
2010-03-08 18:58:19
Zresztą, to samo dotyczy porównania mężczyzn którzy mają dzieci i aktywnie włączają się w ich wychowanie, z mężczyznami którzy takich obowiązków nie mają. Ci pierwsi także będą prawdopodobnie gorzej zarabiać, gdyż nie będą mogli przeznaczyć tak dużo czasu na pracę i dokształcanie się, co mężczyźni bez obowiązków rodzinnych. Widać więc, że problem generalnie nie dotyczy stosunków między płciami, ale raczej między tymi co mają dzieci i tymi, co ich nie mają, lub mają ale nie angażują się zbytnio w ich wychowanie.
Nie zmienimy tej sytuacji, że kobieta (lub mężczyzna) która/który zajmuje się wychowaniem dzieci i pracą domową, będzie miała/miał niższe dochody z pracy zawodowej. Można jednak im ten ubytek dochodów zrekompensować- wprowadzając stosowne świadczenia rodzinne oraz wyrównanie składki emerytalnej. To byłoby sprawiedliwe ekonomicznie, gdyż z pracy wychowawczej, a jest ona niezwykle angażująca- każdy kto ma dzieci ten to potwierdzi- korzystają przecież potem również ci, którzy wychowaniem dzieci się nie zajmują, a także przedsiębiorcy- którzy mają dzięki temu kogo w przyszłości zatrudniać i komu sprzedawać swoje produkty i usługi.
Póki co jednak w Polsce obowiązuje konserwatywna opinia, ukrywająca de facto wyzysk ekonomiczny rodzin- że przecież wychowanie dzieci to sama przyjemność, a w przyszłości dzieci odwdzięczą się rodzicom (także ekonomicznie), nie ma więc potrzeby rekompensować rodzicom kosztów bezpośrednich jak i pośrednich (związanych z utratą pewnych szans zawodowych) wychowania dzieci. Takiemu spojrzeniu sprzyja rzecz jasna fakt, że mężczyźni na ogół nie zajmują się wychowaniem dzieci, nawet jeśli je mają, albo robią to z niewielkim zaangażowaniem, nie tracąc zbytnio na karierze zawodowej- więc utrzymanie obecnego status quo jest im na rękę. Zwłaszcza, że to oni głównie musieli ponieść ciężar wypłaty rekompensat finansowych, głównie kobietom.
I dlatego jednak ów problem ekonomiczny ma jednak swoje podłoże w dominacji płci męskiej nad kobiecą… I dlatego jeśli na przykład więcej mężczyzn zacznie wychowywać dzieci, nawet "sztucznie zachęconych" do tego regulacjami prawnymi, to oni na pewno bardziej niż kobiety będą walczyć o ekonomiczną rekompensatę za ich pracę... I wtedy może to zostanie właściwie uregulowane ekonomicznie...
2010-02-28 12:04:49
To ważne także z lewicowego punktu widzenia- medale w biegach narciarskich są po prostu bardziej sprawiedliwe, niż w skokach narciarskich. A porównywanie obu dyscyplin powinno uwzględniać różne nakłady pracy- cięższa praca powinna być lepiej nagradzana, niż lżejsza...
Jeszcze co do „osobowości” Kowalczyk i Małysza. Kowalczyk uważa się za „nieskromną” i „pyskatą”- moim zdaniem, niesłusznie. Jak na tą pracę, którą wykonała- Kowalczyk jest bardzo skromną osobą. Powiedziała, że nie za bardzo czuje się „bohaterką narodową”. Po prostu zrobiła co najlepiej mogła w swojej dziedzinie. Jak miliony innych Polaków- także „bohaterów życia codziennego”, których jednak nikt nie wyróżni… Co do Małysza zaś, trudno jakoś pasuje do niego określenie „skromny”, jeśli media witają go w Polsce tytułem „króla Polski”- ale to oczywiście nie jego wina, tylko polskiej megalomanii.
2010-02-20 18:19:36
Ulubioną „prawdą” prawicy jest „prawda historyczna”. Jeśli chodzi o historię powojenną Polski, to jest ona w skrócie następująca: władza powojenna w Polsce była terrorem; ludziom nie można było głosić opinii nieprzychylnych władzy, bo byli natychmiast za to aresztowani, torturowani i skazywani na ciężkie więzienia; władze PRLu były antypolskie i antyspołeczne, całkowicie podporządkowane interesom Moskwy; gospodarka niemal nic nie produkowała- w sklepach był praktycznie tylko ocet; Kościół był stale prześladowany, a księża mordowani (poza tymi, którzy współpracowali z SB); itd… itp… „prawdy historyczne”.
Co w tej sytuacji ma robić lewica, jeśli nie bronić PRAWDY, tej autentycznej prawdy? Prawdy, która nie jest tak czarno-biała jak ją maluje prawica, a raczej, jak mówi przysłowie- „leży pośrodku”? PRL była niedemokratyczną dyktaturą, ale od powszechnego terroru jej daleko. Opozycja, gdyby była rzeczywiście tak zwalczana jak to opisuje dzisiejsza prawica, nie miałaby prawa zaistnieć, a jej działacze którzy po 89r. zajęli znaczące pozycje w polskiej polityce nie mieliby szansy dożyć demokratycznych czasów… Gospodarka miewała lepsze i gorsze czasy, a wobec odcięcia od myśli zachodniej rozwinęła się i tak nieźle, skoro po 89roku było co prywatyzować, a np. obecna energetyka bazuje głównie na tym, co zostało stworzone w tamtych czasach… Kościół zaś miał się dobrze, skoro państwo przecież wspierało pielgrzymki Papieża Jana Pawła II do Ojczyzny, a sam Jan Paweł II darzył dużym szacunkiem Generała Wojciecha Jaruzelskiego- wedle obecnie głoszone przez prawicę „prawdy” krwawego dyktatora porównywalnego z Nicolae Czauczesku czy Erichem Honeckerem, a może i Stalinem…
W innych sprawach także lewica musi bronić prawdy przez „prawdą” głoszoną przez prawicę- na przykład w sprawach światopoglądowych (np. o tym, że ludzie religijni są automatycznie dobrymi ludźmi, niewierzący zaś z gruntu źli i amoralni), czy też w sprawie polityki społeczno-gospodarczej (np. twierdzenie, że podwyższanie podatków prowadzi zawsze do obniżenia dochodów budżetu, czy wystarczy dbać o dochody bogatych- a oni podzielą się swym bogactwem z biednymi). Wielką „nieprawdą” głoszoną przez prawicę jako „prawda” jest też utożsamianie komunizmu (sowieckiego) z myślą i praktyką socjalistyczną (a zwłaszcza socjal-demokratyczną).
Słowem- lewica nie może bać się słowa „PRAWDA”, musi odzyskać je od prawicy, która to słowo zawłaszczyła- i niestety mocno skompromitowała…
2010-02-18 12:56:36
To święte oburzenie, które okazał poseł Arłukowicz, dobrze oddaje pewną cechę naszego narodu- mianowicie obłudę i hipokryzję. Z jednej strony Polacy lubią powoływać się na wielkie ideały (na czele z Jezusem i Janem Pawłem II), z drugiej zaś, po cichu, w życiu codziennym, nie stronią od zachowań wbrew tym deklaracjom. Co zresztą uważam za całkiem ludzkie i naturalne, bo człowiek nie jest ideałem, ale po co te obłudne deklaracje? To tak jak z tą korupcją- polityka Polacy spaliliby żywcem za samo już podejrzenie wzięcia łapówki, ale sami, przynajmniej wielu z nich, gdyby tylko mieli okazję, z pewnością nie pogardziliby „drobnym upominkiem” za „załatwienie” jakiejś drobnej sprawy, o ile powtarzam mieliby taką okazję i możliwości… A z dawaniem „wziątek” też raczej nikt w Polsce nie ma problemu, bo uważamy to za „naturalne”…
Rzecz jasna nie śmiem nawet wątpić, że poseł Arłukowicz i w ogóle członkowie klubu poselskiego SLD, do którego Pan poseł należy, zatrudniają w swoich biurach poselskich wyłącznie osoby obce i nieznane im wcześniej (ani nie mające powiązań z takimi osobami), które uzyskały tę pracę wyłącznie dzięki swoim kwalifikacjom przewyższającym kwalifikacje innych chętnych do pracy na ich stanowiskach…
2010-02-13 11:42:57
2010-02-06 11:38:33
Dlatego Donald Tusk i jego rząd nie zbierają zbyt pochlebnych ocen Wyborczej. Rafał Kalukin pisze:
„Dwa lata rządów tej ekipy to dostatecznie wiele, by zorientować się, jak postrzega ona władzę. Kunktatorsko, ostrożnie, wręcz lękliwie. Wedle schematu: rzucamy pomysł, mielimy argumenty w medialnym maglu, zamawiamy sondaże i w zależności od ich wyników sprawę zostawiamy albo zgłaszamy projekt. Ale projekt minimum, wypłukany po drodze z najważniejszych propozycji. (...) Tusk zawsze polegał na swojej intuicji w wyczuwaniu nastrojów społecznych. Ale nigdy, w żadnym momencie swej politycznej kariery, nie potrafił postąpić wbrew tym nastrojom.”.
Oto, jaki zarzut pada wobec Tuska: że śmie on konsultować ze społeczeństwem swoje zamierzenia. A gdy napotyka na opór społeczny- śmie rezygnować z „najważniejszych”, czytaj „najbardziej dotkliwych społecznie” propozycji… Jak można w ogóle podchodzić do władzy „kunktatorsko, ostrożnie, wręcz lękliwie”! Jak można bać się władzy! Trzeba ją brać pełnymi garściami i korzystać, nie oglądając się na opinię publiczną! „Wyczuwanie nastrojów społecznych”? O zgrozo! Polityk (a raczej reformator- wyższe stadium polityka według „Wyborczej”) ma być nieczuły na nastroje społeczne! A wręcz postępować wbrew tym nastrojom, wtedy na pewno zostanie pochwalony przez Gazetę Wyborczą…
Można nie zgadzać się z linią polityczną Donalda Tuska, ale jednak przyznać i uszanować należy fakt, że ma on poparcie większości społeczeństwa, a to jedyna i niepodważalna w demokracji ocena działalności politycznej. Jeśli komuś nie podoba się to, co robi Donald Tusk- to w demokracji nie ma innej drogi, niż przekonanie społeczeństwa do innej opcji. Kuriozalne natomiast jest zarzucanie Tuskowi, że postępuje wbrew woli społeczeństwa a szczególnie swoich wyborców. Przecież po to na niego głosowali, żeby realizował politykę, która im się podoba- a nie przeciwną… Może to właśnie jest wyraz dojrzewania polskiej demokracji? Może wreszcie skończą się czasy, że politycy wygrywają wybory, a potem realizują programy wbrew społeczeństwu a nawet swoim wyborcom? Demokracja to władza ludu, a nie elit na czele z redakcją „Gazety Wyborczej”!
2010-01-25 17:45:54
SLD nie musiało „polec” na „aferze Rywina”. Mogło choćby tak jak dzisiaj PO twardo bronić się przed zarzutami. W końcu poza nagraniami Rywina nie było żadnych dowodów, że ktoś z kierownictwa SLD rzeczywiście coś obiecał a do tego chciał wziąć łapówkę- nawet trudno byłoby przecież ją ukryć, poza tym po co wtedy pośrednicy przy tak „delikatnej” sprawie? Ponadto przecież ustawa medialna, której przedmiotem była „afera Rywina”, była wtedy tylko w fazie projektowania przez rząd, a przed nią przecież jeszcze było procedowanie sejmowe, które wszystko mogło zmienić i nikt nie mógłby zagwarantować, w jakiej postaci ostatecznie przejdzie przez Sejm- zwłaszcza że przecież opozycja z pewnością głośno by się sprzeciwiała „niekorzystnym dla państwa” rozwiązaniom…
Tamta afera była z pewnością „rozdęta” ponad miarę- tak jak, wedle słów Marszałka Niesiołowskiego, "dęta” jest „afera hazardowa”. Jeszcze jednego znakomitego argumentu dostarcza Pan Marszałek- „afera jest dopiero wtedy, gdy jest przestępstwo”. Tymczasem tylko Rywina skazano za przestępstwo, i to takie, które niejako wyklucza winę polityków- gdyż został skazany za „powoływanie się na wpływy”- które niekoniecznie faktycznie miał…
Przede wszystkim jednak SLD powinna kategorycznie sprzeciwiać się rozciąganiu oskarżeń na całą partię (słynne wypowiedzi Rokity o tym, że „SLD to partia przestępcza”). Tymczasem SLD niejako potwierdziło te niesprawiedliwe oskarżenia, dokonując masowej weryfikacji swoich członków…
PO posunęło się nawet dalej, czego nie pochwalam- gdzie członkowie komisji z ramienia tej partii starają się, delikatnie mówiąc, „nie szkodzić” swojej partii i jej członkom, którzy są w kręgu podejrzanych. Tymczasem Profesor Tomasz Nałęcz sprawiał wrażenie, że jest z góry przekonany o winie oskarżonych z własnego obozu politycznego- o żadnym „domniemaniu niewinności” nie było mowy…
Prominentni działacze SLD mało że nie bronili swojej partii, to jeszcze ją pogrążali. Dzisiaj można ocenić ich zachowanie jako próbę wykorzystania wybuchu afery do walki o przejęcie władzy w partii. Gdy przejęcie władzy się nie udało- doprowadzili do rozłamu, licząc że pójdzie za nimi większość działaczy, a oni w nowej partii będą rozdawać karty… W efekcie nie zyskał nikt, a stracili wszyscy…
SLD przegrało przede wszystkim przez odziedziczoną po PZPR „kulturę” działalności politycznej, gdzie to kryzysy zewnętrzne, a nie sondaże czy wreszcie wybory demokratyczne, były jedyną okazją do głębszych przetasowań personalnych z wymianą przewodniczącego na czele. SLD, a raczej jej działacze, to jednak partia i ludzie „z innej epoki” i jak widać nie potrafią nauczyć się reguł polityki w dobie demokracji i prywatnych mediów… Dlatego musi powstać nowa lewica…
2010-01-20 16:55:02
Lata indoktrynacji neoliberalnej skutecznie znieczuliły ludzi na biedę, wpajając ludziom przekonanie, że każdy biedny sam sobie jest winien swojej niedoli, że dotyczy ona wyłącznie ludzi albo leniwych, albo świadomie wykolejonych życiowo („pijaków, narkomanów, nierobów, obiboków,” itd. itp…).
Rzecz jasna nie ma litości dla dzieci takich osób, co z kolei wynika z upowszechnionego przez konserwatystów przekonania, że dzieci są niemalże własnością rodziców, więc także ich byt materialny jest wyłączną troską i odpowiedzialnością ich rodziców. Społeczeństwu (i państwu jako formy organizacji wspólnych działań społeczeństwa) nic do tego. Takie poglądy najlepiej obrazują często spotykane w Internecie komentarze w stylu „dlaczego mam wspierać ze swoich podatków bękarty obiboków”.
W innych krajach tego rodzaju raporty wzbudziłyby jakąś dyskusję, szukano by winnych, a przede wszystkim- realnych programów zaradzenia tej sytuacji. U nas co najwyżej liberałowie ogłoszą, że „trzeba obniżyć podatki, żeby pobudzić aktywność rodziców biednych dzieci”. Konserwatyści z kolei ogłoszą, że „trzeba znowu nauczyć ludzi odpowiedzialności za własne dzieci, czego oduczyło ich nadmiernie socjalne państwo”. Lewicy zaś, która tak jak na całym świecie mogłaby zaradzić problemom socjalnym zwłaszcza dotykających dzieci, w Polsce nie ma… Nie ma też na nią zapotrzebowania- liberałowie i konserwatyści, uzupełniając się wzajemnie, szczelnie zapełniają publiczny dyskurs…
2009-12-30 22:56:06
Autorka opisuje przykłady poniżania kobiet przez mężczyzn, czasem wręcz psychicznego znęcania się nad nimi. Źródeł tego złego traktowania szuka w kulturze, która faworyzuje mężczyzn, co dodatkowo implikuje ich przewagę ekonomiczną, także wykorzystywaną do "tłamszenia" kobiet. Wszystko to prawda. A jednak zastanówmy się, co by się stało, gdyby znieść owe uwarunkowania kulturowe a w konsekwencji ekonomiczne? Przecież nie można zakładać, że równość kulturowa płci oznaczałaby równość ekonomiczną... Bo pozycja ekonomiczna zależy od innych czynników- choćby indywidualnych, niezależnych od płci zdolności, które mają rynkową wartość. Mielibyśmy więc dalej do czynienia z nierównością ekonomiczną- a ta prowadziłaby do konfliktów małżeńskich, jakie opisuje autorka, tyle że wtedy na równi z poniżaniem kobiet przez mężczyzn dochodziłoby do poniżania mężczyzn przez kobiety... Na tle ekonomicznym- bo przecież wszystkie przedstawione przez Annę Zawadzką przypadki poniżania miały tło ekonomiczne... Czy zatem taki jest cel feministek, żeby kobiety mogły poniżać mężczyzn na równi z mężczyznami? Jeżeli tak, to nie piszcie, że to co robią teraz mężczyźni jest złe... A jeżeli uważacie że to złe- to nie piszcie, że wystarczy usunąć kulturową nierówność płci, taką która prowadzi do ekonomicznej nierówności płci...
To właśnie neoliberalizm generuje stosunki dominacji, które prowadzą do przemocy psychicznej- dzisiaj głównie mężczyzn nad kobietami, ale coraz częściej także w drugą stronę... Bo przecież także kobiety które dobrze zarabiają, lepiej od swoich partnerów- czynią im zarzut, że nie spełniają się, zwłaszcza że póki co to mężczyzna "powinien lepiej zarabiać", więc jest on bardziej narażony na zarzut "ekonomicznej niezaradności" - która w neoliberalnej kulturze jest powodem do wstydu...
Co ciekawe, autorka przytacza opinię "o psychologii jako ideologii, która unieważnia strukturalne mechanizmy dominacji, a w konsekwencji czyni je niewidocznymi". Podobny zarzut można postawić do pewnej odmiany feminizmu, feminizmu liberalnego- który częstokroć także maskuje prawdziwe przyczyny dominacji... Bo nie o dominację płci często chodzi...
2009-12-22 16:56:02
Po pierwsze, o kpinę zakrawa twierdzenie, że w sytuacji kiedy ponad połowa społeczeństwa żyje poniżej minimum socjalnego, kwestie takie jak na przykład małżeństwa gejów i lesbijek czy wieszanie krzyży w szkołach są sprawami równie ważnymi, jak zabezpieczenie podstawowych środków do życia… Powiedzcie matce samotnie wychowującej dziecko, która nie ma własnego mieszkania, zarabiającej 1200 zł miesięcznie, żeby walczyła o parytety na listach wyborczych do Sejmu… I nie mamcie ich wizją, że po wprowadzeniu parytetów problemy kobiet będą dobrze i skutecznie reprezentowane w Sejmie, bo tak nie będzie- kobiety w Platformie Obywatelskiej wyznają te same, wrogie kobiecie, tej przeciętnej lub ubogiej, poglądy ekonomiczne…
Po drugie, większe bezpieczeństwo socjalne obywateli spowoduje zwiększenie ich swobody obyczajowej. Na przykład, co z tego że rozwody w Polsce nie są zabronione, skoro wiele kobiet (i mężczyzn również) jest zmuszonych żyć razem tylko i wyłącznie z powodów ekonomicznych, tego że nie stać ich na życie oddzielnie, na ułożenie sobie nowego życia w osobnych mieszkaniach i bez uszczerbku dla poziomu życia swoich wspólnych dzieci? Gdyby samotne matki miały zapewnione bezpieczeństwo socjalne, wiele kobiet nie tkwiłoby w patologicznych, szkodzącym im i ich dzieciom związkach. Innymi słowy- rozwiązanie problemów socjalnych, poprzez zmianę polityki ekonomicznej państwa (zwłaszcza redystrybucji PKB), automatycznie rozwiązałoby wiele problemów światopoglądowych, obyczajowych i kulturowych. Kwestie ekonomiczne są więc częstokroć kluczem do kwestii światopoglądowych.
Po trzecie, groźne jest przedkładanie kwestii światopoglądowych ponad kwestie ekonomiczne. Nawet jeśli większość zwolenników „równouprawnienia” tych kwestii mówi, że przykłada do nich równą wagę i energię polityczną, z praktyki wiemy, że tak nie jest- zazwyczaj sprawy światopoglądowe są przez nich przekładane ponad kwestie ekonomiczne. Ponadto, sprawująca w Polsce hegemonię ideologiczną konserwatywna prawica dba o to, żeby eksponować zajmowanie się przez lewicę sprawami światopoglądowymi. To z kolei prosta droga do marginalizacji w społeczeństwie lewicy, „która zajmuje się tylko krzyżami i gejami”, z czym mamy obecnie do czynienia. Zresztą nawet na polu spraw światopoglądowych lewicę czeka pułapka ze strony prawicy- gdyż dawno już prawica zachodnia, a powoli także polska, odpuszcza sprawy światopoglądowe, gdyż dalece bardziej zależy jej na sprawach ekonomicznych. To nie przypadek, że dla CDU wymarzonym partnerem do rządzenia jest liberalna FDP, na czele której stoi zdeklarowany gej, niż lewica…
Po czwarte, czy chcemy czy nie, poglądów w sprawach światopoglądowych nie da się łatwo zmienić w społeczeństwie. Wiele kwestii musi po prostu dojrzeć, żeby zostać zaakceptowanymi przez społeczeństwo. Zadekretować zaś się ich nie da… Paradoksalnie więc-wywracanie do góry nogami światopoglądu ludziom jest w pewnym sensie zamachem na ich wolność sumienia, wyznania, światopoglądu… Większość spraw z czasem zostanie rozwiązana i to nie tylko głosami lewicy, ale także konserwatywnej prawicy.
Lewica, jeżeli chce odbudować swoją społeczną i polityczną pozycję, musi po prostu skupić się na sprawach ekonomicznych. To wrogom lewicy zależy na tym, żeby lewica skupiła się na sprawach światopoglądowych. Nie możemy dać sobie narzucić wizji lewicy przez konserwatywną prawicę…. A ci „postępowi lewicowcy”, którzy stawiają nacisk głównie na sprawy światopoglądowe- niech się zastanowią, czy nie są przypadkiem „postępowymi konserwatystami”, zwłaszcza kiedy przy tym nierzadko godzą się na „neoliberalną oczywistość”?
2009-12-19 13:24:49
Profesor Nałęcz argumentował przeciwko kandydaturze Olechowskiego, że przecież „jest on człowiekiem prawicy, bo był w najbardziej prawicowym rządzie Jana Olszewskiego”. Z Profesorem Balcerowiczem tego problemu nie ma- mało tego, był on przecież szefem Unii Wolności, partii która po przekształceniu w partię demokraci.pl jeszcze niedawno była w koalicji z SLD i UP („LiD”), koalicji gorąco popieranej przez prof. Nałęcza. Można więc śmiało powiedzieć, idąc tokiem rozumowania wobec Olechowskiego, że Leszek Balcerowicz jest kandydatem centro-lewicowym, czyli lewicowym.
Poglądy ekonomiczne jak widać nie mają dla prof. Nałęcza znaczenia- liczy się tylko kto z kim siadał do wspólnego, politycznego stołu, a nie to, jaką politykę uprawiał i popiera. Gdyby poglądy się liczyły, to oczywiście okazałoby się, że w SLD czy nawet UP jest wielu polityków, którzy poglądami nie różnią się od Olechowskiego czy Balcerowicza. Przecież w latach 2001-2005 reprezentantem polityki społeczno-gospodarczej koalicji SLD-UP był Jerzy Hausner, o którym trudno powiedzieć, żeby nie zgadzał się z Balcerowiczem (który z kolei kiedyś wyrażał wielkie poparcie dla Hausnera).
Słowem- odrzućmy uprzedzenia! Balcerowicz kandydatem lewicy! Tej spod znaku SLD-UP oczywiście. Która lewicą jest dlatego, że… ma „lewica” w nazwie.
2009-12-13 19:13:44
Twierdzenie z kolei, że większy udział kobiet w parlamencie spowoduje bardziej przychylne ustawodawstwo wobec kobiet, jest także wątpliwe. Przede wszystkim, analogicznie do poprzedniej argumentacji- powstanie ryzyko, że kobietom odbierze się możliwość krytykowania ustawodawstwa ze względu na dyskryminację kobiet, no bo „przecież w parlamencie kobiety są preferowane, a kobiety przecież same siebie by nie dyskryminowały”. Tymczasem praktyka pokazuje, co podnosił choćby Stefan Zgliszczyński na łamach LMD, że kobiety w polskim parlamencie częstokroć popierały ustawodawstwo nieprzychylne kobietom. Właśnie bez zmian „od dołu” zamiast „od góry”, czym są parytety- kobiety będą przenosić do parlamentu nic innego, niż wciąż konserwatywne, nieprzychylne równości płci wartości. Tak więc większy udział kobiet nie gwarantuje im bardziej przychylnego prawodawstwa, a czasem- wręcz przeciwnie… Wreszcie, jeżeli do uznania praw jakiejś grupy społecznej niezbędnym byłaby jej stosowna reprezentacja w parlamencie- to byłby to postulat niemożliwy do zrealizowania… Trudno sobie wyobrazić jednoczesne wprowadzenie parytetów nie tylko płci, ale także: orientacji seksualnych, ras, pochodzenia społecznego, statusu majątkowego, wykształcenia, itd. itp…
Reasumując, parytet ani nie jest korzystny dla kobiet, a wręcz przeciwnie- jest wysoce prawdopodobne, zwłaszcza w warunkach panowania ideologii neoliberalno-konserwatywnej, z czym mamy do czynienia w Polsce- będzie on wykorzystany… przeciwko kobietom. Stąd zapewne jego poparcie także w części kręgów liberalno-konserwatywnych. Nie możemy, jako lewica, zgodzić się na takie rozwiązanie problemu nierówności płci, przyjmowania rozwiązań co najmniej połowicznych, maskujące a nie rozwiązujące realny problem.
2009-10-29 12:32:59
W jej wyniku miliony Polaków musiało wyjechać z kraju, uciekając przed zwykłą nędzą. Zadłużenie państwa, przedsiębiorstw i ludności w Polsce wynosi obecnie 400 mld dolarów. A przy tym wyprzedano zagranicznemu kapitałowi większość kluczowych polskich przedsiębiorstw. Jednocześnie gospodarka technologicznie jest zacofana, jedynym jej atutem jest tania siła robocza (której coraz mniej- m.in. na skutek emigracji), infrastruktura jest kiepska.
Jeden tylko przykład- na prywatyzacji PZU państwo straciło co najmniej 4.7 mld zł, a w mediach cisza, a nawet mówi się o sukcesie- no bo przecież potencjalnie strata mogła wynosić 20 mld zł! Pytam- a ile polskie państwo straciło na „aferze Rywina” czy „aferze Starachowickiej”, którymi epatowano społeczeństwo latami? Ile straciło na „aferze hazardowej”, lub nawet ile mogłoby stracić, gdyby jej nie ujawniono? A sprzedaż polskiej bankowości, która w postaci dywidendy dała już wielokrotnie większy zysk inwestorom zagranicznym, niż pieniądze które wydali na ich kupno?
Dlatego trzeba od czasu do czego „wykreować” jakąś aferkę, np. z majaczenia pijanego faceta o możliwości załatwienia przez niego korzystnego rozwiązania ustawowego dla koncernu medialnego robi się taką aferę, że media i politycy zajmują nią nieustannie społeczeństwo przez 2 lata. Dzięki temu nie trzeba w ogóle rozwiązywać realnych problemów kraju, w końcu, jak powiedział Prezydent Lech Kaczyński- „podstawowym zadaniem rządu jest walka z korupcją”…
Swoją drogą, PiS odwalił swego czasu kupę dobrej roboty dla ochrony polskich elit, w tym pozornie krytykowanej przez niego III RP. Bo gdyby rzeczywiście jedynymi jej mankamentami była „afera Rywina” i inne przypadki korupcyjne- to dzisiaj bylibyśmy najszczęśliwszym społeczeństwem na świecie, z najpotężniejszą gospodarką… Bo przecież korupcja była i jest WSZĘDZIE, również w krajach, gdzie ludzie są szczęśliwi i żyją w dostatku…
Ostatnio jednak coś się zmienia ale nie w elitach, lecz w społeczeństwie. Przestaje ono zwracać tak dużą uwagę, jak kiedyś, do afer którymi karmią go elity. To musi elitę niepokoić - i to nie tylko PiS, który na walce z korupcją zbudował 99% swojej politycznej pozycji. Bo to oznacza, że prędzej lub później, polskie społeczeństwo zacznie rozliczać elitę nie z walki z korupcją, ale z rozwiązywania realnych problemów społecznych i gospodarczych, oraz rozliczenia błędów poprzedniej polityki… A na tym polu jest dopiero „prawdziwa afera”…
2009-10-17 12:14:54
Społeczeństwo polskie jest świadome, że różnego rodzaju mniejsze i większe „afery” były, są i będą zawsze. Należy jednak zachować miarę przy ocenie ich znaczenia, a co za tym idzie stopnia zaangażowania sił politycznych i społecznych do walki z nimi. Żeby starczyło jeszcze sił na inne polskie problemy… Zanim więc politycy i publicyści zaczną zgłaszać propozycje powołania kolejnych służb do walki z korupcją, skoro samo istnienie CBA nie zlikwidowało zjawiska korupcji, może niech popracują trochę nad znalezieniem rozwiązań innych polskich problemów, jak choćby ogromnego deficytu i długu budżetu państwa? Tego myślę że oczekuje dzisiaj polskie społeczeństwo, a nie epatowania go aferami.
Ponadto polskie społeczeństwo ma już chyba dosyć samego rozgrywania afer dla celów politycznych. Jest za wyjaśnieniem prawdy i osądzeniem winnych, ale nie za tym, żeby opozycja zbijała kapitał polityczny na tym, że w rządzie pojawił się problem korupcji. Bo przecież w każdej partii i w każdym rządzie na równi ten problem może się pojawić. Nie powinno to jednak rzutować na ocenę całej partii i rządu.
Politycy opozycji zdają się nie widzieć tej zmiany podejścia polskiego społeczeństwa do korupcji i „afer”. PiS, a nawet SLD, tu po raz kolejny, jak przy ustawie medialnej, występujące w roli „przystawki” do PiS- dokonali próby odzyskania poparcia społecznego gromiąc PO za „aferę hazardową”, na zasadzie „skorumpowani rządzący i my, uczciwa opozycja”. Może to jednak obrócić się przeciwko nim samym, a na korzyść PO, które swoją drogą zachowało się wobec tej sprawy nadzwyczaj przytomnie- nie dając się „zaszczuć” opozycji i mediom, jak swego czasu SLD przy „aferze Rywina”. Społeczeństwo bowiem może uznać, i na to zresztą wygląda, że opozycja nie ma żadnego alternatywnego programu rządzenia i jedyne co potrafi, to wykorzystywać potknięcia rządzących.
A tak na marginesie, czy ktoś w ogóle policzył, ile konkretnie polskie społeczeństwo straciło na „aferze hazardowej”, a nawet ile mogło potencjalnie stracić? Tymczasem w wyniku błędnej decyzji polskiego rządu sprzed kilku lat, Polska musiała wypłacić Eureko 4.7 mld zł odszkodowania- za samą tylko rezygnację Eureko z umowy, którą podpisał polski rząd! Innymi słowy, nieuczciwość polityków, którą niestety zawsze będzie się spotykać, jak świat światem a ludzie tylko ludźmi- kosztuje w sumie
2009-10-05 10:27:08
Teraz jeszcze kwestia przedawnienia… Prawodawstwo amerykańskie, jak również część opinii publicznej w Polsce, której podobają się amerykańskie rozwiązania- nie przewiduje instytucji przedawnienia. W Europie natomiast, już od czasów rzymskich, stosuje się zasadę przedawnienia. Bo jaki sens ma karanie kogoś po wielu latach od popełnienia przestępstwa, skoro jest on już zupełnie innym człowiekiem- więc ukarany byłby zupełnie inny człowiek, nierzadko lepszy po prostu? To wynika też z sensu kary- czy ma ona być odwetem społeczeństwa na przestępcy, a czymś takim wydaje się być w przypadku gdy nie stosuje się przedawnienia, czy też ma być sposobem jego resocjalizacji? Oczywiście kara ma być też przestrogą dla innych, potencjalnych przestępców- tyle że przedawnienie tego nie wyklucza, bo przecież wszystkich przestępców ściga się natychmiast po popełnieniu przez nich przestępstwa i znakomitą większość z nich udaje się ukarać zanim minie okres przedawnienia.
W sprawie Polańskiego należy rozdzielić dwie kwestie- winy i kary. Co do winy, to jest ona bezsprzeczna. Nawet sam Polański nie wypiera się, że popełnił przestępstwo. Natomiast inną kwestią jest kara- która nie powinna być w tym przypadku wymierzana, gdyż karanie człowieka za czyn popełniony 32 lata wcześniej, człowieka który już nigdy więcej podobnego czynu nie popełnił (a więc „poprawił się”), jest po prostu niehumanitarne- przynajmniej według norm kultury europejskiej. Dlatego nie należy oddawać Polańskiego w szpony amerykańskiego, z europejskiego punktu widzenia barbarzyńskiego systemu sprawiedliwości.
2009-09-20 10:29:02
Neoliberalizm każe likwidować ingerencję państwa w działalność podmiotów gospodarczych… Likwidować regulacje i kontrole, które przecież „krępują swobodę działalności gospodarczej”. Ideałem, do którego neoliberalizm dąży, byłoby żeby kopalnię można było otwierać bez żadnych koncesji i zezwoleń, nie trzeba było też przestrzegać żadnych norm bezpieczeństwa pracy górników. Powoli, bo ciemne postkomunistyczne roszczeniowe społeczeństwo na szybciej nie pozwala, w tym kierunku zmierzamy…
Ofiar neoliberalizmu, nie tylko śmiertelnych, było i będzie więcej, dopóki ta ideologia będzie wyznaczać politykę polskiego państwa. Ideologia, która służy elitom ekonomicznym, niszcząc społeczeństwo… A tak być nie musi… W Europie Zachodniej jest kapitalizm, zarazem państwo które chroni obywateli przed wyzyskiem przez kapitał. Nasze państwo natomiast stoi nie po stronie społeczeństwa, lecz wyłącznie kapitału. Kiedy się to zmieni? Ile jeszcze potrzeba ofiar? Kiedy nasze społeczeństwo się obudzi i odrzuci wrogą mu ideologię neoliberalną?
2009-09-08 10:21:41
No to policzmy…
Becikowe kosztuje ok. 0.5 mld zł. Ulgi rodzinne- ok. 5 mld zł. Razem- 5.5 mld zł. A deficyt na przyszły rok jest prognozowany na poziomie 52 mld! Czyli owe świadczenia pro-rodzinne, które prof. Balcerowicz raczy nazywać „psuciem finansów publicznych”, to niespełna 10% planowanego deficytu, a więc- mało znaczący udział… Czyli Pan Profesor, guru polskich finansów publicznych, uprawia demagogię i wprowadza opinię publiczną w błąd, twierdząc że owe ulgi mają zasadnicze znaczenie dla wzrostu deficytu budżetowego…
W ogóle Prof. Balcerowicz, a za nim cała polska myśl w zakresie polityki społeczno-gospodarczej, ma tendencję do całkowitego lekceważenia znaczenia rozwoju społecznego dla gospodarki. To jest oczywiście element ideologii neoliberalnej- ignorującej dobro społeczne, skupionej na ideologicznym uzasadnieniu nierówności społecznych i kumulowania bogactwa w wąskich elitach. A przecież przyrost naturalny, powiązany z dobrym warunkami rozwoju dziecka, na czele z zabezpieczeniem jego potrzeb materialnych- czemu służy ulga rodzinna (a w niewielkim tylko stopniu becikowe), warunkują rozwój gospodarczy. Bo dziecko wychowane w lepszych warunkach materialnych ma lepszy dostęp do edukacji, kultury, sportu, a więc ma większe szanse zostać w przyszłości wartościowym pracownikiem, zarazem zasobnym konsumentem. Świadczenia na rzecz rodziny to nie „niepotrzebne wydatki i psucie państwa”, ale długofalowa inwestycja, która się opłaca… W Polsce są one najniższe w Europie, wyższe są nawet w Bułgarii i Rumunii. Tymczasem na przykład w krajach skandynawskich, polityka pro-społeczna i pro-rodzinna przyczyniła się w zasadniczym stopniu do sukcesu gospodarczego tych krajów, do wysokiego zaawansowanie technologicznego ich gospodarek (polecam na ten temat wydaną niedawno przez „Krytykę Polityczną” książkę Castellsa i Himanena: “Społeczeństwo informacyjne i państwo dobrobytu”).
Jeżeli coś psuło od lat polskie finanse publiczne, to przede wszystkim obniżanie podatków i składek, mimo rosnącego długu publicznego… To takie oszukiwanie społeczeństwa, że państwo może funkcjonować przy stałym obniżaniu podatków… A prekursorem owego szkodliwego procesu obniżania podatków, które przeprowadziło najpierw SLD (liniowy PIT dla przedsiębiorców i obniżenie CIT dla spółek kapitałowych) a potem PiS (głosami także PO- obniżenie składek rentowych, podatku PIT z 40% na 32%), był nie kto inny jak właśnie Leszek Balcerowicz- choć jego próba wprowadzenia podatku liniowego już w 1999 roku została przytomnie zablokowane przez Prezydenta Kwaśniewskiego. Zaraz potem wystąpiła sławna „dziura Bauca”, która byłaby jeszcze większa, gdyby udało się zrealizować plan Leszka Balcerowicza obniżenia podatków.
Niestety społeczeństwo ma niewielką orientację w zakresie wielkości budżetowej. I ta niewiedza to jak widać dobra pożywka dla neoliberalnych demagogów, takich jak Profesor Leszek Balcerowicz…
2009-09-06 17:09:19
To oburzające, że Prezydent RP nie szanuje ofiar wojny, zwłaszcza tych cywilnych, za których bezpieczeństwo przecież odpowiedzialne były władze państwa i Armia… Nie wspomina o nich w tak ważnym dniu, jak rocznica ataku Niemiec na Polskę, rocznica wybuchu II wojny światowej na której poległo ok. 6 mln Polaków…
1 Września to dzień chwały dla żołnierzy, ale przede wszystkim tragedia całego społeczeństwa polskiego… Nie dziwne, że polskie elity nie mają skłonności do rozpamiętywania cywilnych ofiar wojny, a skupiają się tylko na czczeniu „bohaterów”. W ten sposób przecież unikają rozliczenia i odpowiedzialności elit za to, jak zapewniały one bezpieczeństwo swoim obywatelom. Czyżby dla polskich elit wyznających stwierdzenie „jedna jest tylko rzecz dla narodu bezcenna- honor”, życie Polaków miało znaczenie drugorzędne?
Takie były i są polskie elity… Dobro społeczeństwa, w tym nawet tak zasadnicze jak życie ludzkie, ma znaczenie drugorzędne… Potrafią tylko wymagać od ludzi poświęceń, bohaterstwa, oddawania życia za z góry przegrane sprawy… Co inne interes elit, oni o swój byt i swoje bezpieczeństwo zawsze dbają! Tak był, jest, a jak długo jeszcze będzie?
Cześć i Pamięć Ofiarom II Wojny Światowej! Cywilnym i wojskowym, wszystkim!
2009-09-02 09:50:01
Jest to więc klasyczny przykład zwiększania zysków kapitału kosztem społeczeństwa, czyli wyzysk społeczeństwa. Na szczęście większość rodziców jest niechętna wcześniejszemu posyłaniu dzieci do szkoły. Czują intuicyjnie (bo w Polsce nie ma co liczyć, niestety, na świadomość klasową, świadomość wyzysku społeczeństwa przez kapitał), że to nie jest korzystne dla ich dzieci. Że odbiera im się okres „beztroskiego dzieciństwa”, bez stresu związanego z nauką szkolną, a ważnego dla ogólnego rozwoju dziecka.
Ponadto dzieci które później zaczynają edukację (np. dzięki temu że urodziły się we wczesnych miesiącach danego rocznika), mają lepsze zdolności do nauki. Nie ma więc, albo są bardzo wątpliwe, argumenty merytoryczne za wcześniejszym rozpoczęciem edukacji dziecka.
Kapitalizm jednak nie zważa na dobro dziecka i społeczeństwa, liczy się tylko pogoń za zyskiem i to krótkoterminowym (bo w dłuższym okresie czasu także kapitał straci z powodu gorszych warunków rozwoju dzieci z których wyrastają przecież pracownicy oraz konsumenci).
Tak samo zresztą jak dzieciństwo, kapitalizm odbiera także starość- wydłużając wiec emerytalny. Słowem, kapitalizm chce maksymalnie wykorzystać człowieka dla swoich zysków.
2009-08-31 19:33:09
Bo co to znaczy, dla przeciętnego obywatela, że PKB wzrósł o 1%? Na pewno żadnego znaczenia nie ma dla tego, kto właśnie stracił pracę… A nawet dla pracujących wzrost PKB sam w sobie nic nie zmienia, bezpośrednio ani nawet pośrednio. Wiele zależy od tego, w jakiej branży ktoś pracuje- a przecież PKB sumuje wszystkie branże, gdzie w jednych produkcja spada, w innych rośnie. A sam wzrost PKB nie musi oznaczać wzrostu płac, tak jak spadek PKB nie musi oznaczać spadku płac. PKB często rośnie szybciej niż płace- a nadwyżka to wzrost zysków właścicieli przedsiębiorstw… Czy to jest powód do radości czy dumy dla całego społeczeństwa? Zwłaszcza jeśli wiele tych przedsiębiorstw, które wypracowując wzrost PKB, należy do zagranicznych właścicieli, a zyski są transferowane za granicę?
Płace w Polsce w ostatnich latach rosną, w dużym stopniu jednak niezależnie od wzrostu PKB. To wynik głównie dostosowania strukturalnego polskiej gospodarki do warunków panujących w Unii Europejskiej- polscy pracodawcy po prostu muszą podwyższać płace, żeby zatrzymać pracowników przed emigracją do innych państw UE…
Poziom PKB nie przekłada się także na konsumpcję. Bowiem duża część PKB, w Polsce 40% a w wielu krajach znacznie więcej, jest przeznaczana na eksport. Może być więc i tak, że wzrosła produkcja eksportowa w zakładach należących do inwestora zagranicznego, a płace w tym zakładzie nie wzrosły- wtedy z takiego wzrostu produkcji nie ma żadnej korzyści dla kraju i jego obywateli…
Jeszcze jedna ważna kwestia… Czy Polska z najwyższym w ostatnim kwartale, choć bardzo niskim przecież, wzrostem PKB- może czuć się „lepsza” od innych państw UE? Media pełne są od megalomańskich zachwytów, jaka to potęga z polskiej gospodarki… Ja jednak wolałbym, żebyśmy mieli ten poziom rozwoju gospodarczego, co mają na przykład Niemcy, i ich poziom PKB na mieszkańca, nawet z ich spadkiem PKB w ostatnim kwartale, niż z naszym wzrostem przy naszym poziomie rozwoju… Ale cóż, megalomania (wynikająca z kompleksów do Zachodu) i ślepa miłość do rządu Tuska zaślepia…



