Witold Mrozek: Śląski "self-made man"

[2010-03-16 20:48:09]

Joanna Targoń w swym szkicu o polskiej komedii romantycznej zauważa, że "Polska komediowo-romantyczna składa się niemal wyłącznie z Warszawy (...) Tylko w Warszawie jest prawdziwe życie, dynamizm, miejsca pracy – nie tej byle jakiej, a efektownej i lukratywnej"[1]. Faktycznie, stolica, utrzymana w estetyce glamour, jest w naszym kinie głównego nurtu kapitalistycznym rajem, gdzie bohater naszych czasów – optymistyczny, przedsiębiorczy i "elastyczny" – osiąga upragniony sukces, na który zresztą jest skazany. Jednak mityczna topografia polskiego mainstreamu zna również kapitalistyczne piekło, które także ma swoje miejsce na mapie. Chodzi rzecz jasna o - przede wszystkim Górny - Śląsk.

Gdy tam, nad Wisłą – rosną na niwie gospodarczego cudu umiejętnie wykadrowane lasy lśniących wieżowców, pomiędzy którymi radośnie i beztrosko przechadzają się (w całorocznym pełnym słońcu) tłumy atrakcyjnych prawniczek, architektek i menadżerek oraz ich zadbanych szefów i kolegów z pracy – tu, na ziemi czarnej, pośród walących się kopalń i kominów, w dżungli blokowisk bądź zapyziałej ciasnocie familoków, smętnie majaczą sylwetki bezwzględnych dresiarzy, zdegradowanych bezrobotnych oraz zaniedbanych, spracowanych kobiet. Oba powyższe "typy idealne" to oczywiście fikcja, w pocie czoła tworzona w polskiej "fabryce snów" - sen o warszawskiej potędze jest równie nierealny, co koszmar śląskiej beznadziei.

Papierowy charakter postaci, schematyczność fabuł i powtarzalność konstrukcji społecznej przestrzeni skutecznie neutralizowała autorskie ambicje kolejnych reżyserów, biorących się za "sprawę śląską", doprowadzając w zasadzie do wykształcenia się nowego gatunku: "śląskiego dramatu obyczajowego". Treatment produkcji tego rodzaju w dramacie "Między nami dobrze jest" dowcipnie zarysowuje Dorota Masłowska: "Rzecz dzieje się w Polsce (...), lecz zdjęcia kręcone są częściowo na Litwie, częściowo w Katowicach. Bohater, Jasiek, mieszka w radioaktywnym bloku. Pewnego dnia jego pijany ojciec górnik, zataczając się na stary poniemiecki kredens z witrażykami, łamie sobie obie ręce i obie nogi. Dla rodziny Jaśka zaczynają się ciężkie czasy. Aby utrzymać umierającą na raka rodzinę, chłopak jest bezrobotny i wpada w złe środowisko. Wszędzie przemoc, ponure ugory blokowisk (...) Niestety w tym samym czasie brat Jaśka zachorowuje na białaczkę. Lecz on bierze sprawy w swoje ręce"[2]. Chciałbym tu pokrótce przyjrzeć się mitowi tego śląskiego piekła i podjąć wstępną próbę jego dekonstrukcji.

Stolica, mocno obecna w masowej wyobraźni, mimo silnej estetyzacji jej przedstawień, posiada pewien zbiór swoich filmowych ikon - realnie istniejących, jednoznacznie z nią kojarzonych obiektów. Jak zauważa Targoń, zalicza się do nich np. nowoczesny, widowiskowo oświetlony most Świętokrzyski; także kiedy na ekranie widzimy mniej "glamourowy" warszawski "koloryt", to jest on skonwencjonalizowany, charakterystyczny i oswojony – Dworzec Centralny czy Stadion Dziesięciolecia od razu sprawiają, że czujemy się jak u siebie w domu. Nawet gdy Łukasz Palkowski odkrywa dla nas "inną Warszawę" - ten zamieszkały przez niewinnych, szczęśliwych dzikusów praski "rezerwat" - to jednocześnie co jakiś czas na horyzoncie odnajdujemy axis mundi, Pałac Kultury i Nauki, ten warszawski par excellence symbol ciągłości stołecznej historii. W ten sposób dziwny świat Pragi staje nam się bliski, wiemy że parę kilometrów stąd bije serce kraju...


"Z odzysku", reż. Sławomir Fabicki



Co innego Śląsk. Jego mityczny obraz jest amorficzny, pozbawiony centrum i jakiejkolwiek mapy. Katowicki Spodek – chyba jedyny charakterystyczny dla osób spoza regionu konkretny śląski obiekt architektoniczny – zupełnie nie jest ogrywany przez reżyserów. Zresztą, nabierająca coraz większej liczby "wielkomiejskich" akcentów przestrzeń administracyjnej stolicy województwa, Katowic, nie pociąga zbytnio filmowców. Śląsk – peryferyjny w masowej wyobraźni – przedstawia się poprzez jego peryferia, nie zaś centra miast; dotyczy to nie tylko Katowic. Widz nie odnajduje tu znajomych miejsc – jak wspomniane lokacje warszawskie, czy krakowski kościół Mariacki. Miasta te są "swoje" - Śląsk natomiast jest obcy. Akcja z reguły nie rozgrywa się w konkretnej miejscowości - lecz w bezimiennej, oznaczonej jedynie etykietką "Śląsk" przestrzeni szarości i beznadziei, konstruowanej z plenerów rozmaitych miast; chyba najlepszym tego przykładem jest "Z odzysku" Fabickiego. Śląskie piekło bardziej przypomina chaos chrześcijańskiego inferna z popularnych wyobrażeń – ze stałymi elementami w rodzaju chmur siarki, kotłów ze smołą i potępieńców w łańcuchach – niż precyzyjną topografię greckiego Hadesu czy piekła Dantego. Kopalniane szyby, familoki, opustoszałe zakłady przemysłowe, szarość ulic i blokowisk – to klocki, z których każdy polski "wrażliwy społecznie" reżyser może skonstruować scenografię dla kolejnego głębokiego egzystencjalnego dramatu. Każdy, kto spędził przynajmniej kilka tygodni swego życia na Śląsku wie, jak ograniczony to wybór dekoracji.


"Co słonko widziało", reż. Michał Rosa



Piekło nie tylko nie ma sprecyzowanej topografii, ani oswojonych miejsc. Nie posiada również historii. W zbiorowej pamięci i wyobraźni odnajdziemy mnóstwo historycznych – dokumentalnych i fikcyjnych – przedstawień Warszawy. Mitologiczne narracje Kazimierza Kutza są dużo mniej znane i trudne do powiązania z dzisiejszym wizerunkiem Śląska. Miejsce to jawi się zatem jako pozbawione przeszłości – skrzętnie wypieranej przez lata antyniemieckiej powojennej propagandy włodarzy tzw. "Ziem Odzyskanych". Również jego współczesność nie jest dla twórców tak naprawdę interesująca. Śląsk jest dla nich płaską dekoracją, co starałem się wykazać powyżej. W polskim kinie "Śląsk to stan ducha". "Akcja filmu dzieje się na Śląsku, ponurym i brudnym, którego sceneria nadaje całości jeszcze bardziej przygnębiający wydźwięk, ale ukazana historia ma charakter uniwersalny i mogłaby rozgrywać się wszędzie tam, gdzie ludzie są ograniczeni brakiem perspektyw, realnych szans na poprawienie swojego losu" - tak zapowiadają swoje dzieło autorzy "Z odzysku" (2006, reż. S. Fabicki). Cytat ten dość dobitnie udowadnia postawione wyżej tezy – Śląsk jest tu jedynie "ponurą scenerią", zaś bohaterowie są w sytuacji dokładnie odwrotnej względem warszawskiego raju – tam niezmierzone możliwości, tu – brak "szans na poprawienie swojego losu". Na Śląsku nie brak wykluczonych, chociaż nie jest ich więcej niż w podkieleckich miasteczkach czy popegeerowskich wsiach. Masowo likwidowane przez neoliberalnych hunwejbinów zakłady przemysłowe dostarczyły tu wielu bezrobotnych, którym nieraz mało kto współczuł – jak w przypadku górników, którym wypominano odprawy i wcześniejsze przywileje. Największa konurbacja w Polsce i jej okolice mają zatem swoją specyfikę, nie tylko z przyczyn ekonomicznych, ale również ze względu na kulturową odmienność sporej części ludności. Nie stała się ona jednak tematem dla reżyserów. Na tle "ponurej scenerii" Śląska chcą oni rozgrywać klasyczne moralitety, pozbawione jakiegokolwiek kontaktu z "tu i teraz".

Wprost mówi o tym również Michał Rosa, zabrzanin i reżyser "Co słonko widziało", w wywiadzie z Tadeuszem Sobolewskim: "Nigdy nie myślę o swoich bohaterach poprzez społeczne determinacje"[3]. Bohaterowie "śląskich dramatów społecznych", które – jak widać – tak naprawdę niezbyt zasługują na ten ostatni przymiotnik, są odarci ze swojej współczesności, wyrwani z jakiegokolwiek szerszego kontekstu. Mają jedynie wzruszać i tym bardziej umacniać obowiązujący porządek – nie niosą w sobie żadnego potencjału refleksji, nie mówiąc o krytyce społecznego ładu.

Schemat fabuły, z którym mamy do czynienia w wypadku "śląskiego dramatu społecznego" jest dosyć prosty. Bohater/bohaterka marzy o samorealizacji, spokojnym i dostatnim życiu, do którego dąży z mniejszym lub większym powodzeniem: Aga, ze śląskiej noweli "Ody do radości", remontuje i otwiera zakład fryzjerski; Wojtek, bohater "Z odzysku", chce zapewnić dom – taki, jak w "warszawskich" filmach, z PCV i meblami z IKEA - kobiecie swojego życia i przejściowo nawet mu się to udaje; Marta z "Co słonko widziało" próbuje uzbierać pieniądze, by rozwijać swój talent wokalny w Norwegii. Niestety, zawsze pojawiają się nawarstwiające się trudności: zakład Agi demoluje demonstracja górników – w tym jej własny, nierozumiany przez nią ojciec - kolejny związkowiec-antybohater; Wojtek przekonuje się, że współpraca z gangsterami nie zawsze popłaca, zaś Marta zostaje oszukana przez pośrednika. Klęska nie jest jednak nigdy całkowita – w każdym wypadku zakończenie pozostaje otwarte. Aga wyjeżdża do Londynu, Wojtka zostawiamy płynącego wpław przez rzekę, Martę zaś - przeżywającą iluminację po katastrofie budowlanej (zawalenie się komina). Gdyby całkiem wyeliminować możliwość happy endu, filmy miałyby jednoznacznie pesymistyczną wymowę. Pozostaje więc zatem nadzieja – "może im się uda", może osiągną to, co mają bohaterowie komedii romantycznych, albo przynajmniej stworzą sobie tego namiastkę, małą enklawę dostatku pośród "brudnego i ponurego krajobrazu". Filmy te kreują zatem określony model pozytywnego bohatera – aktywnego, przedsiębiorczego i odważnego, podejmującego ryzyko walki o swój byt w kapitalistycznej rzeczywistości, choćby nawet jego działania nie miały przynieść rezultatu, a okoliczności były żałosne.

Najświeższe "okołośląskie" produkcje przyniosły jednak pewną odmianę. "Boisko bezdomnych" Kasi Adamik to opowieść o piłkarzu Jacku Mrozie. Niegdyś świetnie się zapowiadał, ale cóż – pochodził z Zabrza, co zgodnie z dotychczasową logiką "śląskiego kina" musiało skończyć się katastrofą; w tym wypadku mamy jednak do czynienia z ciekawą wariacją: "czyśćcem", w którym bohater przechodzi swą drogę przez mękę i osiąga (rzecz jasna dzięki ciężkiej pracy) sukces jako trener piłkarskiej drużyny bezdomnych, jest Warszawa - widziana przez pryzmat noclegowni dla bezdomnych i brudu na Dworcu Centralnym. Film kończy się klasycznym happy endem, o dziwo połączonym z powrotem ze stolicy na rodzinny Śląsk.


"Benek", reż. Robert Gliński



Jeszcze bardziej interesującym przypadkiem jest "Benek" Roberta Glińskiego. Film z humorem opowiada historię górnika, który odchodzi z kopalni, mając dość harówki i poniżającego go sztygara (a zarazem działacza związkowego i mafioza, co jest kolejnym wkładem w negatywny wizerunek związkowca w polskim kinie). Tytułowy bohater pochodzi z prawdziwie śląskiej rodziny z bytomskiego Bobrka, realizującej śląski etos pracy i bezwzględnie przywiązanej do "gruby"[4] oraz górniczej tradycji; ucieleśnieniem tych cech jest jego brat, Eryk, który oczywiście wyklina odstępcę. Benek bierze odprawę i – jak każe stereotyp – natychmiast ją wydaje, kupując mieszkanie, telewizor itd. Niestety, nikt nie chce przyjąć go do żadnej pracy – pracodawcy mają o górnikach zdanie podobne, co przeciętny polski widz. Jednocześnie pojawia się wątek melodramatyczny – Benek Kacik usiłuje zainteresować swoją osobą miejscową młodą właścicielkę lombardu, co trzydziestolatkowi wychowanemu w typowo śląskim matriarchacie i mieszkającemu dotąd z matką nie przychodzi łatwo. Do tego momentu Gliński pokazuje nam dowcipny i nawet stosunkowo autentyczny obyczajowy obrazek z mikroświata - zapomnianej i uzależnionej od przemysłu ciężkiego - robotniczej dzielnicy, takiej jak Bytom-Bobrek. Jednak tutaj zaczynają się "cuda".

Cud pierwszy. Benek wraz z kolegą postanawiają zająć się nielegalnym wydobyciem węgla – otworzyć tzw. biedaszyb. Już po kilku uderzeniach łopatą i kilofem znajdują czarne bryłki. Wprawdzie jest tu element suspensu - przez kilka minut nie wiemy, czy w zapamiętanym przez bohaterów miejscu odnajdą oni cel swych poszukiwań – jednak i tak rozpoczęcie wydobycia jest, w sposób zupełnie nierealny, banalnie proste. Oczywiście, "cud" ten można usprawiedliwić, nawet dwojako. Przede wszystkim, rozwiązanie takie wygodnie się inscenizuje. Poza tym, poszanowanie realiów nigdy nie było mocną stroną "śląskich" filmów – dość przypomnieć tu "Komornika" Falka, gdzie górnośląską mowę słyszymy w rozmowach robotników (wątek Horsta i orkiestry dętej) w Wałbrzychu(!) na Dolnym Śląsku. Biedaszyb dużo lepiej pasowałby zresztą do tamtejszej scenerii.

Znacznie bardziej absurdalny jest cud drugi – kluczowy dla fabuły obrazu Glińskiego. Biedaszyb przemienia się w sprawnie funkcjonujące i zatrudniające sporo ludzi "przedsiębiorstwo", pozostające w szarej strefie. A po przezwyciężeniu zagrożenia ze strony miejscowej mafii węglowej – zmienia się, zupełnie nagle i w sposób całkowicie legalny - w prywatną kopalnię! Benek Kacik z Bobrka, bezrobotny górnik około trzydziestki, bez grosza przy duszy, bez pojęcia o zarządzaniu, otwiera swój biznes – i nie jest to warzywniak, jednoosobowa firma transportowa czy punkt ksero – ale wymagająca potężnych inwestycji i kosztownych koncesji kopalnia... Być może, gdyby widz ujrzał jego trudności związane z otwarciem wyżej opisanego małego przedsiębiorstwa, odwołał by się do swojej wiedzy potocznej – przypomniałby sobie liczne perypetie, które przechodzili jego bliżsi lub dalsi znajomi czy krewni, decydujący się na własną działalność gospodarczą. Jednak Benek działa na większą skalę, co zupełnie odrealnia jego wyczyn, a zarazem przesuwa go w sferę mitu.

I nieprzypadkowo jest to usilnie propagowany mit "od zera do milionera", śląska wariacja na American Dream. Bieda to twoja wina – jeśli tylko "weźmiesz się w garść i zaczniesz ciężko pracować", możesz osiągnąć o wiele więcej, niż marzysz. Mit Forda wiecznie żywy – przecież każdy "zredukowany" kierowca autobusu może założyć swoją fabrykę samochodów. Gdyby logika ta pojawiła się w polskim kinie dwa czy trzy lata wcześniej, Aga z "Ody do radości" - zamiast tracić czas i energię na reaktywację jakiegoś zapyziałego zakładu fryzjerskiego - mogłaby otworzyć chociażby sieć hoteli, albo przynajmniej centrum spa... Bohater "śląskiego dramatu społecznego" dotąd był jedynie herosem samozaparcia, zaś jego przyszłość pozostawała otwartą kartą. Wraz z coraz silniejszym zdominowaniem polskiego dyskursu publicznego przez neoliberalizm, przeszedł jednak pewną drogę. Dziś - ponieważ realizuje zalecaną wszystkim etykę przedsiębiorczości – skazany jest na sukces. "Dobra nowina" - fikcyjny kapitalistyczny raj z warszawskiej metropolii promieniuje na całą Polskę, a odkupienie przez pracę możliwe jest nawet w jej najdalszej kolonii, w śląskim piekle.

Przypisy
[1] J. Targoń, Dlaczego tak?, "Didaskalia" 2008, nr 88, s. 93.
[2] D. Masłowska, "Między nami dobrze jest", Warszawa 2008, s. 43.
[3] "Nie lubię Kena Loacha", z Michałem Rosą rozmawia Tadeusz Sobolewski, "Gazeta Wyborcza" 2006, nr 280 (1.12), s. 18.
[4] Gruba – (śl.) kopalnia.

Witold Mrozek


Tekst ukazał się w roczniku „Cela 58”, dodatku do czasopisma "ha!art".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


5 grudnia:

1907 - W Hłuszkach urodziła się Alina Centkiewicz, pisarka, 1946-50 wiceprzewodnicząca Ligi Kobiet, członkini TPD. W 1958 jako szósta kobieta na świecie stanęła na Antarktydzie.

1915 - Powstało Polskie Stronnictwo Ludowe "Wyzwolenie", lewicowa partia chłopska.

1929 - Powołano Centrolew.

1972 - Gough Whitlam z Australijskiej Partii Pracy został premierem Australii.

2005 - W Wielkiej Brytanii wszedł w życie Civil Partnership Act i zarejestrowano pierwszy związek partnerski pary homoseksualnej.

2012 - Zmarł Oscar Niemeyer, brazylijski architekt, przedstawiciel światowej architektury modernistycznej, komunista.

2013 - Zmarł Nelson Mandela, wybitny południowoafrykański polityk, pierwszy czarnoskóry prezydent RPA, laureat pokojowej Nagrody Nobla.


?
Lewica.pl na Facebooku