
2010-09-01 00:39:32
Przez portal lewica.pl przetoczyła się w ciągu ostatnich dwóch tygodni istna fala dyskusji na temat bolszewizmu oraz wojny z 1920 roku. W kontekście nieco już przebrzmiałych sporów pozwolę sobie przedrukować istotniejsze fragmenty napisanego przed dziewięćdziesięciu laty tekstu Stefana Żeromskiego "Na probostwie w Wyszkowie". Sądzę, że jest on dobrym opisem krajobrazu po bitwie. Zarówno tej ideologicznej na łamach portalu, jak i faktycznej sprzed dziewięciu dekad.
Rzecz jasna Żeromski w swojej narracji przesadza; i stwierdzam to jako osoba z biegiem czasu coraz bardziej krytyczna wobec bolszewików. W tamtym okresie jako niekomunista po prostu nie mógł pisać na temat wojny w sposób bardziej stonowany. Niemniej najistotniejsze stwierdzenie o konieczności zastąpienia idei Lenina i spółki koncepcją bardziej sprawiedliwą jest aktualne po dziś dzień. Zarówno dla komunistów, bo przecież sam Marks zezwolił na rewizję swoich poglądów, jak i antykomunistów, bo ci się od niej jednoznacznie odcinają.
Przede wszystkim jednak Żeromski pokazuje, że kwestią najistotniejszą jest praca nad podniesieniem jakości życia społeczeństwa. Nieważne, jakim sposobem. Byle nie kosztem wolności.
Stefan Żeromski: Na probostwie w Wyszkowie
Zawsze zadaję sobie pytanie, czym też ludzie tego rodzaju [mowa o Julianie Marchlewskim, Feliksie Kohnie i Feliksie Dzierźyńskim - przyp. PK] zarabiają na to dostatnie życie? Głosząc zasady prawa, opartego jedynie na pracy, sami stoją na poziomie wszystkich zwyczajnych władców, którzy swe stanowiska odziedziczyli lub posiedli na mocy takiej lub owakiej intrygi. [...]
Któż to byli ci trzej goście, którzy w tych izbach mienili się rządem polskim? Czy ich lud polski wybrał, czy ich ktokolwiek na tej ziemi mianował? Lud polski, czy naród polski, tak rozumiany, jak to jest w ich zwyczaju, nie naznaczał żadnego z nich na godność, którą sobie wybrali. Naznaczeni zostali przez kogoś z wyższa, w obcym kraju, w swym zespole, w swej partii. Jako takich można by ich nazwać tylko komisarzami w znaczeniu, jakiego ten wyraz nabrał w opinii ludowej polskiej podczas długoletniej działalności komisarzy „po krestjańskim diełam” [do spraw chłopów – przyp. redakcji Lewicowo.pl], za poprzedniej inwazji carów moskiewskich na ziemię polską. I tamci stawali przecie w obronie ludu polskiego wobec ucisku szlachty. Tamci także opierali pomoc swoją dla chłopów polskich na nieprzeliczonej ilości bagnetów. Jedna tylko różnica: tamci komisarze nie byli z naszego rodu. Krew polska nie płynęła w ich żyłach. Ci rodacy dla poparcia swej władzy przyprowadzili na nasze pola, na nasze nędzne miasteczka, na dwory i chałupy posiedzicieli, na miasta przywalone brudem i zdruzgotane tyloletnią wojną – obcą armię, masę, złożoną z ludzi ciemnych, zgłodniałych, żądnych obłowienia się i sołdackiej rozpusty. W pierwszym dniu wolności, kiedyśmy po tak strasznie długiej niewoli ledwie głowy podnieśli, całą Moskwę na nas zwalili. Na ich sumieniu leżą zgwałcenia przez dzicz sołdacką naszych dziewcząt i kobiet. Na ich sumieniu leży zniweczenie nie zasobów i skarbów materialnych, bo te mają wartość względną i mogą być powetowane, lecz zniszczenie zabytków przeszłości, unikatów, pamiątek po pradziadach, ojcach, dzieciach, potłuczenie kulami witraży i dzieł sztuki, bezmiernym trudem artystów wykonanych w kamieniu, drzewie, metalu, malowideł i tworów ludzkiego marzenia, utrwalonych w opornym materiale, które rzesza ciemna z moskiewskich rozłogów tutaj przygnana zdruzgotała, rozkradła, uszkodziła i uniosła, a które już nigdy ludzkich oczu cieszyć nie będą. Są bowiem przedmioty nie zbytku, lecz czystego artyzmu, które mają wartość wyższą, niż wszystko, które winny być niedotykalne, niedostępne, ponieważ mówią do nas z wieczności o wieczności, zamkniętej w nas samych. Za zniszczenie tych przedmiotów ci komisarze są odpowiedzialni. Oni to te wszystkie pisma, druki, zabytki i rzeczy sztuki podali do rąk nic nie wiedzącego motłochu.
Zachodzi pytanie, jakim się to mogło stać sposobem, że, jak niegdyś carscy komisarze, tak obecnie sowieccy komisarze, znaleźli drogę do naszych miast i wsi, do naszych kościołów, domów i skarbów sztuki? Jakim się to stało sposobem, że zarówno tamci, jak ci, to tu, to tam znaleźli posłuch u naszego ludu? Trzeba to wyznać otwarcie i bez osłony, że lenistwo ducha Polski, cudem z martwych wskrzeszonej, ściągnęło na tego ducha batog bolszewicki. Polska żyła w lenistwie ducha, oplątana przez wszelakie gałgaństwo, paskarstwo, łapownictwo, dorobkiewiczostwo kosztem ogółu, przez jałowy biurokratyzm, dążenie do kariery i nieodpowiedzialnej władzy. Wszystka wzniosłość, poczęta w duchu za dni niewoli, zamarła w tym pierwszym dniu wolności. Walka o władzę, istniejąca niewątpliwie wszędzie na świecie, jako wyraz siły potęg społecznych, partii, obozów i stronnictw, w Polsce przybrała kształty monstrualne. Nie ludzie zdolni, zasłużeni, wykształceni, mądrzy, których mamy dużo w kraju, docierali do steru władzy, lecz mężowie partii i obozów, najzdolniejsi czy najsprytniejsi w partii lub obozie. Jak po spuszczeniu wód stawu, ujrzeliśmy obmierzłe rojowisko gadów i płazów. Gdy to dostrzec mógł każdy na widowni publicznej, w głębiach pozostało to samo, co było za dni niewoli. W samym Królestwie żyje ogromna armia ludzi bezrolnych i bezdomnych. Rocznik Statystyczny Królestwa Polskiego z roku 1914, opracowany pod kierunkiem Władysława Grabskiego, obecnego ministra skarbu, mówi (str. 60):
kategoria ludności, zwanej bezrolną, stanowiąca warstwę robotników rolnych, wyrobników wszelkiego rodzaju i służbę, ludność pochodzenia włościańskiego bez roli i fachu... stanowiła w r. 1901 – 18,1% wśród ludności wsi i miasteczek. Ludność bezrolna we wsiach tylko w okresie czasu od roku 1891 do 1901 wzrosła od 13,2% do 17,2% ludności wiejskiej.
To nie sto tysięcy parobków mających bądź co bądź pracę, zarobek i legowisko w czworakach, lecz półtora miliona (wówczas, w r. 1901) mieszkańców błąkało się wśród naszych wsi i miasteczek, żyjąc z dnia na dzień na komornym, nie mając gdzie by głowę skłonić. Wówczas 500 000 ludzi chodziło rokrocznie na roboty sezonowe do Niemiec, a przemysł fabryczny odciągał ze wsi i osad znaczną ilość bezrolnych. W przeciągu dziewiętnastu lat dorosło nowe pokolenie wydziedziczeńców. Emigracja sezonowa zatamowana jest przez powojenny stan rzeczy, a przemysł fabryczny nie istnieje. Cóż uczyniliśmy dla tego olbrzymiego narodu bez roli i dachu, przykutego do roli, dla tych komorników, wyrobników, dla tego najistotniejszego proletariatu, którego pełno jest w naszych wsiach i mieścinach, gdy mieliśmy ręce rozwiązane z pęt niewoli i możność czynienia, co chcemy? Oto do nich przyjechali w goście trzej komisarze wyszkowscy! Daremne były głosy, żeby szerokie, wieczyste, najbardziej nowoczesne i najbardziej w owoc wydajny bogate prawo do ziemi [autor ma na myśli reformę rolną – przyp. red. Lewicowo.pl] postawić w pierwszym dniu nowego świata pracy we wskrzeszonej ojczyźnie. Nikt nie wysłuchał tych głosów. Gdyby nie było na ziemiach w jedno złączonych, przez los szczęśliwy nam danych, tych rzesz bez roli, które na miliony się liczą w samym tylko Królestwie, które do ziemi są przykute, gdyż odejść od niej nie mogą nigdzie, w prawo ni w lewo – chyba w głąb ziemi tej, w mogiłę ziemską – jakże by był do naszych drzwi znalazł drogę nieprzyjaciel, co walkę o dolę bezrolnych i bezdomnych za hasło swoje wypisał na sztandarze? Nie zostały wysłuchane głosy, ażeby na sztandarze Polski nowej wypisane zostało hasło nie niższe od bolszewickiego, lecz wyższe, świętsze, sprawiedliwsze, mądrzejsze, ponad śnieg bielsze. Śmiano się z głosów tych. I oto teraz na ostrzu bagnetu Chińczyka, w świście nahajki Kozaka, wśród turkotu kulomiotów, nastawionych przez Łotysza przeciwko niewinnej, najzacniejszej w Polsce krwi, przeciwko krwi młodzieńczej, miało się nam objawiać nowe prawo, narzucone z zewnątrz, prawo wyższe, głębsze i sprawiedliwsze, niż nasze. Stał między nami i tym wojskiem z zewnątrz przychodzącym wielomilionowy bezrolny i bezdomny lud i miał między ojczyzną i przychodniami wybierać.
O, Polacy! Niech wasze ręce składają się do modlitwy, albowiem ci bezrolni i bezdomni Polskę wybrali. To nic, że tam i sam ten i ów poszedł z rozpaczy za wrogiem. Cały bowiem lud polski poszedł w bój za ojczyznę. Opasali się pasem żołnierskim nędzarze, którzy na własność w ojczyźnie mają tylko grób, i z męstwem, na którego widok oniemiał z zachwytu świat, uderzyli w wojska najeźdźców. Od krańca ziemi polskiej do drugiego krańca, gdziekolwiek brzmi nasza mowa, jeden się podniósł krzyk: niech żyje ojczyzna! Alboż nie było tak? Alboż nie widział świat tego nieopisanego zjawiska? Zapomniane zostały wszelkie czyjekolwiek winy i, jak Grecy pod Maratonem, zniweczyliśmy wroga. Kto w chwili najazdu Moskali na kraj stawał do obrony swego pałacu, dworu, domu w mieście, swej posiadłości, mieszkania pełnego mebli, obrazów i pamiątek, swej chaty na działku ziemi, zagrody i dobytku, swej posady i stanowiska – wiedział, czego broni, broniąc ojczyzny. Lecz ten, kto nie posiadał nic zupełnie, stając do obrony ojczyzny, nie wiedział, o co walczy. Bronił przyszłego dobra w ojczyźnie. Bronił dóbr cudzych, bronił nietykalności pałacu, szczęśliwego prosperowania dworu, praw do komornego z domu w mieście, bronił mieszkań, których nigdy nie widział i nie zobaczy, bronił wreszcie władzy, która jego samego depce częstokroć bezlitosną stopą. Włościanin, posiadacz ziemi, jest jak krzak przy drodze. Wróg go może nadepnąć, kopnąć, poszturchnąć, obłamać jego pędy i pręty, lecz sam krzak przydrożny wnet puści nowe pławiny, odrośnie i z wiosną świeżymi liśćmi zazielenieje. Człowiek bezdomny jest jak źdźbło nawozu karmiące zboża, jarzyny, owoce i zieleń krzaków, trawy i kwiaty najbardziej urocze. Powinno mu być obojętne, kto go w ziemię woruje, kto go depce i kto soki zeń wypija. Jeżeli ten nawóz społeczny, który my deptaliśmy, tak samo jak nasi poprzednicy we władzy nad nim – Moskale i Niemcy – ujął karabin i pospołu z panami, z mieszczaństwem, z inteligencją, z gospodarzami na roli i robotnikiem fabrycznym wyruszył na wroga, w boju krwią ociekał i zwycięstwo pospołu z innymi wywalczył, to ten jego uczynek chyba nas wszystkich obowiązuje. Nie ochłap łaski, nie nagroda za przelaną krew mu się należy, lecz oddanie wszystkiego, co jest w jego ojczyźnie. Należy podźwignąć się z lenistwa ducha. Ta sama krew ofiarna i na zawsze dla nas święta, co wytrysła na polu bitwy pod Warszawą z serca bohatera narodu, księdza Skorupki, płynęła strugą z ran bezimiennych polskich żołnierzy, bezrolnych chłopów. Musimy teraz na tę krew się powoływać, wzywając naród polski do wielkich społecznych reform, albowiem ci rycerze za przyszłość Polski polegli. Precz z reakcją! Rzucajmy, ludzie wolni, kamieniem potępienia na wszystkich pismaków, co do reakcji wzywają lub wzywać będą, co chcą niedolę proletariatu bezrolnego ukryć przed narodem, zbagatelizować, zasłonić frazesami! Rzucajmy kamieniem potępienia na piastunów urzędu, którzy by reakcję wdrażać w życie nasze usiłowali! Teraz jest chwila, kiedy Polska może się wydźwignąć z pęt odwiecznych! Musimy teraz czynami naszymi przekonać świat, zmusić go do uznania prawdy, iż idee, w których imię umierali nasi żołnierze w walkach z Armią Czerwoną, stały stokroć wyżej od praw, ukutych w ciasnym zespole oligarchów Moskwy, które nam ona chciała narzucić. Jeżeli jeszcze nie wcieliliśmy ich w życie, to nosimy ich obrazy w duszach. Musimy niezbitymi dowodami odeprzeć opinię, jakobyśmy byli narodem panów i szlachty, krajem obskurantyzmu, jakoby nasza armia była „białą armią Piłsudskiego”. Świat pracy na zachodzie i na wschodzie, w Anglii, we Francji, we Włoszech, w Ameryce, i w samych Niemczech, i w samej Rosji, musi przyznać, iż nieprawdą jest, jakoby Polska była żandarmem burżuazyjnej Europy, niosącym na ostrzu swej broni klęskę postępu świata. Nie możemy dopuścić do tego, żeby pokonanie Czerwonej Armii na polu bitwy w obronie granic naszej ojczyzny, w obronie naszego ludu zjednoczonego w szczep jednojęzyczny, nierozdzielny, nierozerwalny, wieczyście samowładny, w obronie naszej mowy i wolności stanowienia praw własną wolą i dla samych siebie – stało się tryumfem warstwy bogaczów, panów, posiedzicieli, a klęską ludzi ubogich i pognębieniem szybkości postępu świata. Pokonawszy bolszewizm na polu bitwy, należy go pokonać w sednie jego idei. Na miejsce bolszewizmu należy postawić zasady wyższe odeń, sprawiedliwsze, mądrzejsze i doskonalsze. Trzeba ruszyć z posad Polskę starą, strupieszałą, gnijącą w jadach [podkreślenie moje - PK], którymi ją nasycili najeźdźcy. Sierpniowa burza, która swymi piorunami strzaskała tyle głów junackich, oślepiła na wieki tyle oczu harcerskich, w jamę mogiły pchnęła tyle bohaterskiej energii, musi oczyścić nasze powietrze, zatrute wyziewami podłości. Po okrzyku: – do broni! – gdy pokój stanie, powinien się rozlegać od krańca do krańca okrzyk równie skuteczny, jak tamten: – do pracy! Jakiż to ogrom roboty! Jak nieobeszłe morze potrzeby! Stracone Mazury, stracona Warmia, Pomerania, Śląsk Cieszyński! Na Pomorzu stoją puste szkoły, znakomicie pobudowane przez Niemców, a nie ma w nich nauczyciela, który by dzieciom kaszubskim w języku polskim nauki udzielał. I odwraca się od nas Kaszuba. Nie jesteśmy w stanie wybudować trzydziestu kilometrów kolei z Kościerzyny do Wejherowa dla zdobycia własnego dostępu do morza, gdy nędzny Gdańsk zdradza nas, napada i znieważa. Wewnątrz kraju, gdzie tylko spojrzeć, wszystko popsute, obniżone, znędzniałe. Tyfus, czerwonka, wszy, brud, niechlujstwo, brutalstwo, kradzież, przedpotopowe obyczaje, prapiastowskie zabobony, zniszczone drogi, popalone mosty, na stacjach kolejowych, jak w chlewach, w wozach dla ludzi bestialskie walki o miejsce stojące. W dobie gdy młode rycerstwo polskie szło po nocy w bój z Warszawy, w Warszawie paskarz najspokojniej podnosił cenę chleba...
[...]`Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, splądrował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla niego już nigdy domem, ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła. Złoty róg Polski trzyma w ręku z przepotężnej swej siły młode narodu pokolenie. I zadmie weń lada dzień, lada godzina pobudkę nową, nową pieśń życia, od której rozradują się kości pradziadów, dziadów i ojców, rozraduje się młoda krew, co za tej burzy sierpniowej spłynęła z ran w biedną polską ziemię.
Tekst przedrukowuję za lewicowo.pl.
Szczęśliwego Nowego Roku! – mimo wszystko…Rzecz jasna Żeromski w swojej narracji przesadza; i stwierdzam to jako osoba z biegiem czasu coraz bardziej krytyczna wobec bolszewików. W tamtym okresie jako niekomunista po prostu nie mógł pisać na temat wojny w sposób bardziej stonowany. Niemniej najistotniejsze stwierdzenie o konieczności zastąpienia idei Lenina i spółki koncepcją bardziej sprawiedliwą jest aktualne po dziś dzień. Zarówno dla komunistów, bo przecież sam Marks zezwolił na rewizję swoich poglądów, jak i antykomunistów, bo ci się od niej jednoznacznie odcinają.
Przede wszystkim jednak Żeromski pokazuje, że kwestią najistotniejszą jest praca nad podniesieniem jakości życia społeczeństwa. Nieważne, jakim sposobem. Byle nie kosztem wolności.
Stefan Żeromski: Na probostwie w Wyszkowie
Zawsze zadaję sobie pytanie, czym też ludzie tego rodzaju [mowa o Julianie Marchlewskim, Feliksie Kohnie i Feliksie Dzierźyńskim - przyp. PK] zarabiają na to dostatnie życie? Głosząc zasady prawa, opartego jedynie na pracy, sami stoją na poziomie wszystkich zwyczajnych władców, którzy swe stanowiska odziedziczyli lub posiedli na mocy takiej lub owakiej intrygi. [...]
Któż to byli ci trzej goście, którzy w tych izbach mienili się rządem polskim? Czy ich lud polski wybrał, czy ich ktokolwiek na tej ziemi mianował? Lud polski, czy naród polski, tak rozumiany, jak to jest w ich zwyczaju, nie naznaczał żadnego z nich na godność, którą sobie wybrali. Naznaczeni zostali przez kogoś z wyższa, w obcym kraju, w swym zespole, w swej partii. Jako takich można by ich nazwać tylko komisarzami w znaczeniu, jakiego ten wyraz nabrał w opinii ludowej polskiej podczas długoletniej działalności komisarzy „po krestjańskim diełam” [do spraw chłopów – przyp. redakcji Lewicowo.pl], za poprzedniej inwazji carów moskiewskich na ziemię polską. I tamci stawali przecie w obronie ludu polskiego wobec ucisku szlachty. Tamci także opierali pomoc swoją dla chłopów polskich na nieprzeliczonej ilości bagnetów. Jedna tylko różnica: tamci komisarze nie byli z naszego rodu. Krew polska nie płynęła w ich żyłach. Ci rodacy dla poparcia swej władzy przyprowadzili na nasze pola, na nasze nędzne miasteczka, na dwory i chałupy posiedzicieli, na miasta przywalone brudem i zdruzgotane tyloletnią wojną – obcą armię, masę, złożoną z ludzi ciemnych, zgłodniałych, żądnych obłowienia się i sołdackiej rozpusty. W pierwszym dniu wolności, kiedyśmy po tak strasznie długiej niewoli ledwie głowy podnieśli, całą Moskwę na nas zwalili. Na ich sumieniu leżą zgwałcenia przez dzicz sołdacką naszych dziewcząt i kobiet. Na ich sumieniu leży zniweczenie nie zasobów i skarbów materialnych, bo te mają wartość względną i mogą być powetowane, lecz zniszczenie zabytków przeszłości, unikatów, pamiątek po pradziadach, ojcach, dzieciach, potłuczenie kulami witraży i dzieł sztuki, bezmiernym trudem artystów wykonanych w kamieniu, drzewie, metalu, malowideł i tworów ludzkiego marzenia, utrwalonych w opornym materiale, które rzesza ciemna z moskiewskich rozłogów tutaj przygnana zdruzgotała, rozkradła, uszkodziła i uniosła, a które już nigdy ludzkich oczu cieszyć nie będą. Są bowiem przedmioty nie zbytku, lecz czystego artyzmu, które mają wartość wyższą, niż wszystko, które winny być niedotykalne, niedostępne, ponieważ mówią do nas z wieczności o wieczności, zamkniętej w nas samych. Za zniszczenie tych przedmiotów ci komisarze są odpowiedzialni. Oni to te wszystkie pisma, druki, zabytki i rzeczy sztuki podali do rąk nic nie wiedzącego motłochu.
Zachodzi pytanie, jakim się to mogło stać sposobem, że, jak niegdyś carscy komisarze, tak obecnie sowieccy komisarze, znaleźli drogę do naszych miast i wsi, do naszych kościołów, domów i skarbów sztuki? Jakim się to stało sposobem, że zarówno tamci, jak ci, to tu, to tam znaleźli posłuch u naszego ludu? Trzeba to wyznać otwarcie i bez osłony, że lenistwo ducha Polski, cudem z martwych wskrzeszonej, ściągnęło na tego ducha batog bolszewicki. Polska żyła w lenistwie ducha, oplątana przez wszelakie gałgaństwo, paskarstwo, łapownictwo, dorobkiewiczostwo kosztem ogółu, przez jałowy biurokratyzm, dążenie do kariery i nieodpowiedzialnej władzy. Wszystka wzniosłość, poczęta w duchu za dni niewoli, zamarła w tym pierwszym dniu wolności. Walka o władzę, istniejąca niewątpliwie wszędzie na świecie, jako wyraz siły potęg społecznych, partii, obozów i stronnictw, w Polsce przybrała kształty monstrualne. Nie ludzie zdolni, zasłużeni, wykształceni, mądrzy, których mamy dużo w kraju, docierali do steru władzy, lecz mężowie partii i obozów, najzdolniejsi czy najsprytniejsi w partii lub obozie. Jak po spuszczeniu wód stawu, ujrzeliśmy obmierzłe rojowisko gadów i płazów. Gdy to dostrzec mógł każdy na widowni publicznej, w głębiach pozostało to samo, co było za dni niewoli. W samym Królestwie żyje ogromna armia ludzi bezrolnych i bezdomnych. Rocznik Statystyczny Królestwa Polskiego z roku 1914, opracowany pod kierunkiem Władysława Grabskiego, obecnego ministra skarbu, mówi (str. 60):
kategoria ludności, zwanej bezrolną, stanowiąca warstwę robotników rolnych, wyrobników wszelkiego rodzaju i służbę, ludność pochodzenia włościańskiego bez roli i fachu... stanowiła w r. 1901 – 18,1% wśród ludności wsi i miasteczek. Ludność bezrolna we wsiach tylko w okresie czasu od roku 1891 do 1901 wzrosła od 13,2% do 17,2% ludności wiejskiej.
To nie sto tysięcy parobków mających bądź co bądź pracę, zarobek i legowisko w czworakach, lecz półtora miliona (wówczas, w r. 1901) mieszkańców błąkało się wśród naszych wsi i miasteczek, żyjąc z dnia na dzień na komornym, nie mając gdzie by głowę skłonić. Wówczas 500 000 ludzi chodziło rokrocznie na roboty sezonowe do Niemiec, a przemysł fabryczny odciągał ze wsi i osad znaczną ilość bezrolnych. W przeciągu dziewiętnastu lat dorosło nowe pokolenie wydziedziczeńców. Emigracja sezonowa zatamowana jest przez powojenny stan rzeczy, a przemysł fabryczny nie istnieje. Cóż uczyniliśmy dla tego olbrzymiego narodu bez roli i dachu, przykutego do roli, dla tych komorników, wyrobników, dla tego najistotniejszego proletariatu, którego pełno jest w naszych wsiach i mieścinach, gdy mieliśmy ręce rozwiązane z pęt niewoli i możność czynienia, co chcemy? Oto do nich przyjechali w goście trzej komisarze wyszkowscy! Daremne były głosy, żeby szerokie, wieczyste, najbardziej nowoczesne i najbardziej w owoc wydajny bogate prawo do ziemi [autor ma na myśli reformę rolną – przyp. red. Lewicowo.pl] postawić w pierwszym dniu nowego świata pracy we wskrzeszonej ojczyźnie. Nikt nie wysłuchał tych głosów. Gdyby nie było na ziemiach w jedno złączonych, przez los szczęśliwy nam danych, tych rzesz bez roli, które na miliony się liczą w samym tylko Królestwie, które do ziemi są przykute, gdyż odejść od niej nie mogą nigdzie, w prawo ni w lewo – chyba w głąb ziemi tej, w mogiłę ziemską – jakże by był do naszych drzwi znalazł drogę nieprzyjaciel, co walkę o dolę bezrolnych i bezdomnych za hasło swoje wypisał na sztandarze? Nie zostały wysłuchane głosy, ażeby na sztandarze Polski nowej wypisane zostało hasło nie niższe od bolszewickiego, lecz wyższe, świętsze, sprawiedliwsze, mądrzejsze, ponad śnieg bielsze. Śmiano się z głosów tych. I oto teraz na ostrzu bagnetu Chińczyka, w świście nahajki Kozaka, wśród turkotu kulomiotów, nastawionych przez Łotysza przeciwko niewinnej, najzacniejszej w Polsce krwi, przeciwko krwi młodzieńczej, miało się nam objawiać nowe prawo, narzucone z zewnątrz, prawo wyższe, głębsze i sprawiedliwsze, niż nasze. Stał między nami i tym wojskiem z zewnątrz przychodzącym wielomilionowy bezrolny i bezdomny lud i miał między ojczyzną i przychodniami wybierać.
O, Polacy! Niech wasze ręce składają się do modlitwy, albowiem ci bezrolni i bezdomni Polskę wybrali. To nic, że tam i sam ten i ów poszedł z rozpaczy za wrogiem. Cały bowiem lud polski poszedł w bój za ojczyznę. Opasali się pasem żołnierskim nędzarze, którzy na własność w ojczyźnie mają tylko grób, i z męstwem, na którego widok oniemiał z zachwytu świat, uderzyli w wojska najeźdźców. Od krańca ziemi polskiej do drugiego krańca, gdziekolwiek brzmi nasza mowa, jeden się podniósł krzyk: niech żyje ojczyzna! Alboż nie było tak? Alboż nie widział świat tego nieopisanego zjawiska? Zapomniane zostały wszelkie czyjekolwiek winy i, jak Grecy pod Maratonem, zniweczyliśmy wroga. Kto w chwili najazdu Moskali na kraj stawał do obrony swego pałacu, dworu, domu w mieście, swej posiadłości, mieszkania pełnego mebli, obrazów i pamiątek, swej chaty na działku ziemi, zagrody i dobytku, swej posady i stanowiska – wiedział, czego broni, broniąc ojczyzny. Lecz ten, kto nie posiadał nic zupełnie, stając do obrony ojczyzny, nie wiedział, o co walczy. Bronił przyszłego dobra w ojczyźnie. Bronił dóbr cudzych, bronił nietykalności pałacu, szczęśliwego prosperowania dworu, praw do komornego z domu w mieście, bronił mieszkań, których nigdy nie widział i nie zobaczy, bronił wreszcie władzy, która jego samego depce częstokroć bezlitosną stopą. Włościanin, posiadacz ziemi, jest jak krzak przy drodze. Wróg go może nadepnąć, kopnąć, poszturchnąć, obłamać jego pędy i pręty, lecz sam krzak przydrożny wnet puści nowe pławiny, odrośnie i z wiosną świeżymi liśćmi zazielenieje. Człowiek bezdomny jest jak źdźbło nawozu karmiące zboża, jarzyny, owoce i zieleń krzaków, trawy i kwiaty najbardziej urocze. Powinno mu być obojętne, kto go w ziemię woruje, kto go depce i kto soki zeń wypija. Jeżeli ten nawóz społeczny, który my deptaliśmy, tak samo jak nasi poprzednicy we władzy nad nim – Moskale i Niemcy – ujął karabin i pospołu z panami, z mieszczaństwem, z inteligencją, z gospodarzami na roli i robotnikiem fabrycznym wyruszył na wroga, w boju krwią ociekał i zwycięstwo pospołu z innymi wywalczył, to ten jego uczynek chyba nas wszystkich obowiązuje. Nie ochłap łaski, nie nagroda za przelaną krew mu się należy, lecz oddanie wszystkiego, co jest w jego ojczyźnie. Należy podźwignąć się z lenistwa ducha. Ta sama krew ofiarna i na zawsze dla nas święta, co wytrysła na polu bitwy pod Warszawą z serca bohatera narodu, księdza Skorupki, płynęła strugą z ran bezimiennych polskich żołnierzy, bezrolnych chłopów. Musimy teraz na tę krew się powoływać, wzywając naród polski do wielkich społecznych reform, albowiem ci rycerze za przyszłość Polski polegli. Precz z reakcją! Rzucajmy, ludzie wolni, kamieniem potępienia na wszystkich pismaków, co do reakcji wzywają lub wzywać będą, co chcą niedolę proletariatu bezrolnego ukryć przed narodem, zbagatelizować, zasłonić frazesami! Rzucajmy kamieniem potępienia na piastunów urzędu, którzy by reakcję wdrażać w życie nasze usiłowali! Teraz jest chwila, kiedy Polska może się wydźwignąć z pęt odwiecznych! Musimy teraz czynami naszymi przekonać świat, zmusić go do uznania prawdy, iż idee, w których imię umierali nasi żołnierze w walkach z Armią Czerwoną, stały stokroć wyżej od praw, ukutych w ciasnym zespole oligarchów Moskwy, które nam ona chciała narzucić. Jeżeli jeszcze nie wcieliliśmy ich w życie, to nosimy ich obrazy w duszach. Musimy niezbitymi dowodami odeprzeć opinię, jakobyśmy byli narodem panów i szlachty, krajem obskurantyzmu, jakoby nasza armia była „białą armią Piłsudskiego”. Świat pracy na zachodzie i na wschodzie, w Anglii, we Francji, we Włoszech, w Ameryce, i w samych Niemczech, i w samej Rosji, musi przyznać, iż nieprawdą jest, jakoby Polska była żandarmem burżuazyjnej Europy, niosącym na ostrzu swej broni klęskę postępu świata. Nie możemy dopuścić do tego, żeby pokonanie Czerwonej Armii na polu bitwy w obronie granic naszej ojczyzny, w obronie naszego ludu zjednoczonego w szczep jednojęzyczny, nierozdzielny, nierozerwalny, wieczyście samowładny, w obronie naszej mowy i wolności stanowienia praw własną wolą i dla samych siebie – stało się tryumfem warstwy bogaczów, panów, posiedzicieli, a klęską ludzi ubogich i pognębieniem szybkości postępu świata. Pokonawszy bolszewizm na polu bitwy, należy go pokonać w sednie jego idei. Na miejsce bolszewizmu należy postawić zasady wyższe odeń, sprawiedliwsze, mądrzejsze i doskonalsze. Trzeba ruszyć z posad Polskę starą, strupieszałą, gnijącą w jadach [podkreślenie moje - PK], którymi ją nasycili najeźdźcy. Sierpniowa burza, która swymi piorunami strzaskała tyle głów junackich, oślepiła na wieki tyle oczu harcerskich, w jamę mogiły pchnęła tyle bohaterskiej energii, musi oczyścić nasze powietrze, zatrute wyziewami podłości. Po okrzyku: – do broni! – gdy pokój stanie, powinien się rozlegać od krańca do krańca okrzyk równie skuteczny, jak tamten: – do pracy! Jakiż to ogrom roboty! Jak nieobeszłe morze potrzeby! Stracone Mazury, stracona Warmia, Pomerania, Śląsk Cieszyński! Na Pomorzu stoją puste szkoły, znakomicie pobudowane przez Niemców, a nie ma w nich nauczyciela, który by dzieciom kaszubskim w języku polskim nauki udzielał. I odwraca się od nas Kaszuba. Nie jesteśmy w stanie wybudować trzydziestu kilometrów kolei z Kościerzyny do Wejherowa dla zdobycia własnego dostępu do morza, gdy nędzny Gdańsk zdradza nas, napada i znieważa. Wewnątrz kraju, gdzie tylko spojrzeć, wszystko popsute, obniżone, znędzniałe. Tyfus, czerwonka, wszy, brud, niechlujstwo, brutalstwo, kradzież, przedpotopowe obyczaje, prapiastowskie zabobony, zniszczone drogi, popalone mosty, na stacjach kolejowych, jak w chlewach, w wozach dla ludzi bestialskie walki o miejsce stojące. W dobie gdy młode rycerstwo polskie szło po nocy w bój z Warszawy, w Warszawie paskarz najspokojniej podnosił cenę chleba...
[...]`Kto na ziemię ojczystą, chociażby grzeszną i złą, wroga odwiecznego naprowadził, zdeptał ją, splądrował, spalił, złupił rękoma cudzoziemskiego żołdactwa, ten się wyzuł z ojczyzny. Nie może ona być dla niego już nigdy domem, ni miejscem spoczynku. Na ziemi polskiej nie ma dla tych ludzi już ani tyle miejsca, ile zajmą stopy człowieka, ani tyle, ile zajmie mogiła. Złoty róg Polski trzyma w ręku z przepotężnej swej siły młode narodu pokolenie. I zadmie weń lada dzień, lada godzina pobudkę nową, nową pieśń życia, od której rozradują się kości pradziadów, dziadów i ojców, rozraduje się młoda krew, co za tej burzy sierpniowej spłynęła z ran w biedną polską ziemię.
Tekst przedrukowuję za lewicowo.pl.
2009-12-30 14:57:54
Wyobraź sobie, że w sylwestra 2008 zapadł-aś/-eś w śpiączkę. Budzisz się dokładnie rok później i zaczynasz pytać, co też się wydarzyło w ciągu ostatnich dwunastu miesięcy. I oto dowiadujesz się, że:
- policja zaatakowała protestujących stoczniowców gazem pieprzowym,
- w Niemczech po raz pierwszy od rządów Adolfa Hitlera zdelegalizowano związek zawodowy,
- policja pobiła kupców z KDT,
- władze Poznania nie uwzględniły skłotu Rozbrat w planie przestrzennym miasta,
- Korea Północna dokonała udanej próby broni jądrowej,
- Jerzy Szmajdziński, trzymający na biurku flagę USA, jest oficjalnym kandydatem centrolewicy na prezydenta,
- przestały ukazywać się „Trybuna” i „Trybuna Robotnicza”,
- w wyborach do Europarlamentu PO i PiS otrzymały łącznie niemal 72% głosów,
- szeroko pojęta lewica wygrała wybory do PE tylko w sześciu krajach Unii Europejskiej,
- w 92. rocznicę rewolucji październikowej zmarł znany działacz marksistowski Chris Harman,
- grupki politycznych frustratów po raz kolejny 13 grudnia pokrzyczały pod domem Wojciecha Jaruzelskiego,
- upadły stocznie w Gdyni i w Szczecinie,
- doszło do katastrofy w kopalni „Wujek-Śląsk”,
- z powodu mrozów zamarzło blisko 100 osób,
- Sejm przegłosował zakaz rozpowszechniania symboli komunistycznych,
- Izrael zaatakował Strefę Gazy,
- w Szwajcarii zakazano budowy Minaretów,
- w Hondurasie doszło do zamachu stanu, w wyniku którego wojskowi odsunęli od władzy centrolewicowego prezydenta Manuela Zelayę,
- stopa bezrobocia w Polsce wzrosła o ponad 2%.
Jakby tego było mało w czasie, gdy czytasz te słowa kilkanaście osób umiera z głodu, pomimo że – jak wynika z danych WHO – obecne technologie pozwalają wyprodukować ilość żywności wystarczającą dla 37 mld ludzi.
Ale – mimo wszystko – życzę wszystkim czytelni-czkom/-kom szczęśliwego Nowego Roku!
Pan Sadkowski, czyli propaganda na czas kryzysu- policja zaatakowała protestujących stoczniowców gazem pieprzowym,
- w Niemczech po raz pierwszy od rządów Adolfa Hitlera zdelegalizowano związek zawodowy,
- policja pobiła kupców z KDT,
- władze Poznania nie uwzględniły skłotu Rozbrat w planie przestrzennym miasta,
- Korea Północna dokonała udanej próby broni jądrowej,
- Jerzy Szmajdziński, trzymający na biurku flagę USA, jest oficjalnym kandydatem centrolewicy na prezydenta,
- przestały ukazywać się „Trybuna” i „Trybuna Robotnicza”,
- w wyborach do Europarlamentu PO i PiS otrzymały łącznie niemal 72% głosów,
- szeroko pojęta lewica wygrała wybory do PE tylko w sześciu krajach Unii Europejskiej,
- w 92. rocznicę rewolucji październikowej zmarł znany działacz marksistowski Chris Harman,
- grupki politycznych frustratów po raz kolejny 13 grudnia pokrzyczały pod domem Wojciecha Jaruzelskiego,
- upadły stocznie w Gdyni i w Szczecinie,
- doszło do katastrofy w kopalni „Wujek-Śląsk”,
- z powodu mrozów zamarzło blisko 100 osób,
- Sejm przegłosował zakaz rozpowszechniania symboli komunistycznych,
- Izrael zaatakował Strefę Gazy,
- w Szwajcarii zakazano budowy Minaretów,
- w Hondurasie doszło do zamachu stanu, w wyniku którego wojskowi odsunęli od władzy centrolewicowego prezydenta Manuela Zelayę,
- stopa bezrobocia w Polsce wzrosła o ponad 2%.
Jakby tego było mało w czasie, gdy czytasz te słowa kilkanaście osób umiera z głodu, pomimo że – jak wynika z danych WHO – obecne technologie pozwalają wyprodukować ilość żywności wystarczającą dla 37 mld ludzi.
Ale – mimo wszystko – życzę wszystkim czytelni-czkom/-kom szczęśliwego Nowego Roku!
2009-09-02 19:20:13
Do niedawna za grupy, które zawładnęły polskim życiem publicznym i były odpowiedzialne za wszelkie niepowodzenia w nadwiślańskim piekiełku uznawano Żydów, masonów, Niemców, Rosjan, kagiebistów, komunistów, szatanów i co tam jeszcze zaściankowa fantazja uroi. W obecnych kryzysowych czasach, gdy co rusz słyszy się o zwolnieniach grupowych w wielu zakładach, tego typu uproszczenia już nie wystarczą. Okazuje się jednak, iż apologetom obecnego porządku polityczno – ekonomicznego nie brak fantazji i kreatywności. Oto bowiem miejsce wyżej wymienionych zajęli związkowcy.
Kompilacją tego rodzaju myślenia i antyzwiązkowych fałszerstw jest artykuł o wielce wymownym tytule: „Terror związkowców rujnuje polskie firmy!”, który 12 sierpnia ukazał się na popularnym serwisie HotMoney.pl i na równie popularnym portalu o2.pl. Jako że jego autor – Leszek Sadkowski – posługuje się wyjątkowo kłamliwą i bezmyślną argumentacją, warto wziąć pod lupę kilka postawionych przez owego pana tez i skonfrontować z rzeczywistością.
Teza nr I
„[Związkowcy] Pojawiają się zwykle tam, gdzie zaczyna robić się gorąco, trzeba zrobić jakąś zadymę lub zaprotestować, bo przecież od dawna wiadomo, że krzyczeć, strajkować, rzucać czym popadnie czy palić opony jest najłatwiej”.
Autor najwyraźniej jest zdania, że dla związkowców organizacja tzw. zadym jest swoistym sportem ekstremalnym, sposobem na ekscytujące życie. Otóż spieszę poinformować pana, panie Sadkowski, iż strajki nie są żadnym „hobby” dla klasy pracowniczej. Mało tego – jeszcze kilka dekad temu udział w strajku czy manifestacji był równoznaczny ze staniem się obiektem ostrych represji, włącznie z pobiciami, a nawet śmiertelnymi ranami otrzymanymi z ostrej amunicji. Teraz wprawdzie w krajach „pierwszego świata” fizyczny terror wobec strajkujących należy do rzadkości (choć neosanacyjny rząd Donalda Tuska posuwa się i do takich rozwiązań, jeśli uzna je za stosowne), ale za to podawanie walczących o godny byt ludzi do sądu czy zwalnianie ich z pracy to już powszechny proceder. Dlatego też związkowcy, jako reprezentanci pracowników posiadający (przynajmniej teoretycznie) specjalną ochronę prawną są zobligowani do występowania w imieniu swych kolegów z pracy przed szefostwem zakładu. Strajk, nierzadko wiążący się z przebywaniem kilku dni poza domem i spaniem w co najmniej niekomfortowych warunkach, nie należy do przyjemnych ani łatwych i wymaga raczej sporej determinacji. Również udział w manifestacji, która może zostać zaatakowana przez policję czy prywatną firmę ochroniarską wynajętą przez prezesa firmy ciężko potraktować jako radosny sposób spędzania wolnego czasu. Warto wreszcie przypomnieć, że każdy strajk musi najpierw zostać przegłosowany przez załogę – związkowcy nie mają mocy nadprzyrodzonych, ani nawet narzędzi prawnych, by rozpoczynać go w dowolnie wybranym przez siebie momencie, z dowolnych powodów.
Teza nr II
„Prezes jednej z dużych firm ze zgrozą wspominał negocjacje ze związkami zawodowymi w firmie, którą kierował. - Tych ludzi nie interesowało nic poza kasą i tym, by jak najwięcej z firmy wyciągnąć. Mówiłem im, że jest kryzys, a firma ma kłopoty, więc musimy wszyscy razem zacisnąć pasa, żeby zakład nie upadł. Oczywiście, nic nie wskórałem, bo z tymi ludźmi nie dało się konstruktywnie rozmawiać. Usłyszałem za to na koniec, że wywiozą mnie na taczkach i tak skończyła się dyskusja – mówi nieoficjalnie”.
Zaprawdę, świetnie spreparowany materiał! Autor z premedytacją usuwa z pola widzenia czytelnika kilka istotnych szczegółów. Po pierwsze, ukazanie sytuacji tylko z perspektywy zatrudniciela nie wydaje się być szczytem obiektywizmu. Po drugie, nie wiemy nic o zakładzie, o którym mowa. Być może pensje w nim wypłacane są już tak niskie, że nie ma z czego ciąć? A może to właśnie zarząd wspomnianej firmy jest nadmiernie rozpasany, co frustruje pracowników? W TVP planowane są zwolnienia pięciuset osób, w tym tylko siedmiu dyrektorów. A przecież to oni doją najwięcej kasy, otrzymując najwyższe płace, firmowe telefony, samochody etc. Innym przykładem może być KGHM. Podczas gdy na zarobki kadry zarządzającej strumieniem płyną miliony złotych, a jej przedstawiciele pod pozorem służbowych wyjazdów odwiedzają kraje, leżące na drugiej półkuli, pracownikom odmawia się podwyżek, a nawet realnego dialogu, uważając go za element „związkowych przywilejów”. Wszystkie te fakty dziwnym trafem panu Sadkowskiemu umknęły. Skądinąd wywiezienie anonimowego prezesa na taczce i przejęcie zakładu przez załogę miałoby wymiar pozytywny – w Ameryce Południowej (i nie tylko tam!) fabryki bez szefów funkcjonują znakomicie.
Teza nr III
„Prawda jest niestety taka, że produkcja stoczniowa w Polsce nie jest po prostu rentowna, podobnie jak wydobycie węgla (do kopalń dołożyliśmy już miliardy złotych). Czy może być inaczej? Może. Przykładem może być kopalnia w Bogdance, która od lat zarabia na siebie, a ostatnio nawet zadebiutowała na giełdzie. Ale czy ktoś słyszał o głośnych strajkach czy roszczeniach płacowych w Bogdance? Nie, bo ich tam praktycznie nie było”.
W tym miejscu pan Sadkowski daje dowód zupełnej ignorancji. Kopalnia w Bogdance funkcjonuje bowiem tak dobrze głównie dzięki poświęceniu samych pracowników. Przed 1993 rokiem była ona „nierentowna” (podobnie jak wspomniane w artykule,szeroko pojęte stocznie i kopalnie) i miała zostać zamknięta. Wtedy też załodze postawiono ultimatum – radzicie sobie sami, albo możecie rozejść się do domów. Poradzili sobie, z doskonałym skutkiem – dziś kopalnia jest najbardziej dochodową w kraju. Mimo tego rząd, wbrew woli demonizowanych przez media związkowców i pracowników, zamierza pozbyć się kury znoszącej złote jajka. Planom prywatyzacyjnym zdecydowanie sprzeciwia się obecny na terenie kopalni Związek Zawodowy Górników, grożąc… strajkiem. Zatem teza pana Sadkowskiego o braku sporów pomiędzy górnikami a pracodawcą (czyli rządem) nie wytrzymuje krytyki.
Teza nr IV
W swym paszkwilu autor wysuwa, tradycyjny już, argument o bardzo wysokich zarobkach związkowców. W tym miejscu warto poczynić jedną, istotną uwagę: jeszcze kilkanaście miesięcy temu Naczelny Ekonomista i Architekt Neoliberalnych Reform Leszek Balcerowicz ganił „rozpasanych” związkowców za zarobki, sięgające 6 tys. zł miesięcznie. Niedługo potem telewizja SuperStacja piętnowała tychże za płace, oscylujące – zdaniem dziennikarzy – w okolicach 9 tys. Kwota ta, jak widać, na potrzeby propagandy ulega bardzo szybkiemu wzrostowi. Obecnie, według pana Sadkowskiego, zarobki działaczy związkowych w KGHM wynoszą ok. 18 tys. zł.
Prawda jest taka, iż wielu związkowców – także na szczeblu wyższym niż zakładowy - działa społecznie, a całkiem spora ich część ryzykuje swoją działalnością zwolnienie z pracy pod byle pretekstem (przykładem może być tu chociażby Piotr Krzyżaniak, wyrzucony z kilku hipermarketów za próby utworzenia zakładowych organizacji związkowych na ich terenie). Swoją drogą ciekawe byłoby zajrzenie do kieszeni prominentnym politykom, prezesom spółek skarbu państwa i pracodawcom. To ci ostatni stanowią najbardziej roszczeniową grupę społeczną w Polsce (a jednocześnie jedyną, której od 1989 roku żyje się coraz lepiej…), a także całej Europie. Przywołajmy jedynie fakt, że poprzez regularne naciski na rządy w ciągu ostatnich kilku lat opodatkowanie prywatnych firm spadło o 8,4 pkt proc. w stosunku do 2000 r. (dane Eurostatu z b.r.). Przypomnijmy również, że w ostatnich dniach PKPP „Lewiatan” ogłosiła projekt oszczędności budżetowych pozyskanych… poprzez odebranie prawa wdów i wdowców do renty po zmarłym małżonku. Po raz kolejny widać, że pracodawcy poszukują oszczędności i cięć wszędzie, tylko nie we własnych, najbardziej zasobnych kieszeniach.
***
W krótkim tekście pana Sadkowskiego znalazły odbicie najczęściej stosowane w ostatnim czasie zafałszowania i chwyty propagandowe. Ich wątpliwa wartość nie jest bynajmniej wynikiem głupoty ich twórców. Znacznie ważniejszy jest fakt, iż w czasie kryzysu, kiedy spada ilość strajków i protestów pracowniczych, a sami zainteresowani niejednokrotnie „dobrowolnie” godzą się na obniżanie pensji i przymusowe, niepłatne urlopy, dokonują się jednocześnie istotne przemiany w sferze świadomościowej. Ten czy ów zapewne zadaje sobie pytania: „Co się stało, że muszę zaciskać pasa? Przecież pracowałem, i pracuję uczciwie. Kto jest za to odpowiedzialny?”. I aby przypadkiem przeciętnemu Kowalskiemu nie wpadły do głowy odpowiedzi z kategorii niewygodnych dla establishmentu, „niezależne” media przygotowały prostą odpowiedź na to pytanie – wszystko jest winą „roszczeniowych i pazernych” związków zawodowych. A wielokrotnie powtórzone kłamstwo często zaczyna być odbierane jako prawda.
Artykuł „Terror związkowców rujnuje polskie firmy!” można znaleźć TUTAJ.
2009-07-08 12:23:52
Opiniotwórcze media do tej pory obchodziły się z branżą turystyczną nader pobłażliwie. Podróżowanie miało nieść ludziom radość i relaks, a jednocześnie podnosić stan wiedzy o świecie. Jakże różni się to – w zamyśle filistra – od szaro-burego świata „socjalistycznego”, w którym granice były zamknięte i odgrodzone drutem kolczastym. Można wręcz pokusić się o stwierdzenie, że zagraniczne wojaże zaczęły stawać się cechą przyrodzoną tzw. „klasy średniej”, która według apologetów liberalizmu ma być podstawą systemu kapitalistycznego. Lewica jednak od wielu lat niczym cierń godziła w tak uproszczoną wizję turystyki, a konkluzje płynące z uważnej lektury artykułu na ten temat w „The Washington Post” skłaniają do udzielenia twierdzącej odpowiedzi na pytanie wybite w tytule.
Okazuje się bowiem, że nawet głównonurtowe media zaczynają dostrzegać zagrożenia dla środowiska naturalnego i autochtonicznych mieszkańców najczęściej odwiedzanych terenów, które niesie ze sobą branża turystyczna. Działacze organizacji zajmujących się obroną praw człowieka dysponują zdjęciami ukazującymi, jak anonimowi podpalacze podkładają ogień pod wioski, przy akompaniującym niecnemu procederowi lamencie mieszkańców. Następnie pogorzeliska sprzedawane są prywatnym inwestorom, którzy budują tam hotele dla części z miliarda turystów. Ci, którzy stracili swe domostwa mają zaś wielkie szanse na dołączenie do szeregu miliarda osób biednych, zamieszkujących ziemski glob.
Analogiczny proceder miał miejsce podczas rozlicznych pożarów w Grecji ubiegłego lata. Rząd nie mógł pozwolić sobie na dalszą deforestację kraju, co oczywiście ograniczało areał atrakcyjnych turystycznie terenów w imię ochrony środowiska. Jednak i w tym przypadku znaleźli się ludzie, gotowi – za odpowiednią zapłatą ze strony przyszłych inwestorów – puścić z dymem tereny zielone.
Niebotyczne zyski z turystyki skłaniają do niszczenia terenów zielonych nie tylko pod budowę hoteli i restauracji. Odwiedzane przez ok. 2,5 tys. turystów dziennie i leżące w centrum dziewiczych lasów równikowych Machu Picchu wymusiło budowę dróg przez środek dżungli. Jakby tego było mało, osoby odwiedzające wspaniałe miasto Inków wyrzucają mnóstwo śmieci, zanieczyszczając zielone płuca planety.
Jednak odpady pozostawione w puszczy amazońskiej są niczym w porównaniu z największą górą śmieci na świecie, czyli Mount Everestem. Pierwszy zdobywca tego sięgającego chmur szczytu – sir Edmund Hillary – już dawno temu nawoływał do wprowadzenia całkowitego zakazu wstępu na górę. Być może miał rację, bowiem w chwili obecnej Czomolungma przypomina olbrzymie wysypisko śmieci: jest pokryta tonami sprzętu i rozmaitych odpadków, pozostawionymi przez himalaistów, a także ciałami nieszczęśników, którym dane było oddać życie podczas wspinaczki. Na stokach Mount Everestu powstają kawiarenki internetowe i restauracje, których właściciele – w imię większych zysków – nie wahają się wycinać rzadkich gatunków drzew, porastających górę.
Branża turystyczna niesie ze sobą nie tylko ogromne zagrożenia ekologiczne, ale także społeczne. Mało kto zdaje sobie sprawę, że w ciągu ostatnich lat ilość mieszkańców Wenecji obniżyła się o połowę. Zdaniem dziennikarzy „The Washington Post” powodem takiego stanu rzeczy jest znaczny wzrost cen w tamtejszych sklepach, spowodowany licznymi odwiedzinami zamożnych turystów. Oznacza to ni mniej ni więcej, że Wenecjanie nie prowadzący restauracji czy hoteli zwyczajnie nie są w stanie utrzymać siebie i swoich rodzin. Warto uświadomić sobie, że z każdym kolejnym odwiedzającym nasila się exodus z miasta kanałów.
Jeszcze jedną, czarną stroną masowego podróżowania jest tzw. „turystyka seksualna”. Już teraz w niektórych krajach azjatyckich stanowi ona od kilku do kilkunastu procent przychodów do budżetu, a proceder z biegiem czasu najprawdopodobniej będzie się jeszcze nasilał. Przykładowo na Filipinach nikogo nie dziwi widok dwunastoletniej dziewczynki, idącej za rękę z podstarzałym, bogatym Europejczykiem.
Wszystkie te fakty pokazują, ze turystyka w dobie globalizacji przynosi zyski jedynie garstce inwestorów, przy jednoczesnym zubożeniu dużych grup ludności i degradacji środowiska naturalnego. Widać zatem jak na dłoni, że kapitalizm znajduje się w fazie schyłkowej, w której nie ma już zdolności do jakiegokolwiek rozwoju. Im szybciej ukręcimy mu łeb, tym szybciej świat wyzbędzie się szkodliwych działań, podejmowanych wyłącznie w imię maksymalizacji zysku nielicznych.
2009-06-02 12:19:59
„Nie ma kryzysu kapitalizmu”, „problemy banków nie odbiją się na życiu zwykłych ludzi”, „kryzys jest wydumany” – ileż to razy ostatnimi czasy słyszeliśmy tego rodzaju frazesy. Wypowiadających te, czy podobne kwestie ekspertów najwidoczniej nie przekonują ani fatalny stan największych gospodarek świata, ani lawinowo rosnące bezrobocie, ani nawet miliardowa pomoc, udzielana bankom przez rządy.
Niedawno „Dziennik” ujawnił jednakże jeszcze inny przejaw globalnego kryzysu. W jednym z artykułów na łamach tego pisma przedstawiono problemy restauratorów. Warto na tym przykładzie ukazać dynamikę procesów, będących esencją gospodarki wolnorynkowej oraz jej wewnętrznych słabości.
Artykuł pt. „Restauracje zmniejszają porcje w kryzysie” opublikowany w wydaniu z 11 maja br. pokazuje podręcznikowy niemalże przykład tego, jak zapaść gospodarcza odbija się na życiu każdego i każdej z nas. Okazuje się bowiem, iż restauracje działające na zasadzie franczyzy, tj. ścisłej i ciągłej współpracy pomiędzy finansowo i prawnie niezależnymi przedsiębiorstwami, przeżywają obecnie szczególnie trudny okres. Wzrastające ceny artykułów żywnościowych oraz niski popyt powodują, że właściciele restauracji zmuszeni są do poszukiwania oszczędności. Podnoszenie cen oferowanych dań nie wchodzi w grę, gdyż w obecnej sytuacji oznaczałoby to likwidację firmy. Dlatego też wprowadzane są subtelniejsze cięcia w wydatkach. Jak zawsze na tego typu modyfikacjach tracą konsumenci. Serwowane porcje są mniejsze (np. standardowy rozmiar ciastek został zmniejszony z trzech do dwóch łyżek stołowych), a frytki przez dłuższy czas smażone są na tym samym oleju. Tłuszcz do pieczenia jest po prostu filtrowany, dzięki czemu można wydłużyć czas wykorzystywania jednej partii z dziesięciu do czternastu dni.
Kolejnym symptomem kryzysu jest spadek sprzedaży. Wskaźnik samestore sales, który mierzy ten parametr, dla restauracji Ruth's Chris Stek House należących do firmy Ruth's Hospitality Group Inc. spadł w październiku 2008 roku o 15%, Ruby Tuesday Inc. – o 10,8%, California Pizza Kitchen – o 7,3%, zaś Red Robin Gourmet Burger Inc. – o 8%.
Warta podkreślenia w tym kontekście jest cytowana przez „Dziennik” wypowiedź Roberta Marzo, starszego analityka ds. usług żywieniowych z F&D Reports, firmy konsultingowej z siedzibą w Great Neck w stanie Nowy Jork. Komentując fatalną sytuację restauratorów, powiedział on: „Operatorzy restauracji działają w warunkach prawdziwego tajfunu gospodarczego. Muszą sobie radzić z rekordowo wysokimi cenami towarów i artykułów, wysokimi kosztami pracy związanymi ze wzrostem płacy minimalnej oraz ze słabnącym popytem konsumpcyjnym. Wiele z restauracji nie może sobie pozwolić na oferowanie składników o równie wysokiej jakości jak w poprzednich latach. Redukują więc i oszczędzają na wszystkie możliwe sposoby. Aby utrzymać się na powierzchni, muszą w kreatywny sposób podejść do swoich przepisów, muszą wykorzystywać tańsze składniki oraz oferować mniejsze porcje”.
Co w praktyce wynika z tej wypowiedzi? Przede wszystkim typowe dla tego rodzaju „wszechwiedzących” utyskiwanie nad sytuacją, w której znaleźli się prywatni przedsiębiorcy, którzy muszą sobie radzić z wieloma trudnościami. Szkoda jednak, że – szczególnie w dobie kryzysu – nikt nie zapyta, z jak wieloma przeciwnościami losu na co dzień muszą radzić sobie pracownicy, o bezrobotnych nie wspominając. Płaca minimalna, która dla osób kolokwialnie zwanych „prywaciarzami” jest bolączką, dla pracowników staje się jednym z zabezpieczeń przed prawdziwie niewolniczą pracą. W tym miejscu po raz kolejny potwierdzenie znajduje stara, marksowska teza, iż wolność jednej klasy to zniewolenie drugiej i na odwrót.
Widmo masowej nędzyNiedawno „Dziennik” ujawnił jednakże jeszcze inny przejaw globalnego kryzysu. W jednym z artykułów na łamach tego pisma przedstawiono problemy restauratorów. Warto na tym przykładzie ukazać dynamikę procesów, będących esencją gospodarki wolnorynkowej oraz jej wewnętrznych słabości.
Artykuł pt. „Restauracje zmniejszają porcje w kryzysie” opublikowany w wydaniu z 11 maja br. pokazuje podręcznikowy niemalże przykład tego, jak zapaść gospodarcza odbija się na życiu każdego i każdej z nas. Okazuje się bowiem, iż restauracje działające na zasadzie franczyzy, tj. ścisłej i ciągłej współpracy pomiędzy finansowo i prawnie niezależnymi przedsiębiorstwami, przeżywają obecnie szczególnie trudny okres. Wzrastające ceny artykułów żywnościowych oraz niski popyt powodują, że właściciele restauracji zmuszeni są do poszukiwania oszczędności. Podnoszenie cen oferowanych dań nie wchodzi w grę, gdyż w obecnej sytuacji oznaczałoby to likwidację firmy. Dlatego też wprowadzane są subtelniejsze cięcia w wydatkach. Jak zawsze na tego typu modyfikacjach tracą konsumenci. Serwowane porcje są mniejsze (np. standardowy rozmiar ciastek został zmniejszony z trzech do dwóch łyżek stołowych), a frytki przez dłuższy czas smażone są na tym samym oleju. Tłuszcz do pieczenia jest po prostu filtrowany, dzięki czemu można wydłużyć czas wykorzystywania jednej partii z dziesięciu do czternastu dni.
Kolejnym symptomem kryzysu jest spadek sprzedaży. Wskaźnik samestore sales, który mierzy ten parametr, dla restauracji Ruth's Chris Stek House należących do firmy Ruth's Hospitality Group Inc. spadł w październiku 2008 roku o 15%, Ruby Tuesday Inc. – o 10,8%, California Pizza Kitchen – o 7,3%, zaś Red Robin Gourmet Burger Inc. – o 8%.
Warta podkreślenia w tym kontekście jest cytowana przez „Dziennik” wypowiedź Roberta Marzo, starszego analityka ds. usług żywieniowych z F&D Reports, firmy konsultingowej z siedzibą w Great Neck w stanie Nowy Jork. Komentując fatalną sytuację restauratorów, powiedział on: „Operatorzy restauracji działają w warunkach prawdziwego tajfunu gospodarczego. Muszą sobie radzić z rekordowo wysokimi cenami towarów i artykułów, wysokimi kosztami pracy związanymi ze wzrostem płacy minimalnej oraz ze słabnącym popytem konsumpcyjnym. Wiele z restauracji nie może sobie pozwolić na oferowanie składników o równie wysokiej jakości jak w poprzednich latach. Redukują więc i oszczędzają na wszystkie możliwe sposoby. Aby utrzymać się na powierzchni, muszą w kreatywny sposób podejść do swoich przepisów, muszą wykorzystywać tańsze składniki oraz oferować mniejsze porcje”.
Co w praktyce wynika z tej wypowiedzi? Przede wszystkim typowe dla tego rodzaju „wszechwiedzących” utyskiwanie nad sytuacją, w której znaleźli się prywatni przedsiębiorcy, którzy muszą sobie radzić z wieloma trudnościami. Szkoda jednak, że – szczególnie w dobie kryzysu – nikt nie zapyta, z jak wieloma przeciwnościami losu na co dzień muszą radzić sobie pracownicy, o bezrobotnych nie wspominając. Płaca minimalna, która dla osób kolokwialnie zwanych „prywaciarzami” jest bolączką, dla pracowników staje się jednym z zabezpieczeń przed prawdziwie niewolniczą pracą. W tym miejscu po raz kolejny potwierdzenie znajduje stara, marksowska teza, iż wolność jednej klasy to zniewolenie drugiej i na odwrót.
Piotr Kuligowski
2009-05-22 12:05:12
Widmo krąży po świecie – widmo masowej nędzy. Żadne z potęg współczesnego świata: Putin i Obama, UE i USA, a w skali Polski – PO i PiS – nie dostrzegają, albo nie chcą go dostrzec; a co gorsza nie są w mocy skutecznie z nim zawalczyć. W walce przeciw temu widmu – które na naszych oczach przybiera coraz to bardziej materialną postać – zjednoczyć się powinny związki zawodowe, które jednak są przez media w ostatnim czasie dość skutecznie przeciwstawiane społeczeństwu, a także wszelkie siły prospołeczne.
Jedną z oznak nadchodzącego widma jest globalny kryzys kapitalizmu. Teza, jakoby ten dotyczył jedynie sektora finansowego - która była szczególnie nachalnie lansowana przez wszelkich apologetów neoliberalizmu - upada pod ciężarem faktów. Recesja gospodarcza w krajach postrzeganych jako „najlepiej rozwinięte” rozpoczęła się bowiem na długo przed upadkiem Lehman Brothers i innych finansowych gigantów, a pęknięcie bańki spekulacyjnej na rynku nieruchomości okazało się li tylko kroplą, która przelała czarę goryczy. Obecnie – w znajdującym się na końcu historii świecie rzekomego „powszechnego dobrobytu” - pracę w Stanach Zjednoczonych traci 14 tys. pracowników każdego dnia. Wcale nie lepiej sytuacja ma się w leżącej nad Wisłą drugiej Irlandii. Pomimo cukierkowych opowieści rządzącej ekipy i wazeliniarstwa, uprawianego przez dziennikarzy, do grona bezrobotnych dołącza średnio 3 tys. osób dziennie. Tylko w okresie od grudnia do stycznia wskaźnik tegoż wzrósł o 1 proc., oscylując obecnie w granicach 11,5 proc. W skali Unii Europejskiej zaś bezrobocie w ciągu dwunastu miesięcy podskoczyło o 1,1 proc. Nie trzeba jednak wcale ślęczeć nad danymi statystycznymi by zdać sobie sprawę, jak trudna jest sytuacja milionów zwykłych ludzi – wystarczy przyjrzeć się kolejkom w Urzędach Pracy.
Barbarzyństwo kapitalizmu objawia się bynajmniej nie tylko we wskaźniku ilości osób aktywnie poszukujących pracy, lecz nie mogących jej znaleźć. Z opublikowanego niedawno raportu ONZ wyłania się zatrważający obraz, który przyrównać można chyba jedynie do literackich opisów XIX-wiecznej nędzy, pozostawionych przez Zolę czy Żeromskiego. Oto bowiem okazuje się, że kryzys gospodarczy oraz globalne ocieplenie powodują gwałtowny rozrost dzielnic nędzy na całym świecie. Według danych slumsy co roku powiększają się o 25 mln mieszkańców, a w chwili obecnej co najmniej 900 mln ludzi żyje w miasteczkach nędzy i prowizorycznych osiedlach w miastach narażonych na uderzenia cyklonu, powodzie lub trzęsienia ziemi. Ponurego obrazu dopełnia fakt, że tylko w 2008 roku liczba osób żyjących w biedzie zwiększyła się o 75 mln w skali świata.
Z kolei opiniotwórczy brytyjski tygodnik medyczny „The Lancet” zajął się badaniem czegoś, o czym polska i światowa lewica rozpisywały się od co najmniej kilkunastu lat. Okazało się bowiem, że dzika prywatyzacja rozpoczęta po upadku państw robotniczych w Europie środkowo-wschodniej przyczyniła się do ok. miliona przedwczesnych zgonów. Najgorzej sytuacja wygląda w byłym Związku Radzieckim, gdzie upadające zakłady pracy pociągnęły ze sobą zamknięcie istniejących przy tychże przychodni lekarskich. Pisząc brutalnie, rosyjski kapitalizm skazuje obywateli tego kraju na wymarcie. W roku 1997 liczba zgonów przewyższyła o 3,5 mln liczbę urodzeń; do 2001 była ona od niej większa o 6,75 mln. Według ocen Komitetu Statystycznego Federacji Rosyjskiej do 2050 roku ludność Rosji może zmniejszyć się o połowę. O ile w 1989 roku średnia długość życia w tym kraju wynosiła 64,2 lata, o tyle w 1996 już tylko 57,6. Jest to wydarzenie nie mające precedensu w historii – kapitalizm pogrzebał całe stulecie postępu doprowadzając do sytuacji, w której w czasach Miedwiediewa 16-latek ma mniejsze szanse na dożycie sześćdziesiątki, niż w epoce carskiej ciemnoty.
Po upadku Związku Radzieckiego poziom służby zdrowia w Rosji obniżył się tak bardzo, że w kraju na nowo zagnieździły się choroby, które zostały wykorzenione przed kilkudziesięciu laty - np. czerwonka rozprzestrzeniła się na terytorium wszystkich byłych republik radzieckich, a ilość zachorowań i zgonów spowodowanych błonicą wzrosła tak bardzo, że Światowa Organizacja Zdrowia (WHO) ostrzegała przed zagrożeniem epidemią.
Trudno wyobrazić sobie, by kapitalizm – obojętne, czy pogrążony w kryzysie, czy rozwijający się podczas chwilowej koniunktury – był w stanie skutecznie rozwiązać najbardziej palące problemy społeczne dzisiejszego świata. Pozostawione przez wielu pisarzy na kartach najprzedniejszych dzieł literackich obrazy skrajnej nędzy niczym cierń godzą w opowieści o najlepszym systemie gospodarczym, a różnorakie tragedie – jak klęski żywiołowe w Azji, czy pożar w Kamieniu Pomorskim utwierdzają w przekonaniu, że masowa bieda nie jest wypaczeniem kapitalizmu, lecz cechą przyrodzoną tego systemu. Jeśli zatem chcemy zmienić świat na lepsze, trzeba zacząć od zburzenia nieludzkiego systemu. Tylko wtedy widma różnorakich katastrof przestaną straszyć, znikając wraz z nim na śmietniku historii.
Piotr Kuligowski
2009-04-18 11:21:25
Naczelnym hasłem renesansu – epoki, w której wreszcie naczelne miejsce zająć miał człowiek, było „Człowiekiem jestem i nic, co ludzkie nie jest mi obce”. Okazuje się jednak, iż po kilkuset latach ów ideał ciągle odległy jest od realizacji, bowiem centralną pozycję w świecie nadal zajmują zysk i kapitał, zaś podporządkowane im postawy i system ekonomiczny rodzą zjawiska, przy których nawet niektóre zwierzęta wydają się bardziej altruistyczne, niż ludzie.
Trudno bowiem spodziewać się czego innego, skoro dominująca we współczesnym kapitalizmie postawa drobnomieszczańska nachalnie promuje niepożądane społecznie postawy: egoizm, indywidualizm i pogoń za zyskiem, które doprowadzają do tragicznego w skutkach wyścigu szczurów. A „słabsze osobniki” po prostu wymiekąją. Jak w świecie zwierząt.
Ostatnimi czasy w mediach zrobiło głośno o warunkach, w jakich żyją najubożsi. Klasa rządząca i filisterscy dziennikarze dostrzegli nagle, iż wiele lokali socjalnych to nory zwyczajnie nie nadające się do zamieszkania. Aby jednak zauważyli oni z łaski swej ową – mówiąc Kaczyńskim – oczywistą oczywistość, o której od dawna trąbili działacze lewicy, musiało dojść do tragedii. Wszelkie działania podejmowane obecnie na chybcika pod naciskiem mediów to już jednak musztarda po obiedzie – nic nie przywróci życia tragicznie zmarłym ofiarom pożaru. A gdy medialny zgiełk w sprawie przeminie, ponura rzeczywistość pozostanie.
Za nieco mniej skrajny przykład postaw, lansowanych przez system rynkowy niechaj posłuży sprawa pana Kazia. Dramat tego sympatycznego, starszego człowieka rozegrał się w – także sympatycznym – nadnoteckim miasteczku Czarnków. Specyfiką kilkunastotysięcznych mieścin jest to, że z reguły ich mieszkańcy wiedzą wszystko o wszystkich. Nieszczęściem pana Kazia jest to, że cierpi on na schizofrenię, przez co lokalna społeczność raczej trzyma się od niego na dystans; z jednym jednak pozytywnym wyjątkiem – jedna z czarnkowskich rodzin zaakceptowała i polubiła owego jegomościa, stając się w ten sposób de facto (poza panią z opieki społecznej, przychodząca raz w tygodniu) jedynym jego towarzystwem. I bardzo dobrze, bowiem samotny, podstarzały i zmęczony życiem mężczyzna, zanim zaczął do tejże familii zachodzić, na poważnie myślał o samobójstwie.
Dekadenckie myśli powróciły do pana Kazia w momencie, kiedy rozpoczął starania o wykup swego mieszkania. W myśl obowiązującej do końca tego roku ustawy mógł to uczynić za sumę znacznie niższą od jego faktycznej, rynkowej wartości. Złożył więc stosowny wniosek, który jednak nie przyniósł pożądanego skutku. Zapis u notariusza nie odbył się z powodu „nieuregulowania kwestii własności gruntu, na którym stoi blok”. Pan Kazio nie dał on jednak za wygraną i w lutym tego roku wnioskował ponownie, z analogicznym skutkiem. Zachodzi więc bardzo prawdopodobne przypuszczenie, iż pan prezes wiedział o jego zaburzeniach psychicznych, osamotnieniu i ogólnej, życiowej nieporadności i celowo przewlekał sprawę, aby móc później przesiedlić człowieka bez prawa własności do lokum o niższym metrażu (dotychczasowe mieszkanie pana Kazia miało bowiem dwa pokoje). Nie dużo brakowało, a te niecne zamiary stałyby się faktem – sam zainteresowany zniechęcił się i już miał zamiar zrezygnować z wykupu lokalu. Na szczęście z pomocą przyszła zaprzyjaźniona rodzina. Udało się napisać obszerne, profesjonalne podanie, w którym zacytowane zostały konkretne przepisy prawne, przyznające rację biednemu człowiekowi. Gdy zaniósł on je do spółdzielni, usłyszał wiele mówiące pytanie: „A kto ci to napisał?”. Po niedługim czasie zapis ostatecznie się odbył, a akt własności, który miał trafić do nieszczęśnika w ciągu najbliższych dwóch tygodni, został nadesłany… w dwa dni potem. Najwidoczniej spółdzielnia przestraszyła się, że ktoś może sprawę nagłośnić.
A przecież jednym z niezbywalnych praw człowieka, i przy okazji czymś, co wyraźnie odróżnia go od zwierząt, jest posiadanie dachu nad głową. Niesprawiedliwość ludzka i systemowa co poniektórych jednak brutalnie tego prawa pozbawia, lub próbuje pozbawić.
Inną różnicą pomiędzy homo sapiens a przedstawicielami fauny jest umiejętność panowania nad żądzami seksualnymi. Zwierzęta bowiem odczuwają popędy okresowo, ludzie – stale; Zygmunt Freud sądził zaś, iż z powodu obcowania z kulturą ludzie potrafią zagłuszyć w sobie zwierzęcą naturę. I w tej jednak kwestii dokonuje się zapaść. Oto kilka dni temu któreś z mediów lakonicznie doniosło, iż w myśl nowo przyjętego w Afganistanie prawa żona ma obowiązek oddawania się mężowi co cztery dni. Jeśli odmówi, popełni przestępstwo. Jest to po prostu legalizacja gwałtu, a także przypadek negacji postaw i idei, na których od wieków opiera się cywilizacja.
I tutaj warto jeszcze raz zwrócić się do świata zwierząt: samice niektórych gatunków pająków po złożeniu jaj pożerają swych samców. Życzmy zatem, marginalnemu obecnie, ruchowi muzułmańskich feministek, aby swą determinacją doprowadziły do jak najszybszego obalenia nieludzkiego prawa i szowinistycznego rządu.
2009-04-08 21:07:35
Truizmem jest stwierdzenie, że politycy kłamią. A jak mówi stare, polskie porzekadło kłamstwo jest kradzieżą. Kradzieżą prawdy.
Powyższe rozumowanie zostało oczywiście wywiedzione na zasadzie budowy klasycznego, arystotelesowskiego sylogizmu. Sprytne konkludowanie w oparciu o dwie przesłanki jest orężem nader często stosowanym w różnorakich debatach, a także codziennym życiu politycznym. Pierwszym przykładem z brzegu może być chociażby, co jakiś czas odradzająca się w debacie politycznej niczym mityczny Feniks z popiołów, kwestia odebrania byłym funkcjonariuszom służb bezpieczeństwa przywilejów emerytalnych.
Lanserzy owego pomysłu w swych imaginacjach kreują taki oto (cóż za skompromitowane słowo!) układ: skoro uznamy, że Polska Rzeczpospolita Ludowa była krajem bandyckim, to bandytami są także ci, którzy swego czasu jej służyli. Pal licho kultywowane przez te same gremia starorzymskie zasady prawne, jak lex retro non agit czy pacta sund servanta. Ważny by utrzymywać - używając terminologii hydrologicznej – wysoki poziom antykomunistycznych bredni.
Z pozycji trzeźwego obserwatora rzeczywistości sprawa wygląda jednak zupełnie inaczej. Choćby luminarze prawej części sceny politycznej wili się niczym dżdżownice pod butem, to i tak nie zdołają zaprzeczyć temu, że kraj nad Wisłą w latach 1944-89 nosił miano Polski Ludowej. W takim (tłu!) układzie, konstruując przeciwstawny sylogizm można wysnuć tezę, iż byli Ubecy i Esbecy pracowali na rzecz polskiego państwa, z którym wcześniej zawarli konkretne umowy. Umowy, których powinno się dotrzymywać.
Nie trzeba chyba dodawać, że iż ów prawicowy postulat wpisuje się także w jedną z mód, powstałych po 1989 roku. W tym przypadku jest to deprecjonowanie wszelkich zdobyczy minionego systemu, a także publiczne piętnowanie tych, którzy służyli mu w pocie czoła. Wiąże się to nie tylko ze stosowaniem, ohydnej zupełnie, odpowiedzialności zbiorowej, ale także zbijaniem politycznego kapitału na świadomości politycznej i historycznej Polaków. A ta, jak wiemy, często kończy się na lekturze gimnazjalnego podręcznika do historii i wiedzy o społeczeństwie; zatwierdzonych przez MEN – żeby przypadkiem nie promowały lewicowych tez, niewygodnych dla establishmentu. A po odpowiednim wypraniu mózgów nawet prawo może zadziałać wstecz, jeśli zaistnieje potrzeba dokopania którejś z grup społecznych.
Faktyczny obraz Polski Ludowej wyglądał jednak zupełnie inaczej, niż chcieliby tego mainstreamowi, do szpiku antykomunistyczni krzykacze. Wystarczy porównać chociażby dane dotyczące śmiertelności niemowląt przed i po II wojnie światowej. Podczas gdy w sanacyjnej II RP masy ludności na wsi ubogo egzystowały w drewnianych chatach bez prądu i bieżącej wody, to już w dwadzieścia lat później lwia część z nich miała możność życia w ciepłych, murowanych domach i zelektryfikowanych wsiach. Działania znienawidzonych władz – nazywanych często i chętnie „komunistycznymi” – przyniosły także kres licznym epidemiom. Wzrost jakości usług medycznych oraz powszechne szczepienia spowodowały również znaczne wydłużenie średniej długości życia. To wiele, jak na (hm…) układ geopolityczny, w którym przyszło Polsce funkcjonować.
Uważne przyjrzenie się wskaźnikom społecznym stawia w zupełnie innym świetle ludzi, którzy służyli w organach PRL. Były to zresztą osoby, które w razie ewentualnej napaści ponad wszelką wątpliwość stanęłyby w obronie kraju.
Inny sylogizm został wymierzony w funkcjonariuszy współczesnych organów państwa. Mamy bowiem kryzys, należy więc ukrócić przywileje emerytalne policjantom-nierobom. Co z tego, że wcześniej zostały zawarte z nimi umowy, w myśl których prawo do emerytury przysługiwałoby im już po 15 latach pracy? Są wszak lata chude, i trzeba oszczędzać. Na wszystkim, tylko nie na sobie. Nie dziwota, że od początku 2009 roku każdy poseł zarabia o 400 zł więcej. A że ulic będą strzegli pięćdziesięcioletni policjanci… Kto by się tam przejmował drobiazgami!
A jednak przejmują się sami zainteresowani, którzy do tej pory zorganizowali kilka bojowych, godnych poparcia manifestacji. Ich frustracja nie dziwi: dlaczego niby mieliby ponosić negatywne konsekwencje kryzysu, za który nie są w najmniejszym stopniu odpowiedzialni?
Warto – pomimo rozmaitych, często bardzo negatywnych ocen zawodu policjanta, które wydają lewicowi działacze różnych odcieni – wspierać ich, a także inne grupy zawodowe, w środowisku których poziom niezadowolenia rośnie wprost proporcjonalnie do wzrostu temperatury za oknem. Jeśli tak dalej pójdzie, Polska pod koniec lata stanie w obliczu dramatycznego kryzysu społecznego.
Może więc tym razem uda się odesłać politykierów na wieczną emeryturę? Kolesie ci żyją przecież za pieniądze podatników. A na taki (ble…) układ, by rządzili nami złodzieje (i to już nie tylko prawdy, ale także czasu i pieniędzy) nie można się zgodzić. I na takim sylogizmie poprzestańmy.
2008-11-07 17:14:08
Ilość głupstw, która każdego dnia płynie z ekranów telewizyjnych i innych środków masowego przekazu, dotycząca obecnych zawirowań w gospodarce może nawet najbardziej odpornych wprawić w głębokie zażenowanie. Wszelkie rekordy w tej materii bije oczywiście rządząca Polską prawica. Całą receptą na kryzys jest, zdaniem prominentnych polityków koalicji PO–PSL, ciągłe przekonywanie, że wszystko jest OK. Wypytywany przez dziennikarzy o kwestie natury ekonomicznej premier Donald Tusk, realizując zapewne postulat „polityki miłości” odpowiedział z typowym dla niego uśmiechem: „skoro ja mówię że jest dobrze, to jest dobrze!”. Pozostając w tejże konwencji należy Premierowi Najjaśniejszej Rzeczpospolitej jasno odpowiedzieć: „jest źle, a będzie jeszcze gorzej”. Mówiąc jednak językiem bardziej konkretnym i poważnym stwierdzić należy, iż obecny kryzys jest porównywalny z tym z 1929 roku. I tylko od nas, związkowców i działaczy lewicowych zależy, czy przeciętny Kowalski zrozumie, że tego typu zawirowania w systemie kapitalistycznym są nieuchronne.
Tego rodzaju problemy nie są oczywiście żadną nowością. Wystarczy wziąć do ręki pierwszą – lepszą książkę z danymi ekonomicznymi by zauważyć, że kapitalistyczna Europa w XIX wieku z podobnymi problemami borykała się… dziesięciokrotnie (sic!), czyli średnio co jedenaście lat. Także w XX wieku to typowo rynkowe zjawisko dotykało państw kapitalistycznych wiele razy, jak chociażby w latach 1929-33 czy 1973-80. Wbrew twierdzeniom różnych neoliberalnych „ekspertów” każda bessa odbywa się według podobnych mechanizmów. Zjawisko to w sposób bardzo dokładny, a przez to przekonujący opisał swego czasu Karol Marks. Dowiódł on, że każdy kryzys gospodarczy jest poprzedzony okresem względnie dobrej koniunktury, w czasie której kapitaliści dążą do maksymalizacji swoich zysków. Rzecz jasna każde załamanie gospodarcze jest inne i pewne znaczenie ma tutaj jego przyczyna. Tego typu problemy mogą wynikać z działań przedsiębiorców, którzy obniżali pensje zatrudnionych pracowników (czy też pozostawiali je bez zmian podczas wzrostu inflacji lub cen podstawowych artykułów, niezbędnych do życia) lub giełdowych wyjadaczy, którzy spekulowali coraz większymi sumami pieniędzy. Warto w tym miejscu zauważyć, że zarówno wzrost poziomu produkcji kosztem czynnika społecznego, jak i traktowanie giełdy (a przez to całej gospodarki) jako olbrzymiego kasyna może przynieść krótkotrwały wzrost gospodarczy. W dłuższej perspektywie jednak oba zjawiska muszą nieuchronnie doprowadzić do kryzysu.
Obecne problemy zostały przewidziane przez międzynarodową socjalistyczną lewicę wiele lat temu. Już od 2000 roku marksiści działający w różnych krajach świata przestrzegali, że ciągły obrót fikcyjnym pieniądzem oraz sztucznie napędzony boom w takich sektorach gospodarki, jak budownictwo czy bankowość musi wkrótce doprowadzić do problemów na skalę globalną. Kryzys wydatnie przyczynił się do obalenia mitu, jakoby nieruchomości były jednym z najbezpieczniejszych aktywów. Przykładowo, polskie banki hipoteczne opierają się na listach zastawnych, a więc generalnie na swego rodzaju obligacjach (samo porównanie do obligacji sugeruje bezpieczeństwo). Podobnie jest na całym świecie - nie tylko sama nieruchomość, ale nawet i sam kredyt hipoteczny, postrzegane były przez banki jako bardzo bezpieczne inwestycje. Sytuacja, w której ceny nieruchomości spadają tak gwałtownie nie miała dotąd właściwie miejsca w historii, a w każdym razie nie stanowiła jednego z kluczowych „gwoździ do trumny", jak ma to miejsce w tym momencie.
Polska w zasadzie od momentu transformacji ustrojowej znajdowała się niemal w niekończącej się recesji. Mimo iż massmedia chętnie donosiły o bezrobociu na poziomie dziewięciu procent, wzroście gospodarczym oraz rosnących zarobkach, to rzetelna analiza ekonomiczna każe podchodzić do tych nowinek nader ostrożnie. Prawda jest bowiem brutalna gdyż, imponujący bądź co bądź, spadek bezrobocia (które kilka lat temu wynosiło 18%) jest w ogromnym stopniu spowodowany emigracją zarobkową, a także ożywieniem we wspomnianych powyżej sferach gospodarczych. Oznacza to więc, że ma on charakter krótkotrwały, oparto go bowiem na kruchych podstawach. Już niebawem może się bowiem okazać, że część Polaków, którzy wyjechali do pracy na Wyspy Brytyjskie wróci, zniechęcona tamtejszym kryzysem, a przez to coraz trudniejszą sytuacją na rynku pracy oraz nie satysfakcjonującymi zarobkami. Oczywiście należy mieć na uwadze fakt, iż niższe zarobki „tam” nie będą raczej wyższe po powrocie do kraju. Na zachodzie Europy nawet za gorszą płacę można sobie pozwolić na wiele więcej, ponieważ w Polsce leki są najdroższe na Starym Kontynencie (wyprzedza nas jedynie Estonia), żywność też nie należy do najtańszych, jeśli przyrównać poziom cen do siły nabywczej pieniądza. Jednak fala powrotów, jeśli takowa nastąpi, może pokryć się z coraz gorszą sytuacją w kraju, bowiem już teraz coraz więcej przedsiębiorstw prywatnych zaczyna odczuwać poważne trudności finansowe. Dodatkowo kłopoty sektora prywatnego są potęgowane przez zaostrzająca się politykę kredytową banków, które coraz częściej obcinają wielkości przyznanych pożyczek, lub wręcz odmawiają udzielania kredytów niektórym branżom, takim jak deweloperzy czy przemysł motoryzacyjny.
Oczywiście na niezadowolenie społeczne, którego świadkami już jesteśmy, a będzie ono z pewnością przybierało na sile, ogromny wpływ ma polityka prawicowego establishmentu. Należy mieć świadomość, iż protesty, których świadkami byliśmy w ciągu ostatnich miesięcy to zaledwie „początki początków”, jednak są one ważnym sygnałem, że w mentalności społecznej (jak również w myśleniu czołowych działaczy central związkowych) coś zaczyna się zmieniać. Ów kryzys społeczny zostanie już niebawem spotęgowany przez decyzje gospodarcze rządu. Otóż całkiem niedawno wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld zapowiedział, że rząd ma zamiar udzielić gwarancji na pożyczki między bankami; okazało się bowiem, że kapitaliści (inaczej niż kiedyś, np. po rewolucji październikowej) nie potrafią zjednoczyć się w obliczu wspólnego zagrożenia. W praktyce jednak tego rodzaju działanie będzie oznaczało przerzucenie całego ryzyka działalności prywatnej na państwo, a więc na wszystkich podatników. Neoliberałowie pokazali tutaj wyraźnie swoją hipokryzję – interwencjonizm jest dobry, jeśli chodzi o pomoc państwową dla sektora prywatnego, ale o jakiejkolwiek pomocy dla ludzi poszkodowanych przez kryzys mowy być nie może! A nie od dziś wiadomo iż, mówiąc nieco nieelegancko, cechą łajna jest to, że zawsze na wierzch wypływa; tak więc koncerny na kryzysie nie ucierpią tak bardzo, jak przeciętni obywatele. Ci ostatni już niebawem będą mogli pójść na przysłowiowe dno, ze wszystkimi, brutalnymi tego konsekwencjami.
Oczywiście ktoś może krzyknąć: „Kłamstwo! Przecież depozyty przeciętnego Kowalskiego mieszczą się spokojnie w granicach gwarancji bankowych!”. Nie jest to jednak do końca prawdą, ponieważ Polacy są obecnie potężnie zadłużeni. Warto zaznaczyć, że suma wszystkich wziętych kredytów w naszym kraju oscyluje w okolicach 300 mld (w tym 150 mld to kredyty hipoteczne, 100 mld kredyty gotówkowe, a 11 mld to zadłużenie tylko na kartach kredytowych). Poza tym społeczeństwo polskie zadłuża się na ok. 170 mln złotych miesięcznie. Ponadto łączna suma wszystkich depozytów wynosi jakieś – bagatela!- 300 mld złotych. Nietrudno sobie wyobrazić co się stanie, jeśli banki, które już są zadłużone łącznie na 25 mld euro, zaczną upadać lub wycofywać kapitał.
O ile jednak Polska dopiero odczuje wszystkie przykre konsekwencje kryzysu gospodarczego, o tyle państwa zaawansowanego kapitalizmu zdążyły się już w nim całkiem mocno zakopać. Szczególnie warto przyjrzeć się tutaj sytuacji w Stanach Zjednoczonych, gdzie z jednej strony cały obóz rządzący dofinansowuje upadające banki, a z drugiej całkowicie lekceważy przeciętnych Amerykanów. Ci, zdesperowani bagnem ekonomicznym, w którym się znaleźli i niemożliwością wybrnięcia z problemów nierzadko posuwają się do ostateczności i popełniają samobójstwa. W tym samym czasie prezesi uratowanych banków biorą wielomilionowe odprawy i wyjeżdżają na luksusowe urlopy. Jeśli taka sytuacja utrzyma się przez dłuższy czas, to nieśmiałe (póki co!) protesty amerykańskich związkowców mogą znacznie przybrać na sile.
Kryzys przetacza się także przez kraje Dalekiego Wschodu, w szczególności te najbardziej liberalne gospodarczo, jak Japonia i Korea Południowa, gdzie analitycy giełdowi co i rusz alarmują o ciągłych spadkach cen akcji. W Rosji posunięto się nawet to zamknięcia giełdy na kilka dni w celu uspokojenia sytuacji. Szczególnie ciężka sytuacja jest na Ukrainie, gdzie kryzys pokrył się z zawirowaniami politycznymi. Nic dziwnego, że gospodarka oparta w dużym stopniu na eksporcie żelaza zalicza w obecnych czasach ostry poślizg. Spadają zresztą nie tylko ceny tego surowca, ale także chociażby głównego towaru eksportowego państw Bliskiego Wschodu, czyli ropy naftowej.
Zdaniem dyrektora generalnego Międzynarodowej Organizacji Pracy Juana Somaliego wszystkie te zawirowania ekonomiczne spowodują, że do 2009 roku przybędzie na świecie 20 milionów bezrobotnych. Oznacza to, że w ciągu roku ilość osób aktywnie poszukujących pracy, ale nie mogących jej znaleźć wzrośnie ze 190 mln w 2007 roku do 210 mln w 2009. Wszyscy ci rozgoryczeni, ubodzy i głodni ludzie będą mieli szansę na zrozumienie, że wyłączną winę za sytuację, w której się znaleźli ponosi kapitalizm.
Zapytany przez Tomasza Lisa o to, co można by zrobić, by zapobiec kryzysowi ekonomista Richard Mbewe odpowiedział, że póki co nic zrobić się nie da. Nie miał on racji. W momencie, kiedy światowy kapitalizm zalicza wywrotkę i dachowanie nie należy go zbierać i na nowo składać, tylko wyrzucić na złomowisko historii. Jednocześnie poprzez ciągłą, aktywną pracę i cierpliwe wyjaśnianie trzeba sprawić, by poszkodowani przez kryzys ludzie zrozumieli, że tylko socjaliści są w stanie przedstawić im konkretną, prospołeczną propozycję polityczną. Jedynie wtedy świat zyska szansę na wyzwolenie się z widma kryzysowych zawirowań gospodarczych i zbudowanie sprawiedliwego, egalitarnego społeczeństwa.
Piotr Kuligowski
Artykuł ukazał się także na portalu socjalizm.org
Apel w sprawie wykrytych prób zamachu stanu w Boliwii i WenezueliTego rodzaju problemy nie są oczywiście żadną nowością. Wystarczy wziąć do ręki pierwszą – lepszą książkę z danymi ekonomicznymi by zauważyć, że kapitalistyczna Europa w XIX wieku z podobnymi problemami borykała się… dziesięciokrotnie (sic!), czyli średnio co jedenaście lat. Także w XX wieku to typowo rynkowe zjawisko dotykało państw kapitalistycznych wiele razy, jak chociażby w latach 1929-33 czy 1973-80. Wbrew twierdzeniom różnych neoliberalnych „ekspertów” każda bessa odbywa się według podobnych mechanizmów. Zjawisko to w sposób bardzo dokładny, a przez to przekonujący opisał swego czasu Karol Marks. Dowiódł on, że każdy kryzys gospodarczy jest poprzedzony okresem względnie dobrej koniunktury, w czasie której kapitaliści dążą do maksymalizacji swoich zysków. Rzecz jasna każde załamanie gospodarcze jest inne i pewne znaczenie ma tutaj jego przyczyna. Tego typu problemy mogą wynikać z działań przedsiębiorców, którzy obniżali pensje zatrudnionych pracowników (czy też pozostawiali je bez zmian podczas wzrostu inflacji lub cen podstawowych artykułów, niezbędnych do życia) lub giełdowych wyjadaczy, którzy spekulowali coraz większymi sumami pieniędzy. Warto w tym miejscu zauważyć, że zarówno wzrost poziomu produkcji kosztem czynnika społecznego, jak i traktowanie giełdy (a przez to całej gospodarki) jako olbrzymiego kasyna może przynieść krótkotrwały wzrost gospodarczy. W dłuższej perspektywie jednak oba zjawiska muszą nieuchronnie doprowadzić do kryzysu.
Obecne problemy zostały przewidziane przez międzynarodową socjalistyczną lewicę wiele lat temu. Już od 2000 roku marksiści działający w różnych krajach świata przestrzegali, że ciągły obrót fikcyjnym pieniądzem oraz sztucznie napędzony boom w takich sektorach gospodarki, jak budownictwo czy bankowość musi wkrótce doprowadzić do problemów na skalę globalną. Kryzys wydatnie przyczynił się do obalenia mitu, jakoby nieruchomości były jednym z najbezpieczniejszych aktywów. Przykładowo, polskie banki hipoteczne opierają się na listach zastawnych, a więc generalnie na swego rodzaju obligacjach (samo porównanie do obligacji sugeruje bezpieczeństwo). Podobnie jest na całym świecie - nie tylko sama nieruchomość, ale nawet i sam kredyt hipoteczny, postrzegane były przez banki jako bardzo bezpieczne inwestycje. Sytuacja, w której ceny nieruchomości spadają tak gwałtownie nie miała dotąd właściwie miejsca w historii, a w każdym razie nie stanowiła jednego z kluczowych „gwoździ do trumny", jak ma to miejsce w tym momencie.
Polska w zasadzie od momentu transformacji ustrojowej znajdowała się niemal w niekończącej się recesji. Mimo iż massmedia chętnie donosiły o bezrobociu na poziomie dziewięciu procent, wzroście gospodarczym oraz rosnących zarobkach, to rzetelna analiza ekonomiczna każe podchodzić do tych nowinek nader ostrożnie. Prawda jest bowiem brutalna gdyż, imponujący bądź co bądź, spadek bezrobocia (które kilka lat temu wynosiło 18%) jest w ogromnym stopniu spowodowany emigracją zarobkową, a także ożywieniem we wspomnianych powyżej sferach gospodarczych. Oznacza to więc, że ma on charakter krótkotrwały, oparto go bowiem na kruchych podstawach. Już niebawem może się bowiem okazać, że część Polaków, którzy wyjechali do pracy na Wyspy Brytyjskie wróci, zniechęcona tamtejszym kryzysem, a przez to coraz trudniejszą sytuacją na rynku pracy oraz nie satysfakcjonującymi zarobkami. Oczywiście należy mieć na uwadze fakt, iż niższe zarobki „tam” nie będą raczej wyższe po powrocie do kraju. Na zachodzie Europy nawet za gorszą płacę można sobie pozwolić na wiele więcej, ponieważ w Polsce leki są najdroższe na Starym Kontynencie (wyprzedza nas jedynie Estonia), żywność też nie należy do najtańszych, jeśli przyrównać poziom cen do siły nabywczej pieniądza. Jednak fala powrotów, jeśli takowa nastąpi, może pokryć się z coraz gorszą sytuacją w kraju, bowiem już teraz coraz więcej przedsiębiorstw prywatnych zaczyna odczuwać poważne trudności finansowe. Dodatkowo kłopoty sektora prywatnego są potęgowane przez zaostrzająca się politykę kredytową banków, które coraz częściej obcinają wielkości przyznanych pożyczek, lub wręcz odmawiają udzielania kredytów niektórym branżom, takim jak deweloperzy czy przemysł motoryzacyjny.
Oczywiście na niezadowolenie społeczne, którego świadkami już jesteśmy, a będzie ono z pewnością przybierało na sile, ogromny wpływ ma polityka prawicowego establishmentu. Należy mieć świadomość, iż protesty, których świadkami byliśmy w ciągu ostatnich miesięcy to zaledwie „początki początków”, jednak są one ważnym sygnałem, że w mentalności społecznej (jak również w myśleniu czołowych działaczy central związkowych) coś zaczyna się zmieniać. Ów kryzys społeczny zostanie już niebawem spotęgowany przez decyzje gospodarcze rządu. Otóż całkiem niedawno wiceminister gospodarki Adam Szejnfeld zapowiedział, że rząd ma zamiar udzielić gwarancji na pożyczki między bankami; okazało się bowiem, że kapitaliści (inaczej niż kiedyś, np. po rewolucji październikowej) nie potrafią zjednoczyć się w obliczu wspólnego zagrożenia. W praktyce jednak tego rodzaju działanie będzie oznaczało przerzucenie całego ryzyka działalności prywatnej na państwo, a więc na wszystkich podatników. Neoliberałowie pokazali tutaj wyraźnie swoją hipokryzję – interwencjonizm jest dobry, jeśli chodzi o pomoc państwową dla sektora prywatnego, ale o jakiejkolwiek pomocy dla ludzi poszkodowanych przez kryzys mowy być nie może! A nie od dziś wiadomo iż, mówiąc nieco nieelegancko, cechą łajna jest to, że zawsze na wierzch wypływa; tak więc koncerny na kryzysie nie ucierpią tak bardzo, jak przeciętni obywatele. Ci ostatni już niebawem będą mogli pójść na przysłowiowe dno, ze wszystkimi, brutalnymi tego konsekwencjami.
Oczywiście ktoś może krzyknąć: „Kłamstwo! Przecież depozyty przeciętnego Kowalskiego mieszczą się spokojnie w granicach gwarancji bankowych!”. Nie jest to jednak do końca prawdą, ponieważ Polacy są obecnie potężnie zadłużeni. Warto zaznaczyć, że suma wszystkich wziętych kredytów w naszym kraju oscyluje w okolicach 300 mld (w tym 150 mld to kredyty hipoteczne, 100 mld kredyty gotówkowe, a 11 mld to zadłużenie tylko na kartach kredytowych). Poza tym społeczeństwo polskie zadłuża się na ok. 170 mln złotych miesięcznie. Ponadto łączna suma wszystkich depozytów wynosi jakieś – bagatela!- 300 mld złotych. Nietrudno sobie wyobrazić co się stanie, jeśli banki, które już są zadłużone łącznie na 25 mld euro, zaczną upadać lub wycofywać kapitał.
O ile jednak Polska dopiero odczuje wszystkie przykre konsekwencje kryzysu gospodarczego, o tyle państwa zaawansowanego kapitalizmu zdążyły się już w nim całkiem mocno zakopać. Szczególnie warto przyjrzeć się tutaj sytuacji w Stanach Zjednoczonych, gdzie z jednej strony cały obóz rządzący dofinansowuje upadające banki, a z drugiej całkowicie lekceważy przeciętnych Amerykanów. Ci, zdesperowani bagnem ekonomicznym, w którym się znaleźli i niemożliwością wybrnięcia z problemów nierzadko posuwają się do ostateczności i popełniają samobójstwa. W tym samym czasie prezesi uratowanych banków biorą wielomilionowe odprawy i wyjeżdżają na luksusowe urlopy. Jeśli taka sytuacja utrzyma się przez dłuższy czas, to nieśmiałe (póki co!) protesty amerykańskich związkowców mogą znacznie przybrać na sile.
Kryzys przetacza się także przez kraje Dalekiego Wschodu, w szczególności te najbardziej liberalne gospodarczo, jak Japonia i Korea Południowa, gdzie analitycy giełdowi co i rusz alarmują o ciągłych spadkach cen akcji. W Rosji posunięto się nawet to zamknięcia giełdy na kilka dni w celu uspokojenia sytuacji. Szczególnie ciężka sytuacja jest na Ukrainie, gdzie kryzys pokrył się z zawirowaniami politycznymi. Nic dziwnego, że gospodarka oparta w dużym stopniu na eksporcie żelaza zalicza w obecnych czasach ostry poślizg. Spadają zresztą nie tylko ceny tego surowca, ale także chociażby głównego towaru eksportowego państw Bliskiego Wschodu, czyli ropy naftowej.
Zdaniem dyrektora generalnego Międzynarodowej Organizacji Pracy Juana Somaliego wszystkie te zawirowania ekonomiczne spowodują, że do 2009 roku przybędzie na świecie 20 milionów bezrobotnych. Oznacza to, że w ciągu roku ilość osób aktywnie poszukujących pracy, ale nie mogących jej znaleźć wzrośnie ze 190 mln w 2007 roku do 210 mln w 2009. Wszyscy ci rozgoryczeni, ubodzy i głodni ludzie będą mieli szansę na zrozumienie, że wyłączną winę za sytuację, w której się znaleźli ponosi kapitalizm.
Zapytany przez Tomasza Lisa o to, co można by zrobić, by zapobiec kryzysowi ekonomista Richard Mbewe odpowiedział, że póki co nic zrobić się nie da. Nie miał on racji. W momencie, kiedy światowy kapitalizm zalicza wywrotkę i dachowanie nie należy go zbierać i na nowo składać, tylko wyrzucić na złomowisko historii. Jednocześnie poprzez ciągłą, aktywną pracę i cierpliwe wyjaśnianie trzeba sprawić, by poszkodowani przez kryzys ludzie zrozumieli, że tylko socjaliści są w stanie przedstawić im konkretną, prospołeczną propozycję polityczną. Jedynie wtedy świat zyska szansę na wyzwolenie się z widma kryzysowych zawirowań gospodarczych i zbudowanie sprawiedliwego, egalitarnego społeczeństwa.
Piotr Kuligowski
Artykuł ukazał się także na portalu socjalizm.org
2008-09-18 16:10:06
W Boliwii trwa próba dokonania zamachu stanu. 11 września ośmiu rolników zginęło w zasadzce przygotowanej przez faszystowskie gangi powiązane z krajową oligarchią. W robotniczej dzielnicy Plan 3000 w Santa Cruz takie same gangi, celowo siejące niepokój, zostały unieszkodliwione przez miejscową ludność.
W rezultacie tych prowokacji prezydent Evo Morales wydalił z kraju ambasadora Stanów Zjednoczonych.
11 wrzesnia wieczorem spisek mający na celu zamach stanu został wykryty w Wenezueli. Na wieść o tym ludzie natychmiast zebrali się pod pałacem Miraflores; Hugo Chavez, zwracając się do nich, również ogłosił wydalenie ambasadora amerykańskiego. Zaraz później w Fuerte San Carlos miało miejsce wielkie spotkanie aktywistów i przywódców Socjalistycznej Partii Wenezuli (PSUV), w czasie którego zdecydowano o zorganizowaniu w dniu 12 września marszu do Fuerte Tiuna, głównego kompleksu wojskowego w mieście oraz o organizacji demonstracji we wszystkich stolicach regionów w najbliższą sobotę.
Czas najwyższy, by powiedzieć: dość! Oligarchia w Wenezueli i Boliwii pokazała raz jeszcze swój brak szacunku dla demokratycznie wyrażonej woli większości społeczeństwa.
Konflikt imperializmówW rezultacie tych prowokacji prezydent Evo Morales wydalił z kraju ambasadora Stanów Zjednoczonych.
11 wrzesnia wieczorem spisek mający na celu zamach stanu został wykryty w Wenezueli. Na wieść o tym ludzie natychmiast zebrali się pod pałacem Miraflores; Hugo Chavez, zwracając się do nich, również ogłosił wydalenie ambasadora amerykańskiego. Zaraz później w Fuerte San Carlos miało miejsce wielkie spotkanie aktywistów i przywódców Socjalistycznej Partii Wenezuli (PSUV), w czasie którego zdecydowano o zorganizowaniu w dniu 12 września marszu do Fuerte Tiuna, głównego kompleksu wojskowego w mieście oraz o organizacji demonstracji we wszystkich stolicach regionów w najbliższą sobotę.
Czas najwyższy, by powiedzieć: dość! Oligarchia w Wenezueli i Boliwii pokazała raz jeszcze swój brak szacunku dla demokratycznie wyrażonej woli większości społeczeństwa.
2008-08-13 10:53:45
Dosłownie kilka godzin temu media doniosły o czasowym zawieszeniu broni w rozpoczętej niedawno wojnie pomiędzy Osetią Południową (czy raczej Rosją) a Gruzją. Trudno jednak wyobrazić sobie, by nie było to jedynie krótkotrwałe zaniechanie działań wojennych; swoista cisza przez burzą, która może się lada chwila rozpętać. Może, ale oczywiście nie musi – konia z rzędem temu, kto trafnie przewidzi zakończenie konfliktu!
Jak nietrudno się domyślić polskie mass media oraz najważniejsi politycy przedstawiają wojnę w sposób szalenie uproszczony. Oto przyjaciel Polski – Gruzja, został napadnięty przez naszego największego wroga – Federację Rosyjską, która, jak grzmiał wczoraj prezydent Lech Kaczyński: „Po raz kolejny pokazała swe prawdziwe oblicze”. Oczywiście w takiej sytuacji politycy prawicy nie mogli nie skorzystać z okazji, by pokazać się światu jako ludzie dzielnie stojący na straży pokoju i demokracji, pojechali więc do Tbilisi, by tam wraz z przywódcami kilku innych państw wyrazić solidarność z napadniętym Saakaszwilim. Oczywiście nie obyło się bez wymachiwania szabelką i siania rusofobii.
Każdy, kto jednak choć trochę bardziej orientuje się w realiach światowej polityki rozumie, że sytuacja nie jest tak prosta, jak chcieliby tego politycy PiSu czy PO. Po pierwsze trudno wyzbyć się wrażenia, iż mainstreamowe media – być może nieświadomie – nieco tuszują oczywisty fakt, iż to Gruzja, łamiąc rozejm z Soczi, nakręciła spiralę konfliktu. Rzecz jasna współpracownicy Saakaszwilego bronią się twierdząc, że za wybuch wojny odpowiedzialna jest Rosja, która przez cały czas aktywnie wspiera bardzo skromne siły osetyjskie swą piechotą i lotnictwem. Kreml z kolei kontratakuje na polu dyplomatycznym informując, że skoro ponad połowa Osetyńców posiada rosyjskie paszporty, to jego obowiązkiem jest obrona swych obywateli przez obcą agresją. I rzeczywiście – pomimo niefortunnej przynależności terytorialnej Osetię Południową niewątpliwie ciągnie do Rosji, co widać chociażby wśród nastrojów jej obywateli. Rosjanie także nie mają nic przeciwko ewentualnej asymilacji, gdyż, jak wynika z przeprowadzonego dopiero co sondażu dla jednej z tamtejszych gazet, aż 71 proc. mieszkańców Moskwy popiera przyłączenie Republiki Południowej Osetii do Federacji.
W takiej sytuacji to właśnie Rosja może starać się lansować jako realizator zamierzeń ONZ, który wysłał siły pokojowe w region konfliktu. Do tego wystarczy, by Miedwiediew dorzucił parę banałów o potrzebie wprowadzania w życie prawa do samostanowienia narodów i już prorosyjska lewica skupiona wokół Leszka Millera jest gotowa uwierzyć w szczere intencje Kremla. Oczywiście ludzie ci nie pamiętają (a może nie chcą pamiętać?) o osamotnionej w walce i ostatnio pozostającej w cieniu Tybetu Czeczenii…
Doprawdy, odpowiedzialnemu i trzeźwo myślącemu obserwatorowi rzeczywistości trudno wyzbyć się wrażenia, iż mówienie o prawie do samostanowienia narodów w przypadku Osetii Południowej jest warte tyle samo, co pomoc USA w osiągnięciu niepodległości przez Kosowo. Kreml przez swe – zręczne bądź co bądź – manewry dyplomatyczne może dać Unii Europejskiej solidnego prztyczka w nos, odgrywając się przy tym za jej wcześniejsze poparcie rozbicia terytorialnego Serbii, która wszak nie od dziś jest jego sojusznikiem; a ponadto zyskać nową, wasalną republikę.
I tutaj powoli dochodzimy do sedna konfliktu – po raz kolejny w imię imperialnych interesów Stanów Zjednoczonych i Rosji została wywołana sztuczna i niepotrzebna wojna, w której już zginęły tysiące cywilów, a może zginąć znacznie więcej. Dlatego właśnie konflikty zbrojne są zabawą bogatych, za którą płacą i w której giną ubodzy. Dopóki jednak w Osetyńcach nie obudzi się nacjonalizm w jego najbardziej skrajnej i krwiożerczej postaci, dopóty będą szanse na rychłe jego zażegnanie; jeśli jednak to się stanie, możemy być świadkami wielotysięcznych rzezi, podobnych do tych z Wołynia z lat 1942 - 44.
Marksistowscy, dialektycznie myślący działacze w swej analizie rzeczywistości nie powinni opierać się na panujących aktualnie politycznych trendach czy podziałach narodowych. Mimo, iż nie wiadomo w jaki sposób ani kiedy zakończy się owa wojna należy zrozumieć, że w obecnej sytuacji nie można wpadać ani w skrajny antyamerykanizm, ani absurdalną rusofilię. Właśnie ten konkretny konflikt pokazuje, że wróg mojego wroga wcale nie musi być moim przyjacielem. Dlatego nie należy kibicować żadnemu z wiecznie żądnych nowych zdobyczy i krwi imperializmów. Należy natomiast kibicować zwykłym ludziom, aby ci zorganizowali się i sami – wbrew prawicowym rządom i politykom zakończyli ten bezsensowny konflikt i zaczęli stanowić o sobie. Tak jak w historii wiele razy masowe demonstracje związków zawodowych doprowadzały do zakończenia wojen, tak i teraz należy mieć nadzieję na obudzenie się ruchu pracowniczego zarówno w Gruzji, jak i Rosji, i zawalczenie przez niego o pokój oraz lepsze jutro.
Jak nietrudno się domyślić polskie mass media oraz najważniejsi politycy przedstawiają wojnę w sposób szalenie uproszczony. Oto przyjaciel Polski – Gruzja, został napadnięty przez naszego największego wroga – Federację Rosyjską, która, jak grzmiał wczoraj prezydent Lech Kaczyński: „Po raz kolejny pokazała swe prawdziwe oblicze”. Oczywiście w takiej sytuacji politycy prawicy nie mogli nie skorzystać z okazji, by pokazać się światu jako ludzie dzielnie stojący na straży pokoju i demokracji, pojechali więc do Tbilisi, by tam wraz z przywódcami kilku innych państw wyrazić solidarność z napadniętym Saakaszwilim. Oczywiście nie obyło się bez wymachiwania szabelką i siania rusofobii.
Każdy, kto jednak choć trochę bardziej orientuje się w realiach światowej polityki rozumie, że sytuacja nie jest tak prosta, jak chcieliby tego politycy PiSu czy PO. Po pierwsze trudno wyzbyć się wrażenia, iż mainstreamowe media – być może nieświadomie – nieco tuszują oczywisty fakt, iż to Gruzja, łamiąc rozejm z Soczi, nakręciła spiralę konfliktu. Rzecz jasna współpracownicy Saakaszwilego bronią się twierdząc, że za wybuch wojny odpowiedzialna jest Rosja, która przez cały czas aktywnie wspiera bardzo skromne siły osetyjskie swą piechotą i lotnictwem. Kreml z kolei kontratakuje na polu dyplomatycznym informując, że skoro ponad połowa Osetyńców posiada rosyjskie paszporty, to jego obowiązkiem jest obrona swych obywateli przez obcą agresją. I rzeczywiście – pomimo niefortunnej przynależności terytorialnej Osetię Południową niewątpliwie ciągnie do Rosji, co widać chociażby wśród nastrojów jej obywateli. Rosjanie także nie mają nic przeciwko ewentualnej asymilacji, gdyż, jak wynika z przeprowadzonego dopiero co sondażu dla jednej z tamtejszych gazet, aż 71 proc. mieszkańców Moskwy popiera przyłączenie Republiki Południowej Osetii do Federacji.
W takiej sytuacji to właśnie Rosja może starać się lansować jako realizator zamierzeń ONZ, który wysłał siły pokojowe w region konfliktu. Do tego wystarczy, by Miedwiediew dorzucił parę banałów o potrzebie wprowadzania w życie prawa do samostanowienia narodów i już prorosyjska lewica skupiona wokół Leszka Millera jest gotowa uwierzyć w szczere intencje Kremla. Oczywiście ludzie ci nie pamiętają (a może nie chcą pamiętać?) o osamotnionej w walce i ostatnio pozostającej w cieniu Tybetu Czeczenii…
Doprawdy, odpowiedzialnemu i trzeźwo myślącemu obserwatorowi rzeczywistości trudno wyzbyć się wrażenia, iż mówienie o prawie do samostanowienia narodów w przypadku Osetii Południowej jest warte tyle samo, co pomoc USA w osiągnięciu niepodległości przez Kosowo. Kreml przez swe – zręczne bądź co bądź – manewry dyplomatyczne może dać Unii Europejskiej solidnego prztyczka w nos, odgrywając się przy tym za jej wcześniejsze poparcie rozbicia terytorialnego Serbii, która wszak nie od dziś jest jego sojusznikiem; a ponadto zyskać nową, wasalną republikę.
I tutaj powoli dochodzimy do sedna konfliktu – po raz kolejny w imię imperialnych interesów Stanów Zjednoczonych i Rosji została wywołana sztuczna i niepotrzebna wojna, w której już zginęły tysiące cywilów, a może zginąć znacznie więcej. Dlatego właśnie konflikty zbrojne są zabawą bogatych, za którą płacą i w której giną ubodzy. Dopóki jednak w Osetyńcach nie obudzi się nacjonalizm w jego najbardziej skrajnej i krwiożerczej postaci, dopóty będą szanse na rychłe jego zażegnanie; jeśli jednak to się stanie, możemy być świadkami wielotysięcznych rzezi, podobnych do tych z Wołynia z lat 1942 - 44.
Marksistowscy, dialektycznie myślący działacze w swej analizie rzeczywistości nie powinni opierać się na panujących aktualnie politycznych trendach czy podziałach narodowych. Mimo, iż nie wiadomo w jaki sposób ani kiedy zakończy się owa wojna należy zrozumieć, że w obecnej sytuacji nie można wpadać ani w skrajny antyamerykanizm, ani absurdalną rusofilię. Właśnie ten konkretny konflikt pokazuje, że wróg mojego wroga wcale nie musi być moim przyjacielem. Dlatego nie należy kibicować żadnemu z wiecznie żądnych nowych zdobyczy i krwi imperializmów. Należy natomiast kibicować zwykłym ludziom, aby ci zorganizowali się i sami – wbrew prawicowym rządom i politykom zakończyli ten bezsensowny konflikt i zaczęli stanowić o sobie. Tak jak w historii wiele razy masowe demonstracje związków zawodowych doprowadzały do zakończenia wojen, tak i teraz należy mieć nadzieję na obudzenie się ruchu pracowniczego zarówno w Gruzji, jak i Rosji, i zawalczenie przez niego o pokój oraz lepsze jutro.
Piotr Kuligowski
2008-03-12 10:18:00
300 = 300 milionów
2008-03-09 21:43:22
O tym, jak to Kolumbia weszła z wojskiem na terytorium Ekwadoru i co z tego wynikło, jedna notka już była. Wypada jedynie dodać, że cały kryzys skończył się równie nagle jak wybuchł, a perspektywy wojny w regionie szczęśliwie oddaliły się. Te informacje zresztą podały nawet i media głównego nurtu. Zabrakło w nich zaś informacji o tym, na ile prawdziwe były rewelacje z laptopa Raula Reyesa.
Przypomnijmy tylko, że wg kolumbijskiego rządu otwarcie skrzynki mailowej zabitego partyzanta oznaczało wykrycie gigantycznego latynokomunistycznego spisku, finansowanego wenezuelską ropą i rozgałęzionego przynajmniej na kilka krajów kontynentu. Ten sam rząd był jednak zmuszony w końcu pokazać owe mityczne "dowody zbrodni". I pokazał.
Z całego zdania "Chavez wsparł FARC sumą 300 mln dolarów" prawdziwe jest tylko jedno słowo... cyfra 300. Pojawiła się ona w wiadomości wysłanej pod koniec grudnia. Wtedy, gdy w najlepsze toczyły się negocjacje między FARC (reprezentowanym przez Reyesa) i Chavezem, który notabene miał na tę misję upoważnienie władz Kolumbii. Treść całego maila też dotyczy uwolnienia zakładników, procedur ich wypuszczenia na wolność i wreszcie liczby. Którą najpewniej jest właśnie owa trzysetka.
Jedno jest pewne: laptop Reyesa nie zawierał ani informacji o milionowym obrocie między partyzantką a Chavezem, o wspieraniu tego ostatniego w czasie jego pobytu w więzieniu, czy o planowanej produkcji brudnych bomb.
Czy to jednak przeszkadza w kolejnych werbalnych atakach na Wenezuelę? Bynajmniej. Kiedy bowiem brak dowodów winy zatrzymał neoliberalną propagandę? I kiedy prawda była dla nich ważniejsza od zysku?
Agata Rozenberg
Kryzys graniczny wielką prowokacją?Przypomnijmy tylko, że wg kolumbijskiego rządu otwarcie skrzynki mailowej zabitego partyzanta oznaczało wykrycie gigantycznego latynokomunistycznego spisku, finansowanego wenezuelską ropą i rozgałęzionego przynajmniej na kilka krajów kontynentu. Ten sam rząd był jednak zmuszony w końcu pokazać owe mityczne "dowody zbrodni". I pokazał.
Z całego zdania "Chavez wsparł FARC sumą 300 mln dolarów" prawdziwe jest tylko jedno słowo... cyfra 300. Pojawiła się ona w wiadomości wysłanej pod koniec grudnia. Wtedy, gdy w najlepsze toczyły się negocjacje między FARC (reprezentowanym przez Reyesa) i Chavezem, który notabene miał na tę misję upoważnienie władz Kolumbii. Treść całego maila też dotyczy uwolnienia zakładników, procedur ich wypuszczenia na wolność i wreszcie liczby. Którą najpewniej jest właśnie owa trzysetka.
Jedno jest pewne: laptop Reyesa nie zawierał ani informacji o milionowym obrocie między partyzantką a Chavezem, o wspieraniu tego ostatniego w czasie jego pobytu w więzieniu, czy o planowanej produkcji brudnych bomb.
Czy to jednak przeszkadza w kolejnych werbalnych atakach na Wenezuelę? Bynajmniej. Kiedy bowiem brak dowodów winy zatrzymał neoliberalną propagandę? I kiedy prawda była dla nich ważniejsza od zysku?
Agata Rozenberg
2008-03-07 11:07:31
"Dowody wspólnictwa Ekwadoru i Wenezueli z FARC, armią uznaną w USA, Europie i większości krajów Ameryki Łacińskiej za terrorystyczną, nie mają precedensu w stosunkach między demokratycznymi rządami na kontynencie. Pokazują zasięg i metody ideologicznego spisku kierowanego i zapewne finansowanego przez Chaveza, którego celem jest pozyskiwanie sojuszników na kontynencie w walce przeciw USA i kapitalizmowi oraz obalanie rządów ideologicznie mu obcych. Ostatecznym marzeniem prezydenta Wenezueli ma być opanowanie całego kontynentu pod swoim przywództwem."
Tego rodzaju ustępem poczęstował czytelników Gazety Wyborczej jej etatowy spec od Ameryki Łacińskiej, Maciej Stasiński. Jak widać, niestrudzony tropiciel lewicowych zamordyzmów przechodzi powoli sam siebie. Jeszcze niedawno bowiem zarzucał prezydentowi Hugo Chavezowi chęć budowy totalitaryzmu w Wenezueli. Potem okazało się, że Chavez ten totalitaryzm już zbudował. A teraz się okazuje, że panowanie w jednym kraju to za mało. Ciekawe, kiedy zdaniem Stasińskiego Chavez zapragnie zostać władcą całego świata - i co neoliberalni eksperci później wymyślą.
A co zainspirowało Macieja Stasińskiego do tak nowatorskich przemyśleń? Eskalujący się od kilku dni konflikt między Kolumbią a Ekwadorem i Wenezuelą, rozpoczęty kolumbijskim wkroczeniem na terytorium Ekwadoru celem przeprowadzenia tam akcji militarnej przeciwko partyzantce FARC. Skutkiem powyższej była śmierć drugiego rangą w FARC Raula Reyesa i kilkunastu innych partyzantów. Po kilku dniach rząd kolumbijski trumfalnie ogłosił, że w czasie operacji uzyskali jeszcze jeden cenny łup - dowody na współpracę rządów Ekwadoru i Wenezueli z partyzantką, przekazywanie ogromnych sum pieniędzy przez Chaveza FARC oraz plany budowy przez tych ostatnich broni jądrowej...
W całej sprawie jest więcej "sensacyjnych" odkryć niż realnych dowodów. Dlaczego rząd kolumbijski tylko mówi o swoich znaleziskach, a nigdzie ich publicznie nie zaprezentuje? Pokazanie pisemnych dowodów tego rodzaju działań byłoby gratką medialną i ważnym krokiem politycznym. I dlaczego o zawartości laptopa zabitego Reyesa zrobiło się głośno dopiero wtedy, gdy Kolumbia musiała się przyznać, że operacja w Ekwadorze miała miejsce na terenie innego kraju, bez jego zgody i nie była jak pierwotnie zapewniano akcją defensywną? Dlaczego też początkowe niejasne zapewnienia o "pomocy finansowej" od Chaveza nagle stały się milionami dolarów, wsparciem zwrotnym od FARC w czasie, gdy Chavez siedział w więzieniu, nagle pojawił się też wątek broni jądrowej? Nawiasem mówiąc, ciekawe w jaki sposób kryjąca się po lasach partyzantka miałaby tę broń skonstruować. Ale na to zapewne też da się zmontować teorię spiskową. Podobnie jak na wytłumaczenie faktu, że strona wenezuelska w odpowiedzi wykazała, że podejrzane koneksje, związane z narkobiznesem, łączą nie tyle Wenezuelę i FARC, co FARC i ... służby specjalne Kolumbii.
Ciekawy jest też fakt, że zmasowany atak kolumbijski miał miejsce w czasie, gdy negocjacje z FARC w sprawie uwalniania kolejnych zakładników miały się dobrze i mogły przynieść wolność kolejnym osobom. Głównymi stronami rozmów byli jednak nie prawicowy Uribe, którego rządy notabene też nie są wolne od aktów przemocy, ale Hugo Chavez i Rafael Correa oraz Raul Reyes. Jego śmierć może zatem oznaczać koniec pokojowego procesu i nie została przyjęta dobrze przez wiele rządów (w tym nie tylko, jak sugeruje GW, Wenezuelę i Kubę, ale także Włochy, Francję i Brazylię, dalekie od "bycia przekupywanymi tanią ropą"), za to wywołała prawdziwą radość w prawicowych kręgach rządowych Kolumbii oraz w USA.
Prezydent Bush ponownie oskarżył Chaveza o destabilizowanie regionu, zupełnie jakby to Wenezuelczyk świadomie rozpoczął ostatni kryzys i zupełnie jakby Stany Zjednoczone nigdy nie prowokowały napięć i tragedii w Ameryce Łacińskiej. I nie jest to kwestia dalekiej przeszłości; USA już w XXI w. finansowały nieudany zamach stanu w Wenezueli i konsekwentnie prowadzą nagonkę na każdy kraj, który zakwestionuje podstawy neoliberalizmu. Rewolucja boliwariańska od dawna była atakowana medialnie i gospodarczo, teraz może się okazać, że Bush i jego wierny stronnik Uribe szykują się do otwartego konfliktu militarnego. Co on będzie dla rewolucji oznaczał, chyba tłumaczyć nie trzeba.
Agata Rozenberg
Fałszerstwo pakistańskieTego rodzaju ustępem poczęstował czytelników Gazety Wyborczej jej etatowy spec od Ameryki Łacińskiej, Maciej Stasiński. Jak widać, niestrudzony tropiciel lewicowych zamordyzmów przechodzi powoli sam siebie. Jeszcze niedawno bowiem zarzucał prezydentowi Hugo Chavezowi chęć budowy totalitaryzmu w Wenezueli. Potem okazało się, że Chavez ten totalitaryzm już zbudował. A teraz się okazuje, że panowanie w jednym kraju to za mało. Ciekawe, kiedy zdaniem Stasińskiego Chavez zapragnie zostać władcą całego świata - i co neoliberalni eksperci później wymyślą.
A co zainspirowało Macieja Stasińskiego do tak nowatorskich przemyśleń? Eskalujący się od kilku dni konflikt między Kolumbią a Ekwadorem i Wenezuelą, rozpoczęty kolumbijskim wkroczeniem na terytorium Ekwadoru celem przeprowadzenia tam akcji militarnej przeciwko partyzantce FARC. Skutkiem powyższej była śmierć drugiego rangą w FARC Raula Reyesa i kilkunastu innych partyzantów. Po kilku dniach rząd kolumbijski trumfalnie ogłosił, że w czasie operacji uzyskali jeszcze jeden cenny łup - dowody na współpracę rządów Ekwadoru i Wenezueli z partyzantką, przekazywanie ogromnych sum pieniędzy przez Chaveza FARC oraz plany budowy przez tych ostatnich broni jądrowej...
W całej sprawie jest więcej "sensacyjnych" odkryć niż realnych dowodów. Dlaczego rząd kolumbijski tylko mówi o swoich znaleziskach, a nigdzie ich publicznie nie zaprezentuje? Pokazanie pisemnych dowodów tego rodzaju działań byłoby gratką medialną i ważnym krokiem politycznym. I dlaczego o zawartości laptopa zabitego Reyesa zrobiło się głośno dopiero wtedy, gdy Kolumbia musiała się przyznać, że operacja w Ekwadorze miała miejsce na terenie innego kraju, bez jego zgody i nie była jak pierwotnie zapewniano akcją defensywną? Dlaczego też początkowe niejasne zapewnienia o "pomocy finansowej" od Chaveza nagle stały się milionami dolarów, wsparciem zwrotnym od FARC w czasie, gdy Chavez siedział w więzieniu, nagle pojawił się też wątek broni jądrowej? Nawiasem mówiąc, ciekawe w jaki sposób kryjąca się po lasach partyzantka miałaby tę broń skonstruować. Ale na to zapewne też da się zmontować teorię spiskową. Podobnie jak na wytłumaczenie faktu, że strona wenezuelska w odpowiedzi wykazała, że podejrzane koneksje, związane z narkobiznesem, łączą nie tyle Wenezuelę i FARC, co FARC i ... służby specjalne Kolumbii.
Ciekawy jest też fakt, że zmasowany atak kolumbijski miał miejsce w czasie, gdy negocjacje z FARC w sprawie uwalniania kolejnych zakładników miały się dobrze i mogły przynieść wolność kolejnym osobom. Głównymi stronami rozmów byli jednak nie prawicowy Uribe, którego rządy notabene też nie są wolne od aktów przemocy, ale Hugo Chavez i Rafael Correa oraz Raul Reyes. Jego śmierć może zatem oznaczać koniec pokojowego procesu i nie została przyjęta dobrze przez wiele rządów (w tym nie tylko, jak sugeruje GW, Wenezuelę i Kubę, ale także Włochy, Francję i Brazylię, dalekie od "bycia przekupywanymi tanią ropą"), za to wywołała prawdziwą radość w prawicowych kręgach rządowych Kolumbii oraz w USA.
Prezydent Bush ponownie oskarżył Chaveza o destabilizowanie regionu, zupełnie jakby to Wenezuelczyk świadomie rozpoczął ostatni kryzys i zupełnie jakby Stany Zjednoczone nigdy nie prowokowały napięć i tragedii w Ameryce Łacińskiej. I nie jest to kwestia dalekiej przeszłości; USA już w XXI w. finansowały nieudany zamach stanu w Wenezueli i konsekwentnie prowadzą nagonkę na każdy kraj, który zakwestionuje podstawy neoliberalizmu. Rewolucja boliwariańska od dawna była atakowana medialnie i gospodarczo, teraz może się okazać, że Bush i jego wierny stronnik Uribe szykują się do otwartego konfliktu militarnego. Co on będzie dla rewolucji oznaczał, chyba tłumaczyć nie trzeba.
Agata Rozenberg
2008-02-25 20:30:49
Znamy juz wyniki wyborów parlamentarnych w Pakistanie; szerszym echem nie rozniosła się jednak wieść o nieprawidłowościach, do jakich doszło w ich trakcie. Nieprawidłowościach - czy raczej zwykłych oszustwach.
Fałszerstwo pakistańskie było przeprowadzone w sposób dalece bardziej profesjonalny niż chociażby głośne sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich w Meksyku czy nawet tych na Ukrainie (przed tzw. pomarańczową rewolucją). Teoretycznie zwycięstwo należy do opozycyjnej Partii Ludowej, zaś blok Musharrafa znalazł się na dalszym miejscu. Fałszerstwo zostało jednak wymierzone przeciwko konkretnym osobom - członkom lewicowej frakcji PPL. Posłowie z jej ramienia, którzy znajdą się w parlamencie, nie stanowią dla rządzącej burżuazji zagrożenia.
O PPL można mówić rzeczy różne, również niepochlebne. Wskazane jest wręcz podkreślanie, że partia ta odeszła w swoim programie nawet od założeń reformistycznych. Ale to jej deputowani w ostatniej kadencji pakistańskiego sejmu odwoływali się do tradycji socjalistycznych i walczyli o prawa pracowników swojego kraju tak, jak mogli. Na tyle skutecznie, że zyskali sobie ogromne poparcie mas ludowych swoich okręgów. Kiedy w czasie stanu wyjątkowego jeden z nich - Manzoor Ahmed - został aresztowany, siły porządkowe miały potężne trudności z odstawienie go do więzienia. Robotnicy sami bronili swojego deputowanego.
Czy pakistańskie władze chciały takich ludzi w nowo obranym sejmie? Nad odpowiedzią nie trzeba się raczej długo zastanawiać. Stąd wybiórcze fałszerstwo przeciwko lewicowym aktywistom z PPL. Przeprowadzone z zadziwiającą pewnością siebie - na oczach międzynarodowych obserwatorów i organizacji pozarządowych. Mogli oni opisać i sfotografować lokale wyborcze udekorowane niczym siedziby prawicowych partii, całe stosy już wypełnionych kart do głosowania, czy nawet komisje wyborcze zajęte wyrzucaniem głosów oddanych na PPL i oddawaniem fikcyjnych głosów, zarejestrowanych na osoby dawno zmarłe, niemieszkające już w danym okręgu, a w skrajnych przypadkach zupełnie fikcyjne...
Zawarta po wyborach koalicja w Pakistanie nie ma szans na rozwiązanie problemów tego kraju. Dodajmy, że niemal natychmiast po ogłoszeniu wyników głosowania zostały one oficjalnie pobłogosławione przez USA. Oznacza to tyle - status quo utrzymany, ruch masowy (na razie?) odepchnięty do defensywy. I nic nie warte są zachwyty niektórych mediów nad demokratycznością wyborów. Te same media liberalne zachwycały się autorytaryzmami Ameryki Łacińskiej i ich "cudami gospodarczymi". Pakistanowi potrzebna jest lewicowa alternatywa. Jej budowa już się zaczęła. Należy kontynuować pracę u podstaw, a ruch masowy któregoś dnia będzie w stanie obalić i tamtejszą dyktaturę.
Agata Rozenberg
Blog roku 2007 - najlepszy blog w kategorii "kapitalizm"Fałszerstwo pakistańskie było przeprowadzone w sposób dalece bardziej profesjonalny niż chociażby głośne sfałszowanie wyników wyborów prezydenckich w Meksyku czy nawet tych na Ukrainie (przed tzw. pomarańczową rewolucją). Teoretycznie zwycięstwo należy do opozycyjnej Partii Ludowej, zaś blok Musharrafa znalazł się na dalszym miejscu. Fałszerstwo zostało jednak wymierzone przeciwko konkretnym osobom - członkom lewicowej frakcji PPL. Posłowie z jej ramienia, którzy znajdą się w parlamencie, nie stanowią dla rządzącej burżuazji zagrożenia.
O PPL można mówić rzeczy różne, również niepochlebne. Wskazane jest wręcz podkreślanie, że partia ta odeszła w swoim programie nawet od założeń reformistycznych. Ale to jej deputowani w ostatniej kadencji pakistańskiego sejmu odwoływali się do tradycji socjalistycznych i walczyli o prawa pracowników swojego kraju tak, jak mogli. Na tyle skutecznie, że zyskali sobie ogromne poparcie mas ludowych swoich okręgów. Kiedy w czasie stanu wyjątkowego jeden z nich - Manzoor Ahmed - został aresztowany, siły porządkowe miały potężne trudności z odstawienie go do więzienia. Robotnicy sami bronili swojego deputowanego.
Czy pakistańskie władze chciały takich ludzi w nowo obranym sejmie? Nad odpowiedzią nie trzeba się raczej długo zastanawiać. Stąd wybiórcze fałszerstwo przeciwko lewicowym aktywistom z PPL. Przeprowadzone z zadziwiającą pewnością siebie - na oczach międzynarodowych obserwatorów i organizacji pozarządowych. Mogli oni opisać i sfotografować lokale wyborcze udekorowane niczym siedziby prawicowych partii, całe stosy już wypełnionych kart do głosowania, czy nawet komisje wyborcze zajęte wyrzucaniem głosów oddanych na PPL i oddawaniem fikcyjnych głosów, zarejestrowanych na osoby dawno zmarłe, niemieszkające już w danym okręgu, a w skrajnych przypadkach zupełnie fikcyjne...
Zawarta po wyborach koalicja w Pakistanie nie ma szans na rozwiązanie problemów tego kraju. Dodajmy, że niemal natychmiast po ogłoszeniu wyników głosowania zostały one oficjalnie pobłogosławione przez USA. Oznacza to tyle - status quo utrzymany, ruch masowy (na razie?) odepchnięty do defensywy. I nic nie warte są zachwyty niektórych mediów nad demokratycznością wyborów. Te same media liberalne zachwycały się autorytaryzmami Ameryki Łacińskiej i ich "cudami gospodarczymi". Pakistanowi potrzebna jest lewicowa alternatywa. Jej budowa już się zaczęła. Należy kontynuować pracę u podstaw, a ruch masowy któregoś dnia będzie w stanie obalić i tamtejszą dyktaturę.
Agata Rozenberg
2008-02-22 21:17:52
W konkursie na blog roku 2007 w kategorii "polityka" zwyciężył guru prawicowych, kapitalistycznych ekstremistów Janusz Korwin - Mikke. To z pozoru błahe wydarzenie skłania mnie do kilku krótkich refleksji.
Po pierwsze - gdzie byli sympatycy prawdziwej lewicy? Dlaczego wśród onetowych (i nie tylko zresztą) bloggerów jest tak niewielu socjalistów? Dlaczego gdy tylko pojawi się jakiś obiecujący, lewicowy blog, to zostaje od razu zalany spamem UPRowców i innych fanatyków wolnego rynku?
Korwin - Mikke nie jest politykiem z pierwszych, ani nawet z drugich stron gazet. Zresztą nie ma się co dziwić - która poważniejsza gazeta będzie publikować artykuły kolesia głoszącego wszem i wobec o dobrodziejstwach kapitalistycznego wyzysku? A jednak w przestrzeni wirtualnej to indywiduum znajduje naśladowców i zwolenników, którym podoba się jego liberalny bełkot.
Po części wynika to zapewne w bezczelności samego Korwina, który nieraz pisał, że socjalistów należałoby zamknąć w obozach reedukacji. Zresztą nabijanie się z lewicowej symboliki i największych teoretyków socjalizmu jest jego ulubionym zajęciem.
Najwyższy czas uświadomić sobie, ze prawicowa myśl polityczna rozpleniła się w Internecie niczym nowotwór złośliwy, zagłuszając w zarodku przejawy lewicowej myśli politycznej. Najwyższy czas powiedzieć dość i pokazać światu, że socjaliści ciągle żyją - i łatwo się nie poddadzą!
Najwyższa pora uderzyć pięścią w stół!
Piotr Kuligowski
Żegnaj FidelPo pierwsze - gdzie byli sympatycy prawdziwej lewicy? Dlaczego wśród onetowych (i nie tylko zresztą) bloggerów jest tak niewielu socjalistów? Dlaczego gdy tylko pojawi się jakiś obiecujący, lewicowy blog, to zostaje od razu zalany spamem UPRowców i innych fanatyków wolnego rynku?
Korwin - Mikke nie jest politykiem z pierwszych, ani nawet z drugich stron gazet. Zresztą nie ma się co dziwić - która poważniejsza gazeta będzie publikować artykuły kolesia głoszącego wszem i wobec o dobrodziejstwach kapitalistycznego wyzysku? A jednak w przestrzeni wirtualnej to indywiduum znajduje naśladowców i zwolenników, którym podoba się jego liberalny bełkot.
Po części wynika to zapewne w bezczelności samego Korwina, który nieraz pisał, że socjalistów należałoby zamknąć w obozach reedukacji. Zresztą nabijanie się z lewicowej symboliki i największych teoretyków socjalizmu jest jego ulubionym zajęciem.
Najwyższy czas uświadomić sobie, ze prawicowa myśl polityczna rozpleniła się w Internecie niczym nowotwór złośliwy, zagłuszając w zarodku przejawy lewicowej myśli politycznej. Najwyższy czas powiedzieć dość i pokazać światu, że socjaliści ciągle żyją - i łatwo się nie poddadzą!
Najwyższa pora uderzyć pięścią w stół!
Piotr Kuligowski
2008-02-21 10:40:15
Fidel Castro odchodzi. Sytuacja zdrowotna 81-letniego przywódcy kubańskiego nie pozwoli mu na dalsze sprawowanie rządów. Sam obwieścił swoją emeryturę; ironią losu w tak oto spokojny sposób zakończył rządy człowiek, który od ponad 40 lat był na celowniku amerykańskim. Nie wyznaczył jednak ani następcy, ani kierunku, w jakim ten ostatni działać powinien.
Ten kierunek oczywiście zaproponowali już "światowi obrońcy demokracji". Gdy tylko odejście Castro było już pewne, cała horda polityków i analityków na czele z George Bushem rzuciła się do wykazywania, dlaczego Kuba musi stać się wolnym (nie trzeba dodawać, że kapitalistycznym) krajem, dlaczego koniecznie trzeba tam zaprowadzić wolny rynek; prezydent USa przelicytował zresztą wszystkich stwierdzeniem, że chętnie pomoże Kubańczykom zakosztować błogosławieństw wolności. Szkoda, ze nie dodał: jak to było za czasów Batisty. Byłoby i szczerzej, i bardziej oryginalnie, bo to całe gadanie o amerykańskiej wolności to naprawdę nudne się zaczyna robić. Nawet nie absurdalne.
Naturalnym następcą Fidela ma być Raul Castro, o którego planach tak naprawdę wiele nie wiadomo. Ku rozczarowaniu ekspertów, z żadnych jego wypowiedzi nie wynika jednoznacznie, by marzył o restauracji kapitalizmu. Jego pole manewru nie jest zresztą zupełnie szerokie. W końcu Fidel nie umarł, zachował swoją popularność, a także stanowisko szefa partii komunistycznej.
System ekonomiczno - społeczny Kuby idealny nie jest. Osiągnął bez wątpienia wiele, jednak splot różnych czynników (to zasadniczo materiał na cały tekst) uniemożliwił dalsze zdobycze. Nowy rząd Kuby znajduje się tymczasem w sytuacji nacisku z dwóch stron.
Z jednej - imperializm. USA od 40 lat usiłują pozbyć się Kuby, która tuż pod ich nosem śmie pokazywać światu alternatywny model gospodarczy. Wykorzystano w tym celu cały arsenał środków i można się spodziewać, że po odejściu Fidela wysiłki te zostaną wzmożone. Z drugiej - ruchy rewolucyjne Ameryki Łacińskiej. Kuba była i jest dla nich inspiracją. W obecnej sytuacji niebezpieczeństwo restauracji kapitalizmu wydaje się być silniejsze.
Wiele elementów gospodarki rynkowej już na Kubie funkcjonuje. Dotychczasowe środki przeciwdziałania im były nieskuteczne. Zbyt mało włożono w walkę z korupcją, w ograniczanie biurokracji i karierowiczostwa. W tym leży równie istotne zagrożenie dla istnienia socjalistycznej Kuby. Nie ma wątpliwości, że gdyby nie amerykańskie embargo, sytuacja byłaby w przeszłości i obecnie zupełnie inna. Nie wolno jednak pozwolić do powstawania kolejnych zagrożeń.
Agata Rozenberg
Dość gadania - do roboty!Ten kierunek oczywiście zaproponowali już "światowi obrońcy demokracji". Gdy tylko odejście Castro było już pewne, cała horda polityków i analityków na czele z George Bushem rzuciła się do wykazywania, dlaczego Kuba musi stać się wolnym (nie trzeba dodawać, że kapitalistycznym) krajem, dlaczego koniecznie trzeba tam zaprowadzić wolny rynek; prezydent USa przelicytował zresztą wszystkich stwierdzeniem, że chętnie pomoże Kubańczykom zakosztować błogosławieństw wolności. Szkoda, ze nie dodał: jak to było za czasów Batisty. Byłoby i szczerzej, i bardziej oryginalnie, bo to całe gadanie o amerykańskiej wolności to naprawdę nudne się zaczyna robić. Nawet nie absurdalne.
Naturalnym następcą Fidela ma być Raul Castro, o którego planach tak naprawdę wiele nie wiadomo. Ku rozczarowaniu ekspertów, z żadnych jego wypowiedzi nie wynika jednoznacznie, by marzył o restauracji kapitalizmu. Jego pole manewru nie jest zresztą zupełnie szerokie. W końcu Fidel nie umarł, zachował swoją popularność, a także stanowisko szefa partii komunistycznej.
System ekonomiczno - społeczny Kuby idealny nie jest. Osiągnął bez wątpienia wiele, jednak splot różnych czynników (to zasadniczo materiał na cały tekst) uniemożliwił dalsze zdobycze. Nowy rząd Kuby znajduje się tymczasem w sytuacji nacisku z dwóch stron.
Z jednej - imperializm. USA od 40 lat usiłują pozbyć się Kuby, która tuż pod ich nosem śmie pokazywać światu alternatywny model gospodarczy. Wykorzystano w tym celu cały arsenał środków i można się spodziewać, że po odejściu Fidela wysiłki te zostaną wzmożone. Z drugiej - ruchy rewolucyjne Ameryki Łacińskiej. Kuba była i jest dla nich inspiracją. W obecnej sytuacji niebezpieczeństwo restauracji kapitalizmu wydaje się być silniejsze.
Wiele elementów gospodarki rynkowej już na Kubie funkcjonuje. Dotychczasowe środki przeciwdziałania im były nieskuteczne. Zbyt mało włożono w walkę z korupcją, w ograniczanie biurokracji i karierowiczostwa. W tym leży równie istotne zagrożenie dla istnienia socjalistycznej Kuby. Nie ma wątpliwości, że gdyby nie amerykańskie embargo, sytuacja byłaby w przeszłości i obecnie zupełnie inna. Nie wolno jednak pozwolić do powstawania kolejnych zagrożeń.
Agata Rozenberg
2008-02-14 14:30:59
Wenezuelski prezydent Hugo Chavez znowu zabrał głos. Po dłuższym milczeniu w kolejnym pełnym bojowości przemówieniu zagroził odcięciem dostaw wenezuelskiej ropy do Stanów Zjednoczonych. Powód – roszczenia jednego z największych światowych koncernów naftowych Exxon. Firma ta, której majątek w delcie Orinoko został znacjonalizowany, otrzymała wprawdzie odszkodowanie od boliwariańskiego rządu, jednak jej zdaniem jest ono za niskie. Wobec faktu, że powrót do eksploatacji złóż wenezuelskich jest już raczej niemożliwy, Exxon domaga się nowych świadczeń od państwowej firmy naftowej PDVSA.
Przypadek to niepokojący, gdyż zalicza się on do pewnej ogólnej tendencji postępowania wobec Wenezueli w ostatnim czasie. Wpisuje się on bowiem w pewną coraz silniejszą tendencję ataków na Wenezuelę ze strony klas posiadających. Sabotaż rynku żywnościowego przez lokalną burżuazję, opłacane z zewnątrz protesty studenckie (też z rodzin dobrze sytuowanych) i medialna kampania nienawiści - oto wenezuelska rzeczywistość, której Chavez i PSUV muszą przeciwstawić się jak najszybciej. Bojowe przemówienia Chaveza już znamy - teraz czas na działania.
Rewolucja boliwariańska jest już bowiem w punkcie, w którym wybór jest ograniczony do dwóch opcji - zwyciężyć albo zginąć. Chavez zadał zbyt istotne ciosy kapitalizmowi, by ten mógł puścić mu to płazem. Chodzi nie tylko o nacjonalizację złóż ropy, ale także o przykład, jaki Wenezuela dała i daje ruchom masowym z całego świata. Ameryka Łacińska jest najlepszym na świecie przykładem wzajemnych oddziaływań ruchów masowych, tego, jak zwycięstwo proletariatu w jednym kraju zachęca do walki robotników z innego. Nowe, jeszcze bardziej zmasowane ataki na Wenezuelę są jedynie kwestią czasu. Sposób obrony jest jeden - sojusz z ruchem masowym i dalsza walka o socjalizm.
Tymczasem ruch boliwariański popełnia błąd za błędem. Chavez tylko mówi o zagrożeniach i zapowiada rozwiązywanie problemów. Zachwyca się zarządzaną przez pracowników fabryką Inveval - lecz odmawia jej nacjonalizacji po kontrolą pracowniczą, jak tego chce załoga. Pyta retorycznie, dlaczego rynek żywnościowy ma problemy, zamiast zawalczyć o ich rozwiązanie z lokalną burżuazją. Pozwala na rozwój nowej biurokracji, stwarzając tym samym warunki do powtórzenia się (choć może mniej krwawo) historii rewolucji i kontrrewolucji rosyjskiej. A przy tym waha się bez końca, otacza doradcami różnej proweniencji, w tym reformistami, dla których Wenezuela i tak poszła już za daleko...
Nie ma innej możliwości budowy socjalizmu niż sojusz ruchu masowego i mądrego lewicowego kierownictwa. Chavez winien o tym pamiętać, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, która pamięta historię Gwatemali, Brazylii, Argentyny, Paragwaju, wreszcie dramat Chile. Dla Wenezueli Amerykanie już szykowali los tego ostatniego. Był zamach stanu, był nowy rząd, ale w odróżnieniu od roku 1973 był też ruch masowy, który wystąpił w obronie prezydenta. I zwyciężył. Wtedy Chavez mówił o rewolucji i przeprowadzał ją. I do takiej strategii powinien wrócić jak najszybciej.
Agata Rozenberg
Zburzyć muryPrzypadek to niepokojący, gdyż zalicza się on do pewnej ogólnej tendencji postępowania wobec Wenezueli w ostatnim czasie. Wpisuje się on bowiem w pewną coraz silniejszą tendencję ataków na Wenezuelę ze strony klas posiadających. Sabotaż rynku żywnościowego przez lokalną burżuazję, opłacane z zewnątrz protesty studenckie (też z rodzin dobrze sytuowanych) i medialna kampania nienawiści - oto wenezuelska rzeczywistość, której Chavez i PSUV muszą przeciwstawić się jak najszybciej. Bojowe przemówienia Chaveza już znamy - teraz czas na działania.
Rewolucja boliwariańska jest już bowiem w punkcie, w którym wybór jest ograniczony do dwóch opcji - zwyciężyć albo zginąć. Chavez zadał zbyt istotne ciosy kapitalizmowi, by ten mógł puścić mu to płazem. Chodzi nie tylko o nacjonalizację złóż ropy, ale także o przykład, jaki Wenezuela dała i daje ruchom masowym z całego świata. Ameryka Łacińska jest najlepszym na świecie przykładem wzajemnych oddziaływań ruchów masowych, tego, jak zwycięstwo proletariatu w jednym kraju zachęca do walki robotników z innego. Nowe, jeszcze bardziej zmasowane ataki na Wenezuelę są jedynie kwestią czasu. Sposób obrony jest jeden - sojusz z ruchem masowym i dalsza walka o socjalizm.
Tymczasem ruch boliwariański popełnia błąd za błędem. Chavez tylko mówi o zagrożeniach i zapowiada rozwiązywanie problemów. Zachwyca się zarządzaną przez pracowników fabryką Inveval - lecz odmawia jej nacjonalizacji po kontrolą pracowniczą, jak tego chce załoga. Pyta retorycznie, dlaczego rynek żywnościowy ma problemy, zamiast zawalczyć o ich rozwiązanie z lokalną burżuazją. Pozwala na rozwój nowej biurokracji, stwarzając tym samym warunki do powtórzenia się (choć może mniej krwawo) historii rewolucji i kontrrewolucji rosyjskiej. A przy tym waha się bez końca, otacza doradcami różnej proweniencji, w tym reformistami, dla których Wenezuela i tak poszła już za daleko...
Nie ma innej możliwości budowy socjalizmu niż sojusz ruchu masowego i mądrego lewicowego kierownictwa. Chavez winien o tym pamiętać, zwłaszcza w Ameryce Łacińskiej, która pamięta historię Gwatemali, Brazylii, Argentyny, Paragwaju, wreszcie dramat Chile. Dla Wenezueli Amerykanie już szykowali los tego ostatniego. Był zamach stanu, był nowy rząd, ale w odróżnieniu od roku 1973 był też ruch masowy, który wystąpił w obronie prezydenta. I zwyciężył. Wtedy Chavez mówił o rewolucji i przeprowadzał ją. I do takiej strategii powinien wrócić jak najszybciej.
Agata Rozenberg
2008-02-07 15:00:20
Każdy, kto choć trochę interesuje się ruchem lewicowym w Polsce zapewne zdaje sobie sprawę, że jest on pogrążony w ogromnym kryzysie. Nie chodzi tutaj tylko o niewielkie poparcie dla faktycznie lewicowych partii, które o wejściu do parlamentu i odgrywaniu bardziej znaczącej roli w polityce mogą co najwyżej pomarzyć. Martwić powinien również bardzo niski poziom uzwiązkowienia, który wśród pracowników zatrudnionych w sektorze prywatnym jest praktycznie zerowy.
Jakie są realne przyczyny takiej sytuacji? Czyżby lewica nie była w stanie przedstawić spójnego programu politycznego? A może argumenty prawicy są silniejsze i bardziej przekonują ludzi?
Nie! Faktycznym problemem są olbrzymie podziały, które biorą się w zasadzie nie wiadomo skąd i uniemożliwiają skuteczne działanie oraz tworzenie wspólnego, antykapitalistycznego frontu. Dziwne jest to, że w Polsce lewicowców różnią nie doktryny polityczne, ale przynależność do tej czy innej organizacji.
Dopóki nie zrozumiemy, że potrzebna jest jak najszybsza likwidacja podziałów i znalezienie wspólnego frontu działania, dopóty nie wybrniemy z marazmu. Wiem, że może brzmieć to jak frazes, ale warto o tym przypomnieć właśnie teraz - w sytuacji, w której organizacje lewicowe toczą wojenki, zabijają się o działaczy i wzajemnie odżegnują od czci i wiary. Pewnego dnia bowiem może się okazać, ze liberałowie sprywatyzowali już wszystko, co się dało bez żadnego, realnego oporu.
Piotr Kuligowski
Polityków oderwanie od rzeczywistościJakie są realne przyczyny takiej sytuacji? Czyżby lewica nie była w stanie przedstawić spójnego programu politycznego? A może argumenty prawicy są silniejsze i bardziej przekonują ludzi?
Nie! Faktycznym problemem są olbrzymie podziały, które biorą się w zasadzie nie wiadomo skąd i uniemożliwiają skuteczne działanie oraz tworzenie wspólnego, antykapitalistycznego frontu. Dziwne jest to, że w Polsce lewicowców różnią nie doktryny polityczne, ale przynależność do tej czy innej organizacji.
Dopóki nie zrozumiemy, że potrzebna jest jak najszybsza likwidacja podziałów i znalezienie wspólnego frontu działania, dopóty nie wybrniemy z marazmu. Wiem, że może brzmieć to jak frazes, ale warto o tym przypomnieć właśnie teraz - w sytuacji, w której organizacje lewicowe toczą wojenki, zabijają się o działaczy i wzajemnie odżegnują od czci i wiary. Pewnego dnia bowiem może się okazać, ze liberałowie sprywatyzowali już wszystko, co się dało bez żadnego, realnego oporu.
Piotr Kuligowski
2008-02-02 19:28:58
Na portalu socjalizm.org ukazał się dziś mój krótki tekst opisujący postępującą izolację rządzących od rządzonych. Stwierdziłem, że warto przedstawić go także Wam, drodzy czytelnicy. Miłej lektury!
Polscy politycy oraz media głównego nurtu zdominowane przez neoliberalny dyskurs zdają się być coraz bardziej oderwane od rzeczywistości i problemów zwykłych ludzi. Każdego człowieka, który w wszechogarniającej paranoi zachował choć resztki zdrowego rozsądku szokować musi sytuacja, w której w momencie eskalacji pracowniczych żądań głównym tematem dyskusji dla opinii publicznej i mediów są gierki pomiędzy premierem i prezydentem. Są to widoczne przejawy postępującej izolacji rządzących od rządzonych.
Zapewne każdy pamięta niedawną katastrofę polskich lotników pod Mirosławcem. Zdarzenie to z pewnością spowodowało wielki żal w sercach rodzin, znajomych i przyjaciół ofiar wypadku. Niestety, klasa rządząca nawet tę tragedię w sposób cyniczny przekuła w polityczne narzędzie. Premier Donald Tusk niemal od razu pojechał na miejsce wypadku, zapewne starając się udowodnić, że miłość, o której mówił tak wiele podczas kampanii wyborczej, jeszcze z niego nie wyparowała. Tymczasem prezydent Lech Kaczyński po tragedii wyjechał do Chorwacji twierdząc, że o zdarzeniu nie został poinformowany. Zabawne (a może żałosne?), że kwestia niedoinformowania głowy państwa polskiego (i ustalenia winnych tegoż) rozpętała w mediach i sejmowych kuluarach burzliwą debatę na temat systemu bezpieczeństwa w naszym kraju. Przeciętni Polacy nie mają przecież żadnych bardziej palących potrzeb i problemów, nieprawdaż?
Rzecz jasna po powrocie do rodzimego kraju Lech Kaczyński, chcąc pokazać że nie jest gorszy od Donalda Tuska i że wypadek pod Mirosławcem wstrząsnął jego sercem, ogłosił trzydniową żałobę. No cóż panie prezydencie, odczuwanie smutku zależy od charakteru danego człowieka, więc może niektórych Polaków bardziej porusza śmierć dwóch kierowców tirów, którzy zmarli stojąc w przygranicznej kolejce podczas strajku celników? A może bardziej tragiczny był los strajkujących górników z kopalni „Budryk” w Ornontowicach, którzy zasłabli podczas głodówki? A może większe współczucie budzi zwolniony z pracy w hipermarkecie Auchan Piotr Krzyżaniak, którego spotkały represje za działalność związkową?
Znamienne, że na miejsce wypadku pod Mirosławcem ciągnęły tabuny parlamentarzystów, a dziwnym trafem żaden z nich nie miał odwagi wyjść do żon górników z „Budryka”, które przyjechały do Warszawy czy stawić się na sądowym procesie, na którym emeryci i renciści oskarżyli nasze państwo o wypłacanie głodowych rent i emerytur. Czyżby polscy politycy bali się spotkania oko w oko z wysuwającymi śmiałe żądania obywatelami? A może po prostu boją się przyznać, że nie mają pomysłu na reformy mające na celu poprawę sytuacji zwykłych ludzi oraz, że ich jedynym motywem do pełnienia ważnych państwowych funkcji jest chęć wzbogacenia się?
Opisana pokrótce sytuacja pokazuje wyraźnie, że neoliberałowie nie mają zamiaru zrobić dla Polski niczego dobrego. Widać tutaj również, że w naszym kraju brakuje dużej partii socjalistycznej, która potrafiłaby nie tylko wsłuchiwać się w głosy protestujących, ale także przeprowadzić skuteczne reformy, które poprawiłyby sytuację ludzi pracy i podniosły znaczenie związków zawodowych.
Piotr Kuligowski
Polscy politycy oraz media głównego nurtu zdominowane przez neoliberalny dyskurs zdają się być coraz bardziej oderwane od rzeczywistości i problemów zwykłych ludzi. Każdego człowieka, który w wszechogarniającej paranoi zachował choć resztki zdrowego rozsądku szokować musi sytuacja, w której w momencie eskalacji pracowniczych żądań głównym tematem dyskusji dla opinii publicznej i mediów są gierki pomiędzy premierem i prezydentem. Są to widoczne przejawy postępującej izolacji rządzących od rządzonych.
Zapewne każdy pamięta niedawną katastrofę polskich lotników pod Mirosławcem. Zdarzenie to z pewnością spowodowało wielki żal w sercach rodzin, znajomych i przyjaciół ofiar wypadku. Niestety, klasa rządząca nawet tę tragedię w sposób cyniczny przekuła w polityczne narzędzie. Premier Donald Tusk niemal od razu pojechał na miejsce wypadku, zapewne starając się udowodnić, że miłość, o której mówił tak wiele podczas kampanii wyborczej, jeszcze z niego nie wyparowała. Tymczasem prezydent Lech Kaczyński po tragedii wyjechał do Chorwacji twierdząc, że o zdarzeniu nie został poinformowany. Zabawne (a może żałosne?), że kwestia niedoinformowania głowy państwa polskiego (i ustalenia winnych tegoż) rozpętała w mediach i sejmowych kuluarach burzliwą debatę na temat systemu bezpieczeństwa w naszym kraju. Przeciętni Polacy nie mają przecież żadnych bardziej palących potrzeb i problemów, nieprawdaż?
Rzecz jasna po powrocie do rodzimego kraju Lech Kaczyński, chcąc pokazać że nie jest gorszy od Donalda Tuska i że wypadek pod Mirosławcem wstrząsnął jego sercem, ogłosił trzydniową żałobę. No cóż panie prezydencie, odczuwanie smutku zależy od charakteru danego człowieka, więc może niektórych Polaków bardziej porusza śmierć dwóch kierowców tirów, którzy zmarli stojąc w przygranicznej kolejce podczas strajku celników? A może bardziej tragiczny był los strajkujących górników z kopalni „Budryk” w Ornontowicach, którzy zasłabli podczas głodówki? A może większe współczucie budzi zwolniony z pracy w hipermarkecie Auchan Piotr Krzyżaniak, którego spotkały represje za działalność związkową?
Znamienne, że na miejsce wypadku pod Mirosławcem ciągnęły tabuny parlamentarzystów, a dziwnym trafem żaden z nich nie miał odwagi wyjść do żon górników z „Budryka”, które przyjechały do Warszawy czy stawić się na sądowym procesie, na którym emeryci i renciści oskarżyli nasze państwo o wypłacanie głodowych rent i emerytur. Czyżby polscy politycy bali się spotkania oko w oko z wysuwającymi śmiałe żądania obywatelami? A może po prostu boją się przyznać, że nie mają pomysłu na reformy mające na celu poprawę sytuacji zwykłych ludzi oraz, że ich jedynym motywem do pełnienia ważnych państwowych funkcji jest chęć wzbogacenia się?
Opisana pokrótce sytuacja pokazuje wyraźnie, że neoliberałowie nie mają zamiaru zrobić dla Polski niczego dobrego. Widać tutaj również, że w naszym kraju brakuje dużej partii socjalistycznej, która potrafiłaby nie tylko wsłuchiwać się w głosy protestujących, ale także przeprowadzić skuteczne reformy, które poprawiłyby sytuację ludzi pracy i podniosły znaczenie związków zawodowych.
Piotr Kuligowski



