Marcin Kieruzel: Zagłada, bohaterstwo, obojętność

[2012-11-14 10:47:46]

W 1987 roku prof. Jan Błoński opublikował w „Tygodniku Powszechnym” słynny esej pt. Biedni Polacy patrzą na getto, od którego zaczęła się — trwająca zresztą niemal do dziś — gorąca debata o polskiej współodpowiedzialności za zbrodnię Holocaustu. Temat ten, wzbudzając skrajne emocje, powracał w ostatnim ćwierćwieczu w rozmaitych konfiguracjach, m.in. przy okazji konfliktu wokół krzyży na oświęcimskim żwirowisku, odkrywaniu zbrodni w Jedwabnem czy ukazywania się kolejnych książek Jana Tomasza Grossa. Można śmiało zgodzić się z tezą publicysty Igora Janke[1], że był on zarzewiem jednego z ostatnich wielkich sporów w łonie polskiej inteligencji. Sporów o tożsamość, o stosunek do przeszłości i wreszcie o ocenę polskiego społeczeństwa i polskiej tradycji… Sporów, które obudziły wiele zapomnianych demonów przeszłości, odnowiły konflikty i podziały pamiętające często jeszcze II Rzeczpospolitą, ale też przyczyniły się do odnowienia pamięci o tysiącletniej obecności Żydów na polskiej ziemi. Pytanie, czy temat ten został już przepracowany w zbiorowej pamięci, pozostaje oczywiście cały czas pytaniem otwartym… Zapewne nigdy się takim do końca nie stanie — potworności popełnione na narodzie żydowskim przez hitlerowców nigdy nie powinny zostać zapomniane, podobnie jak nie da się nigdy wytłumaczyć milczenia świata w ich obliczu.

Być może dzisiaj jesteśmy jednak w stanie mówić o Holocauście bardziej otwarcie i spokojniej, niż to miało miejsce 25 lat temu, gdy — jak pisał Błoński — paraliżował nas „Lęk, aby nie zostać policzonym między pomocników śmierci. Tak on okropny, że czynimy wszystko, aby go oddalić, aby nie dopuścić nawet do jego wyjawienia. Czytamy czy słuchamy rozważań o żydowsko-polskiej przeszłości i kiedy tylko dojdzie do nas zdarzenie, fakt, który nie najlepiej o nas świadczy, gorączkowo staramy się go pomniejszyć, wytłumaczyć, zbagatelizować. Nie jest nawet tak, abyśmy go chcieli ukryć czy zaprzeczyć, że miał miejsce. Czujemy przecież, że nie wszystko było w porządku. Jakże zresztą mogłoby być w porządku? Współżycie społeczności — jak współżycie jednostek — nigdy nie jest bez skazy. Cóż dopiero takie burzliwe, nieszczęśliwe współżycie. Nie umiemy jednak rozmawiać o nim spokojnie. Dlatego że — świadomie czy nieświadomie — boimy się oskarżenia”.

Paradoksalnie więc dla naszej zbiorowej pamięci nawet te często niesprawiedliwe i nieliczące się z kontekstem sterroryzowanego i zdemoralizowanego pod okupacją hitlerowską społeczeństwa (vide książki Grossa) oskarżycielskie głosy w debacie publicznej przyczyniły się do uspokojenia polskiego sumienia. Przerwały milczenie i pozwoliły skonfrontować się z trudną przeszłością, a także wypracować własny, dojrzalszy stosunek do niej.

Przywołuję tutaj kontekst polskiej debaty o „współwinie za Holocaust” nie bez kozery. Wydane właśnie przez PWN polskie tłumaczenie książki izraelskiego historyka Toma Segeva porusza bowiem temat „syjonistycznej współwiny za Zagładę”, o którym, mówiło się do tej pory w Polsce mało, a nawet nie wypadało poruszać go w ogóle. Współwiny rozumianej oczywiście w specyficzny sposób, jak to zasugerował prof. Błoński: „współ-udział i współ-wina to nie jest to samo. Można być współ-winnym, nie biorąc udziału w zbrodni. Najpierw przez zaniechanie czy przeciwdziałanie niedostateczne”. Właśnie przytaczane przez Segeva fakty świadczące o zaniechaniach, milczeniu i obojętności w obliczu Holocaustu, zarówno kierownictwa mandatowej Agencji Żydowskiej, jak i całego społeczeństwa „pionierów”, stały się w Izraelu zarzewiem gorącej debaty publicznej po wydaniu w 1991 roku Siódmego miliona.

Ta doskonała książka z całą pewnością nie jest jednak antyizraelska. Tom Segev, podobnie jak swego czasu Jan Błoński, sięga do bolesnych i schowanych za zasłoną milczenia fragmentów historii własnego kraju w celach — o ile można się tak wyrazić — terapeutycznych. Książki Segeva są nie tylko niezwykle rzetelną i pogłębioną literaturą historyczną, ale czymś daleko więcej… Autor sam przyznaje, że jego ambicją jest pisanie „zbiorowej biografii narodu” i w tym sensie Siódmy milion jest rzeczywiście dziełem, które z psychologiczną wnikliwością pokazuje nie tylko dzieje współczesnego Izraela, państwa, które powstało w cieniu Holocaustu, ale również stan ducha jego dzisiejszych żydowskich mieszkańców. Nie sposób bowiem zrozumieć współczesnego Izraela z jego militaryzmem, nieufnością i niechęcią do obcych, bez uświadomienia sobie znaczenia traumy po Zagładzie, cały czas obecnej w zbiorowej pamięci narodu i w jego politycznych dyskursach. Czy tego bowiem chcemy, czy nie, zarówno w Polsce, jak i w Izraelu temat ten stał się orężem politycznych walk, polaryzował elity i społeczeństwa. Jak pisze we wstępie do swojej książki Segev: „Najbardziej brzemienne w skutki decyzje w historii Izraela, poza samym powstaniem państwa […] podejmowano w cieniu Zagłady. Byli tacy, którzy zniekształcali dziedzictwo Zagłady, czyniąc zeń dziwaczny kult pamięci, śmierci i kiczu. Inni je wykorzystywali, igrali z nim, zarabiali na nim, popularyzowali i upolityczniali. W miarę jak Zagłada przechodzi do coraz odleglejszej historii, wnioski z niej płynące stają się argumentami w zaciekłej walce o kształt współczesnej polityki, ideologii i moralności”. Niewątpliwą zasługą Siódmego miliona jest to, iż Segev potrafi wziąć w nim politykę w nawias, potraktować ją bez emocji, sięgając raczej do genezy zjawisk, niż ferując oceny i wyroki. W tym sensie jego uprawianie historii można chyba nazwać — parafrazując Maxa Webera — historią rozumiejącą. A przynajmniej starającą się zrozumieć…

Podstawowe pytania, na które autor stara się znaleźć odpowiedzi na kartach książki, to po pierwsze pytania o milczenie syjonistycznego establishmentu wobec Zagłady, trwające od dojścia faszystów do władzy w 1933 roku niemal aż do 1962 roku, czyli do słynnego jerozolimskiego procesu Adolfa Eichmanna. A potem o gorączkowe wykorzystywanie tego tematu w politycznych grach, zarówno wewnętrznych, jak i na arenie międzynarodowej. Ich apogeum przypada na okres rządów pierwszego „Ocalałego” premiera Izraela Menachem Begina (1977–1983), który wrogom Izraela niemal mechanicznie przypinał łatkę faszystów, a Jasera Arafata nazywał wręcz „nowym Hitlerem”. Wytłumaczenie tych zagadnień kryje się oczywiście w ideologii syjonistycznego projektu odnowienia Izraela. Syjonizm ufundowany był bowiem na dość radykalnym zanegowaniu żydowskiego życia w diasporze: Jiszuw, czyli kierownictwo Agencji Żydowskiej na rzecz Palestyny, wywodzące się w większości z socjalistycznej partii Mapai, dążyło bowiem nie tyle do mechanicznego „przeniesienia żydowskiego życia w Europie” do Erec Israel, co do stworzenia nowego narodu i nowego człowieka, w nawiązaniu do chwały starożytnego Izraela. Ideologia „pionierów”, czyli Sabrów (sabra to po hebrajsku opuncja, krzew zarastający pustynię koloniami) zakładała, że nowy Izraelita porzuci „umysłowość wygnańca” i stanie się na powrót zdobywcą pustyni. Sabrowie byli więc przede wszystkim rolnikami i żołnierzami pogardzającymi „sklepikarskim” życiem swoich przodków w diasporze. Stąd też zapewne wywodziło się selektywne podejście Jiszuwu do alijii (żydowskiej imigracji do Erec Israel).

Swoją książkę Segev rozpoczyna od opisu ucieczki około 60 tys. niemieckich Żydów do Izraela w 1933 roku na mocy układu zawartego pomiędzy nazistami a syjonistycznym kierownictwem Agencji Żydowskiej. Już wtedy Jiszuw wydawał się przerażony perspektywą przyjęcia do kraju żydowskich mas — wybierając z nich przede wszystkim ludzi młodych, którzy dysponowali kapitałem przesiedleńczym, a także, co istotne, sami byli zwolennikami syjonizmu. Tylko bowiem tacy ludzie rokowali jako potencjalni Sabrowie. Autor Siódmego miliona sugeruje, że zarówno kierownictwo Mapai, jak i całe społeczeństwo Izraela było zbyt pochłonięte — w skrajnie zresztą trudnej sytuacji politycznej — budową zrębów przyszłego państwa, by rzeczywiście ponieść odpowiedzialność moralną za los żydowskiego narodu w diasporze. Segev obszernie pisze o „oddźwięku”, jaki świadectwa o Zagładzie wywoływały wśród syjonistycznych polityków i w izraelskiej prasie, a raczej o ich zdawkowości. Prawdziwą panikę wywołały dopiero sukcesy niemieckiej armii gen. Rommela w Afryce Północnej z przełomu 1941/1942 roku, bezpośrednio zagrażającej żydowskiej społeczności w Palestynie. Dopiero na ich tle „dotarły do Palestyny pierwsze wiadomości o eksterminacji Żydów. Wieści nie płynęły falą, tylko kapały powoli i początkowo nie poruszały tych, którzy je słyszeli”. W izraelskim społeczeństwie pojawiały się wręcz opinie świadczące, iż Żydzi w Europie sami są sobie winni — pomimo intensywnej propagandy syjonistycznej nie skorzystali bowiem na czas z zaproszenia do osiedlenia się w Erec Israel, uparcie trwając przy „mentalności wygnańców”. „Problemem Żydów na wygnaniu jest to, że wolą życie zbitego psa od śmierci z honorem” — mówił w 1942 roku na posiedzeniu Jiszuwu Icchak Grünbaum. Paradoksalnie jednak — jak gorzko przyznaje autor Siódmego miliona — dumni izraelscy Sabrowie okazali się wobec Zagłady równie bezradni, jak ich cierpiący w Europie rodacy; ten obraz jedynie symbolicznie próbowały zmienić podejmowane pod koniec wojny próby militarnej pomocy, np. zrzucenie około 30 izraelskich „cichociemnych” na okupowane przez nazistów tereny Jugosławii, Węgier i Rumunii w marcu 1944 roku.

Opisywane przez Segeva bolesne dla syjonistów fakty oczywiście nie miały za zadanie deprecjonowania projektu odnowienia Izraela. Jiszuw w czasie drugiej wojny światowej wychodził z założenia, iż syjonizm jest jedyną możliwością zorganizowania godnego życia dla Żydów w przyszłości. Hasło „najpierw syjonizm” wyrażało w gruncie rzeczy pozytywną ideologię. Odpowiedź na pytanie, czy Jiszuw mógł zrobić w czasie wojny więcej dla swoich rodaków w diasporze, wcale nie jest łatwa i jednoznaczna, szczególnie wziąwszy pod uwagę skrajnie trudne warunki polityczne rodzącego się państwa. Sama książka Segeva nie skupia się wszak na oskarżeniach, ale pokazuje proces długotrwałego i niezwykle trudnego procesu „uświadamiania” sobie przez społeczeństwo izraelskie Zagłady i jej dziedzictwa. Procesu, który stał się jednym z najważniejszych — o ile nie najważniejszym — etapem kształtowania się nowoczesnego Izraela. W potocznej świadomości Polaków istnieje przekonanie, iż „Żydzi zawsze trzymają się razem”, stanowiąc niezwykle jednorodną grupę etniczną, co oczywiście nie jest prawdą, kiedy wziąć pod uwagę zróżnicowanie etniczne, kulturowe i polityczne żydowskiego państwa. W pewnym sensie jednak niezwykłym osiągnięciem współczesnego Izraela jest fakt, iż wszystkie te głębokie podziały udało się scalić w obrębie politycznego tworu. Najtrudniejszym z całą pewnością etapem owego scalania była integracja Ocalałych z Zagłady i uświadomienie sobie dziedzictwa ich traumatycznych doświadczeń.

Pierwsze lata istnienia państwa Izrael były czasem prawie absolutnego milczenia na temat Holocaustu; co więcej, przybywający do Izraela europejscy Żydzi wydawali się początkowo stanowić w nim element obcy. Nie pasowali do społeczeństwa Sabrów, czuli wstręt do wspólnotowego życia w kibucach, szukali raczej samotności, męczeni bolesnymi wspomnieniami, o których nie wypadało mówić w dumnym pionierskim społeczeństwie. Uchodzili za tych, którzy poza nielicznymi wyjątkami „woleli życie zbitych psów od śmierci z honorem”, obarczeni poczuciem winy za to, iż to właśnie im udało się przeżyć. Bywali też potocznie nazywani przez swoich współobywateli „mydłem”.

Przełom w pojmowaniu dziedzictwa Zagłady w izraelskim społeczeństwie rozpoczął się w połowie lat 50. od tzw. sprawy Kestnera. Rodolf Kestner, syjonistyczny przywódca węgierskiej diaspory w Budapeszcie, został — niesprawiedliwie zresztą — oskarżony przez Ocalałych o kolaborację z faszystami podczas wojny. W zamian za pieniądze udało mu się wywieźć w ostatnich miesiącach wojny w tzw. „pociągu VIP— ów” część swojej rodziny oraz żydowskiego establishmentu z okupowanych Węgier. Mętne oskarżenie opierało się na twierdzeniu, iż za cenę własnego życia i życia bliskich Kestner zgodził się na wywózkę reszty budapesztańskiej diaspory do Auschwitz. Zgoda była oczywiście domniemana — chodziło raczej o to, że mając świadomość nieuchronnego przeznaczenia swoich rodaków, nie ostrzegł ich i nie podburzał do oporu. Szczególnego wydźwięku sprawie dodawał fakt, iż Rudolf Kestner należał w owym czasie do ścisłego kierownictwa rządzącej Mapai. Sąd pierwszej instancji orzekł o jego winie, w uzasadnieniu wyroku twierdząc, iż oskarżony „zaprzedał duszę diabłu”. Kestner został co prawda uniewinniony od najcięższych zarzutów przez Sąd Najwyższy, ale krótko potem padł ofiarą zamachu — zastrzelony w 1957 roku przez członków skrajnie prawicowej organizacji Szin Bet. Było to pierwsze w nowoczesnym Izraelu zabójstwo polityczne, które w dość makabryczny sposób przypomniało społeczeństwu Izraela o ciążącej w pamięci zbiorowej traumie Holocaustu. Traumie, która odżyła na dobre pięć lat później podczas słynnego procesu Adolfa Eichmanna. Proces schwytanego w Argentynie nazistowskiego zbrodniarza stał się w Izraelu swego rodzaju sądem nad Shoah. Powołani przez oskarżycieli — państwo Izraelskie — świadkowie w transmitowanych przez publiczną telewizję obradach w brutalny sposób przypomnieli Izraelczykom makabryczny obraz Zagłady, ze wszystkimi perwersyjnymi szczegółami, które stały się od tej pory wspólnym dziedzictwem i wspólną traumą całego narodu.

Skazanie Eichmanna na śmierć było wszak tylko jednym z mniej istotnych skutków procesu. Dużo ważniejsze okazały się konsekwencje społeczne i polityczne tego wydarzenia. Segev opisuje ze szczegółami, jak po procesie Eichmanna temat Zagłady zaczął odgrywać coraz istotniejszą rolę w izraelskiej opinii publicznej, stając się niejednokrotnie uzasadnieniem dla politycznych decyzji, nie mówiąc już o jego wpływie na kulturę i stan społeczeństwa. Izraelska polityka zaczęła dryfować na prawo, a doświadczenia Ocalałych stały się składnikiem świadomości całego narodu. I to świadomości, która miała swoje jasne i ciemne strony… Autor Siódmego miliona przytaczał ostatnio w wywiadzie na antenie Radiowej Trójki dane socjologiczne świadczące o tym, że zdecydowana większość dzisiejszej izraelskiej młodzieży czuje się w głęboki sposób ofiarami Shoah — takie opinie formułują nie tylko potomkowie Ocalałych, ale również nastolatki, których rodzicie urodzili się w Afryce Północnej, a oni sami nigdy nie byli w Europie. Świadomość zbrodni dokonanej na narodzie żydowskim w czasie drugiej wojny światowej i powszechnej bezradności wobec niej powoduje — według Segeva — poczucie specyficznego zagrożenia i konieczności obrony, charakterystyczne dla umysłowości współczesnych Izraelczyków, tak jakby historia mogła się w każdej chwili powtórzyć… Obok humanistycznego przesłania dziedzictwa Holocaustu ostrzegającego przed potwornościami, jakie może wyrządzić ideologia odmawiająca „innym” człowieczeństwa, bez znaczenia, jaką narodowość reprezentują, istnieje bowiem w Izraelu również skrajnie nacjonalistyczna interpretacja Shoah, symbolizowana przez tzw. kahanizm (od skrajnie prawicowego izraelskiego polityka Meira Kahaniego), podsycająca grozę przed wrogami Izraela, których koniecznie trzeba pokonać, by nie powtórzyła się Zagłada.

Powracając jeszcze na chwilę do debaty na temat „polskiej współodpowiedzialności za Holocaust”, po przeczytaniu książki Segeva trudno oprzeć się wrażeniu, jak w jej obliczu, zacietrzewieni w lokalnych sporach, słabo zdawaliśmy sobie sprawę z żydowskiego podejścia do tematu Zagłady. Jak często mylnie odbieraliśmy emocjonalne reakcje ze strony Żydów na nasze prowincjonalne spory. W tym sensie Siódmy milion to dzieło, które stawia w naszą debatę w nieco innym świetle… Pozostaje mieć nadzieję, że będzie ona przebiegała raczej jako refleksja nad humanistycznym dziedzictwem zbrodni Holocaustu niż jako nacjonalistyczne uwikłanie w oskarżenia i próby wyparcia poczucia winy za wspomniane przez Błońskiego „zaniechania i przeciwdziałania niedostateczne”. Kontekst książki Segeva pozwala nam również dużo lepiej zrozumieć istotę znaczenia dzieła upamiętniania żydowskiej społeczności przedwojennej Łodzi, zbrodni popełnionych w Litzmannstadt Ghetto i rangi dialogu z Ocalałymi. Ludzie, którym udało się przeżyć łódzkie getto, często po wojnie bowiem przeżywali jeszcze przez długie lata cierpienia wynikające z przeżytej traumy oraz obojętności i milczenia swoich współbraci. Dla tych ludzi możliwość powrotu do miasta swojego dzieciństwa i młodości stanowiła często swego rodzaju rehabilitację przeszłości. W skrajnie upolitycznionej dyskusji o Zagładzie łatwo było zapomnieć, że stoją za nią cały czas autentyczne ludzkie dramaty, że to przede wszystkim Ocalali powinni o niej świadczyć.

Tom Segev, Siódmy milion, Izrael — piętno Zagłady, przeł. Barbara Gadomska, PWN, Warszawa 2012.

[1] Plus-Minus, 9-10 czerwca 2012 r.

Marcin Kieruzel



Recenzja ukazała się pierwotnie w serwisie Literatki.com

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Debata o biedzie
Wrocław, Przejście Garncarskei 2
27 lutego (czwartek), godz. 17.30
Spotkanie promocyjne książki "Modzelewski: Buntownik"
Warszawa, Kawiarnia-Księgarnia Radio Telewizja ul. gen. Andersa 29
3 marca (wtorek), godz. 18.00
Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

28 lutego:

1925 - Urodził się Józef Kaleta, ekonomista, polityk, poseł na Sejm I, II i III kadencji.

1947 - Incydent 28 lutego: w Tajpej na Tajwanie żołnierze otworzyli ogień do tłumu demonstrantów domagających się demokratyzacji życia publicznego.

1986 - W zamachu zginął Olof Palme, przewodniczący Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej, premier Szwecji.


 
Lewica.pl na Facebooku