Sukces Napieralskiego, porażka lewicy...
2010-06-30 10:31:38
Wynik Grzegorza Napieralskiego w wyborach prezydenckich to z pewnością jego osobisty sukces. Być może przełoży się on także na podobny sukces SLD w najbliższych wyborach parlamentarnych. Ale czy jest to sukces lewicy- to już jest mocno wątpliwe. Twierdzę wręcz, że lewica w tych wyborach poniosła sromotną porażkę- a to dlatego, że Grzegorz Napieralski, wbrew powszechnym opiniom, wcale nie reprezentował w swojej kampanii programu lewicowego. Co najwyżej był to program liberalny, a i to jest mocno wątpliwe. Raczej starał się po prostu nie prezentować żadnych konkretnych poglądów, poza wygłaszaniem okrągłych formułek na temat polskiej demokracji, a główny nacisk w kampanii położony był na jego cechy osobiste, na czele z młodym na tle innych kandydatów wiekiem. To dlatego właśnie w grupie młodych wyborców uzyskał on nad-proporcjonalnie wysokie poparcie. Trzeba też zauważyć, że Grzegorz Napieralski miał duże wsparcie mediów, w tym mediów publicznych w których jego partia współrządzi razem z PiS, co ułatwiło mu dotarcie do wyborców ze swoją nie programową, ale „wizerunkową” kampanią wyborczą.

W kampanii Napieralskiego nie było żadnych postulatów socjalnych, które dla lewicy należą do kwestii podstawowych. Bo że „powinny być żłobki i przedszkola” to powie dzisiaj każdy polityk, podobnie jak Kaczyński i Komorowski w ostatniej debacie prześcigali się deklaracjach, kto bardziej chce pomóc biednym ludziom i regionom Polski… Nic konkretnego z takich deklaracji nie wynika, a lewica powinna powiedzieć konkretnie co w tej sprawie zrobi i przede wszystkim skąd na to weźmie pieniądze, a raczej- kto za to zapłaci, czy ma ochotę naruszyć interesy kapitału w tym zakresie…

Napieralski zabrał natomiast głos w sprawach światopoglądowych. Tu jednak należy poczynić dwie istotne uwagi. Po pierwsze, tematy te zostały wywołane nie przez niego, ale przez prowadzącą z nim wywiad Monikę Olejnik. To ona starała się go „przycisnąć” żeby określił swoje stanowisko w takich kwestiach jak religia w szkołach czy aborcja. Sam z tymi kwestiami w swojej kampanii nie występował, nie poruszał ich choćby w spotach wyborczych. Druga uwaga dotyczy tego, że wbrew opiniom które „poszły w świat”, Grzegorz Napieralski wcale nie zajął konkretnych, zdecydowanych, lewicowych stanowisk we wspomnianych kwestiach. Na pytanie, czy jest za liberalizacją ustawy antyaborcyjnej- odpowiedział jedynie, że „ustawę należy zrewidować”. Dodał jeszcze, że dlatego, „bo obecna nie jest realizowana”. I co to ma oznaczać? Co miał na myśli Napieralski? Nie powiedział ani w jakim kierunku, ani w jakim zakresie ustawa powinna być zmieniona… Skoro uważa, że problemem jest, że obecna nie jest realizowana- to może chce zaostrzenia jej egzekwowania, kto wie? Z innych wypowiedzi na ten temat wynika, że nie chodzi mu wcale o liberalizację ustawy antyaborcyjnej łącznie ze zgodą na tzw. „aborcję na życzenie” czy choćby „aborcję z przyczyn społecznych”- a jedynie o edukację seksualną w szkołach… Która przecież nie rozwiąże problemu niechcianych ciąż…

Z kolei na pytanie Olejnik, „czy należy usunąć religię ze szkół”- Napieralski odpowiedział, we właściwym sobie „pływającym” stylem, że „religia powinna być w salach katechetycznych”. Znowu, podobnie jak w sprawie aborcji- nic z tego nie wynika… Bo czy z tego, że religia powinna być w salach katechetycznych, wynika, że nie powinna być w szkołach i że Napieralski jest przeciwko jej obecności w szkołach? Wcale nie… Tak samo jak z tego, że polityk uważa, że „państwo powinno być oddzielone od Kościoła” nie wynika jeszcze, że ma on w planach jakieś konkretne ustawy które by to zapewniły… Bo może Napieralski oczekuje, że Kościół dobrowolnie zrezygnuje z nauczania religii w szkołach?

W sumie nie dziwię się, że Napieralski nie prezentował lewicowego programu w tej kampanii wyborczej. Gdyby głosił lewicowe hasła, prawdopodobnie osiągnąłby znacznie gorszy wynik. A może jednak warto by było zaryzykować? Tylko czy SLD i Napieralski w ogóle rozumieją lewicowość? Być może właściwym rozwinięciem tego skrótu byłby „Sojusz Liberalno-Demokratyczny”, bo już dawno nie jest on lewicowy… Czasem można odnieść wrażenie, że nawet mainstreamowi media i prawicowi politycy są już zniecierpliwieni brakiem lewicy w Polsce, stąd przypisywanie socjalnych poglądów Napieralskiemu, kiedy ten ich wcale nie głosił… Niezmiennie rozśmiesza mnie, kiedy słyszę, jakie to socjalne warunki postawi Napieralski kandydatom, albo przyjęcia jakich socjalnych ustaw zarząda SLD od PO, za cenę poparcia lub przyszłej koalicji. Bo przecież żadnych takich postulatów SLD od dawna nie zgłasza… Co najwyżej- coś o edukacji seksualnej lub związkach partnerskich. Ale to za mało, by mówić o odradzaniu się lewicy w Polsce. Póki co, te wybory pokazały, że jest ona w głębokim kryzysie…
PO jest polską lewicą?
2010-06-15 19:02:45
PO jest, w warunkach polskiej demokracji, lewicą. Trzeba bowiem wziąć pod uwagę etap rozwoju polskiej demokracji i uznać, że nie ma warunków na powstanie a szczególnie zdobycie szerszego społecznego poparcia dla lewicy np. w stylu klasycznej europejskiej socjaldemokracji. To, co reprezentuje PO- jest na polskie warunki właśnie lewicowe. Co nie znaczy, że ta lewicowość nie będzie się zmieniać i pogłębiać, upodobniając się coraz bardziej do „zachodnich standardów lewicowości”.

Nie da się „odgórnie” zaszczepić w społeczeństwie i to na masową skalę lewicowości według standardów zachodnich demokracji. Nie można abstrahować od uwarunkowań społecznych, jego kultury, tradycji i doświadczeń. To, co na Zachodzie jest „standardem” i to nie tylko dla lewicy, ale także dla prawicy- w Polsce może być niezwykłą postępowością, której wprowadzanie jest misją lewicy. Dotyczy to zarówno spraw światopoglądowych, jak i społeczno-gospodarczych.

Sama PO przeszła i przechodzi ciągle proces przemian, a co ważne- wyraźnie widać w nich lewicowych kierunek. Spośród trójki założycieli został tylko Donald Tusk, najbardziej z nich umiarkowany. Odeszli z niej zaś konserwatysta- Maciej Płażyński, oraz Andrzej Olechowski- nieprzejednany liberał gospodarczy, co widać w prowadzonej przez niego kampanii wyborczej. Później z partii odszedł Jan Maria Rokita, zaliczający się do „ikon polskiego konserwatyzmu”. Z konserwatystów najbardziej obecnie wyrazisty jest Jarosław Gowin, nie jest on jednak aż tak „pryncypialny”, ponadto dość ostatnio wyciszony w partii.

W sprawach gospodarczych PO także, co zaskakujące, dokonała przemiany na bardziej umiarkowane, bliższe lewicy pozycje. Kto by pomyślał na przykład, że to rząd PO, na czele ze swoim Ministrem Finansów, Jackiem Rostowskim, będzie forsować obniżenie składki przekazywanej prywatnym funduszom emerytalnym (OFE), które są jednym z fundamentów neoliberalnego porządku społeczno-gospodarczego?

Lewicę można określać według „bezwzględnych” kryteriów, co jednak jest trudne, bo lewica w każdym kraju jest inna- na przykład inna jest lewica szwecka, inna niemiecka, a jeszcze inna- amerykańska. Bardziej sensowne jest określanie lewicowości jako relacji względem innych uczestników sceny politycznej.

PO jest „na lewo” od drugiej co do wielkości partii- PiS, w sprawach światopoglądowych, co jest dosyć oczywiste. A co z polityką społeczno-gospodarczą? Tutaj także PO jest coraz bardziej „na lewo”, a za to PiS z coraz większym zapałem broni neoliberalnych pryncypiów. To PiS obniżył podatek dla najlepiej zarabiających oraz zniósł podatek spadkowy, w szczególności od spadków o wielo-milionowej wartości. Zasiłek z okazji urodzenia dziecka, który wprowadził PiS, nie był pomyślany jako rozwiązanie socjalne- choćby z uwagi na niewielką wartością w stosunku do rzeczywistych kosztów utrzymania dziecka. Była to zagrywka symboliczna, pseudo-populistyczna, realizacja prawicowo-nacjonalistycznego hasła „siła narodu tkwi w jego liczności”.

A co z PO względem SLD? W sprawach społeczno-gospodarczych śmiem twierdzić, że obecnie PO jest już na lewo od SLD. Wystarczy porównać rządy SLD 2001-2005 z obecnymi rządami PO, a w szczególności reakcją obu rządów na problemy gospodarcze i budżetowe. Wtedy SLD od razu przystąpiło do cięć socjalnych, PO zaś szukało oszczędności w inwestycjach, tak żeby w najmniejszym stopniu dotknąć bezpośrednio społeczeństwo- a po cichu po prostu zwiększono deficyt budżetowy.

Tylko w sprawach światopoglądowych SLD jest dziś „na lewo” od PO. Ale to bardziej kwestia deklaracji, niż działania- wiadomo przecież, że SLD podczas swoich rządów nie zrealizowała żadnego z postulatów światopoglądowych. Nie próbowała liberalizować ustawy antyaborcyjnej, nie próbowała zmienić zasad finansowania Kościoła przez państwo, wręcz SLD było wobec Kościoła bardziej uległe, niż prawica… Przede wszystkim jednak PO się ciągle zmienia i wygląda na to, że będzie coraz bardziej otwarta i liberalna światopoglądowo, tak jak w tym kierunku zmienia się polskie społeczeństwa.

Podsumowując, to PO jest dzisiaj polską lewicą. PiS zaś neokonserwatywną i neoliberalną prawicą. A co z SLD? Patrząc na pewne procesy w zachodnich demokracjach- dla SLD pasowałaby pozycja liberałów- gospodarczych i światopoglądowych. Bliższych niestety prawicy, niż lewicy. Co widać w coraz większej sympatii w stosunku do PiS, tym bardziej że i ta ostatnia zmienia się w kierunku bardziej „strawnym” dla liberałów z SLD…
Wyborcza w sprawie OFE- szczyt demagogii i głupoty
2010-05-30 15:19:45
Artykuł „Emerytura przez trzy”, który ukazał się w ostatnim, sobotnio-niedzielnym wydaniu Gazety Wyborczej, to przykład skrajnej demagogii i głupoty autorów, jakże groźnej, bo dotyczącej niezwykle ważnej sprawy, jaką jest polski system emerytalny. Autorzy, Marcin Bojanowski i Maciej Bednarek, przestrzegają, że w przypadku zmniejszenia o 2/3 składki do OFE, przyszłe emerytury spadną 3-krotnie w stosunku do obecnych.

Skąd taki wniosek? Gazeta powołuje się na raport firmy doradczej Deloitte, którego treści, ani metodologii, nie przedstawia… Na jakiej więc podstawie mamy przyjąć, że będzie tak, jak ów raport głosi- tylko na podstawie nazwy firmy, która go stworzyła? Przykład bankructwa Enronu pokazał, że nie można całkowicie ufać firmom doradczym i audytorskim… Wyborcza jednak ufa mu bezgranicznie, wątpliwości gazety nie budzi nawet fakt, że ów raport został stworzony na zamówienie towarzystw emerytalnych, w których interesie jest utrzymanie składki na obecnym poziomie! A prognozując wieloletnią przyszłość na rynkach finansowych- można „przewidzieć” dokładnie wszystko! Każdy scenariusz jest niemal równie prawdopodobny, a rzeczywistość swoją drogą i tak jest zwykle zaskoczeniem dla większości uczestników rynku finansowego, co pokazał ostatni kryzys, którego nie „przewidywał”, tzn. nie rozważał takiej możliwości- niemal nikt…

Ostatni kryzys finansowy pokazał, jak niepewne są emerytury z systemu kapitałowego. Wartość funduszy emerytalnych OFE w jednym roku spadła o blisko 30%. To oznacza, że kto akurat w latach kryzysu przechodził na emeryturę- to jego część z systemu kapitałowego była niższa o blisko 30%, niż gdyby odszedł rok wcześniej… Oto jeden z paradoksów tego systemu- kto odszedł na emeryturę wcześniej, miał wyższą emeryturę, niż ten kto odszedł na emeryturę później! Zadajmy sobie pytanie, którego Wyborcza przecież nie zada- czy można przyszłość emerytów opierać na „nastrojach” i „grymasach” rynków kapitałowych?

Notabene, nie wiem skąd taki wynik wyliczeń, bo Wyborcza jak wspomniałem nie przedstawiła treści raportu- jest on chyba tajny, chyba dlatego żeby nie można było go zakwestionować- skoro przecież i tak OFE 2/3 składki inwestowały w obligacje skarbowe, a zgodnie z zapowiedziami Rostowskiego w przypadku zmniejszenia składki o te 2/3 byłyby one waloryzowane na koncie przyszłych emerytów tak, jak by były zainwestowane w obligacje skarbowe? A do tego nie zostałyby „ucięte” o prowizję, którą potrąca OFE przy każdym wpłynięciu składki na konto emerytalne?

W tak ważnej sprawie, jak przyszłość emerytów, potrzebna jest poważna debata, a nie propagandowe i głupie zarazem teksty, jak ten omawiany z Gazety Wyborczej- gazety, którą na nieszczęście wielu traktuje jako wyrocznię prawdy…
Przeciwko wetu, więc za Komorowskim
2010-05-04 17:03:14
Konserwatyno-liberalny Bronisław Komorowski nie jest „prezydentem z mojej bajki”. Bliższy moim poglądom (choć ciągle daleki) jest Grzegorz Napieralski, a jednak chciałbym żeby wybory wygrał kandydat PO. Dlaczego? Dlatego, że jestem przeciwny możliwości wetowania ustaw przez Prezydenta. To powoduje, że rząd może tłumaczyć swoje zaniechania czy nieudolność przeszkodą w postaci prezydenckiego weta. Na Prezydenta może zrzucać dużą część odpowiedzialności za swoje niepowodzenia. Nie chciałbym, żeby rząd mówił, tak jak obecnie, że na dobre zacznie rządzić dopiero jak zmieni się Prezydent na przychylnego jego polityce.

Weto powoduje, jak to się działo ostatnio, „schizofreniczną” sytuację polityczną- z jednej strony mieliśmy większość parlamentarną, z drugiej Prezydenta z dokładnie przeciwległego obozu politycznego. Na dobrą sprawę, gdyby tragicznie zmarły Prezydent Lech Kaczyński chciał w pełni skorzystać ze swoich konstytucyjnych praw- mógłby wetować prawie każdą ustawę, bo do każdej z pewnością miała jakieś zastrzeżenia. Podobnie było za prezydentury Lecha Wałęsy. Aleksander Kwaśniewski wetował najmniej, co z kolei można uznać za „zdradę” swojego elektoratu- a więc tęż nie jest to zgodne z demokratycznym duchem. Nie chciałbym, żeby ta sytuacja powtórzyła się po najbliższych wyborach prezydenckich.

Jeżeli społeczeństwu nie podoba się polityka aktualnej większości parlamentarnej- to weto też niewiele tu pomoże, trzeba po prostu wybrać inną większość przy najbliższych wyborach parlamentarnych. A im szybciej Platforma Obywatelska zacznie rządzić „w pełni”, bez faktycznych czy tylko "potencjalnych" przeszkód ze strony Prezydenta, tym szybciej skompromituje nie tylko siebie, ale i całą neoliberalną koncepcję polskiej transformacji, a wtedy będzie szansa na przełamanie ich monopolu- najlepiej poprzez powstanie lewicowej alternatywy.
Katastrofa systemowa. Bohaterstwo bez względu na cenę.
2010-04-26 11:25:39
Katastrofa samolotu w Smoleńsku jest tak wielka, tak niezwykła na skalę światową, że z zasady nie można winy za nią przypisać pojedynczej osobie czy nawet służbie. To "katastrofa systemowa"- jak powiedział płk. Edmund Klich stojący na czele komisji badającej jej przyczyny. Wskazuje na wady szkolenia pilotów, obsługujących loty najważniejszych osób w państwie. Ja bym szukał przyczyn jeszcze dalej, szerzej- to skutek panujących w polskim narodzie przekonań, na czele z pochwałą dla aktów "bohaterstwa" w których nie liczą się koszty ludzkie. To z nich zrodziła się niefrasobliwość w planowaniu tragicznej wyprawy do Katynia- bo nikt nie myślał o "ryzyku, niebezpieczeństwach", a także sama decyzja pilota o lądowaniu pomimo skrajnie trudnych warunków pogodowych i technicznych (wyposażenia lotniska).

Wszyscy Polacy wezwani są do "dawania świadectwa wierności Ojczyźnie"- za cenę swojego życia. I to nie dla ratowania czyjegoś życia podkreślam, gdzie oddanie własnego jest uzasadnione i w najwyższym stopniu godne uznania, lecz dla celów symbolicznych. Praprzyczyną takiej postawy jest nieuzasadniony, zbiorowy kompleks niższości Polaków, który objawia się zwłaszcza w stosunkach z Rosją- stąd, nieprzypadkowo, katastrofa ta miała miejsce właśnie w Rosji. Czyż to nie w Rosji bowiem dwa lata wcześniej prezydent Kaczyński chciał pokazać odwagę Polaków w konflikcie tego kraju z Gruzją, a pilot feralnego lotu być może podświadomie czuł presję, żeby "nie splamić honoru polskiego pilota, co to przecież na drzwiach od stodoły potrafi latać"- zwłaszcza przed Rosjanami? Do tego dochodzi kwestia "zachowania twarzy i honoru" przed Prezydentem Polski a także innymi nobliwymi pasażerami, którzy być może gdyby lądowanie odbyło się na innym lotnisku poczuliby a nawet wyrazili to, co Prezydent Kaczyński półtora roku wcześniej- że "pilot jest lękliwy"? Nie wińmy przy tym samego Prezydenta czy innych pasażerów- oni także swoim postępowaniem skrywali swoje kompleksy, bo to przecież potem oni przed Rosjanami musieliby "czuć wstyd", że nie sprawdził się (w ich zakompleksionym mniemaniu) polski pilot...

Oby ta katastrofa była początkiem walki z tym zbiorowym kompleksem, który przynosi Polsce katastrofy  (wcześniej- w Powstaniu Warszawskim, które także było przeprowadzone "dla okazania honoru" bez względu na ofiary...), i to nie tylko ludzkie- ale także gospodarcze (czyż gazociąg północny nie jest kolejnym skutkiem owego kompleksu, który nie pozwolił nam ułożyć dobrych stosunków z Rosją, bo to przecież byłaby "zdrada" i "plama na honorze"?).

Nie chcę przez to deprecjonować polskiego bohaterstwa, węcz przeciwnie- uznać, że jest ono zbyt duże w stosunku do sprawy. Jakoś Niemcy nie muszą wstydzić się gazociągu z Rosją, a Francja- poddania w II wojnie światowej stolicy bez walki... My też nie musimy się wstydzić, że nie zawsze będziemy "bohaterscy"... A i to, że pilot nie wylądował swego czasu w Tbilisi- nie było powodem do wstydu, zwłaszcza że i tak pozostałe działania Prezydenta Kaczyńskiego były wystarczającym, a nawet przesadnym aktem odwagi i bohaterstwa... Nie byłoby wstydu także gdyby samolot wylądował na innym lotnisku, niż w Smoleńsku...
Katyń- pamięć czy antyrosyjskość?
2010-04-23 11:57:55
Przykre wydarzenia ze swojego życia człowiek o zdrowej psychice stara się nie tyle zapomnieć, co zracjonalizować tak, żeby wiązały się z jak najmniejszymi negatywnymi emocjami. Podobnie powinna postępować zbiorowość, w tym naród, z negatywnymi wydarzeniami ze swojej historii. Tymczasem w przypadku Katynia mamy do czynienia nie z racjonalizacją i wyciszaniem negatywnych emocji wokół tej tragedii, ale próbą podtrzymywania ich, eksponowania bolesnych szczegółów zbrodni ("oczodoły przestrzelonych czasek"), odświeżania i "rozdrapywania" bolesnej rany. Czemu to ma służyć, bo na pewno nie uporaniu się Polski z bolesną przeszłością, co byłoby przecież wskazane?

Nie chodzi też o "pamięć", bo przecież nie grozi dziś w żadnym wypadku wymazanie Katynia z pamięci historycznej Polaków (skoro nawet w PRLu nie udało się tej pamięci zamazać). Może chodzi o "honor", rozumiany jako chęć zemsty na oprawcy, sprawcy tragedii? Dlaczego więc z równą siłą Polacy nie szukają "zemsty" na oprawcy hitlerowskim, który wymordował znacznie więcej Polaków, niż Rosjanie pod władzą Stalina?

A może po prostu owa "pamiętliwość" o Katyniu wynika ze szczególnego stosunku Polski do Rosji- stosunku fobii połączonej z pogardą, generalnie- z antyrosyjskości i podtrzymywania jej dla bieżących celów politycznych? Antyrosyjskość, która wynika z kompleksu wobec większego, silniejszego i potężniejszego "sąsiada ze wschodu"- który powinien być przecież już dawno przez nas podbity, dla potwierdzenia naszej "zachodniej" wyższości?

Francja, a potem Niemcy pozbyli się tego kompleksu i zarazem wrogości wobec Rosji- pora na Polskę...
Lewica nie może lekceważyć Wawelu
2010-04-15 08:28:56
Nie zgadzam się z tymi, którzy twierdzą, że lewica nie powinna zajmować stanowiska w sprawie pochówku ciała Prezydenta Lecha Kaczyńskiego na Wawelu. Symbole są w polityce bardzo ważne, a Wawel to miejsce o dużym znaczeniu symbolicznym dla polskiego narodu (społeczeństwa), jako jego "panteon pamięci i chwały". Złożenie ciała Lecha Kaczyńskiego na Wawelu byłoby fatalnym sygnałem dla obecnych i przyszłych pokoleń Polaków. Będzie to bowiem oznaczało, że w Polsce na szczególne wyróżnienie zasługuje ten przywódca narodu, który wyróżni się nie pozytywnymi osiągnięciami, sukcesami, ale tragizmem. Bo to właśnie ów tragizm postaci Prezydenta Lecha Kaczyńskiego, jego tragiczna śmierć, jest zasadniczym argumentem, podawanym przez zwolenników jego pochówku na Wawelu...

Dla porównania, Marszałek Józef Piłsudski, którego ciało także spoczywa na Wawelu, uosabia narodowy sukces, na miarę możliwości w danym okresie historycznym- przede wszystkim odzyskania państwa polskiego. Prezydentura Lecha Kaczyńskiego zaś jeszcze za jego życia była określana jako taka, której głównym celem i osiągnięciem było "przywrócenie pamięci historycznej"- dodajmy, znowu głównie pamięci o wielkich narodowych tragediach...

Lewicy bliższy jest na pewno nie patriotyzm tragizmu i śmierci, ale przeciwnie- patriotyzm życia i budowania. Budowania pomyślności narodu (społeczeństwa), a unikania narodowych tragedii. To właśnie na bazie takiego patriotyzmu na Zachodzie zbudowano socjaldemokrację, po odrzuceniu nacjonalizmu- i to socjaldemokrację rozumianą nie tylko jako jedną formację polityczną, ale wizję państwa i społeczeństwa którą obecnie uznaje także nie-nacjonalistyczna prawica zachodnia. Pochówek ciała Lecha Kaczyńskiego na Wawelu z pewnością utrudni ten proces w Polsce...
Cenzurka dla Rosjan...
2010-04-12 12:56:18
W mediach, komentarzach, często powtarza się uznanie dla postawy Rosjan. Tymczasem Rosjanie postępuje po prostu tak, jak wypada postąpić w takiej sytuacji. Owo uznanie i "pozytywne zaskoczenie" wynika ze stereotypów na temat Rosji, z pogardy wręcz, przekonania że przecież Rosja to kraj prymitywny, barbarzyński... Tym razem jednak "wyjątkowo" zachowali się "jak należy"... Polacy wystawiają Rosjanom cenzurkę, niczym nauczyciel w szkole... Z pochwałą wpisaną do dziennika... Na zachętnę dla niesfornego ucznia, który dziś wyjątkowo zachował się dobrze...

Nie wiem zatem czego spodziewali się Polacy, że niby co Rosjanie zrobiliby, gdyby nie zachowali się "wzorowo", ale "po swojemu"- zasypaliby miejsce katastrofy, szczątki samolotu i ciała ofiar, piachem? Nie wydaliby ciał Polaków? A że na miejsce tragedii przyjechał Premier Putin, to też takie "nadzwyczajne"? Przecież to normalne, że gdy ginie tyle ludzi w jakiejkolwiek katastrofie, to przyjeżdża premier danego kraju... A już na pewno wtedy, kiedy ginie Prezydent innego kraju...

Wystawiając taką cenzurkę Polacy tylko dają dowód swoich ciągle obecnych uprzedzeń i krzywdzących stereotypów na temat Rosji i Rosjan, których tragedia w Smoleńsku nie zlikwiduje, więc pojednanie o którym się teraz mówi raczej nie będzie miało miejsca.
Ta tragedia była zapowiedziana?
2010-04-10 20:08:29
W okresie "kryzysu gruzińskiego" było takie zdarzenie, kiedy to samolot rządowy z Prezydentem Kaczyńskim miał wylądować w Tbilisi, jednak pilot postanowił wylądować w Azerbejdżanie, ze względów bezpieczeństwa. Pisałem o tym zdarzeniu na salon24, szkoda że tekstu nie ma już w archiwum salonu- krytukując Prezydenta, a nawet przestrzegając że "boję się odważnego prezydenta". Oto co media wtedy pisały o tym zdarzeniu, np. dziennik.pl http://dziennik.pl/polityka/article242159/Prezydenta_wiozl_pilot_ktory_lata_gdzie_chce.html

"A Kaczyński miał do niego wiele zastrzeżeń po sierpniowym locie z Warszawy do Gruzji. Rządowym samolotem lecieli wtedy z polskim prezydentem przywódcy kilku innych krajów. Trwała wojna gruzińsko-rosyjska. Pilot odmówił lądowania w Tbilisi. Tłumaczył się względami bezpieczeństwa.
Rządowy samolot wylądował w Azerbejdżanie, a zachowanie Pietruczuka oburzyło prezydenta. Kaczyński groził nawet wyciągnięciem konsekwencji. "Jeśli ktoś decyduje się być oficerem, to nie powinien być lękliwy. Po powrocie do kraju wprowadzimy porządek w tej sprawie" - mówił prezydent. "


Czyż te słowa nie były zapowiedzią dzisiejszej tragedii? Ciekawe kto pilotował dzisiaj rządowy samolot? Czy przypadkiem pilot, który bezwzględnie powinien lądować na innym lotnisku- nie miał w pamięci tamtych słów Prezydenta, o tym że pilot rządowego samolotu "nie powinien być lękliwy"? Czy chciał wykazać się odwagą, którą tak cenił nasz tragicznie zmarły Prezydent?

Ta tragedia, w takich okolicznościach, nie powinna mieć prawa się wydarzyć! Ale ona świadczy o pewnej szkodliwej filozofii naszego narodu- o tym, że honor i odwaga są ważniejsze, niż troska o życie i bezpieczeństwo... I to się niestety długo nie zmieni, nic na to nie wskazuje... Pod tym względem jesteśmy narodem wyjątkowym na skalę światową, i ta tragedia to niestety potwierdza!
Neoliberałowie za eugeniką
2010-03-22 10:00:32
Bronisław Komorowski wypowiedział bardzo znamienne opinie na temat finansowania zapłodnienia in-vitro przez państwo. Wyrażają one wprost poparcie dla koncepcji eugeniki, przy czym nie chodzi o poglądy samego Komorowskiego- a raczej o to, co kryje się za ideologią neoliberalną.

Eugenika- za wikipedią: „(gr. eugenes = dobrze urodzony) – pojęcie wprowadzone w 1883 roku przez Francisa Galtona, kuzyna Karola Darwina, które dotyczyło selektywnego rozmnażania zwierząt lub ludzi, aby ulepszać gatunki z pokolenia na pokolenie, szczególnie jeśli chodzi o cechy dziedziczone. W ciągu następnych lat Galton poprawił swoją definicję, aby uwzględnić specyfikę eugeniki pozytywnej, zachęcającej do częstszego reprodukowania się najlepszych osobników oraz eugeniki negatywnej, zniechęcającej do reprodukcji osobników mniej wartościowych.”

Na wstępie Komorowski zaznaczył, że finansowanie In-vitro przez państwo należy je traktować jako „inwestycję”. Czyli nie liczy się potrzeba rodziców, tylko państwa. Pieniądze mają więc być skierowane do tych małżeństw, które „gwarantują dobre wychowanie i zdrowie dzieci”. Ciekawe, jak miałaby być oceniana owa „gwarancja dobrego wychowania”? Może zaświadczenie od proboszcza, albo wywiad środowiskowy o dobrym „prowadzeniu się” małżonków? Najlepiej też, żeby rodzice reprezentowali „silne tradycje patriotyczne”, tak jak przedstawiono pochodzenie samego Bronisława Komorowskiego… Jeśli chodzi o „gwarancję zdrowia”, to sprawa jest prostsza, przynajmniej od strony praktycznej- wystarczą badania genetyczne, czy aby rodzice nie noszą jakichś podejrzanych o wadliwość genów, sprzyjającym pewnym chorobom…

Wydaje się jednak, że Panu Marszałkowi chodziło głównie o status materialny rodziców, gdyż powiedział, że „nie może być tak, że ze względu na gorszą kondycję finansową jedni zwiększą swoją szansę, a drudzy nie będą mogli zwiększyć szansy na posiadanie dzieci”. Innymi słowy- rodzina, która „gwarantuje dobre wychowanie i zdrowie” to rodzina o wyższym statusie materialnym. Bo przecież zgodnie z neoliberalną ideologią- status materialny świadczy o człowieku. Biedni to nieudacznicy i margines społeczny. A kto się nie dorobił wyższego statusu materialnego, ten nie nadaje się do wychowania dzieci, choćby dlatego że nie będzie mógł przekazać
potomstwu „wartości”, które w kapitalizmie ułatwiają osiągnięcie sukcesu materialnego- bezwzględnej rywalizacji, parcia do sukcesu „po trupach”, nieoglądaniu się na słabszych, itd. Itp… Najlepiej zlikwidować problem biedy, utrudniając posiadanie potomstwa przez biednych…

Poza tym, rodzice którzy mają wyższy status materialny sami zapłacą za opiekunkę i prywatne przedszkole, a nawet szkołę dla dziecka, opłacą też prywatne leczenie w razie choroby. „Inwestycja”, jak określił finansowanie zapłodnienia In-vitro przez państwo Bronisław Komorowski, w dzieci zasobnych materialnie rodziców będzie więc bardziej opłacalna- bo „koszty” ze strony państwa będą dużo mniejsze, niż w przypadku dzieci uboższych rodziców, którym trzeba finansować szkołę, leczenie, itp…

Dobrze, że ta wypowiedź się pojawiła, bo odsłoniła ona prawdziwe, skrzętnie skrywane, antyspołeczne a nawet antyludzkie oblicze neoliberalizmu. Zawierające w sobie pogardę dla ludzi, którzy z punktu wiedzenia piewców neoliberalizmu są „przeszkodą” w budowaniu doskonałego społeczeństwa, gdzie każdy sobie będzie świetnie radził sam i nie będzie potrzebował niczyjej pomocy i wsparcia. To prawdziwe oblicze polskich elit i jej stosunku do „zwykłych ludzi”…
Dlaczego kobiety zarabiają mniej od mężczyzn, i jak to zmienić?
2010-03-08 18:58:19
Faktem jest, że średnio kobiety zarabiają ok. 30% mniej niż mężczyźni. Nie jest jednak prawdą, że wynika to z gorszego traktowania kobiet w miejscu pracy. Kobiety, średnio rzecz biorąc, mają niższe kwalifikacje od mężczyzn, a jest to wynikiem ich zaangażowania w wychowanie dzieci i pracę w domu. Jeśli kobieta ma kilka lat (a wystarczy czasem że kilka miesięcy) przerwy w pracy zawodowej- to będzie to miało ujemny wpływ na jej karierę zawodową. Podejrzewam że gdyby porównać zarobki kobiet, które nie mają dzieci i nie prowadzą domu, to zarobki takich kobiet byłyby porównywalne z zarobkami mężczyzn (dla podobnego wykształcenia i długości stażu zawodowego).

Zresztą, to samo dotyczy porównania mężczyzn którzy mają dzieci i aktywnie włączają się w ich wychowanie, z mężczyznami którzy takich obowiązków nie mają. Ci pierwsi także będą prawdopodobnie gorzej zarabiać, gdyż nie będą mogli przeznaczyć tak dużo czasu na pracę i dokształcanie się, co mężczyźni bez obowiązków rodzinnych. Widać więc, że problem generalnie nie dotyczy stosunków między płciami, ale raczej między tymi co mają dzieci i tymi, co ich nie mają, lub mają ale nie angażują się zbytnio w ich wychowanie.

Nie zmienimy tej sytuacji, że kobieta (lub mężczyzna) która/który zajmuje się wychowaniem dzieci i pracą domową, będzie miała/miał niższe dochody z pracy zawodowej. Można jednak im ten ubytek dochodów zrekompensować- wprowadzając stosowne świadczenia rodzinne oraz wyrównanie składki emerytalnej. To byłoby sprawiedliwe ekonomicznie, gdyż z pracy wychowawczej, a jest ona niezwykle angażująca- każdy kto ma dzieci ten to potwierdzi- korzystają przecież potem również ci, którzy wychowaniem dzieci się nie zajmują, a także przedsiębiorcy- którzy mają dzięki temu kogo w przyszłości zatrudniać i komu sprzedawać swoje produkty i usługi.

Póki co jednak w Polsce obowiązuje konserwatywna opinia, ukrywająca de facto wyzysk ekonomiczny rodzin- że przecież wychowanie dzieci to sama przyjemność, a w przyszłości dzieci odwdzięczą się rodzicom (także ekonomicznie), nie ma więc potrzeby rekompensować rodzicom kosztów bezpośrednich jak i pośrednich (związanych z utratą pewnych szans zawodowych) wychowania dzieci. Takiemu spojrzeniu sprzyja rzecz jasna fakt, że mężczyźni na ogół nie zajmują się wychowaniem dzieci, nawet jeśli je mają, albo robią to z niewielkim zaangażowaniem, nie tracąc zbytnio na karierze zawodowej- więc utrzymanie obecnego status quo jest im na rękę. Zwłaszcza, że to oni głównie musieli ponieść ciężar wypłaty rekompensat finansowych, głównie kobietom.

I dlatego jednak ów problem ekonomiczny ma jednak swoje podłoże w dominacji płci męskiej nad kobiecą… I dlatego jeśli na przykład więcej mężczyzn zacznie wychowywać dzieci, nawet "sztucznie zachęconych" do tego regulacjami prawnymi, to oni na pewno bardziej niż kobiety będą walczyć o ekonomiczną rekompensatę za ich pracę... I wtedy może to zostanie właściwie uregulowane ekonomicznie...
Cieszy mnie, że to Kowalczyk zdobyła złoto
2010-02-28 12:04:49
Gdyby nawet Małysz zdobył złoto, to i tak o wiele bardziej cieszyło by mnie złoto Justyny Kowalczyk. Bo na medal w biegach narciarskich trzeba ciężko zapracować, na zawodach a wcześniej na treningach, a w skokach „wystarczy” mieć tylko talent (urodzić się z nim), oraz liczyć na sprzyjający wiatr. Zawody w skokach narciarskich to tylko wejść na górę i zjechać. Prawie żaden wysiłek, 90% to technika. A w biegach narciarskich ogromna praca, zmęczenie…

To ważne także z lewicowego punktu widzenia- medale w biegach narciarskich są po prostu bardziej sprawiedliwe, niż w skokach narciarskich. A porównywanie obu dyscyplin powinno uwzględniać różne nakłady pracy- cięższa praca powinna być lepiej nagradzana, niż lżejsza...

Jeszcze co do „osobowości” Kowalczyk i Małysza. Kowalczyk uważa się za „nieskromną” i „pyskatą”- moim zdaniem, niesłusznie. Jak na tą pracę, którą wykonała- Kowalczyk jest bardzo skromną osobą. Powiedziała, że nie za bardzo czuje się „bohaterką narodową”. Po prostu zrobiła co najlepiej mogła w swojej dziedzinie. Jak miliony innych Polaków- także „bohaterów życia codziennego”, których jednak nikt nie wyróżni… Co do Małysza zaś, trudno jakoś pasuje do niego określenie „skromny”, jeśli media witają go w Polsce tytułem „króla Polski”- ale to oczywiście nie jego wina, tylko polskiej megalomanii.

Lewica na straży PRAWDY
2010-02-20 18:19:36
Prawica mówi o sobie, że jest „strażniczką prawdy”. Zazwyczaj jednak jest to prawda wątpliwa, jest to raczej opinia, zazwyczaj „nagięta” to własnych interesów politycznych prawicy, nazywana „prawdą” po to, żeby wykluczyć wszelką krytykę i wątpliwości, a nader wszystko- zamknąć usta lewicy. Tymczasem to lewica niejednokrotnie musi bronić prawdy, tej autentycznej.

Ulubioną „prawdą” prawicy jest „prawda historyczna”. Jeśli chodzi o historię powojenną Polski, to jest ona w skrócie następująca: władza powojenna w Polsce była terrorem; ludziom nie można było głosić opinii nieprzychylnych władzy, bo byli natychmiast za to aresztowani, torturowani i skazywani na ciężkie więzienia; władze PRLu były antypolskie i antyspołeczne, całkowicie podporządkowane interesom Moskwy; gospodarka niemal nic nie produkowała- w sklepach był praktycznie tylko ocet; Kościół był stale prześladowany, a księża mordowani (poza tymi, którzy współpracowali z SB); itd… itp… „prawdy historyczne”.

Co w tej sytuacji ma robić lewica, jeśli nie bronić PRAWDY, tej autentycznej prawdy? Prawdy, która nie jest tak czarno-biała jak ją maluje prawica, a raczej, jak mówi przysłowie- „leży pośrodku”? PRL była niedemokratyczną dyktaturą, ale od powszechnego terroru jej daleko. Opozycja, gdyby była rzeczywiście tak zwalczana jak to opisuje dzisiejsza prawica, nie miałaby prawa zaistnieć, a jej działacze którzy po 89r. zajęli znaczące pozycje w polskiej polityce nie mieliby szansy dożyć demokratycznych czasów… Gospodarka miewała lepsze i gorsze czasy, a wobec odcięcia od myśli zachodniej rozwinęła się i tak nieźle, skoro po 89roku było co prywatyzować, a np. obecna energetyka bazuje głównie na tym, co zostało stworzone w tamtych czasach… Kościół zaś miał się dobrze, skoro państwo przecież wspierało pielgrzymki Papieża Jana Pawła II do Ojczyzny, a sam Jan Paweł II darzył dużym szacunkiem Generała Wojciecha Jaruzelskiego- wedle obecnie głoszone przez prawicę „prawdy” krwawego dyktatora porównywalnego z Nicolae Czauczesku czy Erichem Honeckerem, a może i Stalinem…

W innych sprawach także lewica musi bronić prawdy przez „prawdą” głoszoną przez prawicę- na przykład w sprawach światopoglądowych (np. o tym, że ludzie religijni są automatycznie dobrymi ludźmi, niewierzący zaś z gruntu źli i amoralni), czy też w sprawie polityki społeczno-gospodarczej (np. twierdzenie, że podwyższanie podatków prowadzi zawsze do obniżenia dochodów budżetu, czy wystarczy dbać o dochody bogatych- a oni podzielą się swym bogactwem z biednymi). Wielką „nieprawdą” głoszoną przez prawicę jako „prawda” jest też utożsamianie komunizmu (sowieckiego) z myślą i praktyką socjalistyczną (a zwłaszcza socjal-demokratyczną).
Słowem- lewica nie może bać się słowa „PRAWDA”, musi odzyskać je od prawicy, która to słowo zawłaszczyła- i niestety mocno skompromitowała…
O polskiej hipokryzji
2010-02-18 12:56:36
Poseł Arłukowicz z oburzeniem w głosie i stosowną dezaprobatą wyrażaną mimiką twarzy mówił wczoraj w TVN24 o tym, jak to córka Pana Sobiesiaka miała załatwianą pracę „po znajomości”, podczas gdy wszyscy inni Polacy muszą zdobywać pracę wyłącznie dzięki swojej wiedzy i umiejętnościom… Ciekawe, gdzie Pan poseł żył do tej pory, bo chyba nie w Polsce- bo przecież większość Polaków wie, że nie ma lepszego sposobu znalezienia pracy, niż właśnie „po znajomości” a jeszcze lepiej „po rodzinie”- wtedy przecież, jak można odmówić „pomocy i wstawiennictwa” w uzyskaniu pracy, gdy szuka jej inny członek rodziny?

To święte oburzenie, które okazał poseł Arłukowicz, dobrze oddaje pewną cechę naszego narodu- mianowicie obłudę i hipokryzję. Z jednej strony Polacy lubią powoływać się na wielkie ideały (na czele z Jezusem i Janem Pawłem II), z drugiej zaś, po cichu, w życiu codziennym, nie stronią od zachowań wbrew tym deklaracjom. Co zresztą uważam za całkiem ludzkie i naturalne, bo człowiek nie jest ideałem, ale po co te obłudne deklaracje? To tak jak z tą korupcją- polityka Polacy spaliliby żywcem za samo już podejrzenie wzięcia łapówki, ale sami, przynajmniej wielu z nich, gdyby tylko mieli okazję, z pewnością nie pogardziliby „drobnym upominkiem” za „załatwienie” jakiejś drobnej sprawy, o ile powtarzam mieliby taką okazję i możliwości… A z dawaniem „wziątek” też raczej nikt w Polsce nie ma problemu, bo uważamy to za „naturalne”…

Rzecz jasna nie śmiem nawet wątpić, że poseł Arłukowicz i w ogóle członkowie klubu poselskiego SLD, do którego Pan poseł należy, zatrudniają w swoich biurach poselskich wyłącznie osoby obce i nieznane im wcześniej (ani nie mające powiązań z takimi osobami), które uzyskały tę pracę wyłącznie dzięki swoim kwalifikacjom przewyższającym kwalifikacje innych chętnych do pracy na ich stanowiskach…
A mi bardziej wstyd za Tuska
2010-02-13 11:42:57
Agnieszka Wołk-Łaniewska napisała w tygodniku „NIE” w artykule „A ja nie kocham Tuska” że co prawda lubi Tuska, bo nie musi się za niego wstydzić tak jak za Prezydenta Kaczyńskiego, ale jednak „nie kocha go” za antysocjalne posunięcia jego rządu i w tych przypadkach popiera weta Kaczyńskiego. Chciałbym skupić się na owym „wstydzie”. Mi bowiem, jeśli miałbym się za kogoś wstydzić, to właśnie na odwrót- bardziej za Tuska, właśnie za jego antysocjalną politykę, bardziej niż za „przaśność” Lecha Kaczyńskiego… To kwestia priorytetów- niestety w dzisiejszej polityce nie możemy mieć jednego i drugiego- liberalizmu światopoglądowego i wrażliwości społecznej, więc musimy wybierać co dla nas ważniejsze. A wtedy wolę jednak Lecha Kaczyńskiego, który choćby czasem upomni się o słabsze grupy społeczne, nawet jeśli będę musiał czasem wstydzić się za jego zachowanie- niż „poprawnego” Donalda Tuska, całkowicie niemal obojętnego na problemy społeczne. Z taką polityką Tusk wcale nie jest bardziej "europejski", niż Lech Kaczyński... Za takiego lidera politycznego, reprezentującego Polskę, jest mi jednak bardziej wstyd…
"Demokracja" według "Gazety Wyborczej"
2010-02-06 11:38:33
Wizja demokracji według „Gazety Wyborczej” jest iście kuriozalna: demokracja ma polegać na tym, że rządy nie realizują woli wyborców- ale wręcz przeciwnie, przeprowadzają reformy wbrew woli społeczeństwa. Demokracja nie jest więc, według tej najbardziej opiniotwórczej i oświeconej gazety w Polsce, „władzą ludu”, jak wskazuje znaczenie słów –demos (lud) i –kratos (władza), lecz władzą elit (wyrażaną najlepiej przez dziennikarzy wskazanej gazety). Jedynym elementem demokratycznym w takiej „demokracji” są same wybory- gdzie społeczeństwo może głosować wedle swojej woli, choć i wtedy najlepiej gdyby od razu głosowało na partie, których programy nie są zbieżne z ich wolą i interesami. Wtedy Wyborcza nie musiała by się jak zwykle po wyborach martwić, że „znowu społeczeństwo wybrało populistów, zamiast mądrych reformatorów”…

Dlatego Donald Tusk i jego rząd nie zbierają zbyt pochlebnych ocen Wyborczej. Rafał Kalukin pisze:

„Dwa lata rządów tej ekipy to dostatecznie wiele, by zorientować się, jak postrzega ona władzę. Kunktatorsko, ostrożnie, wręcz lękliwie. Wedle schematu: rzucamy pomysł, mielimy argumenty w medialnym maglu, zamawiamy sondaże i w zależności od ich wyników sprawę zostawiamy albo zgłaszamy projekt. Ale projekt minimum, wypłukany po drodze z najważniejszych propozycji. (...) Tusk zawsze polegał na swojej intuicji w wyczuwaniu nastrojów społecznych. Ale nigdy, w żadnym momencie swej politycznej kariery, nie potrafił postąpić wbrew tym nastrojom.”.
Oto, jaki zarzut pada wobec Tuska: że śmie on konsultować ze społeczeństwem swoje zamierzenia. A gdy napotyka na opór społeczny- śmie rezygnować z „najważniejszych”, czytaj „najbardziej dotkliwych społecznie” propozycji… Jak można w ogóle podchodzić do władzy „kunktatorsko, ostrożnie, wręcz lękliwie”! Jak można bać się władzy! Trzeba ją brać pełnymi garściami i korzystać, nie oglądając się na opinię publiczną! „Wyczuwanie nastrojów społecznych”? O zgrozo! Polityk (a raczej reformator- wyższe stadium polityka według „Wyborczej”) ma być nieczuły na nastroje społeczne! A wręcz postępować wbrew tym nastrojom, wtedy na pewno zostanie pochwalony przez Gazetę Wyborczą…

Można nie zgadzać się z linią polityczną Donalda Tuska, ale jednak przyznać i uszanować należy fakt, że ma on poparcie większości społeczeństwa, a to jedyna i niepodważalna w demokracji ocena działalności politycznej. Jeśli komuś nie podoba się to, co robi Donald Tusk- to w demokracji nie ma innej drogi, niż przekonanie społeczeństwa do innej opcji. Kuriozalne natomiast jest zarzucanie Tuskowi, że postępuje wbrew woli społeczeństwa a szczególnie swoich wyborców. Przecież po to na niego głosowali, żeby realizował politykę, która im się podoba- a nie przeciwną… Może to właśnie jest wyraz dojrzewania polskiej demokracji? Może wreszcie skończą się czasy, że politycy wygrywają wybory, a potem realizują programy wbrew społeczeństwu a nawet swoim wyborcom? Demokracja to władza ludu, a nie elit na czele z redakcją „Gazety Wyborczej”!
SLD nie musiało "polec" na "aferze Rywina"
2010-01-25 17:45:54
PO sprawnie i skutecznie (patrząc na utrzymujące się wysokie poparcie społeczne) broni się, jako partia, przed skutkami wybuchu „afery hazardowej”. Podobnie wcześniej PiS skutecznie „wybronił się” przed skutkami afery „taśm Beger”. Natomiast SLD, w przeciwieństwie do PO i PiS, praktycznie „poległo” na „aferze Rywina”- doznawszy ogromnego ciosu nie może się z niego otrząsnąć aż do dnia dzisiejszego. Warto się zastanowić, czy SLD nie mogło „wybronić” się przed skutkami „swojej” afery, oraz dlaczego stało się inaczej?

SLD nie musiało „polec” na „aferze Rywina”. Mogło choćby tak jak dzisiaj PO twardo bronić się przed zarzutami. W końcu poza nagraniami Rywina nie było żadnych dowodów, że ktoś z kierownictwa SLD rzeczywiście coś obiecał a do tego chciał wziąć łapówkę- nawet trudno byłoby przecież ją ukryć, poza tym po co wtedy pośrednicy przy tak „delikatnej” sprawie? Ponadto przecież ustawa medialna, której przedmiotem była „afera Rywina”, była wtedy tylko w fazie projektowania przez rząd, a przed nią przecież jeszcze było procedowanie sejmowe, które wszystko mogło zmienić i nikt nie mógłby zagwarantować, w jakiej postaci ostatecznie przejdzie przez Sejm- zwłaszcza że przecież opozycja z pewnością głośno by się sprzeciwiała „niekorzystnym dla państwa” rozwiązaniom…

Tamta afera była z pewnością „rozdęta” ponad miarę- tak jak, wedle słów Marszałka Niesiołowskiego, "dęta” jest „afera hazardowa”. Jeszcze jednego znakomitego argumentu dostarcza Pan Marszałek- „afera jest dopiero wtedy, gdy jest przestępstwo”. Tymczasem tylko Rywina skazano za przestępstwo, i to takie, które niejako wyklucza winę polityków- gdyż został skazany za „powoływanie się na wpływy”- które niekoniecznie faktycznie miał…

Przede wszystkim jednak SLD powinna kategorycznie sprzeciwiać się rozciąganiu oskarżeń na całą partię (słynne wypowiedzi Rokity o tym, że „SLD to partia przestępcza”). Tymczasem SLD niejako potwierdziło te niesprawiedliwe oskarżenia, dokonując masowej weryfikacji swoich członków…

PO posunęło się nawet dalej, czego nie pochwalam- gdzie członkowie komisji z ramienia tej partii starają się, delikatnie mówiąc, „nie szkodzić” swojej partii i jej członkom, którzy są w kręgu podejrzanych. Tymczasem Profesor Tomasz Nałęcz sprawiał wrażenie, że jest z góry przekonany o winie oskarżonych z własnego obozu politycznego- o żadnym „domniemaniu niewinności” nie było mowy…

Prominentni działacze SLD mało że nie bronili swojej partii, to jeszcze ją pogrążali. Dzisiaj można ocenić ich zachowanie jako próbę wykorzystania wybuchu afery do walki o przejęcie władzy w partii. Gdy przejęcie władzy się nie udało- doprowadzili do rozłamu, licząc że pójdzie za nimi większość działaczy, a oni w nowej partii będą rozdawać karty… W efekcie nie zyskał nikt, a stracili wszyscy…

SLD przegrało przede wszystkim przez odziedziczoną po PZPR „kulturę” działalności politycznej, gdzie to kryzysy zewnętrzne, a nie sondaże czy wreszcie wybory demokratyczne, były jedyną okazją do głębszych przetasowań personalnych z wymianą przewodniczącego na czele. SLD, a raczej jej działacze, to jednak partia i ludzie „z innej epoki” i jak widać nie potrafią nauczyć się reguł polityki w dobie demokracji i prywatnych mediów… Dlatego musi powstać nowa lewica…
Co piąte polskie dziecko jest ubogie. Kogo to rusza?
2010-01-20 16:55:02
Właśnie został szerzej upubliczniony raport OECD na temat sytuacji dzieci w poszczególnych krajach należących do tej organizacji (http://biznes.onet.pl/oecd-co-piate-polskie-dziecko-jest-ubogie,18490,3150502,1,news-detal). Polska wypada w nim bardzo źle, gorzej jest tylko w Meksyku i Turcji. Problem w tym, że tego rodzaju raporty na nikim w Polsce nie robią wrażenia, a zwłaszcza na rządzących…

Lata indoktrynacji neoliberalnej skutecznie znieczuliły ludzi na biedę, wpajając ludziom przekonanie, że każdy biedny sam sobie jest winien swojej niedoli, że dotyczy ona wyłącznie ludzi albo leniwych, albo świadomie wykolejonych życiowo („pijaków, narkomanów, nierobów, obiboków,” itd. itp…).

Rzecz jasna nie ma litości dla dzieci takich osób, co z kolei wynika z upowszechnionego przez konserwatystów przekonania, że dzieci są niemalże własnością rodziców, więc także ich byt materialny jest wyłączną troską i odpowiedzialnością ich rodziców. Społeczeństwu (i państwu jako formy organizacji wspólnych działań społeczeństwa) nic do tego. Takie poglądy najlepiej obrazują często spotykane w Internecie komentarze w stylu „dlaczego mam wspierać ze swoich podatków bękarty obiboków”.

W innych krajach tego rodzaju raporty wzbudziłyby jakąś dyskusję, szukano by winnych, a przede wszystkim- realnych programów zaradzenia tej sytuacji. U nas co najwyżej liberałowie ogłoszą, że „trzeba obniżyć podatki, żeby pobudzić aktywność rodziców biednych dzieci”. Konserwatyści z kolei ogłoszą, że „trzeba znowu nauczyć ludzi odpowiedzialności za własne dzieci, czego oduczyło ich nadmiernie socjalne państwo”. Lewicy zaś, która tak jak na całym świecie mogłaby zaradzić problemom socjalnym zwłaszcza dotykających dzieci, w Polsce nie ma… Nie ma też na nią zapotrzebowania- liberałowie i konserwatyści, uzupełniając się wzajemnie, szczelnie zapełniają publiczny dyskurs…
Kiedy feminizm maskuje prawdziwy problem...
2009-12-30 22:56:06
Ograniczanie się w analizie problemów społecznych czy ekonomicznych do kwestii genderowych, w szczególności do dominacji mężczyzn nad kobietami, może prowadzić do błędnej diagnozy problemu, a zarazem maskowania prawdziwych przyczyn tych problemów, co uniemożliwia ich skuteczne rozwiązanie. Przykładem takiej błędnej, w mojej ocenie, analizy jest tekst Anny Zawadzkiej "Dobra kobieta to martwa kobieta".

Autorka opisuje przykłady poniżania kobiet przez mężczyzn, czasem wręcz psychicznego znęcania się nad nimi. Źródeł tego złego traktowania szuka w kulturze, która faworyzuje mężczyzn, co dodatkowo implikuje ich przewagę ekonomiczną, także wykorzystywaną do "tłamszenia" kobiet. Wszystko to prawda. A jednak zastanówmy się, co by się stało, gdyby znieść owe uwarunkowania kulturowe a w konsekwencji ekonomiczne? Przecież nie można zakładać, że równość kulturowa płci oznaczałaby równość ekonomiczną... Bo pozycja ekonomiczna zależy od innych czynników- choćby indywidualnych, niezależnych od płci zdolności, które mają rynkową wartość. Mielibyśmy więc dalej do czynienia z nierównością ekonomiczną- a ta prowadziłaby do konfliktów małżeńskich, jakie opisuje autorka, tyle że wtedy na równi z poniżaniem kobiet przez mężczyzn dochodziłoby do poniżania mężczyzn przez kobiety... Na tle ekonomicznym- bo przecież wszystkie przedstawione przez Annę Zawadzką przypadki poniżania miały tło ekonomiczne... Czy zatem taki jest cel feministek, żeby kobiety mogły poniżać mężczyzn na równi z mężczyznami? Jeżeli tak, to nie piszcie, że to co robią teraz mężczyźni jest złe... A jeżeli uważacie że to złe- to nie piszcie, że wystarczy usunąć kulturową nierówność płci, taką która prowadzi do ekonomicznej nierówności płci...

To właśnie neoliberalizm generuje stosunki dominacji, które prowadzą do przemocy psychicznej- dzisiaj głównie mężczyzn nad kobietami, ale coraz częściej także w drugą stronę... Bo przecież także kobiety które dobrze zarabiają, lepiej od swoich partnerów- czynią im zarzut, że nie spełniają się, zwłaszcza że póki co to mężczyzna "powinien lepiej zarabiać", więc jest on bardziej narażony na zarzut "ekonomicznej niezaradności" - która w neoliberalnej kulturze jest powodem do wstydu...

Co ciekawe, autorka przytacza opinię "o psychologii jako ideologii, która unieważnia strukturalne mechanizmy dominacji, a w konsekwencji czyni je niewidocznymi". Podobny zarzut można postawić do pewnej odmiany feminizmu, feminizmu liberalnego- który częstokroć także maskuje prawdziwe przyczyny dominacji... Bo nie o dominację płci często chodzi...
Kwestie ekonomiczne SĄ najważniejsze
2009-12-22 16:56:02
Choć zasadniczo rzecz biorąc, kwestie ekonomiczne i światopoglądowe są równie ważne, to w polityce trzeba z reguły dokonywać wyboru, czym zając się w pierwszej kolejności. To kwestia strategii i taktyki działalności politycznej. W obecnej sytuacji, zwłaszcza w Polsce, kwestie ekonomiczne są zdecydowanie ważniejsze od światopoglądowych, i to z kilku ważnych powodów.

Po pierwsze, o kpinę zakrawa twierdzenie, że w sytuacji kiedy ponad połowa społeczeństwa żyje poniżej minimum socjalnego, kwestie takie jak na przykład małżeństwa gejów i lesbijek czy wieszanie krzyży w szkołach są sprawami równie ważnymi, jak zabezpieczenie podstawowych środków do życia… Powiedzcie matce samotnie wychowującej dziecko, która nie ma własnego mieszkania, zarabiającej 1200 zł miesięcznie, żeby walczyła o parytety na listach wyborczych do Sejmu… I nie mamcie ich wizją, że po wprowadzeniu parytetów problemy kobiet będą dobrze i skutecznie reprezentowane w Sejmie, bo tak nie będzie- kobiety w Platformie Obywatelskiej wyznają te same, wrogie kobiecie, tej przeciętnej lub ubogiej, poglądy ekonomiczne…

Po drugie, większe bezpieczeństwo socjalne obywateli spowoduje zwiększenie ich swobody obyczajowej. Na przykład, co z tego że rozwody w Polsce nie są zabronione, skoro wiele kobiet (i mężczyzn również) jest zmuszonych żyć razem tylko i wyłącznie z powodów ekonomicznych, tego że nie stać ich na życie oddzielnie, na ułożenie sobie nowego życia w osobnych mieszkaniach i bez uszczerbku dla poziomu życia swoich wspólnych dzieci? Gdyby samotne matki miały zapewnione bezpieczeństwo socjalne, wiele kobiet nie tkwiłoby w patologicznych, szkodzącym im i ich dzieciom związkach. Innymi słowy- rozwiązanie problemów socjalnych, poprzez zmianę polityki ekonomicznej państwa (zwłaszcza redystrybucji PKB), automatycznie rozwiązałoby wiele problemów światopoglądowych, obyczajowych i kulturowych. Kwestie ekonomiczne są więc częstokroć kluczem do kwestii światopoglądowych.

Po trzecie, groźne jest przedkładanie kwestii światopoglądowych ponad kwestie ekonomiczne. Nawet jeśli większość zwolenników „równouprawnienia” tych kwestii mówi, że przykłada do nich równą wagę i energię polityczną, z praktyki wiemy, że tak nie jest- zazwyczaj sprawy światopoglądowe są przez nich przekładane ponad kwestie ekonomiczne. Ponadto, sprawująca w Polsce hegemonię ideologiczną konserwatywna prawica dba o to, żeby eksponować zajmowanie się przez lewicę sprawami światopoglądowymi. To z kolei prosta droga do marginalizacji w społeczeństwie lewicy, „która zajmuje się tylko krzyżami i gejami”, z czym mamy obecnie do czynienia. Zresztą nawet na polu spraw światopoglądowych lewicę czeka pułapka ze strony prawicy- gdyż dawno już prawica zachodnia, a powoli także polska, odpuszcza sprawy światopoglądowe, gdyż dalece bardziej zależy jej na sprawach ekonomicznych. To nie przypadek, że dla CDU wymarzonym partnerem do rządzenia jest liberalna FDP, na czele której stoi zdeklarowany gej, niż lewica…

Po czwarte, czy chcemy czy nie, poglądów w sprawach światopoglądowych nie da się łatwo zmienić w społeczeństwie. Wiele kwestii musi po prostu dojrzeć, żeby zostać zaakceptowanymi przez społeczeństwo. Zadekretować zaś się ich nie da… Paradoksalnie więc-wywracanie do góry nogami światopoglądu ludziom jest w pewnym sensie zamachem na ich wolność sumienia, wyznania, światopoglądu… Większość spraw z czasem zostanie rozwiązana i to nie tylko głosami lewicy, ale także konserwatywnej prawicy.

Lewica, jeżeli chce odbudować swoją społeczną i polityczną pozycję, musi po prostu skupić się na sprawach ekonomicznych. To wrogom lewicy zależy na tym, żeby lewica skupiła się na sprawach światopoglądowych. Nie możemy dać sobie narzucić wizji lewicy przez konserwatywną prawicę…. A ci „postępowi lewicowcy”, którzy stawiają nacisk głównie na sprawy światopoglądowe- niech się zastanowią, czy nie są przypadkiem „postępowymi konserwatystami”, zwłaszcza kiedy przy tym nierzadko godzą się na „neoliberalną oczywistość”?