O pedagogice klęski
2017-06-18 18:08:20
Nie można być wiecznie
w rozgrzeszającym stanie namiętności

Witold GOMBROWICZ

"Pedagogika klęski” to termin którym środowiska konserwatywne, narodowo-szowinistyczne, klerykalne i ultra-zachowawcze szermują u nas nagminnie. Jest to dla nich pospolita maczuga propagandowo-agitacyjna, dla okładania realnych i wydumanych przeciwników politycznych, ludzi o odmiennej interpretacji historii naszego kraju oraz wizji kultury, argumentami żywo egzemplifikującymi myślenie a’la XIX wiek. Świadomość gdzie czcią, kultem i okadzone mirrą, winne być otoczone bezrefleksyjnie i bezkrytycznie takie pojęcia jak Ojczyzna, Bóg, honor, wiara religijna zawsze i bezwzględnie wiążąca Polaka z katolicyzmem rzymskim. Mentalność w której narodowość, tzw. „polskość”, symbole narodowe itd. podlegają dekretacji raz na zawsze i nie zmiennie. Nie ma tu dowolności interpretacji, swobody indywidualnego wyboru czy dobrowolności uznania członkostwa w danym narodzie. „Jesteś Polakiem więc masz obowiązki polskie” – krzyczą we wszystkich przestrzeniach komunikacji interpersonalnych owe środowiska. Wyznaczanie standardów w tej mierze mających bezwzględnie obowiązywać - a więc kto jest Polakiem, jak owe obowiązki ma traktować i co pod tym pojęciem rozumieć – rezerwują i dekretują oczywiście owe środowiska wyłącznie dla siebie. Jest to tyle trudny temat nad Wisłą, Odrą i Bugiem, gdyż zaangażowany jest w niego Kościół katolicki w Polsce, opowiadając się en masse (duchowieństwo) za niezwykle zachowawczą, anty-nowoczesną, przeciwną modernizmowi i postępowi społecznemu, koncepcją narodu, państwa i wiary religijnej. To wszystko musi tworzyć niezwykle agresywną, nacjonalistyczną, ksenofobiczną, religiancką oraz hiper-tradycjonalistyczną mieszaninę narracyjną, pomieszania zacietrzewienia, nienawiści i pogardy dla wszystkiego co INNE.
Wreszcie w naszym kraju trzeba podjąć na ten temat zdecydowany dyskurs. I nie tyle nawet nad tymi akurat tezami (jest to bowiem problem szerszy, dotyczący przede wszystkim wolności obywatelskich w najszerszym znaczeniu: czyli pojęć obywatel, społeczeństwo - a nie naród widziany wąsko wedle XIX–go sznytu - wolność wyboru, indywidualizm itp.). Należy krytykować z lewicowych pozycji towarzyszące tej wizji fantazmaty, narzucające jednostce przez nią nieakceptowane z racji wykształcenia, kultury, świadomości i wyznawanych wartości, poglądów politycznych, doświadczeń życiowych etc. prawicowe koncepcje, pozostające poza ramami współczesnych trendów cywilizacyjnych i społecznego rozwoju. Koncepcje z gruntu rzeczy autorytarne i niosące sobą widmo totalitaryzmu kulturowego.
I dokonywać swoistej desakralizacji – o co postulowała w swym otwartym liście do ostatniego Kongresu Kultury Polskiej 2016 prof. Maria Janion – tego polskiego, narodowego cierpiętnictwa, cmentaryzmu, admiracji trumien i grobów. Admiracji nie w formie pamięci, ale wedle liturgii śmierci związanej z rytuałami zadawania sobie cierpienia (gdyż bez niego żyć nie umiemy, więc gdy go nie staje, sami je sobie zadajemy).
Atak na „pedagogikę klęski” z pozycji lewicowych to nie jest moim zdaniem krytyka polskiego folwarku mentalnego, takiej też świadomości, zacofania kulturowo-cywilizacyjnego widzianego en bloc (Polska w zasadzie nie przeszła klasycznego Oświecenia tak charakterystycznego i wielce znaczącego dla Zachodu, wyrywającego z korzeniami, czasami brutalnie i agresywnie, pozostałości feudalizmu szeroko rozumianego). Unowocześnienie, modernizacja, postęp – jakkolwiek te pojęcia rozumieć i kojarzyć – dokonały się u nas „obcym rękoma”. W przeszłości polskie elity nie potrafiły go jednoznacznie wygenerować. Dziś konserwatystom, tradycjonalistom, tzw. demo-liberałom, religiantom różnej maści, a przede wszystkim zwierzęcym anty-komunistom, daje to asumpt do przedstawianie skoku cywilizacyjnego dokonanego w pierwszych latach Polski Ludowej z pół-feudalnego społeczeństwa pozostającego w latach międzywojennych na głębokich peryferiach Europy do rzędu krajów przemysłowo-rolniczych, a następnie – przemysłowych, jako porażki, tragedii czy klęski. Z tymi procesami wiążą się również określone zmiany w mentalności, stosunku do otaczającej rzeczywistości i ludzi, poszerzenie horyzontów, zmiana systemu wartości itd. Atak na „pedagogikę klęski” winien iść głównie na przeciwstawienie racjonalności - irrealizmowi, pragmatyzmu – szkodliwym namiętnościom, pozytywizmu – romantyzmowi. I permanentne ośmieszanie, tego co Gombrowicz nazywał polskim „upupieniem” intelektualnym, a co jest w rzeczywistości infantylizmem, niedojrzałością, megalomanią połączoną z przaśnością i ową, przysłowiową nadwiślańską folwarcznością.
Już Cyprian Kamil Norwid w XIX wieku miał napisać w kontekście podobnych jak tu rozważań (gdyż naszły go prawdopodobnie analogiczne refleksje), o szkodliwości zabraniania dyskursu na temat „kalania gniazda”. Odsądzeniem „od czci i wiary” przez prawicę i konserwatystów, zapowiadanym wykluczeniem z tzw. „polskości”, nie należy sobie jednak zawracać głowy – mówić i pisać swoje……
Na takim podglebiu mentalnym, politycznym, edukacyjnym i instytucjonalnym (ważną tu rolę pełni IPN powołany do życia głosami PO, PSL-u i PiS-u co warto upowszechniać i przypominać) czci podlegają powtarzające się permanentnie w naszych dziejach powstania i insurekcje, nie mające a priori żadnych szans na sukces już w chwili wybuchu, poza wyniszczającym zawsze społeczny potencjał ludzki Armagedonem. Tak intelektualnie jak organizacyjnie, a przede wszystkim – duchowo, mentalnie, o substancji materialnej czy dobrach kultury nie wspominając. Na tej kanwie forsuje się m.in. kult tzw. „żołnierzy wyklętych” (ujawnione na ten temat ostatnio raporty CIA z lat 40- i 50-tych XX wieku przemilczano dyskretnie w mainstreamowych mediach). Dotyczy to także powstań XIX-wiecznych oraz aberracyjny kult „małego powstańca Warszawy” (no i oczywiście samego powstania w stolicy AD’1944).
W tej samej perspektywie należy również rozpatrywać wszelkie szarże polskiego rządu w Brukseli czy na arenie europejskiej absolutnie w sposób podobny jak organizacja wspomnianych powstań. Te dyplomatyczne ofensywy, ich organizacja i próby przygotowania, przypominają szarżę szwoleżerów Kozietulskiego pod Somosierrą. Udała się ona Polakom dlatego, że Kozietulski i jego szwoleżerowie byli ……. kompletnie pijani. No, ale dyplomacja i jej niuanse to nie pole do straceńczych szarż pijanych ułanów czy bezsensownie ginących (ale moralnie zwycięskich) sołdatów.
I to właśnie wspomniane środowiska i grupy nacisku uprawiają moim zdaniem „pedagogikę klęski”. Dzisiejsze fochy Prawa i Sprawiedliwości oraz jego akolitów są zwieńczeniem (choć nie ostatecznym wg mnie) procesu jaki trwa od początków transformacji ustrojowej 1989 roku. Środowiska demo-liberalne i lewicowe nie wypracowały własnej, nowoczesnej i immanentnej ich wizjom społeczeństwa koncepcji patriotyzmu, narodu, symboliki, wartości do jakich należałoby się odwoływać. Demo-liberałowie monopolizujący de facto przez większą część III RP tzw. „rząd dusz” promowali w zasadzie także taki model patriotyzmu i kultu przegranych powstań (nie w tak nachalnej formie jak czyni to PiS, no powiedziałbym w formie light), anty-racjonalizm i irrealizm w naszych dziejach. No i wszechobecny klerykalizm. Kult romantyzmu kosztem pozytywizmu, cześć „dla Kozietulskich”, „żołnierzy wyklętych” bądź „Bór-Komorowskich” a nie takich wartości stojących za symbolami jak „Aleksander hr. Wielopolski”, „Tadeusz Manteufell” („żadnej wojny nie będzie, idziemy robić uniwersytet, a nie do żadnego lasu”) czy „Mieczysław F. Rakowski” (za POLITYKĘ).
Pedagogika klęski” w stylu narodowo-klerykalno-cmentarnym (z jednoczesną antytezą o „moralnym zwycięstwie” Polaków jako tego Mesjasza Europy) uprawiana przez gremia demo-liberalne (co jest dodatkową aberracją charakterystyczną dla polskiego zaścianka) umocowana jest więc w paradygmacie quasi-feudalnego społeczeństwa post-agrarnego i post-sarmackiego, wyrwanego z uśpienia i gnuśności immanentnych temu systemowi obcymi rękoma zaborców, okupantów, hegemonów etc. Tak jak hiper-prawicowców, ultra-konserwatystów, klerykałów czy pospolitych fundamentalistów religijnych oddających się czołobitnie tradycjonalizmowi i zachowawczości. Przykro stwierdzić, ale duża część polskiej lewicy także tkwi mentalnie w tym zatęchłym i post-sarmackim kotle idei, tez, fantasmagorii czy wyobrażeń.
I jeszcze jedna uwaga na koniec. Sytuację niesłychanie popularną w publicznej dyspucie, pozach, gestach czy narracji z jaką spotykamy się na co dzień w tej mierze najlepiej opisuje powiedzenie serialowego milicjanta por. Sławomir Borewicza (kultowy serial PRL pt. „07 zgłoś się”) mówiące, że: „Każdy Polak uważa, że to co myśli ze szwagrem to opinia całego narodu”.

poprzedni komentarze