Hejt, drzewa i komuniści
2021-11-25 07:54:24
§ 2. Kto publicznie nawołuje do popełnienia zbrodni, podlega karze pozbawienia wolności do lat 3.
§ 3. Kto publicznie pochwala popełnienie przestępstwa, podlega grzywnie do 180 stawek dziennych, karze ograniczenia wolności albo pozbawienia wolności do roku.
Art. 255. Kodeksu karnego

Po 11 listopada zawsze nachodzić mogą takie refleksje jak w przedstawiam w tym tekście. Demo-liberalny mainstream, politycy, osoby o ugruntowanych (zdawałoby się) pozycjach medialnych, autorytetów są zniesmaczone, zdziwione agresją, nienawiścią, hejtem – a często nawoływaniem do pospolitego linczu – jakie leją się z mediów społecznościowych i elektronicznych, z ambon, z mównic politycznych debat. Nawet w parlamencie polskim są na co dzień obecne. Dziś to jest tylko skutek waszego mainstreamie i demo-liberalne elity udawania iż nic się nie dzieje. A w zasadzie to może i dobrze, gdyż to puszczanie od lat „perskiego oka” do środowisk które na różnego rodzaju marszach, demonstracjach, pikietach czy akcjach protestacyjnych wykrzykiwały głośno i publicznie hasło „a na drzewach zamiast liści będą wisieć komuniści” materializuje się w szerszej przestrzeni. To hasło ni mniej ni więcej jest nawoływaniem do zbrodni, do zabójstwa, do linczu. Was to nie brzydziło, nie bulwersowało, nie budziło w was nawet zaniepokojenia czy refleksji. I do dziś nie brzydzi, nie dziwi, nie bulwersuje. Zachowywaliście się dokładnie tak jak to w swej wiekopomnej i uniwersalnej frazie zawarł pastor Martin Niemöller mówiąc o komunistach, Żydach, socjaldemokratach i ciszy jaka towarzyszyła ich prześladowaniom. Bo nikt z porządnych, bogobojnych, konserwatywnych obywateli nie zaliczał siebie do tych kategorii, do tych zbiorowości.
Cytowany Kodeks Karny, artykuł 255, jak widać wprost mówi, że skandowanie na wiecach, marszach, manifestacjach zapowiedzi o wieszaniu kogokolwiek powinno podlegać ściganiu i karze. Ale od wielu, wielu lat nikt na ten akt nawoływania do popełnienia de facto przestępstwa, zbrodni – bo tak to należy nazwać – inspirowanej zwierzęcym antykomunizmem nie zwracał uwagi. Z wielu względów – przede wszystkim: doktrynalnych i ideologicznych. Mainstream oraz demo-liberalne elity w jakimś sensie traktowały te nawoływania, te okrzyki, jako przejaw patriotyzmu, emocjonalnie uzasadnione hasło wyrażające polskość, nadwiślańską tradycję, religijną wiarę i miejscową tożsamość. Miało ono udowodnić „od zawsze” powszechną nienawiść Polaków nie tyle do komunizmu jako takiego, ale do tych przedstawicieli polskiego społeczeństwa, którzy Polskę Ludową traktować raczyli jako państwo polskie. To państwo polskie będące dla wielu Ojczyzną (bo innej w owym po-jałtańsko-poczdamskim układzie geopolitycznym być nie mogło), której oddawali swe zdolności, umiejętności, wykształcenie. Tu realizowali swe marzenia zawodowe i rodzinne, kształcili się, żenili, rodziły się im dzieci, umierali. Wiedli normalne życie.
Kościół katolicki i jego najwyżsi hierarchowie, ta ostoja moralności i polskiej tożsamości, ten stróż wartości i człowieczeństwa - bez której to instytucji trudno sobie wyobrazić Polskę (tak uważa w 2021 roku Adam Michnik) – także dziwnie na te publiczne nawoływania do linczu i odpowiedzialności zbiorowej nie reagował. Milczał czyli de facto im sprzyjał.
Szanowny mainstreamie, elito demo-liberalna, inteligenckie środowiska post-solidarnościowe: brzydziliście się i odmawialiście racji jakiegokolwiek bytu tzw. komunistom, gardziliście tzw. „lewactwem”, nie chcieliście lewicy w ogóle w Polsce uznać za immanentną siłę sprawczą tzw. „polskości”, zwłaszcza tej post-peerelowskiej (miała tylko posypywać głowę popiołem i siedzieć „na oślej ławce” w kącie – bo jej z definicji „mniej wolno” – w najlepszym przypadku przyjąć waszą narrację i wasze mniemanie o świecie i ludziach) to macie ultra-konserwatystów i nacjonalistów u władzy, a na plecach już czujecie oddech faszystów. To dopiero będzie prawdziwa – zapowiadana w jakimś sensie przez owe hasło – „jazda bez trzymanki” gdy będą współrządzić. Ku temu idzie bo klimat jest od lat przygotowywany. Poseł Nitras już o tym kiedyś wspominał w Sejmie.
Wracając do meritum zawartego w tytule niniejszego tekstu czyli drzew na których mieli / mają być wieszani przez prawdziwych Polaków-patriotów komuniści. Trzeba zauważyć, iż niereagowanie na łamanie prawa zawsze wraca w nieoczekiwanym momencie niczym bumerang. To co wedle waszych demo-liberałowie jedynie słusznych mniemań, zaspokajających wasze poczucie plemiennej sprawiedliwości, będących pochwałą odpowiedzialności zbiorowej, aprobatą dla linczu, kultywowanej przez minione 30 lat bez mała, dziś ma brunatne podniebienie i język polskiego faszyzmu. Przybiera formę swastyki z wafelków Price-Polo na torcie, faszystowskich tatuaży na ciele kibola i wyciągniętej ręki w hitlerowskim pozdrowieniu tłumaczonej jako zamawianie 5 piw. Materializuje się w projektach ustaw a’la Kaja Godek, dekomunizacyjnych pomysłach składanych co jakiś czas w Sejmie, prześladowaniem systemowym uchodźców pomimo, iż Polska w efekcie współudziału w najazdach obok USA na kilku krajów jest współwinna sytuacji jaka zmusza mieszkających tam ludzi do ucieczki z tych regionów nie nadających się do normalnego życia, do jakiejkolwiek egzystencji. Gdzie zagrożone jest poważnie życie ludzkie.
Po owocach ich poznacie – jak mówi starotestamentowa sentencja. "Chcieliście Polski no to ją macie, skumbrie w tomacie, pstrąg !"(K.I.Gałczyński).

PS: Mój facebookowy znajomy, jeden z ważnych (kiedyś) polityków SLD, Krzysztof Janik, przypomniał w kontekście marszów nacjonalistów art. 13 Konstytucji mówiący, że „….Zakazane jest istnienie partii politycznych i innych organizacji odwołujących się w swoich programach do totalitarnych metod i praktyk działania nazizmu, faszyzmu i komunizmu, a także tych, których program lub działalność zakłada lub dopuszcza nienawiść rasową lub narodowościową”. Widać zapomniał, iż problem nacjonalizmu, szowinizmu czy jawnego nawet faszyzmu w naszym kraju nie jest wytworem dzisiejszej chwili. Odpowiedziałem mu więc następująco: Od lat to ma miejsce. Jeszcze sprzed PiS-u - KPP (działacze ze Śląska) są ścigani bodajże od 2012 roku (?) przez prokuraturę - wtedy prok. gen. był chyba "platformerski" Seremet i rządziła PO, a szefem TK był "dzisiejszy Katon" prof. Rzepliński. Nawet wyroki pozapadały "za szerzenie totalitaryzmu". Min. spraw wew. Sienkiewicz "szedł po faszystów" i nie doszedł. Albo nie chciał dojść. Jednak można było ..... Bo się chciało i w "nie swoich" uderzyć tym paragrafem kk. Dlatego dwie sprawy mam do Was wszystkich, polityków czynnych i byłych, dziś zdziwionych tym co się dzieje:
1) POPiS jest bytem realnym, leżącym w mentalności tych ludzi i konserwatywnym (tak czy siak) neoliberalnym i klerykalnym widzeniu świata oraz procesów w nim zachodzących. Przepływy polityków od lat mające miejsce w obrębie POPiS-u między członkami tego tworu o tym najlepiej świadczą - programowo-ideowa bliskość. O towarzyskich konotacjach nie wspominając. Nie na darmo Tusk po 2007 roku nie chciał rozliczać PiS-u za przekroczenia prawa, a było za co, choćby Trybunał Stanu dla JarKacza i ZZ (ale Kamińskiemu i Szwejkowskiemu należał się prokurator - Blida i Lepper gdyby ktoś zapomniał). Bo nie chciał zemsty i "jakże to kolegów z etosu ciągać po prokuratorach" (info. z pierwszej ręki, od osoby pozostającej wtedy blisko kierowniczych gremiów PO).
2) Arystotelesem podsumuję to co Pan słusznie zresztą zauważył: "nie poznamy prawdy nie zgłębiając przyczyn".
Terrorysta - kto nim jest ?
2021-10-29 10:41:54
Gdyby przyjąć czarno-biały obraz konfliktu
z islamskim dżihadem, jaki malują obrońcy
„wojny z terroryzmem”  oraz logikę ich
rozumowania, można by rzec, że ta wojna
zamieniła wielu z „nas” w „nich”. I być może
to właśnie jest jednym z największych zwycięstw
terrorystów, którzy wbili samoloty w wieże
WTC. Egzekucja na ibn Ladenie i jej szeroka
akceptacja są tylko kolejnymi tego przykładami.

Artur Domosławski

Od wielu lat (praktycznie od 3 dekad) mówi się o gruntownej reformie ONZ-tu i Rady Bezpieczeństwa jako będącej ciałem stałym, decydującym w zasadzie o kierunkach polityki światowej. Chodzi głównie o rolę tzw. Wielkich Mocarstw w RB ONZ i przysługującego im prawa weta. Celem tej reformy miałoby być z jednej strony urealnienia sytuacji jaka ma dziś miejsce na naszej planecie i dokooptowanie w formie stałych członków RB krajów, których rola i potencjał polityczni-gospodarczy niepomiernie wzrósł (znaczenie takich krajów jak Indie, Japonia, Niemcy, Brazylia, Meksyk, Iran czy Turcja jest nie mniejsze niż Francji czy Wielkiej Brytanii), a z drugiej – odwrócić tendencję przejawiająca się postępującym paraliżem działań całej organizacji. Chodzi głównie o tzw. interwencje humanitarne mające mandat Organizacji Narodów Zjednoczonych, z odpowiednimi plenipotencjami operacyjno-militarnymi. Przywoływane są tu przede wszystkim przykłady wojen domowych i związanych z tym klęsk dopadających miejscową ludność w Somalii i byłej Jugosławii (wojna w Bośni), a z ostatnich dekad – Irak, Libia, Syria, Sudan (dżandżawidzi i Darfur) czy Myanmar (i problem Rohingya). Pierwsze kroki ku materializacji takiej reformy złożył w czasie swego sekretarzowania (1997-2006) Kofi Annan, ale wobec sprzeciwu wszystkich stałych członków RB ONZ projekt odłożono do szuflady. Debaty nad nim trwają jednak od jakiegoś czasu, ale wszystko ogranicza się do debat kuluarowych, głównie między USA, Rosją i Chinami (Francja i Wielka Brytania pozostają „jakby z boku” wobec tego zagadnienia choć od czasu od czasu dobiegnie z ich strony jakieś oświadczenie czy enuncjacja w tej mierze).
Pojęcie tzw. interwencji humanitarnej przy użyciu wojsk międzynarodowej koalicji w błękitnych hełmach i pod flagą Narodów Zjednoczonych jako jedynej reprezentacji społeczności globalnej zostało jednak w XXI wieku wyraźnie sprofanowane i skompromitowane. NATO swoje operacje wojskowe, agresywne i typowo kolonialno-imperialistyczne działania (np. w Libii czy wcześniej w sprawie Kosowa), tłumaczył i objaśniał właśnie takimi argumentami. Choć wielu autorów o światowy wymiarze zwraca uwagę na cynizm i mega oszustwo tych działań. M.in. Naomi Klein w >DOKTRYNIE SZOKU< pokazała, iż wywoływanie lokalnych konfliktów i tzw. „kolorowych rewolucji” ma na celu spowodowanie chaosu w określonym kraju po to aby pod pozorem właśnie zaprowadzania porządków na „neoliberalna modłę” i niesienia tym samym pomocy cierpiącej ludności dokonywać zbrojnych interwencji. Także narracja o międzynarodowym terroryzmie i prowadzonej z nim wojnie z nim (toczonej od 20 lat czyli od chwili ataku na WTC) przybrała współcześnie groteskowy choć tragiczny w istocie wyraz. Właśnie argumentacja uzasadniająca interwencje humanitarne jakie przedsiębrał Zachód w kontekście tej wojny (dodatkowo argumentując, iż zaprowadzenie w tych regionach demokracji liberalnej na wzór zachodniej) okazywała się niezwykle kompatybilną z tym co poruszyła w swej książce wspominana Naomi Klein.
Znamienne słowa na temat kto jest terrorystą napisał w >SPIEGEL - on Line< znany dziennikarz, działacz polityczny i wydawca niemiecki Jacob Augstein: „Zachód zwalcza islamski terroryzm. Dlaczego nie nasz własny ? Liczba ofiar które on powoduje jest znacznie wyższa. Co 5 sekund w świecie umiera z głodu jedno dziecko. Z naszej winy. Jedynym wyjściem z tego jest oddłużenie biednych narodów, nałożenia ceł zaporowych na import agropaliw, zakaz spekulacji giełdowych na podstawowe produkty spożywcze”. Czy to jest możliwe do zrealizowania ? Czy tym właśnie nie powinna zająć się przede wszystkim – o ile do tego dojdzie – zreformowana RB i całe ONZ a nie debatami nad usprawnieniem ewentualnych militarnych interwencji ?
Rezolucja RB ONZ nr 688 z 5.04.1991dotyczyła potępienia Iraku i użycia przez Saddama Husajna wobec swoich obywateli napalmu, bomb fosforowych i gazów bojowych. Rezolucja otworzyła drogę – i była autentycznym głosem całej opinii międzynarodowej – do ingerencji humanitarnej w północnym Iraku (Kurdystan) oraz poprzez nadzór z powietrza zablokowała wszelkie ruchy wojsk irackich w tym rejonie.
11.09.2001 roku podczas ataku na WTC i Pentagon śmierć poniosło 2973 osoby z 62 narodowości. Minęła właśnie 20 rocznica tego dramatycznego wydarzenia zmieniającego diametralnie optykę świata. Z tego powodu Ameryka wyruszyła na wojnę do Afganistanu, która trwała bez mała 20 lat. Dziś US Army zrejterowała z tego środkowo-azjatyckiego kraju kończąc interwencję porażką. Dane ONZ mówią, iż w chwili gdy waliły się wieże Twin Towers na świecie z głodu i niedożywienia zmarło ok. 35 tys. dzieci poniżej 10 lat. Z powodu gruźlicy, biegunek, AIDS, malarii, trądu, infekcji dróg oddechowych tego samego dnia zakończyło życie w tzw. III Świecie 156 368 osób. Porównajmy – emocje, dramat telewizyjnego przekazu oraz śmierć na oczach świata owych 2973 osób pod gruzami zaatakowanych obiektów i kompletna cisza, milczenie wobec nieszczęścia tych dziesiątków tysięcy ludzi w tym „gorszym”, bo nie zachodnim nieszczęśliwym, świecie. Świecie który takich – i podobnych nieszczęść – doświadcza właśnie z racji polityki Zachodu realizowanej od dekad, by nie rzec – od wieków. I nikt nie wzywa do humanitarnych interwencji – nie, nie militarnych ale skoordynowanych i globalnych działań bogatych i sytych społeczeństw upasionych na wyzysku, niesprawiedliwości i cynizmie – aby położyć kres tej hekatombie. I kto jest tym rzeczywistym terrorystą ? Bo terrorystą jest nie tylko ten kto dokonuje zamachu, ale też i ten kto swoim działaniem stwarza pole do działań terrorystycznych. Klasyczny przykład współudziału w zbrodni.
Głośno mówi się o dramacie Syryjczyków gdzie od dekady toczy się brutalna wojna domowa i gdzie jak prezentowały do niedawna mainstreamowe media sytuacja układała się wedle schematu – dobrzy i światli bojownicy o demokrację i zła, brutalna władza w Damaszku (na dodatek wspierana przez Moskwę). Lecz czy sytuacja jaka istnieje np. od lat w demokratycznej i stawianej za przykład sąsiedniej Wenezueli Kolumbiii nie wymaga humanitarnej interwencji i takich samych wniosków ? Już w 2014 r. Wysoka Komisarz ONZ, Navi Pillar z RPA, podczas jednej z sesji RB ONZ zwróciła uwagę na fakt, iż w Kolumbii instytucje na szczytach władz państwowych chronią paramilitarne oddziały pozostające na usługach uprawiających palmę olejową latyfundystów bądź ponadnarodowych korporacji. Oprawcy z tych grup zabijali już wtedy setki rolników, palili ich domostwa uwalniając tym samym ziemię pod rozszerzanie upraw swoich mocodawców. Lekarze z Międzyamerykańskiej Komisji Praw Człowieka ONZ ekshumujący i identyfikujące te zwłoki zawiadamiali o tych nagminnych faktach władze w Bogocie. Żadnej reakcji Bogoty i zainteresowania mediów jak w przypadku rzeczonej Syrii nie było i nie ma. Odkrywane są masowe pochówki zawierające poćwiartowane i rozrzucone w różnych miejscach szczątki zabitych ludzi. To metoda uniemożliwiająca identyfikację zaginionych osób, którą stosuje się ostatnimi czasy w tym kraju.
Na temat poruszonej katastrofy humanitarnej w Kolumbii Navi Pillar nie uzyskała żadnej odpowiedzi od możnych zachodniego świata. A media światowe pominęły i nadal pomijają temat źródeł przemocy i zasięgu humanitarnej katastrofy w Kolumbii, skupiając uwagę na sytuacji w Wenezueli, tworząc atmosferę poparcia dla figuranta Guaido, niby-prezydenta tego kraju. Kolumbijska elita władzy uważa, iż jest ona upoważniona do pouczania i potępiania Caracas i Maduro w przedmiocie praw człowieka.
I znów się ciśnie pytanie - kto tu jest terrorystą i jaka jest jego definicja ?
Nieuchronność demitologizacji
2021-09-23 10:41:30
W tygodniku PRZEGLĄD w swych stałych felietonach prof. Andrzej Romanowski – refleksje pesymisty – od jakiegoś czasu daje wyraz refleksjom zawiedzionego, oszukanego i zdradzonego przez mit i legendę, aktywnego od samego początku członka, ruchu >Solidarność<. Próbuje – choć nie do końca – rozliczyć się z upadłymi nadziejami. Dla demo-liberałów tworzących zręby nowego systemu w 1989 jest to klęska i degeneracja mitu. Czas Panie Profesorze i inni, realistycznie, krytycznie widzący polskie sprawy, ludzie zaangażowani od zarania w działania tego potężnego ruchu społecznego spojrzeć twardo prawdzie w oczy; czas jest na de-solidaryzację gdyż dzisiejsza sytuacja daje asumpt do stwierdzenia, iż pokojowa rewolucja >Solidarności< okazała się de facto kontrrewolucją. I to kontrrewolucją wielowymiarową, we wszystkich dziedzinach życia, z immanentnymi takim wydarzeniom negatywnymi efektami oraz zjawiskami. Materializującą się dziś reakcyjnym i opresyjny m obliczem.

Chciałbym być zawsze niewinny i prawdziwy
Chciałbym być zawsze pełen wiary i nadziei
Tak jak Bolek i Lolek, Tytus, Romek i Atomek
Dzieci z Bullerbyn, Tomek na tropach Yeti
Jak król Maciuś pierwszy, Asterix i Obelix
Jak załoga G, McGywer i Pippi
Jak Bolek i Lolek”, zespół HURT

Słowa utworu rockowego zespołu HURT użyte jako motto niniejszego tekstu najlepiej oddają moim zdaniem stan umysłów i postaw przedstawicieli opozycji demokratyczno-liberalnej, która objęła władzę i dzierży cały czas „rząd polskich dusz”, od chwili rozpoczęcia tzw. transformacji ustrojowej. Piszę w czasie teraźniejszym bo PiS i jego rządy są w lwiej części tradycją i niejako kontynuacją tej formy rządów polskimi duszami, tylko a’rebours.
Prof. Ludwik Stomma pisał: „Mit polega na przedstawieniu kultury i natury w taki sposób aby wytwory społeczne, ideologiczne, historyczne, materialne itd. oraz powiązane z nimi bezpośrednio powikłania moralno-etyczne, estetyczne i wyobrażenia, były rozumiane jako powstałe same z siebie lub w wyniku interwencji Opatrzności, sił wyższych, poza-racjonalnych”. Tym samym mit zdejmuje z wyznawcy odpowiedzialność za wybory, decyzje, postawy. To bardzo wygodna psychologicznie pozycja. Wiedzie wprost do infantylizmu, dziecinności, niedojrzałości. Czas dzieciństwa jest zazwyczaj miło i słodko wspominany. Dlaczego demitologizacja zawsze tak bardzo boli i tak trudno z mitem się rozstać. Jest to niełatwe dla człowieka owładniętego mitomanią i mistyką. Te elementy obecne od początku w istocie ruchu >Solidarność< funkcjonują cały czas w polskiej narracji. Można je było tym samym zadekretować jako „głos opinii publicznej”, „dobre prawo”, „odwieczne wartości”, „normalne stosunku społeczne”, „chwalebne zasady” czyli jednym słowem – rzeczy wrodzone, dane od siły poza- ziemskiej. Mit jest też formą przekazu wykładni dziejów czy interpretacji układów społecznych opartej najczęściej na chwytliwej formule, iż jest to jedyna, niepodważalna i oczywista prawda. Jest rodzajem świadomości społecznej obecnym we wszystkich wspólnotach: narodowych, obywatelskich, plemiennych czy klanowych. Jeśli niektórzy z frontmanów pierwszej >Solidarności< mówią dziś o sobie per „legenda ruchu” to znaczy, iż mitologizacja i oderwanie od myślenia racjonalnego (na rzecz magicznego pojmowania historii, spraw społecznych polityki itd.) są daleko posunięte nie tylko w obozie najszerzej rozumianej polskiej prawicy. Hodowane i uprawiane jest to także w obozie demokratyczno-liberalnym walczącym ze Zjednoczoną Prawicą.
Gdy Andrzej Romanowski pisze; „Paradygmat solidarnościowy sprawujący rząd dusz w Polsce od lat 32 (sprawował go także w dekadzie lat 80.) dobiegł ostatecznie kresu. On również łączy się z kompromitacją. Bo Polska solidarnościowa miała być ojczyzną wszystkich, za stała się ojczyzną swoich, równych i równiejszych pokrzywdzonych i niepokrzywdzonych, ludzi którzy sami sobie przyznali piękną kartę opozycyjną” . Oznacza to iż przełom dokonany przez >Solidarność< w roku 1989 (a rozpoczęty w 1980), okazuje się w perspektywie minionych lat tzw. transformacji ustrojowej i tego z czym mamy współcześnie do czynienia, kontrrewolucją. Czyli restauracją stosunków społecznych, własnościowych, politycznych a także – mentalności, głęboko osadzonej w skompromitowanej we wrześniu 1939 rzeczywistości sanacyjnej. Często sięgającej – tak jak dziś – do pomysłów XIX wiecznych w rozumieniu takich pojęć jak państwo, naród, społeczeństwo, kultura, polityka. Najlepiej taki sposób myślenia, taki sposób uprawiania polityki pokazuje efekt dany w historii przez konfrontację tromtadrackich enuncjacji o ostatnim guziku z rozsypaniem się państwa we wrześniu 1939 r. niczym domek z kart. Dramat.
W Polsce zwycięstwo kontrrewolucji w wymiarze również kontrreformacji (właśnie poprzez restaurację wspomnianych stosunków społeczno-politycznych) to na nowo realizacja religijno-politycznej doktryny po-trydenckiego Rzymu, instytucji o ciągle feudalnej i opresyjnej strukturze, uzurpującej sobie z racji teologicznych uzasadnień, władzę we wszystkich wymiarach doczesności. A najważniejsze to tzw. "rząd dusz". Szerokie pole dla tego zwycięstwa – i wszystkich przypadłości z tym związanych (doświadczonych przez Polskę w swej historii w sposób tragiczny) – bezmyślnie, bezkrytycznie i bezrefleksyjnie, politycznie wybitnie szkodliwie otworzyła właśnie >Solidarność< i jej światłe, proeuropejskiej, cywilizowane elity w chwili dojścia do władzy po 1989 r.
Prof. Jan Szczepański, socjolog i myśliciel, zauważył ponad 40 lat temu, że „Polityka w Polsce ciągle rozgrywa się w sferze emocji i ciągle sądzimy, iż rozwój kraju zależy od postaw patriotycznych, zaangażowania, oddania sprawie, ofiarności etc. i ciągle w wychowaniu i propagandzie kładziemy nacisk na emocje. Jest to z jednej strony nieefektywne, gdyż ludzie żyjący w podnieceniu emocjonalnym zużywają się znacznie szybciej, emocje często przeradzają się w przeciwieństwa, trwają krótko. A zatem jako metoda sterowania długofalowym wynikiem jest nieskuteczna. Z drugiej strony jest to igranie z ogniem, gdyż pobudzenia emocjonalne mogą zawsze przynieść niespodziewane skutki”. Czy coś się w tej mierze zmieniło ? Jeśli tak, to na gorsze.
Mit >Solidarności< i jej legenda trwają po dziś dzień mimo, iż rzeczywistość nie ma zbyt wiele wspólnego z nadziejami, dążeniami i wizjami głównych – takimi przecież mieli być – beneficjentów tej rewolucji: „klasy robotniczej, ludu pracującego miast i wsi oraz inteligencji pracującej”. Wystarczy przeanalizować 21 postulatów ze słynnej tablicy wywieszonej na bramie Stoczni Gdańskiej im. W.I.Lenina. Kolejne hybrydy polityczne odwołujące się do tradycji, mitu, legendy itd. tamtego Związku Zawodowego, zawłaszczyły tak dalece polskie państwo, że jest ono współcześnie niepotrzebnym dodatkiem do partii jedynie-słusznych gdyż wywodzących się z owej tradycji. Z owego mitu i nim się pasących. Prof.. Bronisław Łagowski celnie ten stan nazwał „pożarciem rzeczywistości przez mity, fantasmagorie i miraże”.
Szanowny mainstreamie, elito demo-liberalna, inteligenckie środowiska post-solidarnościowe: brzydziliście się i odmawialiście racji jakiegokolwiek bytu tzw. komunistom, gardziliście „lewactwem”, nie chcieliście lewicy w Polsce uznać za immanentną siłę sprawczą i część tzw. „polskości”. Nie chcieliście, to dziś macie ultra konserwatystów ze Zjednoczonej Prawicy u władzy (o korzeniach etosowo-styropianowych) a na plecach czujecie oddech jawnych, czystych faszystów z ich symboliką, narracją, nienawiścią i autentycznym totalitaryzmem immanentnym temu porządkowi społecznemu. Bo wg was ci, którzy nie przeszli na waszą stronę zapominając tym samym o swoich biografiach i życiorysach mieli tylko posypywać głowę popiołem i siedzieć „na oślej ławce” w kącie. No bo lewicy było „mniej wolno” jak oficjalnie napisała w Gazecie Wyborczej w 2001 r. jedna z owych legend >Solidarności<, czołowa działaczka opozycji demokratycznej w Polsce Ludowej. Tego właśnie dotyka treść wspomnianych materiałów autorstwa prof. Andrzeja Romanowskiego. Trzeba tylko postawić jeszcze kropkę nad „i”: czas de-solidaryzacji czyli dekonstrukcji i demitologizacji ostatnich 40 lat historii Polski już nadszedł.
To Wy drodzy demo-liberałowie musi sami przeprowadzić ten proces. Zdemitologizować i zdekonstruować wszytko co wiąże się z mitem panny >S<. I wrócić do źródeł.
Nowe miejsce starcia Chin i USA
2021-08-24 06:42:18
Amerykański sojusz z religijnym fundamentalizmem w Azji (i nie tylko tam) wydał gorzkie owoce. Cele okazały się niewspółmierne do zagrożeń, które zwycięstwo z tym sojuszem zrodziło.

Nigdy nie łącz się z łotrem,
aby drugiego łotra zwyciężyć.
Przysłowie chińskie.

Szanghajska Organizacja Współpracy (OCS), założona została w 2001 r. przez Chiny, Rosję, Kazachstan, Kirgistan i Tadżykistan do której później dołączyły Uzbekistan, Indie i Pakistan oraz na zasadzie obserwatora Iran. Miał być to rdzeń przeciwwagi do światowej hegemonii Stanów Zjednoczonych i jej zachodnich satelitów. Wuj Sam wszelkimi możliwymi sposobami chce ograniczyć zdolności i potencjał tego tworu uderzając przede wszystkim w jego najsilniejszy element – w Chiny.
ChRL buduje od lat rozległą sieć portów, która obejmowałaby bazy i stacje w Azji pd- wsch. (Sri Lanca, Bangladesz, Myanmar). Ale to przede wszystkim strategiczny port w Pakistanie, Gwadar (zwany wąwozem Zatoki Perskiej) oddalony o 72 kilometry od granicy z Iranem ma być najważniejszym punktem w transporcie ropy naftowej z krajów Zat. Perskiej do Chin. Całkowitą modernizację portu sfinansowały Chiny i jest zarządzany przez państwową spółkę China Overseas Port Holding Company (COPHC). 30 % światowego transportu ropy przechodzi przez wspomnianą cieśninę z czego ok. 70 % idzie do Chin (tzw. „Silk Road”). Pogłębiająca się współpraca i polityczne zbliżenie Pekinu i Islamabadu spotyka się z rosnącą niechęcią Waszyngtonu. Ograniczając do minimum pomoc wojskową dla Pakistanu w wysokości 300 milionów dolarów, USA jednocześnie promują ruch niepodległościowy w prowincji Beludżystanu. To w niej znajduje się strategiczny dla Chin port Gwadar. Podgrzewając niepokoje w regionie – Beludżystan i pogranicze pakistańsko-afgańskie - Waszyngton chce skonfliktować Indie z Pakistanem (kraje dysponujące bronią jądrową), a tym samym uniemożliwić dyplomacji rosyjskiej działania na rzecz współpracy Chin, Indii i Pakistanu.
Także działania amerykańskie na rzecz niepokojów w irańskiej części Beludźystanu mają miejsce od dawna. Działa tu wspierana funduszami CIA organizacja Dżundallah. Jak twierdzą jej władze walczy o równe prawa mniejszości sunnickiej w szyickim Iranie. Dżundallah widnieje obecnie na listach organizacji terrorystycznych w Iranie, Stanach Zjednoczonych i Nowej Zelandii, co jednak nie przeszkadza Amerykanom poprzez swych agentów w Afganistanie i do niedawna w Pakistanie wsparcie dla tej organizacji. Najbardziej znaczącymi akcjami Dżundallahu w Iranie były: próba zamachu na prezydenta Iranu Mahmuda Ahmadineżada (2005 r.), zamachy bombowe w Zahedanie (2007, 2009 i 2010), w Piszin (2009), porwania i uprowadzenia obywateli irańskich do Pakistanu (2006, 2007, 2008), porwanie i zamordowanie policjantów w Sarawanie (2008) oraz zamachy bombowe w Czabahar (2010-2012). Co charakterystyczne dla irańskiej rzeczywistości: aktywność beludżyjskich grup zbrojnych koncentruje się wokół stolicy prowincji – Zahedanu, a także strategicznego i prężnie rozwijającego się irańskiego portu Czabahar, który jest rozbudowywany we współpracy z Indiami i w zamierzeniu ma być bramą dla śródlądowego Afganistanu i państw Azji Centralnej (gazociągi z Turkmenistanu i Uzbekistanu). To konkurencyjny projekt dla pakistańskiego Gwadaru, gdzie mają się kończyć chiński gazociąg, ropociąg, autostrada i linia kolejowa przez Pakistan i Hindukusz do Chin.
Iran oskarża o wspieranie irańskiego Dżundallahu głównie Pakistan (jako bazę dla tego ugrupowania), a także Wielką Brytanię, Stany Zjednoczone, Izrael i Arabię Saudyjską. Wiele źródeł łączy też Dżundallah z Al-Kaidą i Ruchem Talibów, choć władze tego ugrupowania odcinają się od tych powiązań.
Do przełomowego wydarzenia w historii działania irańskiego Dżundallahu doszło w 2010 roku, kiedy służby irańskie doprowadziły do schwytania oraz egzekucji Abdulmaleka Rigiego, założyciela i przywódcy ugrupowania. Jego następcą ogłoszony został wkrótce Mohammad Zahir Balucz, a organizacja dokonała kolejnych głośnych ataków bombowych (w Zahedanie i Czabahar).
Za radykalne klony Dżundallahu uznaje się obecnie dwie młode salafickie organizacje: Dżajsz ul-Adl oraz Ansar ul-Furqan. Prowadzą one – tak jak ich poprzednicy – działania zarówno w Iranie jak i na terenie Pakistanu gdzie znajduje się gros terytorium Beludźystanu. Od 2015 r. Irańczycy informują regularnie o przejęciu znacznych ilości broni i materiałów wybuchowych podkreślając, że terroryści mają związki z obcymi agencjami wywiadowczymi (CIA, Mossad, MI – 6).
Mimo iż w 2013 r. Iran i Pakistan podpisały umowę w sprawie zapobiegania oraz zwalczania terroryzmu i przestępczości zorganizowanej, pogranicze wciąż pozostaje niespokojne. Bojownicy trudnią się oprócz terroru porwaniami oraz przemytem narkotyków z terytorium Afganistanu. W przeciwną stronę (do Afganistanu i Pakistanu) są przemycane irańskie paliwa, które na czarnym rynku w Afganistanie i Pakistanie miały osiągać pięciokrotnie wyższą cenę niż w Iranie. Wskazuje się, iż taki proceder jest ważnym źródłem zdobywania środków finansowych na prowadzenie walki przez wszystkie organizacje beludżyjskich rebeliantów. Region ten jest od dawna największym wyzwaniem dla irańskich i pakistańskich sił bezpieczeństwa. Amerykanie mogą więc dowolnie rozstawiać w tym rejonie swoje pionki w zależności od potrzeb i zainteresowań.
W okresie pozimnowojennym za najpoważniejszy pretekst do podejmowania działań zbrojnych przeciwko rządowi w Islamabadzie uznać należy eksploatację surowców skoncentrowanych w Beludżystanie. To o prawa do surowców w tej ziemi w dużej mierze toczy się obecny konflikt, zainicjowany w 2005 roku przez przywódców z dwóch najbardziej wojowniczych plemion – Nawaba Akbara Chana (Bugti) i Mir Balucza (Marri). Oczywiście, bezpośrednim pretekstem do jego wybuchu była śmierć Akbara Bugtiego (2006 r.), przywódcy klanu Bugti i żywej legendy walk o prawa Beludżów w Pakistanie. Od tego czasu systematycznie dochodzi do ataków na przedstawicieli pakistańskich służb i odwetowych działań pakistańskich sił bezpieczeństwa, co pogłębiło kryzys w prowincji. Amerykanie teraz chcą wykorzystać te niepokoje trwające w Beludżystanie od lat na skierowanie ich w stronę ekspansji chińskiej w regionie (poprzez walkę z ich aktualnym sojusznikiem – Pakistanem).
W 2009 r. Agha Mir Sulejman Daud Chan ogłosił, iż jest przywódcą zjednoczonego Beludżystanu, który również ma ambicje, by sprawować władze nad irańską częścią: prowincje Sistan i Beludżystan. Stąd też po wielu latach wzajemnego podkopywania interesów na terenie Beludżystanu, w ostatnich latach doszło ostatnio (także z inicjatywy Rosji i Chin) do szeregu spotkań pomiędzy Teheranem i Islamabadem, podczas których rozszerzono traktat z 2013 r. Oba rządy mają świadomość, że współpraca mogłaby doprowadzić do skutecznego zlikwidowania beludżyjskiego separatyzmu Z drugiej strony jednak rywalizacja polityczna i gospodarcza nie pozwalają na ostateczne porzucenie mechanizmów dywersji. W centrum projektów gospodarczych w Beludżystanie znajdują się m.in. rywalizujące ze sobą porty Czabahar i Gwadar oraz projekty ponadregionalnych gazociągów z Azji Środkowej. Także działania innych sił zewnętrznych nie pozwalają na uspokojenie sytuacji w regionie. Za najbardziej destabilizujący czynnik uznawana jest aktywność rywalizujących z Pakistanem Indii, a ostatnio również Stanów Zjednoczonych, gdzie wciąż toczy się debata odnośnie rozszerzania wsparcia dla beludżyjskiego separatyzmu.
Rywalizacja sunnicko-szyicka w świecie islamu odbija się coraz głośniejszym echem również na terenach Beludżystanu i ma w tym regionie zdecydowanie wieloaspektowy charakter. Podstawowa kwestia jest związana z szyickim Iranem, w którym sunnici – m.in. właśnie Beludżowie – deklarują walkę o równe prawa mniejszości wyznaniowej. Drugą istotną kwestią związaną ze wspomnianą rywalizacją, są ataki na szyickich uchodźców z afgańskiego Hazaradżatu w Kwecie, stolicy pakistańskiego Beludżystanu. Szczególnie w ostatnich latach Hazarowie regularnie padają ofiarą aktów terroru – w tym porwań i zabójstw – ze strony radykalnych ugrupowań sunnickich. Choć Beludżowie uchodzą w opinii swoich sąsiadów za muzułmanów umiarkowanych i tolerancyjnych (stąd właśnie migracje afgańskich Hazarów do Kwety), liczne i brutalne ataki na Hazarów sprawiają, że Beludżystan coraz częściej postrzegany bywa jako region niebezpieczny i zamieszkany przez społeczność nietolerancyjną. Podgrzewanie tych nastrojów leży w interesie przede wszystkim Wuja Sama: blokuje inwestycje chińskie i niweluje wpływy rosyjskie w regionie.
Warto w tym miejscu wspomnieć o jeszcze jednym, niezwykle istotnym, fakcie geopolitycznym: Beludżystan, który rozciąga się od wybrzeża Morza Arabskiego aż po południowe, pustynne tereny Afganistanu, stanowi idealne miejsce dla migracji arabskich bojowników z Półwyspu Arabskiego, a także wszelkiego rodzaju logistycznego wsparcia dla nich. Niestabilny i w wielu regionach niekontrolowany Beludżystan już od dłuższego czasu stanowił pierwszy przystanek na drodze bojowników Al-Kaidy do Afganistanu i dalej do poradzieckiej Azji Środkowej. Dziś ten region znajduje się na głównej drodze tranzytu dla członków ISIS, które jawnie już dąży do podboju nie tylko Afganistanu i Pakistanu, ale również Azji Centralnej, części Rosji i Chin (Sinciang). Będący dotychczas na uboczu zainteresowania Beludżystan pozostanie tym samym w nadchodzących latach niezwykle istotnym frontem rywalizacji sunnicko-szyickiej i potencjalnym regionem wzmożonych działań struktur kalifatu. Nie będzie to wpływało korzystnie na życie mieszkańców tego regionu i wdrażanie projektów rozwojowych, mających na celu poprawę ich bytu. Nie da się tym samym zaprzeczyć tezie, iż Beludżowie wciąż są zakładnikami geopolityki i starcia możnych tego świata.
Okoliczności te cynicznie są wykorzystane przez Stany Zjednoczone do destabilizowania granicy dzielonej przez oba kraje: Pakistanu i Iranu. A także w perspektywie zapewnienia sobie poprzez eksport z Arabii Saudyjskiej i emiratów znad Zat. Perskiej grup mudżahedinów i zwolenników Al-Kaidy czy ISIS permanentną destabilizację Afganistanu, środkowo-azjatyckiego „podbrzusza Rosji" i tzw. Turkiestanu Wschodniego (chiński region autonomiczny Sinciang). Aktualna sytuacja w Afganistanie może w jkiims sensie wpisywac sie te scenariusze.
Powrót Tuska i bałwochwalstwo liberałów
2021-07-17 16:03:38
Szef PO Borys Budka podczas Krajowej Rady P0 poinformował Polskę, że na jego prośbę i zaproszenie, Donald Tusk wraca do nadwiślańskiej polityki. Zastąpi on Budkę w fotelu szefa Platformy Obywatelskiej. Atmosfera w demo-liberalnych środowiskach oraz kibicujących bez żenady takim rozwiązaniom mediów w związku z tym wydarzeniem przypomina od tamtej pory bogoojczyźniany, pompatyczny nastrój immanentny religijnemu niemalże kultowi. Śmieszy to i poraża zarazem, gdyż te środowiska głośno, wszem i wobec ogłaszają iż przywrócą w Polsce normalność: nie mówią tylko jaką. Sądzić wypada, iż chodzi im o normalność opisaną np. terminem kompromis aborcyjny bądź nadzieją Agnieszki Holland „żeby było jak dawniej”. Absolutny odlot prezentuje Tomasz Lis w swych sieciowych wpisach. Oto jedna z próbek takich produkcji stanowiąca jawny przykład bałwochwalstwa, klasycznej idolatrii, irracjonalnego dogmatyzmu i ślepego kultu. Przypomina to średniowieczne żywoty świętych produkowane przez Kościół katolicki celem indoktrynacji maluczkich:

Popatrzcie na Tuska. Figura 35-ciolatka.
Zabawni są ci wszyscy
podtatusiali postmłodzieżowcy
z brzuszkami, pomstujący na boomersów
.
Tomasz LIS

Doskonale ten syndrom opisał niegdyś Leszek Kołakowski, to ukąszenie religii i idącej z nią pod ręką irracjonalnością, dogmatem, a w dalszej kolejności – fundamentalizmem. Uważa on, iż każdy „Kult religijny, jakiejkolwiek proweniencji, nigdy nie pozbędzie się przyrodzonej skłonności do degradowania świeckich wartości życia, do uznania ich za względne i pochodne, jeśli wręcz nie wrogie prawdziwemu powołaniu człowieka”. Ze swej strony dodać pragnę jedynie iż każdy kult o religijnym rysie i takiej też praktyce idealizuje swoje przesłanie jednocześnie depcząc, poniżając, stygmatyzując wszystko co się w nim nie mieści, co jest z nim niekompatybilne, co wydaje się ślepemu (bo irracjonalnemu) wyznawcy obce jego pojmowaniu sacrum. Sacrum lub idolowi, któremu oddaje ów kult. To typowy przykład idolatrii czyli czczenia deifikowanych ludzkich „złotych cielców”.
Tuskowi wyznawcy, deklarujący się jako polscy liberałowie, ci którzy jako jedyni posiedli kamień filozoficzny i doznali iluminacji pozwalającej im sprowadzić Polskę na ścieżki normalności, do euro-cywilizacyjnych standardów, odpowiadających wymogom modernizmu na miarę XXI wieku nie mówią nic o konkretach owych ścieżek którymi chcą nas prowadzić do tej normalności, owego Edenu, ku współcześnie rozumianemu postępowi cywilizacyjnemu i kulturowemu. O formach tych zmian nawet nie wspominając.
Poruszmy tylko jeden temat, choć moim zdaniem zasadniczy, na drodze ku cywilizacyjnym, nowoczesnym, współczesnym standardom. Bez niego o jakichkolwiek zmianach, o czymkolwiek w tej mierze, mówić się nie da. Chodzi o świeckość państwa w najszerzej rozumianym wymiarze, o oddzielenie instytucji religijnych – wiadomo, iż w polskiej sytuacji chodzi o Kościół katolicki i jego nad-reprezentację w każdej sferze polskiego życia publicznego – od bieżącej polityki i jurysprudencji. To sprowadzenie religii, jako formy czci sacrum i związanego z tym kultu (czyli czegoś intymnego, subiektywnego, niezwykle personalnego), do osobowego wymiaru. To miałoby pozytywny wpływ zarówno na stosunki wewnątrz naszego państwa jak i na sam przekaz oraz praktykę religijną, traktowaną wówczas jako personalny związek wiary i indywidualnych zachowań. Dziś, w wyniku niebywałego przenicowania religii i prawa, religii i polityki, religii i gospodarki (chodzi o finansowanie z budżetu państwa i państwowych przedsiębiorstw czysto komercyjno-religijnych przedsięwzięć Kościoła kat.) sytuacja w naszym kraju przypomina dawną reklamę napojów alkoholowych wyświetlaną w TV przed 23.00: piwo bezalkoholowe i przymrużenie oka. Z Polską też tak jest – państwo i Kościół konstytucyjnie są autonomicznymi bytami, ale tu następuje owo przymrużenie oka bo rzeczywistość jest absolutnie czymś innym.
Czy ktokolwiek z liberałów zapowiedział choćby kosmetyczną zmianę jaką byłaby likwidacja osławionego, kompromitującego nasz kraj, stawiającego nasz system prawny na równi z jurysprudencją panującą w Iranie, Arabii Saudyjskiej czy Sudanie (a funkcjonującego od dawna, sprzed rządów PiS-u, wprowadzonego do KK w roku 1999 podczas rządów AWS-u, protoplasty zarówno PO jak i PiS-u) artykułu 196 dot. o obrazie uczuć religijnych ?
Czy ludzie ze świecznika obywatelskiego sprzeciwu (czyli przy-platformianego) wobec toksycznych i szkodliwych rządów partii JarKacza są zdolni do takich zmian ? Wątpię w to mocno. I to nie tylko w oparciu o doświadczenia jakie dostarcza przeszłość tych ludzi – kiedy tworzyli Unię Wolności, potem współdecydowali o polityce AWS-u czy dali twarz doktrynie kojarzonej z Platforma Obywatelską. Co sądzić, kiedy np. przedstawiana przez mainstream jako liberałka w zachodnioeuropejskim stylu, myśląca ponoć nowocześnie i w duchu XXI – wiecznego postępu, Prezydent Gdańska Aleksandra Dulkiewicz stwierdza, iż nie chce wojny z Kościołem. A mówi to w kontekście kiedy decyzją władz Gdańska miasto rezygnuje z odzyskania sprzedanej za 1% wartości działki, na której abp. Leszek S. Głódź hodował daniele.
W 2011 r. ówczesny metropolita gdański nabył ową działkę o wartości 460 tys. za 4,5 tys. PLN (transakcję żyrował ówczesny prezydent miasta Paweł Adamowicz). Była szansa na odzyskanie terenu poprzez anulowanie umowy, gdyż faktycznie doszło tu do nadużyć. Jednak 12 lipca, czyli dokładnie po 10 latach od sprzedania działki, ta szansa minęła. Można było także dochodzić praw do wym. terenu podpierając się karą i sankcjami jakie nałożył Watykan na abpa Sławoja L. Głodzia w sprawie tuszowania nadużyć seksualnych jakie miał miejsca w jego diecezji. Celnie zauważa OKO-Press w tej mierze, iż Dulkiewicz jawi się lepszą parafianką niż prezydentką miasta. To przykład dla całej Polski pokazujący, że polityczne elity (mieniące się oświeconymi, liberalnymi, nowoczesnymi) prywatną wiarę religijną i powiązania z Kościołem (formalne i nieformalne) stawiają nadal wyżej niż interes publiczny.
Czy w takim razie ci ludzie mogą pchnąć w razie odzyskania władzy, Polskę – choćby w tym malutkim zakresie – w kierunku nowoczesności, modernizmu, standardom które minimalizować zaczną pisowską (ewentualną) recydywę w przyszłości ? Najlepszą egzemplifikacją tych wątpliwości jest Paweł Poncyliusz, poseł na Sejm i wiceprzewodniczący parlamentarnego klubu Koalicji Obywatelskiej (czyli jedna z twarzy ewentualnej odnowy) klęczący na schodach sklepu z obuwiem w Nowym Sączy (14.07.br ), z różańcem w ręku i odmawiający głośno modlitwę po wezwaniu jakie pod jego adresem w czasie spotkania z mieszkańcami tego miasta skierował do niego zwolennik PiS-u.
Czy na kolanach można być wolny ? A przecież tym liberałom słowo wolność nie schodzi z ust i odmieniają je na różne sposoby.
Mędrzec i mit
2021-05-19 10:58:01
Ostatnie wywiady Adama Michnika dla >ZDANIA< i >GAZETY WYBORCZEJ< odbiły się szerokim echem w polskiej przestrzeni publicznej. I wywołały po części nawet krytykę Mistrza z Czerskiej. Więc jednak dekonstrukcja tego zmurszałego, nadwiślańskiego, umocowanego w romantycznym i patriarchalnym sposobie funkcjonowania przestrzeni publicznej postępuje. Nie jest tak jak drzewiej bywało, jeszcze nie tak dawno, kiedy powszechne uwielbienie i kult wobec wszystkiego co rzekł guru polskich przemian powodowało intelektualny upadek na kolana i uprawianie bezkrytycznej adoracji Mistrza. „Mistrza intelektualnej elegancji”, pewnie obok JP II drugiego monumentu minionych 3 dekad III RP. Oba mity pod naporem czasu i nieuchronnej dekonstrukcji ulegają skruszeniu na naszych oczach. Bo każdy mit czy legenda w zderzeniu z codzienną praktyką, tą mistrzynią i demiurgiem czasów modernizmu i powszechnego pluralizmu, rozproszenia, swobody wyrażania swoich sądów (zasadniczych wartości demokracji o którą Michnik i JP II ponoć walczyli – pytanie tylko czy miały ona dotyczyć ich oponentów, krytyków i innych sądów tak jak ich sądy, mniemania czy nauki) blednie i popieleje. Rozsypuje się niczym skały pod naporem wiatru, wody i lodu.

Podczas jednego ze spotkań z Adamem Michnikiem
poinformowałem go o moim (dość klasztornym, przyznaję)
zaangażowaniu w próby odnowienia formacji lewicowej.
Adam Michnik zareagował: >I co ? Pewnie będziecie
Stawiać problem aborcji jako główną kwestię polityczną ?
Niech was ręka boska broni ! Nie można w Polsce
robić polityki przeciwko Kościołowi !<.

prof. Adam CHMIELEWSKI

I tym aspektom towarzyszącym obu wywiadom chciałbym poświęcić te kilka refleksji, nicując je aforyzmami jednego z największych filozofów i etyków Polski w XX wieku, prof. Tadeusza Kotarbińskiego. Bo czy sakralizację i mumifikację poglądów (a przy tym osób z nimi kojarzonych) nawet najbardziej zasłużonych ludzi w historii może w dzisiejszym świecie być praktyką świadczącą o cywilizowanym, nowoczesnym, demokratycznym społeczeństwie ? Przecież już kilka dekad temu Kotarbiński słusznie zauważył:

Nieśmiertelne są tylko rzeczy martwe
Tadeusz Kotarbiński

Z obu wywiadów wyłania się postać okrzykniętego przez polski demo-liberalny mainstream intelektualisty i giganta nadwiślańskiej myśli okresu tzw. transformacji, jednego z jej twórców podwalin pod III RP i jednostkę obdarzaną przez demo-liberalne środowiska do niedawana niemalże religijnym kultem, głęboko zgorzkniałego, przegranego guru (a my jako społeczeństwo prawdopodobnie z nim). Na koniec ożenionego – jak to ma się permanentnie w polskiej historii - z nadwiślańskimi mitami, romantycznymi fantasmagoriami i nierealistycznym spojrzeniem, bo chciejskim (limitowanym przede wszystkim antykomunizmem który w świadomości Michnika stworzył aprioryczne pola dobra i zła, bieli i czerni), na rzeczywistość. Ideały zmian, cywilizowaniu czy europeizowaniu Polski ugrzęzły znów w postawie klęczącej: przed tradycją i Kościołem. Kadr w głowie się zatrzymał, zastygł, powrócił „do źródeł”. A wiadomo, że na „kolanach nie można być wolnym”.

Kto nie idzie naprzód ten się cofa. Nie ma powrotu do frazy która się przeżyła.
Tadeusz Kotarbiński

Dlaczego – pytają niektórzy dla których najważniejszy jest MIT - intelektualista, heros wolność made in panna "S", ostatecznie, po 30 latach gdy jego dziecko (III RP) jest dojrzałą kobietą świadomą swych praw i wolności, bredzi o religii oraz instytucji religijnej, która w swej 2000 letniej historii wielokrotnie tę wolność deptała, paskudziła, zohydzała ? Moim zdaniem to typowy przykład polskich fantazmatów i fatamorgan, które ten kraj i naród wielokrotnie przywiodły do klęsk. "Polsko, twa zguba w Rzymie" – wołał Słowacki. I romantyk (raczej mistyfikator) Michnik tego nie wie ? Okazuje się kolejnym polskim demokratą, wolnościowcem, który z opresji religijnej kolonizacji kultury nadwiślańskiej nie potrafi się wyzwolić. I to nie jest konserwatyzm. To jest tradycjonalizm, a to różni się zasadniczo co cywilizowany świat rozumie dziś pod pojęciem konserwatyzmu. I tego co z tym się wiąże.

W wolności najcenniejsza jest świadomość
Tadeusz Kotarbiński

W naszym kraju ostatnio sporo pojawiło się tekstów, materiałów, opracowań i prac naukowych na temat historii polskiego włościaństwa, ludu, tych warstw i klas nadwiślańskiego społeczeństwa o których historia milczy. Bo tylko królowie, magnateria, „hrabie i książęta”, „kardynały i biskupy”, szlachta, ziemiaństwo, wcześniej rycerze w zbrojach i na koniach, zwycięskie bitwy i wzniosłe porażki były (i są) przedmiotem prezentacji dziejów Polski. Polak zawsze walczył i jak nie zwyciężał to i tak był „moralnym zwycięzcą”. I jeszcze się modlił, pielgrzymował, wspomagał Kościół i stał przy wierze rzymsko-katolickiej.

Żyć rozumnie. Odtrącić złudne opowieści.
Trzeźwo sądzić. Z ponętnych urojeń wyzdrowieć.
I temu tylko ufać, co zawrze w swej treści
Dostarczyna empirii, rozwagi podpowiedź.

Tadeusz Kotarbiński

Natura folwarczna, pańszczyźnianego, odczłowieczonego przez system chłopa który myślał tylko aby wyjść z folwarku, stanąć obok Pana (np. w liberii lokaja) i czuć pogardę dla tych z czworaków ma się całkiem dobrze w naszym kraju. Czuć pogardę i wyższość do swoich niedawnych towarzyszy niedoli. Bo jakie jest marzenie niewolników ? Targ z niewolnikami gdzie niewolnicy - jako Panowie - handlują swymi dotychczasowi Panami. Ale to odczłowiecza też Pana. Wierzy w swą dziejową misję daną od Boga. Misję ucywilizowania Chama. Nawet w tak powszechnym i modnym od 30 lat u nas słowie – pracodawca – pobrzmiewają te patriarchalne, paternalistyczne ciągoty. Pan, łaskawca, posiadacz - „daje pracę”. Nie zatrudnia. O tym, że to my, pracownicy najemni mu swą prace sprzedajemy nikt nie wspomina. I to jest też mit, który Michnik i jego familia wszczepiły w dusze, serca a przede wszystkim – umysły, Polek i Polaków.

Bywają specjaliści od pilnowania własnych praw i cudzych obowiązków.
Tadeusz Kotarbiński

Zastanawiałem się nad przyczyną klękania środowiska Adama Michnika i jego osobiście przed Kościołem katolickim. Mam odpowiedź z ust samego Michnika: „Albo zachowujesz się jak niezależny intelektualista, albo jesteś w polityce. Dopóki byłem w polityce, szedłem na wiele kompromisów, często gorszych niż ten z Kościołem”. Wszystko więc wiemy. Od momentu kiedy Michnik wszedł do polityki (a kiedy z niej wyszedł ?) do kąta poszły ideały niezależnie od ich wymiaru i znaczenia.
"Uniwersum" i „metr z Sevres” w obszarze etyki i moralności można więc schować do szafy.

Do etyki miłości bliźniego nie jest potrzebna religia. Życzliwość, prawość, odwaga, dzielność opanowanie, godność własna nie dlatego zasługują na szacunek, że tego żąda Opatrzność w pouczeniach przez siebie wtajemniczonym, rzekomo objawionych, ani nie dlatego że praktykując owe cnoty zbawiać dusze dla życia przyszłego. Po prostu dlatego, że postępować w takim duchu jest czcigodne.
Tadeusz Kotarbiński

Michnik i jego familia popadli, zwłaszcza po 2015 roku, w swoisty klincz intelektualny. Otóż Prawo i Sprawiedliwość tak atakowana przez te środowiska bezpardonowo i irracjonalnie jest częścią tradycji "S" i to nie tylko z racji tworzenia jej przez takich ludzi jak Gwiazdowie, Kaczyńscy, Walentynowicz, Gliński (działacz "cywilizowanej" Unii Wolności !), Macierewicz, Wrzodak (gdzie on, gdzie) Glapiński itd. ale i z racji pomysłu na Polskę. PiS jest po prostu częścią „polskości" w warstwie mentalnej, kulturowej, historycznej. A "S" idealizowała naród jako taki, dychotomizując zbiorowość wedle określonego, biało-czarnego, mocno wartościującego, schematu. I ten sposób patrzenia na społeczeństwo to był wstęp do dzisiejszego - kroczek, malutki, kamyczek do ogródka – „gorszego sortu". Zresztą przepływy kadr z PO (nieodłączne dziecko nieboszczki Unii Wolności, środowiska które stworzyło i kultywuje „michnikizm”) do PiS-u i na odwrót świadczą o programowym i światopoglądowym podobieństwie obu członów tworu zwanego przeze mnie POPiS-em

Gdy ustaje tolerancja dla tolerancji, nastaje tolerancja przemocy.
Światło które oślepia jest grosze od ciemności.

Tadeusz Kotarbińśki

Po obu tych wywiadach i postawie Adam Michnika dziś, po 30 latach tzw. transformacji ustrojowej, po tym jak w pewnym czasie >GAZETA WYBORCZA< – czyli familia Adama M – skolonizowała świadomość dużego odłamu polskiego społeczeństwa (a na pewno lwią część wśród tzw. inteligencji) a dziś to imperium medialne zostało zdekolonizowane i zdemistyfikowane, można wysnuć wniosek, iż Adam Michnik jest kolejnym chochołem „ze swym złotym rogiem” – jak w >WESELU< Stanisława Wyspiańskiego - w naszej, nadwiślańskiej historii.




Manipulacje religijne jako opium ludu
2021-04-14 12:39:52
Większość z nas żyje pod nieustanną presją religii,
która chyba najsilniej jest odczuwana w rodzinach i szkołach.
To jest przemoc. Jesteśmy jako jednostki i jako społeczeństwo
ofiarami przemocy. Świadomość tej przemocy to już
w pewnym sensie panowanie nad sprawcą, nawet
jeśli on nadal kontroluje sporą część społeczeństwa
.
Adam Cioch

Adam Cioch to dziennikarz, publicysta, działacz na rzecz laicyzacji w Polsce, założyciel i gospodarz strony internetowej www.pomocswiatopogladowa.pl. Obecny w przestrzeni nie tylko polskojęzycznych, ale i francuskojęzycznych mediów. Studiował teologię na KUL-u. Absolwent sekcji ewangelickiej ChAT w Warszawie. Więc jest osobą wszechstronnie zaznajomioną z problematyką najszerzej rozumianej religijności i zagrożeniami niesionymi społeczeństwu przez wszelką ortodoksje, fundamentalizm, purytanizm religijny. Bezpośrednie kontakty z ludźmi w ramach wspomnianej pomocy światopoglądowej są kanwą, podstawą na jakiej swe spostrzeżenia zawarł w przedstawianej tu pozycji. Nie recenzuję jej, nie streszczam. Moje blogowe rozważania – zachęcające jednocześnie do sięgnięcia po tę pożyteczną i wzbudzającą zastanowienie oraz refleksje pozycję – są subiektywnym spojrzeniem na niektóre problemy zasygnalizowane w prezentowanej tu pozycji. Są jakby moim, prywatnym apendyksem.
Niepokaźnych rozmiarów książeczka pt. >Epidemia manipulacji< zdaniem Autora jest efektem właśnie relacji interpersonalnych z tymi, którzy albo z a-religijnego dystansu krytycznie oceniają obecną pozycję Kościoła katolickiego w przestrzeni publicznej w Polsce lub jako aktywni i zaangażowani ludzie należący do tej wspólnoty nie zgadzają się na wynaturzenia - mającymi swoje źródła w związkach z władzą doczesną duchowieństwa - targającymi polskim Kościołem. Ludzie zaangażowani i samodzielnie myślący odczuwają w coraz szerszym stopniu stany lękowe, bojąc się o przyszłość: swoją, swoich najbliższych, kraju. Bo często postawy ludzi Kościoła, ich wypowiedzi i działania, tworzą podstawy dla dalszych podziałów i fragmentacji polskiego społeczeństwa. A mowa nienawiści płynąca ochoczo z ambon i katolickich środków masowej komunikacji stwarza żyzne pole dla nienawiści, agresji, ksenofobii. Może stanowić – co już widać wyraźnie - podstawę dla fizycznych napaści na tzw. INNEGO.
Dla lewicy laickość państwa i przestrzeni publicznej jest jednym z zasadniczych zagadnień. Religia winna być sprawą absolutnie prywatną, zaś instytucje religijne stać się takimi samymi podmiotami jak inne elementy sfery publicznej, spraw społecznych, o polityce nie wspominając. Zinstytucjonalizowana religia, jej gremia kierownicze są bowiem zawsze częścią systemu władzy. W przypadku systemu kapitalistycznego – częścią władzy kapitału. Klerykalizm jest tego najlepszym przykładem i praktyką.
Zinstytucjonalizowana religia, włączona i funkcjonująca czynnie w przestrzeni publicznej, jest zawsze czynnikiem wzmagającym opresję państwa (jako struktury organizacyjnej) wobec osoby ludzkiej. Ogranicza jej wolność i swobodę myślenia, wyrażania opinii, zawęża jej kreatywność i krytycyzm, wtłacza jednostkę w system państwowych, niby-powszechnych, religijno-systemowych nakazów, norm, autorytetów. Z jednej strony mamy do czynienia z państwowo-systemową propagandą i przekazem, z drugiej – potwierdza się go religijną, podprogową, niemalże intymną (bo czymś takim jest religia jako kontakt jednostki wierzącej z Absolutem) transmisją informacji przekazywanych równolegle do liturgii i religijnych rytuałów.
To m.in. stąd, z upolitycznienia religii i czynnego uczestnictwa bezpośrednio w życiu publicznym przez duchowieństwo tworzy się tzw. "lumpenproletariat" ([za]; Karol Marks / Fryderyk Engels, >Manifest komunistyczny< wyd. niemieckie - 1890 r.). "Lumpenproletariat" współczesny, w wydaniu XXI-wiecznym. Chodzi o wpływy na świadomość powodującą skłonności do konserwatyzmu, tradycjonalizmu, unikanie nowinkarstwa czy krytycyzmu w stosunku do tzw. ogólnie przyjętych (a faktycznie – narzuconych), potwierdzonych stemplem państwa i ambony, autorytetów. To też jest element mieszczący się w terminie „lumpenproletariat” w ujęciu klasyków marksizmu. W jego obrazie i przyczynach powstania. Tu widzę właśnie korelację pomiędzy prezentacjami przez Adama Ciocha przyczyn i efektów religijnej manipulacji a współczesnym zagrożeniem nawrotu do jakiejś formy „wieków ciemnych”. Bo skąd – oprócz materialnego, społecznego wykluczenia - wziął się nagle tabun tych twardych anty-szczepionkowców ? Skąd te hordy płaskoziemców, bezrefleksyjnych czcicieli tego co im powie reklama w TV ? Skąd ci zwolennicy pseudo-nauki i szamanizmu intelektualnego itd. ? M.in. z nadmiernej obecności manipulacji absolutnie anty-racjonalnej i kultu nierzeczywistości w publicznym także państwowym, przekazie. Religijna manipulacja w jakimś sensie z tym współgra i się do tego przyczynia.
Lewica walcząc o świeckie, laickie państwo nie walczy z religią. Postuluje jedynie – właśnie dla wzmocnienia jednostki, dla podniesienia rangi indywidualnych przekonań i osobowej wiary (także religijnej) wzbogacającej duchowość człowieka – o absolutny rozdział instytucji religijnych i przestrzeni publicznej. Manifestacje oraz zaprawione w podtekście politycznie rytuały religijne, realizowane w sposób masowy i publiczny, szkodzą de facto samej istocie religii, indywidualnej wierze. Odzierają ją bowiem z intymności i subiektywnej refleksji. Lewica twardo stawiająca zagadnienie absolutnego rozdziału instytucji religijnych i religii od publicznej przestrzeni walczy tym samym o wolność jednostki, o jej dobrostan i poszerzenie horyzontów dla jej samodzielności. Wizja takiej osoby ludzkiej, bardziej krytycznej, bardziej refleksyjnej, bardziej oddzielonej od narzuconych (czyli bardziej wolnej) – bo „tak było zawsze” – jakichkolwiek tradycyjnie pojmowanych autorytetów leży przecież u podstaw in situ lewicowości.
Bo tak naprawdę Kościół rzymsko-katolicki (jako przykład najbardziej zinstytucjonalizowanej, zcentralizowanej i totalnie rozumianej religii) – choć tego ex cathedra jawnie nie głosi ale cały jego przekaz jest nasączony tym przesłaniem – uznaje i propaguje tylko jedną formę równości; równość wobec grzechu pierworodnego. I tak się to ma ze wszystkimi religiami i instytucjami religijnymi, zwłaszcza jeśli chodzi o tzw. religie abrahamowe. Z taką interpretacją pojęcia równość i idącej z nią pod rękę sprawiedliwości (we wszystkich wymiarach bytu ludzkiego) nikt mieniący się lewicowcem nie może się zgodzić. Nie może tego tolerować i promować. I to jest kolejny argument dla eliminacji z przestrzeni publicznej i bieżącej polityki tak mówiących o świecie i ludziach instytucji.
Polecam sięgnąć - nawet dla krytycznego zastanowienia się nad wnioskami Autora – po tę zwartą, cieniutką pozycję książkową. Warto.

Ekipa Bidena i Chiny
2021-02-07 16:56:31
Błąd chwili staje się troską całego życia.
Przysłowie chińskie

Po inauguracji rządów nowej administracji w Waszyngtonie Chiny powracają do swojej polityki w cieśninie Tajwańskiej czyli stwarzania klimatu nacisku na Tajwan – traktowanego przez Pekin jako zbuntowana prowincja Chin kontynentalnych – za pomocą permanentnej obecności lotnictwa Chińskich Sił Powietrznych Armii Ludowo-Wyzwoleńczej (PLAAF) i chińskiej marynarki wojennej (PLAN) tuż u wybrzeży wyspy. Tajwan jest dla USA od dekad ważnym obiektem tak militarnym jak i politycznym (nacisk na ChRL). Zmiana ekipy w Białym Domu – jak marzyło wielu komentatorów – nie zmieni relacji w tej (i w innych także) Waszyngtonu i Pekinu. Może tylko retoryka ulec zmianie lecz zasadniczo działania ekipy Bidena będą kontynuacją polityki Trumpa wobec Chin.
Świadczą o tym przede wszystkim nominacje w Biurze Bezpieczeństwa Narodowego i MSZ. Gdy je ogłoszono stało się jasne, że polityka nowej administracji wobec Chin i Tajwanu nie zostanie cofnięta. Tacy ludzie i ich dotychczasowe poglądy jak Kurt Campbell, Laura Rosenberger i Shanthi Kalathil, Katherine Tai itd. to gwarantują. Coraz ostrzejsza rywalizacja USA i Chin na terenie Azji pd. wsch. i wsch. będzie postępować i to na wielu płaszczyznach. Wymienieni urzędnicy są zwolennikami coraz bliższej współpracy – nie zważając na protesty i oburzenie Pekinu oraz idące wraz z tym zagrożenia – z Tajwanem, również w sferze militarnej i dozbrajania Tajpej. Co więcej, z kręgów republikańskich będzie szedł nacisk na kontynuację polityki wobec Chin i ekipa Bidena musi się z tym poważnie liczyć. Zwłaszcza iż w kręgach obecnie wybranego, z większością demokratyczną, Kongresu poparcie dla Tajwanu jest rekordowe. Demokraci – jak zawsze miało to miejsce – swą politykę opierali (przynajmniej taką prowadzono narrację) o szerzenie wolności, demokracji wg swoich zasad, swobód i swoiście pojmowanych praw człowieka. Oczywiście w interesach i z punktu widzenia Waszyngtonu. Co do Chin taktyka jest w tej sferze jasna: sprawa Ujgurów (Xinjiang), Tybet, Hongkong, prawa człowieka w samych Chinach. No i właśnie Tajwan.
Na zaostrzenie reakcji Pekinu wobec Taipei w minionym roku wpływał też fakt, że wybory na Tajwanie ponownie wygrał Tsai In-weng optujący za absolutną niezależnością wyspy i realizujący konfrontacyjną politykę z Chinami kontynentalnymi (m.in. zakupy wielkiej ilości broni w USA oraz częste wizyty biurokratów waszyngtońskich na wyspie co zawsze powoduje zdenerwowanie i protesty ze strony Pekinu traktujących je jako ingerencja w wewnętrzne sprawy Chin). ChRL stawia od lat na przedstawicieli Kuomintangu na wyspie, który jest jednak w defensywie. Penetracja tajwańskich wód terytorialnych i przestrzeni powietrznej przez jednostki PLAAF i PLAN osłabła (podobnie jak notoryczne cyberataki chińskich hakerów) przed wyborami w USA. Ale po analizie ich wyników oraz wspomnianych nominacjach sytuacja ponownie ulega zaostrzeniu.
I tak w ciągu miesiąca kilkadziesiąt razy samoloty chińskie wdarły się (przebijając system elektronicznej identyfikacji obrony) w przestrzeń tajwańską. Zwiększyła się też znacznie liczba lotów w cieśnicie Tajwańskiej chińskich, specjalnych samolotów do zwalczania okrętów podwodnych. Kutry PLAN notorycznie wpływają na tajwańskie wody terytorialne. Tajwan przy wsparciu USA ma nadzieje – na bazie CoV-19 i sprawnego poradzenia sobie na wyspie z epidemią – na powrót do czynnej i aktywnej polityki międzynarodowej. Zwłaszcza wspomniane lobby pro-tajwańskie (a w zasadzie anty-chińskie) wśród kongresmanów wydaje z siebie tego typu sygnały.
I w tej mierze można także odczytywać aktualną eskalację klimatu wokół Tajwanu z racji uświadomienia sobie przez Pekin, że zobowiązania USA wobec Tajwanu pod rządami Bidena pozostaną bez zmian, a nawet mogą ulec zacieśnieniu. Powrót do sytuacji za rządów Obamy - bardziej liberalnej i opartej na postrzeganiu Chiny jako partnera w wielu płaszczyznach – jest jak uważa wielu komentatorów i analityków niemożliwy. Z tej też racji iż miejsce mniej asertywnego, bardziej koncyliacyjnego Hu Jin-tao zajmuje dziś wyrazisty polityk, bezkompromisowy i czujący potęgę Chin, Xi Jin-ping.
W wydanym 23.01.2021 Departament Stanu USA oświadczeniu zatytułowanym >Presja wojskowa ChRL przeciwko Tajwanowi zagraża regionalnemu pokojowi i stabilności< wyraził wysokie zaniepokojenie wzrostem napięcia na wodach wokół Azji południowej i południowo-wschodniej. Wezwano Pekin do natychmiastowego zaprzestania nacisków wojskowych, dyplomatycznych i ekonomicznych jakich doświadcza z jego strony Tajwan. Zaapelowano do podjęcia dialogu z demokratycznie wybranymi przedstawicielami Tajwanu i uznania status quo. Stany Zjednoczone zapewniają wsparcie dla pokojowych rozwiązań problemów w cieśninie Tajwańskiej i na Morzu Południowo-chińskim, zgodne z życzeniami i najlepszym interesem mieszkańców Tajwanu oraz krajów leżących w tym regionie. Departament Stanu podkreślił, iż wsparcie USA dla Tajpej musi być utrzymane tak, aby zdolności militarne Tajwanu nie ulegały uszczupleniu.
W międzyczasie jednak na wody Morza Południowo-chińskiego powróciła grupa okrętów amerykańskiej marynarki wojennej kierowana przez atomowy lotniskowiec USS Theodore Roosevelt
Trzeba dodać, że prezydent Chin ma obecnie możliwości personalnego decydowania o militarnych działaniach i wszystkim co jest związane z wojskiem oraz obronnością kraju po zmianach jakie weszły w życie 1 stycznia br. Bardziej niż kiedykolwiek Xi Jin-ping posiada teraz prerogatywy dla mobilizowania całego społeczeństwo chińskiego na rzecz obronności kraju.
W tym regionie dochodzi jeszcze dodatkowo konflikt z Filipinami o szereg wysepek i raf na rubieżach Morza Południowo-chińskiego zwanych (w zależności od kraju) Wyspami Paracelskimi lub Spratly’ego. Chiny ostatnio poinformowały o utworzeniu na tych wyspach dwóch tzw. wojskowych regionów administracyjnych. Pekin uważa je za nieodłączne terytoria Chin. Władze w Pekinie przedstawiły także listę nazw, które nadały 80 wyspom, rafom, płyciznom i grzbietom śródoceanicznym na Morzu Południowochińskim wg chińskiej transkrypcji.
Już wcześniej – jako że te wysepki, rafy i skały są rozbudowywane jako chińskie bazy wojskowe (prowadzi się tu od lat szeroko zakrojone prace inżynieryjno-budowlane) – Pekin utworzył tu wojskowe ośrodki wsparcia psychologicznego dla żołnierzy stacjonujących w tym w rejonie, narażonych na trudy służby i stres związany z groźbą wybuchu zbrojnego konfliktu. A ten konflikt wisi cały czas nad tym regionem. Filipiny uznają wysepki za swoje terytoria. Zaniepokojenie rządu w Manili wywołało również otwarcie w ub. roku dwóch naukowych stacji badawczych na zbudowanych przez Chiny wyspach w rejonie raf. Według chińskiej agencji Xinhua stacje mają służyć do prowadzenia badań oceanograficznych, ale analitycy z państw Azji Południowo-Wschodniej podkreślają nie tylko ich rolę naukowo-badawczą ale i militarno-ekspansjonistyczną.
O post-demokracji tworzącej post-obywatela
2021-01-01 00:24:24
Kiedy zaawansowane społeczeństwa stają się
odpolitycznione, zmiany są w równej mierze subtelne
i spektakularne. W codziennym dyskursie język
polityczny zostaje postawiony na głowie, zgodnie
z przepowiednią Orwella w Roku 1984. Demokracja
uchodzi obecnie za instrument retoryczny. Pokój
jest wieczną wojną, globalny oznacza imperialistyczny,
a niegdyś pełne nadziei pojęcie reformy teraz jest
synonimem regres - nawet destrukcji. Oszczędności.
są narzuceniem ekstremalnego kapitalizmu biednym
oraz podarowaniem socjalizmu bogatym: pomysłowy
system w którym większość obsługuje
zadłużenie mniejszości

John PILGER

Istota myśląca, zdolna do przekształcania świata wedle swoich zdolności i możliwości nie może się obyć bez wartościowania. I tym samym bez pojęcia wartości. Musi jednak to być skorelowane z cywilizacyjnym rozwojem, co nie jest jednak immanencją kultury Zachodu uzurpującej sobie miano wiodącej i z wielu względów modelowej dla wszystkich pozostałych cywilizacji na Ziemi. Dziś i w przeszłości. Jednocześnie obserwuje się chęć ludzi Zachodu do ucieczki, do zapomnienia czy zminimalizowania swej tragicznej roli w historii świata. Kolonialnej, krucjatowej, imperialistycznej w epoce rozpoczętej wyprawami krzyżowymi, reconquistą i odkryciem Ameryki przez Krzysztofa Kolumba. Także udziału nie tylko intelektualnego, ideowego, kulturowego ale i politycznego w rozwoju faszyzmu i nazizmu. Gdyż to określone praktyki kolonialne na pozaeuropejskich teatrach działań, narracja i głoszone publicznie idee przez cały XIX wiek przygotowywały dramat Holocaustu w Europie. Problem ostatecznego rozwiązania dojrzewał długo w głowach Europejczyków i dopiero najbardziej cywilizowany, rozwinięty technologicznie i kulturowo naród jakim był (i są) na Starym Kontynencie Niemcy potrafił wdrożyć te metody i formy in situ. I Europejczycy się przerazili mimo, iż od dekad podobne lub tożsame metody stosowano w koloniach wobec tamtejszych, nie-europejskich autochtonów.
Taką ucieczką jest również uchwalona przez Parlament Europejski rezolucja pt. „O znaczeniu europejskiej pamięci dla przyszłości Europy”(17.10.2019), z okazji 80. rocznicy wybuchu II wojny światowej. Owo zrównanie komunizmu z faszyzmem w kontekście wybuchu II wojny światowej oznacza nie tylko polityczną ale i historyczną ślepotę, koniunkturalność, hipokryzję, ale przede wszystkim – manipulację historią. Jest właśnie typową próbą zapomnienia własnych, zachodnio-europejskich niechlubnych epizodów z minionych dziejów, które stały się przyczynami z jednej strony zwycięstwa nazizmu w Niemczech (i popularności faszyzmu w wielu krajach Europy 1920-45) a z drugiej – ale grubo wcześniej bo w XIX wieku – doprowadziły do popularności idei komunistycznych i socjalistycznych. Poza tym wydźwięk tej rezolucji jest wybitnie krucjatowy i mentorski.
Kolonializm jest nieodłącznie sprzężony z rasizmem i wszelkimi jego hybrydami. Bez rasizmu nie byłoby kolonializmu. I na odwrót. Kolonializm XIX i XX wieczny były efektem, wisienką na torcie rozpoczętych procesów społecznych wraz z I wyprawą krzyżową (1099). Podbojom, eksploatacji, zyskom nadawano tylko różnie uzasadnienia: od religijnych, typowo mitycznych przez rasowe, kulturowe i cywilizacyjne (tu widać wyraźnie te rasistowsko podgrzaną wyższość kultury „białego człowieka” wobec kolonizowanych ludzi z innych kontynentów, innych ras, pozostających na innym – co nie oznacza gorszym – stopniu ewolucji). W dzisiejszych czasach sięga się po uzasadnienia humanitarne – interwencja humanitarna czy „uniwersalistyczna” w imię demokracji, wolności, praw człowieka. Efekty są zazwyczaj mizerne. Np. interwencja USA wspomagana przez tzw. koalicję w Afganistanie trwa już prawie 20 lat. O Iraku, Libii, Syrii czy wcześniej Somalii nawet wspominać już nie warto.
W całej tej narracji mówiącej o post-demokracji, post-prawdzie, post-modernizmie człowiek staje się post-obywatelem, kultura zachodnia – post-Zachodem, a swoboda wyrażania myśli i przekonań (w każdym wymiarze) post-wolnością. Stempel post – niweluje wszystko co do tej pory miało jakiekolwiek znaczenie, jakąkolwiek wartość, cokolwiek znaczyło. Zostają tylko zyski, dochody mega-korporacji i rekinów finansjery.
Zachowując się jak rycerze krzyżowi, nietolerancyjnie, wybiórczo traktując pojęcia wolności i demokracji, mimo woli wywołano wilka z lasu we własnym domu. Ofensywa wszelkiej konserwy jest o tyle niebezpieczna, że elity są wyalienowane ze społeczności lokalnych, narodów czy innych większych grup społecznych. Poczuwają się raczej do ponadnarodowych, ponadklasowych, ponad-rasowych czy ponad-konfesyjnych więzi korporacyjnych czy klanowych. To, iż po swej stronie mają liberalną prasę i media, o niczym jeszcze nie świadczy i nic nie znaczy. Bo przeciwnik też okopał się na tych samych pozycjach. Dżihad, walcząc z McŚwiatem (Benjamin Barber), posługuje się skutecznymi metodami utożsamianymi do tej pory jednoznacznie z nowoczesnością. A krucjata jest jedną (i nieodłączną) z form prozelityzmu czy apostolstwa immanentnych chrześcijaństwu, islamowi czy hinduizmowi. To połączenie walki i wiary religijnej: cnót rycerskich, męskich i sił witalnych z bogobojnością, idealizmem, potrzebą transcendencji i poddaństwem. Rewitalizacja wierzeń religijnych, wzrost liczby ortodoksyjnych adherentów i fanatycznych wyznawców grozi – przy równoczesnym postponowaniu wszystkiego co nowoczesne, modernistyczne czy neutralne światopoglądowo – powrotem dawnych czasów krucjat, ostracyzmu wobec INNEGO czy aktami przemocy w stosunku do niewiernych bądź inaczej myślących, wyznających inne idee i wartości. Zwłaszcza, gdy do tego dochodzi wszechobecny uwiąd racji rozumu i deprecjacja empirii wobec płaskiej mistyki, taniej ezoteryki, pop-okultyzmu, osjanizmu czy zwykłego transcendentalnego szaleństwa.
Tak post-kolonialnym, imperialnym i paternalistyczno-dogmatycznym postępowaniem i polityką Zachód „wywołał” recydywę sił wrogich ideom, które sam chciał eksportować uznając w swym egocentryzmie i egotyzmie za szczyt, za clou rozwoju ludzkości.
Dwugłos w sprawie "Black Friday"
2020-12-01 09:35:01
Anna Maria Siewierska-Chmaj - to polska politolożka, dr hab. nauk społecznych, profesor nadzwyczajny Wyższej Szkole Europejskiej im. ks. Józefa Tischnera w Krakowie (jest rektorem tej uczelni) oraz Katedry Nauk o Administracji Wydziału Administracji i Nauk Społecznych Wyższej Szkoły Informatyki i Zarządzania w Rzeszowie. Dokonała 30.11.2020 na FB wpisu dot. wyprzedaży i tego co wokoło tego wydarzenia się dzieje. Komentując jej wpis napisałem coś co może nie jest kontrą wobec tez Pani Profesor, ale zawiera wg mnie istotę tego szaleństwa jakie neoliberalna kultura mega-konsumpcji czyni swoją obecnością w przestrzeni publicznej. Przedstawiam ten dyskurs na swoim BLOGU:

Można sądzić, ze prawdziwym celem rewolucji jakie dokonały się
w Europie Wschodniej była nie tyle wolność i prawo głosu, co
dobrze płatne posady(dla nielicznych) i prawo do
nieograniczonych zakupów. Zakupy oznaczają konsumpcję,
a konsumpcja zależy od fabrykowania potrzeb, a także towarów,
które zaliczam do specyficznego sektora gospodarki
opartej na usługach – telesektora inforozrywkowego.

Benjamin R. Barber (>DZIHAD KONTRA MCSWIAT<, 1995)


ANNA SIEWIERSKA – CHMAJ:
Black Friday, Black Week, Cyber Monday... Sale, Sale, Sale...

Co roku o tej porze nachodzi mnie refleksja, że my jednak zasługujemy na los dinozaurów. Nie zrozumcie mnie źle! Nie jestem ascetką, nie namawiam do chodzenia w barchanowych majtkach i zgrzebnej kapocie, nie lubię skrajności w żadnym wydaniu. Lubię za to ładne ubrania, dobre kosmetyki, czerwone wino. Ale ile ubrań może potrzebować jeden człowiek ? Ile kosmetyków zużyć, zanim zda sobie sprawę, że czasu nie można zatrzymać ? Ile wina wypić, zanim porzyga się nadmiarem szczęścia ?
Fast fashion zabija naszą planetę szybciej, niż jakakolwiek inna branża ! To, że ktoś gdzieś ustalił, że w tym sezonie jest modna fuksja, nie oznacza, że mamy pędzić do galerii handlowych kupować kolejne szmaty, które trafią na śmietnik za rok lub dwa. Bo jest wyprzedaż ? Bo tanio ? Ale jakim kosztem ??? I po co ? Ile jeszcze rzeczy potrzebujemy, żeby zaspokoić pragnienie, którego się nie da ugasić ? Ile okazji upolować, żeby poczuć się drapieżnikiem a nie ofiarą ? Kupujemy, kupujemy a i tak smutno jakoś, coraz smutniej...
Był taki czas w moim życiu, że trochę podróżowałam po Azji. Pamiętam z jakim dziwnym uczuciem, wręcz deja vu, dostrzegłam coś, czego na Zachodzie już prawie nie ma - rzemieślników. Krawców, szewców, ślusarzy, zegarmistrzów i elektryków, ulicznych naprawiaczy wszystkiego, co się da naprawić. My wolimy wyrzucić, my możemy wyrzucić. U nas już prawie nie ma kto naprawiać, zresztą wymiana bywa bardziej opłacalna od naprawy. Tyle, że to myślenie zaczyna chyba przenikać ze świata przedmiotów do świata relacji międzyludzkich. Nowa sukienka, nowa szminka, nowy mąż. Nowy zegarek, nowy samochód, nowa dziewczyna. Tylko my coraz starsi a na wyprzedażach jakoś ciągle nie można kupić wiecznej młodości. Do dupy takie wyprzedaże !

RADOSŁAW S. CZARNECKI:
Reklama wmawia tej 15 -20 % populacji „światowych ludzi", tej części która jest esencją i nią ma być w nadchodzących czasach hiper-globalizacji /to co J.Galtung nazywa społeczeństwem 20 : 80/, że gdy „cuś" nowego kupisz to będziesz szczęśliwy, będziesz cool, że bez smartfona z wodotryskiem albo zegarka ze śledziem na złotym łańcuszku nie możesz „być pięknym, młodym, bogatym (wewnętrznie)". A wszyscy przecież tacy są; na dodatek uśmiechnięci, weseli, szczęśliwi. Bo kupili, nabyli, bo mają to „cuś". I żeby takim być, dołączyć do tej zbiorowości to trzeba kupować ........ bo z kolei idzie produkcja a przez to (ponoć) rosną wskaźniki dobrobytu, szczęśliwości, zadowolenia itd. Bo jest praca. To wariactwo tego świata - głównie euro-atlantyckiego - jest nową formą kolonializmu, wyzysku i eksploatacji. Tym razem mentalnego. Tzw. „zakupizm" (B.Barber >DŻIHAD KONTRA MCŚWIAT<, L.Thurow >PRZESZŁOŚĆ KAPITALIZMU< który porównuje dzisiejszą, taką żesz sytuację do upadku Imperium Romanum właśnie z racji rozbuchanej i będącej samą dla siebie konsumpcji itd.) to rodzaj choroby niczym alkoholizm, narkomania, seksoholizm etc. Trzeba też pamiętać w jakich warunkach szyje się markowe „ciuchy" Zary, Armaniego czy jakiejś Bershki w Etiopii, Azerbejdżanie bądź Bangladeszu. Np. pożar szwalni przed paru laty gdzie stłoczone w niewolniczych warunkach kobiety szyjące za 3 dolary dziennie „ciuchy", które w Europie dostające tylko metkę markowego producenta są sprzedawane właśnie na tych niby-wyprzedażach po zwielokrotnionych cenach swej wartości produkcji ..... Zginęło wówczas, podczas tego pożaru, ponad 1600 szwaczek (to było w Banladeszu). Szybciej, taniej, więcej...... Parafrazuję współczesność, naszej kultury i cywilizacji zachodniej przedstawianej reszcie świata jako clou rozwoju ludzkości, dewizy barona P. de Coubertina ! I ten nacisk psychologiczny za pomocą agresywnej i totalnej reklamy, ze wszystkich stron na moją, Twoją, naszą świadomość. To atak i wmówienie, że musisz .....
Czy to nie jest nowa forma totalitaryzmu (miękkiego, zawoalowanego, działającego podstępnie na podświadomość ale totalitaryzmu z racji swej agresywności i „przymusu od wewnątrz") ?
Nigdy nie brałem i nie biorę, nie będę brał w tym zbiorowym szaleństwie udziału. I gardzę reklamą, wszelaką, gdyż to jest traktowanie człowieka „jak bezrozumnego zwierzęcia, żyjącego tylko po to aby kupować" (B.Barber, >SKONSUMOWANI<). To właśnie jeden z przykładów infantylizacji świata i ludzi przez aktualną kulturę (neoliberalną). A jeszcze co do reklamy: gdy coś potrzebuję kupić wtedy przeglądam, interesuje się, czytam, ale inicjatywa jest moja, którą rodzi potrzeba, moja chęć i myśl nie agresywny, ciągły atak na moją podświadomość, że muszę .......
Dawno temu, jeszcze w czasach studenckich (I poł. lat 70. ub. wieku) gdy należałem do studenckiego klubu dyskusyjnego (tak to się nazywało chyba wtedy - Pałacyk we Wrocku) oglądałem film pt. >WIELKIE ŻARCIE< (obraz Ferreriego z M.Mastrojanim i U.Togniazzim w rolach głównych) . Koniec filmu jest symboliczny - 4 bohaterów umiera z przejedzenia, w fali własnych ekskrementów i wymiocin. I to była futurystyczna - a dziś co i JM Pani Rektor porusza w swym świetnym, humanistycznym i pro-człowieczym wpisie (chapeaux bas Pani Aniu) - wizja kultury Zachodu, wyeksportowana na cały świat. Wtedy przed 50 bez mała laty nie za bardzo kojarzyłem ten symbol. Dziś jest on „realem". Św. Augustyn rzekł był swego czasu „Nam pereat mundus, sed fiat iustitia" (niech zginie świat, byleby była sprawiedliwość - w domyśle: nasza, chrześcijańska, rzymska sprawiedliwość). Parafraza tej sentencji do przedstawionej w tym wpisie przez Panią Profesor sytuacji przekłada się na następujący moim zdaniem szlagwort: „niech zginie świat, ale tylko kupujmy".

MOJA REFLEKSJA PODSUMOWUJACA:
Taka jest istota sytemu kapitalizmu, bałwochwalstwa rynku i neoliberalnych tzw. reform, które zaczęły się od gospodarki, a z czasem objęły wszystkie dziedziny życia. Myślenie także, czyniąc przeważnie z ludzi infantylne dzieci żyjące tylko po to aby się bawić, uśmiechać, konsumować, a życie ograniczać najdalej do dnia jutrzejszego. Rację może ma więc punkowy zespół Cool Kids of Deth śpiewając: „Chcesz być szczęśliwy – ogłup się sam”.




















Ukraiński spleen
2020-09-30 17:23:19
Drodzy Ukraińcy, my żyjemy w wiecznym kłamstwie.
Kłamstwo w religii, kłamstwo w nauce, w edukacji,
w wychowywaniu dzieci, w mediach
.
Liubow’ TETRIENKO
(reżyserka kijowskiego Teatru „Bravo”)

Ukraina przestała być centralnym punktem mediów i mainstreamu. Jej miejsce zajęła Białoruś i demonstracje przeciwko urzędującemu Prezydentowi. Sytuacja dryfuje ku powtórzeniu – choć nie dosłownie – scenariusza ukraińskiego, majdanowego.
A sytuacja nad Dnieprem i Dniestrem daleka jest od normalizacji. I nie chodzi tylko o dramatyczny spadek poziomu życia, spowodowany chaosem i kompletnym brakiem profesjonalizmu elit rządzących dziś w Kijowie w czasie pandemii COVID-19, lecz przede wszystkim brakiem wizji kierunku rozwoju państwa. Można wysnuć wniosek na podstawie licznych i różnorakich wypowiedzi komentatorów oraz analityków, iż dzisiejsza Ukraina to państwo na skraju upadku, coś w rodzaju europejskiego Somalii lub Libii. Struktury państwa nie działają lub są tragicznie niewydolne, skorumpowane, uzależnione od wszechogarniającej oligarchii. Zbrojne ugrupowania tzw. nac-patriotów (czyli ochotników walczących na wschodzie Ukrainy podczas rządów Piotra Poroszenki), stanowiące co prawda zdecydowaną mniejszość, ale agresywne, zdeterminowane i przekonane o swoich jedynych racjach, ugruntowujące swoją pozycję mitem rewolucji godności (jak nazywa się Majdan z 2013/14) uzurpują sobie prawo do narzucania innym swoich poglądów oraz wizji państwa siejąc terror, napadając na oponentów, dokonując wymuszeń i porwań (Charków, Połtawa, Mariupol). I nikt ich z racji zasług, patriotyzmu i szerzonej rusofobii nie pociąga do jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej. Coraz powszechniejsze staje się wśród pozostałych Ukraińców – depopulacja od chwili rozpadu ZSRR na tych terenach przybrała rozmiary dwucyfrowej emigracji (w samej Rosji pracuje oficjalnie ponad 3 mln obywatel Ukrainy) – mniemanie, iż ich kraj jest krajem upadłym. W najlepszym wypadku – amerykańską półkolonią.
W rok po wyborach prezydenckich i parlamentarnych, gdzie Wołodymir Żełeński a potem jego drużyna (tzw. sługi narodu) odnieśli druzgocące zwycięstwa, rankingi elity rządzącej w Kijowie spadły do nienotowanego w historii Ukrainy poziomu po tak krótkim okresie sprawowania władzy. Z 73 % głosujących na Zełeńskiego dziś popiera go poniżej 30 %. Nie wierzących jemu respondentów – z tytułu rozdźwięku między zapewnieniami przedwyborczymi i praktyką polityczną minionego roku – jest o wiele więcej niż dowierzających. W przypadku ze-drużyny (jak nazywa się parlamentarną frakcję prezydencką) spadek poparcia jest jeszcze bardziej dramatyczny (niecałe 20 % udziela jej aktualnie poparcia).
Zwraca się uwagę, iż w chwili rozpoczynania Majdanu w 2013 roku Wiktor Janukowycz cieszył się poparciem ok. 30 % obywateli.
Skandale różnych rozmiarów szarpiące rządzącą ekipę nie mają wpływu na cokolwiek. Podobnie jak u nas – psy szczekają (media i komentatorzy), a karawana (rządzących) idzie dalej na nic nie zwracając uwagi. Nawet publiczne oświadczenie bliskiego do niedawna stronnika Poroszenki i nacjonalistów, niejakiego Dawida Żwanii - czynnego majdanowca i człowieka od czarnej roboty - że uczestniczył w „zorganizowanej grupie przestępczej” (jak określił to co działo się na Majdanie i po jego zwycięstwie) nie spowodowało jakichkolwiek reakcji prokuratury i politycznych elit. Nawet oskarżenie kolejnych parlamentarzystów sług narodu o korupcję, gwałt bądź zamawianie prostytutek na koszt budżetu nie wywołało jakichkolwiek reakcji władz frakcji czy samego Prezydenta, który był akuszerem całej parlamentarnej ze-drużyny.
Kolejnym przykładem na całkowitą degeneracją elit ukraińskich są taśmy posła Derkacza z nagrań rozmów – niesłychanie kompromitujących i stawiających obie podsłuchane i nagrane strony w niezwykle podejrzanym świetle – Poroszenki z Bidenem (2016 r.). Ich degradujący wymiar – we wszystkich przestrzeniach ukraińskiego życia publicznego – funkcjonuje nie tylko w sferach psychologicznych, obywatelskich, społecznych. One pokazują doskonale autentyczną półkolonialną zależność Ukrainy od USA gdzie nie tylko obsadą najważniejszych urzędów państwowych (prokuratura generalna, urząd antykorupcyjny, bank państwowy, wszystkie centralne urzędu itd.) dyryguje amerykańska ambasada i Biały Dom, ale nawet podejmowanie jakichkolwiek przedsięwzięć prawnych wobec korupcji w którą są zamieszani Amerykanie zatrudnieni na Ukrainie oraz ich akolici zależy od waszyngtońskich ingerencji (Biden jr, Sytnik, Suprun).
Nadchodzące w październiku wybory lokalne na Ukrainie mogą się okazać klęską Partii Prezydenta. I partia władzy jaką stała się ze-drużyna kombinuje wszystkim sposobami jak by tu w niektórych regionach nie dopuścić do wyborów. Np. podjęto decyzję, iż na NIE-OBJĘTYCH (czyli kontrolowanych przez Kijów) obszarach Donbasu z tytułu zagrożenia militarnego wybory lokalne się nie odbędą. Pozbawia się ok. 500 tys. ludzi praw wyborczych. Paradoksem jest to, iż na tych samych terenach wybory prezydenckie i parlamentarne w ub. roku się odbyły. Wygrała tam ze-drużyna i Zełeński. Jak wiadomo wymienione bezpieczeństwo nie uległo jakiemukolwiek pogorszeniu. Odwrotnie – przestrzegane jest porozumienie o przerwaniu ognia (zresztą na tych obszarach w ub. roku było także bezpiecznie o czym świadczy spokojny i bezkonfliktowy przebieg obu wyborów).
Takie rozwiązanie jest podyktowane dramatycznymi sondażami wieszczącymi ze-drużynie totalną klęskę na tamtym obszarze. Dla Kijowa jest wygodne utrzymanie dotychczasowego, wojennego, wojskowego i nakazowego (nie wedle woli wyborców regionu) statusu tamtejszych władz.
Zarzuty ukraińskiej opinii publicznej kierowane pod adresem Zełeńskiego i jego wybrańców w parlamencie dot. niespełnienia obietnic wyborczych i prowadzenia polityki takiej jak czynił to odrzucony przez 75 % głosujących Poroszenko. Nie ma pokoju na Wschodzie, szaleje drożyna, poziom i jakość życia dramatycznie spadają, dokonano przegłosowania niezwykle kontrowersyjnego prawa dot. sprzedaży ziemi obcokrajowcom mimo sprzeciwu ponad 80 % obywateli (chodzi o międzynarodowe koncerny rolno-spożywcze od dawna szykujące się na przejęcie urodzajnych ziem ukraińskich). Wszelkie decyzje dot. gospodarki, polityki, edukacji, ochrony zdrowia etc. są dokonywane pod dyktatem MFW, Banku Świtowego i obcych, zachodnich ambasad. Nastąpiła w ciągu 6 lat od Majdanu (a proces ten w ostatnim roku wydatnie przyśpieszył) de-industrializacja Ukrainy.
O zagrożeniu wolności słowa (próby zamykania i ingerencji w programy opozycyjnych kanałów telewizyjnych – np. 112, ZiK, NewsOne czy NASZ – bądź uciszanie prawne niepokornych you-tuberów) oraz chaosie związanym z brutalną i nieprzemyślaną ukrainizacją przestrzeni publicznej szkoda wspominać. Prawie ¾ społeczeństwa – czyli tych którzy nie są zwolennikami tzw. nac-patriotów i Poroszenki – uważa, iż Ukraina staje się coraz bardziej upadłym państwem. Emigracja rośnie, nawet do Turcji.
Dla zdecydowanej większości z tych ¾ przeciwników obecnych porządków w Kijowie idolem do niedawna był A. Łukaszenka. Mimo protestów i napiętej sytuacji na Białorusi owa admiracja bat’ki nad Dnieprem i Dniestrem nie opadła jakoś znacznie.
I dlatego m.in. bezrefleksyjne poparcie protestów na Białorusi może się okazać czymś na podobieństwo życzeń karpi proszących o przyśpieszenie wigilii. Sytuacja u naszego wschodniego sąsiada znad Dniepru jest tu swoistym memento. Pokazuje jak ludzie zupełnie nie przygotowani, nie odpowiedzialni, polityczni dyletanci kierowani z tylniego siedzenia przez geopolityczne i korporacyjne mastodonty, pozostający na garnuszku neoliberalnych fundacji czy obcych rządów, bez programu pozytywnego dostają się w wyniku rewolty do władzy. I nie jest tak, że bezkrytyczne stanowisko wobec tego co się dzieje na Białorusi wedle optyki czarno-białej jest jedynie prawdziwym. I że kto nie stoi obok Cichanuoskiej – de facto człowieka przypadkowego w polityce, paprotki, coś na kształt groteskowego Guaido w Wenezueli - jest od razu stronnikiem Łukaszenki czy agentem Kremla.

PS: 29.09 to na Ukrainie rokroczny dzień pamięci dziesiątek tysięcy ofiar Babiego Jaru. Wielu komentatorów i dziennikarzy zwraca dziś uwagę, że tylko w wystąpieniu Wołodymira Zełeńskiego jeden raz wybrzmiał termin nazizm i naziści w kontekście sprawców tej tragedii. Pozostali politycy, działacze, osoby publiczne itd. skrzętnie omijali te pojęcia grzęznąc w nacjonalistyczno-patriotycznej nowomowie. Tak jak decyzja sądu, iż admiracja herbu dywizji SS Galicja nie jest niczym zdrożnym to kolejne przykłady toksycznego klimatu w którym pogrąża się przestrzeń publiczna nad Dnieprem.











Wietnam
2020-08-16 18:40:53
To cholerne bombardowanie nic nie dało.
Zrzuciliśmy więcej bomb niż w całej Europie w czasie
wojny i gówno z tego wyszło.

Robert McNamara


Właśnie minęła kolejna rocznica incydentu w Zat. Tonkińskiej. To płytka – głębokość nie przekracza nigdzie 60 metrów - część Morza Południowochińskiego przez którą przebiega granica pomiędzy Wietnamem i Chinami. Ponad 55 lat temu od owego incydentu rozpoczęły się bombardowania Demokratycznej Republiki Wietnamu (Wietnam Północny) przez lotnictwo USA co stanowiło dramatyczną eskalację tlącego się do tej pory konfliktu w Indochinach, dając początek długiej, krwawej, pozostawiającej do dziś dnia ślady (zwłaszcza we florze Półwyspu Indochińskiego posypywanej masowo przez lotnictwo amerykańskie środkami chemicznymi) wojnie. W jej wyniku zginęło ponad 50 000 żołnierzy USA (ok. 313 tys. było rannych, w tym ponad 150 tys. doznało trwałego kalectwa). Wietnam Południowy stracił ok. 200 000 żołnierzy a ponad 0,5 mln osób cywilnych zostało zabitych. Wietnam Północny ogółem utracił ponad 1,3 mln ludzi (tak żołnierzy jak i ludności cywilnej). Taki był kosztowny efekt tej prowokacji i błędu – jak się dziś okazuje – strony amerykańskiej. Potem w owym błędzie trwano przez lata, do samego, niesławnego, końca bojąc się przyznać do owej pomyłki, a może i celowej prowokacji, mającej doprowadzić do militarnej interwencji. Myśleli tak i postępowali – kryjąc swą niekompetencję, imperialne zakusy i chęć rządzenia światem, zwierzęcy anty-komunizm i pospolity militaryzm - prezydenci USA, a także lwia część amerykańskiej elity politycznej, gros senatorów i kongresmenów, a przede wszystkim wojskowy establishment.
Jest sierpień 1964. Wcześniej, bo 31 lipca niszczyciel USS >Maddox< wznowił zawieszoną akcję wspierania komandosów południowowietnamskich na dwóch wysepkach należących do Wietnamu Północnego. Był to więc akt niewypowiedzianej – na razie - agresji wobec terytorium Północnego Wietnamu. Okręt ten uprawiał też szpiegostwo elektroniczne, prowadząc nasłuch radiostacji północno-wietnamskich. Znajdował się na wodach terytorialnych Wietnamu Północnego
Napięcie w rejonie Morza Południowo-chińskiego rosło już od dawna. Amerykanie intensywnie pomagający kolejnym dyktatorom w Wietnamie Południowym gromadzą w tym rejonie flotę, przerzucają na Filipiny i Tajwan piechotę morską oraz sprzęt wojskowy szykując się do interwencji na szeroką skalę. Już od połowy lat 50. CIA prowadziła operacje dywersyjne przeciwko Wietnamowi Północnemu rządzonemu przez Komunistyczną Partie Demokratycznej z charyzmatycznym prezydentem, bohaterem walk z kolonializmem francuskim i okupacja japońską, Hô Chi Minhem na czele. Socjalistyczne, postępowe reformy prowadzone w północnej części podzielonego wzdłuż 17 równoleżnika kraju stały w kontraście z sytuacją panującą na południu pod rządami kolejnych reżimów wojskowych, wspieranych przez USA. Amerykanie w oparciu o Wietnam Pd. i Filipiny tworzyć zamierzali szeroką bazę dla swych wojsk mogących od południa szachować Chiny.
Wspomniane operacje CIA polegały na nocnych rajdach najemników południowowietnamskich, tajwańskich i południowokoreańskich (szkolonych na Filipinach) a przerzucanych łodziami rybackimi do Wietnamu Północnego, gdzie niszczyli obiekty gospodarcze i militarnie instalacje. Łodzie patrolowe Wietnamu Północnego musiały więc siłą rzeczy intensywnie operować w tych obszarach.
Na incydent w Zatoce Tonkińskiej z sierpnia 1964 roku złożyły się dwa wydarzenia: wymiana ognia pomiędzy niszczycielem USS >Maddox< a trzema wietnamskimi kutrami torpedowymi w dniu 2 sierpnia oraz zdarzenie z dnia 4 sierpnia kiedy to niszczyciele USS >Maddox< i USS >Turner Joy< otworzyły ogień do niezidentyfikowanego celu radarowego. Takie informacje na temat owego konfliktu znajdziemy w mediach. Otóż dn. 2.08.1964 USS >Maddox< poinformował o ataku północno-wietnamskich kutrów torpedowych. W odwecie (i przy wsparciu lotnictwa startującego z lotniskowca USS >Ticonderoga<) zatopiono wietnamski kuter torpedowy i uszkodzono dwa inne obiekty pływające. Sam niszczyciel odniósł powierzchowne uszkodzenia. Po incydencie wycofał się na wody południowo-wietnamskie.
7.08.1964 roku Senat USA zatwierdził rezolucję w sprawie Zatoki Tonkińskiej dającą przyzwolenie prezydentowi Lyndonowi Johnsonowi na eskalację działań zbrojnych przeciwko Demokratycznej Republice Wietnamu. Miało polegać ono na rozpoczęciu przez US Air Force silnych, dywanowych bombardowaniach terytorium Wietnamu Północnego. Wyniki głosowania w Kongresie – 416 za, nikt się nie wstrzymał i nikt nie był przeciw. W Senacie „za” głosowało 88 senatorów, a 2 było przeciw.
Incydent z 2 sierpnia był ponoć pomyłką obsługujących radar marynarzy. Dziś jednak wiadomo, iż była to świadoma mistyfikacja administracji prezydenckiej wspólnie z CIA, wykorzystująca fakt, iż załoga USS >Maddox< była pijana. Ten fakt stanu nietrzeźwości załogi USS >Maddox< i przypadkowa strzelanina zostały cynicznie wykorzystane do pchnięcia machiny wojennej ku brutalnej interwencji. Alkoholowe upojenie załogi niszczyciela przez dekady skutecznie trzymano w tajemnicy. Potwierdzają haniebność tej sytuacji współcześnie źródła wywiadowcze amerykańskich sojuszników (m.in. Izraela). Doskonale wpisywał się ten incydent w usprawiedliwienie rozpoczęcia bombardowań północno-wietnamskich portów, co nastąpiło następnego dnia o świcie. Akceptacja Senatu i Kongresu USA była już tylko pro formą stanu faktycznego.
W 1965 r. prezydent Lyndon Johnson, znany z nietypowych zachowań i wypowiedzi, tak komentował to wydarzenie w prywatnej wypowiedzi: O ile wiem, to nasza marynarka strzelała do wielorybów. W roku 1971 pracownik Pentagonu Daniel Ellsberg przekazał dziennikarzom dokumenty znane jako Pentagon Papers, zawierające również materiały na temat incydentu. Wynikało z nich, że raporty na temat wydarzenia zostały sfałszowane. 30 listopada 2005 odtajnienie dokumentów z owego okresu oficjalnie potwierdziły, iż administracja prezydenta Johnsona otrzymała nieprawdziwe informacje na temat incydentu. Mimo, iż zdawano sobie sprawę z niejasności sytuacji w raportach Biały Dom skwapliwie wykorzystał je do rozpoczęcia przygotowanego od dawna ataku lotnictwa na Wietnam Północny. Wojna rozgorzała na dobre.
Robert McNamara w latach 1961–1968 sekretarz obrony USA, po latach w jednym z wywiadów wspomniał, iż otoczenie prezydenta zdawało sobie sprawę z fikcyjności tego ataku wietnamskich kutrów na USS >Maddox<. Przygotowane do bombardowań lotnictwo nie mogło już jednak czekać. Na pytanie prowadzącego wywiad dziennikarza czy nie ma wyrzutów sumienia za dokonaną manipulację i ostatecznie za wojnę, w której zginęło ponad dwa miliony ludzi odpowiedział: „Nie, bo taki atak wietnamski na okręty USA mógł się zdarzyć".
Więc nie fakty, a wiara i własne wyobrażenia, chęci i interes polityczny, wystarczą do podjęcia, a potem wytłumaczenia, dowolnych decyzji, nawet najwyższej rangi, jak wojna niosąca śmierć tysięcy ludzi, zniszczenia, cierpienia, tragedie. Konieczne jest tylko dokonanie wcześniej odpowiednich manipulacji opinią społeczną, co najmniej swego własnego społeczeństwa i sojuszników.
Czy dziś, 56 lat po zdarzeniu w Zat. Tonkińskiej w wyniku którego zginęło ponad 2 mln ludzi, a setki tysięcy odniosło obrażenia i zostało do końca życia kalekami, przy zwielokrotnionych (w stosunku do lat 60-tych XX wieku) możliwościach medialnych korporacji pozostających na smyczy kapitału wspartych technologią, manipulacja opinią publiczną w wymiarze globalnym nie powoduje obojętności i milczącej zgody opinii publicznej na podobne niegodziwości ? Medialna klaka, pospolite kłamstwa, manipulacje i zmasowana propaganda przygotowywały haniebny atak na Jugosławie, potem na Afganistan, Irak, Libię i Syrię,. Dziś - milczenie o dronach zabijających niewinnych, przypadkowych ludzi. Dalej - Raczak i masowe morderstwo kosowskich wieśniaków (którego nie było), bron chemiczna i jądrowa w Iraku (której także nie było), miliony dolarów na kampanie prezydencka Sarkozy’ego (i potrzeba ich zwrotu) jako główny – acz skrywany publicznie - argument za obaleniem Kaddafiego i zniszczeniem Libii etc. etc. Media milczały albo mówiły w setkach, tysiącach newsów zupełnie coś innego.
Dziś gdy napięcie w różnych miejscach świata i z różnych przyczyn niezwykle przypomina opisywaną tu atmosferę w Azji pd-wsch. w przededniu otwartej interwencji USA możliwość konfliktu na skalę przewyższającą wojnę w Wietnamie kilkakrotnie. W takich okolicznościach wystarczy, iż kolejny Gavrilo Princip strzeli do jakiegoś saudyjskiego notabla czy amerykańskiego dyplomaty (podaję te dwa przykłady gdyż to rejon Zat. Perskiej – a de facto: cały Bliski Wschód - obok Morza Południowo-chińskiego i Libii są beczką prochu). Albo gdy znów amerykańscy chłopcy na statku zakotwiczonym w wymienionych rejonach tęgo popiją i zaczną się bawić w strzelaninę. Np. do łodzi Strażników Rewolucji patrolujących wody terytorialne Iranu lub chińskich kutrów patrolowych.
Potrzeba demitologizacji nad Wisłą i Odrą
2020-07-06 08:47:17
Mit w sensie przedmiotowym to opowiadanie udramatyzowane, często symboliczno-magiczne, wyrażające ludzkie doświadczenie świata jako rzeczywistości sakralnej. To prezentacja różnorakich modeli obrzędów i ludzkiej działalności, w których doznaje się religijnego lub quasi-religijnego doświadczenia świata. Materializuje się on na przedstawieniu kultury i natury w sposób prezentujący wytwory społeczne, ideologiczne, historyczne, materialne, intelektualne i związane z nimi powikłania moralno-etyczne, estetyczne, wyobrażenia i samą kulturę jako powstałe w wyniku interwencji sił nadprzyrodzonych, wyższych. Rzeczą daną od Boga. Jest rodzajem społecznej świadomości obecnym we wszystkich społecznościach narodowych, obywatelskich, plemiennych bądź klanowych. Mit zdejmuje w takiej perspektywie odpowiedzialność z wyznawcy za wybory, decyzje, postawy. Uprawnia dla infantylizmu, dziecinności, niedojrzałości.

To co słyszę dziś na temat zachowań
ks. Jankowskiego jest nieprawdopodobne.
Wszystko robił dla Polski oraz dla wolności.

Lech WAŁĘSA

Ksiądz Jankowski był pedofilem i o tym wszyscy wiemy” – mówi prof. Andrzej Friszke, jeden z hagiografów >Solidarności<, onegdaj członek kolegium IPN-u, apologetyczny badacz jej dziejów i wpływu jaki miała na najnowsze dzieje Europy. Czy Pan Profesor, autorytet moralny i znacząca postać na polsko-medialnym firmamencie, coś przedsiębrał aby przeciwstawić się tym zbrodniom ? Czy poinformował organy ścigania i sprawiedliwości ? Czy może w swych kontaktach z Janem Pawłem napomknął o tej wiedzy ? O tych wyjątkowo haniebnych i niecnych czynach kapłana, osoby a priori cieszącej się wielkim zaufaniem społecznym. Zwłaszcza że chodziło o kult i mir otaczający prałata od św. Brygidy i związany z tym nimb >Solidarności< .
Los gdańskiego prałata i jego upadek to punkt wyjścia do sformułowania kilku ogólniejszych wniosków. I to w szerszym kontekście, całokształtu tego co się w naszym kraju dziś dzieje. Bo aktualnie koronawirus zajmuje media i komentatorów, a także moralistów. Jak również brutalna kampania wyborcza i to co wokół niej się zachodzi. Żałosne, a jednocześnie tragiczne w skutkach są świętości tworzone na doraźny, polityczny, propagandowy użytek. Jak te mity, legendy czy prostackie apologie – niczym ze średniowiecznych żywotów świętych rażące swym obskurantyzmem i filisterstwem – zderzające się z rzeczywistością XXI wieku które pokazują nasze polskie fantazmaty i mentalności „nie z tego świata”.
Kompromitacja dotycząca obozu panny >S< i jego sprawności intelektualnej w rządzeniu państwem, przewidywalności i prawidłowego wyczucia oraz pojmowania procesów społecznych, zrozumienia czym są wspólnota, społeczeństwo, państwo, geopolityka itd. (nie klan, nie plemię, nie tylko komilitoni ze styropianu i wąsko pojmowanego etosu) nastąpiła już dawno. Dziś rządząca od 15 lat prawica – de facto: POPiS – to spadkobiercy AW >Solidarność< z Marianem Krzaklewskim na czele. Tak samo jak JarKacz kierującego z tylnego, poselskiego fotela państwem. To już było w tym obozie. Dziś widać jak na dłoni abdykację projektu p/n III RP, budowanego z mozołem, potwornym zakłamaniem i kosztami społecznymi. Jest jak w bajce Jan Ch. Andersena pt. >Nowe szaty cesarza<. Pozostaje jeszcze czas na odarcie z patyny mitów związanych ze sferą quasi-sakralną, z legendami tworzącymi niejako jądro i rudymenty nadzwyczajności, niebiańskości tego ruchu. Trzeba to wreszcie powiedzieć, iż był to ruch ludowy, prospołeczny, w sumie – postępowy, przerodzony w kontrrewolucję konserwatywno-religiancką prowadzoną przez liderów w mroki feudalizmu i średniowiecza w niemal wszystkich aspektach życia publicznego. I PiS jest tej drogi w jakimś sensie zwieńczeniem. I po to m.in. były potrzebne właśnie owe mity, legendy, fantasmagorie, absolutnie oderwane od realności, zaciemniające sytuację i kierujące zainteresowanie społeczne na mielizny życia publicznego.
Demitologizacja zawsze bardzo boli. Im większy mit i jego zasięg tym zawód i ból są większe. W niej niczym w soczewce odbijają się irracjonalizm, chciejstwo, fantazmaty i niespełnione nadzieje, ale także hipokryzja, ślepota, fundamentalizm, fanatyzm, ufność i bezgraniczna wiara wyznawców i czcicieli każdego mitu. Bo jak mówi amerykański, religioznawca Joseph Campbell „Mity są społecznym snem, a sny – osobistym mitem”.
Prałat Jankowski jest jednym z ważnych elementów tego mitu i zarazem upadku. Dziś oburzenie, zdziwienie, niedowierzanie i niezliczone enuncjacje różnych apologetów, hagiografów i egzegetów mitu >Solidarności< oraz kultu jej herosów – Jankowski jako pewien symbol degeneracji i degrengolady idei en bloc - co najmniej śmieszą by nie rzec, są żałosne. Bo widać wyraźnie, iż Polska po 30 latach transformacji jest jak ten cesarz z bajki przywoływanego tu Duńczyka. Tylko, że nikt nie chce tego głośno powiedzieć. Pomnik upadł, ale lepiej tego nie widzimy, nie komentujemy bo obudzimy się w pustce, w nie-rzeczywistości tak mozolnie i z wyrzeczeniami budowanej przez te ostatnie 3 dekady.
Czy bałwochwalczym wyznawcom kultu panny „S” należy z tak powszechnym przez 30 lat paternalizmem i moralitetami o tym mówić i demitologizować ich świadomość – nie wiem. Ale oni tak czynili cały czas w stosunku do ludzi uważających Polskę Ludową nie za „czarną dziurę” i pomyłkę w historii, ale za miejsce gdzie się samo-realizowali, rodzili, żyli, uczyli, kochali, pracowali i umierali. Ci ludzie, ich rodzice i dziadowie.
Takie mityczne spojrzenie ci wyznawcy uznający siebie za metr z Sevres, mówiący jak jest i jak ma się myśleć politycznie oraz na kogo głosować, owe irracjonalne pojmowanie rzeczywistości z przestrzeni konfesyjno-mitologicznej, przenieśli do realności politycznej. I mają cały czas INNYCH za durniów, za bezmyślną masę, za manekiny i osobników po lobotomii.
Nie ma we mnie za grosz schadenfreude mimo, iż od tych 30 lat byłem stawiany przez mainstream post-solidarnościowy ciągle do kąta, a teraz – wedle paradygmatu określonego procesu będącego kolejnym etapem kampanii dyskredytacji i delegitymizacji ludzi z PRL (to po prostu kontynuacja myśli salonu post-solidarnościowego, że „lewicy w Polsce mniej wolno”) – jestem gorszym sortem. Po raz kolejny w polskiej historii widzimy jak nierzeczywistość i fantazmaty brane za realności i podstawę polityki sypią się w gruzy. Świat polityki przykrawanej wedle przaśnej, nieskomplikowanej, dewocyjno-narodowej, zero-jedynkowej wersji to odzwierciedlenie ludowej, manifestacyjnej, bezrefleksyjnej polskiej pobożności. I hołdowania takiemu pojmowaniu polityki, kultury, spraw społecznych itd. a to musi skutkować na określonym etapie, w określonych sytuacjach zwycięstwem takich formacji jak PiS. Czy tego się chce czy nie jest on także tradycją panny „S”. Bo de facto od 15 lat rządzi tu POPiS.
A rzeczywistość jest taka jak ją się czuje. Indywidualnie, subiektywnie, na bazie swoich, prywatnych (i swego najbliższego otoczenia) doświadczeń. I dopiero taka suma mikro-refleksji jest wypadkową świadomości zbiorowej.
Tak kończą się – znów trzeba wspomnieć o rozpoczynającym ten wpis prałacie od św. Brygidy, kapelanie „Solidarności” - wszystkie mity, budowane ad hoc i zderzające się często po dekadach czy stuleciach z tym o co walczyli w Polsce herosi przełomu XX i XXI wieku; z prawdą, wolnością słowa i najszerzej pojętą racjonalnością życia codziennego wolnego od mitów, legend i fantasmagorii. Pomniki i legendy padają na bruk niczym >Fortepian Chopina< w wierszu Cypriana K. Norwida. Tam fortepian – tu ideały (co chwila) – sięgają bruku.












Determinanty dzisiejszej polskości
2020-06-03 06:49:00
gdy występny się pyszni, biedny jest w udręce
i ulega podstępom, które tamten ukuł.
Bo występny się chełpi swoim pożądaniem.

Psalm 10, 2

Takie refleksje nachodzą mnie po oglądaniu tego co się dzieje w aktualnie USA i lekturze większości wpisów polskich internautów w sieci (także po niektórych wypowiedziach ludzi nadwiślańskiej tzw. „sceny publicznej”).
Losy chłopów nie należą do najpopularniejszych zagadnień w historii. Zarówno w szkołach, jak i w tekstach kultury masowej przedstawia się głównie życie elit. Większość z nas, patrząc wstecz na losy swojej rodziny, stwierdziłoby jednak, że dzieje samych elit to dzieje obcych. Mało kto wśród swoich przodków odnalazłby monarchów, szlachtę czy inne postaci znane z podręczników. Większość z Polek i Polaków (szacunki są różne – to ok. 80%) wywodzi się wyłącznie lub niemal wyłącznie ze środowisk chłopskich. Historia Polski, jest więc historią chłopów, będących jeszcze przed 150-170 laty – niewolnikami. Jak Kunta kinte i jego rodacy na plantacjach w Alabamie czy Luizjanie. To historia zapomniana i wyparta z pamięci. Ze wstydu, zaprzaństwa, intelektualnego kacerstwa. Liberałowie rządzący Polską od 30 lat – tak formalnie jak i mentalnie, medialnie poprzez odpowiednią narracją kształtująca pamięć i tożsamość - wygumkowali dokładnie te zagadnienia z polskiej historii.
Ale wyobraź sobie medialnie urabiany latami przez różnych Lisów, Piaseckich, Wróblów, Gadomskich czy Olejniki, przez wtórujący im IPN Polaku bądź Polko, następującą sytuację: jesteś pracownikiem w korporacji, a twój szef, wspierany przez kilku pomocników, ma obowiązek zapewnić ci podstawy bytu. Elementarny wikt, opierunek i mieszkanie. W zamian za to musisz u niego przez kilka dni w tygodniu pracować bez jakiejkolwiek zapłaty w postaci kasy. Ów szef arbitralnie określa wymiar tej pracy, ocenia jej jakość i prawidłowość czynności manualnych podjętych przez ciebie. Jego decyzje są nie odwoływalne. Za źle wykonane jego zdaniem obowiązki ma prawo cię karać, nawet brutalnie, fizycznie. Nawet zabić. Nikt nie sprawuje kontroli nad nadzorcami prac, a więc znęcanie się czy molestowanie seksualne są normą. Jesteś przywiązany do miejsca pracy, nie masz prawa bez zgody właściciela poruszać się poza terenem jego jurysdykcji. Jego własności. Świętej, nienaruszalnej własności prywatnej. Ty nią też jesteś wraz z całą swoją rodziną. Czy ktoś w Polsce myśli dziś o tym, co to właściwie znaczyło, że właściciele ziemscy, Jaśnie Państwo, mieli prawo dysponować włościanami, karać ich, przesiedlać do woli, wraz ze swym dobytkiem nieruchomym darować komuś ? Że jeszcze zupełnie niedawno jeden człowiek mógł w majestacie prawa pobić drugiego bo go „karał” niczym zwierzę ? A odwołać się można było, owszem, do sądu. Pańskiego czyli sądu, w którym sądził ten sam Pan, który przed chwilą cię bił, gwałcił twoją żonę lub córkę (prawo pierwszej nocy), wyzyskiwał, wypędzał, darowywał niczym konia ?
To jest ta genealogia predestynująca Jaśnie Państwo Komorowskich, Kidawy-Błońskie, Radziwiłłów, Trzaskowskich itd. Serwilistyczne i promujące najgorsze – de facto anty demokratyczne i przaśne w swym wymiarze obrazy polskich polityków którym kibicują, których promują i którzy są ich prywatną opcją polityczną – media i ich funkcjonariusze szkodzą infantylizując polską przestrzeń publiczną. I dot. to wszystkich mediów po obu stronach polskiej barykady.
A w takich właśnie realiach żyli przodkowie przytłaczającej większości współczesnych Polek i Polaków od schyłku średniowiecza do XIX w. To właśnie dlatego m.in. rosyjski car Aleksander II, pogromca polskich patriotów z 1863 roku, był jednocześnie darzony wielką wdzięcznością przez lud wiejski, który zawdzięczał mu swój pierwszy moment wolności. Teoretyczny ale zawsze. To dlatego ogromna rzesza chłopskich darczyńców złożyła się na pomnik Aleksandrowi II wzniesiony w Częstochowie, a odsłonięty w 29.04.1889 r. Dziś wstydliwie o tym się nie wspomina tworząc kolejnego trupa w nadwiślańskiej szafie świadomości historycznej. Nawet będąca przedmiotem kultu Konstytucja 3 Maja o zniesieniu pańszczyzny mówi ogólnikowo. Jest na tle zarówno Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych (1776) jak również francuskiej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela (1791) dokumentem spóźnionym, mocno konserwatywnym i obcym prądom myślowym tamtej epoki. Akcentowanie w polskiej historiografii dobrych intencji twórców kolejnych w tej mierze reform to pusty frazes, humbug, intelektualna ściema. Powie ktoś zaraz, zaraz – a Tadeusz Kościuszko i Uniwersał Połaniecki, a „czerwoni” w Powstaniu Styczniowym ? Ale była to przysłowiowa para w gwizdek. Źródła jednak milczą o zaciętym, zorganizowanym oporze większości ziemian, o łapówkach, balach dla carskich urzędników, kupczeniu córkami, wydawanymi za kogoś wpływowego w administracji rosyjskiej. Wszystko po to byle uniknąć podziału ziemi.
Oczywiście władzy carskiej – jak każdej w tym systemie społecznym - zależało na społecznym spokoju co ziemiaństwo jako posiadacze „świętej prywatnej własności” zapewniało doskonale. No i jeszcze Kościół rzymski sakralizujący ową własność i władzę cara, gdyż każda namaszczona świętymi olejami władza „pochodzi od Boga”. Zasada legitymizmu działała omnipotentnie w ówczesnej Europie.
Te dwa plemiona z których składa się „od zawsze” polskie społeczeństwo (a co dziś jest tak politycznymi podziałami wzmocnione) stoją niczym dwa bawoły do walki o prawo kopulacji z krową. Jak uważa prof. Marcin Król (wnikliwy obserwator polskiego życia publicznego, konserwatywno-liberalnej opcji) „…Nie dzieli ich przepaść ekonomiczna, tylko kulturowa”. Muszę jednak dodać, że najczęściej ta różnica kulturowa nakłada się też na stratyfikację ekonomiczną i miejsce zajmowane w hierarchii społecznej.
Ostatnia wypowiedź ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego zalecająca bezrobotnym i tych których dopadły skutki lockdownu pracę na roli, niczym dawni fornale (robotnicy rolni) jest tego najlepszym przykładem. Przy okazji odwoływał się – jak zawsze w wypadkach ludzi polskiej prawicy – do nauk Jana Pawła II w przedmiocie pracy, godności i solidaryzmu. Nie bacząc na to, iż jano-pawłowe widzenie zagadnień pracy, kapitału, ich wzajemnych relacji, problemów pracowników najemnych, koncentracji kapitału są mocno zwietrzałe intelektualnie, trącą chciejstwem i dobrymi intencjami a nie rzeczywistą analizą sytuacji społecznej. Wymiar etyczny wypowiedzi Pana Ministra pomijam milczeniem.
O tej pogardzie elit, inteligencji mającej (albo takiej której się to wydaje) rodowód ziemiański, pański, sarmacki napisano w tym kraju tomy. Ale dziś jest to temat niemodny, nie chodliwy, przemilczany z racji klasowych, mocno wstydliwych, bo odzierający pomnik Polski budowany od dekad z koturnowości, spiżu i ckliwej narracji, z mitycznych – czyli nie rzeczywistych – prób opowieści naszych dziejów. Kruczkowski i „Kordian i cham”, Reymont i jego epopeja „Chłopi”, Żeromski z „Przedwiośniem” i starym, biednym, przykurczonym życiem „na pańskim” w majątku nawłockim Maciejuniem poszli w zapomnienie.
Na wszystkim tym jednak jest rzucany cień, zupełnie zapomnianego, pomijanego z wielu – nie tylko tych wymienionych wcześniej powodów – Jakuba Szeli, galicyjskich rabacji oraz dramaty chłopskich strajków (i wielu dziesiątków ofiar włościan podczas starć z granatową policją używającej masowo broni palnej) z okresu międzywojennego. Jest to memento którego nie sposób wyprzeć z historii Polski, można go co najwyżej zagłuszyć, zaciemnić, zatuszować. Zakopać w szafach świadomości jako kolejnego trupa historii tego kraju. Ale to wróci, musi wrócić w najmniej odpowiednim dla inicjatorów tych działań chwili.



Trump vs Biden z Ukrainą w tle
2020-04-28 08:05:35
Najmądrzejszy naród na świecie to
niewątpliwie Chińczycy. Wynaleźli
druk – ale nie gazety, proch – ale
tylko do sztucznych ogni. Wynaleźli
wreszcie kompas – ale powstrzymali
się przed odkryciem Ameryki.

Charles CHAPLIN

Wraz z rezygnacją Bernie Sandersa z wyścigu po nominację Partii Demokratycznej w listopadowych wyborach prezydenckich jedynym, naturalnym kandydatem pozostaje 77 letni Joe Biden, były vice-prezydent USA w czasie kadencji Baraca Obamy. Stało się więc tak, jak sądziło wielu komentatorów na świecie i jak sobie życzył Trump ze swoim sztabem.
Czołową rozgrywką w takim wypadku staną się oprócz gospodarki i rynku akcji - które cierpią niebywale katusze w związku z pandemią COV-19 lecz jeśli Trumpowi uda się wyjść z tego zakrętu w miarę bezboleśnie będzie to dla niego niebywały handicap - więc korupcyjne powiązania rodziny Bidena z ukraińskimi oligarchami. A także uczestnictwo w grabieży i malwersacjach związanych z pomocą amerykańską dla Ukrainy (chodzi o sumę ok. 5,5 mld. dolarów) i niedyplomatycznymi zachowaniem nominata demokratów podczas jego pobytów w Kijowie. Jest to też część walki jaką toczy Trump i republikanie z tzw. „globalistami” (utożsamianymi z czołówką Partii Demokratycznej) oraz ich głównym sponsorem i promotorem jakim jawi się Georg Soros (i jego finansowo-medialne otoczenie).
Poparcie jakie rezygnujący z wyścigu Sanders udzielił Bidenowi (w imię fałszywej mimo wszystko jedności partyjnej) absolutnie nie musi się przełożyć na automatyczne przelanie głosów najbardziej lewicowego skrzydła (czyli zwolenników Sandersa) na powiększenie elektoratu Bidena. Takie zjawisko zaobserwowano już 4 lata temu gdy Hillary Clinton rywalizująca z Trumpem o Biały Dom nie zdołała przekonać do siebie sporej grupy stronników Sandersa, którzy pozostali w domach lub oddali swe głosy reprezentantowi Republikanów.
Podczas ostatniego pobytu nad Dnieprem (na przełomie stycznia i lutego 2020) Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo wedle nieoficjalnych przekazów, ku zaskoczeniu i nieskrywanemu przerażeniu Prezydenta Zełeńskiego doradzał mu porozumienie z Moskwą w temacie Donbasu. A problem Krymu odłożyć ad calendas graecas. O co chodzi administracji Trumpa ? Otóż Biały Dom i elita Republikanów zgromadzona wokół Trumpa jest zdecydowanie przeciwna roli takich międzynarodowych gremiów jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy. Tego typu, pro-globalistyczne w dotychczasowej formie struktury, zorientowane i powiązane z „wierchuszką” Partii Demokratycznej i admirowane przez środowiska których emanacją i symbolem jest wspomniana osoba Georga Sorosa nie leżą w przestrzeni politycznych zainteresowań Trumpa. Jest on zwolennikiem międzypaństwowych uzgodnień i rywalizacji, najlepiej między „możnymi” tego świata. Państwami, nie ponad narodowymi strukturami. I tu, oprócz utrącenia konkurencji w ramach cywilizacji Zachodu, tkwi niechęć establishmentu amerykańskiego wobec Unii Europejskiej i Brukseli jawnie już manifestowana przez ekipę Trumpa. I to tu – oprócz walki ze znanym filantropem i miliarderem oraz jego światową, pro-globalistyczną i mega-korporacyjną kamarylą powiązaną niezliczonymi interesami z „wierchuszką” Partii Demokratycznej w USA – są pola dla cichej współpracy i sojuszu (mimo retoryki i ostrej rywalizacji w różnych punktach świata) Białego Domu i Kremla. Zniszczenie (czy ograniczenie wpływów i znaczenia) Sorosa oraz pogrążenie procesów globalizacyjnych kryło się zawsze za hasłem Trumpa „America first”. Soros ze swoimi fundacjami i przedsięwzięciami został już wyrugowany z terenu Rosji co jest powodem dla cichego zadowolenia Białego Domu. Przynajmniej czasowy pokój na Ukrainie Trumpowi jest potrzebny do rozwinięcia ofensywy przeciwko Bidenowi. Wspomniane występy Bidenów nad Dnieprem (Biden jr. jest oskarżany o udział w mega skandalach korupcyjnych związanych z holdingiem BURISMA), haniebne zachowanie Joe Bidena polegające na ostentacyjnym bezczelnym i publicznym zwalnianiem generalnego prokuratora Ukrainy Wiktora Szokina oraz uzależnianie od tej decyzji pomocy finansowej tak z USA jak i MFW, jak również sprzeniewierzenie dolarów pochodzących od podatników z USA dla Ukrainy (w czym ochoczo uczestniczył Biden jr.) będą na pewno kluczowymi argumentami przytaczanymi przez obóz Trumpa na finiszu kampanii wyborczej. Dlatego m.in. wymuszono na Zełeńskim i Ukrainie zmianę na stanowisku Premiera i Generalnego Prokuratora. Poprzednicy – odpowiednio: Gonczaruk i Riaboszapka – byli utożsamiani z interesami Partii Demokratycznej oraz MFW (określa się ich w Kijowie mianem „sorosiata”). Byli oskarżani o sabotowanie i zaniechanie w sprawach skandali korupcyjnych, głównie jeśli chodzi o holding BURISMA. Ale wewnątrz Ukrainy są również liczne głosy domagające się śledztw i wyroków w sprawach byłego Prezydenta Piotra Poroszenki, którego prywatny kapitał podczas prezydentury powiększył się kilkakrotnie. Zwłaszcza w przedmiocie handlu bronią i toczonej na wschodzie Ukrainy wojny domowej. Piotr Poroszenko kojarzony jest jednoznacznie z politycznym kierownictwem Demokratów zza Oceanu i znaczną częścią technokratów urzędujących w Brukseli.
Ruch ze zmianami na czołowych stanowiskach politycznych nad Dnieprem jaki miał miejsce w lutym i marcu br. wymuszony został przez dyplomację amerykańską na Zełeńskim – duża rola tu Rudolfa Giulianiego, osobistego doradcy i pełnomocnika Trumpa, wielokrotnie bawiącego nad Dnieprem - aby umożliwić teraz szerokie wykorzystanie „ukraińskiego śladu” dla pogrążenia Bidena. Nie do pozazdroszczenia jest tym samym pozycja Kijowa, siłą rzeczy stającego się rozgrywką w amerykańskim wyścigu wyborczym.
Warto też jest przypomnieć, iż sieć powiązań między fundacjami Sorosa, czołówką partii Demokratycznej z jednej strony, a Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym jest atakowana z wielu stron – nie tylko z pozycji Kremla i „White House”. To starcie ma wymiar światowy i toczy się zarówno na arenie międzynarodowej jak i wewnątrz poszczególnych krajów. Elity polityczne podzieliły się bowiem nie wedle politycznych sympatii czy poglądów jak to miało miejsce w Europie do tej pory, ale wedle amerykańskiego modelu sceny politycznej; duopolu który nie pozostawia żadnych innych sfer dla publicznej debaty i niuansów. Jest to stosunek do globalizacji w wersji mega-korporacyjnej i światowej finansjery, albo modelu konserwatywno-tradycjonalistycznego, opartego o tzw. państwa narodowe ze wszystkimi tego konsekwencjami. Zmiana może nastąpić wyłącznie po przełamaniu hegemonii amerykańskiej, która jak widać rozciągnęła się też na sferę poglądów i politycznej działalności. A świat jest po prostu bardziej skomplikowany i nie tak jednoznaczny jak jankeska wizja polityki.



Gdzie jest dziś pokolenie JP II ?
2020-04-08 08:35:37
Mimo pandemii, krytycznej sytuacji w polskiej służbie zdrowia, abdykacji naszego państwa w obliczu kataklizmu posłowie rządzącej koalicji zamierzają w tygodniu poświątecznym procedować nieludzki, kompletnie zdehumanizowany, barbarzyńsko-sadystyczny projekt ustawy o całkowitym zakazie przerywania ciąży, uosabiany z osobą religijnej fanatyczki jaką jest Kaja Godek. Ta decyzja jest tak czytelna w swym cynizmie i politycznym szalbierstwie, że szkoda nawet do niej się odnosić. Ale tego typu mentalność jest bezwzględnie związana z osobą – pozostającego w tle ale będącego de facto animatorem takich nieludzkich i okrutnych decyzji – bohatera (nader wątpliwej jakości) tego tekstu. M.in. Kaja Godek, jej mentalność i sposób argumentacji, fanatyzm i okrucieństwo pokryte narracją o miłości, szacunku dla człowieka, godności itd., są charakterystyczne dla opisanych tu środowisk. Tak samo pisał 700 lat temu w „Podręczniku inkwizytora” abp Bernard Gui, główny prześladowca i kat albigensów w pd. Francji, że wydając wyrok na kacerza trzeba to czynić z miłością do Pana Naszego Jezusa Chrystusa, zgodnie z jego naukami i szacunkiem dla podsądnego. Czyż to nie jest ten sam cynizm i sadyzm o których wspomniano ?

Jestem sługą Jezusa Chrystusa, Pana
Naszego, powiększającym jego władzę.

Hernan CORTEZ de Monroy (konkwistador)

2 kwietnia minęła 15 rocznica śmierci Karola Wojtyły, papieża z Polski będącego żywym kultem, obiektem adoracji i przedmiotem idolatrii w naszym kraju przez cały okres swego pontyfikatu, a także przez wiele lat po tym zanim „odszedł do Pana”. Ukuto wiele związanych z tą osobą terminów i mistycznych określeń. Dziś te pojęcia w świetle całej kaskady ujawnionych skandali, afer i pospolitych zbrodni mocno skruszały i pokazując swą fasadowość, życzeniowość i nierzeczywistość. Po prostu - nadwiślańskie chciejstwo, irracjonalizm i fantazmatyczność. Religijność fasadową i bezrefleksyjną. Jednym z takim określeń, mocno forsowanym w polskich mediach, jest dziś przemilczany termin (ze zrozumiałych właśnie i podniesionych tu względów) tzw. pokolenia JP II.
Pokolenie Jana Pawła II to nazwa mająca określać fenomen młodzieży skupionej wokół postaci i nauczania papieża z Polski. O pokoleniu JP II zaczęto mówić w mediach właśnie w kwietniu 2005 roku czyli 15 lat temu, aby opisać żywą reakcję młodych ludzi na śmierć papieża. Sam zwrot po raz pierwszy pojawił się dużo wcześniej: w czasie Światowych Dni Młodzieży w Paryżu w 1997 roku. Inna geneza tej nazwy nawiązuje do wyboru Karola Wojtyły na 264 biskupa Rzymu. To są dzieje 27 lat tego pontyfikatu, podczas którego papież przywiązywał szczególną wagę do spotkań z młodzieżą chcąc przez to nadać kształt przyszłości Kościoła, a w imperialnych zamiarach (których Kościół rzymski nigdy się nie wyzbył) – światu i kulturze. Ten termin można też kojarzyć bezpośrednio z ruchem oazowym i indoktrynacją tam prowadzoną a darzonym przez Wojtyłę wielkim sentymentem .
Gdzie po 15 latach od śmierci Karola Wojtyły są ludzie w jakimś sensie wtedy kojarzeni, klasyfikowani, utożsamiani się z pokoleniem JP II ? Pamiętam doskonale kwiecień 2005 i frenetyczny żal lejący się z mediów, ust polityków różnych opcji, autorytetów i celebrytów. Było to tak nierzeczywiste i fałszywe – mając w świadomości to co dziś wiemy o tym (ponoć) pontyfikacie tysiąclecia, jego ciemnych i dramatycznych epizodach – że z racjonalnego, moralnego, a także religijnego punktu widzenia jawi się to jakąś zbiorową aberrację, amokiem i nierzeczywistymi emocjami. I jeszcze jedno – ci wszyscy którzy wtedy odgrywali takie publiczne „gorzkie żale”, którzy prześcigali się w hołdowniczych i hagiograficznych peanach na cześć Wojtyły dlaczego dziś milczą ? Dlaczego nie dokonają comming out i nie oceniają swoich ówczesnych postaw ? Już wtedy na świecie tajemnicą Poliszynela były: afera Banco Ambrosiano i ofiary jakie w padały na Zachodzie w związku z nią, pedofilskie skandale w Legionie Chrystusa (związane z osobą „umiłowanego syna” papieża Marciala Maciela Degollado), tajemnicze konta i pieniądze tam zdeponowane jak również źródła ich pochodzenia św. Matki Teresy z Kalkuty czy brutalne i wcale nie miłosierne potraktowanie ludzi Kościoła zaangażowanych w teologie wyzwolenia w Ameryce Łac.
Gdzie więc dziś jest polskie pokolenie JP II ? Gdzie są ci którzy płakali, modlili się publicznie, odbywali pokuty i nocne czuwania w kwietniu 2005 roku ?
To przede wszystkim liderzy Ordo Iuris i członkowie Opus Dei w Polsce. Ordo Iuris – dlaczego nie powiecie tego jasno liberałowie z cywilizowanej i europejskiej Platformy Obywatelskiej i jej medialnych think tanków (choćby Gazety Wyborczej, NaTemat, Polityki itd.) – jest przecież prawnym, administracyjnym, mentalnym i kulturowym dzieckiem całego nauczania Jana Pawła. Ale jak cywilizowana i europejska PO ma to powiedzieć gdy jej czołowe reprezentantki – Małgorzata Kidawa Błońska i Hanna Gronkiewicz- Waltz (zawsze silnie zaangażowana w „Ruch Światło Życie” – jedna z admirowanych przez papieża form sakralizacji życia codziennego – komunikująca się i zasięgająca przed bankowymi decyzjami rady Ducha Świętego), o Hannie Suchockiej nie wspominając – to czołowe klerykałki polskiej sceny publicznej. Co do Opus Dei, tych XX-. i XXI. jezuitów w cywilu, nawet nie ma co wspominać. Tylko nieoficjalne przecieki medialne, nigdy nie potwierdzone (i to jest kolejny skandal polskiej sceny publicznej gdyż wyborcy winni mieć wiedzę do jakich tajemnych, zagranicznych organizacji należą nadwiślańscy politycy, którym społeczeństwo oddaje władzę nad krajem), mówią od lat jak wielu czołowych polityków wszystkich partii jest związanych z Opus Dei.
Pokolenia JP II obsiadło dziś Ministerstwo Sprawiedliwości na czele z jego szefem i zastępcami, młodymi wilczkami z PiS-u proponującymi co rusz zaostrzanie polityki restrykcji i represji, zwłaszcza jeśli chodzi o sferę obyczajowości (tu JP II był szczególnie ortodoksyjny, w średniowiecznym stylu), kultury czy wolności osobistych. To też ci co wypełniali do niedawna to ministerstwo, będą związani z „aferą Piebiaka”, sędziowie. Wszystkie PESEL-e tych hejterów i aferzystów, zmuszonych do odejścia z ministerstwa, pokrywają się doskonale z datą śmierci papieża jako ludzi wtedy między 20 a 30 rokiem życia.
Kolejnym, choć może nie z racji wieku, reprezentantem (i to typowym dla mentalności tego pokolenia) jest kuratorka Barbara Nowak z Krakowa. Jej pomysły na edukację, stosunek do wszystkiego co inne i nie mieszczące się w ciasnym, klerykalno-dewocyjnym wymiarze wiary religijnej jest typowym dla nauk i praktyki Kościoła pod rządami Wojtyły. Doskonale ten typu umysłowości i stosunków interpersonalnych przedstawia prof. Stanisław Obirek, przebywający swego czasu na studiach w Watykanie. O Kai Godek już wspominałem.
W szeregi pokolenia JP II na pewno możemy zaliczyć aktualnego prezydenta RP Andrzeja Dudę. I chyba szerszych komentarz dla uzasadnienia tak wykonanej klasyfikacji jest zbędny. Ostentacyjna bigoteria i manifestowanie przywiązania do Kościoła, jego wartości i tradycji jako absolutnych i jedynych (a jest przecież Prezydentem wszystkich obywateli) są na żenującym, zupełnie niecywilizowanym poziomie.
Na zakończenie warto jeszcze do tej zbiorowości wrzucić wszystkich urzędników, radnych i przedstawicieli samorządów, którzy głosowali, proponowali, zatwierdzali, nagabywali za wprowadzeniem totalnie represywnych, obraźliwych i stygmatyzujących uchwał tworzących na 40 % obszaru Polski tzw. stref wolnych od LGBT +. To też jest efekt nauczania, zachwytu, admiracji i pogłębionych studiów doktryny Kościoła kat. wprowadzonej podczas pontyfikatu JP II. To bez wątpienia kulturowo-tożsamościowe dzieci Wojtyły, jego umysłowości i sposobu patrzenia na świat.



Odlot salonów
2020-03-02 07:59:18
Adam Michnik nie ma dziś w Polsce dobrej publicity. I to zarówno u znacznej części swoich etosowo-styropianowych towarzyszy walki, jak i po tej stronie lewicy, która szanuje dokonania honorowego Redaktora Naczelnego GAZETY WYBORCZEJ, choć bez „pomnikowości” i bezkrytycznej, religijnej w swym wymiarze, apologii jego osoby jak to ma miejsce w wielu przypadkach. Trzeba tu zauważyć, że uwielbienie osoby i dokonań Adama Michnika ze strony części jego najzagorzalszych akolitów jest analogiczne w swym źródle do zachowań „wyznawców” Jarosława Kaczyńskiego. W obu przypadkach geneza zasadza się na quasi-religijnych potrzebach i takiej też mentalności, odartej z krytycznej refleksji, racjonalności oraz pozbawiona dystansu immanentnego realizmowi epistemologicznemu. Emocje, afekty i jeszcze raz emocje.

W polityce są partie i ludzie, którzy opierają swoje
działanie na wykorzystywaniu niechęci, nienawiści
i strachu. I te fale populizmu, które przechodzą
przez Europę, biorą się z takiej właśnie koncepcji polityki.

Bronisław GEREMEK

W Internecie natknąłem się onegdaj na informacje jakoby podczas rozmowy jeden z niemieckich dziennikarz zapytał Adama Michnika czy on (i jego zwolennicy, którzy w zasadzie doprowadzili swoją działalnością w Polsce do rewolucji AD’1989 i tego wszystkiego co jest jej efektem) rozumie, że to transformacyjna bieda zrodziła w jakimś sensie populizm Prawa i Sprawiedliwości z jakim współcześnie się zmaga nasz kraj. Guru polskich salonów i niewątpliwie znacząca postać polskiej polityki ostatnich dekad miał zakrzyknąć: „Tak sądzą jedynie agenci Putina”.
Podobną konfrontację poglądów możemy ekstrapolować kiedy zestawimy stwierdzenie Haliny Bortnowskiej (TYGODNIK POWSZECHNY) która uważa, że „….Dzieci nie powinny szpanować kasą w liceach by nie ranić uboższych, klasa to wspólnota". I Adam Michnik od razu odpowiada pytaniem: „Czy chce Pani powrotu komuny ?”.
Po tych słowach czołowego polskiego intelektualisty, stanowiącego dla demo-liberałów znad Wisły, Odry i Bugu pomnikową postać (coś na kształt metra z Sevres) można tylko ze smutkiem pokiwać głową: nic żeście drodzy reprezentanci demo-liberalnego mainstreamu nie zrozumieli i nie rozumiecie z wyników wyborów AD’2015 i 2019 oraz trendów jakie idą niczym tajfun przez Europę i świat Zachodu.
Czy gremia o których mówił cytowany wyżej prof. Geremek też są w takim razie – od zawsze (bo chyba tak zawsze było) – agenturą Kremla ? I czy nie jest to po prostu zjawisko ponadczasowe i powtarzające się regularnie, zwłaszcza w historii Europy ? I czy nie jest ono kompatybilne z falami (które z kolei są związane z określonymi ideami i procesami społecznymi im towarzyszącymi) pychy, rosnącej fanfaronady, ekskluzywizmem i kolosalną, nie do zaakceptowania megalomanią w jakie wspomniane elity co jakiś czas popadają ? Zwłaszcza w dobie masowych środków komunikacji społecznej oraz zaklęć wypełniających przekaz medialny o demokracji, wolności, prawach człowieka czy swobodach obywatelskich. Bo jest tu jak z królową Marią Antoniną, żona Ludwika XVI, która na wiadomość, iż lud przymiera głodem, nie mając pieniędzy na chleb miała serio i poważnie odrzec: „To niech je ciasteczka”. Po kilkunastu miesiącach od tego stwierdzenia głowa Madame Deficite (jaką ją nazywano w kręgach rewolucyjnych i kursujących po kraju pamfletach) 16.10.1793 r. o godz. 12.15 potoczyła się spod gilotyny ……
Potwierdzałoby to spostrzeżenie Georga F.W. Hegla iż „……Historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła”.
No ale tu mamy do czynienia z elitami, które są niejako predestynowane do wyciągania racjonalnych i realistycznych wniosków z narodowego i społecznego doświadczenia historycznego. W Polsce rządzonej przez elity post-solidarnościowe jest to predestynacja szczególna i silnie etycznie umocowana, którą społeczeństwu wszem i wobec powszechnie się wmawiało i wmawia. Elity rządzące od 30 bez mała lat w Polsce, prowadzące tzw. transformację ustrojową od początku uważały siebie za Mojżesza i Proroków (jak to ma miejsce we wczesnym judaizmie i co opisuje Pięcioksiąg), prowadzących naród do krainy wiecznej szczęśliwości. Uwagi i tezy - chodzi o tych polityków którzy permanentnie odwołują się do tradycji Solidarności (cokolwiek by to miało znaczyć, choć dziś to jest wydmuszka i humbug) - cały czas dotyczyły podziałów politycznych, kulturowych, społecznych etc. z czasów Polski Ludowej co jest kompletnym nieporozumieniem i logiczno-racjonalną aberracją. Do tej pory wszelkie próby ustawienia narracji i zarysowania problematyki społeczeństwa nadwiślańskiego w innej, klasowej optyce i relacji wobec dominacji kapitału nad pracą, kwitowano obraźliwymi inwektywami. Stygmatyzowano stawiając stemple komunizmu, marksizmu, agentury Kremla i sierot po CCCP. Przydzielając klauzulę gorszości i wykluczenia tym którzy śmieli patrzeć na świat i ludzi inaczej niż chcą salony „przy-michnikowe”. Czyniła to również wielokrotnie Platforma Obywatelska, jej medialni akolici i usłużni totumfaccy w mediach społecznościowych, choć nie w tak prostackim i prymitywnym tonie jak robi to PiS. Clou takiego myślenia jest powiedzenie że „lewicy w Polsce mniej wolno” wybrzmiałe na łamach cywilizowanej i demokratycznej GAZETY WYBORCZEJ w roku 2001 po drugim zwycięstwie SLD wyborczym w III RP.
PO i PiS obrzucają się wyzwiskami, inwektywami, obelgami kto jest większym i bardziej oddanym agentem Putina, kto działa (czy działał) na szkodę Polski „grając” w drużynie Kremla, kto bardziej kultywuje tradycje i praktyki rodem z Polski Ludowej i jest zwolennikiem komunizmu etc. etc. Po prostu – paranoja. I taką jawi się polityka uprawiana nad Wisłą, Odrą i Bugiem od prawie 3 dekad. Efekty są widoczne gołym okiem: gorszące podziały, powszechny jad i nienawiść, groźby i zastraszania (na razie – jak będzie dalej to się zobaczy) przeciwników politycznych traktowanych jako wróg, społeczeństwo funkcjonujące na kształt dwóch wrażych plemion.
Rurociągi kontra tankowce
2020-01-21 11:12:00
Bezużyteczną rzeczą jest uczyć się,
lecz nie myśleć, a niebezpieczną
myśleć, lecz nie uczyć się niczego.

KONFUCJUSZ

Zamieszanie wokół gazociągu Nord-stream 2 (którego rychle zakończenie jak na razie w wyniku wprowadzonych sankcji udało się Waszyngtonowi zablokować) pozostaje nadal w zainteresowaniu i podlega egzegezie polskich mediów. Ominięto jednak dwa niezwykle istotne wydarzenia jakie miał ostatnio miejsce na świecie z dziedziny rozwoju sieci rurociągów. To grudniowe otwarcie gigantycznego – pod względem długości i docelowej przepustowości – gazociągu pod nazwą Siła Syberii i styczniowe uruchomienie podobnego projektu p/n Turecki potok. Obu nadano w zainteresowanych krajach – Rosji (jako dostarczycielowi), Chinach i Turcji (odbiorcy) – ogromne, propagandowe i medialne znaczenie. Otwarcia dokonywali prezydenci: Putin, Xi Jin-ping oraz Putin, Erdogan, Vucić (Serbia) i premier Bułgarii Borisow.
Siła Syberii to 2200 km. gazociąg biegnący z Jakucji nad Amur tworzący nową sytuację w światowej geopolityce i globalnej gospodarce. Dotyczy to sfery handlu gazem i wzajemnych stosunków nie tylko Chin i Rosji, ale Rosji z Europą. Rosja dywersyfikując swych odbiorców gazu daje do zrozumienia, że ma inne koncepcje na swój rozwój i przyszłość. Nie koniecznie to musi być Europa Zach. To także pierwszy krok ku materializacji idei eurazjatyckiej strefy wolnego handlu. Jest to również sygnał dla świata, iż surowce węglopochodne można przenosić za pomocą rurociągów eliminując transport dalekomorskimi tankowcami. I po trzecie – to pierwszy etap dostarczania syberyjskiego gazu na południe Azji i krajów nad Pacyfikiem, rejonu świata który najszybciej się rozwija i jest terenem perspektywicznym dla stania się centrum gospodarki, finansów i tworzenia idei na świecie: czyli oprócz Chin do Wietnamu, Malezji czy nawet Singapuru. W tej mierze wstępne rozmowy są prowadzone, aby na razie wykorzystywać sieć gazociągów już istniejących na obszarze Chin. Rosja z kolei planuje budowę sieci rurociągów w Amurskim i Nadmorskim Kraju tak aby rozpocząć dostarczanie syberyjskiego gazu do Korei i Japonii.
Siła Syberii będzie motorem zamachowym w uprzemysłowieniu i aktywizacji wschodniej części Syberii, opuszczonej i zapomnianej przez Moskwę po rozpadzie ZSRR. Gazociąg i zagłębie wydobycia gazu pozwoli na gazyfikację całej Jakucji – obszar większy niż UE - a także utworzy nowe miejsca pracy w rejonie gdzie do tej pory z tym są spore problemy. W miejscu gdzie gazociąg z Rosji przekraczając Amur wchodząc na teren Chin powstaje od podstaw prężny, nowoczesny ośrodek przemysłowy. Gazociągiem ma płynąć 42 mld. m. 3 błękitnego paliwa rocznie i dlatego tworzy się olbrzymi kombinat przerobu gazu (nie tylko w formie skroplonej - Rosja w tej chwili staje się obok USA i Kataru czołowym producentem tego surowca). Ten ponad 800 ha obiekt, z 6 liniami technologicznymi, ma produkować np. 2,5 mln ton metanu, 1,5 mln ton propanu-butanu i innych pochodnych przerobu gazu). Kapitał – oprócz wiodącego rosyjskiego - jest międzynarodowy, głównie azjatycki (chiński, południowo-koreański i malezyjski). Kombinat jak się przewiduje da ponad 3500 miejsc pracy. To też sygnał o powrocie aktywnej polityki inwestycyjnej Moskwy na dalekie rubieże Rosji.
Turecki potok to poprowadzony po dnie Morza Czarnego gazociąg z dwoma nitkami (po 930 km) mogący dostarczyć rocznie po 15,75 mld. m. 3 każda. Jedna transportuje gaz przeznaczony wyłącznie na rynek turecki. Druga dostarczy gaz klientom z Południowej i Południowo-Wschodniej Europy (przez Bułgarię do Serbii, na Węgry, Austrii, Chorwacji, Słowenii i Włoch). Od stycznia bułgarski operator Bulgar-trans-gaz zdecydował na powiększenie krajowej infrastruktury gazowej od granicy z Turcją do granicy z Serbią, by przyjąć zwiększone dostawy gazu z Tureckiego Potoku. Wykonawcą bułgarskiego fragmentu gazociągu (475 km) będzie saudyjska firma Arkad Engineering. Saudyjczycy mają się z tym uporać w 1,5 roku.
Rozbudowa sieci rurociągów na obszarze olbrzymiego mega-kontynentu euro-azjatyckiego ma też polityczne znaczenie. Otóż zmniejsza się uzależnienie krajów importerów zarówno ropy jak i gazu od transportu morskiego. Eliminuje to zagrożenie – zwłaszcza chodzi tu o Chiny – ewentualnej blokady wybrzeży przez flotę amerykańską, która w rejonie wschodniej i południowo-wschodniej Azji utrzymuje stale silne zgrupowania okrętów bojowych kontrolując de facto akweny morskie w tym regionie. Napięcie z tego tytułu na Morzu Południowo-chińskim trwa od lat. Otwarcie Siły Syberii ma więc niejako symboliczne i strategiczne znaczenie.
To jest także odpowiedź na opublikowaną dwa lata temu – gros tych zasad jest utajniona – aktualnej „Strategii narodowej obrony” USA. Jasno się w niej mówi, iż rolą Stanów Zjednoczonych jest zablokowanie rewizjonistycznych zapędów Rosji i Chin, chcących przełamać pierwszoplanową rolę Ameryki na Ziemi. Zdaniem Amerykanów to grozi zachwianiem równowagi świata zorganizowanego oraz przychylnego amerykańskim wartościom. W tle leżą jak zawsze geopolityczne interesy polityczne i przede wszystkim - gospodarcze. A wiadomym jest, że amerykańska hegemonia opiera się głównie na sile floty (i sprzężonym z nim lotnictwie strategicznym) operującej praktycznie po całym oceanie światowym.
Świat jednobiegunowy, oparty o hegemonię USA, powstały po kolapsie ZSRR, jest konstrukcją która powoli zmierza ku przeszłości. Ważne jest aby zrozumieli to także zachodni Europejczycy (i odważniej oraz bardziej samodzielnie zaczęli formułować swe interesy i politykę) oraz sami Amerykanie. Eurazja „u bram”. To kolejna wizja jednoczenia się świata.
Intelektualne elity rosyjskie (m.in. Chazin, Karaganow, Kurginian czy Fursow) zaczęły formułować koncepcję Eurazji od kilku lat kiedy Rosja uznała, iż Europie Zach. nie zależy na partnerstwie i harmonijnej wzajemnej współpracy. Wpływy i wielostronne uzależnienie (intelektualne, polityczne i wojskowe) od Ameryki są zbyt duże aby powstał oparty tylko o interesy gospodarcze związek Unii Europejskiej i Rosji (co proponował już ponad 10 lat temu Karaganow). Z kolei dla Chin taka koncepcja jest w jakimś sensie urzeczywistnieniem ich idei „Nowego Jedwabnego Szlaku”. Planowany rozwój sieci gazociągów i ropociągów na terenie Azji jest tego jasną materializacją.


Sejmowa lewico - do roboty
2019-12-19 12:10:17
Przyjemność sprawowania władzy
nieuchronnie korumpuje racjonalne
osądy i źle wpływa na wolność.

Immanuel KANT

Selfie, uśmiechy, przekomarzania w się w stacjach telewizyjnych z posłami prawicy i skrajnej prawicy, swary wewnątrz swojej reprezentacji parlamentarnej. Powrót lewicy do Sejmu na razie przebiega w wymiarze medialno-dyskusyjnym. I naprawdę nie warto aby poseł Kwiatkowski popisywał się publicznie swoimi konserwatywno-zachowawczymi poglądami w kwestiach światopoglądowych przypominając np. posła Tarczyńskiego czy posłankę Siarkowską , posłanka Zawisza wyprzedzała swymi enuncjacjami decyzje swego klubu w sprawach poważnych i węzłowych politycznie głosowań, a posłanka Anna Maria Żukowska objawiała wszem i wobec że Armia Radziecka dokonywała zbrodni wyzwalając w 1944-45 roku tereny polskie spod hitlerowskiej okupacji. To, że na wojnie się zabija, że popełnia się zbrodnie i że one zawsze są od wieków w różny sposób wygładzane przez tradycję, pamięć i ich znaczenie chyba pani posłanka wie od dawna. To jest istota każdej wojny. I dlatego lewica musi a priori być antymilitarystyczną, antywojenną i optować za rozbrojeniem. Nie tylko z tytułu innych, ważniejszych potrzeb społecznych lecz z racji humanizmu, wolności obywatelskich i admiracji dla pokoju, najważniejszej wartości dla człowieka.
Widać, że po raz któryś z rzędu należy przypomnieć niektórym parlamentarzystom – piszę o lewicy gdyż na nią głosowałem bo serce od dawna mam „po lewej stronie” - uniwersalny wymiar (nieprzychylnej dla Polski i polskich polityków) wypowiedzi Jacquesa Chiraca, prezydenta Francji, skierowanego po niechlubnej decyzji udziału naszego kraju w irackiej awanturze, do rządu kierowanego wtedy przez Leszka Milera że straciliśmy dobrą okazję, aby siedzieć cicho.
A są pilne tematy, które politycznie należy natychmiast poddać pod debatę w Sejmie. I to z kilku przyczyn. Po pierwsze – wykazać się inicjatywą nad naprawą RP, po drugie – te zagadnienia są karygodną praktyką i winne być jak najszybciej zmienione, po trzecie – lewica przejmując inicjatywę legislacyjną w tych tematach postawi znaczną część opozycji (chodzi głównie o KO i PO) w sytuacji jasnego przymusu opowiedzenia się czy jest za państwem prawa i cywilizacyjną normalnością czy nadal chce tkwić „w rozkroku” mamiąc opinię publiczną swoim modernizmem i postępowością.
Z wielu tego typu spraw, jakie powodują paraliż prawny i etyczno-moralną degrengoladę dzisiejszej Polski, wybrałem trzy punkty, trzy najbardziej bulwersujące opinię publiczną aspekty naszej rzeczywistości:

1/ Likwidacja IPN-u, spełniającego dziś już jawnie funkcje politycznej policji: materiały i dokumenty będące w posiadaniu tej instytucji – przekazane winne być do archiwum akt nowych, prokuratorzy – skierowani do wymiaru sprawiedliwości wzmacniając personalnie prokuratury różnych poziomów, a pion naukowy – na wydziały historii, politologii i nauk społecznych różnych uczelni

2/ Bezwzględnie wnieść poprawkę o likwidację w kodeksie karnym osławionego artykuł nr 196 „O obrazie uczyć religijnych”. Ten zapis i jego stosowanie przez polską jurysprudencję – nagminne, bo sprzyjające dążeniom do tworzenia państwa wyznaniowego na czym zależy zarówno zamiarom duchowieństwa jak i środowiskom klerykalnym – jest kpiną zarówno z nowoczesnego prawa jak i subiektywizacją tegoż prawa. Bo cóż to są uczucia religijne ? Jeśli je się chroni czy oznacza to, iż osoby niereligijne, ateiści ich nie posiadają ? Nikt podczas minionych dekad obowiązywania tego kuriozalnego zapisu nie udowodnił co one oznaczają, czym są i jak należy ten artykuł interpretować.

3/ Kategorycznie ukrócić stosowanie przez prokuraturę (przy aprobacie sądów) praktyki tzw. "aresztów wydobywczych”. Areszt tymczasowy przedłużany Ad Kalendas Graecas to groteska, gdyby nie dotyczyło żywych, często jak okazuje się, niewinnych ludzi. To praktyka niszcząca z jednej strony tym ludziom życie i zdrowie, a z drugiej – narażająca budżet państwa na odszkodowania z tytułu tych niecnych praktyk (wyroki TSUE są tu nieubłagane). Dwa razy po trzy miesiące – i prokuratura musi się uporać z zebraniem materiału dowodowego (w wyjątkowych, trudnych i poważnych sprawach można przedłużyć tymczasowe aresztowanie o kolejne trzy miesiące, ale o tym zadecydować mógłby tylko Sad Najwyższy). Casus Mateusza Piskorskiego, a wcześniej Marka Dochnala – cokolwiek o nich sądzimy – to przykłady karygodne i skandaliczne dla cywilizowanej jurysprudencji.

Ostatni, medialny postulat w formie apelu Adriana Zandberga dot. likwidacji IPN oraz Polskiej Fundacji Narodowej jest dobrym prognostykiem w tej materii. Trzeba tylko te mądre i społecznie potrzebne postulaty (choćby z punktu widzenia oszczędności i poszukiwań dodatkowych funduszy do budżetu) przekuć w czyn. Lewico sejmowa – do roboty i działania.

Napięcia na linii Wilno - Pekin
2019-11-22 16:52:13
Gdy wieją wichry zmian jedni
budują mury, a inni wiatraki.

Przysłowie chińskie

23 sierpnia br. w Wilnie miała miejsce pikieta-protest vis a vis ambasady chińskiej przeciwko łamaniu praw człowieka w Chinach oraz celem wyrażenia solidarność z protestującymi obywatelami Hongkongu, którzy domagają się samostanowienia tej dawnej kolonii brytyjskiej i oddzielenia jej od ChRL Protestowano też przeciwko brutalności interweniującej policji. Ów protest nie zyskałby żadnego zainteresowania poza Litwą i przychylnych władzy miejscowych mediów gdyby nie pewien wypadek: otóż pracownicy chińskiej ambasady wyszli do pikietujących i nawiązali z nimi dialog, próbując wyjaśnić im sytuację w Chinach, Hongkongu oraz całokształt spraw związanych z polityką Pekinu tak wewnątrz Chin jak i na arenie międzynarodowej.
Ponieważ ustami rzecznika prasowego rządu Wilno ową pikietę poparło, wyrażając przy tym garść komunałów znanych z mediów amerykańskich (i nie tylko) na temat potrzeby demokratyzacji Chin, musiano jednocześnie zareagować na ową akcję chińskich dyplomatów pod ambasadą. Wezwany został do litewskiego MSZ-tu ambasador gdzie wręczono mu protest przeciwko wtrącaniu się Chin w wewnętrzne sprawy Litwy i niedopuszczalną ingerencję w demokratyczne zasady panujące nad Niemnem i Wilią.
Abstrahując od ocen i słuszności decyzji litewskiego MSZ-tu, protestujących ludzi i całej otoczki wokół tego zdawałoby się mało znaczącego wydarzenia (bo takich protestów w ciągu doby odbywa się na świecie setki by nie rzec - tysiące) warto wyrazić refleksję czy rząd Litwy i tamtejsza opinia publiczna tak samo reaguje na trwające od roku protesty we Francji („żółte kamizelki”) i nie mniejszą brutalność francuskiej policji. O wydarzeniach ostatnich tygodni w Chile i Boliwii nie wspominając.
Już na drugi dzień chińskie MSZ ostro zareagowało na ową notę i wezwanie swego ambasadora na wileński dywanik. Zarzucono Litwinom, że nie znają zadań pracowników ambasady, a tym samym kanonów dyplomacji. Zdaniem Pekinu pracownicy chińskiej ambasady wdając się w dialog z pikietującymi nie naruszyli jakichkolwiek umów między Pekinem a Wilnem. Dodano, nie bez racji, iż antychińskie wystąpienia władz litewskich są po pierwsze inspirowane z zewnątrz, a po drugie zmuszają władze chińskie do rewizji dalekosiężnych planów wobec litewskiego partnera. Z zewnątrz – z ambasady USA w Wilnie, co zresztą pośrednio z czasem przyznała sama dyplomacja amerykańska.
Wiadomym jest, iż w ostatnim półroczu przy każdej okazji spotkań premiera Litwy i ambasadora USA w Wilnie poruszano z inicjatywy amerykańskiej rosnącą obecność chińskich firm na rynku litewskim co musi niepokoić – podobnie jak agresywny (ponoć) lobbing rosyjski – tak znaczącego partnera Litwy jak im są USA. Zwłaszcza obecność chińskiego giganta Huawei na litewskim rynku, pozostaje solą w oku Amerykanów. Zarówno informacje o pikiecie, zamieszaniu wokół niej pomiędzy Wilnem a Pekinem, jak również sprawę obecności Huawei na Litwie nagłaśniały Głos Ameryki czy Fox News.
Goszczący wiosną i latem br. na Litwie amerykańscy urzędnicy z ekipy Trumpa – John Bolton i Wess Mitchell – mocno naciskali na rząd litewski, aby ograniczył współpracę tak z Rosją jak i z Chinami. Dla poparcia tych tez urzędnicy znad Potomaku podpierają się zawsze opinią licznej diaspory litewskiej zza oceanu, która ostatnio (jak cała opinia publiczna w USA) prezentuje nie tylko mocno antyrosyjskie en bloc stanowisko we wszystkich zagadnieniach, ale również zarażona została fobią antychińską.
Pekin w związku z gigantycznym i wielopłaszczyznowym projektem, ogólnie nazywanym >Nowy Jedwabny Szlak< (jest to jednak szereg powiązanych ze sobą planów mających na nowo otworzyć współpracę i związki w ramach mega-kontynentu Euro-azjatyckiego) rozważa usytuowanie końca jednej z nitek kolei transkontynentalnej z Chin do Europy w litewskiej Kłajpedzie. Plany te przewidują modernizację nadbrzeży portowych z przygotowaniem ich do przeładunku gigantycznej ilości kontenerów mających napływać tą drogą z Chin, Kazachstanu i Rosji. Jednocześnie pod Mińskiem Białoruskim powstaje hub kontenerowy a na olbrzymim terenie gigantyczny chińsko-białoruski park przemysłowy. W Europie środkowo-wschodniej Białoruś przejmuje rolę dyspozytora (w imieniu Pekinu) i jednego z lokalnych ośrodków całego >Nowego Jedwabnego Szlaku<.
Inwestycje chińskie mogą mieć kolosalne znaczenie dla Litwy i Łotwy. Po upadku ZSRR i wstąpieniu republik nadbałtyckich do UE gospodarki obu tych malutkich krajów uległy dekompozycji. M.in. ma to miejsce z racji odcięcia od potężnego rynku rosyjskiego, sięgającego po Pacyfik. Produktów litewskich i łotewskich na Zachodzie praktycznie nikt nie potrzebuje (np. z masowej produkcji i sprzedaży wyśmienitych, łotewskich szprotek w oleju z czasów ZSRR, dziś pozostały tylko mizerne resztki, gdyż Rosja poprzez odwetowe embargo i cła zaporowe w ciągu ostatnich lat uruchomiła swoją produkcję z rodzimych łowisk, a ponadto uzupełniając potrzeby wewnętrznego rynku spoza europejskich źródeł). Obie republiki nadbałtyckie doznały także potężnej depopulacji (procentowo oscyluje to w granicach 30 % tego co miały w chwili rozpadu ZSRR) w związku ze spadkiem jakości życia odczuwanym przez obywateli.
Dochody z kolei, przeładunków itd. – Ryga i Kłajpeda były stacjami-portami końcowymi szlaków kolejowych i portami przeładunkowymi w czasach radzieckich – stanowiły zawsze spory udział w dochodach obu państw. Rosja budując koło Petersburga największy port kontenerowy na Bałtyku w Ust' – Łudze (tam też kończą swój bieg nitki gazociągu i ropociągu z głębi Rosji), doprowadzając to niego kolej pozbawiła Litwę i Łotwę lwiej części dochodów. Są to też swoiste retorsje za politykę obu państw określaną przez Moskwę jako rusofobiczną, a mającą zaszkodzić Rosji i jej gospodarce.
Po awanturze z wileńską pikietą i dyplomatycznym zamieszaniu z nią związaną w Pekinie, w miejscowych, acz związanych z kierownictwem KPCH mediach, rozległy się głosy postulujące rewizję obietnic chińskich wobec Litwy. I to zamrożenie inwestycyjne już widać (chodzi o inwestycje w kłajpedzkim porcie). Także niezwykle pro-amerykańskie stanowisko zajmowane przez Wilno w rozkręcającej się handlowej wojnie USA - Chiny budzi pomruki niezadowolenia Pekinu. Sugeruje się modyfikację planów chińskich – czyli poprowadzenie kolejowego >Jedwabnego Szlaku< zamiast do Kłajpedy do wspomnianej rosyjskiej Ust’- Ługi.
Faktem niezbitym jest – i to głosi oficjalnie administracja Trumpa – że Amerykanie na terenie Pribałtyki oraz Polski za główne swoje zadanie uważają zaszkodzenie wszelkim projektom zarówno chińskim jak i rosyjskim, odcięcia Chin i Rosji od Europy Zachodniej i tym samym zrobić miejsce dla koncernów i firm amerykańskich. Ameryka obiecuje Litwie – w tym konkretnym przypadku, ale dotyczy to wszystkich krajów w tym regionie – pomoc USA w …… unowocześnianiu sił zbrojnych oraz przychylność Międzynarodowego Funduszu Walutowego w przydzielaniu poszczególnym krajom regionu kolejnych kredytów.
Jak widać handlowe starcie chińsko-amerykańskie trwa na arenie całego świata. W wymiarze globalnym. I chodzi tu przede wszystkim o interesy, dochody, wpływy. Tzw. prawa człowieka, demokracja liberalna, wolności obywatelskie itd. są parawanem dla brutalnej walki o pozycje i zyski. USA pod przywództwem Donalda Trumpa zdjęła przyłbicę i mówią jasno – America First czyli nasze musi być na wierzchu, nasze interesy gospodarcze mają być zabezpieczone, zyski przede wszystkim naszych koncernów chronimy. I po to musimy mieć hegemonistyczną pozycje w świecie. I po to m.in. wydajemy na militarne gadżety i armię tyle co pozostałych kilkunastu konkurentów w rankingu wydatków zbrojeniowych.
Wydarzenia takie jak m.in. w Hongkongu - może wzbudzające sympatię - w obliczu manipulacji i rozgrywania przez Wuja Sama z ich pomocą swoich utylitarnych interesów, powszechnej hipokryzji i medialnych oszust powodują zniesmaczenie i są również źródłem spadku zaufania do demokracji, promowanej przez Zachód jako wartości samej w sobie.