenośnia clou prezentowanej sytuacji w nadwiślańskim kraju.


Kląskaniem mając obrzękłe prawice *
2017-01-27 08:49:01
Wielu ludzi w naszym kraju od lat zastanawia się, dywaguje, roztrząsa problem czy Antoni Macierewicz, pozostający permanentnie na piedestale życia publicznego w naszym kraju i zajmujący poczesne miejsce w medialnym szumie, jest jawnym czy ukrytym sojusznikiem, agentem, człowiekiem Kremla i interesów rosyjskich. Pomijając fakt, że demonizacja Rosji i jej prezydenta (dokonana w niemal wszystkich ośrodkach medialnego przekazu i politycznych decyzji) w naszym kraju osiągnęła już poziom co najmniej paranoi, maniakalnej psychozy czy najzwyklejszego obłędu, zaznaczyć wypada, iż obsesje i poglądy ministra Antoniego Macierewicza w tej materii mają szczególny rys jadu i pospolitej, prymitywnej rusofobii.
Uważam osobiście, iż nie jest to przejaw jakiejkolwiek agenturalności – do tego trzeba przede wszystkim inteligencji połączonej z wielką dozą racjonalności (czego akurat we wszystkich działaniach i enuncjacjach Pana Ministra niesłychanie trudno dostrzec) – czy „grania na kremlowskiej nucie”. Wręcz odwrotnie. Tu grają absolutnie inne, często irracjonalne, aspekty, jak również określony profil osobowości aktualnego Ministra Obrony Narodowej.

Lecz tylko że pragniemy,
ale nie rozumiemy, czego
się trzymać, jako się sprawować, żeby
nie przyszło na koniec nam bobrować.

Jan KOCHANOWSKI

Jak podały media minister Antoni Macierewicz z emfazą ogłosił ostatnio, że Polska pod m.in. jego światłym przewodnictwem po raz kolejny (który to już raz w ostatniej dekadzie Antoni Macierewicz broni kraju niczym Rejtan na Sejmie roku pańskiego 1773) Polska dała odpór wrażym siłom dybiącym na jej niepodległość. Tym razem były to Kreml i Pekin. Już jesienią ub. roku – na co mało kto zwrócił uwagę - szef MON-u podczas wizyty w Kanadzie, w rozmowie z telewizją polonijną Goniec TV zdecydowanie krytycznie prawił o koncepcji Jedwabnego Szlaku, który miałby przechodzić właśnie przez Polskę.
Wszystkim jest wiadomo od lat jakie plany mają Chiny i Rosja odnośnie koncepcji tzw. Nowego Jedwabnego Szlaku, mającego połączyć linią kolejową Kraj Środka z Europą Zachodnią. Jest to forma z jednej strony ekspansji kapitału chińskiego, kraju mającego największe nadwyżki funduszy na świecie (ocenia się iż opiewają one na ponad 3,3 biliona $, nie licząc zasobów prywatnych), a z drugiej – aktywizacja przestrzeni rosyjskiej Syberii i włączenia ich do nowoczesnej, światowej gospodarki. Ale w ramach decyzji zapadających na linii Pekin – Moskwa, nie w Londynie, na Wall Street czy Białym Domu. Macierewicz stwierdził w rzeczonym wywiadzie, że jest to „….koncepcja ekspansji Chin" szkodliwa dla Polski. Przekonywał z żarem i błyskiem w oku – w znanej wszystkim perspektywie jaką reprezentuje od wielu lat czyli: skrajna rusofobia, zwierzęcy antykomunizm (tu Chiny mogą być emanacją tych uczuć Antoniego Macierewicza), jawny serwilizm oraz intelektualne lokajstwo wobec Waszyngtonu, a przede wszystkim anachroniczne postrzeganie takich pojęć jak suwerenność, patriotyzm, naród czy państwo. Jest on przekonany, iż to Polska, leżąca na styku „między wpływami rosyjsko-chińskimi z jednej strony i niemieckimi z drugiej, jest jedynym krajem, który może stworzyć alternatywę wobec takiej eurazjatyckiej super potęgi". To jego zdaniem „część całościowej koncepcji porozumienia Europy Zachodniej z Rosją i Chinami, a także wyeliminowania z obszaru eurazjatyckiego wpływów Stanów Zjednoczonych oraz zlikwidowania niepodległego bytu Polski".
Niezgodę na sprzedaż działki zarządzanej obecnie przez Agencje Mienia Wojskowego w Łodzi oficjalnie ogłoszono to w dn. 5.01.2017 roku decyzją Ministra Obrony Narodowej. Na tej działce, w łódzkiej, Specjalnej Strefie Ekonomicznej, powstać miał terminal kontenerowy, w którym przeładowywane byłyby towary z i do Chin. Taki śródlądowy port przeładunkowy. Aktualnie więc nie wiadomo, czy w ogóle on powstanie, gdyż Agencja może mieć wobec owej działki zupełnie inne plany przygotowywane zgodnie z enuncjacjami Macierewicza.
Świat widziany oczami dobrej zmiany, a Antoni Macierewicz może stanowić jej klasyczne logo, jest światem antynomii, kłótni, jadu, nie współpracy, otwarcia i dialogu. Nowy Jedwabny Szlak to zdaniem prof. Stanisława Bielenia (Instytut Stosunków Międzynarodowych, Uniwersytetu Warszawski) przykład projektu i „……wiary w możliwość budowania ładu kooperacyjnego w stosunkach międzynarodowych. Pokazuje on, że wszyscy uczestnicy mają szanse osiągnięcia wspólnej wygranej. Daje okazję wytworzenia wartości dodanej, proponując nowe rozwiązania problemów transportowo-komunikacyjnych i tranzytowych oraz kreując warunki pomyślne dla rozwoju. W tym projekcie rozwiązanie konfliktu interesów zależy nie tyle od posiadanych zasobów i możliwości, ile od wzajemnego postrzegania. Znalezienie interesów zbieżnych czy wspólnych warunkuje rozwiązanie problemu z korzyścią dla wszystkich stron, tak Chin i Rosji, jak i Zachodu. Przy okazji warto zauważyć, że dynamicznie rozwijające się Chiny wykazują większą zdolność do akomodacji wobec skonfliktowanego świata niż czynią to ludzie Zachodu”.
Świat widziany oczami dobrej zmiany zorganizowany jest według starej sprawdzonej wizji: na Wschód od Polski to azjatycka dzicz, my jesteśmy pępkiem świata na której cała cywilizacja – wiara religijna, Jezus Królem Polski, a Maryja opiekunką, my zawsze niezłomni i „pod rękę” z Rzymem (czyli kontrreformacyjne, zwietrzałe miazmaty) – zachodnia się utrzymuje. Dalej obracamy się w kręgu spisków, knowań, podchodów (niczym w harcerstwie), płaskich i tanich podejrzeń czyli groteska i tragi-farsa, nie poważna oparta na współpracy i partnerstwie, polityka międzynarodowa. Z takiego przekazu wnioskować należy, iż na cnotę Polski Macierewicza i jego mentalnych akolitów czyha prawie cały świat – a na pewno Kreml, komunistyczne Chiny, zniewieściała i liberalna (a tym samym – niemoralna) Bruksela oraz zawsze podejrzani z wielu względów Niemcy.
Na przysłowiowego dudka wystrychnięty tym macierewiczowym strzałem został Prezydent RP, który przebywając w 2015 roku z wizytą w Chińskiej Republice Ludowej ochoczo zabiegał o inwestycje chińskie w naszym kraju (co szeroko przedstawiały przychylne PiS-owi media, ciekawe co dziś na ten temat powiedzą). Nowy Jedwabny Szlak jest inwestycją priorytetową dla Pekinu, a ich dyplomacja (w oparciu o filozofię i tradycję chińską) zawsze była pamiętliwą, działającą na dekady „do przodu”, bardzo nie lubiącą kiedy ktoś im sypie w tak prostacki i nieprofesjonalny sposób „piasek w tryby” chińskiej machiny państwowej. To się musi odbić kiedyś polskiej dyplomacji czkawką, zapewne w zupełnie inne sytuacji. Przypomnieć trzeba jedynie, że Chiny to kraj dysponujący w Radzie Bezpieczeństwa ONZ prawem weta i posiadający rozległe koneksje w świecie dyplomacji, gospodarki itd. Zapewne będziemy potrzebowali chińskiego wsparcia czy lobbingu nie raz i nie dwa. A wtedy pamięć chińska na pewno da znać o sobie.
Jak więc poważnie może być traktowany na arenie międzynarodowej kraj, którego elita rządząca wysyła do świata tak niekoherentne i sprzeczne sygnały. Powszechna wesołość nad San Escobarem ministra Waszczykowskiego w światowym mainstreamie a teraz enuncjacje oraz decyzje Ministra Obrony Narodowej w sprawie łódzkiej działki dostatecznie utwierdzić mogą poważnych dyplomatów czy gospodarczych kontrahentów Polski o groteskowości i karykaturze sytuacji w naszym kraju pod rządami tak światłej, profesjonalnej i poważnej intelektualnie – nota bene – ekipy.
I na koniec trzy refleksje natury ogólnej. Pierwsza to powrót do tezy z początku materiału, a dotyczącej agenturalnej proweniencji Antoniego Macierewicza. Argumenty przeciwko takiej wersji już podałem. I leżą one w rysie psychologiczno-osobowościowym tej persony. Delikatnie mówiąc niezrównoważonej. Tak intelektualnie jak i emocjonalnie.
Druga to jawny wspomniany już serwilizm, czołobitność i służalczy stosunek do wszystkiego co kojarzyć się może z USA. Zbieżność przybycia kontyngentu armii amerykańskiej na polską ziemię z oficjalną decyzją Macierewicza odnośnie łódzkiej działki, łącznie z jego jawnymi wypowiedziami zacytowanymi w tekście tłumaczącymi anulowanie przetargu na rzeczony teren jako bariera dla symbiozy gospodarczej Europy Zachodniej z Szanghajską Organizacją Współpracy (Chiny, Rosja i kilka środkowo-azjatyckich krajów po-radzieckich), jest symptomatyczna. Jest jawną grą w „drużynie waszyngtońskiej”, na korzyść Stanów Zjednoczonych (blokada połączenia duopolu Rosja – Chiny z Unią Europejską linią kolejową o strategicznym gospodarczo znaczeniu oraz osłabieniu przez to euro-atlantyckiej wspólnoty, która nota bene musi ulec i tak dekonstrukcji na wskutek Brexitu), nie Unii Europejskiej i Polski w niej zakotwiczonej. To raczej może świadczyć o zupełnej nieświadomości polskich elit politycznych made in PiS (i około-pisowskiej prawicy) w postępujących trendach polityki światowej, rozwoju sytuacji na Ziemi i naszych węzłowych, gospodarczych interesach. Co do insynuacji o agenturalności – tym razem amerykańskiej – osoby Antoniego Macierewicza, też mam takie samo zdanie jak wyraziłem na temat opcji radziecko/rosyjskiej.
I wreszcie Tadeusz Rejtan. Ludwik Stomma (>Polskie złudzenia narodowe, część 1<) tak opisuje – na podstawie źródeł – tego patriotę i bohatera narodowej narracji, który popełnił samobójstwo w przypływie desperacji zobaczywszy na podwórzu swego dworku rosyjskich żołnierzy. Niech mówią o tym źródła historyczne: otóż Tadeusz Rejtan „…… rozciął sobie podbrzusze szkłem z rozbitej szyby. Polskie harakiri. Chodziło jednak nie o wojsko a o pojedynczego żołnierza, który zatrzymał się aby napoić konie. Nie wspomina się że owego feralnego 8.08.1780 roku był już od 5 lat zamknięty przez braci w przybudówce, z zakratowanymi oknami, gdyż jako umysłowo chory dostawał ataków furii. Ta ostatnia wiadomość może przywrócić bardzo niewygodne pytanie, od kiedy imć Rejtan był nie w pełni władz umysłowych. To dramatyczna kwestia, gdyż większość świadectw wskazuje na rok 1773”.
Jakiekolwiek skojarzenia z którymkolwiek z polityków wymienionych w tekście są absolutnie nieuprawnione. Fragment o Rejtanie ma wyłącznie dygresyjno-przypowiastkowy morał: bo wszystko jest zmienne i ulotne na tym naszym świecie, mity i legendy oraz jednoznaczne z nimi związane fantazmaty są utrwalonymi w świadomości niby-faktami. Tę ulotność i zmienność odnieść należy zwłaszcza do świata polityki i dyplomacji. .

*-To parafraza tytułu wiersza Kamila Cypriana Norwida „Klaskaniem mając obrzękłe prawice”.
Wypisywanie się z narodu
2017-01-16 14:25:22
Czy deklaracja o przestaniu bycia członkiem jakiejś wspólnoty – tu narodowej i to bardzo znaczącej na mapie światowej; narodu żydowskiego – w tak dramatycznej i spektakularnej formie jak ogłoszenie jej książką może (i czy powinna) zwrócić uwagę opinii publicznej na świecie, elit intelektualnych, ludzi refleksyjnych i tzw. mainstreamu ? Wg nadwiślańskich mniemań pojęcie Żyd to wieczny stygmat – obojętnie jak go się klasyfikuje, niezmienny kusiciel „ku złemu”, naturalny agent bądź szkodnik, zwłaszcza działający na szkodę Polaka-katolika, chrześcijanina, nadwiślańskiego patriotyzmu. I trzymający się zawsze razem w swej anty- „gojowskiej” wspólnocie. A tu nagle znany, światowej sławy Żyd wypisuje się z narodu wybranego (wedle ich, judaistycznego, oglądu świata), ze wspólnoty opisanej jako niezwykle w swej szkodliwości zwartej, spójnej i stale się popierającej.

Być Żydem w Izraelu oznacza być obywatelem uprzywilejowanym.
bo tylko Żyd może kupować ziemię, a obywatel nie-żydowski
nie ma prawa jej nabyć. Tylko Żyd, nawet jeśli przebywa
w Izraelu tymczasowo i kiepsko posługuje się hebrajskim,
może zarządzać narodowym bankiem Izraela. Tylko Żyd
nie będzie torturowany, nikt nie będzie przeszukiwać
nocą jego domu, nie stanie się przez pomyłkę celem
strzału, nie ujrzy ruin swego domostwa zburzonego
przez pomyłkę. To bowiem los Arabów.

Shlomo SAND

Warto polecić wszystkim Czytelnikom Portalu, zainteresowanym – i nie tylko – problematyką Bliskiego Wschodu, a zwłaszcza stosunkami wewnątrz Izraela, książkę Shlomo Sanda pt. „DLACZEGO PRZESTAŁEM BYĆ ŻYDEM. SPOJRZENIE IZRAELCZYKA”. I nie ważne, że wydano ją już w roku 2013 (w Polsce – 2014), bowiem zagadnienia poruszane przez Sanda, profesora historii z Uniwersytetu w Tel Awiwie, są nadal niezwykle aktualne. Przyśpieszenie toku wydarzeń w ostatnim czasie na terenach współczesnego Lewantu, gdzie mają się „zmieścić” dwa państwa – Izrael i arabska Palestyna, manifest Sanda czyni tym bardziej aktualnym i wartym lektury.
Także zagadnienia tożsamości, narodu - a przede wszystkim narodowo-twórczej ideologii, manipulującej narodową tożsamością, w kontekście zagadnień mistyczno-religijnych - winne być dla Polsków nader bliskimi. Ideologia narodowa nie tylko w Izraelu zdominowała historię (a ten proces obserwować można także u nas nad Wisłą, Odrą i Bugiem), ale przede wszystkim adoptując ją do patriotycznych potrzeb, często wedle wczorajszych bądź przedwczorajszych wyzwań, stawia tym samym przed zbiorowością jednoznacznie określone cele i wyzwania. Tak mityczne, mętne i quasi-religijne uzasadnienia ziemskim i dzisiejszym potrzebom – niby narodu, niby całego społeczeństwa bądź wspólnoty - służą zazwyczaj określonym, utylitarnym potrzebom wąskich kręgów władzy.
Takie spojrzenie na społeczeństwo państwa Izrael jest nieznane Polakom en bloc. Zarówno tym z „lewej” jak i z „prawej”, nacjonalistyczno-ksenofobicznej, ortodoksyjno-katolickiej strony polskiej przestrzeni publicznej. Taki też obraz prezentowany jest polskiemu odbiorcy przez nadwiślański mainstream – obraz niepełny, wyprany z istoty życia codziennego, zwykłych Izraelczyków – nie Żydów, Arabów, Druzów, Maronitów, ale obywateli państwa Izrael. Są w nim albo żołnierze potężnej i nowoczesnej armii izraelskiej, albo islamistyczni terroryści. No czasami pojawiają się dzieci, zdesperowani młodzieńcy, rzucający kamieniami w izraelskich żołnierzy bądź policja tłumiąca zamieszki protestujących Arabów.
Mało kto dowie się z medialnego przekazu w jakim stopniu życie Izraela zdominowała (nawet wobec formalnie uznanych za Żydów) religia mojżeszowa – i to w jedynej, ortodoksyjnej denominacji, jednego, zadekretowanego prawnie rabinatu. Mało kto się orientuje jakie trudności oraz prawne perturbacje dotykają małżeństwa mieszane, jakie problemy mają ich dzieci, czy ludzie chcący się rozwieść. O Izraelczykach innej narodowości – bo to państwo jest wielonarodowościowe, multi-kulturowe, wielorasowe i różnorodno-językowe (np. uważający się za Żydów a pochodzący z obszaru byłego Związku Radzieckiego ludzie tworzą w miastach swoiste enklawy, gdzie porozumiewają się językiem rosyjskim, oglądają rosyjskojęzyczne kanały TV, słuchają takich też stacji radiowych, korzystają z rosyjskojęzycznej prasy, kultywują tamtejszą kuchnię, preferują tamtejsze smaki itd.).
Na kanwie tych wszystkich problemów i złożoności sytuacji w państwie Izrael, Sand próbuje pokazać tym niezwykłym gestem jakim jest negacja swojej „żydowskości”, niezwykle zróżnicowanej wspólnoty – którą na swój sposób kocha i chce jej ewolucji w stronę cywilizowanych, zachodnich standardów (bo z tym nie jest w Izraelu najlepiej) - targanej wieloma sporami, sprzecznościami, skłóconej i do końca nie znającej swej właściwej tożsamości do której powinni Izraelczycy zmierzać. Na pewno nie może to być droga ku tożsamości opartej na religijnym, talmudyczno-purytańskim, nacjonalistyczno-ksenofobicznym rozumieniu swojej historii i homogenicznie traktowanym kwantyfikatorze.
Podobnie jak ma to miejsce we współczesnej Polsce, ofensywa klerykałów i religiantów pod sztandarami ultra-ortodoksyjnych rabinów i flirtujących z nimi dla doraźnych celów polityków (różnych opcji) doprowadziła Izrael – kraj który wg założycieli-syjonistów, laików zorientowanych socjalistycznie i sekularnie (taką wizję państwa żydowskiego zakładali Ze’ev Żabotyński, Theodor Hertzl, Dawid Ben Gurion) – do quasi-religijnego kraju (o konstytucji opartej na demokracji oraz liberalnych zapisach dot. wolności obywatelskich, ale gdzie decydujący głos ma duchowieństwo – i to jednej tylko denominacji - zaś rządy dusz pełnią rabini).
Idee fixe Sanda jest utopia (bo tak na podstawie współczesnych wydarzeń i sytuacji w Palestynie, dawnym Kanaanie trzeba jego tezy traktować, choć są one ze wszech miar humanistyczne i cywilizowane), aby Palestyno-Izraelczyk mógł się czuć w Tel-Awiwie jak amerykański Żyd, obojętnie jakiej proweniencji i denominacji, w Nowym Jorku. Tym samym Izraelczyk wyznania muzułmańskiego, w tym samym Tel Awiwie, mógłby w swoim życiu cywilnym poczuć się jak wyznawca religii mojżeszowej w laickiej Francji.
No i oczywiście dla Sanda należy „odstąpić od przeklętej i niekończącej się okupacji, która prowadzi do czeluści piekieł”. Oparcie granic państwa o kanony religijne, niezwykle wątpliwej jakości i nie oparte o żadne racjonalne czy logiczne argumenty, jest zdaniem Sanda potężną przeszkodą w unormowaniu całej sytuacji w tym rejonie świata. Bo każde uzasadnienie umotywowane religijnie, zwłaszcza na tych terenach, tak istotnych z punktu widzenia historii bądź tożsamości dla trzech monoteistycznych religii światowych, musi się spotkać z kontrreakcją, opartą o emocje i afekty. A to są źli doradcy, zwłaszcza w polityce.
Historia Europy przyniosła wiele przykładów, kiedy to starcia na tle religijnym, ciągnęły się w nieskończoność, pociągając za sobą rzesze ofiar, dramaty, prześladowania, przeradzające się niekiedy w ludobójstwa. Manifest Shlomo Sanda jest dramatycznym wołaniem o powrót do źródeł Oświecenia bo w dzisiejszym świecie ponownie dominować zaczynają nacjonalistyczne, szowinistyczne, religijnie fanatyczne emocje i afekty. A to źle wróży całemu, naszego gatunkowi.
Należy zachęcić do przeczytania tej książki i refleksji nad przesłaniem izraelskiego historyka.

Shlomo Sand, DLACZEGO PRZESTAŁEM BYĆ ŻYDEM. SPOJRZENIE IZRAELCZYKA, Wyd. Akademickie DIALOG, ss. 140
Jak i dlaczego wyparowuje ze mnie Polska (część 4)
2017-01-01 00:43:18
Kolaps racjonalnego myślenia:

Polska i świat, a tym samym – ludzie, zaludniający te przestrzenie w swej różnorodności oraz w swym pluralizmie – wyraźnie przeszkadzają aktualnie rządzącej ekipie nad Wisłą. Parafrazując słowa Sławomira Mrożka są to umysły zarówno tandetne intelektualnie jak i opanowane poczuciem misji, zemsty, nienawiści do wszystkiego co inne, żądne władzy nad rzeczywistością doczesną i duchową, nad przeszłością, teraźniejszością i przyszłością. Elity tworzącej się władzy i klimat temu towarzyszący (bo tak ów proces należy postrzegać i nazywać patrząc na zawłaszczanie kolejnych sfer życia publicznego i próby ograniczania nie tylko wolności obywatelskich bądź swobód jednostkowych, ale wchodzenia do wnętrza i recenzowania ludzkich sumień, estetycznych mniemań i sądów, upodobań oraz ich regulowanie wedle jednego, religijno-fundamentalistycznego – dawno odrzuconego przez cywilizowanych świat – sznytu) źle wróżą Polsce i części Polakom nie zgadzającym się na tak pojmowaną władzę. Formy prac parlamentarno-rządowych gremiów nad ograniczeniem dostępu do pornografii (dla ludzi dorosłych), sposobem spędzania dni wolnych (zakaz pracy w niedzielę w handlu, który jest de facto próbą przymuszenia ludzi do uczestniczenia w katolickich obrzędach a nie troską o tzw. „życie rodzinne” – można było zostawić ludziom wybór podnosząc znacznie stawkę za dobrowolną pracę w niedziele (co postulował m.in. Piotr Szumlewicz z OPZZ), nad odebraniem nabytych praw emerytalnych byłych funkcjonariuszy najszerzej rozumianych spec. służb PRL i potwierdzonych uprzednio wyrokiem Trybunału Konstytucyjnego (z 2010 roku), demolowanie prokuratury i wojska, „rugi” politycznie w urzędach państwowych (policja jest tu klasycznym przykładem a przedsięwzięcia Błaszczaka i Zielińskiego w tej mierze są klasyczną dintojrą i intelektualną „małością”) demolują totalnie dotychczasowy system funkcjonowania państwa a uzasadniane są „dobrą zmianą”. Dobrą wyłącznie dla siebie i swoich totumfackich oraz zwolenników często nie bardzo orientujących się w jakim kierunku to wszystko idzie.

Proszę uprzejmie o oddanie mi władzy
nad światem. Prośbę mą uzasadniam tym,
że jestem lepszy, mądrzejszy i bardziej osobisty od wszystkich ludzi.
Sławomir MROŻEK (Wesele w Atomicach)

Gdy widzę, słucham i czytam, staję poruszony na ulicy, stykam się codziennie w sklepie twarzą w twarz bądź mam kontakt poprzez elektroniczne środki masowej komunikacji, sieć, prasę z idiotą, bęcwałem lub pospolitym chamem, jako człowiek admirujący Oświecenie tudzież humanizm, opuszczają mnie pozytywne uczucia i rodzi się dylemat: czy mój odbiór rzeczywistości winien być właśnie takim ? Bezsilność, poczucie upokorzenia, złości i powszechnej anomii społecznej rodzi gniew, wzmocniony poczuciem klęski, opresji państwa i beznadziei. To są m.in. źródła w wielu miejscach na świecie (wczoraj, dziś i pewnie jutro) – gdy taka opresja jest długotrwałą i dotkliwą - gwałtów, zamieszek i terroryzmu.
Mówię to też jak osoba określającą siebie mianem lewicowca, czyli dla której człowiek jest „miarą i istotą wszechrzeczy”, ale coraz częściej dopada mnie zwątpienie.
Uczucia bezpośrednio związane z szacunkiem do jednostki jako takiej – wynikające ze wspomnianych przesłanek – topnieją w tej sytuacji niczym marcowy śnieg w promieniach słonecznych. Starając się przezwyciężyć tzw. herbertowską kwestię smaku – tfu, co za „prawoskrętność” myśli i rudymentu tzw. „polskości” w najgorszym stylu - nie potrafię prowadzić z takim osobnikiem jakiegokolwiek dialogu, nie potrafię nawet próbować go zrozumieć, nie umiem pojąć takich racji i sposobu opisywania świata oraz procesów w nim zachodzących. Procesów różnych, wielowarstwowych, różnie kształtujących człowieka i tak samo wpływających na jego świadomość.
I tak rozwiera się przepaść w Polsce, między ludźmi różnych proweniencji politycznych, różnej mentalności i kultury, wykształcenia i wyznania. Dzisiejsza Polska staje się przez takie działania elit – ale ów proces nie zaczął się z chwilą dojścia PiS do władzy lecz elementy tej polaryzacji można było obserwować od dawna - zgrają plemion i klanów, zantagonizowanych grup sobie wrogich i zazdrośnie starających wyrywać sobie tzw. „przywileje”, którym to terminem władza doskonale żongluje, szczując jedne klany przeciwko drugim, napuszczając jedne plemiona na inne, manipulując i po cichu (w cieniu owych plemiennych walk) urządzając kraj wedle swoich fundamentalistyczno-anachronicznych pomysłów.
Ludziom o których wspomniano w początkowej części tekstu nie chodzi o zbliżenie różnych stanowisk (czyli kompromis gdyż fundamentalista i chuligan owo pojęcie rozumieją jako swoją porażkę), w przyjaznym kontakcie i rozmowie równych sobie ludzkich osób, ale zasadzają swą supremację a priori na nieprzekraczalnych antynomiach poglądów, postaw, myśli czy światopoglądów. Ich zamiary określa doskonale motto zaczerpnięte z dorobku Sławomira Mrożka, emigranta politycznego i znakomitości świata kultury, który jednak w Polsce „wolnej i suwerennej” (choć jeszcze nie PiS-owskiej w dzisiejszym wymiarze, ale umysły światłe i przewidujące mogły w swym profetyzmie, na bazie obserwacji i historycznych doświadczeń czy wiedzy, przewidywać mniej więcej taki rozwój sytuacji w naszym kraju) również czuł się „oblepiony” intelektualnie – tak jak w chwili emigracji z PRL (1963) - powszechną ciemnotą (zwłaszcza tzw. mainstreamu), klerykalizmem, zaściankowością, niczym nieuzasadnioną zawiścią, brakiem szerszych horyzontów, otwarcia na świat. I nie chodzi tu o możliwość nieskrępowanego podróżowania, a o to co się z tych podróży wynosi i co musi wzbogacać tzw. „polskość”, zmieniać ją, nie powodować zamykanie się niczym w kokonie narodowego cierpiętnictwa, martyrologii, biało-czerwonej golgoty, w zemście, pogardzie dla słabszych i paternalizmie wobec INNEGO.
Idiota, bęcwał, pospolity cham pusząc się – czemu władza i opanowane przez nią środki masowej komunikacji wyjątkowo sprzyjają, preferując tak klasycznie rozumiany idiotyzm – mówiąc tajemniczo i radośnie, pewnie i apriorycznie, kryje de facto za tak postawionymi w narracji weneckim lustrami swoją głębię tępoty, intelektualnego upośledzenie czy pospolitą ignorancję. Wybuchy agresji – słownej – nieprzebieranie w próbach upodlenia interlokutora, wdeptywanie go w ziemię i poniżanie (tu – publiczne) maskują zazwyczaj miałkość charakteru, słabość woli czy labilność i niekoherentność poglądów. Krzykiem, retoryczną krucjatą, agresywnym stylem stara się taki idiota, bęcwał czy pospolity cham udowodnić swe racje. Sławomir Mrożek (Listy - 1956-78) na ten temat tak mówi: „Może to i prawda, że Pan Bóg stworzył człowieka, ale jeżeli tak, to na pewno nasrał mu przy tym do głowy, bo patrząc na siebie i na bliźnich, już innego wytłumaczenia tej agresywnej głupoty nie widzę”.
Klasyk zachodnio-europejskiej myśli filozoficznej Immanuel Kant pytał „Co mogę wiedzieć ? Co powinienem czynić ? Czego mogę się spodziewać ?”. W zasadzie diagnoza i oczekiwania (jak najgorsze) są jasne. Pozostaje pytanie: co społeczeństwo w swej masie (albo ta część której nie po drodze z tak rządzącą elitą) winno współcześnie czynić – o to iście szekspirowskie (Hamlet) pytanie.
Tak, wszelkie masowe protesty uliczne, pikiety, zbieranie petycji i zasypywanie nimi różnych ośrodków władzy, wspieranie Rzecznika Praw Obywatelskich w jego codziennym funkcjonowaniu (ostatnia de facto ostoja demokratycznych porządków w Polsce po sparaliżowaniu i przejęciu w całości Trybunału Konstytucyjnego przez PiS), słanie zbiorowych skarg i pozwów do Brukseli, Hagi czy Strasburga mają jak najbardziej sens bowiem pokazują nie tyle siłę czy determinację sprzeciwu na metody demolowania demokracji i określoną politykę co jego permanencję, solidarność sprzeciwiających się postępującej anomii.
Ale jest jeszcze jeden aspekt, może ważniejszy, opisywanych zjawisk. Aspekt zasadniczy dla najszerzej pojętej lewicy. Ponieważ zgadzam się z prof. Andrzejem Lederem, iż PiS może rządzić i 20 lat trzeba podjąć wysiłek edukacyjno-uświadamiający w społeczeństwie. Na różnych poziomach i różnymi formami. Bo nie chodzi mi tu o nazwę tej politycznej hybrydy rządzącej Polską, dziś zwanej Prawem i Sprawiedliwością, egzemplifikującej określone środowiska społeczne i specyficzną mentalność szeroko rozpowszechnioną nad Odrą, Wisłą i Bugiem, gdyż PiS może ewoluować – a konserwatywna, tradycjonalistyczna, religiancko-klerykalna prawica „ma się w Polsce bardzo dobrze” – co zaowocować może wg mnie nawet po jakimś czasie gdy pokolenie skłóconych towarzysko-koteryjnie aktualnych polityków zejdzie ze sceny, koalicją chadecko-endecką – w dobrym, narodowo-nadwiślańskim stylu - Platformy Obywatelskiej, nowoczesnej.pl i przepoczwarzonego PiS-u (oraz PSL na dodatek). Ów wspomniany wysiłek - można go traktować jako „długi marsz” lewicy - powinien iść w kierunku organizacji możliwie szerokich grup dziś protestujących w paralelne wobec państwa skolonizowanego przez pisowskie elity władzy, społeczeństwa. Edukacja, edukacja i jeszcze raz edukacja, uświadamianie, agitacja – to wg mnie najważniejsze zadania dla lewicy, tak aby przyszłe zwycięstwo w wyborach nie było wygraną Pyrrusa. Bo demokracja bez świadomości i wyobraźni czym jest i czego można się po naszych wybrańcach spodziewać jest pustym hasłem.
Polska lewica stoi aktualnie naprawdę przed wieloma problemami z którymi lewica zachodnio-europejska (a nawet latynoamerykańska) zdążyła się już uporać. Choć dziś one wracają, w innych kostiumach i formach. I od nakreślenia zasadniczych dezyderatów działania „ku przyszłości” – nie na bezpłodnych awanturach i wzajemnych oskarżeniach – zależy przełamanie przez polską lewicę przewag opcji konserwatywno-tradycjonalistyczno-klerykalnej w naszym kraju.

Polityka samozatrucia
2016-12-27 10:49:38
Na okładce ostatnio wydanej przez Wydawnictwo Fundacji Oratio Recta książce autorstwa Bronisława Łagowskiego pt. Polska chora na Rosję siedzi Stańczyk z obrazu Jana Matejki. To osoba symbolizująca zarówno trefnisia, błazna, prześmiewcę i klowna jak i mądrego, przewidującego oraz analitycznego umysłu, uważnego obserwatora życia publicznego, celnego polemisty i doradcy kilku polskich królów. Czy stały felietonista Tygodnika Przegląd mieści w sobie te dwie figury, te dwie postacie, te dwie natury ? W odniesieniu do stosunków polsko-rosyjskich, szerzej – wobec relacji Polska- Wschód Europy, sądzę, że na pewno.

„…Rzadko się zdarza, aby politycy
dobrze zagrali do końca swoją rolę.
Owszem - na początku wchodzą w rolę
wielkich mężów stanu – później jednak
wszystko staje się farsą. Nie może
być inaczej, gdyż prawda o świecie
polityki jest smutna. Politycy myślą
o tym, aby realizować własne interesy,
a nie działać w interesie
obywateli, którzy ich wybrali
”.
Dario FO


Do słów zmarłego niedawno noblisty warto jeszcze dodać, iż współcześni politycy – w Polsce jest to szczególnie widoczne - kierują się nie tyle rozumem, racjami pragmatyzmu czy tak jak wytrawny szachista przewidują kilka ruchów do przodu na planszy (dotyczy to również ewentualnych efektów owych decyzji), lecz raczej są telewizyjno-medialnymi celebrytami, uczestnikami jakiegoś permanentnie trwającego show bądź teleturnieju, gdzie publika co rusz wybucha śmiechem, klaszcze bądź gwiżdże i tupie w zależności od wzbudzonych w niej emocji. I politycy też idą za nią, emocje, afekty, fochy, uprzedzenia, kompleksy są na dłoni i one ich prowadzą. Typowy przykład działania sprzężenia zwrotnego.
Prof. Bronisław Łagowski to stały i poczytny felietonista Tygodnik Przegląd, filozof, myśliciel, nauczyciel akademicki z Krakowa. Gdy patrzymy na książkę będącą zbiorem felietonów i esejów Profesora dotyczących relacji polsko-rosyjskich i na okładkę z zamyślonym Stańczykiem, w kontemplacyjnej, refleksyjnej pozie, z wzrokiem wlepionym w bliżej nieokreśloną dal – pewnie w bezkresne, rozciągnięte do wnętrza Azji obszary wschodniej Europy, nie ograniczone żadną naturalną przeszkodą (bo trudno góry Ural uważać za taką trudną do przebycia barykadę) - od razu przyjść musi na myśl symbol polskiej beznadziei i katastrofy w tej materii, pogłębianych permanentnie przez decyzje i postawy kolejnych ekip rządzących III RP. Łagowski pokazuje nam całą kruchość polskiego stanowiska w tym względzie jej krótkowzroczność i brak przyszłości. De facto jest to brak jakiejkolwiek wizji relacji z potężnym sąsiadem, gdyż opieramy się w decyzjach politycznych na myśleniu sprzed kilkudziesięciu a nawet ponad 100 czy 200 laty, żyjemy fantazmatami z dawno przebrzmiałej epoki, kierujemy się uprzedzeniami, fochami i niczym nie upoważnionymi (zwłaszcza w polityce międzynarodowej) kompleksami różnej maści. To przekleństwo naszych odniesień wobec Wschodu Europy, gdzie Rosja była, jest i jeszcze długo będzie ”głównym rozgrywającym” na obszarze poradzieckim.
Rzuca się w oczy chłodny, analityczny, beznamiętny - tak nieobecny w polskiej narracji o Rosji, Rosjanach, tamtejszych stosunkach, kulturze, gospodarce i wszelkich aspektach życia tego kraju-kontynentu, kraju wielokulturowego, multi-religijnego, atomowego mocarstwa – głos Łagowskiego. To jeden z nielicznych komentatorów spraw wschodnich w naszym kraju, który nie kieruje się (i na to wielokrotnie zwracał on w swej twórczości uwagę chwaląc umiar, pragmatyzm i racjonalizm jako immanencję skutecznej polityki) podobnie jak inny znawca Rosji prof. Andrzej Walicki, emocjami, antypatią, poczuciem misji i wyższości. Ten kulturowy imperializm z naszej strony ma źródła w dawno minionej historii kiedy to w I RP zwyciężyła totalna kontrreformacja i Polska w XVII w. stała się realizatorem polityki Rzymu w re-katolicyzacji Rosji i Rosjan. Cienie tzw. polityki historycznej, realizowanej przez kolejne ekipy etosowo-solidarnościowe wobec Rosji z mniejszym lub większym emocjonalnym zacietrzewieniem dały dziś praktyczne zamrożenie jakiejkolwiek współpracy i debaty. Zwłaszcza sprawy Ukrainy, gdzie jak na dłoni widać zderzenie polskich i rosyjskich interesów (my słabo ukrywamy w tej mierze nie tyle nasze ewentualne zyski, co przede wszystkim podkreślamy straty Rosji jakie poniesie ona – czynimy to nawet wbrew polskim interesom narodowo-państwowym – gdy Kijów „wpadnie” w orbitę naszych politycznych wpływów, co nota bene jest mrzonką i kolejnym fantazmatem żywionym przez elity zapatrzone w ideę „jagiellońskiego międzymorza”) stały się przysłowiowym „gwoździem do trumny” stosunków Polski i Rosji oraz podsumowaniem polskiego myślenia w tej materii.
Wojna domowa na Ukrainie” – pisze w anty-mainstreamowym tonie Łagowski (bo kto odważny jest współcześnie tak stawiać dramat ukraińskiego państwa i społeczeństwa nad Wisłą ?) – „bo to jest wojna domowa gdzie Rosjanie pomagają swoim, a Amerykanie swoim należy do odłożonych w czasie niezamierzonych skutków szczególnego rozwiązania Związku Radzieckiego”. Przyjęto wtedy podział wg granic republikańskich, często sztucznych i nie oddających różnic kulturowych, politycznych, sympatii/antypatii miedzy wspólnotami itd. Poza granicami Rosji pozostało ok. 20 mln obywateli byłego ZSRR przyznających się do rosyjskiej przestrzeni kulturowej, do rosyjskiego języka i takiej też tradycji. Aneksja Krymu i wojna w Donbasie – najbardziej rosyjskich części Ukrainy, państwa zlepionego w aktualnych granicach sztucznie i na wyrost w czasach Związku Radzieckiego (władcy na Kremlu byli bardzo często w dzisiejszym mniemaniu Ukraińcami: Chruszczow czy Breżniew) – to bezpośrednie echo wspomnianego upadku ZSRR jak i nieszczęśnie wywołanej irredenty oraz uznania przed Zachód niepodległości Kosowa. Analogie z Majdanem nasuwają się same.
Trzeba sobie jasno powiedzieć – i Bronisław Łagowski to jasno i precyzyjnie deklaruje – iż Ukraina jest na tyle wielkim, choć złożonym, niejednorodnym i mało u nas znanym naprawdę krajem (wbrew pozorom i zaklęciom tzw. znawców Wschodu Europy), że Polska nie stanowi i nie będzie stanowić nigdy dla niej forpoczty czy ambasadora na Zachodzie Starego Kontynentu. Polski paternalizm elit rządzących, wyzuty z jakiegokolwiek pragmatyzmu i racjonalizmu, o próbach poznania skomplikowanych stosunków w tej części kontynentu europejskiego z naszej strony (emocje i afekty, fantazmaty traktowane jako rzeczywistość i realność polityczna nigdy nie prowadzą do sukcesów) nawet nie ma co mówić. Przez to powszechna narracja na te tematy jest pozbawiona jakichkolwiek przesłanek logicznych i realizmu tak potrzebnego do prowadzenia skutecznej polityki. Profesor Łagowski na ten fakt, rusofobii obecnej we wszystkich niemal dziedzinach oficjalnego życia publicznego w Polsce i dotyczy to bez względu niemal wszystkich formacji politycznych (czy kręgów i środowisk opiniotwórczych), daje liczne przykłady podpierając się licznymi wypowiedziami polityków różnych opcji, komentarzy topowych publicystów, dziennikarskich wynurzeń. Poglądy przeważające w Polsce – zdaniem Autora omawianej książki - odnośnie Rosji i Rosjan „zawierają dużo nieprawdy, są kontrproduktywne z punktu widzenia polskich interesów, a ich treść emocjonalna jest małoduszna”.
Czy Polska klasa polityczna prze do wojny z Rosją ? Choć przygotowano w minionych latach permanentnie mentalny grunt oraz wytworzono określony klimat społeczny dla dzisiejszych działań kierownictwa MON jawnie prowokacyjnych, megalomańsko-mocarstwowych i agresywnie pro-wojennych, Łagowski stwierdza iż takiej wojny „nigdy nie będzie. Jeszcze taki szaleniec nie został spłodzony który by zaryzykował obrócenie w perzynę miast Rosji, Europy i Ameryki. Żaden Polak do decydującego guzika dopuszczony nie będzie”.
Smutna choć realistyczna to konstatacja, opisująca właśnie ową chorobę na jaką zapadła prawie całą tzw. polska klasa polityczna.
Warto jest przeczytać ten zbiór mądrych, realistycznych, mocno odbiegających od klimatu i powszechnej, krzykliwej i irracjonalnej narracji panującej w polskim mainstreamie.
Ponieważ Polska wpisuje się takimi zachowaniami w trwający od ponad dekady trend w polityce amerykańskiej (jako konwertyta na zachodnią wersję demokracji stara się wszelkimi sposobami zwrócić na siebie uwagę i przymilić się „nowemu suwerenowi”) polegający na totalnej krytyce Rosji i przygotowanie – przez kampanie medialne - opinii społecznej do konfrontacji warto na zakończenie tylko za znanym i niezależnym dziennikarzem z Australii Johnem Pilgerem zadać zasadnicze pytanie: „Co się stało ze wspaniałą tradycją powszechnych akcji, nieskrępowanych partiami ? Gdzie jest odwaga, wyobraźnia i obowiązek rozpoczęcia długiej drogi do lepszego, sprawiedliwego i spokojnego świata? Gdzie są dysydenci w sztuce, filmie, teatrze, literaturze ? Gdzie są ci, którzy przerwą to milczenie ? Albo – czy mamy czekać aż wystrzeli się pierwszą rakietę nuklearną ?”.
Pilger mówi o świecie, a co my w Polsce na ten temat możemy powiedzieć ?

Bronisław Łagowski, POLSKA CHORA NA ROSJĘ, Warszawa 2016, Wyd. Fundacja Oratio Recta, ss. 336
Wahhabizm, Saudowie i ropa naftowa
2016-12-10 17:33:42
Madawi Al-Rasheed jest profesorem antropologii w londyńskim King’s College specjalizującą się w problematyce saudyjskiej (historia, polityka, religia, zagadnienia społeczne, kultura itd.). Prezentowana tu książka pojawiła się w odpowiednim czasie, gdyż w Polsce znajomość realiów Arabii Saudyjskiej jest oparta na kilku kliszach czy schematach myślowych. Al-Rasheed – co jest ciekawostką biorąc pod uwagę realia tego niezwykle ważnego dla świat islamu kraju – pochodzi z Arabii Saudyjskiej i na dodatek jest …… kobietą. W realiach saudyjskich to kolejny ewenement (co prawda mieszka od lat w Wielkiej Brytanii ale i tak jest to sytuacja niecodzienna gdy bierzemy pod uwagę pozycję kobiety w tym niezwykle tradycjonalistycznym i konserwatywnym społeczeństwie, ściśniętym od dekad religijnymi konwenansami i ograniczeniami).

Dziś debata publiczna wygląda tak,
że demagodzy mówią tłumowi co ma
myśleć. Gdy ludzie odbijają echem ich
frazesy oni śmiało ogłaszają iż
wyrażają tylko powszechne nastroje.

Tony JUDT

Jak wiadomo Rijad i Saudowie wywierają niesłychanie silny wpływ na to co dzieje się w świecie islamu, a przede wszystkim – w krajach arabskich. I to z wielu względów: potencjał militarny, zasoby finansowe (wynikające z dopływu od dekad petrodolarów do kasy państwowej czyli dworu saudyjskiego), bliski sojusz ze Stanami Zjednoczonymi, a nade wszystko to iż na tym terenie znajdują się dwa najświętsze miejsca związane z twórcą i założycielem islamu – Mahometem. To Mekka i Medyna. To do tych miejsc przybywają rokrocznie miliony pielgrzymujących muzułmanów, aby odwiedzić owe sanktuaria. Także z tej przyczyny rola Saudów i rządzonego przez nich pustynnego kraju z płw. Arabskiego jest wśród ludzi zaliczanych do ummy tak znacząca. Głos Wielkiego Muftiego z Mekki (mimo rozproszenia i braku jednolitej władzy duchowej w świecie muzułmańskim) jest niesłychanie ważkim i wiążącym przesłaniem dla ponad miliarda dwustu milionów wyznawców islamu w wielu kwestiach.
Czytając tekst Madawi Al-Rasheed – zwłaszcza te fragmenty które dotyczą dziejów Arabii Saudyjskiej w XVIII i XIX wieku, kiedy to de facto zaczyna się tworzyć kraj jaki istnieje współcześnie – zwraca uwagę religino-ortodoksyjny (od samego początku) charakter sojuszu Saudów (jednego z feudalnych klanów pochodzących z południowego Nadżdu) z reformatorem religijnym, Muhammadem Ibn Abd Al-Wahhabem. Jego purytańsko-ortodoksyjna wizja islamu mająca za zadanie oczyszczenie religii Mahometa z naleciałości regionalno-cywilizacyjnych, z wszelkich poza monoteistycznych kultów i rytuałów, jakiejkolwiek subiektywnej refleksji, połączona z chęcią ekspansywności rodu Saudów (dał im po prostu religijną legitymizację podboju i zjednoczenia ziem Nadżdu, Hidżazu, Asiru i Al-Hasy czyli podstawowych regionów płw. Arabskiego) zaowocowała tym z czym mamy współcześnie do czynienia: Rijad staje się ponad lokalną potęgą w wielu wymiarach.
Trzeba dodać jednocześnie, iż takie ortodoksyjne, purytańskie i fundamentalistyczne interpretacje religii Mahometa (choćby biorąc pod uwagę znaczenie takich XIII/XIV wiecznych reformatorów islamu jak Ibn Tajmijja czy Ibn Quayyim Al-Jawizyyaha) poczęły zdobywać przewagę pod wpływem klęski cywilizacji islamu jaką był upadek Abbasydów i likwidacja kalifatu bagdadzkiego przez Mongołów pod wodzą Hulagu-chana (1258 roku). Przygnębienie, poczucie klęski i zawalenia się istniejącego świata wartości, tradycji, porządku i religijnego autorytetu musiało wywrzeć na ówczesnych muzułmanach piorunujące wrażenie (podobnie działo się w „świecie rzymskim” po 455 roku kiedy to Wandalowie pod wodzą Genzeryka zdobyli i złupili Rzym). To poczucie porażki, upadku i degrengolady utrzymywać się miało przez długi czas, potem wzmocnione kolonizacją przez Europejczyków ziem zaliczanych do świata islamu.
Mówiąc o wizjach Abd Al-Wahhaba (i podobnych mu reformatorów) trzeba zaznaczyć, iż w chwili kiedy islam stał się religią globalną, wykraczając poza granice Arabii, będącej ziemią nomadów i koczowników (a to wiąże się z określonym światopoglądem i spojrzeniem na otaczający człowieka świat), przybywając m.in. do obszarów o wysokiej kulturze, innej mentalności i świadomości społecznej – takich jak np. Syria, Persja, Indie czy Egipt – musiał asymilować na zasadzie synkretyzmu te wartości i te obrzędy, które w tych regionach funkcjonowały od setek lat. Wspomniany trend reformy islamu, zarzucający muzułmanom właśnie owo „nowinkarstwo” (bida – po arabsku: herezja, modernizacja, odejście od ortodoksji) tak właśnie wyjaśniał klęski, niepowodzenia i upokorzenia jakie spadły na wspólnotę: odejście od pierwotnego, interpretowanego dosłownie (oczywiście przez danego reformatora-fundamentalistę) myśli Mahometa.
To jest zasadniczy element powstania Arabii Saudyjskiej, jej sukcesu jakim okazuje się ścisła współpraca elit politycznych i religijnych, wprowadzających najczęściej przemocą doktrynę zwaną wahhabizmem (jest to nie tylko religijny wykład i nauka, ale z racji przeplatania się w tradycji muzułmańskiej religii i polityki, religii i kultury, religii i prawa etc. wspartych pozycją rodu Saudów polityczna doktryna). No i stojące za tym dziś petrodolary.
Szczególną – nawet jak na islamsko-fundamentalistyczne stosunki, interpretacją prawa, praktyki zaprowadzenia doktryny wahhabickiej w kraju – było od samego niemal początku zorganizowanie fanatycznych bractw religijnych funkcjonujących w codziennym życiu miast, oaz i wspólnot koczowniczych XIX- i XX-wiecznej Arabii. Ich członkowie zaprowadzali siłowymi metodami nauki Mistrza Al-Wahhaba. Zwano ich mutawwa’a i ichwan. Mutawwa’a działali najczęściej w pojedynkę, stanowiąc coś w rodzaju zarówno policji religijnej, interpretatora nauk Al-Wahhaba, osoby duchownej w danym środowisku etc. Ichwan to z kolei bractwa-oddziały wojowników (związanych wcześniej więzami plemienno-klanowymi, potem – już tylko doktrynalnie), które niosły nauki Al-Wahhaba (a de facto – realizując interesy rodziny królewskiej w podboju Arabii), zdobywając dla Saudów i wahhabizmu kolejne regiony płw. Arabskiego (z czasem wyprawiali się też na tereny dzisiejszego Iraku, Kuwejtu i Syrii). Ich wojennym krucjatom towarzyszyły masowe mordy innych muzułmanów – zwłaszcza szyitów (liczne wspólnoty szyitów różnych denominacji od wieków zamieszkiwały – i zamieszkują nadal – wschodnią część Arabii Saudyjskiej, w regionie zwanym Al-Hasa). To w doktrynie wahhabickiej sformułowano nieznaną do XVIII wieku tezę, iż nie tylko szyici (od wieków pozostający w opozycji do sunnitów i toczący z nimi walki lecz byli uznawani zawsze jako wyznawcy Proroka Mahometa, choć nie-prawomyślni) są takfir (czyli – niewierni, heretycy), ale także ci sunnici którzy przeciwstawiają się doktrynie wahhabickiej. O chrześcijanach, Żydach i innych wyznaniach (zoroastranie, jazydzi, Asyryjczycy, hinduistach itd.) nie warto nawet wspominać. Czy w tej retrospekcji nie widać pewnych elementów funkcjonowania oraz genezy brutalności Państwa Islamskiego i innych współczesnych ruchów islamistycznych ?
Mutawwa’a i ichwan z czasem zostały do głębi zreformowane, nawet wyeliminowane z niektórych sfer administracyjno-państwowych, ujęte w karby machiny państwa i podporządkowane dworowi Saudów. One stoją za funkcjonującą od czasów króla Sauda Ibn Abd Ar-Rahmana Ibn Sauda (1902-1953) tzw. Komisją Krzewienia Cnót i Zapobiegania Złu, która powstała w 1940 roku (początkowo ta religijna policja polityczna liczyła ok. 4000 funkcjonariuszy, by z czasem rozrosnąć się do rozmiarów poważnej spec. służby, posiadającej spore znaczenie polityczne i jurydyczno-administracyjne prerogatywy).
Szokiem dla świata (i pośrednio dla rodziny panujących w Rijadzie Saudów) był dzień 11.09.2001 – atak na WTC w Nowym Jorku. Aż 15 terrorystów było Saudyjczykami. I to nie było przypadkiem. Ujawniło bowiem napięcia jakie przeżywa społeczeństwo głęboko konserwatywne, często funkcjonujące w oparach przed-nowoczesnej tradycji i wartości patriarchalnych, doświadczające gwałtownego rozwoju pod względem technologicznym (boom budowlano-industrializacyjny i kontakty ze światem zewnętrznym), a przede wszystkim - szybko się bogacące. Napływ tzw. gastarbeiterów (z innych krajów arabskich, z Afryki, Indii, Indonezji czy Filipin) zachwiał dotychczasową strukturą społeczną królestwa saudyjskiego. Pojawiły się nie znane do tej pory problemy – równouprawnienie kobiet, demokracja, wolności osobiste, otwarte konflikty w ramach rodziny saudyjskiej (to ponad kilkunastotysięczny klan kuzynów, sióstr i braci, ciotek i wujów, a także pomniejszej kategorii posesjonatów i członków tak szeroko rozumianego dworu czy rządzącej rodziny). Oczy świata odtąd zwróciły się na Rijad, zwłaszcza że przedstawiciel szacownej miejscowej rodziny, bliskiej z racji interesów biznesowych panującej w Rijadzie familii Saudów, Osama Ibn Laden stał się synonimem owego muzułmańskiego fundamentalizmu i międzynarodówki terrorystów ujętej pojęciem „Baza” (czyli - al-Kaida).
Tu warto zwrócić uwagę na ciche, do ataku na WTC (11.09.2001) związki Zachodu – a zwłaszcza USA – z Arabią Saudyjską w wielu dziedzinach polityki, gospodarki, współpracy militarnej itd. (mimo opresyjności reżimu Saudów i jak najdalej odbiegających stosunków - jakie panują na płw. Arabskim - od wymogów jakie Zachód stawiał innym reżimom na Bliskim Wschodzie: Husajnowi w Iraku, Kaddafiemu w Libii, Assadom w Syrii czy Omarowi Al-Baszirowi w Sudanie). Na tych przykładach można łatwo zobaczyć labilność, nie spójność i hipokryzję polityki Zachodu opartej na prawach człowieka, szerzeniu demokracji i wolności obywatelskich itd. Obecność wojsk amerykańskich na ziemi saudyjskiej uważa się za profanację świętej ziemi Proroka, obrazę moralności islamu oraz egzemplifikację podporządkowania wyznawców Allaha „niewiernym krzyżowcom” (dot. ten pogląd islamistów-wahhabitów oraz części rodziny panującej w Rijadzie, a także wielu miejscowych, fundamentalistycznie nastawionych, alimów). Ponadto uwikłanie się Rijadu w szerzenie wahhabizmu w skali globalnej (sponsoring budowy meczetów, szkolenie wedle doktryny Abd Al-Wahhaba duchownych z krajów takich jak Bośnia, Albania, Kosowo czy pochodzących z poradzieckiej Azji Środkowej, wydawanie i rozdawanie darmo - w nakładach milionowych - egzemplarzy Koranu itd.) musiało zaowocować wpisaniem się Saudów w krucjatę wahhabistyczną i konfrontację tym samym z cywilizacją zachodnią. Czego Zachód jednak nie zauważa.
Madawi Al-Rasheed wskazuje jak klimat fundamentalistyczno-fanatycznej wersji islamu oddziałuje na społeczeństwo, które samo z racji swych plemienno-klanowych koligacji jest tradycyjne w swej podstawowej masie. Rijad w XXI wieku próbuje – i na razie udało mu się to przynajmniej częściowo – zwekslować odpowiedzialność za purytanizm i terroryzm wiązane z islamizmem na Bractwo Muzułmańskie, funkcjonujące od dekad na Bliskim Wschodzie. Choć jest to nie prawda; Bracia Muzułmanie są nader konserwatywnym, opresyjnym i stanowiącym zagrożenie dla wolności oraz cywilizowanego funkcjonowania społeczeństwa w regionie, ale to nie oni są głównym dostarczycielem „paliwa” doktrynalnego dla takich organizmów jak salafici czy Państwo Islamskie (Daesh).
W ASIAN AFFAIRS podsumowano tę pozycję w następujący, celny i precyzyjny, sposób: „Książka Madawi Al-Rasheed pojawia się we właściwym czasie”. Dodać – w podsumowaniu – można jedynie tyle, iż należy ją przestudiować, przeczytać i zdobyć się na refleksję, która wyjaśni wiele z problemów targających współczesnym światem. Nie tylko wiązanych z islamem.

Madawi Al-Rasheed, Historia Arabii Saudyjskiej, Warszawa 2011, Książka i Wiedza, ss. 384 (z angielskiego przełożyła Katarzyna Pachomiak)

Jak i dlaczego wyparowuje ze mnie Polska (część 3)
2016-11-29 05:52:52
Religijne uczucia:

W dn. 3.07.2016 r. na wrocławskim stadionie w obecności prawie 40 000 widzów show w starym, swoim, heavy-metalowym stylu dała legenda rocka: brytyjska grupa IRON MAIDEN. Jest to już 4 wizyta „żelaznej dziewicy” w mieście nad Odrą (12.08.1984, 20.09.1986, 28.11.2003 i 3.07.2016). Czy była to ostatnia wizyta mega gwiazdy heavy metalu w naszym mieście ? Czy rządzący nami dewoci zakażą niebawem – na co się zanosi – wszelkich dziedzin sztuki niepodpadających pod ich, religiancki, kato-talibański sposób widzenia rzeczywistości ? Niedawno posłanka Prawa i Sprawiedliwości Beata Mateusiak-Pielucha zbulwersowała Polskę swoimi przemyśleniami na temat nie-katolików. Oto jej enuncjacja w tej materii:
"Wolni w swoim myśleniu i działaniu powinniśmy żądać od mieszkających i pracujących w Polsce cudzoziemców legalizowania pobytu i stworzyć skuteczniejszy mechanizm bezwzględnego egzekwowania tego obowiązku przez państwowe służby. Ale także, powinniśmy wymagać od ateistów, prawosławnych czy muzułmanów oświadczeń, że znają i zobowiązują się w pełni respektować polską Konstytucję i wartości uznawane w Polsce za ważne. Niespełnianie tych wymogów powinno być jednoznacznym powodem do deportacji".
Ten zwrot - "ale także" - jest niezwykle znamienny w tej wypowiedzi.
Entourage wspomnianego koncertu tworzyły ozdabiając scenę i obrazując muzykę, gadżety oraz symbolika kojarzone powszechnie (choć jest to nadużycie wynikające z wielowiekowej indoktrynacji religijnej) z diabolicznością, satanizmem, piekłem, najszerzej z pojęciem zła etc. Zarówno gwieździe wieczoru – IRON MAIDEN – jak i supportowi: znanej na świecie thrash-metalowej grupie amerykańskiej ANTHRAX, towarzyszyły na scenie pentagramy, wizerunek kozła, no i maskotka brytyjskiej grupy – popularny i na swój sposób „sympatyczny”, Eddie.
Figura kozła z olbrzymimi rogami, na kształt fauna z greckiej mitologii, jaka pojawiła się pod koniec koncertu na scenie jawnie nawiązuje do mitów oraz przekazów drążących europejską kulturę od ponad 2000 lat: chrześcijaństwo swoją indoktrynacją przez cały czas swego panowania na Starym Kontynencie jednoznacznie wkleiło w mentalność Europejczyków określony stosunek, zdecydowanie negatywny, do tej symboliki związanej z tradycją przed-helleńską i staro-helleńską (kiedy składano demonicznej postaci, szatanowi – zwanego m.in. Azazelem, ofiary w postaci owiec i którego emanacją jest właśnie kozioł, a owe ofiary miały przebłagać wszelkie złe mocy), gdyż była to potężna konkurencja na rynku religijnych wierzeń. Kozioł – faun w pentagramie jest jednoznacznie kojarzony z satanizmem czyli wiarą w diabła, w złego jako kreatora rzeczywistości.
Można tę symbolikę wywieść z dawnych, bliskowschodnich i perskich jeszcze wierzeń gdzie demiurg zła był równoznacznym panem świata, na równi z dobrym, pozytywnym, przyjaznym człowiekowi władcą wszechrzeczy. Ów dualizm – choć w wypaczonej formie – przejęło poniekąd chrześcijaństwo (np. tradycja manichejska).
Ale nie na ten fakt chcę tu zwrócić uwagę. W Polsce jest obserwowana wzbierająca, potężna fala obskurantyzmu, kołtuństwa, wstecznictwa i religijnego fundamentalizmu (pospolicie nazywanego religianctwem). W tym wymiarze mięści się także zacytowana wypowiedź Posłanki PiS. Emanacją takiego myślenia są również próby dalszego zaostrzenia i tak niezwykle restrykcyjnej ustawy dot. przerywania ciąży, ataki na dzieła sztuki czy kultury nie mieszczące się w kanonie dopuszczonym do publicznej prezentacji a uznawanym autorytarnie przez owych bigotów i ignorantów za jedynie prawdziwy, powołujących się w tej mierze na swoją subiektywnie pojmowaną wiarę religijną i przekaz serwowany z kościelnych ambon. Wyjątkowo pejoratywną rolę pełni tu otoczony złą, niecywilizowaną i cynicznie wykorzystywaną sławą (nadużywany przez falę wzbierającej bigoterii i religianctwa) art. 196 (Roz. XXIV) Kodeksu karnego o tzw. „Obrazie uczuć religijnych”. Mówi on, że: „Kto obraża uczucia religijne innych osób, znieważając publicznie przedmiot czci religijnej lub miejsce przeznaczone do publicznego wykonywania obrzędów religijnych, podlega grzywnie, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do lat 2”.
Przytoczony tu zapis z Kodeksu karnego jest wybitnie wybiórczo stosowany. Szermujący coraz częściej i obficiej tą argumentacją środowiska wojowniczych religiantów w naszym kraju (nie spotykały się z odpowiednią reakcją władzy różnych szczebli, serwilistycznie podchodzącej do siły – często pozornej i iluzorycznej - Kościoła katolickiego), depczący notorycznie zasady państwa prawa i nowoczesnej jurysprudencji (a także zapisany w Konstytucji rozdział Kościoła i państwa), łamiąc szereg zapisów Konkordatu, wytaczają kolejne armaty przeciwko wolności, swobodzie artykulacji myśli i ekspresji artystycznej. Prokuratura i sądy powszechne także często postępują zgodnie z takim „duchem” . Dziś to – w wyniku „dobrej zmiany” – się potęguje o czym świadczy enuncjacja Beaty Mateusiak –Pieluchy. I nic tu nie zmienia dementi, złożone w wyniku oburzenia i powszechnego sprzeciwu – poza ultra-prawicowymi i kato-talibańskimi środowiskami rodzimych religiantów – jakie zapanowały po wspomnianej wypowiedzi Pani Posłanki:
Szanowni Państwo, zwracam uwagę wszystkim dyskutującym i wypowiadającym się na temat mojej publikacji o filmie Wołyń w portalu wpolityce.pl, że napisałam o problemie związanym z zagrożeniem, jakie stanowi coraz większa ilość pracujących i żyjących w Polsce imigrantów, od których, moim zdaniem, należy wymagać poszanowania naszych praw i wartości, jak od każdego gościa, który chce przebywać w naszym domu. Nie ma to nic wspólnego z katolicyzmem, czy innym wyznaniem. Wyrwane z kontekstu zdanie i nazywanie mnie w hejtach faszystowską kurwą to kiepski sposób na dyskusję na tak ważny temat, który staje się w Europie coraz większym problemem. Myślę, że nie tylko ja nie chcę byśmy w Polsce przeżywali tragedie, które były udziałem innych w Europie. Teraz, uważam jest czas na dyskusję jak uniknąć błędów innych. Przypisywanie mi tego, że napisałam o Polakach ateistach, których należałoby deportować i wszelkie wynikające z takiej interpretacji opinie są zwykłą manipulacją. Mam wrażenie, że większość hejtujących wcale mojego artykułu nie czytała, opierając się na komentarzach niektórych portali. Poziom agresji i nienawiści jaki zaprezentowali moi adwersarze zmusza mnie do wydania tego oświadczenia. Wszystkich zainteresowanych proszę o przeczytanie całości artykułu i wyrobienie sobie własnego zdania”.
Ale zwracam uwagę nie na ową skandaliczną wypowiedź członka Sejmu RP, reprezentanta naszego narodu i osobę mającą stać na straży prawa i obowiązującej Konstytucji. Bo po zacytowanym oświadczeniu widać, że Pani Posłanka „mówi co wie, a nie wie co mówi”. A to jest żenujące, po prostu skandaliczne. Smutne jest, iż środowiska demo-liberalne w Polsce, hucznie obchodzące rokrocznie jako święto dzień 4 czerwca - wybory z 1989 roku które zmieniły diametralnie sytuację polityczną, społeczną, kulturową, wszelaką w tej części Europy (a może i w skali całego świata) - objawiają niebywałą hipokryzję, anty-modernizm w myśleniu o państwie, cywilizacji i kulturze Zachodu (Zachodu - do którego tak zachłannie i apriorycznie aspirujemy), pospolitą ciemnotę i zacofanie elit rządzących przez minione ćwierćwiecze Polską. Zwłaszcza jeśli chodzi o zagadnienia światopoglądu, recepcji procesów zachodzących w dzisiejszym świecie, prawodawstwa nowoczesnego państwa, dorobku wspomnianego Zachodu w dziedzinie praw człowieka, wolności obywatelskich, swobody sumienia i wypowiedzi. Niezwykle ważna jest tu sprawa wierzeń religijnych, które dzięki religianctwu i serwilizmowi polskich elit (mieniących się demo-liberalnymi) wobec Kościoła katolickiego zostały niebywale sfetyszyzowane (jakby innych uczuć jednostka nie żywiła). We wszystkich wymiarach: prawnym, kulturowym, psychologicznym itd.
Na bazie, osławionego art. 196 Kk. w ostatnich dwóch dekadach zakazano, zabroniono, wyciszono już wiele akcji, zlikwidowano kilkanaście obiektów, zamykano wystawy i podejmowano próby nie dopuszczania do teatralno-filmowych prezentacji. Zakazy te oczywiście tłumaczono nie drażnieniem środowisk patriotyczno-narodowo-katolickich, zapobieganiem ewentualnym zamieszkom (jakie owi religijni obskuranci mogliby wywołać) na tym tle, negatywnymi reakcjami hierarchii kościelnej etc. Demo-liberałów polskich nie stać było – z lenistwa intelektualnego, z zaprzaństwa czy z myślenia podobnego (choć tego głośno nie artykułują) do wypowiedzi sławnej inaczej posłanki Beaty Mateusiak-Pieluchy – na zaprowadzenie cywilizowanych porządków w tej sferze.
Czy koncerty heavy-metalowe (a w dalszej kolejności – rockowe, pomijając nurt tzw. polskiego rocka patriotycznego lub nazi-rocka, co w jakimś sensie wiąże się z propagowaną wizją kultury przez środowiska rządzące współcześnie Polską w skali makro jak i w wymiarze lokalnym) będą kolejną ofiarą takiego religianckiego, obskuranckiego i anty-oświeceniowego stylu myślenia polskich dewotów ? Czy nie-katolikom, agnostykom i ateistom będzie władza wręczać „bilety w jedną stronę” jak to miało miejsce w niesławnym 1968 roku ?
Bigoteria (tak nachalnie promowana w naszym kraju i tak wszech-obecna w przestrzeniu publicznej Polski AD’2016) jest zawsze związana z zaściankiem, kołtuństwem, anachronicznym myśleniem i anty-modernizmem. Przykładów z historii naszego kraju mamy nadmiar: zwycięstwo kontrreformacji, epoka saska, wsobność myślenia szlachty, upadek kultury, powszechny ciemnogród, rozbiory ……..
Czy tego typu koncerty, takie prezentacje, wystawianie dzieł sztuki nie podpadających według mniemań coraz agresywniejszej dewocji, pod tradycję chrześcijańską (lub będące dysonansem wobec jednolitego, religiancko-autorytarnej przestrzeni publicznej naszego kraju) będą tylko echem przeszłości ? Bo to nie kto inny jak kard. Alfredo Ottaviani, kierujący tzw. Św. Oficjum, będącym przedłużeniem inkwizycji rzymskiej (przemianowanej w 1965 roku na Kongregację ds. Doktryny Wiary), powiedzieć miał jeszcze podczas trwania obrad Vaticanum II , iż „……herezja, każda, nie ma żadnych praw”. I to jest sposób myślenia wszelkiej maści ortodoksów, purytanów, religiantów i fundamentalistów różnej maści. Bo religijny fundamentalizm – islamski, judaistyczny czy chrześcijański – ma te same źródła i ten sam wymiar, a esencja wypowiedzi Pani Poseł niczym de facto nie odbiega od enuncjacji i nawoływań islamistów czy ortodoksyjnych rabinów, nienawidzących en bloc współczesnego świata i inaczej myślących. I to jest puenta rozważań podjętych w tym materiale.













Trump, Trump, Misia, Bela .......
2016-11-14 21:29:51
Demo-liberalny mainstream załkał nad wynikiem wyborów w USA. Zwyciężył populista, seksista, nieokiełznany „burak” i nieliczący się z dotychczas obowiązującym w political correctness słowami bądź określeniami swych konkurentów osobnik, zwolennik autorytaryzmu, człowiek „niewiadomo-skąd” (co prawda to osoba uosabiająca mit Ameryki przedsiębiorczej, mit bogactwa które czeka na każdego „na wyciągniecie ręki” jak tylko będzie się odpowiednio obrotnym i konsekwentnym w biznesowym działaniu). To stwierdzenie nie dotyczy medialnej sfery, która jest jak spojrzymy na cały entourage wyborów amerykańskich, teatrem i mydlaną operą (na podobieństwo „Niewolnicy Izaury”, zaoceanicznego tasiemca „Moda na sukces” czy tureckiej apologii czasów osmańskich pt. „Wspaniałe stulecie”), ale faktu iż Donald Trump jest spoza dotychczasowego establishmentu. Spoza kręgu „znajomych królika” z Wall Street.

Cały wszechświat podlega bogom,
bogowie podlegają zaklęciom,
zaklęcia podlegają braminom, dlatego
bramini są naszymi bogami
.
Przysłowie hinduskie

Ów płacz i szlochy świadczą o dwóch rzeczach. Po pierwsze – heglowski „Zeitgeist” wiejący przez świat obwieszcza absolutnie prawdopodobny i ostateczny koniec epoki wszech-panowania neoliberalnych, wyalienowanych ze społeczeństw elit. Społeczeństw ponoć demokratycznych, wolnych, mających być (niczym francusko-rewolucyjny „lud”) hegemonem, panem i recenzentem swoich przedstawicieli. A elitarni reprezentanci wspomnianych społeczeństw od czasu upadku Muru Berlińskiego, od kolapsu systemu radzieckiego i rozwiązania ZSRR, równoległego ze spuszczeniem mega-kapitału ze smyczy, czyli tzw. kapitału korporacyjnego (tak naprawdę nie mającego barw narodowych choć niewielu z tego zdaje sobie tak naprawdę sprawę), uwierzyli w swoją nieomylność, mądrość, piękno i czystość intencji jakimi się kierują i jakie głoszą, w swoją wszechwiedzę (zwłaszcza w przedmiocie interpretacji tak zasadniczych dla demokracji pojęć jak wolność, równość szans, braterstwo, solidarność, empatia, reformy itd.).
Paradoksem tej sytuacji jest fakt, że uosobieniem protestu i nadziei na zmiany (czego na pewno jest właśnie wybór Trumpa na 45 prezydenta USA) ma być człowiek egzemplifikujący w dużym stopniu te właśnie zależności między kapitałem a dzisiejszym bytem niezadowolonego „ludu”. Współczesnego „ludu” czyli fetyszyzowanej przez media ostatnimi laty tzw. „klasy średniej”. Była ona w przeszłości nośnikiem faszystowskich, rasistowskich, ksenofobicznych i autorytarnych idei. Nie jest (i nie była nigdy) wyłącznie progresywną, postępową, modernistyczną, racjonalną i „oświeconą” klasą społeczną jak próbowały to wmówić nam korporacyjne media.
Takim źródłem zdaniem wielu komentatorów i badaczy – m.in. pisze o tym włoski intelektualista Umberto Eco w eseju o proto-faszyzmie i jego immanencji wobec kultury euro-atlantyckiej ([w]: "Pięć pism moralnych") - jest zawsze indywidualna frustracja (subiektywnie – nie obiektywnie – odczuwana, nie oddająca rzeczywistego stanu rzutującego na powstawanie owych frustracji) oraz brak refleksji krytycznej (czyli sceptycyzmu zapładniającego dystansem każdą auto-refleksję). To jest też wynik określonej edukacji i medialnego przekazu. Eco opisuje niezwykle proroczo (jest to rok 1995), jak dawni progresywnie zorientowani nosiciele zasadniczych idei Oświecenia, po okresie tzw. „złotego wieku” zachodniej kultury i klasy średniej (pojęcie opisujące lata 1945-89 ukute przez brytyjskiego historyka Erica Hobsbawma) przekształcą się w wyniku procesów globalizacyjnych w „lumpen-drobnomieszczaństwo”, stając się tym samym pożywną glebą dla odrodzenia faszystowskich idei i wartości, będąc jednocześnie ich głównym nośnikiem i zapleczem. Gdy człowiek musi ciągle z czegoś rezygnować, a przy okazji widzi rozwierające się nożyce bogactwa i biedy (tak w skali makro jak i w skali jednostkowej), gdy wszechogarniający Armagedon jest za progiem jego domu (dzięki nawałowi newsów, informacji, kolorowych obrazów przekazywanych przez globalne media), muszą dopaść go frustracje rodzące zawiść.
Drugim aspektem owego płaczu nad „przegraną Hillary” jest paradoks – którego ów mainstream tak nad Potomakiem, jak i nad Wisłą, w Budapeszcie czy Wiedniu (a w przeszłości w Rzymie gdy Włochom premierował groteskowy biznesmen, protoplasta moim zdaniem Donalda Trumpa ale w mini-skali, Silvio Berlusconi) nie jest w stanie, nie chce zauważyć (z ignorancji bądź egoizmu) - że wybór miliardera i celebryty na gospodarza Białego Domu jest również efektem profilu dzisiejszych mediów, sposobu ich funkcjonowania i przekazywanych przez nie wizji świata. Nie chodzi w ich działalności o żadną prawdę, rzetelną, obiektywną informację o rzeczywistości współczesnego świata, o debatę nad procesami jakie w nim zachodzą itd. O edukacji odbiorców – bo to żmudny, długotrwały i nie-zyskowny (dziś chodzi w świecie korporacji aby zysk był szybki, możliwie maksymalny i przy minimalnych nakładach własnych) proces – nawet nie ma co mówić.
Irracjonalizm to działanie dla samej istoty działania, nie dla zmian, ewolucji, postępu, uwielbiający taką formę działania jak ruch, „zadyma”, emocje i afekty. Nerwowe napięcie, onanizm nad symboliką narodowo-religijną, wielkie słowa wobec nieistotnych i przemijających spraw. A to istota korporacyjnych mass-mediów. Tym samym racjonalne, sceptyczne, zdystansowane spojrzenie na rzeczywistość odłożone zostaje do lamusa. Nie wolno się więc dziwić, iż konsumenci takiej papki medialnej impregnowani zostają na racjonalizm, sceptycyzm poznawczy, realizm i chłodny pragmatyzm. To egzemplifikuje się potem w wyborczych preferencjach.
Mainstream płacze nie wiedząc dlaczego tak się dzieje. Boi się „odejścia od kapitalizmu”, a de facto od neoliberalnego „porządku wszechrzeczy” (neoliberalizm to wszech-ogarniająca i powszechnie obowiązująca – dzięki mediom - wizja świata). A kapitał, ten bez narodowych barw, bez państwowych i religijnych konotacji (retoryka i publiczne enuncjacje nie mają żadnego znaczenia) współpracuje ze wszystkimi systemami polityczno-społecznymi. Tak samo z rządzącą socjaldemokracją jak również z faszystami. Kapitał jest po prostu związany z nimi wszystkimi określonymi interesami i dlatego nie może być mowy o jakiejkolwiek anty-systemowości (dotyczy to kapitalizmu jako formy sprawowania władzy przez właścicieli kapitału oraz systemu wartości, a tu zasadniczym pojęciem i jego interpretacją jest stosunek do własności).
Teraz będzie tak samo. Chodzi tylko o proweniencję Trumpa: jego umiejscowienie poza dotychczasowym establishmentem. To jest wg mnie zasadniczy ból elit . Reszta to retoryczne ozdobniki, irracjonalne humbugi (wynikające z ignorancji bądź potrzeb manipulacji), nie mające nic wspólnego z rzeczywistymi informacjami.
Jeśli jednak Donald Trump przynajmniej w drobnym stopniu nie zmieni czegokolwiek w polityce - zwłaszcza wewnętrznej (a wpływy USA na świat ma także niebagatelne znaczenie) – to następnym gospodarzem Białego Domu będzie najprawdopodobniej jawny i autentyczny …… faszysta. Pisał na ten temat już ponad 10 lat temu amerykański uczony Richard Rorty przewidując – na podstawie obserwacji postępów i kierunków rozwoju procesów globalizacyjnych, generujących rozwój religijnego fundamentalizmu – takie rozwiązanie.
Śmiechem mogą więc napawać dyrdymały objawiające fakt, że „Trump to zwycięstwo Putina”, Kaczyńskiego bądź Orbana (lub ich wszystkich razem wziętych). Ktoś kto wygłasza takie tezy patrzy z polskiej, lokalnej, sensacyjno-banalnej, niezwykle ograniczonej perspektywy (Bracia Grimm: „ropuch ma zawsze ropuszą wizję piękna” [w]: "Bajka o ropuchu"). Z perspektywy polonocentrycznej, w niewielkim już stopniu biorącej pod uwagę aspekt ogólno-europejski, do światowego oglądu nawet się nie zbliżając. Wszyscy ci politycy – Orban, Kaczyński, Putin i Trump - są bowiem efektem (a nie inicjatorami czy autorami takich programów polityczno-społecznych) wynikającym z określonej polityki, z tego samego systemu wartości i analogicznych frustracji społeczeństw: rosyjskiego, polskiego, węgierskiego, amerykańskiej klasy średniej (admirowanej przez siły polityczne „od lewa do prawa” jako clou porządków po upadku Berlińskiego Muru i nośnika wszystkiego co postępowe, modernistyczne i progresywne społecznie), tych samych nadziei tzw. „ludu”: oczekującego minimum przewidywalności, ograniczenia chaosu życia codziennego, jasnego przekazu od władzy i ośrodków decyzyjnych, ale też i poczucia sprawiedliwości (cokolwiek pod tym względem ów „lud” rozumie) oraz ograniczenia rozbieżności etycznych intencji i moralizatorskiej retoryki z bieżącą, codzienną praktyką polityki.
Trendy światowe są jednoznaczne – demokracja liberalna jest w odwrocie. Z własnych, immanentnych jej ułomności, z miałkości intelektualnej i moralno-etycznej polityków realizujących ten polityczny projekt w różnych częściach świata. Wiele krajów, wiele społeczności (zwłaszcza spoza kręgu kultury łacińsko-atlantyckiej) patrzy z zainteresowaniem na tzw. „demokrację sterowaną”, wykazującą się w XXI wieku lepszą skutecznością niźli importowane idee demo-liberalne, a także będące bliższe ich kulturom i doświadczeniom cywilizacyjnym. Turcja, Malezja czy Filipiny, nie mówiąc o Rosji, są tego najlepszym przykładem. Chin nawet nie wspominamy w tym kontekście.
Podany na początku materiału przykład z heglowskim "Zeitgeistem" jest tego najlepszym przykładem i opisem.
Na zakończenie tych krótkich rozważań nad zwycięstwem Donalda T. w wyborach prezydenckich w USA warto przypomnieć, iż wiele uzasadnień tłumaczących ów fenomen (jak uważa nadal niczego nie rozumiejący mainstream) znajdziemy w dorobku brodatego filozofia z Trewiru (oczywiście traktowanego nie dogmatycznie, nie z „nabożną czcią” - zawsze religijnej proweniencji - lecz z dzisiejszej perspektywy i określonych doświadczeń).
Rozpaczającym nad wynikami wyborów w Stanach Zjednoczonych elitom trzeba zacytować tylko Noama Chomsky’ego, który doskonale opisuje przyczyny takiego, opłakiwanego dziś, stanu rzeczy: „Najbardziej skuteczną metodą skrępowania demokracji to transfer miejsca podejmowania decyzji ze sfery publicznej do instytucji, które nie ponoszą odpowiedzialności: królów, kast religijnych, junt wojskowych, dyktatur partyjnych albo współczesnych korporacji”. Tworzy się w wyniku takich działań zbiorowość o mentalności „małego dziecka”, utrzymywana w infantylizmie, ignorancji i przeciętniactwie, a jej bunt zamieniony zostaje w poczucie winy, która eksploduje właśnie w takich momentach jak np. wybory.


60 lat minęło
2016-10-31 20:36:24
W tym roku minęło 60 lat (od 1956 r.) jak nasi południowi bracia Czesi (wtedy kraj zwany Czechosłowacją) nakręcili i wypuścili na ekrany kin niedoścignioną wersję mega-epopei jaką są „Przygody Dobrego Wojaka Szwejka” w reżyserii (i scenografii) Karela Stekly’ego, ze wspaniałą grą aktorską m.in. Rudolfa Hrušinskiego (jako Szwejka) czy Miloša Kopecky’ego (jako feldkurata Otto Katza). To obraz prezentujący uniwersalne – czyli ponadczasowe i ponad-ustrojowe - powody do śmiechu, drwiny, parodiowania i zdystansowania wobec przejawów wszelkiego napuszenia, bombastyczności, klerykalizmu i religianctwa, wybujałego i triumfalnego patriotyzmu, wiecznie żywej „klaki”, głupoty elit nami rządzących oraz pospolitego zadęcia i polityczno-kulturowej hipokryzji. Zachęcam wszystkich do kolejnego obejrzenia tego kapitalnego obrazu. Bo zobaczycie nasz kraj i nasze stosunki międzyludzkie, w zupełnie realnym, współczesnym i przejrzystym świetle.

Politischen Verdachtig – politycznie
niepewny. To dzisiaj nic takiego dziwnego.
Dobry Wojak Szwejk

I dodaje od razu – „o kim się tak dziś nie mówi”. W Polsce AD 2016 należy jeszcze dodać, iż od początku tzw. „transformacji ustrojowej” rozpoczętej w 1989 roku ciągle ktoś jest – permanentnie (choć to grono stale jest powiększane o kolejne zastępy i legiony „politycznie niepewnych” oportunistów, krytykantów, nie-dość-dogłębnie zdekomunizowanych lewaków i post-komunistów, sierot po PRL-u i moralnie podejrzanych) – Politischen Verdachtig. Tę retoryczną figurę najlepiej opisują nie współczesne tyrady reprezentantów rządzącego PiS-u, ale wypowiedź sprzed laty reprezentantki salonu-salonów, elity-elit, będących clou nadwiślańskiej moralistyki i cnót wszelakich, a mówiąca że zwycięskiemu w demokratycznych wyborach ugrupowaniu – bo jest owo zwycięstwo źle przyjmowane przez mainstream z racji swej „niebłagonadiożności” zadekretowanej przez te gremia – „mniej wolno”.
W naszym kraju dzisiejsza sytuacja jest jak z powieści Jaroslava Haška. Dlatego, że te salony-salonów, te elity-elit, ci moraliści i owe etycznie nieskazitelne Autorytety (mianowane nieodwołalnie przez mainstream – czyli de facto przez siebie samych) były kompletnie nie przygotowane do sprawowania władzy. I jak wszystko od wieków w Polsce poszło wedle kanonu: chcieliśmy dobrze, a wyszło jak zawsze …….
No może jedynie mieć rację Agnieszka Wołk-Łaniewska mówiąca, iż „było jej dane szczęśliwie żyć w okresie oświecenia jakim była nad Wisłą, Odrą i Bugiem Polska Ludowa”.
Gdy popatrzeć na feldkurata Otto Katza czyż nie widzimy współczesnego, katolickiego kościoła polskiego i jego funkcjonariuszy ? Czy zadęcie narodowo-patriotyczne i wszechobecny wojskowy „sznyt”, militaryzacja nie tyle już przestrzeni medialnej ale i umysłów polskiej młodzieży (z Antonim Macierewiczem i np. gen. Romanem Polko w tle) nie są wypisz – wymaluj obrazem ze Szwejkowych peregrynacji eszelonem na front, przygotowywanych batalii i samych działań wojennych ? Czy Bogdan Chazan i Konstanty Radziwiłł nie są lekarzami vide dr Grünstein w lazarecie (gdzie trafił Józef Szwejk), leczący starających się uniknięcia wysłania na front „Simulanten” chininą, lewatywą, zawijaniem w mokre prześcieradła i rycyną ? Czy przerabianie przez Szwejka bezdomnych psów - zwykłych kundli - na rasowe egzemplarze i upłynnianie ich z zyskiem (oczywiste szalbierstwo jest przez wszystkich widoczne, ale obie strony transakcji milczą jak zaklęte robiąc dobrą minę do złej gry) to nie magiczne sztuczki politycznych szalbierzy od ekonomii mieniący się „niezależnymi fachowcami” światowej i europejskiej marki (jedynym tego typu ekonomistą – choć do końca to nie jest lewicowa „moja bajka” – jest omijany w Polsce szerokim łukiem prof. Grzegorz Kołodko) ?
Gdy ostatnio przypadkowo wpadłem w „telewizorni” na wywiad Elizy Michalik z euro-posłem Michałem Bonim z niezwykle pro-europejskiej, liberalnej i nowoczesnej asocjacji politycznej (to jest też ów salon-salonów, elita-elit, ów mainstream), który po zapewnieniu o wyciągnięciu wniosków z przeszłości mówił z przekonaniem jaką to wizję Polski świeckiej, nie-klerykalnej, wręcz – laickiej, gdzie rozdział państwa i Kościoła był ściśle przestrzegany, a konkordat niósł „samo dobro” (m.in. w tym kontekście nawiązał do pozytywów tzw. „kompromisu aborcyjnego”, który teraz chce się podważyć) realizowała rządząca PO od razu stanął mi przed oczyma porucznik Dub.
Dobry Wojak Szwejk na takie dictum by rzekł: „Człowiek uczy się na błędach jak ten giser Adamec z Dańkovki, co to przez pomyłkę napił się kwasu solnego”. Euro-poseł to może i nie napił się tej mikstury, lecz społeczeństwo polskie to i owszem, a efekty są widoczne po receptach i egzorcyzmach odprawianych przez polską prawicę podczas sprawowania rządów (partia Michała Boniego jest prawicą, konserwatywno-liberalną prawicą, omyłkowo tylko inaczej traktowaną nad Wisłą, Odrą i Bugiem).
Dlatego bardzo szanuję zacnego Wojaka Szwejka, moje uosobienie czeskości. Czyli czegoś czego nam Polakom brakuje najbardziej. To antyteza polskiej megalomanii, mesjanizmu, misyjności (najszerzej i najdokładniej ujętej), napuszenia, kompleksów – zarówno niższości jak i wyższości. Kocham Józefa Szwejka, podziwiam go, zazdroszczę mu, a jednocześnie – jak prawie każdy Polak - z niego kpię, śmieję się czyli poniekąd (choć do tego się nie przyznaję oficjalnie bo to passe, bo to nie political corectness , bo to anty-mainstreamowe i nie godne jednocześnie miana inteligenta polskiego oraz demokraty) gardzę nim, czując wyższość prawdziwego Polaka do tego super-Czecha. A może tylko nasza, polska tożsamość, tradycja, kultura tak malują owego południowego sąsiada Polski ?
Szwejk nie podpalił świątyni Artemidy w Efezie jak Herostrates, nie zabił na stopniach Kapitolu Juliusza Cezara jak Brutus, nie był papieżem jak Karol Wojtyła ani wodzem zwycięskich armi jak np. hrabia Radecki von Radetz; to nie Napoleon, Attyla, Jan III Sobieski, Piotr I Wielki, Lincoln czy Robespierre; to nie Nobel, Curie-Skłodowska, Oppenheimer, Einstein czy Hawking. Daleko mu także do Mahatmy Ghandiego, Martina Lutera Kinga czy Desmonda Tutu. To także nie jest wymiar Jego Sławnego Rodaka Vaclava Havla.
Ale przecież jest coś nietuzinkowego w tym prostym Czechu, odzianym w szynel żołnierski armii C.K. Austro-Węgier, coś ponadczasowego, uniwersalnego i zarazem prostodusznego (choć na pewno nie prostackiego). Dobry Wojak Szwejk chce być prowincjuszem, outsiderem, huncwotem i obwiesiem. Przygłupem i notorycznym idiotą. Lecz to tylko poza i (udana) próba przetrwania tych wielkich (ponoć) czasów w jakich przyszło mu egzystować (a nam dane jest to dzisiaj). Tego bowiem sobie nie wybieramy. I nie wybiera nam tego też żaden bóg, żaden premier, żaden mentor, autorytet moralny czy kapłan.
Ta jego postawa i mentalność są przecież tak nie kompatybilne z duchem naszych czasów. Są tak niezwykle passe, że aż dziw bierze iż ktokolwiek może je brać na serio, ktokolwiek może się do nich odwoływać, je podziwiać i składać im hołd. O stawianiu za wzór już nawet nie mówiąc.
A poza tym - byt każdej osoby winno się utożsamiać z wielkimi czasami, gdyż jest on (i te czasy) niepowtarzalnym, nie-do-przeżycia-po-raz-wtóry. I dlatego każde życie, każdego człowieka jest wielkim czasem, dla niego, dla jego świadomości, dla jego samopoczucia.
Więc dlatego m.in. kocham i szanuję, wielbię i podziwiam Dobrego Wojaka Szwejka oraz chylę czoła przed jego życiową filozofią. Bo to jest filozofia czci i atencji dla życia jako takiego, najwyższej i jedynej prawdziwej wartości jaką posiada człowiek. Czegoś autentycznego i niepowtarzalnego w obecności każdej jednostki na tym ziemskim padole, potocznie zwanym życiem doczesnym
Szwejk i jego filozofia to jest to o czym mówi duński aktor - znany z filmów Larsa von Triera - Stellan Skasgǻrd, że wszystkie religie (i doktryny polityczne z nich wywiedzione) Zachodu mają jedną wspólną cechę, gdyż chcą regulować co jesz, co pijesz z kim sypiasz i kiedy, gdyż jeśli wg nich kontrolujesz instynkty to kontrolujesz tym samym człowieka.
Katyń - Smoleńsk - Wołyń
2016-10-20 12:44:10
Te trzy obrazy, rejestrujące trzy różne wydarzenia, mające miejsce w różnych okolicznościach i historycznych czasach, w antynomicznych (zdawać się może) sytuacjach i politycznych konotacjach mają jedno wspólne tło, wyraźnie wydobywane z cienia historii: obecność Polski na Wschodzie Europy (cokolwiek by pod ten terminem i pojęciem rozumieć) oraz polską rusofobię wynikającą ze skomplikowanych dziejów tej części Starego Kontynentu, kolonialnej historii Polski i Rosji. Zderzenie tych kolonializmów oraz fantazmatyczne podejście do historii w Polsce rzucają cały czas złowrogi cień na zdystansowany, racjonalistyczny, pragmatyczny charakter polskiej polityki, kultury, edukacji, ekonomii etc. A w dalszym tle grasuje wszechobecny antykomunizm nakazujący Polakowi utożsamiać nadal Rosję z centrum światowego komunizmu i prawosławia (czyli – gorszej jakości chrześcijaństwa w przeciwieństwie do prawowiernego katolika made in Poland - tradycja kontrreformacyjna i jej zgubne skutki sprzed 300-400 laty są widoczne po dziś dzień), starający się traktować ten kraj-kontynent jako pole oraz materiał do jego podziału terytorialnego (koncepcja Zbigniewa Brzezińskiego z „Wielkiej szachownicy” jest tego adekwatna emanacją), a także do nawrócenia: dawniej na katolicyzm, współcześnie – na zachodnią wersję demokracji.
I jeszcze jedno. W Polsce każdy film dotykający historii czy spraw społecznych jest traktowany jako prawda i fakt absolutnie jednoznacznie wartościujący. Zwłaszcza kiedy wpisuje się on w polskie imaginarium podrysowane współcześnie funkcjonującymi fantazmatami. Nie jako wizja reżysera i autora scenariusza. To także wynik określonego – jak pisze Andrzej Leder – „polskiego imaginarium” oraz wspomnianej, fantazmatycznej interpretacji naszych dziejów.

Nawet kiedy w dalekiej przyszłości cały świat się
zracjonalizuje i zlaicyzuje, Polacy wciąż będą żądali
od Boga specjalnego traktowania. Historyczne lenie
tak właśnie próbują zrzucić z siebie odpowiedzialność.

Krzysztof VARGA („Ogryzanie Węgra”)

Namiętna dyskusja jaka przelewa się przez Polskę w kontekście wejścia na ekrany filmu „Wołyń” w reżyserii Wojciecha Smarzowskiego, argumenty polityczne i geopolityczne, wewnątrzkrajowej proweniencji i o międzynarodowym wydźwięku tego obrazu, moralne i historyczne oceny oraz interpretacje jakie padają w tej debacie skłaniają mnie do kilku refleksji. Ale przede wszystkim jest to po raz kolejny przyznanie racji Jerzemu Józefowi Szujskiemu (połowa XIX wieku), który stwierdził celnie, iż „fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki”. I to widać, słychać i czuć w perspektywie całej nadwiślańskiej narracji wobec historii Wschodu Europy. I naszego udziału - oraz interpretacji - w jej tworzeniu.
Te trzy obrazy łączy właśnie ów mistycyzm, fantazmatyczne „chciejstwo” i pospolity irracjonalizm w traktowaniu naszych dziejów nie jako realnego splotu przyczynowo-skutkowych faktów różnego pochodzenia i stąd wynikających nieszczęść spotykających Polskę i Polaków, ale jako sprzysiężenie złych mocy, dybiących cały czas na niepokalany i czysty jak „Maryja zawsze Dziewica” kraj nad Wisłą, gdzie „lud bogobojny i miłujący tradycję”, oddany Rzymowi i wierze ojców. O krajobrazie – w jakimkolwiek wymiarze pojmujemy ten termin (społecznym też) – gdzie „wieś cicha, wieś spokojna”, a my, Polacy „kochamy się jak bracia”. Kto tak nie kocha, kto jest po prostu INNY, ten nie jest Polakiem. Taka konstrukcja opisu świata – powiedzmy aksjologiczno-irracjonalna - zakłada, że my zawsze jesteśmy dobrzy i anielscy, a ci INNI szatańscy, wynaturzeni, źli i nieczyści (pod każdym względem). W takim ujęciu świat nie może być – a jest bo to realizm i racjonalne nań spojrzenie - pełny konfliktów i sprzeczności, wynikających z edukacji, ekonomii, stosunku do własności i uwarunkowań klasowych (apage satanas – toż to jawny Marks !!!).
Oliwy do ognia w tej narracji, zahaczającej już jawnie o swoisty onanizm i masochizm narodowo-kulturowy – w zależności od aktualnie zajmowanych pozycji politycznych i takich afiliacji argumentacja jest diametralnie różna lecz podszyta bądź to rusofobią i ukrainofilią bądź na odwrót: ukrainofobią i rusofilią – dolał do ognia fakt odwołania prezentacji tego filmu w Kijowie przez tamtejszy Instytut Polski na wskutek nacisków polskiego MSZ. Zapewne stało się tak w wyniku międzypaństwowych konsultacji i wyraźnych sugestii na ten temat ze strony władz Ukrainy. Ostatnie wypowiedzi polityków w tej kwestii i to różnych opcji (np. Paweł Kowal, Aleksander Kwaśniewski czy Grzegorz Schetyna) ukazują drugie, albo i trzecie, dno tego problemu. Dno polityczne, dno osadzone w nadwiślańskich uprzedzeniach, fobiach, sympatiach i antypatiach (co w polityce bieżącej i perspektywicznie nigdy nie jest rysem korzystnym bądź skutecznym), ale podszyte aktualną koniunkturą i sprzecznościami. Doskonały komentarz do przyczyn tej sytuacji daje list prof. Marii Janion skierowany do uczestników niedawno odbytego Kongresu Kultury Polskiej, gdzie sędziwa Profesorka stwierdza, iż m.in. „…..Nie mam wątpliwości, że trwała nasza niezdolność do modernizacji ma źródło w sferze fantazmatycznej, w kulturze przywiązania zbiorowej nieświadomości do bólu, którego źródeł dotykamy z największym trudem, po omacku. Naród, który nie umie istnieć bez cierpienia, musi sam sobie je zadawać”.
Atmosfera wokoło tych obrazów – może najmniej dotyczy to „Katynia” Andrzeja Wajdy gdyż sprawa została „wyjaśniona” i opisana w chwili upadku ZSRR ostatecznie i jednoznacznie (choć kręgi radykalnych narodowo-rusofobicznych tzw. „patriotów” żądają od Moskwy ciągłego kajania się i klęczenia w kącie „na grochu” do końca „świata i jeden dzień dłużej”) – jest histeryczna, pompatyczna, egzaltowana, po prostu afektywna. W tych obrazach nie chodzi bowiem o żadną prawdę. A historyczną przede wszystkim. To opowieści zbliżające się – mniej lub bardziej (w perspektywie i zależności od mentalności i warsztatu intelektualnego każdego twórcy) – do niej.
Brak mi w naszej narracji – nie tylko w odniesieniu do tych trzech filmów, a do całej polskiej mega-debaty wewnątrz-narodowej – tego co wspaniale określa myśl Marka Aureliusza, imperatora i filozofa, mówiąca że „…….Wszystko co słyszymy jest opinią, nie faktem. Wszystko co widzimy jest perspektywą, a nie prawdą”.
Kolejną refleksją budzącą się we mnie od dawna, ale na kanwie wspominanej dysputy nabierającą realnych kształtów jest pytanie czy twórcy i animatorzy kultury mają do spełnienia jakąś uniwersalnie uznaną, w sposób nadprzyrodzony nadaną im misję, zadanie w przekazaniu na tej ziemi zamieszkującym obywatelom prawd absolutnych, drogowskazów postępowania, moralnych wektorów bądź jednoznacznego opisania i interpretacji faktów historycznych ? Czy w ogóle we współczesnym, rozproszonym i spluralizowanym świecie takie ujęcie swego bytu, swego jestestwa jest możliwe ? I czy jest skuteczne ? Przede wszystkim jako lek na nadwiślańskie fumy, lęki, fantasmagorie, uprzedzenia, kompleksy. Na fantazmatyczne postrzeganie siebie, sąsiadów, historii i faktów w niej zaistniałych (tych całkiem bliskich, dalszych i bardzo odległych w czasie).
To cierń folwarcznego myślenia i bytowania przez stulecia (w niektórych rejonach Polski do czasów II wojny światowej) w warunkach feudalnej wsi, dworku i czworaków, niewolniczej relacji Pan vs Cham wdrukowany określonymi argumentami przez karbowych, ekonomów czy „aparat przymusu” (reprezentujący zaborców lub II RP). Takie relacje rzutujące na mentalność wielkiej części społeczeństwa polskiego dziś (piszą m.in. nt. temat Andrzej Leder czy Jan Sowa) egzemplifikuje idealnie postać Maciejunia z „Przedwiośnia” Stefana Żeromskiego
Na koniec pragnąłbym zaznaczyć, iż podstawowy błąd – choćby w kręgach mieniących się lewicą – to retoryka dotycząca wydarzeń na tzw. Kresach w latach 1939-45 (a nawet – do zakończenia Akcji Wisła). Bo to nie Ukraińcy, a ukraińscy faszyści dokonali rzezi na Wołyniu, ludobójstwa w dzisiejszym sensie rozumienia tego pojęcia. Faszyści owładnięci ideologią nienawiści do wszystkiego co INNE, do ludzi i kultury, religii i języka, skrajni anty-komuniści i de facto – rasiści (anty-semityzm jest klasycznym rasizmem). Faszyści - tacy sami jak niemieccy, słowaccy, chorwaccy, hiszpańscy flamandzcy, austriaccy, włoscy czy …… polscy (którzy jak na razie nie mieli okazji i zbyt szerokiego pola do popisu dla tego typu reakcji, zachowań czy rozwiązań).
Dziś dla tych ostatnich warunki stworzone w Polsce są wprost modelowe. A i klimat intelektualny, polityczny, stratyfikacja społeczna i nastroje dodatkowo im mogą sprzyjać. I sprzyjają.
Polski kolonializm (trup w narodowo-sarmackiej szafie)
2016-10-13 16:07:20
Bartosz Kownacki, vice-minister MON, to radca prawny i bliski współpracownik Antoniego Macierewicza - jako przedstawiciel kilku rodzin - w wyjaśnianiu okoliczności katastrofy w Smoleńsku, absolwent dwóch Uniwersytetów (Warszawskiego i im. Jana Pawła II w Krakowie), w latach 2003-06 odbywał aplikację prokuratorską, ale ostatecznie wpisany został na listę radców prawnych (2007 r.), funkcjonariusz Kontrwywiadu Wojskowego (lata 2006-07), współpracownik Lecha Kaczyńskiego w kancelarii prezydenckiej (do 2009 r.), niedoszły radny m. Warszawy (z 2006 r.), do Sejmu VIII kadencji dostał się z okręgu bydgoskiego (7 735 głosów), partyjny „wędrowniczek” m.in. przez jakiś czas był członkiem Solidarnej Polski (kanapowej asocjacji politycznej Zbigniewa Ziobry) lecz potem nawrócony na „łono partii” Jarosława Kaczyńskiego dostał się na salony ministerialne. Nie na szerokie reperkusje jakie wzbudziła wypowiedź Pana V-ce Ministra – w kontekście zamieszania powstałego w wyniku anulowania przez Polskę umowy z Francją na dostawę helikopterów Caracal (zastąpią je amerykańskie Black Hawki) – pragnę jednak zwrócić uwagę, choć jest ona tyle skandaliczna co analogiczna z poziomem enuncjacji Donalda Trumpa, tak obsobaczanego przez polskich „znawców polityki”. Chodzi o komentarze i społeczny rezonans jakie owa wypowiedź wywołała, zwłaszcza w tzw. „środowiskach patriotycznych”.
O mieszkańcach kraju nad Sekwaną Pan V-ce Minister raczył powiedzieć co następuje:

To są ludzie, którzy uczyli się jeść od nas
widelcem parę wieków temu. Więc być
może w taki sposób się teraz zachowują.

Bartosz KOWNACKI

To jest intelektualna katastrofa. To Himalaje ignorancji i braku podstawowej wiedzy. I nie chodzi tu już o funkcję jaką aktualnie piastuje ów „urzędnik” – a z tym wiąże się kanon, iż reprezentuje on państwo i wypowiedziane publicznie przez niego słowa idą na karb kraju, który go zatrudnia i mu za to płaci a jego prywatne sądy czy mniemania (głupie, infantylne, prostackie itd.) absolutnie się nie liczą. Tu rzecz idzie o dyplomację i politykę przez duże „P”. Pewnie Bartosz Kownacki nie zna podstawowej zasady rządzącej polityką – i tym samym dyplomacją – mówiącej, iż „lepiej zawsze powiedzieć dwa słowa za mało niż jedno za dużo” (Arystoteles). Tak jest kiedy do poważnych przedsięwzięć bierze się ludzi, którzy „mówią co wiedzą, a nie wiedzą co mówią”. Absolutny dramat powstaje gdy tacy ludzie nie wiele (lub nic) nie wiedzą.
Stąd przychodzi mi do głowy od razu passus (nomen omen Francuza, znakomitego polityka i mistrza dyplomacji) Charlesa Maurice de Talleyranda mówiący o nas, że „.....Z Polakami organizuje się tylko bałagan”.
W perspektywie tego żałosnego wydarzenia chciałbym jednak zwrócić uwagę na harmider jaki podniósł się w komunikatorach i na społecznościowych portalach ze strony wspomnianych środowisk, wielbicieli PiS-u i innych ultra - prawicowych ugrupowań czy konwentykli (ale wielu polityków i adherentów Platformy Obywatelskiej ma w głowie podobną „sieczkę” czemu wielokrotnie dawali upust). Prawica zawłaszczająca dziś narrację publiczną w naszym kraju, a wykazująca solidarność z wypowiedzią Bartosza Kownackiego (uczynił to poniekąd euro-deputowany PO Jacek Saryusz-Wolski) i przytaczająca racje dla postponowania kraju znad Sekwany, posługuje się cały czas szowinizmem, ksenofobią i nadwiślańską megalomanią (o rodowodzie kontrreformacyjnym i sarmackim). O przypominaniu po raz nie wiadomo który tzw. „drôle de guerre” (fr. – dziwna wojna) z 1939 roku nawet nie warto mówić. W polityce bowiem nie ma przyjaźni (i nigdy jej nie było), są tylko „wieczne interesy” (Winston Churchill).
Chcę tylko zwrócić uwagę na dwa szczegóły. Polska – i środowiska bliskie (jak mi się wydaje) mentalnie Panu Mecenasowi Kownackiemu – jawi się dla wielu moich Rodaków jako pierwszorzędny reprezentant cywilizacji i kultury Zachodu (kojarzony w tych kręgach jako chrześcijaństwo In situ). Tym samym niejako stając się spadkobiercą tak starożytnej Hellady, jak antycznego Rzymu i Cesarstwa Karola Wielkiego. Nic bardziej błędnego, megalomańskiego, mitomańskiego. Nasz kraj wszedł do rodziny chrześcijańskiej co prawda w chwili chrztu (1050 lat temu) władcy państwa Polan Mieszka I, ale kulturowo i cywilizacyjnie zawsze pozostawał na peryferiach tzw. Zachodu i chrześcijaństwa rzymskiego. Stosunek papieży i polityki Rzymu do Polski w Średniowieczu i czasach nowożytnych świadczą o tym dobitnie (konflikt Polska vs zakon krzyżacki, rozbiory, powstania etc.). Państwa Zachodu w tej mierze kontynuują jedynie ową praktykę en bloc.
W tym kontekście należy zapoznać się co w XVI, XVII i XVIII wieku pisali o jakości życia w Polsce podróżujący tu, posłujący, robiący interesy ludzie Zachodu: nawet czeski kupiec Henryk Michał Hyserle pisał niesłychanie krytycznie o tych sprawach narzekając na jakość i sposób odżywiania się ówczesnych obywateli I RP, komfort noclegów, stosunki między ludzkie itd. Dopiero po przekroczeniu granic i wjeździe na Śląsk zaznać można zdaniem Hyserlego „wygód godnych cywilizowanych narodów” . Jest rok 1605. Podobnie opisuje nadwiślańskie równiny i stosunki cywilizacyjno-kulturowe Charles Ogier, poseł króla Francji (1635 r.) narzekając zwłaszcza na niewygody noclegów i ich prymitywizm w porównaniu z „karawanserajami” w krajach muzułmańskich – do jakich posłował – i oberżami/noclegowniami w ówczesnej Europie Zach.
Tę sekwencję niech podsumuje fragment wiersza francuskiego poety renesansowego Filipa Desportesa (z 1573 r.) przemierzającego tak jak Ogier I RP w charakterze posłańca: „…..Lud barbarzyński, arogancki i niestały. Pyszałkowaty, umiejący tylko pleść trzy po trzy. Który dzień i noc w dusznej izbie
całą przyjemność życia czerpie z pijaństwa. Potem chrapie przy stole lub zasypia na ziemi
".
W takich pseudo-debatach raczej chodzi – jak sądzę – o wyrzucanie z siebie zalegających w świadomości i podświadomości określonych frustracji oraz kompleksów, wydalenie z siebie „fumów” i fobii opartych na megalomanii, mistyfikacji, „chciejstwie”, na polskim imaginarium oraz towarzyszącym jemu fantazmatom, zakażającym cały czas sporą część nadwiślańskiej mentalności. Nie o rzeczową, krytyczną, racjonalną wymianę myśli i idei. Wielu przedstawicieli prawicy (różnej maści), narodowców i tzw. „patriotów” mówi – zarzucając to Francji – o kolonialnej przeszłości „pierwszej córy Kościoła katolickiego”, niecnocie tej historii, niechlubnych tradycjach z tym okresem związanych, dramatach, mordach i ludobójstwach jakie były udziałem kolonialnych wojsk francuskich. Tak jakbyśmy my, rycerze niepokalani Maryi znad Wisły nie mieli takich epizodów (i to mnóstwo) w swych dziejach. Jakbyśmy to my nie kolonizowali, mordowali, gnębili, niewolili, grabili i terroryzowali, polonizowali (w różny sposób, często „na siłę” ich uszczęśliwiając) autochtonów na wschód od linii Bugu i Niemna. Jakby „Drang nach Osten” (a to przecież klasyczny trend kolonialny ze wszystkimi, immanentnymi mu, przypadłościami) był tylko udziałem Rzeszy Niemieckiej i narodu niemieckiego. Historia tzw. Kresów - czyli współczesnej Ukrainy, „ziem na skraju”, „u-rzplitej” (zwłaszcza po Unii Lubelskiej i włączeniu do Korony województw: podolskiego, wołyńskiego, kijowskiego i bracławskiego) – jest klasycznym przykładem kolonizacji i dramatów z tymi procesami związanymi (na zniewolenie klasowe nakładały się jeszcze różnice narodowe, a zwłaszcza religijne – co przy tężejącej z biegiem dekad kontrreformacji i katolickiej opresji dodatkowo powodowało nieustanne powstania rdzennej ludności ruskiej, rzezie i masowe mordy). Klasa „Jegomościów Panów Braci” – czyli herbowej szlachty, uważającej się za „naród wybrany” i jedynie reprezentatywny dla terminów: Polska i Polacy (reszta społeczeństwa owego imperium kolonialnego jakim była w Europie środkowej i wschodniej I RP, czyli ok. 85-87 % populacji, nie była uważana za obywateli, często za pod-ludzi, zwłaszcza jeśli chodzi o pańszczyźnianych chłopów na wschodzie) – niepodzielnie, zgodnie ze swoimi klasowymi interesami, rządziła absolutnie i autorytarnie. Stosunki społeczne i interpersonalne w folwarkach na Kresach były wypisz wymaluj jak podczas rozkwitu niewolnictwa w antylskich hacjendach, na plantacjach w Brazylii czy Alabamie bądź podczas „łowów” na niewolników w Afryce.
Doskonale dokumentuje te konteksty i relacje, stosunki i uwarunkowania historyk francuski Daniel Beavois w wiekopomnym (dla Polaków i Polski) dziele: "Trójkąt ukraiński: szlachta, carat i lud na Wołyniu, Podolu i Kijowszczyźnie, 1793-1914”. Wspominają o tych zagadnieniach również m.in. Maria Janion, Andrzej Leder i Jan Sowa.
Tak więc ciszej Panowie Patrioci nad wytykaniem – słusznie zresztą uznawanych za ciemną i niechlubną historię Europy i Europejczyków (chrześcijan bądź co bądź) – innym kolonialnej przeszłości. Bo z tym jest tak jak z anegdotą o „ślepym co to niósł kulawego”. I jak najdalej od kazań, połajanek, pouczeń jednoznacznych wyroków: umoralniających, pompatycznych, bombastycznych – a wychodzących zawsze kabotyńsko. Zwłaszcza w kontekście polityki i własnych dziejów.
Polski dramat, również po 1989 roku, kreślony jest nadal przez słuszną dewizę, iż „….Fałszywa historia jest (cały czas - rscz) mistrzynią fałszywej polityki” (Józef Jerzy Szujski). Bartosz Kownacki i jego kuriozalna wypowiedź (oraz jej namiętni apologeci i różnego chowu prawicowi „poputczycy”) są tego dobitnym exemplum.