Ukraiński spleen
2020-09-30 17:23:19
Drodzy Ukraińcy, my żyjemy w wiecznym kłamstwie.
Kłamstwo w religii, kłamstwo w nauce, w edukacji,
w wychowywaniu dzieci, w mediach
.
Liubow’ TETRIENKO
(reżyserka kijowskiego Teatru „Bravo”)

Ukraina przestała być centralnym punktem mediów i mainstreamu. Jej miejsce zajęła Białoruś i demonstracje przeciwko urzędującemu Prezydentowi. Sytuacja dryfuje ku powtórzeniu – choć nie dosłownie – scenariusza ukraińskiego, majdanowego.
A sytuacja nad Dnieprem i Dniestrem daleka jest od normalizacji. I nie chodzi tylko o dramatyczny spadek poziomu życia, spowodowany chaosem i kompletnym brakiem profesjonalizmu elit rządzących dziś w Kijowie w czasie pandemii COVID-19, lecz przede wszystkim brakiem wizji kierunku rozwoju państwa. Można wysnuć wniosek na podstawie licznych i różnorakich wypowiedzi komentatorów oraz analityków, iż dzisiejsza Ukraina to państwo na skraju upadku, coś w rodzaju europejskiego Somalii lub Libii. Struktury państwa nie działają lub są tragicznie niewydolne, skorumpowane, uzależnione od wszechogarniającej oligarchii. Zbrojne ugrupowania tzw. nac-patriotów (czyli ochotników walczących na wschodzie Ukrainy podczas rządów Piotra Poroszenki), stanowiące co prawda zdecydowaną mniejszość, ale agresywne, zdeterminowane i przekonane o swoich jedynych racjach, ugruntowujące swoją pozycję mitem rewolucji godności (jak nazywa się Majdan z 2013/14) uzurpują sobie prawo do narzucania innym swoich poglądów oraz wizji państwa siejąc terror, napadając na oponentów, dokonując wymuszeń i porwań (Charków, Połtawa, Mariupol). I nikt ich z racji zasług, patriotyzmu i szerzonej rusofobii nie pociąga do jakiejkolwiek odpowiedzialności karnej. Coraz powszechniejsze staje się wśród pozostałych Ukraińców – depopulacja od chwili rozpadu ZSRR na tych terenach przybrała rozmiary dwucyfrowej emigracji (w samej Rosji pracuje oficjalnie ponad 3 mln obywatel Ukrainy) – mniemanie, iż ich kraj jest krajem upadłym. W najlepszym wypadku – amerykańską półkolonią.
W rok po wyborach prezydenckich i parlamentarnych, gdzie Wołodymir Żełeński a potem jego drużyna (tzw. sługi narodu) odnieśli druzgocące zwycięstwa, rankingi elity rządzącej w Kijowie spadły do nienotowanego w historii Ukrainy poziomu po tak krótkim okresie sprawowania władzy. Z 73 % głosujących na Zełeńskiego dziś popiera go poniżej 30 %. Nie wierzących jemu respondentów – z tytułu rozdźwięku między zapewnieniami przedwyborczymi i praktyką polityczną minionego roku – jest o wiele więcej niż dowierzających. W przypadku ze-drużyny (jak nazywa się parlamentarną frakcję prezydencką) spadek poparcia jest jeszcze bardziej dramatyczny (niecałe 20 % udziela jej aktualnie poparcia).
Zwraca się uwagę, iż w chwili rozpoczynania Majdanu w 2013 roku Wiktor Janukowycz cieszył się poparciem ok. 30 % obywateli.
Skandale różnych rozmiarów szarpiące rządzącą ekipę nie mają wpływu na cokolwiek. Podobnie jak u nas – psy szczekają (media i komentatorzy), a karawana (rządzących) idzie dalej na nic nie zwracając uwagi. Nawet publiczne oświadczenie bliskiego do niedawna stronnika Poroszenki i nacjonalistów, niejakiego Dawida Żwanii - czynnego majdanowca i człowieka od czarnej roboty - że uczestniczył w „zorganizowanej grupie przestępczej” (jak określił to co działo się na Majdanie i po jego zwycięstwie) nie spowodowało jakichkolwiek reakcji prokuratury i politycznych elit. Nawet oskarżenie kolejnych parlamentarzystów sług narodu o korupcję, gwałt bądź zamawianie prostytutek na koszt budżetu nie wywołało jakichkolwiek reakcji władz frakcji czy samego Prezydenta, który był akuszerem całej parlamentarnej ze-drużyny.
Kolejnym przykładem na całkowitą degeneracją elit ukraińskich są taśmy posła Derkacza z nagrań rozmów – niesłychanie kompromitujących i stawiających obie podsłuchane i nagrane strony w niezwykle podejrzanym świetle – Poroszenki z Bidenem (2016 r.). Ich degradujący wymiar – we wszystkich przestrzeniach ukraińskiego życia publicznego – funkcjonuje nie tylko w sferach psychologicznych, obywatelskich, społecznych. One pokazują doskonale autentyczną półkolonialną zależność Ukrainy od USA gdzie nie tylko obsadą najważniejszych urzędów państwowych (prokuratura generalna, urząd antykorupcyjny, bank państwowy, wszystkie centralne urzędu itd.) dyryguje amerykańska ambasada i Biały Dom, ale nawet podejmowanie jakichkolwiek przedsięwzięć prawnych wobec korupcji w którą są zamieszani Amerykanie zatrudnieni na Ukrainie oraz ich akolici zależy od waszyngtońskich ingerencji (Biden jr, Sytnik, Suprun).
Nadchodzące w październiku wybory lokalne na Ukrainie mogą się okazać klęską Partii Prezydenta. I partia władzy jaką stała się ze-drużyna kombinuje wszystkim sposobami jak by tu w niektórych regionach nie dopuścić do wyborów. Np. podjęto decyzję, iż na NIE-OBJĘTYCH (czyli kontrolowanych przez Kijów) obszarach Donbasu z tytułu zagrożenia militarnego wybory lokalne się nie odbędą. Pozbawia się ok. 500 tys. ludzi praw wyborczych. Paradoksem jest to, iż na tych samych terenach wybory prezydenckie i parlamentarne w ub. roku się odbyły. Wygrała tam ze-drużyna i Zełeński. Jak wiadomo wymienione bezpieczeństwo nie uległo jakiemukolwiek pogorszeniu. Odwrotnie – przestrzegane jest porozumienie o przerwaniu ognia (zresztą na tych obszarach w ub. roku było także bezpiecznie o czym świadczy spokojny i bezkonfliktowy przebieg obu wyborów).
Takie rozwiązanie jest podyktowane dramatycznymi sondażami wieszczącymi ze-drużynie totalną klęskę na tamtym obszarze. Dla Kijowa jest wygodne utrzymanie dotychczasowego, wojennego, wojskowego i nakazowego (nie wedle woli wyborców regionu) statusu tamtejszych władz.
Zarzuty ukraińskiej opinii publicznej kierowane pod adresem Zełeńskiego i jego wybrańców w parlamencie dot. niespełnienia obietnic wyborczych i prowadzenia polityki takiej jak czynił to odrzucony przez 75 % głosujących Poroszenko. Nie ma pokoju na Wschodzie, szaleje drożyna, poziom i jakość życia dramatycznie spadają, dokonano przegłosowania niezwykle kontrowersyjnego prawa dot. sprzedaży ziemi obcokrajowcom mimo sprzeciwu ponad 80 % obywateli (chodzi o międzynarodowe koncerny rolno-spożywcze od dawna szykujące się na przejęcie urodzajnych ziem ukraińskich). Wszelkie decyzje dot. gospodarki, polityki, edukacji, ochrony zdrowia etc. są dokonywane pod dyktatem MFW, Banku Świtowego i obcych, zachodnich ambasad. Nastąpiła w ciągu 6 lat od Majdanu (a proces ten w ostatnim roku wydatnie przyśpieszył) de-industrializacja Ukrainy.
O zagrożeniu wolności słowa (próby zamykania i ingerencji w programy opozycyjnych kanałów telewizyjnych – np. 112, ZiK, NewsOne czy NASZ – bądź uciszanie prawne niepokornych you-tuberów) oraz chaosie związanym z brutalną i nieprzemyślaną ukrainizacją przestrzeni publicznej szkoda wspominać. Prawie ¾ społeczeństwa – czyli tych którzy nie są zwolennikami tzw. nac-patriotów i Poroszenki – uważa, iż Ukraina staje się coraz bardziej upadłym państwem. Emigracja rośnie, nawet do Turcji.
Dla zdecydowanej większości z tych ¾ przeciwników obecnych porządków w Kijowie idolem do niedawna był A. Łukaszenka. Mimo protestów i napiętej sytuacji na Białorusi owa admiracja bat’ki nad Dnieprem i Dniestrem nie opadła jakoś znacznie.
I dlatego m.in. bezrefleksyjne poparcie protestów na Białorusi może się okazać czymś na podobieństwo życzeń karpi proszących o przyśpieszenie wigilii. Sytuacja u naszego wschodniego sąsiada znad Dniepru jest tu swoistym memento. Pokazuje jak ludzie zupełnie nie przygotowani, nie odpowiedzialni, polityczni dyletanci kierowani z tylniego siedzenia przez geopolityczne i korporacyjne mastodonty, pozostający na garnuszku neoliberalnych fundacji czy obcych rządów, bez programu pozytywnego dostają się w wyniku rewolty do władzy. I nie jest tak, że bezkrytyczne stanowisko wobec tego co się dzieje na Białorusi wedle optyki czarno-białej jest jedynie prawdziwym. I że kto nie stoi obok Cichanuoskiej – de facto człowieka przypadkowego w polityce, paprotki, coś na kształt groteskowego Guaido w Wenezueli - jest od razu stronnikiem Łukaszenki czy agentem Kremla.

PS: 29.09 to na Ukrainie rokroczny dzień pamięci dziesiątek tysięcy ofiar Babiego Jaru. Wielu komentatorów i dziennikarzy zwraca dziś uwagę, że tylko w wystąpieniu Wołodymira Zełeńskiego jeden raz wybrzmiał termin nazizm i naziści w kontekście sprawców tej tragedii. Pozostali politycy, działacze, osoby publiczne itd. skrzętnie omijali te pojęcia grzęznąc w nacjonalistyczno-patriotycznej nowomowie. Tak jak decyzja sądu, iż admiracja herbu dywizji SS Galicja nie jest niczym zdrożnym to kolejne przykłady toksycznego klimatu w którym pogrąża się przestrzeń publiczna nad Dnieprem.











Wietnam
2020-08-16 18:40:53
To cholerne bombardowanie nic nie dało.
Zrzuciliśmy więcej bomb niż w całej Europie w czasie
wojny i gówno z tego wyszło.

Robert McNamara


Właśnie minęła kolejna rocznica incydentu w Zat. Tonkińskiej. To płytka – głębokość nie przekracza nigdzie 60 metrów - część Morza Południowochińskiego przez którą przebiega granica pomiędzy Wietnamem i Chinami. Ponad 55 lat temu od owego incydentu rozpoczęły się bombardowania Demokratycznej Republiki Wietnamu (Wietnam Północny) przez lotnictwo USA co stanowiło dramatyczną eskalację tlącego się do tej pory konfliktu w Indochinach, dając początek długiej, krwawej, pozostawiającej do dziś dnia ślady (zwłaszcza we florze Półwyspu Indochińskiego posypywanej masowo przez lotnictwo amerykańskie środkami chemicznymi) wojnie. W jej wyniku zginęło ponad 50 000 żołnierzy USA (ok. 313 tys. było rannych, w tym ponad 150 tys. doznało trwałego kalectwa). Wietnam Południowy stracił ok. 200 000 żołnierzy a ponad 0,5 mln osób cywilnych zostało zabitych. Wietnam Północny ogółem utracił ponad 1,3 mln ludzi (tak żołnierzy jak i ludności cywilnej). Taki był kosztowny efekt tej prowokacji i błędu – jak się dziś okazuje – strony amerykańskiej. Potem w owym błędzie trwano przez lata, do samego, niesławnego, końca bojąc się przyznać do owej pomyłki, a może i celowej prowokacji, mającej doprowadzić do militarnej interwencji. Myśleli tak i postępowali – kryjąc swą niekompetencję, imperialne zakusy i chęć rządzenia światem, zwierzęcy anty-komunizm i pospolity militaryzm - prezydenci USA, a także lwia część amerykańskiej elity politycznej, gros senatorów i kongresmenów, a przede wszystkim wojskowy establishment.
Jest sierpień 1964. Wcześniej, bo 31 lipca niszczyciel USS >Maddox< wznowił zawieszoną akcję wspierania komandosów południowowietnamskich na dwóch wysepkach należących do Wietnamu Północnego. Był to więc akt niewypowiedzianej – na razie - agresji wobec terytorium Północnego Wietnamu. Okręt ten uprawiał też szpiegostwo elektroniczne, prowadząc nasłuch radiostacji północno-wietnamskich. Znajdował się na wodach terytorialnych Wietnamu Północnego
Napięcie w rejonie Morza Południowo-chińskiego rosło już od dawna. Amerykanie intensywnie pomagający kolejnym dyktatorom w Wietnamie Południowym gromadzą w tym rejonie flotę, przerzucają na Filipiny i Tajwan piechotę morską oraz sprzęt wojskowy szykując się do interwencji na szeroką skalę. Już od połowy lat 50. CIA prowadziła operacje dywersyjne przeciwko Wietnamowi Północnemu rządzonemu przez Komunistyczną Partie Demokratycznej z charyzmatycznym prezydentem, bohaterem walk z kolonializmem francuskim i okupacja japońską, Hô Chi Minhem na czele. Socjalistyczne, postępowe reformy prowadzone w północnej części podzielonego wzdłuż 17 równoleżnika kraju stały w kontraście z sytuacją panującą na południu pod rządami kolejnych reżimów wojskowych, wspieranych przez USA. Amerykanie w oparciu o Wietnam Pd. i Filipiny tworzyć zamierzali szeroką bazę dla swych wojsk mogących od południa szachować Chiny.
Wspomniane operacje CIA polegały na nocnych rajdach najemników południowowietnamskich, tajwańskich i południowokoreańskich (szkolonych na Filipinach) a przerzucanych łodziami rybackimi do Wietnamu Północnego, gdzie niszczyli obiekty gospodarcze i militarnie instalacje. Łodzie patrolowe Wietnamu Północnego musiały więc siłą rzeczy intensywnie operować w tych obszarach.
Na incydent w Zatoce Tonkińskiej z sierpnia 1964 roku złożyły się dwa wydarzenia: wymiana ognia pomiędzy niszczycielem USS >Maddox< a trzema wietnamskimi kutrami torpedowymi w dniu 2 sierpnia oraz zdarzenie z dnia 4 sierpnia kiedy to niszczyciele USS >Maddox< i USS >Turner Joy< otworzyły ogień do niezidentyfikowanego celu radarowego. Takie informacje na temat owego konfliktu znajdziemy w mediach. Otóż dn. 2.08.1964 USS >Maddox< poinformował o ataku północno-wietnamskich kutrów torpedowych. W odwecie (i przy wsparciu lotnictwa startującego z lotniskowca USS >Ticonderoga<) zatopiono wietnamski kuter torpedowy i uszkodzono dwa inne obiekty pływające. Sam niszczyciel odniósł powierzchowne uszkodzenia. Po incydencie wycofał się na wody południowo-wietnamskie.
7.08.1964 roku Senat USA zatwierdził rezolucję w sprawie Zatoki Tonkińskiej dającą przyzwolenie prezydentowi Lyndonowi Johnsonowi na eskalację działań zbrojnych przeciwko Demokratycznej Republice Wietnamu. Miało polegać ono na rozpoczęciu przez US Air Force silnych, dywanowych bombardowaniach terytorium Wietnamu Północnego. Wyniki głosowania w Kongresie – 416 za, nikt się nie wstrzymał i nikt nie był przeciw. W Senacie „za” głosowało 88 senatorów, a 2 było przeciw.
Incydent z 2 sierpnia był ponoć pomyłką obsługujących radar marynarzy. Dziś jednak wiadomo, iż była to świadoma mistyfikacja administracji prezydenckiej wspólnie z CIA, wykorzystująca fakt, iż załoga USS >Maddox< była pijana. Ten fakt stanu nietrzeźwości załogi USS >Maddox< i przypadkowa strzelanina zostały cynicznie wykorzystane do pchnięcia machiny wojennej ku brutalnej interwencji. Alkoholowe upojenie załogi niszczyciela przez dekady skutecznie trzymano w tajemnicy. Potwierdzają haniebność tej sytuacji współcześnie źródła wywiadowcze amerykańskich sojuszników (m.in. Izraela). Doskonale wpisywał się ten incydent w usprawiedliwienie rozpoczęcia bombardowań północno-wietnamskich portów, co nastąpiło następnego dnia o świcie. Akceptacja Senatu i Kongresu USA była już tylko pro formą stanu faktycznego.
W 1965 r. prezydent Lyndon Johnson, znany z nietypowych zachowań i wypowiedzi, tak komentował to wydarzenie w prywatnej wypowiedzi: O ile wiem, to nasza marynarka strzelała do wielorybów. W roku 1971 pracownik Pentagonu Daniel Ellsberg przekazał dziennikarzom dokumenty znane jako Pentagon Papers, zawierające również materiały na temat incydentu. Wynikało z nich, że raporty na temat wydarzenia zostały sfałszowane. 30 listopada 2005 odtajnienie dokumentów z owego okresu oficjalnie potwierdziły, iż administracja prezydenta Johnsona otrzymała nieprawdziwe informacje na temat incydentu. Mimo, iż zdawano sobie sprawę z niejasności sytuacji w raportach Biały Dom skwapliwie wykorzystał je do rozpoczęcia przygotowanego od dawna ataku lotnictwa na Wietnam Północny. Wojna rozgorzała na dobre.
Robert McNamara w latach 1961–1968 sekretarz obrony USA, po latach w jednym z wywiadów wspomniał, iż otoczenie prezydenta zdawało sobie sprawę z fikcyjności tego ataku wietnamskich kutrów na USS >Maddox<. Przygotowane do bombardowań lotnictwo nie mogło już jednak czekać. Na pytanie prowadzącego wywiad dziennikarza czy nie ma wyrzutów sumienia za dokonaną manipulację i ostatecznie za wojnę, w której zginęło ponad dwa miliony ludzi odpowiedział: „Nie, bo taki atak wietnamski na okręty USA mógł się zdarzyć".
Więc nie fakty, a wiara i własne wyobrażenia, chęci i interes polityczny, wystarczą do podjęcia, a potem wytłumaczenia, dowolnych decyzji, nawet najwyższej rangi, jak wojna niosąca śmierć tysięcy ludzi, zniszczenia, cierpienia, tragedie. Konieczne jest tylko dokonanie wcześniej odpowiednich manipulacji opinią społeczną, co najmniej swego własnego społeczeństwa i sojuszników.
Czy dziś, 56 lat po zdarzeniu w Zat. Tonkińskiej w wyniku którego zginęło ponad 2 mln ludzi, a setki tysięcy odniosło obrażenia i zostało do końca życia kalekami, przy zwielokrotnionych (w stosunku do lat 60-tych XX wieku) możliwościach medialnych korporacji pozostających na smyczy kapitału wspartych technologią, manipulacja opinią publiczną w wymiarze globalnym nie powoduje obojętności i milczącej zgody opinii publicznej na podobne niegodziwości ? Medialna klaka, pospolite kłamstwa, manipulacje i zmasowana propaganda przygotowywały haniebny atak na Jugosławie, potem na Afganistan, Irak, Libię i Syrię,. Dziś - milczenie o dronach zabijających niewinnych, przypadkowych ludzi. Dalej - Raczak i masowe morderstwo kosowskich wieśniaków (którego nie było), bron chemiczna i jądrowa w Iraku (której także nie było), miliony dolarów na kampanie prezydencka Sarkozy’ego (i potrzeba ich zwrotu) jako główny – acz skrywany publicznie - argument za obaleniem Kaddafiego i zniszczeniem Libii etc. etc. Media milczały albo mówiły w setkach, tysiącach newsów zupełnie coś innego.
Dziś gdy napięcie w różnych miejscach świata i z różnych przyczyn niezwykle przypomina opisywaną tu atmosferę w Azji pd-wsch. w przededniu otwartej interwencji USA możliwość konfliktu na skalę przewyższającą wojnę w Wietnamie kilkakrotnie. W takich okolicznościach wystarczy, iż kolejny Gavrilo Princip strzeli do jakiegoś saudyjskiego notabla czy amerykańskiego dyplomaty (podaję te dwa przykłady gdyż to rejon Zat. Perskiej – a de facto: cały Bliski Wschód - obok Morza Południowo-chińskiego i Libii są beczką prochu). Albo gdy znów amerykańscy chłopcy na statku zakotwiczonym w wymienionych rejonach tęgo popiją i zaczną się bawić w strzelaninę. Np. do łodzi Strażników Rewolucji patrolujących wody terytorialne Iranu lub chińskich kutrów patrolowych.
Potrzeba demitologizacji nad Wisłą i Odrą
2020-07-06 08:47:17
Mit w sensie przedmiotowym to opowiadanie udramatyzowane, często symboliczno-magiczne, wyrażające ludzkie doświadczenie świata jako rzeczywistości sakralnej. To prezentacja różnorakich modeli obrzędów i ludzkiej działalności, w których doznaje się religijnego lub quasi-religijnego doświadczenia świata. Materializuje się on na przedstawieniu kultury i natury w sposób prezentujący wytwory społeczne, ideologiczne, historyczne, materialne, intelektualne i związane z nimi powikłania moralno-etyczne, estetyczne, wyobrażenia i samą kulturę jako powstałe w wyniku interwencji sił nadprzyrodzonych, wyższych. Rzeczą daną od Boga. Jest rodzajem społecznej świadomości obecnym we wszystkich społecznościach narodowych, obywatelskich, plemiennych bądź klanowych. Mit zdejmuje w takiej perspektywie odpowiedzialność z wyznawcy za wybory, decyzje, postawy. Uprawnia dla infantylizmu, dziecinności, niedojrzałości.

To co słyszę dziś na temat zachowań
ks. Jankowskiego jest nieprawdopodobne.
Wszystko robił dla Polski oraz dla wolności.

Lech WAŁĘSA

Ksiądz Jankowski był pedofilem i o tym wszyscy wiemy” – mówi prof. Andrzej Friszke, jeden z hagiografów >Solidarności<, onegdaj członek kolegium IPN-u, apologetyczny badacz jej dziejów i wpływu jaki miała na najnowsze dzieje Europy. Czy Pan Profesor, autorytet moralny i znacząca postać na polsko-medialnym firmamencie, coś przedsiębrał aby przeciwstawić się tym zbrodniom ? Czy poinformował organy ścigania i sprawiedliwości ? Czy może w swych kontaktach z Janem Pawłem napomknął o tej wiedzy ? O tych wyjątkowo haniebnych i niecnych czynach kapłana, osoby a priori cieszącej się wielkim zaufaniem społecznym. Zwłaszcza że chodziło o kult i mir otaczający prałata od św. Brygidy i związany z tym nimb >Solidarności< .
Los gdańskiego prałata i jego upadek to punkt wyjścia do sformułowania kilku ogólniejszych wniosków. I to w szerszym kontekście, całokształtu tego co się w naszym kraju dziś dzieje. Bo aktualnie koronawirus zajmuje media i komentatorów, a także moralistów. Jak również brutalna kampania wyborcza i to co wokół niej się zachodzi. Żałosne, a jednocześnie tragiczne w skutkach są świętości tworzone na doraźny, polityczny, propagandowy użytek. Jak te mity, legendy czy prostackie apologie – niczym ze średniowiecznych żywotów świętych rażące swym obskurantyzmem i filisterstwem – zderzające się z rzeczywistością XXI wieku które pokazują nasze polskie fantazmaty i mentalności „nie z tego świata”.
Kompromitacja dotycząca obozu panny >S< i jego sprawności intelektualnej w rządzeniu państwem, przewidywalności i prawidłowego wyczucia oraz pojmowania procesów społecznych, zrozumienia czym są wspólnota, społeczeństwo, państwo, geopolityka itd. (nie klan, nie plemię, nie tylko komilitoni ze styropianu i wąsko pojmowanego etosu) nastąpiła już dawno. Dziś rządząca od 15 lat prawica – de facto: POPiS – to spadkobiercy AW >Solidarność< z Marianem Krzaklewskim na czele. Tak samo jak JarKacz kierującego z tylnego, poselskiego fotela państwem. To już było w tym obozie. Dziś widać jak na dłoni abdykację projektu p/n III RP, budowanego z mozołem, potwornym zakłamaniem i kosztami społecznymi. Jest jak w bajce Jan Ch. Andersena pt. >Nowe szaty cesarza<. Pozostaje jeszcze czas na odarcie z patyny mitów związanych ze sferą quasi-sakralną, z legendami tworzącymi niejako jądro i rudymenty nadzwyczajności, niebiańskości tego ruchu. Trzeba to wreszcie powiedzieć, iż był to ruch ludowy, prospołeczny, w sumie – postępowy, przerodzony w kontrrewolucję konserwatywno-religiancką prowadzoną przez liderów w mroki feudalizmu i średniowiecza w niemal wszystkich aspektach życia publicznego. I PiS jest tej drogi w jakimś sensie zwieńczeniem. I po to m.in. były potrzebne właśnie owe mity, legendy, fantasmagorie, absolutnie oderwane od realności, zaciemniające sytuację i kierujące zainteresowanie społeczne na mielizny życia publicznego.
Demitologizacja zawsze bardzo boli. Im większy mit i jego zasięg tym zawód i ból są większe. W niej niczym w soczewce odbijają się irracjonalizm, chciejstwo, fantazmaty i niespełnione nadzieje, ale także hipokryzja, ślepota, fundamentalizm, fanatyzm, ufność i bezgraniczna wiara wyznawców i czcicieli każdego mitu. Bo jak mówi amerykański, religioznawca Joseph Campbell „Mity są społecznym snem, a sny – osobistym mitem”.
Prałat Jankowski jest jednym z ważnych elementów tego mitu i zarazem upadku. Dziś oburzenie, zdziwienie, niedowierzanie i niezliczone enuncjacje różnych apologetów, hagiografów i egzegetów mitu >Solidarności< oraz kultu jej herosów – Jankowski jako pewien symbol degeneracji i degrengolady idei en bloc - co najmniej śmieszą by nie rzec, są żałosne. Bo widać wyraźnie, iż Polska po 30 latach transformacji jest jak ten cesarz z bajki przywoływanego tu Duńczyka. Tylko, że nikt nie chce tego głośno powiedzieć. Pomnik upadł, ale lepiej tego nie widzimy, nie komentujemy bo obudzimy się w pustce, w nie-rzeczywistości tak mozolnie i z wyrzeczeniami budowanej przez te ostatnie 3 dekady.
Czy bałwochwalczym wyznawcom kultu panny „S” należy z tak powszechnym przez 30 lat paternalizmem i moralitetami o tym mówić i demitologizować ich świadomość – nie wiem. Ale oni tak czynili cały czas w stosunku do ludzi uważających Polskę Ludową nie za „czarną dziurę” i pomyłkę w historii, ale za miejsce gdzie się samo-realizowali, rodzili, żyli, uczyli, kochali, pracowali i umierali. Ci ludzie, ich rodzice i dziadowie.
Takie mityczne spojrzenie ci wyznawcy uznający siebie za metr z Sevres, mówiący jak jest i jak ma się myśleć politycznie oraz na kogo głosować, owe irracjonalne pojmowanie rzeczywistości z przestrzeni konfesyjno-mitologicznej, przenieśli do realności politycznej. I mają cały czas INNYCH za durniów, za bezmyślną masę, za manekiny i osobników po lobotomii.
Nie ma we mnie za grosz schadenfreude mimo, iż od tych 30 lat byłem stawiany przez mainstream post-solidarnościowy ciągle do kąta, a teraz – wedle paradygmatu określonego procesu będącego kolejnym etapem kampanii dyskredytacji i delegitymizacji ludzi z PRL (to po prostu kontynuacja myśli salonu post-solidarnościowego, że „lewicy w Polsce mniej wolno”) – jestem gorszym sortem. Po raz kolejny w polskiej historii widzimy jak nierzeczywistość i fantazmaty brane za realności i podstawę polityki sypią się w gruzy. Świat polityki przykrawanej wedle przaśnej, nieskomplikowanej, dewocyjno-narodowej, zero-jedynkowej wersji to odzwierciedlenie ludowej, manifestacyjnej, bezrefleksyjnej polskiej pobożności. I hołdowania takiemu pojmowaniu polityki, kultury, spraw społecznych itd. a to musi skutkować na określonym etapie, w określonych sytuacjach zwycięstwem takich formacji jak PiS. Czy tego się chce czy nie jest on także tradycją panny „S”. Bo de facto od 15 lat rządzi tu POPiS.
A rzeczywistość jest taka jak ją się czuje. Indywidualnie, subiektywnie, na bazie swoich, prywatnych (i swego najbliższego otoczenia) doświadczeń. I dopiero taka suma mikro-refleksji jest wypadkową świadomości zbiorowej.
Tak kończą się – znów trzeba wspomnieć o rozpoczynającym ten wpis prałacie od św. Brygidy, kapelanie „Solidarności” - wszystkie mity, budowane ad hoc i zderzające się często po dekadach czy stuleciach z tym o co walczyli w Polsce herosi przełomu XX i XXI wieku; z prawdą, wolnością słowa i najszerzej pojętą racjonalnością życia codziennego wolnego od mitów, legend i fantasmagorii. Pomniki i legendy padają na bruk niczym >Fortepian Chopina< w wierszu Cypriana K. Norwida. Tam fortepian – tu ideały (co chwila) – sięgają bruku.












Determinanty dzisiejszej polskości
2020-06-03 06:49:00
gdy występny się pyszni, biedny jest w udręce
i ulega podstępom, które tamten ukuł.
Bo występny się chełpi swoim pożądaniem.

Psalm 10, 2

Takie refleksje nachodzą mnie po oglądaniu tego co się dzieje w aktualnie USA i lekturze większości wpisów polskich internautów w sieci (także po niektórych wypowiedziach ludzi nadwiślańskiej tzw. „sceny publicznej”).
Losy chłopów nie należą do najpopularniejszych zagadnień w historii. Zarówno w szkołach, jak i w tekstach kultury masowej przedstawia się głównie życie elit. Większość z nas, patrząc wstecz na losy swojej rodziny, stwierdziłoby jednak, że dzieje samych elit to dzieje obcych. Mało kto wśród swoich przodków odnalazłby monarchów, szlachtę czy inne postaci znane z podręczników. Większość z Polek i Polaków (szacunki są różne – to ok. 80%) wywodzi się wyłącznie lub niemal wyłącznie ze środowisk chłopskich. Historia Polski, jest więc historią chłopów, będących jeszcze przed 150-170 laty – niewolnikami. Jak Kunta kinte i jego rodacy na plantacjach w Alabamie czy Luizjanie. To historia zapomniana i wyparta z pamięci. Ze wstydu, zaprzaństwa, intelektualnego kacerstwa. Liberałowie rządzący Polską od 30 lat – tak formalnie jak i mentalnie, medialnie poprzez odpowiednią narracją kształtująca pamięć i tożsamość - wygumkowali dokładnie te zagadnienia z polskiej historii.
Ale wyobraź sobie medialnie urabiany latami przez różnych Lisów, Piaseckich, Wróblów, Gadomskich czy Olejniki, przez wtórujący im IPN Polaku bądź Polko, następującą sytuację: jesteś pracownikiem w korporacji, a twój szef, wspierany przez kilku pomocników, ma obowiązek zapewnić ci podstawy bytu. Elementarny wikt, opierunek i mieszkanie. W zamian za to musisz u niego przez kilka dni w tygodniu pracować bez jakiejkolwiek zapłaty w postaci kasy. Ów szef arbitralnie określa wymiar tej pracy, ocenia jej jakość i prawidłowość czynności manualnych podjętych przez ciebie. Jego decyzje są nie odwoływalne. Za źle wykonane jego zdaniem obowiązki ma prawo cię karać, nawet brutalnie, fizycznie. Nawet zabić. Nikt nie sprawuje kontroli nad nadzorcami prac, a więc znęcanie się czy molestowanie seksualne są normą. Jesteś przywiązany do miejsca pracy, nie masz prawa bez zgody właściciela poruszać się poza terenem jego jurysdykcji. Jego własności. Świętej, nienaruszalnej własności prywatnej. Ty nią też jesteś wraz z całą swoją rodziną. Czy ktoś w Polsce myśli dziś o tym, co to właściwie znaczyło, że właściciele ziemscy, Jaśnie Państwo, mieli prawo dysponować włościanami, karać ich, przesiedlać do woli, wraz ze swym dobytkiem nieruchomym darować komuś ? Że jeszcze zupełnie niedawno jeden człowiek mógł w majestacie prawa pobić drugiego bo go „karał” niczym zwierzę ? A odwołać się można było, owszem, do sądu. Pańskiego czyli sądu, w którym sądził ten sam Pan, który przed chwilą cię bił, gwałcił twoją żonę lub córkę (prawo pierwszej nocy), wyzyskiwał, wypędzał, darowywał niczym konia ?
To jest ta genealogia predestynująca Jaśnie Państwo Komorowskich, Kidawy-Błońskie, Radziwiłłów, Trzaskowskich itd. Serwilistyczne i promujące najgorsze – de facto anty demokratyczne i przaśne w swym wymiarze obrazy polskich polityków którym kibicują, których promują i którzy są ich prywatną opcją polityczną – media i ich funkcjonariusze szkodzą infantylizując polską przestrzeń publiczną. I dot. to wszystkich mediów po obu stronach polskiej barykady.
A w takich właśnie realiach żyli przodkowie przytłaczającej większości współczesnych Polek i Polaków od schyłku średniowiecza do XIX w. To właśnie dlatego m.in. rosyjski car Aleksander II, pogromca polskich patriotów z 1863 roku, był jednocześnie darzony wielką wdzięcznością przez lud wiejski, który zawdzięczał mu swój pierwszy moment wolności. Teoretyczny ale zawsze. To dlatego ogromna rzesza chłopskich darczyńców złożyła się na pomnik Aleksandrowi II wzniesiony w Częstochowie, a odsłonięty w 29.04.1889 r. Dziś wstydliwie o tym się nie wspomina tworząc kolejnego trupa w nadwiślańskiej szafie świadomości historycznej. Nawet będąca przedmiotem kultu Konstytucja 3 Maja o zniesieniu pańszczyzny mówi ogólnikowo. Jest na tle zarówno Deklaracji Niepodległości Stanów Zjednoczonych (1776) jak również francuskiej Deklaracji Praw Człowieka i Obywatela (1791) dokumentem spóźnionym, mocno konserwatywnym i obcym prądom myślowym tamtej epoki. Akcentowanie w polskiej historiografii dobrych intencji twórców kolejnych w tej mierze reform to pusty frazes, humbug, intelektualna ściema. Powie ktoś zaraz, zaraz – a Tadeusz Kościuszko i Uniwersał Połaniecki, a „czerwoni” w Powstaniu Styczniowym ? Ale była to przysłowiowa para w gwizdek. Źródła jednak milczą o zaciętym, zorganizowanym oporze większości ziemian, o łapówkach, balach dla carskich urzędników, kupczeniu córkami, wydawanymi za kogoś wpływowego w administracji rosyjskiej. Wszystko po to byle uniknąć podziału ziemi.
Oczywiście władzy carskiej – jak każdej w tym systemie społecznym - zależało na społecznym spokoju co ziemiaństwo jako posiadacze „świętej prywatnej własności” zapewniało doskonale. No i jeszcze Kościół rzymski sakralizujący ową własność i władzę cara, gdyż każda namaszczona świętymi olejami władza „pochodzi od Boga”. Zasada legitymizmu działała omnipotentnie w ówczesnej Europie.
Te dwa plemiona z których składa się „od zawsze” polskie społeczeństwo (a co dziś jest tak politycznymi podziałami wzmocnione) stoją niczym dwa bawoły do walki o prawo kopulacji z krową. Jak uważa prof. Marcin Król (wnikliwy obserwator polskiego życia publicznego, konserwatywno-liberalnej opcji) „…Nie dzieli ich przepaść ekonomiczna, tylko kulturowa”. Muszę jednak dodać, że najczęściej ta różnica kulturowa nakłada się też na stratyfikację ekonomiczną i miejsce zajmowane w hierarchii społecznej.
Ostatnia wypowiedź ministra rolnictwa Jana Krzysztofa Ardanowskiego zalecająca bezrobotnym i tych których dopadły skutki lockdownu pracę na roli, niczym dawni fornale (robotnicy rolni) jest tego najlepszym przykładem. Przy okazji odwoływał się – jak zawsze w wypadkach ludzi polskiej prawicy – do nauk Jana Pawła II w przedmiocie pracy, godności i solidaryzmu. Nie bacząc na to, iż jano-pawłowe widzenie zagadnień pracy, kapitału, ich wzajemnych relacji, problemów pracowników najemnych, koncentracji kapitału są mocno zwietrzałe intelektualnie, trącą chciejstwem i dobrymi intencjami a nie rzeczywistą analizą sytuacji społecznej. Wymiar etyczny wypowiedzi Pana Ministra pomijam milczeniem.
O tej pogardzie elit, inteligencji mającej (albo takiej której się to wydaje) rodowód ziemiański, pański, sarmacki napisano w tym kraju tomy. Ale dziś jest to temat niemodny, nie chodliwy, przemilczany z racji klasowych, mocno wstydliwych, bo odzierający pomnik Polski budowany od dekad z koturnowości, spiżu i ckliwej narracji, z mitycznych – czyli nie rzeczywistych – prób opowieści naszych dziejów. Kruczkowski i „Kordian i cham”, Reymont i jego epopeja „Chłopi”, Żeromski z „Przedwiośniem” i starym, biednym, przykurczonym życiem „na pańskim” w majątku nawłockim Maciejuniem poszli w zapomnienie.
Na wszystkim tym jednak jest rzucany cień, zupełnie zapomnianego, pomijanego z wielu – nie tylko tych wymienionych wcześniej powodów – Jakuba Szeli, galicyjskich rabacji oraz dramaty chłopskich strajków (i wielu dziesiątków ofiar włościan podczas starć z granatową policją używającej masowo broni palnej) z okresu międzywojennego. Jest to memento którego nie sposób wyprzeć z historii Polski, można go co najwyżej zagłuszyć, zaciemnić, zatuszować. Zakopać w szafach świadomości jako kolejnego trupa historii tego kraju. Ale to wróci, musi wrócić w najmniej odpowiednim dla inicjatorów tych działań chwili.



Trump vs Biden z Ukrainą w tle
2020-04-28 08:05:35
Najmądrzejszy naród na świecie to
niewątpliwie Chińczycy. Wynaleźli
druk – ale nie gazety, proch – ale
tylko do sztucznych ogni. Wynaleźli
wreszcie kompas – ale powstrzymali
się przed odkryciem Ameryki.

Charles CHAPLIN

Wraz z rezygnacją Bernie Sandersa z wyścigu po nominację Partii Demokratycznej w listopadowych wyborach prezydenckich jedynym, naturalnym kandydatem pozostaje 77 letni Joe Biden, były vice-prezydent USA w czasie kadencji Baraca Obamy. Stało się więc tak, jak sądziło wielu komentatorów na świecie i jak sobie życzył Trump ze swoim sztabem.
Czołową rozgrywką w takim wypadku staną się oprócz gospodarki i rynku akcji - które cierpią niebywale katusze w związku z pandemią COV-19 lecz jeśli Trumpowi uda się wyjść z tego zakrętu w miarę bezboleśnie będzie to dla niego niebywały handicap - więc korupcyjne powiązania rodziny Bidena z ukraińskimi oligarchami. A także uczestnictwo w grabieży i malwersacjach związanych z pomocą amerykańską dla Ukrainy (chodzi o sumę ok. 5,5 mld. dolarów) i niedyplomatycznymi zachowaniem nominata demokratów podczas jego pobytów w Kijowie. Jest to też część walki jaką toczy Trump i republikanie z tzw. „globalistami” (utożsamianymi z czołówką Partii Demokratycznej) oraz ich głównym sponsorem i promotorem jakim jawi się Georg Soros (i jego finansowo-medialne otoczenie).
Poparcie jakie rezygnujący z wyścigu Sanders udzielił Bidenowi (w imię fałszywej mimo wszystko jedności partyjnej) absolutnie nie musi się przełożyć na automatyczne przelanie głosów najbardziej lewicowego skrzydła (czyli zwolenników Sandersa) na powiększenie elektoratu Bidena. Takie zjawisko zaobserwowano już 4 lata temu gdy Hillary Clinton rywalizująca z Trumpem o Biały Dom nie zdołała przekonać do siebie sporej grupy stronników Sandersa, którzy pozostali w domach lub oddali swe głosy reprezentantowi Republikanów.
Podczas ostatniego pobytu nad Dnieprem (na przełomie stycznia i lutego 2020) Sekretarz Stanu USA Mike Pompeo wedle nieoficjalnych przekazów, ku zaskoczeniu i nieskrywanemu przerażeniu Prezydenta Zełeńskiego doradzał mu porozumienie z Moskwą w temacie Donbasu. A problem Krymu odłożyć ad calendas graecas. O co chodzi administracji Trumpa ? Otóż Biały Dom i elita Republikanów zgromadzona wokół Trumpa jest zdecydowanie przeciwna roli takich międzynarodowych gremiów jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy czy Bank Światowy. Tego typu, pro-globalistyczne w dotychczasowej formie struktury, zorientowane i powiązane z „wierchuszką” Partii Demokratycznej i admirowane przez środowiska których emanacją i symbolem jest wspomniana osoba Georga Sorosa nie leżą w przestrzeni politycznych zainteresowań Trumpa. Jest on zwolennikiem międzypaństwowych uzgodnień i rywalizacji, najlepiej między „możnymi” tego świata. Państwami, nie ponad narodowymi strukturami. I tu, oprócz utrącenia konkurencji w ramach cywilizacji Zachodu, tkwi niechęć establishmentu amerykańskiego wobec Unii Europejskiej i Brukseli jawnie już manifestowana przez ekipę Trumpa. I to tu – oprócz walki ze znanym filantropem i miliarderem oraz jego światową, pro-globalistyczną i mega-korporacyjną kamarylą powiązaną niezliczonymi interesami z „wierchuszką” Partii Demokratycznej w USA – są pola dla cichej współpracy i sojuszu (mimo retoryki i ostrej rywalizacji w różnych punktach świata) Białego Domu i Kremla. Zniszczenie (czy ograniczenie wpływów i znaczenia) Sorosa oraz pogrążenie procesów globalizacyjnych kryło się zawsze za hasłem Trumpa „America first”. Soros ze swoimi fundacjami i przedsięwzięciami został już wyrugowany z terenu Rosji co jest powodem dla cichego zadowolenia Białego Domu. Przynajmniej czasowy pokój na Ukrainie Trumpowi jest potrzebny do rozwinięcia ofensywy przeciwko Bidenowi. Wspomniane występy Bidenów nad Dnieprem (Biden jr. jest oskarżany o udział w mega skandalach korupcyjnych związanych z holdingiem BURISMA), haniebne zachowanie Joe Bidena polegające na ostentacyjnym bezczelnym i publicznym zwalnianiem generalnego prokuratora Ukrainy Wiktora Szokina oraz uzależnianie od tej decyzji pomocy finansowej tak z USA jak i MFW, jak również sprzeniewierzenie dolarów pochodzących od podatników z USA dla Ukrainy (w czym ochoczo uczestniczył Biden jr.) będą na pewno kluczowymi argumentami przytaczanymi przez obóz Trumpa na finiszu kampanii wyborczej. Dlatego m.in. wymuszono na Zełeńskim i Ukrainie zmianę na stanowisku Premiera i Generalnego Prokuratora. Poprzednicy – odpowiednio: Gonczaruk i Riaboszapka – byli utożsamiani z interesami Partii Demokratycznej oraz MFW (określa się ich w Kijowie mianem „sorosiata”). Byli oskarżani o sabotowanie i zaniechanie w sprawach skandali korupcyjnych, głównie jeśli chodzi o holding BURISMA. Ale wewnątrz Ukrainy są również liczne głosy domagające się śledztw i wyroków w sprawach byłego Prezydenta Piotra Poroszenki, którego prywatny kapitał podczas prezydentury powiększył się kilkakrotnie. Zwłaszcza w przedmiocie handlu bronią i toczonej na wschodzie Ukrainy wojny domowej. Piotr Poroszenko kojarzony jest jednoznacznie z politycznym kierownictwem Demokratów zza Oceanu i znaczną częścią technokratów urzędujących w Brukseli.
Ruch ze zmianami na czołowych stanowiskach politycznych nad Dnieprem jaki miał miejsce w lutym i marcu br. wymuszony został przez dyplomację amerykańską na Zełeńskim – duża rola tu Rudolfa Giulianiego, osobistego doradcy i pełnomocnika Trumpa, wielokrotnie bawiącego nad Dnieprem - aby umożliwić teraz szerokie wykorzystanie „ukraińskiego śladu” dla pogrążenia Bidena. Nie do pozazdroszczenia jest tym samym pozycja Kijowa, siłą rzeczy stającego się rozgrywką w amerykańskim wyścigu wyborczym.
Warto też jest przypomnieć, iż sieć powiązań między fundacjami Sorosa, czołówką partii Demokratycznej z jednej strony, a Międzynarodowym Funduszem Walutowym i Bankiem Światowym jest atakowana z wielu stron – nie tylko z pozycji Kremla i „White House”. To starcie ma wymiar światowy i toczy się zarówno na arenie międzynarodowej jak i wewnątrz poszczególnych krajów. Elity polityczne podzieliły się bowiem nie wedle politycznych sympatii czy poglądów jak to miało miejsce w Europie do tej pory, ale wedle amerykańskiego modelu sceny politycznej; duopolu który nie pozostawia żadnych innych sfer dla publicznej debaty i niuansów. Jest to stosunek do globalizacji w wersji mega-korporacyjnej i światowej finansjery, albo modelu konserwatywno-tradycjonalistycznego, opartego o tzw. państwa narodowe ze wszystkimi tego konsekwencjami. Zmiana może nastąpić wyłącznie po przełamaniu hegemonii amerykańskiej, która jak widać rozciągnęła się też na sferę poglądów i politycznej działalności. A świat jest po prostu bardziej skomplikowany i nie tak jednoznaczny jak jankeska wizja polityki.



Gdzie jest dziś pokolenie JP II ?
2020-04-08 08:35:37
Mimo pandemii, krytycznej sytuacji w polskiej służbie zdrowia, abdykacji naszego państwa w obliczu kataklizmu posłowie rządzącej koalicji zamierzają w tygodniu poświątecznym procedować nieludzki, kompletnie zdehumanizowany, barbarzyńsko-sadystyczny projekt ustawy o całkowitym zakazie przerywania ciąży, uosabiany z osobą religijnej fanatyczki jaką jest Kaja Godek. Ta decyzja jest tak czytelna w swym cynizmie i politycznym szalbierstwie, że szkoda nawet do niej się odnosić. Ale tego typu mentalność jest bezwzględnie związana z osobą – pozostającego w tle ale będącego de facto animatorem takich nieludzkich i okrutnych decyzji – bohatera (nader wątpliwej jakości) tego tekstu. M.in. Kaja Godek, jej mentalność i sposób argumentacji, fanatyzm i okrucieństwo pokryte narracją o miłości, szacunku dla człowieka, godności itd., są charakterystyczne dla opisanych tu środowisk. Tak samo pisał 700 lat temu w „Podręczniku inkwizytora” abp Bernard Gui, główny prześladowca i kat albigensów w pd. Francji, że wydając wyrok na kacerza trzeba to czynić z miłością do Pana Naszego Jezusa Chrystusa, zgodnie z jego naukami i szacunkiem dla podsądnego. Czyż to nie jest ten sam cynizm i sadyzm o których wspomniano ?

Jestem sługą Jezusa Chrystusa, Pana
Naszego, powiększającym jego władzę.

Hernan CORTEZ de Monroy (konkwistador)

2 kwietnia minęła 15 rocznica śmierci Karola Wojtyły, papieża z Polski będącego żywym kultem, obiektem adoracji i przedmiotem idolatrii w naszym kraju przez cały okres swego pontyfikatu, a także przez wiele lat po tym zanim „odszedł do Pana”. Ukuto wiele związanych z tą osobą terminów i mistycznych określeń. Dziś te pojęcia w świetle całej kaskady ujawnionych skandali, afer i pospolitych zbrodni mocno skruszały i pokazując swą fasadowość, życzeniowość i nierzeczywistość. Po prostu - nadwiślańskie chciejstwo, irracjonalizm i fantazmatyczność. Religijność fasadową i bezrefleksyjną. Jednym z takim określeń, mocno forsowanym w polskich mediach, jest dziś przemilczany termin (ze zrozumiałych właśnie i podniesionych tu względów) tzw. pokolenia JP II.
Pokolenie Jana Pawła II to nazwa mająca określać fenomen młodzieży skupionej wokół postaci i nauczania papieża z Polski. O pokoleniu JP II zaczęto mówić w mediach właśnie w kwietniu 2005 roku czyli 15 lat temu, aby opisać żywą reakcję młodych ludzi na śmierć papieża. Sam zwrot po raz pierwszy pojawił się dużo wcześniej: w czasie Światowych Dni Młodzieży w Paryżu w 1997 roku. Inna geneza tej nazwy nawiązuje do wyboru Karola Wojtyły na 264 biskupa Rzymu. To są dzieje 27 lat tego pontyfikatu, podczas którego papież przywiązywał szczególną wagę do spotkań z młodzieżą chcąc przez to nadać kształt przyszłości Kościoła, a w imperialnych zamiarach (których Kościół rzymski nigdy się nie wyzbył) – światu i kulturze. Ten termin można też kojarzyć bezpośrednio z ruchem oazowym i indoktrynacją tam prowadzoną a darzonym przez Wojtyłę wielkim sentymentem .
Gdzie po 15 latach od śmierci Karola Wojtyły są ludzie w jakimś sensie wtedy kojarzeni, klasyfikowani, utożsamiani się z pokoleniem JP II ? Pamiętam doskonale kwiecień 2005 i frenetyczny żal lejący się z mediów, ust polityków różnych opcji, autorytetów i celebrytów. Było to tak nierzeczywiste i fałszywe – mając w świadomości to co dziś wiemy o tym (ponoć) pontyfikacie tysiąclecia, jego ciemnych i dramatycznych epizodach – że z racjonalnego, moralnego, a także religijnego punktu widzenia jawi się to jakąś zbiorową aberrację, amokiem i nierzeczywistymi emocjami. I jeszcze jedno – ci wszyscy którzy wtedy odgrywali takie publiczne „gorzkie żale”, którzy prześcigali się w hołdowniczych i hagiograficznych peanach na cześć Wojtyły dlaczego dziś milczą ? Dlaczego nie dokonają comming out i nie oceniają swoich ówczesnych postaw ? Już wtedy na świecie tajemnicą Poliszynela były: afera Banco Ambrosiano i ofiary jakie w padały na Zachodzie w związku z nią, pedofilskie skandale w Legionie Chrystusa (związane z osobą „umiłowanego syna” papieża Marciala Maciela Degollado), tajemnicze konta i pieniądze tam zdeponowane jak również źródła ich pochodzenia św. Matki Teresy z Kalkuty czy brutalne i wcale nie miłosierne potraktowanie ludzi Kościoła zaangażowanych w teologie wyzwolenia w Ameryce Łac.
Gdzie więc dziś jest polskie pokolenie JP II ? Gdzie są ci którzy płakali, modlili się publicznie, odbywali pokuty i nocne czuwania w kwietniu 2005 roku ?
To przede wszystkim liderzy Ordo Iuris i członkowie Opus Dei w Polsce. Ordo Iuris – dlaczego nie powiecie tego jasno liberałowie z cywilizowanej i europejskiej Platformy Obywatelskiej i jej medialnych think tanków (choćby Gazety Wyborczej, NaTemat, Polityki itd.) – jest przecież prawnym, administracyjnym, mentalnym i kulturowym dzieckiem całego nauczania Jana Pawła. Ale jak cywilizowana i europejska PO ma to powiedzieć gdy jej czołowe reprezentantki – Małgorzata Kidawa Błońska i Hanna Gronkiewicz- Waltz (zawsze silnie zaangażowana w „Ruch Światło Życie” – jedna z admirowanych przez papieża form sakralizacji życia codziennego – komunikująca się i zasięgająca przed bankowymi decyzjami rady Ducha Świętego), o Hannie Suchockiej nie wspominając – to czołowe klerykałki polskiej sceny publicznej. Co do Opus Dei, tych XX-. i XXI. jezuitów w cywilu, nawet nie ma co wspominać. Tylko nieoficjalne przecieki medialne, nigdy nie potwierdzone (i to jest kolejny skandal polskiej sceny publicznej gdyż wyborcy winni mieć wiedzę do jakich tajemnych, zagranicznych organizacji należą nadwiślańscy politycy, którym społeczeństwo oddaje władzę nad krajem), mówią od lat jak wielu czołowych polityków wszystkich partii jest związanych z Opus Dei.
Pokolenia JP II obsiadło dziś Ministerstwo Sprawiedliwości na czele z jego szefem i zastępcami, młodymi wilczkami z PiS-u proponującymi co rusz zaostrzanie polityki restrykcji i represji, zwłaszcza jeśli chodzi o sferę obyczajowości (tu JP II był szczególnie ortodoksyjny, w średniowiecznym stylu), kultury czy wolności osobistych. To też ci co wypełniali do niedawna to ministerstwo, będą związani z „aferą Piebiaka”, sędziowie. Wszystkie PESEL-e tych hejterów i aferzystów, zmuszonych do odejścia z ministerstwa, pokrywają się doskonale z datą śmierci papieża jako ludzi wtedy między 20 a 30 rokiem życia.
Kolejnym, choć może nie z racji wieku, reprezentantem (i to typowym dla mentalności tego pokolenia) jest kuratorka Barbara Nowak z Krakowa. Jej pomysły na edukację, stosunek do wszystkiego co inne i nie mieszczące się w ciasnym, klerykalno-dewocyjnym wymiarze wiary religijnej jest typowym dla nauk i praktyki Kościoła pod rządami Wojtyły. Doskonale ten typu umysłowości i stosunków interpersonalnych przedstawia prof. Stanisław Obirek, przebywający swego czasu na studiach w Watykanie. O Kai Godek już wspominałem.
W szeregi pokolenia JP II na pewno możemy zaliczyć aktualnego prezydenta RP Andrzeja Dudę. I chyba szerszych komentarz dla uzasadnienia tak wykonanej klasyfikacji jest zbędny. Ostentacyjna bigoteria i manifestowanie przywiązania do Kościoła, jego wartości i tradycji jako absolutnych i jedynych (a jest przecież Prezydentem wszystkich obywateli) są na żenującym, zupełnie niecywilizowanym poziomie.
Na zakończenie warto jeszcze do tej zbiorowości wrzucić wszystkich urzędników, radnych i przedstawicieli samorządów, którzy głosowali, proponowali, zatwierdzali, nagabywali za wprowadzeniem totalnie represywnych, obraźliwych i stygmatyzujących uchwał tworzących na 40 % obszaru Polski tzw. stref wolnych od LGBT +. To też jest efekt nauczania, zachwytu, admiracji i pogłębionych studiów doktryny Kościoła kat. wprowadzonej podczas pontyfikatu JP II. To bez wątpienia kulturowo-tożsamościowe dzieci Wojtyły, jego umysłowości i sposobu patrzenia na świat.



Odlot salonów
2020-03-02 07:59:18
Adam Michnik nie ma dziś w Polsce dobrej publicity. I to zarówno u znacznej części swoich etosowo-styropianowych towarzyszy walki, jak i po tej stronie lewicy, która szanuje dokonania honorowego Redaktora Naczelnego GAZETY WYBORCZEJ, choć bez „pomnikowości” i bezkrytycznej, religijnej w swym wymiarze, apologii jego osoby jak to ma miejsce w wielu przypadkach. Trzeba tu zauważyć, że uwielbienie osoby i dokonań Adama Michnika ze strony części jego najzagorzalszych akolitów jest analogiczne w swym źródle do zachowań „wyznawców” Jarosława Kaczyńskiego. W obu przypadkach geneza zasadza się na quasi-religijnych potrzebach i takiej też mentalności, odartej z krytycznej refleksji, racjonalności oraz pozbawiona dystansu immanentnego realizmowi epistemologicznemu. Emocje, afekty i jeszcze raz emocje.

W polityce są partie i ludzie, którzy opierają swoje
działanie na wykorzystywaniu niechęci, nienawiści
i strachu. I te fale populizmu, które przechodzą
przez Europę, biorą się z takiej właśnie koncepcji polityki.

Bronisław GEREMEK

W Internecie natknąłem się onegdaj na informacje jakoby podczas rozmowy jeden z niemieckich dziennikarz zapytał Adama Michnika czy on (i jego zwolennicy, którzy w zasadzie doprowadzili swoją działalnością w Polsce do rewolucji AD’1989 i tego wszystkiego co jest jej efektem) rozumie, że to transformacyjna bieda zrodziła w jakimś sensie populizm Prawa i Sprawiedliwości z jakim współcześnie się zmaga nasz kraj. Guru polskich salonów i niewątpliwie znacząca postać polskiej polityki ostatnich dekad miał zakrzyknąć: „Tak sądzą jedynie agenci Putina”.
Podobną konfrontację poglądów możemy ekstrapolować kiedy zestawimy stwierdzenie Haliny Bortnowskiej (TYGODNIK POWSZECHNY) która uważa, że „….Dzieci nie powinny szpanować kasą w liceach by nie ranić uboższych, klasa to wspólnota". I Adam Michnik od razu odpowiada pytaniem: „Czy chce Pani powrotu komuny ?”.
Po tych słowach czołowego polskiego intelektualisty, stanowiącego dla demo-liberałów znad Wisły, Odry i Bugu pomnikową postać (coś na kształt metra z Sevres) można tylko ze smutkiem pokiwać głową: nic żeście drodzy reprezentanci demo-liberalnego mainstreamu nie zrozumieli i nie rozumiecie z wyników wyborów AD’2015 i 2019 oraz trendów jakie idą niczym tajfun przez Europę i świat Zachodu.
Czy gremia o których mówił cytowany wyżej prof. Geremek też są w takim razie – od zawsze (bo chyba tak zawsze było) – agenturą Kremla ? I czy nie jest to po prostu zjawisko ponadczasowe i powtarzające się regularnie, zwłaszcza w historii Europy ? I czy nie jest ono kompatybilne z falami (które z kolei są związane z określonymi ideami i procesami społecznymi im towarzyszącymi) pychy, rosnącej fanfaronady, ekskluzywizmem i kolosalną, nie do zaakceptowania megalomanią w jakie wspomniane elity co jakiś czas popadają ? Zwłaszcza w dobie masowych środków komunikacji społecznej oraz zaklęć wypełniających przekaz medialny o demokracji, wolności, prawach człowieka czy swobodach obywatelskich. Bo jest tu jak z królową Marią Antoniną, żona Ludwika XVI, która na wiadomość, iż lud przymiera głodem, nie mając pieniędzy na chleb miała serio i poważnie odrzec: „To niech je ciasteczka”. Po kilkunastu miesiącach od tego stwierdzenia głowa Madame Deficite (jaką ją nazywano w kręgach rewolucyjnych i kursujących po kraju pamfletach) 16.10.1793 r. o godz. 12.15 potoczyła się spod gilotyny ……
Potwierdzałoby to spostrzeżenie Georga F.W. Hegla iż „……Historia uczy, że ludzkość niczego się z niej nie nauczyła”.
No ale tu mamy do czynienia z elitami, które są niejako predestynowane do wyciągania racjonalnych i realistycznych wniosków z narodowego i społecznego doświadczenia historycznego. W Polsce rządzonej przez elity post-solidarnościowe jest to predestynacja szczególna i silnie etycznie umocowana, którą społeczeństwu wszem i wobec powszechnie się wmawiało i wmawia. Elity rządzące od 30 bez mała lat w Polsce, prowadzące tzw. transformację ustrojową od początku uważały siebie za Mojżesza i Proroków (jak to ma miejsce we wczesnym judaizmie i co opisuje Pięcioksiąg), prowadzących naród do krainy wiecznej szczęśliwości. Uwagi i tezy - chodzi o tych polityków którzy permanentnie odwołują się do tradycji Solidarności (cokolwiek by to miało znaczyć, choć dziś to jest wydmuszka i humbug) - cały czas dotyczyły podziałów politycznych, kulturowych, społecznych etc. z czasów Polski Ludowej co jest kompletnym nieporozumieniem i logiczno-racjonalną aberracją. Do tej pory wszelkie próby ustawienia narracji i zarysowania problematyki społeczeństwa nadwiślańskiego w innej, klasowej optyce i relacji wobec dominacji kapitału nad pracą, kwitowano obraźliwymi inwektywami. Stygmatyzowano stawiając stemple komunizmu, marksizmu, agentury Kremla i sierot po CCCP. Przydzielając klauzulę gorszości i wykluczenia tym którzy śmieli patrzeć na świat i ludzi inaczej niż chcą salony „przy-michnikowe”. Czyniła to również wielokrotnie Platforma Obywatelska, jej medialni akolici i usłużni totumfaccy w mediach społecznościowych, choć nie w tak prostackim i prymitywnym tonie jak robi to PiS. Clou takiego myślenia jest powiedzenie że „lewicy w Polsce mniej wolno” wybrzmiałe na łamach cywilizowanej i demokratycznej GAZETY WYBORCZEJ w roku 2001 po drugim zwycięstwie SLD wyborczym w III RP.
PO i PiS obrzucają się wyzwiskami, inwektywami, obelgami kto jest większym i bardziej oddanym agentem Putina, kto działa (czy działał) na szkodę Polski „grając” w drużynie Kremla, kto bardziej kultywuje tradycje i praktyki rodem z Polski Ludowej i jest zwolennikiem komunizmu etc. etc. Po prostu – paranoja. I taką jawi się polityka uprawiana nad Wisłą, Odrą i Bugiem od prawie 3 dekad. Efekty są widoczne gołym okiem: gorszące podziały, powszechny jad i nienawiść, groźby i zastraszania (na razie – jak będzie dalej to się zobaczy) przeciwników politycznych traktowanych jako wróg, społeczeństwo funkcjonujące na kształt dwóch wrażych plemion.
Rurociągi kontra tankowce
2020-01-21 11:12:00
Bezużyteczną rzeczą jest uczyć się,
lecz nie myśleć, a niebezpieczną
myśleć, lecz nie uczyć się niczego.

KONFUCJUSZ

Zamieszanie wokół gazociągu Nord-stream 2 (którego rychle zakończenie jak na razie w wyniku wprowadzonych sankcji udało się Waszyngtonowi zablokować) pozostaje nadal w zainteresowaniu i podlega egzegezie polskich mediów. Ominięto jednak dwa niezwykle istotne wydarzenia jakie miał ostatnio miejsce na świecie z dziedziny rozwoju sieci rurociągów. To grudniowe otwarcie gigantycznego – pod względem długości i docelowej przepustowości – gazociągu pod nazwą Siła Syberii i styczniowe uruchomienie podobnego projektu p/n Turecki potok. Obu nadano w zainteresowanych krajach – Rosji (jako dostarczycielowi), Chinach i Turcji (odbiorcy) – ogromne, propagandowe i medialne znaczenie. Otwarcia dokonywali prezydenci: Putin, Xi Jin-ping oraz Putin, Erdogan, Vucić (Serbia) i premier Bułgarii Borisow.
Siła Syberii to 2200 km. gazociąg biegnący z Jakucji nad Amur tworzący nową sytuację w światowej geopolityce i globalnej gospodarce. Dotyczy to sfery handlu gazem i wzajemnych stosunków nie tylko Chin i Rosji, ale Rosji z Europą. Rosja dywersyfikując swych odbiorców gazu daje do zrozumienia, że ma inne koncepcje na swój rozwój i przyszłość. Nie koniecznie to musi być Europa Zach. To także pierwszy krok ku materializacji idei eurazjatyckiej strefy wolnego handlu. Jest to również sygnał dla świata, iż surowce węglopochodne można przenosić za pomocą rurociągów eliminując transport dalekomorskimi tankowcami. I po trzecie – to pierwszy etap dostarczania syberyjskiego gazu na południe Azji i krajów nad Pacyfikiem, rejonu świata który najszybciej się rozwija i jest terenem perspektywicznym dla stania się centrum gospodarki, finansów i tworzenia idei na świecie: czyli oprócz Chin do Wietnamu, Malezji czy nawet Singapuru. W tej mierze wstępne rozmowy są prowadzone, aby na razie wykorzystywać sieć gazociągów już istniejących na obszarze Chin. Rosja z kolei planuje budowę sieci rurociągów w Amurskim i Nadmorskim Kraju tak aby rozpocząć dostarczanie syberyjskiego gazu do Korei i Japonii.
Siła Syberii będzie motorem zamachowym w uprzemysłowieniu i aktywizacji wschodniej części Syberii, opuszczonej i zapomnianej przez Moskwę po rozpadzie ZSRR. Gazociąg i zagłębie wydobycia gazu pozwoli na gazyfikację całej Jakucji – obszar większy niż UE - a także utworzy nowe miejsca pracy w rejonie gdzie do tej pory z tym są spore problemy. W miejscu gdzie gazociąg z Rosji przekraczając Amur wchodząc na teren Chin powstaje od podstaw prężny, nowoczesny ośrodek przemysłowy. Gazociągiem ma płynąć 42 mld. m. 3 błękitnego paliwa rocznie i dlatego tworzy się olbrzymi kombinat przerobu gazu (nie tylko w formie skroplonej - Rosja w tej chwili staje się obok USA i Kataru czołowym producentem tego surowca). Ten ponad 800 ha obiekt, z 6 liniami technologicznymi, ma produkować np. 2,5 mln ton metanu, 1,5 mln ton propanu-butanu i innych pochodnych przerobu gazu). Kapitał – oprócz wiodącego rosyjskiego - jest międzynarodowy, głównie azjatycki (chiński, południowo-koreański i malezyjski). Kombinat jak się przewiduje da ponad 3500 miejsc pracy. To też sygnał o powrocie aktywnej polityki inwestycyjnej Moskwy na dalekie rubieże Rosji.
Turecki potok to poprowadzony po dnie Morza Czarnego gazociąg z dwoma nitkami (po 930 km) mogący dostarczyć rocznie po 15,75 mld. m. 3 każda. Jedna transportuje gaz przeznaczony wyłącznie na rynek turecki. Druga dostarczy gaz klientom z Południowej i Południowo-Wschodniej Europy (przez Bułgarię do Serbii, na Węgry, Austrii, Chorwacji, Słowenii i Włoch). Od stycznia bułgarski operator Bulgar-trans-gaz zdecydował na powiększenie krajowej infrastruktury gazowej od granicy z Turcją do granicy z Serbią, by przyjąć zwiększone dostawy gazu z Tureckiego Potoku. Wykonawcą bułgarskiego fragmentu gazociągu (475 km) będzie saudyjska firma Arkad Engineering. Saudyjczycy mają się z tym uporać w 1,5 roku.
Rozbudowa sieci rurociągów na obszarze olbrzymiego mega-kontynentu euro-azjatyckiego ma też polityczne znaczenie. Otóż zmniejsza się uzależnienie krajów importerów zarówno ropy jak i gazu od transportu morskiego. Eliminuje to zagrożenie – zwłaszcza chodzi tu o Chiny – ewentualnej blokady wybrzeży przez flotę amerykańską, która w rejonie wschodniej i południowo-wschodniej Azji utrzymuje stale silne zgrupowania okrętów bojowych kontrolując de facto akweny morskie w tym regionie. Napięcie z tego tytułu na Morzu Południowo-chińskim trwa od lat. Otwarcie Siły Syberii ma więc niejako symboliczne i strategiczne znaczenie.
To jest także odpowiedź na opublikowaną dwa lata temu – gros tych zasad jest utajniona – aktualnej „Strategii narodowej obrony” USA. Jasno się w niej mówi, iż rolą Stanów Zjednoczonych jest zablokowanie rewizjonistycznych zapędów Rosji i Chin, chcących przełamać pierwszoplanową rolę Ameryki na Ziemi. Zdaniem Amerykanów to grozi zachwianiem równowagi świata zorganizowanego oraz przychylnego amerykańskim wartościom. W tle leżą jak zawsze geopolityczne interesy polityczne i przede wszystkim - gospodarcze. A wiadomym jest, że amerykańska hegemonia opiera się głównie na sile floty (i sprzężonym z nim lotnictwie strategicznym) operującej praktycznie po całym oceanie światowym.
Świat jednobiegunowy, oparty o hegemonię USA, powstały po kolapsie ZSRR, jest konstrukcją która powoli zmierza ku przeszłości. Ważne jest aby zrozumieli to także zachodni Europejczycy (i odważniej oraz bardziej samodzielnie zaczęli formułować swe interesy i politykę) oraz sami Amerykanie. Eurazja „u bram”. To kolejna wizja jednoczenia się świata.
Intelektualne elity rosyjskie (m.in. Chazin, Karaganow, Kurginian czy Fursow) zaczęły formułować koncepcję Eurazji od kilku lat kiedy Rosja uznała, iż Europie Zach. nie zależy na partnerstwie i harmonijnej wzajemnej współpracy. Wpływy i wielostronne uzależnienie (intelektualne, polityczne i wojskowe) od Ameryki są zbyt duże aby powstał oparty tylko o interesy gospodarcze związek Unii Europejskiej i Rosji (co proponował już ponad 10 lat temu Karaganow). Z kolei dla Chin taka koncepcja jest w jakimś sensie urzeczywistnieniem ich idei „Nowego Jedwabnego Szlaku”. Planowany rozwój sieci gazociągów i ropociągów na terenie Azji jest tego jasną materializacją.


Sejmowa lewico - do roboty
2019-12-19 12:10:17
Przyjemność sprawowania władzy
nieuchronnie korumpuje racjonalne
osądy i źle wpływa na wolność.

Immanuel KANT

Selfie, uśmiechy, przekomarzania w się w stacjach telewizyjnych z posłami prawicy i skrajnej prawicy, swary wewnątrz swojej reprezentacji parlamentarnej. Powrót lewicy do Sejmu na razie przebiega w wymiarze medialno-dyskusyjnym. I naprawdę nie warto aby poseł Kwiatkowski popisywał się publicznie swoimi konserwatywno-zachowawczymi poglądami w kwestiach światopoglądowych przypominając np. posła Tarczyńskiego czy posłankę Siarkowską , posłanka Zawisza wyprzedzała swymi enuncjacjami decyzje swego klubu w sprawach poważnych i węzłowych politycznie głosowań, a posłanka Anna Maria Żukowska objawiała wszem i wobec że Armia Radziecka dokonywała zbrodni wyzwalając w 1944-45 roku tereny polskie spod hitlerowskiej okupacji. To, że na wojnie się zabija, że popełnia się zbrodnie i że one zawsze są od wieków w różny sposób wygładzane przez tradycję, pamięć i ich znaczenie chyba pani posłanka wie od dawna. To jest istota każdej wojny. I dlatego lewica musi a priori być antymilitarystyczną, antywojenną i optować za rozbrojeniem. Nie tylko z tytułu innych, ważniejszych potrzeb społecznych lecz z racji humanizmu, wolności obywatelskich i admiracji dla pokoju, najważniejszej wartości dla człowieka.
Widać, że po raz któryś z rzędu należy przypomnieć niektórym parlamentarzystom – piszę o lewicy gdyż na nią głosowałem bo serce od dawna mam „po lewej stronie” - uniwersalny wymiar (nieprzychylnej dla Polski i polskich polityków) wypowiedzi Jacquesa Chiraca, prezydenta Francji, skierowanego po niechlubnej decyzji udziału naszego kraju w irackiej awanturze, do rządu kierowanego wtedy przez Leszka Milera że straciliśmy dobrą okazję, aby siedzieć cicho.
A są pilne tematy, które politycznie należy natychmiast poddać pod debatę w Sejmie. I to z kilku przyczyn. Po pierwsze – wykazać się inicjatywą nad naprawą RP, po drugie – te zagadnienia są karygodną praktyką i winne być jak najszybciej zmienione, po trzecie – lewica przejmując inicjatywę legislacyjną w tych tematach postawi znaczną część opozycji (chodzi głównie o KO i PO) w sytuacji jasnego przymusu opowiedzenia się czy jest za państwem prawa i cywilizacyjną normalnością czy nadal chce tkwić „w rozkroku” mamiąc opinię publiczną swoim modernizmem i postępowością.
Z wielu tego typu spraw, jakie powodują paraliż prawny i etyczno-moralną degrengoladę dzisiejszej Polski, wybrałem trzy punkty, trzy najbardziej bulwersujące opinię publiczną aspekty naszej rzeczywistości:

1/ Likwidacja IPN-u, spełniającego dziś już jawnie funkcje politycznej policji: materiały i dokumenty będące w posiadaniu tej instytucji – przekazane winne być do archiwum akt nowych, prokuratorzy – skierowani do wymiaru sprawiedliwości wzmacniając personalnie prokuratury różnych poziomów, a pion naukowy – na wydziały historii, politologii i nauk społecznych różnych uczelni

2/ Bezwzględnie wnieść poprawkę o likwidację w kodeksie karnym osławionego artykuł nr 196 „O obrazie uczyć religijnych”. Ten zapis i jego stosowanie przez polską jurysprudencję – nagminne, bo sprzyjające dążeniom do tworzenia państwa wyznaniowego na czym zależy zarówno zamiarom duchowieństwa jak i środowiskom klerykalnym – jest kpiną zarówno z nowoczesnego prawa jak i subiektywizacją tegoż prawa. Bo cóż to są uczucia religijne ? Jeśli je się chroni czy oznacza to, iż osoby niereligijne, ateiści ich nie posiadają ? Nikt podczas minionych dekad obowiązywania tego kuriozalnego zapisu nie udowodnił co one oznaczają, czym są i jak należy ten artykuł interpretować.

3/ Kategorycznie ukrócić stosowanie przez prokuraturę (przy aprobacie sądów) praktyki tzw. "aresztów wydobywczych”. Areszt tymczasowy przedłużany Ad Kalendas Graecas to groteska, gdyby nie dotyczyło żywych, często jak okazuje się, niewinnych ludzi. To praktyka niszcząca z jednej strony tym ludziom życie i zdrowie, a z drugiej – narażająca budżet państwa na odszkodowania z tytułu tych niecnych praktyk (wyroki TSUE są tu nieubłagane). Dwa razy po trzy miesiące – i prokuratura musi się uporać z zebraniem materiału dowodowego (w wyjątkowych, trudnych i poważnych sprawach można przedłużyć tymczasowe aresztowanie o kolejne trzy miesiące, ale o tym zadecydować mógłby tylko Sad Najwyższy). Casus Mateusza Piskorskiego, a wcześniej Marka Dochnala – cokolwiek o nich sądzimy – to przykłady karygodne i skandaliczne dla cywilizowanej jurysprudencji.

Ostatni, medialny postulat w formie apelu Adriana Zandberga dot. likwidacji IPN oraz Polskiej Fundacji Narodowej jest dobrym prognostykiem w tej materii. Trzeba tylko te mądre i społecznie potrzebne postulaty (choćby z punktu widzenia oszczędności i poszukiwań dodatkowych funduszy do budżetu) przekuć w czyn. Lewico sejmowa – do roboty i działania.

Napięcia na linii Wilno - Pekin
2019-11-22 16:52:13
Gdy wieją wichry zmian jedni
budują mury, a inni wiatraki.

Przysłowie chińskie

23 sierpnia br. w Wilnie miała miejsce pikieta-protest vis a vis ambasady chińskiej przeciwko łamaniu praw człowieka w Chinach oraz celem wyrażenia solidarność z protestującymi obywatelami Hongkongu, którzy domagają się samostanowienia tej dawnej kolonii brytyjskiej i oddzielenia jej od ChRL Protestowano też przeciwko brutalności interweniującej policji. Ów protest nie zyskałby żadnego zainteresowania poza Litwą i przychylnych władzy miejscowych mediów gdyby nie pewien wypadek: otóż pracownicy chińskiej ambasady wyszli do pikietujących i nawiązali z nimi dialog, próbując wyjaśnić im sytuację w Chinach, Hongkongu oraz całokształt spraw związanych z polityką Pekinu tak wewnątrz Chin jak i na arenie międzynarodowej.
Ponieważ ustami rzecznika prasowego rządu Wilno ową pikietę poparło, wyrażając przy tym garść komunałów znanych z mediów amerykańskich (i nie tylko) na temat potrzeby demokratyzacji Chin, musiano jednocześnie zareagować na ową akcję chińskich dyplomatów pod ambasadą. Wezwany został do litewskiego MSZ-tu ambasador gdzie wręczono mu protest przeciwko wtrącaniu się Chin w wewnętrzne sprawy Litwy i niedopuszczalną ingerencję w demokratyczne zasady panujące nad Niemnem i Wilią.
Abstrahując od ocen i słuszności decyzji litewskiego MSZ-tu, protestujących ludzi i całej otoczki wokół tego zdawałoby się mało znaczącego wydarzenia (bo takich protestów w ciągu doby odbywa się na świecie setki by nie rzec - tysiące) warto wyrazić refleksję czy rząd Litwy i tamtejsza opinia publiczna tak samo reaguje na trwające od roku protesty we Francji („żółte kamizelki”) i nie mniejszą brutalność francuskiej policji. O wydarzeniach ostatnich tygodni w Chile i Boliwii nie wspominając.
Już na drugi dzień chińskie MSZ ostro zareagowało na ową notę i wezwanie swego ambasadora na wileński dywanik. Zarzucono Litwinom, że nie znają zadań pracowników ambasady, a tym samym kanonów dyplomacji. Zdaniem Pekinu pracownicy chińskiej ambasady wdając się w dialog z pikietującymi nie naruszyli jakichkolwiek umów między Pekinem a Wilnem. Dodano, nie bez racji, iż antychińskie wystąpienia władz litewskich są po pierwsze inspirowane z zewnątrz, a po drugie zmuszają władze chińskie do rewizji dalekosiężnych planów wobec litewskiego partnera. Z zewnątrz – z ambasady USA w Wilnie, co zresztą pośrednio z czasem przyznała sama dyplomacja amerykańska.
Wiadomym jest, iż w ostatnim półroczu przy każdej okazji spotkań premiera Litwy i ambasadora USA w Wilnie poruszano z inicjatywy amerykańskiej rosnącą obecność chińskich firm na rynku litewskim co musi niepokoić – podobnie jak agresywny (ponoć) lobbing rosyjski – tak znaczącego partnera Litwy jak im są USA. Zwłaszcza obecność chińskiego giganta Huawei na litewskim rynku, pozostaje solą w oku Amerykanów. Zarówno informacje o pikiecie, zamieszaniu wokół niej pomiędzy Wilnem a Pekinem, jak również sprawę obecności Huawei na Litwie nagłaśniały Głos Ameryki czy Fox News.
Goszczący wiosną i latem br. na Litwie amerykańscy urzędnicy z ekipy Trumpa – John Bolton i Wess Mitchell – mocno naciskali na rząd litewski, aby ograniczył współpracę tak z Rosją jak i z Chinami. Dla poparcia tych tez urzędnicy znad Potomaku podpierają się zawsze opinią licznej diaspory litewskiej zza oceanu, która ostatnio (jak cała opinia publiczna w USA) prezentuje nie tylko mocno antyrosyjskie en bloc stanowisko we wszystkich zagadnieniach, ale również zarażona została fobią antychińską.
Pekin w związku z gigantycznym i wielopłaszczyznowym projektem, ogólnie nazywanym >Nowy Jedwabny Szlak< (jest to jednak szereg powiązanych ze sobą planów mających na nowo otworzyć współpracę i związki w ramach mega-kontynentu Euro-azjatyckiego) rozważa usytuowanie końca jednej z nitek kolei transkontynentalnej z Chin do Europy w litewskiej Kłajpedzie. Plany te przewidują modernizację nadbrzeży portowych z przygotowaniem ich do przeładunku gigantycznej ilości kontenerów mających napływać tą drogą z Chin, Kazachstanu i Rosji. Jednocześnie pod Mińskiem Białoruskim powstaje hub kontenerowy a na olbrzymim terenie gigantyczny chińsko-białoruski park przemysłowy. W Europie środkowo-wschodniej Białoruś przejmuje rolę dyspozytora (w imieniu Pekinu) i jednego z lokalnych ośrodków całego >Nowego Jedwabnego Szlaku<.
Inwestycje chińskie mogą mieć kolosalne znaczenie dla Litwy i Łotwy. Po upadku ZSRR i wstąpieniu republik nadbałtyckich do UE gospodarki obu tych malutkich krajów uległy dekompozycji. M.in. ma to miejsce z racji odcięcia od potężnego rynku rosyjskiego, sięgającego po Pacyfik. Produktów litewskich i łotewskich na Zachodzie praktycznie nikt nie potrzebuje (np. z masowej produkcji i sprzedaży wyśmienitych, łotewskich szprotek w oleju z czasów ZSRR, dziś pozostały tylko mizerne resztki, gdyż Rosja poprzez odwetowe embargo i cła zaporowe w ciągu ostatnich lat uruchomiła swoją produkcję z rodzimych łowisk, a ponadto uzupełniając potrzeby wewnętrznego rynku spoza europejskich źródeł). Obie republiki nadbałtyckie doznały także potężnej depopulacji (procentowo oscyluje to w granicach 30 % tego co miały w chwili rozpadu ZSRR) w związku ze spadkiem jakości życia odczuwanym przez obywateli.
Dochody z kolei, przeładunków itd. – Ryga i Kłajpeda były stacjami-portami końcowymi szlaków kolejowych i portami przeładunkowymi w czasach radzieckich – stanowiły zawsze spory udział w dochodach obu państw. Rosja budując koło Petersburga największy port kontenerowy na Bałtyku w Ust' – Łudze (tam też kończą swój bieg nitki gazociągu i ropociągu z głębi Rosji), doprowadzając to niego kolej pozbawiła Litwę i Łotwę lwiej części dochodów. Są to też swoiste retorsje za politykę obu państw określaną przez Moskwę jako rusofobiczną, a mającą zaszkodzić Rosji i jej gospodarce.
Po awanturze z wileńską pikietą i dyplomatycznym zamieszaniu z nią związaną w Pekinie, w miejscowych, acz związanych z kierownictwem KPCH mediach, rozległy się głosy postulujące rewizję obietnic chińskich wobec Litwy. I to zamrożenie inwestycyjne już widać (chodzi o inwestycje w kłajpedzkim porcie). Także niezwykle pro-amerykańskie stanowisko zajmowane przez Wilno w rozkręcającej się handlowej wojnie USA - Chiny budzi pomruki niezadowolenia Pekinu. Sugeruje się modyfikację planów chińskich – czyli poprowadzenie kolejowego >Jedwabnego Szlaku< zamiast do Kłajpedy do wspomnianej rosyjskiej Ust’- Ługi.
Faktem niezbitym jest – i to głosi oficjalnie administracja Trumpa – że Amerykanie na terenie Pribałtyki oraz Polski za główne swoje zadanie uważają zaszkodzenie wszelkim projektom zarówno chińskim jak i rosyjskim, odcięcia Chin i Rosji od Europy Zachodniej i tym samym zrobić miejsce dla koncernów i firm amerykańskich. Ameryka obiecuje Litwie – w tym konkretnym przypadku, ale dotyczy to wszystkich krajów w tym regionie – pomoc USA w …… unowocześnianiu sił zbrojnych oraz przychylność Międzynarodowego Funduszu Walutowego w przydzielaniu poszczególnym krajom regionu kolejnych kredytów.
Jak widać handlowe starcie chińsko-amerykańskie trwa na arenie całego świata. W wymiarze globalnym. I chodzi tu przede wszystkim o interesy, dochody, wpływy. Tzw. prawa człowieka, demokracja liberalna, wolności obywatelskie itd. są parawanem dla brutalnej walki o pozycje i zyski. USA pod przywództwem Donalda Trumpa zdjęła przyłbicę i mówią jasno – America First czyli nasze musi być na wierzchu, nasze interesy gospodarcze mają być zabezpieczone, zyski przede wszystkim naszych koncernów chronimy. I po to musimy mieć hegemonistyczną pozycje w świecie. I po to m.in. wydajemy na militarne gadżety i armię tyle co pozostałych kilkunastu konkurentów w rankingu wydatków zbrojeniowych.
Wydarzenia takie jak m.in. w Hongkongu - może wzbudzające sympatię - w obliczu manipulacji i rozgrywania przez Wuja Sama z ich pomocą swoich utylitarnych interesów, powszechnej hipokryzji i medialnych oszust powodują zniesmaczenie i są również źródłem spadku zaufania do demokracji, promowanej przez Zachód jako wartości samej w sobie.

Wałdajskie echa AD 2019
2019-10-11 11:50:05
Ten którego myśl nie wybiega daleko,
zobaczy udrękę z bliska.

KONFUCJUSZ

W początkach października br w Soczi - jak co roku - odbyło się spotkanie tysięcy ekspertów, komentatorów, dziennikarzy, a przede wszystkim – polityków, ekspertów i naukowców różnych branż oraz profesji z całego świata w ramach Międzynarodowego Klubu Dyskusyjnego „Wałdaj”. Think thank powstał we wrześniu 2004 z inicjatywy agencji „RIA Nowosti”, Rady Polityki Zagranicznej i Obronnej Rosji, gazety „The Moscow Times” oraz periodyków „Rosja w polityce globalnej” i „Russia Profile”.
Głównymi gośćmi ostatniego forum przybyłymi do kaukasko-czarnomorskiego kurortu zasiadającymi w prezydium i dyskutujących o sytuacji w świecie byli prezydenci Azerbajdżanu (Ilham Aliyev), Kazachstanu (Kasym-Żomart Tokajew), Filipin (Rodrigo Duterte) i król Jordanii (Abd Allah ibn Husajn). Rolę gospodarza jak zawsze pełnił Prezydent Rosji Władymir Putin. Po indywidualnych wystąpieniach zasiadających w prezydium gości nastąpiła seria pytań z sali (kilka tysięcy przysłuchujących się na żywo i pytających uczestników) i odpowiedzi polityków. Poza tym jak zawsze w kuluarach ogromnego, położonego na wysokości ponad 1500 m. n.p.m. centrum konferencyjnego przebiegały debaty, wymiana zdań, poglądów, miały miejsce dyskusje itd.
Dziennikarze z byłego terytorium ZSRR po tegorocznym Wałdajskim Klubie zwracają uwagę przede wszystkim na rozmowy kuluarowe jakie prowadzili między sobą. Chodziło o rozpatrywane jasno nawet na kremlowskich pokojach czasy po Władimirze Władimiowiczu Putinie. Jego aktualnie trwająca kadencja prezydencka kończy się w 2024 roku. Jest do jej końca jeszcze sporo czasu, ale elity moskiewskie – różnych proweniencji – dyskutują, wymieniają sądy, prognozują i przewidują rozwój sytuacji w tej mierze. Sam zainteresowany dyskretnie milczy, nie zabiera głosu w tej sprawie co dodaje pikanterii temu zagadnieniu.
Ostatnio – 7.10.2019 – świętował swoje 67 urodziny wędrując po górach Ałtaju ze swym druhem i bliskim kolegą ministrem obrony Siergiejem Szojgu. Państwowe mass-media przekazały tę informację wraz z filmową relacją z owych wędrówek. Miały one wydźwięk propagandowy, potwierdzający doskonałą sprawność fizyczną i zdrowotną Prezydenta Rosji. Mimo ostatnich porażek w polityce wewnętrznej nadal cieszy się on ponad 55 % zaufaniem społecznym.
Sukcesja po erze Putina, ponad 20-letniej, zajmuje wiele umysłów w Rosji i na świecie. Bądź co bądź jest wybitnym i niekwestionowanym – cokolwiek by na ten temat sądzić – liderem globalnych salonów politycznych. W samej Rosji rozpatrywane są trzy warianty. I wszystkie dotyczą zagadnienia zakładającego w jaki sposób ewentualnie Putin mógłby zostać nadal u władzy. Nie są to być może jego własne przemyślenia czy projekty, ale świadczą o ścierających się koncepcjach na temat sukcesji czy przedłużenia władzy w otoczeniu samego prezydenta. To novum w rosyjskiej praktyce świadczące o pluralizacji i powolnej, postępującej demokratyzacji sytemu.
Pierwszą koncepcją pozostania Putina na czele państwa jest restytucja carstwa. Za takim rozwiązaniem optuje cerkiew moskiewska z patriarchą Cyrylem na czele. Od upadku ZSRR cerkiew podnosi stale rolę caratu w historii Rosji i prawosławia. Jednak taka wersja przyszłej władzy nie ma najmniejszych szans na realizację. Nastroje w samej Rosji - jak podkreślają znawcy tematu – są zorientowane mocno w lewicową stronę z charakterystyczną dla tej wspólnoty i prawosławia admiracją władzy i państwa oraz socjalnych osiągnięć z czasów ZSRR. Także tzw. liberałowie – z wielkich ośrodków które są ich matecznikiem (Moskwa, Petersburg, Jekaterynoburg itd.) – są w tej mierze sceptyczni.
Drugą koncepcją jest forma władzy jaka w Kazachstanie zmaterializowała się po formalnym ustąpieniu Nursułtana Nazarbajewa wiosną tego roku. Jest wybrany następca (dyskretnie namaszczony przez pierwszego, długoletniego prezydenta Kazachstanu) natomiast Nazarbajew pełni rolę tzw. Ojca Narodu, nie zamieszanego w bieżącą politykę i codzienne sprawy państwa. Jest uczestnikiem – nadal – wielkiej polityki światowej (w przypadku Nazarbajewa nadal uczestniczy w wielu konwentyklach polityczno-gospodarczych w Azji). Putina zresztą od jakiegoś czasu w bieżącej polityce jest jakby mniej, działa dyskretnie, jakby z oddali. Na to zwracają uwagę raczej jego oponenci i przeciwnicy.
Trzecią, uznawana za najbardziej wiarygodną i możliwą, wersją jest zjednoczenie Białorusi, Rosji, Osetii Południowej, Abchazji, Naddniestrza i …… ewentualnie Donbasu w jeden organizm państwowy. Wtedy Putin mógłby pełnić kolejną kadencję w tak skonstruowanej strukturze, stanowiącej zaczątek tzw. „ruskiego mira”. Vice-prezydentem, i naturalnym sukcesorem, byłby w takim wypadku Aleksandr Łukaszenka.
Eksperci i komentatorzy z Ukrainy zwracają uwagę, iż zamieszanie oraz rozgorzały na nowo konflikt w Donbasie, wokół tzw. formatu Steinmeiera i jego realizacji, nielegalne i z użyciem przemocy zajęcie pozycji na pd. wschodzie kraju w miejsce ustępującej armii ukraińskiej przez uzbrojone siły nacjonalistów i Prawy Sektor (czyli odrzucenie przez ultra-prawicowców wynegocjowanego pokoju) de facto zamrażają sytuację w kraju. W takiej sytuacji Ukraina będzie ich zdaniem powoli „gniła”, ludność nadal będzie masowo emigrować, a inne regiony kraju orientować się będą na powolne acz sukcesywne opuszczanie tak funkcjonującej struktury. Do 2024 roku jest sporo czasu ale taki rozwój wydarzeń sprzyjać będzie trzeciej wersji dalszej władzy Putina na Kremlu, w nowo-państwowej wersji.
Administracja prezydenta Żełeńskiego, jego rząd i parlament gdzie ma on zdecydowaną przewagę w wynik wyborów, nie mając siły sprawczej aby wymusić przestrzeganie porozumień mińskich (z różnych zresztą powodów, często koniunkturalnych) zostawi najprawdopodobniej sytuację w takiej formie jak uczynił to Poroszenko. Chodzi tu przede wszystkim niechęć do procesu, jaki w wyniku politycznej materializacji formuły Steinmeiera musiałby być uruchomiony: decentralizacja Ukrainy, jej federalizacja (lub - konfederalizacja), odejście od unitarnego i jednolitego w sensie kulturowo-społecznym charakteru państwa. Państwa ukraińskiego, które w taki właśnie sposób było przez ponad ćwierćwiecze swej niepodległości budowane poczynając od Kuczmy, a na Poroszence kończąc. „Galiczyna” (jak nazywa się zachodnią Ukrainę, ośrodek i centrum nacjonalizmu, szowinizmu, quasi-faszyzmu), narzuciła swoją wersję historii, dziejów, kultury itd. całej Ukrainie na co wiele społeczności i wspólnot, nie tylko Donbas, nie chce się zgodzić. Nie gdzie indziej jak na Zach. Ukrainy – obwody Tarnopol, Lwów i Iwano-Frankowsk – regionalne rady ogłosiły aktualnie bojkot porozumień mińskich i formuły Steimeiera (padły w słowa o kapitulacji które to hasło Parubij, Bielecki, Liaszko czy Farion powtarzają od lat) grożąc nawet secesją. Po prostu chcą oni wojny „do zwycięstwa” i na „wykrwawienie ludzi z Donbasu” a przede wszystkim – Rosji.
Wielu obiektywnych i niezależnych od władzy komentatorów znad Dniepru wskazuje, iż w wyniku panującej od lat określonej narracji i związanej z nią polityki wewnętrznej (w wielu aspektach) spora część społeczeństwa Ukrainy nie jest na taki, nowy model państwa, przygotowana. A tylko przyjęcie formuły Steinmeiera jest w stanie zapewnić terytorialne istnienie Ukrainy w aktualnym (bez Krymu) wymiarze.
Płonące rafinerie
2019-09-16 08:04:44
Wszyscy biorący udział w zamachach w Brukseli
terroryści byli wcześniej śledzeni, zatrzymywani,
osadzani w aresztach – przez europejskie agencje
bezpieczeństwa albo agencje ich sojuszników.
Z jakichś powodów wyszli na wolność, pozwolono
im zaatakować w Brukseli, a przedtem - w Paryżu.

Tony CARTALUCCI
(„New Eastern Outloock”, 12.04.2016)

Wzrasta napięcie w rejonie Zatoki Perskiej. I tak sytuacja w tym regionie jest skrajnie niebezpieczna gdyż groźba wybuchu konfliktu w który mogą być wciągnięte mocarstwa atomowe (Rosja i USA, a nie można też zapominać o Izraelu, są cały czas w tym ważkim strategicznie regionie świata niezwykle aktywne – złoża ropy naftowej i gazu ziemnego – politycznie, dyplomatycznie i przede wszystkim militarnie) jest wysoce prawdopodobne. Dwie główne siły – lokalne, regionalne mocarstwa: Arabia Saudyjska i Iran – walczą ze sobą na różne sposoby nie tylko o hegemonię na tym obszarze lecz również o przodownictwo w świecie islamu. Szyicki Iran i sunnickie królestwo Saudów kontynuują tym samym wielowiekowe starcie przebiegające wewnątrz religii muzułmańskiej.
W nocy z 13 na 14 września 2019 wybuchły pożary w dwóch rafineriach położonych we wschodniej części Arabii Saudyjskiej. Obserwatorzy informują, iż najpierw doszło w obu obiektach do serii wybuchów a potem pojawiły się płomienie. Chodzi o dwie olbrzymie rafinerie należące do mega-koncernu saudyjskiego Aramco położone we wschodniej części kraju (tę część Arabii Saudyjskiej zamieszkuje mniejszość szyicka, prześladowana przez reżim z Rijadu); Aqaiq w miejscowości Buqayq oraz w Khuraisie (160 km na wschód od Rijadu). Warto dodać, iż instalacje Aqaiq to największa rafineria na świecie przerabiająca dziennie ponad 7 mln baryłek ropy naftowej.
W przeszłości nieudanego ataku na instalacje Aqaiq próbował dokonać za pomocą samobójczych ataków oddział al.-Kaidy płw. Arabskiego. Było to w lutym 2006 roku.
Agencje informowały o ponad 10 eksplozjach jakie miały mieć miejsce w obu obiektach. Potem pojawiły się płomienie. Czarny, gęsty, smolisty dymy – jak zawsze przy spalaniu węglowodorów – zasnuł niebo w rejonach obiektów. Nie podano informacji o ofiarach, czy pożary zlokalizowano i jak przebiega operacja gaszenia pożarów.
Zadowolenie z tego wydarzenia wyrazili bojownicy Huti (oddziały szyitów jemeńskich) którzy od 4 lat walczą na południu płw. Arabskiego z popieranym przez Rijad miejscowym satrapą, prezydentem Abd-al Rab Mansur al-Hadim. Ponieważ powstańcy Huti zajęli stolicę kraju – Sanę i północne regiony kraju (gdzie zamieszkują wyznawcy lokalnej odmiany szyizmu – tzw. zajdyci) - siły popierające al-Hadiego schroniły się na południu Jemenu, w tzw. Adenie (dawny Jemen pd.). Koalicja pod przywództwem Saudów, tworzona przez Jordanię, Egipt, Senegal, Sudan, Pakistan, Emiraty Arabskie, Bahrajn (jawnego wsparcia jej udzielają Amerykanie, a po cichu Izrael), toczy od 2015 roku brutalną, owocującą katastrofą humanitarną na gigantyczną skalę, interwencję w tym jednym z najbiedniejszych krajów świata. Ofiary samych działań wojennych oceniane są na ponad 12 tys. Ofiary cywilne – ataki lotnictwa saudyjskiego, z dronów, rakiety i ostrzał z ciężkiej artylerii (Amerykanie kilkakrotnie ostrzelali terytoria kontrolowane przez Huti z okrętów zakotwiczonych na Morzu Czerwonym i wspierając tak ataki wojsk koalicji) – idą w dziesiątki tysięcy. To nie tylko zabici i ranni w wyniku wymienionych działań. To przede wszystkim efekt głodu, chorób, szerzącej się nędzy i chaosu.
Pożary o jakich tu mowa były efektem ataku dronów. To nie Huti wystrzelili jednak owe drony, które dokonały skutecznego bombardowania wspomnianych obiektów saudyjskich. Odległość obu rafinerii od terenów gdzie operują powstańcy Huti to grubo ponad 1000 km. Nie byliby oni w stanie przeprowadzić tej operacji – przelot dronów praktycznie przez cały półwysep Arabski – ze względów logistycznych i praktycznych. Nieoficjalnie wiadomo, iż drony wystartowały z terenu Iraku (czyli do miejsc ataku miały niewielką odległość).
Odpowiedzialność za wspomnianą akcję, będącą odwetem za interwencję saudyjską w Jemenie i eksterminację Huti (vel – szyitów) wzięły na siebie tzw. Siły Mobilizacji Ludowej z Iraku. Jest to sojusz wojskowo-polityczny, złożony z ponad 40 formacji o charakterze milicyjnym, walczący po stronie rządu syryjskiego w trwającej od 2011 wojnie domowej, sprzymierzony z Iranem. Podstawę tworzą oczywiście organizacje szyickie, choć w jego skład wchodzą także formacje złożone z irackich chrześcijan. Formalnie są podporządkowani rządowi w Bagdadzie, gdyż są obywatelami Iraku. Ale zachodnie agencje informacyjne twierdzą, iż Siły Mobilizacji Ludowej ściśle są powiązane z irańską militarną strukturą zwaną Siły Ghods (Niru-je Ghods). Jest to elitarna, specjalna służba wydzielona z formacji irańskich Strażników Rewolucji, którą dowodzi od końca lat 90-tych XX wieku gen. Ghasema Solejmani.
Jeśli by to się potwierdziło, konflikt w rejonie całego Bliskiego Wschodu i Zat. Perskiej wchodzi w nową, inną jakość. I to z wielu powodów, które otwarte starcie irańsko-saudyjskie czyni prawie pewnym. Saudyjczycy nie pozostaną dłużni swemu rywalowi znad zatoki. I nie ważne iż drony wystrzelono z terytorium irackiego. Może w tej mierze zastąpić ich ……. Izrael, który już w przeszłości atakował terytorium irańskie bombardując wybrane obiekty uznane za związane z miejscowych przemysłem nuklearnym.
Smaczku całej sprawie dodaje fakt, iż po obaleniu Saddama Husajna kilkanaście lat temu Amerykanie liczyli na powstanie w Iraku rządów im powolnych. Ku ich niezadowoleniu i zapewne zaskoczeniu kolejne koalicje rządzące w Bagdadzie z racji sąsiedztwa, a także większości szyickiej zamieszkującej kraj na Eufratem i Tygrysem oraz usytuowania w Iraku głównych, świętych miejsc dla szyizmu (Kerbala i Nadżaf mają dla tej denominacji muzułmańskiej nie mniejsze znaczenie niż Mekka, Medyna i Jerozolima), orientują się na Iran. Nieznajomość lokalnych, diametralnie różnych od amerykańskich wyobrażeń o polityce, kulturze, obyczajowości i tradycjach na świecie, ukazują bezpłodność i krótkowzroczność ich działań jako globalnego żandarma.
Jednak pożary w rafineriach mogą być też przyczynkiem, na który właśnie czekają Jankesi: otwartej, uzasadnionej owym atakiem dronów na saudyjskiej instalacje naftowe, interwencji w Iranie. Na początek byłby to scenariusz z Bośni, Serbii czy Syrii (akcja lotnictwa bombardującego obiekty na terytorium Iranu). Gorącym zwolennikiem militarnej interwencji USA w Iranie celem obalenia rządzących tam ajatollahów i obsadzenia w Teheranie powolnego Waszyngtonowi rządu był doradca Donalda Trumpa ds. bezpieczeństwa John Bolton. Jego dymisja niewiele w tej chęci Jankesów zaatakowania kolejnego kraju zmienia. Amerykanie od dawna przygotowują ten atak uważając, iż to Iran stoi na drodze ich interesów na obszarze wokół Zat. Perskiej (potem dopiero liczą się marzenia Izraela i Saudów, głównych sprzymierzeńców Waszyngtonu).
Nie oceniając wartości informacji, czy sugestii jakie płyną, jakie są zawarte w cytowanym – jako motto - fragmencie artykułu Cartalucciego nie można wykluczać w całej tej sprawie prowokacji, umożliwiającej i uzasadniającej podjęcie interwencji (od dawna zapowiadanej i oczekiwanej przez określone kręgi w USA i Izraelu) przeciwko Iranowi. Przykłady Gliwic (1939), Zat. Tonkińskiej (1964) czy Raczaku (1999) są tego dostatecznymi dowodami.
Główną przeszkodą w otwartej i szeroko zakrojonej akcji militarnej USA przeciwko Iranowi mogą być jedynie zbliżające się wybory prezydenckie za oceanem. Dla Trumpa ubiegającego się o reelekcje byłby to negatywny przekaz dla sporej części amerykańskiego elektoratu.




Rwanda - Polska: garść refleksji
2019-08-14 10:19:16
Monoteizm może tylko funkcjonować
w kontekście wojny na wyniszczenie
podobnie jak pojęcia absolutnej prawdy.

Zygmunt BAUMAN

Co łączy Polskę i maleńką Rwandę, kraj tysiąca zielonych wzgórz na równiku, w sercu Afryki ? Zwłaszcza Rwandę sprzed 1994 roku. Oba kraje są (w przypadku Rwandy trzeba używać już dziś czasu przeszłego) najbardziej katolickimi krajami na swoich kontynentach. Oba mają / miały tzw. obrony terytorialne czyli oddziały samoobrony, złożone z ochotników, szkolonych jako para-militarne formacje, uzbrojone przez regularne wojsko, z przeznaczeniem do różnych celów: w Rwandzie nazywały się one Interahamwe oraz Impuzamugambi i zostały użyte w czasie rzezi Tutsich, w Polsce nazywają się one Wojska Obrony Terytorialnej i jeszcze nie miały okazji do działania. No i w tle pozostają katastrofy lotnicze, dające sygnał do symboliczno-praktycznych działań: w Rwandzie zestrzelenie flagowego samolotu z prezydentem kraju Juvenalem Habyarimaną na pokładzie (wrak tego statku powietrznego spoczywa jako symbol po dziś dzień w ogrodach pałacu prezydenckiego w stalicy Rwandy Kigali) przez gwardię prezydencką daje sygnał do rozpoczęcia ludobójstwa Tutsich i tych Hutu, którzy nie popierali polityki eksterminacji Rwandyjczyków z racji ich pochodzenia. Smoleńsk i katastrofa lotnicza – tam też wrak prezydenckiego Tu-154 spoczywa po dzień dzisiejszy jako fundament założycielski tego co można nazwać „religią smoleńską” i która wyniosła do władzy ultra prawicę w Polsce – jest de facto symbolem państwa wg koncepcji PiS (realizowanym od 2015 roku).
Ale nie tylko to może nasuwać na myśl pewne podobieństwa między tymi dwoma krajami. Bardzo podobny jest język prowadzenia dyskursu i narracja obecne od dawna w przestrzeni publicznej: w Rwandzie w czasie poprzedzającym ludobójstwo, w Polsce od przynajmniej 2-3 dekad. U nas to narastające agresja, nienawiść, stygmatyzacja tych INNYCH (nie mieszczących się w jednowymiarowej kliszy prawdziwego Polaka-katolika, zwolennika prawicy, fana leseferyzmu rynkowego i akolity niczym nie ograniczonej prywatnej własności). Negatywne emocje, pogarda, dehumanizacja adwersarzy to istota tych przekazów.
Oto garść wypowiedzi rzuconych w przestrzeń medialną Rwandy (w czasach poprzedzających rozprawę Hutu z Tutsi) i enuncjacji publicznych osób duchownych w Polsce z ostatnich tygodni (osób duchownych gdyż to Kościół katolicki w Polsce jest instytucją o szczególnym znaczeniu i admiracji ze strony elit rządzących oraz z tytułu olbrzymiego wpływu na świadomość oraz mentalność wiernych):

Czerwona zaraza już po naszej ziemi nie chodzi . Co wcale nie znaczy, że nie ma nowej, która chce opanować nasze dusze, serca, umysły. Nie czerwona, a tęczowa (abp Marek Jędraszewski).

Trzeba Tutsich wytępić jak szczury (Radio 1000 wzgórz).

Ręce precz od Arcybiskupa czerwona zarazo (ks. Tomasz Brussy).

Wszyscy Tutsi zginą. Znikną z powierzchni ziemi. Zniszczymy ich bronią. Powoli, powoli, powoli, zabijemy ich jak szczury (Radio 1000 wzgórz)

Ateista jest jak goryl, bądź człowiek ciemny (ks. Dariusz Papucki).

Z karalucha nie narodzi się motyl. Karaluch rodzi karalucha (dziennikarz radia RTLM Honoré Butera).

Genderyści i neo-bolszewicy nie myślą, tak jak komuniści (ks. Dariusz Oko).

Tutsi to komuniści, wrogowie Pana Boga (radio RTLM)

I też faszyzmu bym nie potępiał. Jeżeli mianem faszyzmu mielibyśmy określać np. frankizm który ocalił Hiszpanię z rąk komunistycznych zbrodniarzy , jestem jak najbardziej za (ks. Roman Kneblowski).

Karaluchy musimy rozdeptać naszymi nogami (Radio 1000 wzgórz)

Ateiści to zwierzęta i żyją jak zwierzęta (ks. Marek Dziewicki).

Wszystkich Tutsich trzeba zetrzeć z powierzchni ziemi (Felicien Kabuga, właściciel Radia 1000 Wzgórz)

Człowiek bez odniesienia do Boga zostaje zredukowany do poziomu zwierzęcia (ks. Janusz Chyła)

Przy okazji zamieszczam tzw. dekalog Hutu powszechnie głoszony w Rwandzie w czasach poprzedzających rzeź. Czy w tych 10 punktach nie można znaleźć analogii z wieloma wypowiedziami obecnymi funkcjonującymi w polskiej przestrzeni publicznej, urabiającymi w określony sposób spojrzenie odbiorców na świat i ludzi, stygmatyzujących tych INNYCH, stawiających ich poza nawias społeczeństwa i czyniących ich tymi gorszymi ? Zawsze wpierw człowieka trzeba pokazać jako gorszego, poddać stygmatyzacji, naznaczyć pejoratywnym piętnem, potem zdehumanizować, pokazać jego zwierzęcość i obcość temu co jest esencją człowieczeństwa. Potem już można z taką jednostką zrobić wszystko…… Ten mechanizm jest uniwersalnym i przerabianym w dziejach wielokrotnie:

1. Każdy Hutu powinien wiedzieć, że kobieta Tutsi, gdziekolwiek jest, pracuje dla interesów ludu Tutsi. Dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) poślubia kobietę Tutsi; b) przyjaźni się z kobietą Tutsi; c) zatrudnia kobietę Tutsi jako sekretarkę lub konkubinę.
2.Każdy Hutu powinien wiedzieć, że nasze córki Hutu są właściwsze i bardziej sumienne w zadaniach kobiety, żony i matki rodziny. Czyż nie są one piękne i szczere?
3.Kobiety Hutu, bądźcie czujne i starajcie się przeciągnąć swoich mężów, braci i synów na właściwą drogę.
4.Każdy Hutu powinien wiedzieć, że każdy Tutsi jest nieuczciwy w interesach. Jego jedynym celem jest władza dla jego ludu. Dlatego będzie uznany za zdrajcę każdy Hutu, który: a) zakłada spółkę z Tutsi; b) inwestuje swoje albo rządowe pieniądze w przedsięwzięcie Tutsi; c) pożycza pieniądze Tutsi albo pożycza od niego; d) sprzyja Tutsi w interesach.
5.Wszystkie strategiczne pozycje polityczne, administracyjne, ekonomiczne, wojskowe i policyjne powinny być w rękach Hutu.
6.Sektor edukacyjny musi być w większości Hutu.
7.Armia Rwandy powinna składać się wyłącznie z Hutu.
8.Hutu nie powinien dłużej litować się nad Tutsi.
9.Hutu, gdziekolwiek są, muszą działać zjednoczeni i solidarni i mieć na uwadze losy ich braci Hutu.
10.Wszyscy Hutu muszą być nauczani na każdym poziomie o Rewolucji Społecznej 1959, Referendum 1961 i Ideologii Hutu. Każdy Hutu musi wszędzie głosić tę wiedzę.

Co ten dekalog dziś nam Polkom i Polakom może przypominać ? O czymś informować ? Jakie skojarzenia przywoływać ? Zwłaszcza tym o lewicowych poglądach będących od niemal 3 dekad podmiotem takiej zbliżonej narracji i retoryki. Bo „przecież lewicy w Polsce mniej wolno” !!!!

Na zakończenie taka oto refleksja odniesiona do wolności słowa i roli mediów (czy szerzej – przestrzeni publicznej) w kontekście dramatów takich jak w Rwandzie, dawnej Jugosławii, Wenezueli, Ukrainie itd. Otóż podczas przewodów sądowych w ramach Międzynarodowego Trybunału Karnego ds. Ludobójstwa w Rwandzie padało kilkakrotnie zdanie ze strony obrony oskarżonych zbrodniarzy (będących też onegdaj pracownikami mediów), że jest wolność słowa, a media przecież „nie zabijają”. Tak to prawda, samo słowo, wolne (bez odpowiedzialności za to jakie przesłanie niesie i co może spowodować) nie zabija, nie prowadzi ręki uzbrojonej w kamień, palkę, nóż, maczetę czy karabin. Jest że tak powiem neutralne, agnostyczne, przeźroczyste. Stwarza jednak klimat, dehumanizując, stygmatyzując, wartościując tego INNEGO. Kiedy odziera go z człowieczeństwa, stawiając na równi np. ze zwierzęciem, wówczas kieruje tak rzucone słowo pośrednio tymi rękoma uzbrojonymi w wymienione przedmioty zadające uszkodzenia ciała, rany, kalectwo lub śmierć.
Taka była sentencja owych wyroków jakie spadły na ludzi mediów w Aruszy.


Glosa do klimatycznego Armagedonu
2019-07-09 14:12:55
Niemiecki filozof i kulturoznawca Peter Sloterdijk w jednej ze swych prac (>Kryształowy pałac<) napisał o Europejczykach, iż niebezpieczny podarunek Europy dany światu polega na tym, że to właśnie ona dostarczała kolejnych załóg niezbędnych do realizacji jej projektów kolonizacyjnych czy cywilizacyjnych, nie zanikł na skutek hamującego działania chrześcijańsko-mieszczańskiej tresury do posłuszeństwa. Ten stan rzeczy był (a może i jest po dziś dzień) podstawą świadomości, która utrzymywała się przez cały okres ekspansji. Świadomości w której także mieszczanom i chrześcijanom wolno było czynić wyjątki od własnych norm, o ile tylko pozwalały na to bądź wymagały tego okoliczności. I przyczyniały się do najszerzej pojętych zysków, korzyści, zdobyczy.

Wytępić całe to bydło
Tytuł książki szwedzkiego historyka
i dziennikarza Svena LINDQVISTA


Wszyscy jesteśmy Europejczykami. Ten okrzyk, to magiczne hasło niczym akt misteryjnych obrzędów brzmiało przed wyborami do PE niemal powszechnie. I jest nader często powtarzane przy każdej okazji, zwłaszcza w kontekście obecności Polski w UE. Ma być Unia czyli Europa, tęczowo-ultra liberalną z takimi paradygmatami jak wolność, demokracja, prawa człowieka lub narodowo-chrześcijańska, tradycyjna, wyłącznie strefą wolnego handlu. Jedynie szowiniści i nacjonaliści stronią od tego bon mottu: Europejczyk - choć i w ich przekazie znaleźć także można odnośniki do tego niepodważalnego zdawałoby się paradygmatu. Kultura chrześcijańska i związane z nią tzw. wartości, niczym mityczny Graal określać mają wyłącznie to co europejskie. Czyli cywilizowane, białe, patriarchalne, tradycjonalistyczne. Dziś to dotyczy także szczerych, liberalnych demokratów. Nad Wisłą i Odrą nie tyle chrześcijańsko-mieszczańska tresura, a raczej cień folwarku oraz pańszczyźniano-mesjanistycznych i patriarchalno-ziemiańskich rojeń kresowych mitów i legend o wielkiej Polsce sarmackiej niesionych na Wschód do azjatyckiej barbarii w postaci wiary i wartości typowych dla tamtej oligarchii magnacko-szlacheckiej stanowią to co pojmuje się za cloueuropejskości” .
Mit Europy, jej wizerunek jako uniwersalnego projektu polityczno-kulturowego, jego istota najpełniej się odczuwa podczas spoglądania na tron Karola Wielkiego w katedrze akwizgrańskiej. Były Prezes Europejskiego Banku Centralnego Jean Claude Trichet zwrócił onegdaj uwagę na mistykę tego miejsca i drogowskaz dla współczesnych, euro-technokratycznych elit brukselsko-strasburskich odnośnie traktowania idei zjednoczonej Europy. Ale tron Karola Wielkiego symbolizujący imperium tego Franka przywołany przez Tricheta jest pojęciową, historyczną i polityczną manipulacją. Próba odbudowy Cesarstwa Rzymskiego podjęta przez tego króla (potem cesarza), namaszczonego przez papieża Leona III, w wersji chrześcijańsko-germańskiego Imperium w zachodniej części Europy i traktowanie jej dziś jako logo UE, a tym samym - uniwersalizmu, postępu i rozwoju ludzkości - jest co najmniej niestosowna. Po pierwsze – rzymskie wpływy to linia Dunaju i Renu. Tak wielu badaczy i myślicieli traktuje to co zwie się bezpośrednią latynizacją sensu stricte. Po drugie – imperium Karola wyszło podbojami i misją chrystianizacji poza Ren, podbijając brutalnie i eksterminując opornych w swych tradycjach pogańskich plemiona Germanów i Słowian zamieszkujących na wschód od tej rzeki. Chrystianizacja Europy zachodniej i powiązanie germańskich mitologii sławiących przemoc i kult siły z judeochrześcijańskim mesjanizmem i nawracaniem dała w dziejach Starego Kontynentu, a potem świata, opłakane i tragiczne efekty. Bronisław Łagowski celnie stwierdził, że chrześcijanie wyparli rzymskie, pogańskie wierzenia za pomocą i w imię najwznioślejszych zasad moralnych jakie ktokolwiek głosił. Trzeba dodać, że ci Europejczycy, biali chrześcijanie jako pierwsi w historii naszego gatunku podbój, agresję i niszczenie innych kultur podparli kultem miłosiernego Boga, religii miłości i szerzeniem ogólnoludzkiego uniwersalizmu. Ta kultura i jej wartości miały być (i po dziś dzień są tak prezentowane przez Europejczyków) najlepsze, najwznioślejsze oraz absolutnie uniwersalne.
W tej perspektywie to kim jest ów Europejczyk - do którego to pojęcia i związanego z nim systemu wartości wielu moich Rodaków tak ochoczo i bezrefleksyjnie chce się zapisać – decyduje parabola łącząca Akwizgran i Brukselę, gdzie przed Parlamentem Europejskim stoi …… pomnik króla Leopolda II. Tron Karola Wielkiego i pomnik bodajże chyba największego zbrodniarza epoki kolonialnej, czasów które pomnożyły niepomiernie dobrobyt „białych Europejczyków”, to jest w znacznym stopniu esencja tego co wypełnia pojęcia Europy i jej dokonań. Te czasy, poczynając od Karola Wielkiego przez krzyżowe wyprawy, kolonizację świata z ludobójstwem w Kongu Leopolda – na końcu tego procesu są dwie wojny światowe jakie Europa zafundowała ludzkości - jednocześnie zepchnęły resztę ziemskiej populacji w niebyt upodlenia, nędzy i poddaństwa. W których często ludność tych regionów tkwi po dziś dzień, a warunki w jakich żyją miliardy ludzi są echem kolonializmu, imperializmu Zachodu i eksploatacji w imię zysków, stanowiących clou gospodarki rynkowej.
I nawet Oświecenie, które w narracji jego twórców i filozofów-założycieli miało nieść wolność, swobody, godność i pełnię życia wszystkim ludziom, całej planecie zostało spacyfikowane przez ten europejsko-chrześcijański mesjanizm. Te idee i głoszone prawdy o wolności, godności człowieka od politycznej praktyki dzieliła i dzieli cieniutka granica. Najlepiej to widać na przykładach Tomasza Jeffersona i Jacquesa Billaud-Varenne’a („oświeceniowcy” z teorii i praktyki, a zarazem posiadacze niewolników).
W tej grożącej nam inwazji klimatycznych uciekinierów i emigrantów nie wolno zapominać o konsumpcji napędzającej model neoliberalnej gospodarki jaką preferują za pomocą mediów mainstream i „wielcy tego świata” od kilku dekad. Jej przyczyny również leżą w dekadach rabunkowej eksploatacji bogactw Ziemi przez „białego człowieka” kolonizującego pozaeuropejskie kultury i cywilizacje. I jeśli nie zmieni się podstawowy paradygmat kapitalistycznego gospodarowania – opisany przez Karola Marksa – gdzie naczelną zasadą pozostaje zawsze zysk (dziś to zysk natychmiastowy gdyż czekanie 50- 100 lat na efekty jest przejawem niezrozumienia „ducha czasów” narzuconych przez neoliberalne dogmaty) - nic nas nie uchroni przed zagładą. Historia Ziemi daje mnóstwo przykładów eliminacji tych gatunków, które nie były zdolne przystosować się do zmiennych warunków. Dzieje Majów, kilku kultur przed-inkaskich z Ameryki Łacińskiej, ludu Rapa Nui (Wyspa Wielkanocna), Mohendżo Daro z Indii itd. także o tym dobitnie zaświadczają. Homo sapiens wytępił u zarania swej ekspansji inne podgatunki ludzkie – neandertalczyka, homo floresiensis czy denisowian. „Biali ludzie” podczas kolonizowania innych kontynentów wytracił całkowicie m.in. Guanczów (W-y Kanaryjskie) czy lud Pallawah (Tasmania). Aborygenów w Australii czy Indian w Ameryce, Inuitów na Dalekiej Północy sprowadzili do ludzkiego „rodzaju endemicznego”. Dziś stajemy przed unicestwieniem siebie samych z racji niepohamowanej żądzy zysku, podboju oraz ciągłej, niepohamowanej ekspansji. Dochodzi do tego rozbuchana konsumpcja i żądza posiadania kolejnych coraz to bardziej wyrafinowanych dóbr przez nieliczną warstwę ludzi z tzw. elit. I permanentne pomnażanie mitycznego kapitału.
W 1994 r. ówczesny premier Kanady Stephen Harper kajając się przed obywatelami Kanady nie europejskiego pochodzenia, autentycznymi Amerykanami z urodzenia i tożsamości, miał powiedzieć: „Od końca XIX wieku do 1969 roku ponad 150 tys. dzieci odebrano rodzicom i umieszczono w przy-zakonnych sierocińcach gdzie poddawane były psychicznej i seksualnej przemocy”. W Australii, tej enklawie cywilizacji „białego człowieka” na Antypodach do owych praktyk dodawano przymusową sterylizację bądź kastracje dzieci aborygeńskich tak aby nie było przyrostu naturalnego wśród rdzennej ludności.
Wielu autorów wywodzi nazistowską hekatombę XX wieku właśnie z tych europejskich, imperialistycznych i post-judeochrześcijańskich wartości. Holocaust nie był anomalią obcą tej cywilizacji. Odwrotnie, takie fakty oraz wydarzenia są jej immanencją, a Holocaust stał się zwieńczeniem procesów zaczynających się pewnie „u tronu Karola Wielkiego”. Dziedzictwa i dokonania Karola oraz Leopolda zamykają klamrą określoną, sporą część europejskich białych tzw. wartości, tradycji, praktyk. Tu mieszczą się np. zdobycie Jerozolimy w 1099 r. przez pierwszą wyprawę krzyżową, rzeź Konstantynopola w 1204, Armagedon uczyniony autochtonom w Nowym Świecie zarówno przez katolików jak i protestantów, kolonizacja Azji, Australii czy Afryki, powstania Sipajów w Indiach czy Bokserów w Chinach, podbój dzisiejszej Namibii przez Niemców (pacyfikacja Namów i Herero przez wojska von Trothy) i dziesiątki, setki podobnych wydarzeń. Handel niewolnikami i te 20-30 mln (?) ludzi wywiezionych z Czarnego Lądu do Nowego Świata gdy do miejsca przeznaczenia docierała tylko 50-60 % tych nieszczęśników - to kolejne tragiczne epizody przyczyniające się do dewastacji i degradacji tych obszarów z których dziś nadejdą dziesiątki, a może i setki milionów, uchodźców i imigrantów. Proces ten zapewne wyglądał będzie podobnie jak inwazja plemion germańskich na Imperium Romanum poczynając od II wieku n.e. I trwał będzie pewnie równie długo przynosząc analogiczne, tragiczne często, skutki.
Na zakończenie takich rozważań warto jedynie przywołać fragment wystąpienia Bertranda Russella niedługo po tragedii w Hiroszimie i Nagasaki (wydźwięk tych słów jest uniwersalny i pozostaje cały czas niezwykle aktualnym): „Zwracamy się do was jako ludzie do ludzi. Pamiętajcie o swoim człowieczeństwie i zapomnijcie o wszystkim innym. Jeśli zdołacie - to otworzycie drogę ku nowemu społeczeństwu. Jeśli wam się to nie uda, staniecie wobec ryzyka powszechnej zagłady”.
I to jest też inna perspektywa na dramatyczny kryzys przed jakim stoją Europa i cywilizacja "białego człowieka". Czy Europejczyk podzieli los neandertalczyka, człowieka z jaskini Denisowa, potem – Guanczów i Celtów zależy już nie tylko od jego dobrych chęci, sążnistych projektów, niekończących się konferencji i medialnych sprawozdań podawanych w dramatycznym tonie. Muszą zmienić się od zaraz paradygmaty i całość organizacji naszego globalnego życia. I przede wszystkim – myślenia o takich rudymentach jak kapitał, zysk, wartość dodatkowa, konsumpcja, podatki, inwestycje itd.



Mitologia 4 czerwca
2019-06-06 06:52:33
Czyś nagle potracił kolana
Czyś snem pomiażdżył swe nogi
Po coś mnie brał na barana
By zgubić drogę w pół drogi
.
Bolesław LEŚMIAN („Garbus”)


Mit jest to specyficznie podawana wykładnia dziejów czy układów społecznych, oparta najczęściej na chwytliwej formule, iż jest ona jedyną i wyłącznie prawdziwą. Mit określa tym samym świadomość społeczną w sposób natrętny, demoniczny i często karykaturalny. Czyli – irracjonalny, nie rzeczywisty bo najczęściej przedstawia historię, politykę, stosunki społeczne, kulturowe oraz związane z nimi religię, moralność, estetykę, zagadnienia z dziedziny idei czy filozofii politycznej jako powstałe same z siebie bądź w wyniku ingerencji sił nadprzyrodzonych, boskich, transcendentalnych. I procesy te dotyczą wszystkich kultur, społeczności, wspólnot bądź narodów. Prowadzi to do uznania mitu – kiedy do takiego sposobu prowadzenia polityki stosują się elity rządzące – za głos opinii publicznej, powszechnie obowiązujące normy, chwalebne zasady czy rzeczy i pojęcia wrodzone. Kiedy w polityce uznaje się mit za siłę sprawczą, założycielską, rudymentarną - a tym samym narracja objaśniająca początki danego ruchu, zjawiska czy zdarzenia tłumaczy ukształtowanie się danej rzeczywistości w sposób mityczny, nie logiczny i ahistoryczny – to siła inercji, serwilizmu i koniunkturalizmu wiedzie wspomniane elity do tragicznego końca. Trwanie i brnięcie coraz głębiej w odmęty mitologii i wymyślanie coraz bardziej abstrakcyjnych argumentów musi być po prostu aksjomatem tak rozumianej polityki. Narodziny mitu spowodowane są zawsze konkretnymi okolicznościami historycznymi. Jest to opowieść nie o rzeczywistych procesach społecznych i tzw. długim trwaniu ale narracja wypaczająca zazwyczaj bieg historii. To wynika zarówno z utylitaryzmu demokracji liberalno-parlamentarnej (wygranie wyborów obojętnie w jaki sposób) jak i z potrzeby przedstawienia ludowi jego heroiczności. Mityczni bohaterowie – z którymi ów lud ma się utożsamiać - muszą przejść wiele ciężkich prób, w czasie których wykazują się cechami o charakterze nadprzyrodzonym, a ich przeznaczenie kiedy nie są postaciami nadprzyrodzonymi, jest jakąś formą apoteozy i sakralizacji. Wiąże się to zawsze z kultem, który przeważnie czerpie natchnienie z obrzędowości religijnych. Przedstawiciele owych elity oczywiście stawiając siebie w roli wspomnianych herosów czy półbogów przyjmują hołdy i uwielbienie ze strony swoich wyznawców i akolitów co łechce ich próżności, ale przede wszystkim przynosi określone wyborcze koneksje. Utwierdza ich również w dalszej hodowli i pielęgnacji mitu założycielskiego.
Dzień 4.06.1989 jest przykładem właśnie na takie działania. Nie dość, że w tym czasie choć 10 lat wcześniej, trwała pierwsza pielgrzymka papieża Wojtyły do Polski, to jeszcze wybory odbyte tegoż dnia stały się – podobnie jak owa wizyta Jana Pawła – mitem oraz fantazmatem powszechnie i nachalnie wciskanym od tamtego czasu przez najszerzej pojęty mainstream polskiemu ludowi. Nadwiślanemu odbiorcy medialnej papki przez korporacyjne komunikatory.
To tego dnia aktorka, celebrytka, osoba publiczna (choć nie mająca z polityką i zagadnieniami społecznymi wiele do czynienia oprócz scenicznych czy filmowych prezentacji) Joanna Szczepkowska zakomunikowała, iż 4 czerwca 1989 roku skończył się w Polsce komunizm. Banalność i fikcja tak sformułowanej tezy (zakomunikowanej w publicznej TV), która stała się później głównym filarem inicjacyjnym III RP, zawsze raziła swoim mesjanizmem, irracjonalnością i iluminacyjnym sposobem widzeniem historii. I nie chodzi o to, że de facto Polska Ludowa nigdy nie była państwem komunistycznym (może tylko w jakiejś mierze początkowe lat 50-te mieszczą się w tej klasyfikacji). Przede wszystkim chodzi o zastosowanie mitologicznej i scenicznej formy ekspresji. Ów kolejny mit rzucił złowieszczy, stygmatyzujący wszystko co inne – jak chcą solidarnościowe i post-solidarnościowe elity – cień na ponoć nową, po „czarnej dziurze” PRL-u, Polskę. Odrzucono tym samym ciągłość, immanencję i uniwersalność procesów społecznych w polityce, edukacji, medialnej narracji, dialogu władzy ze społeczeństwem i jego różnymi grupami tworzącymi wspólnotę narodową.
Dziś gdy rzeczywistość skrzeczy – choć przecież zwycięża tak czy tak ekipa utożsamiająca się z ideami mitycznej "Solidarności” (PO i PiS to klony tej formacji gdyż przecież jeszcze nie tak dawno tworzyły wspólny alians polityczny zwany AWS-em) - pani Joanna jest zasmucona. Bo w konfrontacji z tym szlagwortem jaki wypowiedziała przed 30 laty jest niczym Cruella De Mon z bajki o „101 dalmatyńczykach”. I dotyczy to całej post-solidarnościowej elity.
Bo ten jej smutek jest wizerunkiem całej elity trzymającej władzę realną i tzw. „rząd dusz i umysłów” przez ostatnie 30 lat, jej frustracji, zagubienia czy dezintegracji mentalnej. Nie wiedzą co się dzieje, dlaczego mit który tworzyli tak ochoczo i precyzyjnie dziś się wali i zamienia w popiół. Co się stało, iż nabożna cześć i irracjonalna wiara w dziejową misję oraz postęp przypisywana wyłącznie pannie „S” dziś ma brunatne podniebienie ONR-owca, antysemicką retorykę „prawdziwego Polaka”, łysy kark kibola, pedofila w sutannie, inkwizytora z IPN-u, grożący paluszek czołowego polityka opozycji (ostrzegającego wszystkich inaczej myślących i nie podzielających jego opcji politycznej), mentorstwo i pogardę dla INNYCH topowego dziennikarza przedstawianego do niedawna jaki metr z Sevres sztuki zwanej żurnalistyką ? To jest właśnie irracjonalizm patrzenia na dzieje kraju i ludzi, na problemy „szarego człowieka”, iluminatorstwo w opisie procesów społecznych oraz apologetyczno-hagiograficzne (w formie antycznych żywotów świętych Kościoła) pojmowanie historii. A poza tym – zero-jedynkowy sposób opisywania świata i ludzi.
To co dziś pisze Joanna Szczepkowska w trzy dekady po 4.06.1989 roku jest znamienne dla tzw. środowisk demo-liberalnych w naszym kraju. Tych resztówek po idealistycznej wizji panny „S”, po Unii Wolności i pozostałości po niesłychanie wpływowym i totalnie dominującym we wszystkich niemal sferach życia publicznego środowisku Gazety Wyborczej (z lat 90-tych i początków XXI wieku). Ubolewanie jak to PiS - oczywiście słuszne lecz za Arystotelesem warto tym koteriom i Pani Joannie przypomnieć, że nie poznamy nigdy prawdy nie zgłębiając przyczyn – niszczy wolność, demokrację, jak depce pluralizm itd. jest zupełnie nietwórcze, razi krótkowzrocznością i schematyzmem, by nie rzec hipokryzją. Brakiem pamięci o dokonaniach swoich liderów w czasach kiedy niepodzielnie, właśnie dzięki mitologicznemu oraz fantazmatycznemu przekazowi kształtowali świadomość ludu i panowali nad Wisłą, Odrą i Bugiem. Nie kto inny jak prominentna przedstawicielka środowiska GazWybu w 2001 napisała, że „lewicy w Polsce mniej wolno”. Mimo wyborczego mandatu. Czy to nie był klasyczny przykład pogardy i wartościowania kanonów demokracji kiedy jej efekty nie układają się według oczekiwań elit i czym to się różniło, od współczesnego, pisowskiego „gorszego sortu” ? Totalitaryzm jaki przypisuje się Polsce Ludowej tak namiętnie zwalczany przez te środowiska i co od 30 lat się eksponuje, niezależnie od politycznie i kulturowo przyjętych symboliki i sztandarów, pojawił się w formie autorytarnej retoryki i narracji (a co za tym idzie i praktyki) gdy rządzącym wydało się, że wszystko jest możliwe. Tu, teraz, zaraz. Że posiedli absolutną prawdę na interpretację rzeczywistości; tej minionej, aktualnej i tej przyszłej.
Wszyscy ludzie panny „S” byli w tym przekazie niczym wspomniani herosi i półbogowie z mitologii greckiej. W NSZZ „S” wszyscy byli zawsze piękni, sumienni, oddani idei (a nie swoim utylitarnym, prywatnym interesom), kierowali się zawsze dobrem Ojczyzny i na cokołach stawiali wolność, demokrację i „gospodarkę rynkową” (choć zmarły niedawno jeden z autentycznych herosów tego ruchu – Karol Modzelewski – w jednym z wywiadów powiedział, iż „za kapitalizm by w więzieniu PRL-owskim ani godziny nie siedział” – gdyby wiedział ……). Jednoznacznie źli, oszukańczy, sprzedajni byli zawsze mityczni komuniści i post-komuniści, członkowie PZPR i ludzie zsowietyzowani czyli homo sovieticus. Tak, taka narracja była nagminną. Dziś gdy PiS stygmatyzuje w taki sam sposób, używając analogicznych metod, piętnując owe środowiska mianem lewactwa, gorszego sortu, a miejsca które one zajmują są dla rządzących placówkami gdzie stało ZOMO demo-liberałowie się dziwią, są oburzeni i zszokowani. Demitologizacja jest zawsze procesem bolesnym.
Po 30 latach niektórzy bohaterowie "Solidarności” z tamtych czasów – m.in. Bujak, Celiński, Janas – przypominają sobie i dzielą się z Polkami i Polakami tymi wspomnieniami, że jednak nurt klerykalno-tradycjonalistyczny, z elementami antysemickim i czarnosecinnymi był silnie obecny w strukturach Związku. Tylko czemu o tym milczano wcześniej kreśląc mit szlachetnej, jednolitej niczym skała, wzniosłej i czcigodnej "Solidarności” ?
Matka Joanna od końca komunizmu w Polsce oburza się dziś, iż można wyrzucać na bruk cały zespól teatralny kiedy przychodzi nowy Dyrektor (działo się tak już – ale po cichu i zblatowane z elitami polityczno-kulturowymi media milczały – podczas poprzednich rządów, politycznych i mitologicznych kompanów pani Joanny). Pisze w Rzeczpospolitej (z 3.06.2019, [w]: „Dwie ściany”): „Jesteś artystą, to się tułaj. Dyrektor teatru ma rządzić krótko a potem zespół tworzy od nowa nowy dyrektor. Publiczność i jej gusta nie mają nic do gadania, bo teatr nie jest produktem, widz nie jest klientem. Nie zgadzasz się z tym? Idź w mohery, bo tam twoje miejsce”.
Dziwne, że nie widziała Matka Joanna od końca komunizmu w Polsce dematerializowanych z dnia na dzień zakładów pracy oraz śmierci całych miast i miasteczek, których ład, struktura i życie skoncentrowane było wokół jedynego w danym rejonie, likwidowanego zakładu pracy, poniewierki i nędzy obszarów popegeerowskich, degrengolady poza wielkomiejskich centrów. Mit Balcerowicza i parasola "Solidarności" nad reformami, nad przywracaniem w Polsce wilczego, manchesterskiego kapitalizmu niczym kurtyna w teatrze oddzielił Szczepkowską i jej mentalnych komilitonów od realnej, przyziemnej, codziennej rzeczywistości.
Ta mentalność bezwzględnego triumfu i mitologia legły u podstaw uprawianej cały czas przez te trzy dekady mitycznej pedagogiki narodowej w konserwatywnym i religianckim sosie. W stylu mentorskim, paternalistycznym, apodyktycznym i arbitralnym. I ta mitologia nadal odgradza ów mainstream i jego polityczną reprezentację od racjonalnego i logicznego spojrzenia na to co się wydarzyło do tej pory i na co się zanosi w naszym kraju.



Święta wielkanocne i symbole
2019-05-04 06:43:15
Tydzień przed świętami wielkanocnymi zaserwował nam wszystkim dramatyczne i przygnębiające obrazy płonącej katedry Notre Dame w Paryżu. Zniszczeniu uległ jeden z największych zabytków europejskiej i światowej kultury. I jest to starta niepowetowana dla wszystkich, bez względu na przekonania religijne, wrażliwość estetyczną, poglądy polityczne. To wartość sama w sobie i sama dla siebie.

Demon to istota bogopodobna, spełniająca
funkcje pośrednie między światem boskim,
nadzmysłowym, a światem ludzkim.

MITOLOGIA ŚLĄSKA (Barbara i Adam PODGÓRSCY)

Na kanwie tej tragedii polskie demony medialne ujawniły się w całej pokracznej, faryzejskiej postaci. Ich zdaniem ten pożar to wynik zatrudnienia muzułmanów do prac remontowych prowadzonych w katedrze (islamofobia), palec boży (czyli Bóg jako bezpośredni demiurg wszystkich czynów ludzkich na Ziemi, niczym nie różniący się od czczonych przez wieki tysięcy Baalów, Zeusów, Manitou, Krisznów, Ormuzdów, Arymanów, Torów, Swarożyców itd. czyli synonim pogaństwa tak ochoczo atakowanego przez chrześcijaństwo), symbol i powód do nawrócenia (prozelityzm).
Głos tak słyszany pochodzi m.in. od dyżurnych kato-talibów: Tomasza Terlikowskiego, Magdaleny Ogórek, Bartosza Kownackiego (to ten, co anonsował, iż to Polacy uczyli jeść Francuzów widelcem), Rafała Ziemkiewicza, Jacka Bartyzela itp.
Terlikowski: „Znaki są do tego, żeby je odczytywać. Płonie katedra Notre Dame w Paryżu. Płonie Kościół, płonie Europa. Czas zmierzchu. Jeśli się nie nawrócimy spłoniemy wszyscy”.
Ogórek: „Pod posadzką korona cierniowa Chrystusa. Za 4 dni Wielki Piątek. Woda już na pewno zalała skarbiec, gdzie spoczywa relikwia. Za to za rok na pewno w okolicy przybędzie nowy meczety. Siedzę przez TV zdruzgotana”.
Bartyzel: „Jeśli nie jest to celowe podpalenie - co mocno prawdopodobne (dopiero co podpalono przecież drzwi do Saint-Sulpice), bo Mordor coraz wścieklej atakuje - to znaczy, że jest znak od Boga, kara Boża za grzech apostazji współczesnego Zachodu na czele z dawną najstarszą córką Kościoła. Boże bądź miłościw nam, grzesznym!”.
Na pewno przyczyny pożaru tkwią wedle wylewających się z sieci i mediów potoku przypuszczeń, oskarżeń, przepowiedni oraz sugestii, w laicyzacji, desakralizacji przestrzeni nie tylko publicznej, ale i całego życia współczesnych Europejczyków, odejściu od tradycji itd. A Francja jest tego najlepszym dla owych religiantów i tradycjonalistów przykładem. No i oczywiście na pewno imigracja ludzi o innym kolorze skóry, innej kulturze, innej religii. Islamofobia podszyta, ale i kryjąca uprzedzenia natury klasowej, kulturowej i religijnej, zakorzenionymi w świadomości fobiami. Także polskim paternalizmem, nadwiślańską wsobnością, pogardą dla „inności”.
Nie ma sensu czekać na wyniki śledztwa i wyjaśnienia źródeł dramatu przez stosowne organy państwa. Medialni mesjasze i kaznodzieje już ludowi powiedzieli jak było, jakie były przyczyny i kto jest winny tej katastrofy.
W ogólnym szumie komentarzy – wycinkowo tylko tu przytoczonych - umyka fragment wypowiedzi Piotra Glińskiego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego przypominający rozmowę odbytą z proboszczem paryskiej katedry: „Sześć miesięcy temu miałem bardzo smutną rozmowę z proboszczem Katedry Notre Dame. Brak środków na remonty”.
Tanie państwo, organizowane według kapitalistyczno-neoliberalnego sznytu, stosujące masowo outsourcing, re-engineering, minimalizujące koszty, a maksymalizujące zyski to przecież esencja współczesnego świata za jakim tak ochoczo głosowano 4.06.1989 roku czyli za restytucją kapitalistycznych stosunków społecznych. Więc skąd to dzisiejsze zdziwienie ? Państwo mające funkcjonować wedle zasad myślenia pp. Morawieckich, Tusków, Bieleckich, Gwiazdowskich, Balcerowiczów, Hausnerów, Mordasiewiczów, Jakubiaków etc. winno być wyłącznie nocnym stróżem prywatnej własności. Taką formę uprawiania polityki najlepiej charakteryzował Tadeusz Syryjczyk (minister w rządzie Tadeusza Mazowieckiego) i jego wypowiedź mówiąca, że najlepszą polityką gospodarczą to jest brak polityki gdyż niewidzialna ręka rynku rozwiąże sama te problemy. Wszyscy oni takie myślenie zaczerpnęli od światowych guru i teoretyków współczesnej neoliberalnej doktryny funkcjonowania wspólnot, społeczeństw, państw, świata itd. To pogrobowcy polityczni szkoły made in Chicago Boy’s oraz konfratrzy polityków w rodzaju Reagana i Thatcher. Dziś to Macron, Trump, Bolsonaro, brukselska technokracja, ale też efekt cieni rzucanych przez Wall Street, City, świat finansów oraz trans-narodowych i globalnych korporacji.
Bo po pierwsze: system hegemonii kapitału nad pracą i tzw. pracodawców nad pracownikami najemnymi działając zgodnie z zasadami charakterystycznymi dla figury tzw. homo oeconomicus musi generować przede wszystkim zyski. Na tej zasadzie właśnie zatrudnia się ludzi „na czarno”, na tzw. „śmieciówkach”, bez zabezpieczeń społeczno-socjalnych różnego rodzaju (obniżając przez to koszty pracy, podstawowy czynnik generujący wydatki). Na tej zasadzie - dumping – pracują na Zachodzie Europy tysiące emigrantów (w tym tysiące Polek i Polaków) z tzw. „nowych krajów Unii”. Ale też i przybysze z krajów spoza Europy. Również tak atakowani wyznawcy Proroka Mahometa.
Dwa: niedofinansowanie służb publicznych (poza policją co widać od ponad 20 tygodni na ulicach wszystkich miast francuskich) – straż pożarna jest jednym z elementów funkcjonowania państwa – wiąże się ze wspomnianym wcześniej cięciem kosztów przekładającym się na ograniczeniach liczby etatów oraz oszczędnościach w nakładach na nowy sprzęt.
Trzy: zaniedbania i niechlujstwo przy wykonywaniu prac remontowych wiążą się nie tylko z zatrudnieniem ludzi o innym kolorze skóry i wyznania – jak sugerują domorośli i niezwykle liczni komentatorzy znad Wisły powodowani islamofobią – którzy ponoć nie mają europejskiego, „biało-skórnego” poczucia obowiązkowości i solidności. Te cechy posiadają tylko zachodni Europejczycy, chrześcijanie, etosowo przywiązani do wspomnianych wartości. Zapomina się nad Odrą i Wisłą, że niechlujność, brak solidności, ale także partactwo, powszechną abnegację, niedbałość w stosowaniu się do obowiązujących przepisów i prawa charakteryzuje też wielu …… naszych rodaków pracujących za granicą (nie mówiąc już o polskich warunkach). I tak ich postrzega nader często tamtejsza opinia publiczna.
Więc polscy islamofobi – może ciszej nad tą trumną. Zarówno z wydawaniem wyroków jak i ze wskazywaniem winnych.

Senator i porządkowanie Polski
2019-04-12 07:53:59
Katolicyzm i narodowy socjalizm mają
wiele wspólnego i ręka w rękę pracują
dla polepszenia świata.

ks. Jozef TISO

Grzegorz Michał Bierecki (rocznik 1963) – polski działacz spółdzielczy, przedsiębiorca i polityk bliski PiS-owi, współtwórca spółdzielczych kas oszczędnościowo-kredytowych w Polsce, przewodniczący Światowej Rady Związków Kredytowych, senator VIII i IX kadencji. Jest również jednym z fundatorów i współzałożycieli zarejestrowanej w 2012 fundacji Polski Instytut Katolicki „Sursum Corda” w Gdańsku, której jednym z głównych celów statutowych jest tworzenie doktryny prawnej, mającej służyć obronie uczuć religijnych oraz dobrego imienia chrześcijan.
Podczas obchodów w Białej Podlaskiej 9 rocznicy katastrofy w Smoleńsku senator RP Grzegorz Bierecki był łaskaw stwierdzić, że Prawo i Sprawiedliwość nie ustanie w wysiłkach, póki „nie doprowadzi do pełnego oczyszczenia Polski z ludzi, którzy nie są godni należeć do naszej wspólnoty narodowej”. Sens tej wypowiedzi jest jawnie faszystowski, będąc jednocześnie klasyczną mową nienawiści, zapowiedzią rozprawy fizycznej z tymi, których władza uzna za wyrzutków, odpady, insekty i elementy szkodliwe dla zdrowego pnia polskości (definiowanej wedle prawicowo- religianckiego mniemania rządzących elit). Słowa te zszokowały nawet Joachima Brudzińskiego, partyjnego komilitona Biereckiego, również nie przebierającego w dyplomatycznych wypowiedziach, aktualnego Ministra Spraw Wewnętrznych w rządzie Zjednoczonej Prawicy. Mityczne mniemanie większości polskich obywateli, że godność polityka i senatora do czegoś zobowiązuje, że demokracja jako system społeczno-polityczny jest rodzajem Edenu i powszechnej szczęśliwości, racjonalności i mądrości – zresztą jak wiele innych fantasmagorii zalegających w nadwiślańskiej mentalności – po raz kolejny legła w gruzach.
Jak Polak z Polakiem - to hasło towarzyszy nam od powstania idei „Solidarności”. Powtarzali je zarówno twórcy tego ruchu – Lech Wałęsa i cała ówczesna Komisja Krajowa tego Związku Zawodowego – jak i partyjni przywódcy kraju czynnie zaangażowani w podpisywanie porozumień sierpniowych (Stanisław Ciosek, Stanisław Kociołek, Mieczysław Jagielski), a także hierarchowie Kościoła i duchowni (kard. Stefan Wyszyński, kard. Józef Glemp czy ks. Tischner). Tym co nadal tak uważają, co sądzą iż nadwiślańska zbiorowość jest wolna od przemocy i agresji, że nie możemy się nawzajem mordować (z racji bogobojności, religijnego uwielbienia Maryi i roli nauki Kościoła w polskiej kulturze) trzeba przypomnieć takie tylko fakty jak: zabójstwo Gabriela Narutowicza, pogromy w Pińsku i Wilno (tuż po I wojnie światowej) bądź w Przytyku (1936), Jedwabne, getto ławkowe getto i numerus clausus. Tu mieszczą się również ataki na obywateli państwa polskiego przez tzw. prawdziwych Polaków w postaci oblewania naftą produktów i bicie ich za to, iż zakupów dokonywali w sklepach żydowskich. M.in. w latach 30. policja z trudem powstrzymała dokonanie pogromu w Radziłowie. Nierzadko się zdarzało, iż na lekcjach religii dzieciom kazano trzymać bułkę w zębach przez całą lekcję jako karę za jej kupno w piekarni prowadzonej przez obywatela Polski pochodzenia żydowskiego. Bojkot Żydów i wszystkiego co z nimi związane uzasadniano ich zbiorową odpowiedzialnością za śmierć Jezusa. Efekty takiej propagandy i powszechnej narracji w życiu publicznym znajduje się masowo w świadectwach opisujących lata 1919-39/40. Przypominam - dotyczyły te wszystkie haniebne czyny obywateli polskich, jakich doznawali z rąk Polaków, tych prawdziwych, katolików.
Bardziej odległa historia naszego kraju to np. 13.07.1666. i Mątwy, gdzie podczas rokoszu Zebrzydowskiego polska szlachta wzajemnie się wyżynała i kiedy Polak-katolik mordował okrutnie Polaka-katolika. Co proponuje Pan Senator RP ? Może tradycję i praktykę idącą śladem Ernsta Röhma, założyciela i długoletniego dowódcy oddziałów szturmowych - czyli bojówek partyjnych zwanych "Sturmabteilung" (SA), tzw. brunatne koszule - utworzonych w Niemczech w 1920 jako ochrona zgromadzeń partyjnych. Stały się one masową, partyjną organizacją wojskową i głównym realizatorem terroru niemieckiej partii nazistowskiej w walce z sympatykami innych ugrupowań politycznych (głównie komunistami oraz mniejszościami narodowymi i seksualnymi). Taki klimat jest zawsze dobrym nawozem dla tendencji nietolerancyjnych, agresywnych, nienawistnych. Prowokującym przemoc i zamachy. SA wyrosły z atmosfery szczucia i nienawiści tworzonej przez polityków rządzących Republiką Weimarską a wywodzących się z SPD (prezydentem był też socjaldemokrata Friedrich Ebert). Stąd wziął się min. polityczny mord na Róży Luksemburg, Karlu Liebknechcie i Leonie Jogichesie. Egzemplifikacją takiej też aury w życiu publicznym owocującej podobnymi w intencjach enuncjacjami i zapowiedziami były zawsze płonące krzyże anonsujące akcje Ku Klux Klanu (ponownie zaczyna się ten ruch odradzać masowo w USA).
A może Panu Senatorowi śni się sytuacja z Ameryki Łacińskiej gdzie w latach 1960-1990 szalały na masową skalę sponsorowane przez Waszyngton tzw. szwadrony śmierci ? Koszmary, jakie miały wtedy tam miejsce, brutalność, skala tortur i liczby zabójstw są nieporównywalne z tym co działo się wówczas w Europie Wschodniej, a co dziś rządzący w Polsce post-solidarnościowe elity tak heroizują, budując na tym swą mityczną historię i opisując nierzeczywiste dzieje Polski Ludowej oraz swoją walkę z tzw. komuną. Pinochet i Chile, Meza i Boliwia, Montt i Gwatemala, Videla i Argentyna, Castelo-Branco i Brazylia, Bordaberry i Urugwaj, Stroessner i Paragwaj. Tak można wymieniać większość krajów latynoamerykańskich (oprócz socjalistycznej Kuby i Meksyku) gdzie operacja" Kondor" zbierała obfite, krwawe żniwo. I wszyscy ci dyktatorzy, członkowie paramilitarnych bojówek i szwadronów śmierci klasyfikowali się jako pobożni i pokorni synowie kościoła katolickiego, uczęszczali na msze, przystępowali do spowiedzi, otrzymywali rozgrzeszenia, przyjmowali komunię.
Fala oburzenia jaka wezbrała po tej enuncjacji senatora Biereckiego wymusiła na nim wyrazy ubolewania i tłumaczenie, iż został on źle zrozumiany, a jego słowa niewłaściwie i tendencyjnie zinterpretowane. Odnosząc się do sugestii, że jakoby chce dokonywać jakichś czystek oświadczył: „Oczywista bzdura. Słowa wyjęte z kontekstu. Zwracam uwagę, że nikt z obecnych na uroczystościach tak tego nie odebrał. Dopiero wyrwane z całości przemówienia i spreparowane przez media słowa nabierają takiego wydźwięku". Partyjni towarzysze senatora dziś już też bronią kolegi. „Ta wypowiedź to głupstwo. Senator, który nie jest w kierownictwie partii, palnął coś i każdy wie, że nie jest to linia PiS. To nie są mądre słowa, powinien się z nich wycofać” – tak skomentowała posłanka PiS Joanna Lichocka w programie TIŁT enuncjacje Biereckiego.
W moim wpisie nie ma zarzutów dot. linii partii. Staram się tylko pokazać do czego takie wypowiedzi, tworzące określony klimat i przyzwolenie na określone działania podburzonych, emocjonalnie ukierunkowanych tłumów czy bojówek – nie wchodzę w intencje, aksjologię które kierowały autorem wypowiadającym takie słowa czy jego zamierzenia wywołania np. szoku bądź refleksji – w różnych częściach świata, w różnych epokach i kontekstach kulturowo-politycznych mogą doprowadzać. I nie interesują mnie wiara, zamiary autora i jego aktualne zapewnienia. Będąc politykiem mającym aspiracje i wymagania co do powagi i uszanowania sprawowanego mandatu trzeba wiedzieć co się mówi (i przewidywać ewentualne skutki tych wypowiedzi), a nie mówić co się wie (lub że wydaje, iż się coś wie).

Krótki splin o demokracji i wolności
2019-03-19 10:45:45
Polskę szlachecką zniszczyła szlachta,
burżuazyjną zniszczyła burżuazja. Polskę
Ludową zniszczą robotnicy. Żadna z klas
rządzących Polską w różnych okresach
nie dorosła do swej roli.

Władysław GOMUŁKA

W polskiej demokracji dzieje się tak, że lewica może być programowo nie-lewicowa i antyoświeceniowa, partia chadecka – niby w zachodnioeuropejskim stylu – prezentuje program ugrupowania ultraprawicowego, zaś prawica (a w zasadzie – hiper-prawica) zapewniająca o miłości do ustroju demokratycznego ociera się o poglądy bliskie faszyzmowi. I wszyscy wolnością, jednym z najważniejszych (choć nie jedynym i nie absolutnym) elementem demokracji i zdobyczą człowieka XXI wieku, wycierają sobie usta. Trwa to już 30 lat czyli przez cały czas trwania tzw. transformacji ustrojowej. Róża Luksemburg zauważyła ([w]: >O rewolucji rosyjskiej 1905 roku<), że: „Wolność jest zawsze wolnością dla inaczej myślących”. To niesłychanie ważny i zapomniany w naszym kraju, głównie przez polityków mieniących się demokratami, kanon. I test zrozumienia czym są pojęcia: demokracja, tolerancja, państwo prawa. Mało kto przestrzega ów kanon, zarówno teoretycznie (np. mainstream medialny karmiąc społeczeństwo pogardą, półprawdami i kłamstwami oraz nienawiścią do wszystkiego co inne) jak i praktycznie (prawo tworzone przez miejscowych polityków). Co chwila mamy tego namacalne dowody słuchając debat sejmowych, mając do czynienia z funkcjonującą jurysprudencją, widząc manipulacje dokonywane przez mainstream medialny i analizując wystąpienia topowych ludzi scen publicznej. Dotyczy to m.in. przywoływanej tu Róży Luksemburg, wielkiej Polki i wybitnej Europejki, humanistki, człowieka nieprzeciętnego formatu intelektualnego, wokoło której panuje znamienna zmowa milczenia (15.01.br. minęła 100 rocznica jest męczeńskiej śmierci – stosując napuszoną retorykę tak charakterystyczną dla naszej publicznej narracji – gdyż tego dnia została bestialsko zamordowana została przez prawdziwych patriotów, anty-lewaków, zdyscyplinowanych obywateli Niemiec). Kto sieje wiatr – mówi przysłowie – zbiera burzę. Rozsiewanie kłamstw, nachalnie i powszechnie powtarzanych, urastających w wyniku manipulacji do powszechnych prawd, zazwyczaj prowadzą do dramatów i tragedii. Nadużywanie wzniosłych, uniwersalnych, humanistycznych pojęć do niskich, politycznych gier, utylitarnych celów, przy powszechnej hipokryzji i faryzejstwie reprezentantów tzw. polskiej sceny publicznej wzmagają społeczne obrzydzenie i niechęć do polityki w ogóle.
„.....Fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki" (Józef Szujski, krakowski XIX-wieczny konserwatywny polityk i znany historyk). Czy wolny rynek i swoboda obrotu kapitałem stanowią absolutny poziom odniesienia dla oceny jakości oraz form naszego życia ? I czy w dzisiejszej rzeczywistości tylko to co zyskowne ma jakąkolwiek wartość ? Jeśli taki punkt widzenia zastosujemy to społeczność ludzka ograniczona zostanie do wszechogarniającej konstrukcji zajmującej się jedynie organizowaniem produkcji (i sprzedaży) dóbr mających przynieść zysk. A przecież istnieją sfery życia, które nie powinny w żadnym wypadku podlegać komercyjnym, rynkowym regułom. Nie jest bowiem tak „...że prawo popytu i podaży tłumaczy świat do końca; wszak nie tłumaczy nawet rzeczy tak oczywistych jak pomoc bliźniemu w potrzebie czy pragnienie posiadania dziecka i troszczenia się o nie, jak potrzeba życia w zgodzie z nieskażoną naturą i w społeczeństwie wzajemnego zaufania, dobrej woli i dobrych intencji” (Vaclav Havel). Podobne zastrzeżenia zgłaszał onegdaj wybitny filozof francuski Paul Ricoer głosząc, że powietrze przecież nie jest na sprzedaż. Przy okazji dyskusji politycznych po 1989 roku stawiał retoryczne pytanie: czy kryzys i załamanie totalitaryzmu komunistycznego, planowej gospodarki i innych wypaczeń z tym związanych nie wiedzie nas do znieczulicy na krzywdę społeczną, poniżenia i brak współczucia dla słabych, odrzuconych czy wydziedziczonych przez ślepe siły rynku. Porzucamy w związku z powyższym jakąkolwiek myśl o bonum communae. A fetyszyzacja kupiecko-konsumpcyjnego spojrzenia na życie, pod kątem ciągłej redystrybucji dóbr, buduje w nas pokłady amoralizmu.
Wolność to przede wszystkim umiejętność samoograniczania się. Ponieważ jednostkę wolną trzeba bronić przed nią samą muszą istnieć instytucjonalno-świadomościowe bariery. Trzeba też brać pod uwagę współczesny uwiąd państwa jako formy organizacji społeczeństw (w jego dotychczasowym i masowym wymiarze), ograniczającego ale i porządkującego w jakiś sposób życie społeczne i indywidualne. Instytucjonalne ograniczenia narzuca prawo, świadomościowe – postęp i edukacja oraz wychowanie i wynikająca stąd etyka. Dlatego o wolności będącej funkcją demokracji (na zasadzie sprzężenia zwrotnego) można rozważać jedynie w kontekście wspomnianej wcześniej zdolności do samoograniczenia: o tyle o ile wolność pod wpływem auto-przekonania i świadomości może nałożyć sobie sama wędzidła. Dotyczy to zarówno wymiaru jednostkowego jak i zbiorowego. No i jeszcze bardzo ważny aspekt zwłaszcza w politycznym wymiarze – zgodność haseł z praktyką, polityczna działalność kompatybilna z politycznym programem. Odnieść się to musi przede wszystkim do lewicy.
Między demokracją, a wolnym rynkiem w wydaniu laissez faire istnieje zasadnicza różnica. Nawet sprzeczność. Wolność rynku kreuje stratyfikacje, dążąc jednocześnie do koncentracji zysku, kapitału etc. Demokracja przedstawicielska to dyspersja i egalitaryzm. Czy więc demokracja nie leży w swej archetypicznej formie na antypodach nierówności, kastowości i wszelkiej stratyfikacji ? Czy model nie przystający do owej tezy nie czeka na ostateczną dekonstrukcję i uwiąd ?
Kult jakim otoczono w dzisiejszym czasie ekonomię i jej atrybuty ma coś w sobie z magii i animizmu. Są to autentyczne rozwiązania quasi-religijne o proweniencji fundamentalistycznej. Bo czymże jest fundamentalizm ? George Soros uważa, iż „Fundamentalizm zakłada pewien rodzaj wiary, która łatwo może być doprowadzona do skrajności. Jest to wiara w doskonałość, w absolut: wiara w to, że każdy problem musi być rozwiązany. Zakłada ona istnienie autorytetu wyposażonego w wiedzę doskonałą nawet jeśli ta wiedza nie jest łatwo dostępna dla zwykłych śmiertelników”. I może dlatego jest George S. tak niewiarygodny i robi za tego złego demona w całym niemal świecie. Krytykując coś a postępując tak jak to coś co podlega krytyce po prostu jest się osobą absolutnie niewiarygodną.
Każdy kult prędzej czy później stacza się ku totalizmowi. To samo dzieje się z ubóstwieniem pojęcia wolnego rynku. Podlega owo ubóstwienie procesowi na podobieństwo animizacji. Za Hanną Arendt można stwierdzić (parafrazując jej słynną sentencję o autorytaryzmie), że tyrania możliwości i wolnego wyboru odbiera tak naprawdę jednostce autonomię przyznaną przez procesy społeczne i zdobycze XX stulecia. Zatraca się człowiek w tych ciągłych niby wolnych wyborach, które w rzeczywistości nie są ani wolne, ani autonomiczne, ani świadome (zgodne muszą być z założeniami przedsiębiorczości i zyskowności, być trendy i cool w opinii mainstreamu).
Modernizm niósł kult rozumu, racjonalności i postępu przy równoczesnym ubóstwieniu osoby ludzkiej jako kreatora realności, ale członka zbiorowości, społeczeństwa, wspólnoty. Promował też związany z tym swoiście pojęty ład. Postmodernizm (którego neoliberalizm jest z bratem) kultem chaosu, ultra-indywidualizmem, przypadkowego ruchu i zygzaków w rozwoju ludzkości lansuje inne kulty, związane bezpośrednio z tyranią możliwości i totalizmem wolnego rynku. Czyli egoistycznie pojętego sukcesu. W wymiarze wyłącznie docześnie materialnym.
Dlatego też współczesnego człowieka tak zaangażowanego i tak ustosunkowanego do otaczającego świata można śmiało określić mianem hiero-oeconomicusa. To pojęcie utworzonym z przedrostka hiero – (greckie hieros: potężny, nadprzyrodzony, święty) oznaczającego świętość bądź kapłaństwo oraz fragmentu słowa homo-oeconomicus określającego człowieka ekonomicznego, kierującego się w swoim postępowaniu tylko kategoriami zysku. Zdecydowanie poszerzają zakres zrozumienia owego pojęcia starogreckie definicje takich słów jak hierofant (kapłan misteriów eleuzyjskich lub osoba wtajemniczona w porządek owych obrzędów), hierodul (niewolnik służący w świątyni Afrodyty) oraz hierodula (święta kapłanka-prostytutka, uprawiająca konsekrowany seks w świątyniach Isztar, Afrodyty, Io czy Selene). W dzisiejszej dobie będą to więc osobniki oddające cześć, jako sacrum (i tak ją traktujące) zyskowi i sukcesowi. Są zarówno jej niewolnikami, czcicielami, kapłanami, akuszerami jak i strażnikami jej dobrego imienia.
Z lewicowością ten sposób myślenia, działania, praktyki politycznej nie ma nic a nic wspólnego. Neoliberalizm zatruł jak widać powszechnie mózgi i osobowości ludzi nawet tych którzy winni doktrynalnie i ideowo być mu wrodzy.

PS: Ten wpis jest niejako uzupełnieniem i częściową odpowiedzią na tekst Jacka Uczkiewicza, działacza SLD we Wrocławiu (pozostającego jednak w opozycji do linii miejscowego Sojuszu) na swoim Blogu: >Wołanie na puszczy” – sezon II, „Dramat w trzech aktach” z dn. 19.03.2019.
Źródła samozaglady
2019-02-20 06:47:24
Polacy – to okropny naród. Zapewne, każdy
naród jest okropny, ale Polacy
odznaczają się szczególną słabością
charakteru i niewykształconą administracją.

Jerzy GIEDROJĆ

Wracając po 3 miesiącach do lektury tekstów, które ukazały się w polskich mediach z okazji 100 rocznicy odzyskania przez Polskę państwowości w listopadzie ub. roku nasuwa mi się smutna refleksja bez względu na to co się czyta w tej materii. Chodzi o różnych autorów, różnej proweniencji politycznej i różnie usadowionych na polskiej scenie publicznej. Celowo nie piszę - niepodległości, bo to po pierwsze wyświechtane i mocno nadużywane w ostatnim 30-leciu pojęcie (jego wymiar często został zwyczajnie sprofanowany przez nieodpowiedzialnych i niewykształconych polityków oraz serwilistycznych funkcjonariuszy mediów), a po drugie – niepodległość i suwerenność wiąże się nie tylko z flagą, hymnem, językiem w urzędach, polskim rządem i administracją itp. imponderabiliami, ale przede wszystkim z zapewnieniem przez rządzące elity spójności społeczeństwu, nie antagonizowania poszczególnych jego grup. Przez rządy elit mających wizję funkcjonowania państwa na przyszłość: 10, 20, 30, 50 lat do przodu. Tego po wejściu do NATO i UE zupełnie zabrakło. Dziś płacząc nad rozlanym mlekiem mainstream konserwatywno-liberalny (zwalczający - i zwalczany - konserwatywno-klerykalno-neoliberalną część postsolidarnościowych resztówek) nadal nie rozumie co i dlaczego zaszło w naszym kraju, że rządzą ludzie, nota bene ich styropianowi i awuesowscy komilitoni polityczni, prowadzący ich zdaniem kraj na manowce, a społeczeństwo do kompletnej anihilacji.
Kompromitacja chaos i totalny bałagan jakie panowały w związku z obchodami 100-lecia niepodległości są niejako zwieńczeniem procesu psucia państwa, destrukcji społeczeństwa, szczucia ludzi „Solidarności” na tych „z Polski Ludowej”, jaki trwał z różnym nasileniem od 1989 roku. I w obchodach tej ważnej dla nas wszystkich bez wyjątku rocznicy jak w soczewce ogniskuje się bezsilność, ułomność, intelektualną impotencję większości elit - tak „post-solidarnościowych” jak i „post-peerelowskich” - rządzących Polską od 1989 roku. Bo to nie w czasach rządów PiS-u słychać było głosy, że II wojna światowa skończyła się 4.06.1989 roku, że PRL zniszczył Polskę gorzej niż Adolf Hitler bądź, że demokratycznie wybranej przez społeczeństwo lewicy polskiej „mniej wolno”.
Granie na emocjach i namiętnościach tzw. polityką historyczną, preferowanie tylko jednej czarno-białej wizji historii z bezrefleksyjnym podziałem na nasi – którzy są zawsze piękni, szlachetni, mądrzy i spiżowi i oni, INNI – którymi zawsze trzeba pogardzać, stawiać do kąta i zmuszać do ciągłych ekspiacji. I dotyczy to nie tylko minionych 100 lat, ale i odnajdujemy ten właśnie gen w kulcie ziemiaństwa, w admiracji kultury dworku, w uwielbieniu sarmackich, na wpół feudalnych stosunków społecznych (które nadal jakże często na co dzień w naszym kraju funkcjonują), w potrzebie wodza, przewodnika, mocnego faceta na białym koniu, w łaszeniu się do mocarnych i pogardzaniu słabymi, wykluczonymi, gorzej sytuowanymi etc.
Ta rocznica pokazała dobitnie jak podzieleni jesteśmy, na wzór dwóch nienawistnych plemion wdychających i żyjących ciągle irracjonalnymi tradycjami i swym dziedzictwem opartym o fantasmagorie i „chciejstwo”. Co się zmieniło od opublikowania słynnego eseju Jana Józefa Lipskiego pt. >Dwie ojczyzny, dwa patriotyzmy< ? I rządzące elity nic nie robiły i nic nie robią aby tę plemienność zniwelować, zasypać rowy uprzedzeń i fobii, nienawiści i agresji.
Gen destrukcji, skłonności do samo-zagłady, inklinacje do irracjonalnych zachowań zbiorowych jakie tkwią w głębokich pokładach imaginarium polskiego społeczeństwa co jakiś czas dają znać o sobie. I miało to miejsce wielokrotnie w dziejach naszego kraju. Najsmutniejsze, że nie wyciągamy żadnych wniosków z tych traumatycznych doświadczeń. Tak było w okresie I RP kiedy rządząca oligarchia magnacko-szlachecka przez ponad 100 lat – od nieszczęsnych „dymitriad” i zwycięstwa kontrreformacji w Polsce - wiodła kraj świadomie i sukcesywnie ku katastrofie. Tak samo działo się przy wszystkich, obchodzonych dziś hucznie i z pompą (a nie w ciszy zadumie, refleksyjnie) narodowych zrywach: 1831, 1863, 1944. To tylko niektóre epizody z naszej historii potwierdzające istnienie owych destrukcyjnych predylekcji. Pisali o tym wielokrotnie tak różnej proweniencji publicyści i twórcy jak m.in. Stanisław i Ludwik Stommowie, Zbigniew Załuski, Aleksander Bocheński, Cyprian Kamil Norwid, Stanisław Cat Mackiewicz, Melchior Wańkowicz.
Ten gen samozagłady u którego podłoża leży całe mnóstwo romantycznych mitów i fantazmatów, jakimi jest przenicowane wspomniane tu polskie imaginarium, irracjonalizm przesiąkający znaczną część świadomości i mentalności Polek i Polaków w połączeniu z megalomanią (wzmacnianą przez specyficzną, nadwiślańską formę kultu religijnego i lokalną interpretację prawd wiary katolickiej przez Kościół) jest wyjątkowo – jak widać – groźny i szkodliwy. Zapyta ktoś co jest antidotum na te przypadłości ?
Tylko imperatyw będący parafrazą hasła jakie powiesił sobie w owalnym gabinecie, kiedy zaczynał urzędowanie wraz ze swą pierwszą prezydenturą, Bill Clinton (przypominało o gospodarce) oddaje istotę tego co winno lewicy i oświeconej części społeczeństwa przyświecać: „Edukacja, edukacja, edukacja głupcy !!!!”. Oparta o racjonalność, anty-klerykalizm (co absolutnie nie oznacza anty-religijności), demistyfikację i demitologizację czyli oświeceniowa i nowocześnie cywilizowana. I budowanie poczucia solidarnej oraz empatycznej wspólnoty nie wykluczającej i nie stygmatyzującej kogokolwiek.
Monachium 1938 - Jałta 1943 - Warszawa 2019
2019-01-16 11:12:38
Polska zniknie w samych Polakach
wtedy, kiedy będzie się im
wydawało, że mają wolność.

Katarzyna II Wielka (1762-1796)


Zbiegiem okoliczności miały ostatnio miejsce dwa wydarzenia, pozornie ze sobą nie związane, ale które wywołały w naszym kraju gorące i namiętne debaty, niejako potwierdziły „murzyńskość Polski” ([za]: Radosław Sikorski w rozmowie z Jackiem Rostowskim w >Sowa i przyjaciele<) wobec USA. Chodzi o aferę szpiegowską w tle której pozostają Chiny i ich flagowa firma Huawei oraz konferencja ds. sytuacji Bliskiego Wschodu jaka ma się odbyć w Warszawie.
Na 13-14 lutego zaplanowano w Warszawie globalne spotkanie dotyczące sytuacji na Bliskim Wschodzie. Jak sprecyzował to w amerykańskich mediach sekretarz stanu USA Mike Pompeo– zdecydowany „jastrząb” w ekipie Trumpa - w jej czasie sporo rozmów dotyczyć ma Iranu. Szczyt organizują wspólnie Polska i Stany Zjednoczone, mają do nich dołączyć kolejne kraje: na razie Amerykanie i Polacy nie poinformowali kto to będzie.
Pomijam formę przekazanej informacji i sposób jej ujawnienia: amerykański Sekretariat Stanu zawiadamia świat o organizowanym przedsięwzięciu dyplomatycznym na terenie innego kraju przed gospodarzem, stawiając tym samym dyplomację polską w niesłychanie niezręcznej, by nie rzec wasalnej, sytuacji. Potwierdza się tym samym, iż nasz najlepszy sojusznik jak od lat zapewniają kolejne ekipy rządzące nad Wisłą i Odrą (te relacje są efektem owej „murzyńskości” by iść torem przywoływanej narracji byłego polskiego Ministra Spraw Zagranicznych i wielkiego admiratora Ameryki) traktuje nasz kraj jak ubogiego sługę, lokaja, niemalże niewolnika. Potwierdza się tym samym głos jednego z urzędników Komisji Europejskiej jeszcze z 2008 ([za]: >European Voice<), iż Polska jest koniem trojańskim Ameryki w Unii Europejskiej.
Z wielu względów ta decyzja jest dyplomatycznym skandalem i tragicznym politycznie błędem:
- po pierwsze – wchodzimy jako czynny uczestnik przygotowań USA do wojny z Iranem. Do czego ta ekipa z Waszyngtonu jawnie dąży, myśląc o powtórzenie scenariusza irackiego.
- po drugie – zapalna sytuacja na całym Bliskim Wschodzie to m.in. efekt rywalizacji regionalnych mocarstw: Arabii Saudyjskiej i Iranu. A w jej tle pozostaje ponad tysiącletni konflikt rozdzierający islam – sunnizm kontra szyizm. Zajmujemy tym samym stronę pro-amerykańską i pro-sunnicką. Szkody będą dla Polski na dekady. W całym świecie islamskim i muzułmańskiej diasporze.
- po trzecie – wiadomo już (po groźnych, czemu trudno się dziwić, enuncjacjach Teheranu), że Iran to nie będzie Irak. To ponad 80 mln społeczeństwo, mające ugruntowaną tożsamość i poczucie wartości. Persja to tradycja wysokiej kultury (nawet swoista cywilizacja w skali historii świata). Na dodatek w sąsiednim Iraku po obaleniu S.Husajna olbrzymiego znaczenie nabrała wspólnota szyicka (ok. 20 mln z ważnymi świętymi miejscami dla szyizmu: Nadżaf i Karbala) mogąca w każdej chwili przyjść z pomocą „braciom w wierze”. Dodać trzeba też libański Hezbollah.
- po czwarte - jak można debatować o kimś bez jego udziału ?
I właśnie na ten aspekt chcę zwrócić uwagę, gdyż to jest najbardziej przykra i dramatyczna sprawa ponieważ uczestniczy w niej mój kraj tak tragicznie doświadczony podobnymi konferencjami w XX wieku: Monachium i Jałta. Tam załatwiano sprawy poszczególnych narodów bez ich udziału.
Zestawienie trzech miejscowości stanowiących swoistą triadę i tytuł tego felietonu jest groźnym memento, symbolem tego przeciwko czemu gorąco członkowie rządzącej w Warszawie ekipy protestują od lat, od dekad. Nic o nas bez nas – krzyczą politycy obozu rządzącego, ich medialni akolici, IPN, zwolennicy absolutnej suwerenności i niepodległości (jako najwyższych wartości). Bo podczas tych konferencji odbytych na przestrzeni 100 lat w Europie rozmawiano o …… nie obecnych uczestnikach, ustalając ich granice, gdzie decydowano o strefach wpływów i podległości poszczególnych państw, podziałach, aneksjach etc. Debatowano o nich bez nich.
Jeśli w lutym br. do konferencji w Warszawie dojdzie – a zapewne tak się stanie znając determinację ekipy Trumpa w realizacji swych szalonych projektów i traktowania Polski jako „powolnego narzędzia” amerykańskiej polityki – będzie to kolejny dramat (w wymiarze etyczno-moralnym) dla wizerunku rządzącej nami ekipy oraz kompromitacja nas wszystkich, obywateli Polski, tak na arenie europejskiej jak i światowej. Czyli – normalny wstyd dla mojego kraju.
O szkodach dla interesów Polski w świecie islamu (ponad 1,5 mld ludzi zamieszkujących ponad 60 krajów – Organizacja Wspólnoty Islamskiej) nawet szkoda mówić.