Pacyński: Ostatni z cienia generała

[2007-04-01 18:56:20]

W maju tego roku dokona się we Francji wielka zmiana na szczycie. Co do tego nikt chyba nie powinien mieć wątpliwości. Zmiana ta nastąpi niezależnie od wyniku nadchodzących wielkimi krokami wyborów prezydenckich.

Odchodzi bowiem nie tylko ekipa rządząca, co jest jak najbardziej naturalnym procesem odbywającym się co kilka lat w państwie demokratycznym, ale pewne pokolenie. Pokolenie gaullistów, niezależnie od ich przynależności partyjnej czy przekonań. Pokolenie, które w pełni zasługuje na to miano, nawet jeżeli niektórzy jego przedstawiciele broniliby się przed taką etykietką rękoma i nogami.

Prezydent Jacques Chirac powiedział głośno to, o czym nieoficjalnie wiadomo było już od pewnego czasu: nie będzie się ubiegał o trzecią kadencję. Zgodnie z rzadkim w Europie prawem miałby taką możliwość, a gdyby został wybrany i tym razem, stałby się najdłużej zasiadającym w Elizeum prezydentem w historii. O ile jednak w samym kandydowaniu nikt przeszkodzić by mu nie mógł, o tyle sama perspektywa wyboru byłaby, delikatnie ujmując, wysoce problematyczna, gdyż tylko jeden procent badanych wyraża chęć głosowania na obecnego szefa państwa. Kariera tego prawdziwego weterana, zaangażowanego w działalność publiczną od ponad czterdziestu lat, wybieranego dwa razy na prezydenta, a przedtem dwukrotnego premiera (jedyny taki przypadek w V Republice), wieloletniego mera Paryża i przywódcy Gaullistów dobiega końca.

Spuścizna Chiraca, jak każda rzecz względnie świeża, a na dodatek kontrowersyjna, jest oceniana rozmaicie. Wielu, z dołującymi rankingami popularności na czele, nazywa go kiepskim prezydentem (bardzo notabene łagodne określenie spośród innych, które w tym miejscu padają), uznając dwanaście lat, jakie spędził na Polach Elizejskich, za zmarnowane.

Każdy popełnia błędy i każdy ma jakieś osiągnięcia. Od ich sumy, a może bardziej wagi i wpływu, zwykliśmy oceniać polityków. Istotny wpływ ma oczywiście też sposób jego postrzegania i zwykłe uczucia społeczne. Chirac nigdy nie był tak adorowany przez rodaków i nie mógł chwalić się taką popularnością, jak de Gaulle czy Mitterrand. W wyborach 2002 roku uzyskał w pierwszej turze, jak na urzędującego szefa państwa, bardzo słaby wynik, najgorszy ze wszystkich dotychczasowych francuskich prezydentów. Spodziewano się bardzo wyrównanego pojedynku w drugiej turze między nim a socjalistycznym premierem Lionelem Jospinem (często ze wskazaniem na Jospina). Chiraca uratowały wtedy być może tylko dwie rzeczy. Pierwszą była niska frekwencja wśród lewicy, która sądząc, ze jej kandydat i tak przejdzie, szykowała się do głosowania w drugiej turze, piękny majowy weekend przeznaczając na odpoczynek, co pozwoliło, i to był drugi decydujący, czynnik, wyprzedzić ich Jean-Marie Le Penowi, który miał zmierzyć się z Chirakiem (zachwyconym niewątpliwie takim obrotem sprawy) za dwa tygodnie. Oczywiście wszystkie siły polityczne, poza Frontem Narodowym, chcąc, nie chcąc, poparły Chiraca, który, dzięki wielkiej mobilizacji, w tym mądrych po fakcie weekendujących socjalistów, uzyskał 82 procent, najlepszy historycznie wynik prezydenta w drugiej turze. Jedno z haseł mobilizujących niechętnych mu wyborców brzmiało wtedy: "lepiej głosować na kanciarza, niż faszystę".

Sam Jacques Chirac jest chyba jedną z najbardziej ciekawych postaci publicznych ostatnich lat. Od dawna uważano go za zdolnego operatora machiny politycznej i bezwzględnego stratega, który dzięki temu odnosił sukcesy. Przynosiło mu to oczywiście, często niechętne, uznanie, ale nie sympatię. Dla wielu starych gaullistów pozostał zdrajcą. Jeżeli komuś Valery Giscard d’Estaing zawdzięczał prezydenturę, to właśnie Chiracowi, który stanął na czele buntu młodej prawicy w łonie sprawującego wówczas niemal monopolistyczną władzę we Francji ugrupowania gaullistów. Naturalnym kandydatem do miejsca po zmarłym prezydencie Pompidou, którego protegowanym był Chirac, był legendarny Jacques Chaban-Delmas.

Jeden z najpotężniejszych "baronów" (tam też określenie to jest w użyciu) partii, Chaban, to inna należąca już do historii, barwna postać. Brał aktywny udział w Ruchu Oporu i błyskawicznie awansował w czasie powstania paryskiego z porucznika na generała brygady. Osobiście przyjmował, jako delegat de Gaulle’a, kapitulację garnizonu niemieckiego. "Chaban" był jego pseudonimem z La Resistance, który, zgodnie z obowiązującą modą, dodał potem do nazwiska, co spowodowało falę fałszywych domysłów, jakoby był pochodzenia szlacheckiego. Także był gigantem długowieczności politycznej. Wielu polityków francuskich, wraz z mandatem deputowanego, ministra czy premiera, piastowało i piastuje nadal funkcję merów. Chaban był w tej dziedzinie fenomenem. Będąc wielokrotnym ministrem, przewodniczącym Zgromadzenia Narodowego przez cały okres rządów de Gaulle’a, a także potem, i premierem, równocześnie rządził Bordenaux przez czterdzieści (1945-1995) lat, co do dziś pozostaje niepobitym rekordem.

Miał duży wkład w powrót de Gaulle’a do władzy w 1958 i pozostawał jednym z czołowych postaci w państwie. Po jego odejściu został mianowany premierem u boku Pompidou. Miesiąc miodowy między szefem państwa a rządu trwał bardzo krótko, gdyż Chaban rychło popadł w konflikt z Elizeum na tle prowadzonej polityki. Aczkolwiek gaullistów często szufladkuje się najogólniej jako prawicę, wciąż istnieje wśród nich silne skrzydło lewicowe, do którego przyłączył się na koniec i sam generał ze swoją koncepcją partycypacji. Po jego odejściu Chaban został liderem tejże frakcji i próbował forsować postępowe reformy, co budziło opór konserwatysty Pompidou i otoczenia. Kiedy Giscard był już prezydentem, zaproponował liberalizację przepisów dotyczących przerywania ciąży, mimo jawnej opozycji premiera. Jednym z nielicznych gaullistów, którzy poparli projekt i dzięki którym przeszedł był właśnie Chaban.

Chaban i Chirac mieli kilka interesujących cech wspólnych. Obaj zawsze słynęli z "żelaznego zdrowia" (Chaban, także kiedy zajmował najwyższe stanowiska, z zapałem uprawiał sport wyczynowy, Chirac poza polityką miał inne, szerokie zainteresowania), obaj byli zręcznymi tak politykami publicznymi, jak i graczami zakulisowymi, obaj mieli piękne karty kombatanckie, obaj mieli barwną osobowość. Wreszcie obaj uchodzili za wybitnie przystojnych mężczyzn i pożeraczy serc niewieścich (o podbojach miłosnych Chabana i Chiraca krążyły i wciąż krążą legendy).

Ale polityka uczyniła z nich śmiertelnych wrogów. Kiedy zmarł Pompidou, Chaban natychmiast zgłosił swoją kandydaturę, co było widziane jako równie naturalna kolej rzeczy, co pączkowanie na wiosnę. Jednak Chirac, na czele innych zwolenników zmarłego prezydenta, wypowiedział mu jawnie posłuszeństwo, popierając Giscarda. W wyborach niedawny faworyt, Chaban, znalazł się na trzecim miejscu, odpadając tym samym z wyścigu do wrót Pałacu Elizejskiego. Giscard zaś nieznacznie pokonał w drugiej turze Mitterranda, zostając jedynym niegaullistowskim lub niesocjalistyczm prezydentem V Republiki. Spłacając niemały dług wdzięczności mianował swoim premierem młodego, bo zaledwie 41-letniego, Chiraca, który w owym czasie zdążył zostać liderem gaullistów z nienagannymi konserwatywnymi referencjami.

Po raz kolejny miesiąc miodowy na linii Elizeum – Pałac Mantignon (siedziba premiera), trwał krótko. Niezadowolony z samodzielnej linii szefa rządu Giscard rozstaje się z nim w dwa lata później.

Jeżeli komuś Giscard zawdzięcza swoją klęskę w walce o reelekcję w 1981, to również Chiracowi, który kandydował po raz pierwszy i zajął trzecie miejsce. Początek dobry, gdyż udało mu się szybko skonsolidować osłabionych gaullistów. W drugiej turze niemal otwarcie poparł Mitterranda.

Już z oczami zwróconymi na sam szczyt staje się liderem opozycji, w której skład weszli także poważnie osłabieni giscardyści, stając się na powrót ubogim krewniakiem gaullistów. Po zwycięskich dla RPR (partii Chiraca) wyborach parlamentarnych w 1986 Mitterrand nie ma wyboru i musi podzielić się władzą. Pierwszy raz w dziejach V Republiki premierem został przedstawiciel opozycji, czyli Monsieur Chirac we własnej osobie. To była pierwsza kohabitacja.

Chirac pozostaje premierem kolejne dwa lata, przygotowując się do wyborów prezydenckich w 1988. Tym razem on jest faworytem całej prawicy i jako taki dostaje się do drugiej tury z urzędującym prezydentem. Sondaże dają mu poważne szanse na utrącenie rywala. Ale tym razem ponosi bolesną porażkę. Zmuszony odejść ze stanowiska premiera pozostaje co prawda liderem partii, którą trzyma w karbach, oraz merem Paryża, który stał się jego fortecą tak, jak Bordenaux bastionem Chabana, ale uważa się powszechnie, iż jego gwiazda przybladła. Kiedy gaulliści odzyskują większość w 1993, to nie on zostaje premierem, tylko Edouard Balladur, który z kolei cieszy się opinią przyszłego prezydenta. Ale Chirac, jak każdy twardy i zdolny gracz, nie poddał się. Posłuszny aparat mianował go ponownie kandydatem w 1995. Niestety w obozie doszło do pęknięcia i Balladur wystartował tak czy inaczej, ciesząc się poparciem części wpływowych polityków, jak na przykład "młody, zdolny" minister budżetu Nicholas Sarkozy. Dzięki rozbiciu na prawym skrzydle pierwszą turę wygrał socjalista Jospin, ale Chirac zajął drugie miejsca. W drugiej turze Balladur zmuszony był powiedzieć "żegnaj" marzeniom o prezydenckim fotelu i poprzeć rywala, który wreszcie został, po dwóch nieudanych próbach, prezydentem republiki.

Ktoś kiedyś nazwał Włochy "gerontokracją", co się przyjęło o tyle łatwo, gdyż zawierało dużo prawdy. Włoscy mężowie stanu, którzy liczą zaledwie pięćdziesiąt lat, są bez żartu nazywani młodziakami. Romano Prodi czy Silvio Berlusconi mają pod siedemdziesiątkę. Nieżyjący już prezydent Sandro Pertini znalazł się w księdze rekordów Guinessa jako najstarszy urzędujący prezydent. Obecny prezydent, Giorgio Napolitano, został wybrany w wieku 81 lat, a jego poprzednik, Carlo Angelzio Ciampi, kiedy odchodził liczył sobie 86 wiosen.

Oczywiście Francuzom daleko do tego modelu, niemniej jednak jest krajem raczej starszawych prezydentów. De Gaulle został nim w wieku 68 lat, a kończył mając 78. Podobnie rzecz miała się z Mitterrandem. Giscard był wyjątkiem potwierdzającym regułę, gdyż doszedł do gabinetu w Elizeum mając zaledwie 48 lat, co się nie powtórzyło nigdy.

Chirac w tym względzie kontynuował tradycję. W dniu inauguracji miał na karku 62. W listopadzie skończył lat 74. Gdyby udało mu się wygrać kolejne 5 lat, miałby w momencie zejścia ze sceny 79.

Dla mnie i ludzi mojego pokolenia trudno sobie wyobrazić Francję bez Chiraca, tak jak wielu trudno było myśleć o niej bez de Gaulle’a czy Mitterranda. Teraz czas na zmianę. Wszyscy czołowi kandydaci mogliby być jego dziećmi. Zmiana pokoleniowa majaczy na horyzoncie, choćby tylko metrykalna.

Jak ocenić owe 12 lat Chiraca w Elizeum? Łatwo pokusić się o wymówkę, że za wcześnie na jakiekolwiek obiektywne oceny, skoro to jeszcze niemalże dzień dzisiejszy. Historia może ze swej bezpiecznej, wiecznej perspektywy gruntownie zrewidować dzisiejsze opinie. Na korzyść czy niekorzyść, to już inna sprawa.

Nie ulega wątpliwości, iż Chirac nie jest bez winy. Jego największą chyba porażką było odrzucenie przez rodaków w referendum traktatu konstytucyjnego unii. Konsekwencje tego były niewesołe, nie tylko dla samej konstytucji, której ostateczna decyzja wciąż pozostaje w zawieszeniu, ale i Francji. Od wielu lat kolejne, sukcesyjne administracje francuskie pracowały nad uczynieniem z niej naturalnego lidera w Unii i motoru ją napędzającego. Stary de Gaulle odnosił się co prawda do integracji z dużą dozą sceptycyzmu, wietrząc w niej zalążek wynarodowienia jego ukochanej Francji. Z drugiej jednak strony jego poczynania stały się nie tylko inspiracją, ale i jedną z podwalin owej integracji. Sojusz Paryż-Berlin, jako siła na rzecz integracji i współpracy w Europie, zapoczątkowany przez niego i Adenauera przetrwał do dziś, choć nie bez zmian. Także akcentowana na każdym kroku niezależność od Stanów Zjednoczonych (i innych mocarstw), co zawierało przesłanie: "Europa musi być silna jako taka i niezależna", która dziś, w epoce rządów Busha za oceanem, jest żywsza niż kiedykolwiek. Niezbędnych korekt we wciąż nacechowanej nacjonalizmem polityce generała dokonał Pompidou, zachowując wyżej wspomniane elementy, a jednocześnie kładąc nacisk na większą integrację i otwarcie. Rozkręcili to następnie Giscard i Mitterrand, zawsze cieszący się opinią polityków proeuropejskich. a kontynuować próbował Chirac. Ten sam Chirac, który ongiś sprzeciwiał się gorąco projektowi Giscarda wyłonienia eurodeputowanych w wyborach powszechnych, jako krokowi do stworzenia "Stanów Zjednoczonych Europy". Dziś zaś w pełni kontynuuje tę linię, która okazała się dobra zarówno dla Europy, jak i Francji. Stanowisko czasami zmusza do zmiany poglądów, przynajmniej oficjalnie.

Po odrzuceniu traktatu zaczęło się to psuć. Francja, jedna z matek wspólnoty, której przedstawicielem był Robert Schuman, wyraźnie przestraszyła się, stopując tym samym proces budowy wspólnej Europy i obniżając swoją pozycję jako liderki. Urzędujący prezydent, mimo dużej gamy możliwości, po prostu się tu nie sprawdził. Część odpowiedzialności spada na niego i tak już pozostanie. Miną lata zanim Europa zdoła nadrobić straconą szansę do osiągnięcia spójniejszych ram działania, oraz zanim Francja zdejmie z siebie odium odpowiedzialnej za to.

Każdy medal ma jednak dwie strony. A więc i Chirac ma na swoim koncie osiągnięcia i to poważne. Najważniejszym jest chyba jego postawa w czasie inwazji na Irak. Stał się wtedy przywódcą niezadowolonych i niejako ich twarzą. Irak, nie trzeba tego przypominać, okazał się największym fiaskiem amerykańskim od wielu lat. Straciwszy cały potencjał sympatii na świecie jaki mieli po 11 września, grzęznąc w destrukcyjnym bagnie, niszcząc do reszty stabilność w i tak zapalnym regionie, wywołując największy wybuch nastrojów antyamerykańskich w dziejach oraz tym samym pomagając terrorystom, którzy zadomowili się w Iraku dopiero po inwazji, ukazując polaryzację na własnym podwórku, Stany Zjednoczone straciły wiele, bardzo wiele i możliwe, że nigdy już nie odzyskają dawnej pozycji. A na zajmie to długie lata.

Opozycja, zwłaszcza Francuska, pokazała wyraźnie jedność europejską. Niestety nie polityczną, gdyż część krajów poparła tę opłakaną w skutkach dla wszystkich awanturę, ale społeczną na pewno. Chirac w jeszcze większym stopniu niż sam de Gaulle pokazał, że Francja i Europa mogą prowadzić politykę niezależną i że z czasem może być ona domeną całej wspólnoty. Wielka to zasługa nie tylko dla Francji, ale i przyszłości politycznej Unii. Dzięki temu, prócz zasłużonej krytyki w innych sprawach, można będzie o nim powiedzieć, jako o wybitnym mężu stanu na forum międzynarodowym.

Ale plusy nie ograniczają się tylko do tego. Winy, mimo choćby nie wiem jak najlepszych chęci, za niefortunne rozruchy w gettach nie można zrzucić na Chiraca.

Smutne, ale prawdziwe jest to, iż Francja z jej mottem "wolność, równość, braterstwo", w sprawie imigrantów poniosła wstydliwą porażkę. Getta mniejszości, zwłaszcza arabskich, są zupełnym odwróceniem udanej polityki po drugiej stronie kanału La Manche. Anglia to wspaniały przykład integracji. Absolutnie nie tygla na amerykańską modłę, tylko społeczeństwa które zachowuje swoje tradycję i historię, ale gdzie przybysze z innych krain mogą odnaleźć drugi dom, funkcjonować w społeczeństwie, odnosić sukcesy, nie roztapiając się w masie, a jednocześnie współistnieć. Na kontynencie zaś żyją stłoczeni we własnych dzielnicach – oddzieleni i nierówni. Musiało się to skończyć fermentem. Oliwy do ognia dolał oczywiście Sarkozy. Chirac zaś zrobił wszystko, co tylko mógł, aby sytuację załagodzić. I choć wciąż wiele pozostaje do zrobienia, to też była rzecz niemała.

Prezydentura Chiraca miała swoje cienie, ale miała i takie właśnie blaski. Jeżeli Europa upora się ze swoim kryzysem i stanie się sama w sobie liczącą siłą, w myśl swego motta "zjednoczeni w różnorodności" (a taki model ma przecież, wbrew gderaniom sceptyków, przyszłość), Chirac będzie pamiętany głównie przez swoje osiągnięcia, które sprawią, że będą się o nim uczyć, jako o polityku i przywódcy wybitnym, a 12 lat w Elizeum na pewno nie jako zmarnowane.

Te dwanaście lat kończy się już, a ich główny aktor stoi na międzykrze teraźniejszości i historii. Mimo docenienia spuścizny Chiraca to dobrze, gdyż zmiana jest potrzebna.

Biografie wszystkich czterech następców de Gaulle’a w Pałacu Elizejskim: Pompidou, Giscarda, Mitterranda i Chiraca, znaczą istotne podobieństwa. Chociaż rywalizowali ze sobą i reprezentowali różne skrzydła francuskiej polityki, kontynuowali pewną linię.

Ciekawym jest też to, że każdego z nich można nazwać bez cienia przesady politykiem, ale i intelektualistą. Pompidou, dawny profesor prestiżowego paryskiego liceum, był znawcą literatury, erudytą, który sporządził antologię poezji francuskiej, będącej przedmiotem jego badań niezależnie od rządzenia państwem. Giscard był nawet przez oponentów nazywany geniuszem ekonomicznym, który potrafił wygłosić swoje expose jako ministra finansów bez żadnych notatek, a w innych dziedzinach też dysponował dużą wiedzą. Mitterrand był uzdolniony literacko i pisał książki, nie tylko o tematyce czysto politycznej, a swoim oczytaniem budził zazdrość i podziw.

Chirac przez wiele lat uważany był raczej za doskonałego praktyka, niż człowieka myśli. Sam mawiał, iż lubi jedynie orkiestry wojskowe i kryminały do poduszki. Ale to była tylko maska. Jego życiową pasją były zawsze kultury prymitywne oraz Japonia. Bliższe mu osoby, w tym jego przyjaciele-specjaliści, zgodnie uważają go za jednego z największych znawców tematu. To on, jako prezydent, założył muzeum sztuki prymitywnej z całego świata w Paryżu, głosząc: "wszystkie kultury rodzą się równe" i że bez kultury prymitywnej trudno wyobrazić sobie kulturę w ogóle. W Paryżu, bądź co bądź stolicy sztuk, długo tego brakowało. To też będzie piękny ślad Chiraca.

Mało jest ludzi, którzy byliby zarówno dobrymi praktykami, jak i ludźmi umysłu. Mimo krzywdzących często opinii, Chirac jest jednym z nich.

Ale najważniejszym podobieństwem między wszystkimi prezydentami V Republiki jest ich polityczna przeszłość.

To pokolenie gaullistów. Każdy z nich znał osobiście generała i na pewnym etapie kariery współpracował z nim. Pompidou jako zaufany sekretarz (niektórzy żartem nazywali go consigliorim generała), a następnie premier. Giscard jako niepewny polityczny sojusznik oraz minister. Mitterrand był jednym z przywódców ruchu oporu, członkiem pierwszego powojennego gabinetu de Gaulle’a, a następnie najważniejszym przeciwnikiem politycznym. Chirac, aczkolwiek najmłodszy z nich, był członkiem rządu w latach 60. i odgrywał czołową rolę w mediacjach podczas fermentu maja 1968. Coraz starszy i bardziej skostniały de Gaulle był zdecydowany w pewnym momencie na stłumienie zamieszek za pomocą wojska. Chirac był jednym z tych, którzy sprzeciwili się temu i kładli nacisk na negocjacje. Ciekawe jak by było, gdyby ich nie posłuchano?

Jacques Chirac jest ostatnim z linii ludzi, znających i pracujących z założycielem V Republiki, który zajmuje najwyższy urząd w państwie. Jest ostatnim przedstawicielem tego pokolenia. Ostatnim z cienia generała.

W maju Francuzi dokonają wyboru jego następcy. Być może będzie to Sarkozy, co było by katastrofą, gdyż jest to człowiek, który wyraźnie dał się poznać podczas rozruchów ze złej strony i zalicza się do tego skrzydła, uosabiające tę politykę. Może będzie to socjalistka utrzymująca stabilną pozycję Segolene Royal, uznawana za "córkę Mitterranda". Ostatnio w sondażach wyraźnie idzie go góry kandydat giscardowskiej UDF Francois Bayrou. Rozważa się już scenariusz, w którym na skutek rozbicia głosów prawicy Sarkozy odpadnie w pierwszej turze i Bayrou zostanie z Royal. Wbrew temu, co uparcie twierdzą niektóre polskie media, szanse Sarkozy’ego wyraźnie ostatnio maleją w stosunku do obu.

Niezależnie od tego, które z nich sięgnie po prezydenturę, będą to ludzie nowej generacji. Ci, którzy dorastali już w realiach V Republiki, której współtwórcą był także Chirac. Zmiana warty w Elizeum będzie nie tylko zmianą ekipy, ale i generacji, której ostatnim przedstawicielem jest Jacques Chirac.

Krzysztof Pacyński


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

PPS dlaczego się nie udało, kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

13 grudnia:

1797 - W Düsseldorfie urodził się Heinrich Heine, poeta niemiecki, przyjaciel Karola Marksa.

1914 - Urodził się Alan Bullock, historyk brytyjski, autor znanej książki "Hitler i Stalin - żywoty równoległe". W 1977 r. opracował dla rządu laburzystowskiego raport, w którym postulował obsadzanie kierowniczych stanowisk robotnikami.

1923 - Polska uznała ZSRR.

1936 - W katowickiej kopalni "Eminencja" rozpoczął się strajk okupacyjny w obronie 220 górników zagrożonych zwolnieniem.

1968 - Zmarł Johann Koplenig, austriacki polityk, przewodniczący Komunistycznej Partii Austrii.

1973 - 47 osób zginęło, a 17 zostało rannych w wyniku wybuchu gazu w hotelu robotniczym w czeskim Tachovie.

1981 - W Polsce wprowadzono stan wojenny.

1984 - W Australii powstał drugi gabinet premiera Boba Hawke’a (ALP).

1997 - Zmarł David Rousset, francuski dziennikarz, publicysta, polityk trockistowski.


 
Lewica.pl na Facebooku