Ludmiła Janion: "Wypiękniały, bo zdziecinniały"

[2015-03-21 21:25:26]

Naukowy seksizm w "Polityce"

Dyskurs naukowy nieraz wykorzystywany jest do utrwalania seksistowskich stereotypów oraz płciowych nierówności. Sytuacja taka miała ostatnio miejsce w tygodniku „Polityka” (7/2015), w którym w dziale „Nauka” ukazał się artykuł Marcina Ryszkiewicza pod tytułem „Wypiękniały, bo zdziecinniały”. Artykuł sprawozdaje wybrane ustalenia psychologii ewolucyjnej, z których wynikać ma, że dbanie o urodę i młody wygląd jest dla kobiet ewolucyjną koniecznością. Na dodatek redakcja „Polityki”, tygodnika uchodzącego za lewicujący i z ambicjami, nieświadomie uwydatnia polityczny wymiar artykułu, ilustrując go zdjęciem przedstawiającym uliczne molestowanie seksualne kobiety, które w kontekście artykułu jest usprawiedliwiane jako nieodłączny element męskiej natury. Za pomocą pozornej obiektywności dyskursu naukowego na łamach „Polityki” broni się kultu urody i młodości, podległości kobiet oraz seksualnej agresji mężczyzn.

Autor artykułu Marcin Ryszkiewicz, geolog i popularyzator nauki, zastanawia się w nim nad związkiem płci, seksualności i urody, a swój problem badawczy ujmuje następująco: „Panie to płeć piękna, a mężczyźni brzydsza. Tymczasem, zgodnie z logiką ewolucji, powinno być na odwrót. U innych gatunków to panowie są urodziwi. Jak rozwiązać tę zagadkę?” Artykuł rozwija to pytanie. Autor zwraca uwagę, że wśród zwierząt uroda – rozumiana jako drugorzędne cechy płciowe, mające zwiększać szanse na reprodukcje – dotyczy samców. Jako przykład podaje ubarwienie ptaków (kura, paw, kaczka krzyżówka, kanarek) oraz poroże u jeleni. Powołując się na hipotezy biologów, autor ustala, że samice wybierają piękniejszego samca, to znaczy samca wyróżniającego się efektownymi drugorzędowymi cechami płciowymi, ponieważ jego tak pojmowana „uroda” świadczy o dobrych genach danego osobnika, które są wartością dla przyszłego potomstwa. Uroda nie ma w przyrodzie praktycznych zastosowań, a nawet może utrudniać przetrwanie. Stąd urodziwy samiec ponosi ryzyko, a mimo to żyje – co jest znakiem dla samicy, że jest to egzemplarz udany, wart reprodukcyjnej inwestycji. Autor określa ten mechanizm „logiką ewolucji”, bowiem logiczne jest dla niego, że samica, która zwykle musi więcej zainwestować w reprodukcję, jest tą stroną, która dokonuje wyboru samca. Zatem typowo to samce starają się udowodnić swoją zdatność, a samice są bardziej „nieśmiałe” i „wstydliwe” (określenia Ryszkiewicza), bowiem tylko decydują czy dany samiec spełnia ich wymogi.

Tymczasem u ludzi to kobiety są piękne, i to pomimo tego, że tak jak u innych gatunków to samce zabiegają o względy samic. Skąd ta różnica? Ryszkiewicz proponuje następujące wyjaśnienie. Dobór naturalny premiował inteligencję u ludzi, ta jednak wiązała się z większymi głowami u noworodków. W rezultacie, dzieci rodziły się coraz wcześniej i wymagały coraz dłuższej opieki przed osiągnięciem samodzielności. Wiązało się to z większym obciążeniem samic, które zaczęły potrzebować ojców do opieki nad potomstwem. Utrwalił się zatem mechanizm zatrzymywania przy sobie samca – czyli wymuszenia monogamii. Opiera się on na stałej gotowości na seks samic, ukrytej owulacji oraz właśnie na urodzie. Ponieważ opiekuńczość w stosunku do kobiet i dzieci okazała się preferowaną męską cechą, wzorzec piękna, który ewolucyjnie się utrwalił, polegał na dziecinnym wyglądzie kobiet. Stąd za kobiece piękno uchodzą brak owłosienia, wysoki głos, duże oczy i mały nos. Podsumowując, kobiety są piękniejsze, bo muszą starać się o zatrzymanie przy sobie samca. Ze względu na tę zależność, samice człowieka stały się pedomorficzne – czyli zachowały dziecinne cechy w dorosłym życiu, bo te akurat cechy niosły im życiowe korzyści.
Tyle Ryszkiewicz. Zanim jednak przejdę do dyskusji z wyżej przedstawionym stanowiskiem, czuję się w obowiązku przeformułować część ustaleń autora, tak by były one akceptowalne i warte merytorycznej dyskusji. Oczywiście, użycie słowa „uroda” w artykule oraz metafor o pięknej i brzydkiej płci jest kłopotliwe. Autor wydaje się zakładać milcząco, że pstrokate ptaki są jakoś obiektywnie ładniejsze niż szare ptaki, a kobiety (wszystkie?) są jakoś naturalnie ładniejsze od mężczyzn. Co właściwie miałoby to oznaczać? W sukurs tym wątpliwościom idą ustalenia psychologów ewolucyjnych, którzy utrzymują, że piękno ludzi i zwierząt nie jest kwestią gustu ani kultury, ale obiektywną cechą, zapisaną w mózgach na drodze ewolucji i służącą celom doboru naturalnego. W tej optyce uroda ulega redukcji do perspektyw prokreacyjnych. I tak socjologowie ewolucyjni tłumaczą, że związana z kobiecym pięknem młodość wynika z większej „wartości rozrodczej” młodej kobiety – młoda kobieta ma przed sobą więcej dzieci do urodzenia, co stanowi jej nieodpartą zaletę, którą kultura przerabia na kult młodości. Podobnie, psychologowie ewolucyjni wykazują, że bez względu na czas i kulturę, za atrakcyjne uchodzą kobiety o stałej proporcji obwodu bioder do talii, który to współczynnik świadczy o wysokiej wartości rozrodczej. Twierdzenie z artykułu powinno zatem przyjąć następującą formę: u człowieka wygląd zewnętrzny świadczy o atrakcyjności seksualnej i wartości reprodukcyjnej przede wszystkim kobiet, natomiast u innych gatunków zależność ta dotyczy samców.

Przyjrzyjmy się umocowaniu w biologii tak zarysowanej tezy. Myra J. Hird wskazuje, że rozłączny i zupełny podział na dwie płci w przyrodzie nie występuje – jest skutkiem narzucania na przyrodę kulturowych norm. Rośliny są w większości obupłciowe, a u grzybów, bakterii i wirusów płeć jest w ogóle trudna do zdefiniowania. U wielu gatunków zwierząt występują osobniki obupłciowe, bądź normą jest zmienianie płci w zależności od okoliczności. Są też takie gatunki, w których płeć działa zupełnie inaczej niż u ludzi, na przykład w ciele samicy wąsonoga żyją setki miniaturowych samców. Badania nad interseksualnością wskazują, że binarny podział na płeć biologiczną jest problematyczny także u ludzi. Badając zróżnicowanie ludzkich ciał, Anne Fausto-Sterling zasugerowała system pięciu płci biologicznych. W odpowiedzi na tę propozycje badacze płciowego zróżnicowania wykazali, że ze względu na wieloaspektowość płci i taki system jest nie do utrzymania. Zdaniem Hird, płci biologicznej z jednej strony nie ma w ogóle – ponieważ zróżnicowanie płciowe u ludzi jest relatywnie małe, jednostki są do siebie przede wszystkim podobne, różnice są kulturowo wyolbrzymione, a z drugiej płci mogą być tysiące, jeśli uwzględni się zróżnicowanie ludzkich ciał oraz organizmów, z którymi ludzie żyją w nieustannej symbiozie. Ryszkiewicz zakłada jednak binaryzm płci biologicznej u ludzi i nie-ludzkich zwierząt. Jest to pewne uproszczenie, które zbliżyć ma ustalenia naukowców do wiedzy potocznej czytelnika – czyli potwierdzić stereotypy. Autor artykułu wybrał akurat te przykłady ze świata przyrodniczego, które potwierdzają daną tezę, ignorując resztę. Ewidentnie, wybrane przykłady nie są najbliższe ewolucyjnie, skoro autor wiele razy powołuje się na różne gatunki ptaków, a nie wspomina na przykład o hienach.

Kolejnym milczącym założeniem artykułu oraz popularnych odmian psychologii ewolucyjnej jest założenie reprodukcyjnej heteroseksualności. Chociaż zachowania homo- i biseksualne, masturbacja oraz próby kontroli urodzeń występują powszechnie w przyrodzie, badacze typowo je ignorują, albo interpretują jako pomyłki, naśladowanie heteroseksualnej kopulacji lub jej substytut, bądź ćwiczenia w heteroseksualności. W ślad za tym idzie omawiany artykuł, w którym milcząco zakłada się heteroseksualność oraz nakierunkowanie na reprodukcję u ludzi oraz u nieludzkich zwierząt. Jest to zgodne z optyką psychologii ewolucyjnej, według której „najgłębszą motywacją ludzkich działań” jest korzystna reprodukcja genów, do której sprowadza się m.in. dbanie o urodę u kobiet oraz o prestiż u mężczyzn. W rezultacie zachowania wielu ludzi, takie jak celibat, zamierzona bezdzietność lub stosunki wyłącznie homoseksualne są nielogiczne, niepoprawne, albo po prostu głupie i niewarte uwagi. Uparte łączenie stosunku seksualnego z reprodukcją świadczy o konserwatywnym wymiarze socjobiologii, która w praktyce zajmuje się szukaniem biologicznych wytłumaczeń dla konserwatywnych praktyk kulturowych.

Przejdźmy do części artykułu, w której Ryszkiewicz opisuje przyczyny różnicy między zwierzętami a ludźmi. Wnioski Ryszkiewicza wpisują się w problematyczny dla feminizmu nurt socjobiologii, w którym biologiczne przykłady służą do legitymizowania płciowych stereotypów i konserwatywnej wizji rodziny. Przekonuje on, że naturalna dla ludzi jest zależność samic od samców, oraz że monogamia sprzyja interesom samic i ogranicza naturalną rozwiązłość samców. W tej optyce wysokie wymagania estetyczne wobec kobiet nie są rezultatem patriarchalnej opresji, ale ewolucyjną koniecznością uzasadnioną niezbędnością samca – ojca.

Twierdzenie jakoby kobiety społeczeństw pierwotnych miały być bytowo uzależnione od mężczyzn poddawane jest krytyce przez feministycznie zorientowane ewolucjonistki. Elaine Morgan utrzymuje, że było na odwrót – ponieważ wczesne polowania udawały się rzadko, to zbieracze, prawdopodobnie głównie kobiety, dostarczali do 80 proc. pożywienia wspólnoty. Natomiast Sarah Blaffer Hrdy uważa, że pierwotne wspólnoty organizowały zbiorową opiekę nad dziećmi, która umożliwiała kobietom samodzielność, a dzieciom lepszy rozwój. Oczywiście, teorie te są hipotezami, które tylko w małym stopniu poddają się naukowemu sprawdzeniu – tak jak i proponowana przez Ryszkiewicza hipoteza o rodzinie nuklearnej pierwszych ludzi, w której kobieta jest wielką przegraną odwiecznego konfliktu płci, zostaje uzależniona od jedzenia przyniesionego przez mężczyznę i zajmuje się prowadzeniem domu w jaskini.

W przeciwieństwie do psychologów ewolucyjnych, których poglądy referuje Ryszkiewicz, feministki utrzymują, że kulturowa istotność kobiecej urody nie jest ani kwestią ponadczasową, ani uniwersalną, ani wynikiem ewolucyjnej konieczności. Przeciwnie, zdaniem Naomi Wolf, istotność urody to wynik antyfeministycznego backlashu, wzmożonego po sukcesie feminizmu drugiej fali po to, by zablokować wyzwolenie kobiet. Wolf pokazuje, że dyktat piękna jest nowym wynalazkiem. Po pierwsze, w czasach przedindustrialnych piękno miało znaczenie tylko dla wąskiego grona arystokratek i prostytutek, a w przypadku pozostałych kobiet o ich zaletach stanowiły cechy takie jak zdrowie, siła fizyczna, pracowitość i zaradność. Po drugie, przed dwudziestym wiekiem ideał piękna nie był jasno zdefiniowany – dopiero rozwój technologii pozwolił na nieskończone powielanie wyidealizowanych wizerunków, które miały go stanowić. Po trzecie, w dyktowaniu ideału piękna znaczny udział ma współczesny kapitalizm, ponieważ mit urody wspiera przemysł dietetyczny, kosmetyczny czy sportowy. Koniec końców, „mit urody”, czyli wiara w obiektywny kanon biologicznego piękna, o który kobiety muszą zabiegać, by czuć się wartościowe i mieć szanse na udaną reprodukcję, ma na celu zajęcie kobiet nieistotnymi czynnościami i utrudnienie im zdobycia równouprawnienia. O ile Wolf zgadza się z biologami ewolucyjnymi, że głównym powodem, dla którego kobiety dbają o urodę jest ich podporządkowanie mężczyznom, to zauważa ona także, że „mit urody” przyczynia się do podległości kobiet. Jest więc i skutkiem, i przyczyną.

Ciekawe w artykule jest także to, jak oczywiste dla autora jest twierdzenie, że podporządkowane kobiety by utrzymać przy sobie samca korzystają właśnie z urody (obok stałej gotowości na seks oraz ukrytej owulacji). Autor zakłada więc milcząco koncepcję samczości-męskości, która oparta jest na stałym dążeniu do reprodukcji, seksu, oraz potrzebie kobiecego piękna, które zapewne redukuje się do potencjału reprodukcyjnego. Kobiecość natomiast to siła cywilizująca i usidlająca, narzucająca monogamię na męską promiskuityczną naturę.

Kłopotliwe jest także połączenie kobiecości z dziecinnością, które w proponowanym ujęciu nie jest kulturowym wynikiem podrzędności kobiet, ale obiektywnie istniejącym biologicznym przystosowaniem. Twierdzenie o naturalnej dziecinności kobiet ma w historii nauki długą tradycję, tak jak i historie o rasowej niższości rdzennych Afrykanów i Afrykanek. Dla Arystotelesa kobiecość to brak, niedorozwój, niezrealizowanie męskiego wzorca. Podobnie myśli Tomasz z Akwinu, według którego dziewczynki rodzą się, gdy zarodkowi brak odpowiednich warunków rozwoju do osiągnięcia ontologicznej pełni, czyli męskości. W tej samej tradycji, ale używając dokładnych pomiarów siedemnastowieczna nauka tłumaczy, że niższa temperatura ciała kobiet i niższy wzrost świadczą o biologicznym niedorozwinięciu. Rzekome konsekwencje mniejszej czaszki i mózgu są już łatwe do przewidzenia. W tradycji Zachodu od Arystotelesa do Freuda w parze z ograniczonym rozwojem biologicznym szły ograniczenia w rozwoju osobistym i moralnym, co kolei rzutowało na system prawny wielu zachodnich państw (kowertura. Oczywiście, współczesna biologia nie potwierdza tezy o tym, że kobiety stanowią niedorozwinięcie męskiego wzorca. Płeć przypisana przy urodzeniu nie ma wpływu na poziom rozwoju człowieka.

Twierdzenie autora można jednak rozumieć także inaczej – nie że kobiety rzeczywiście są biologicznie dziecinne, ale że próbują one naśladować dziecięcy wygląd, bowiem przynosi im to reprodukcyjne korzyści. W tej interpretacji, wzorzec piękna łączący kobiecą urodę z dziecinnością jest ewolucyjnie uzasadniony, ponieważ dziecinny wygląd przyciąga opiekuńczych mężczyzn i pozwala ich przytrzymać przy sobie. Nakaz poddawania kobiecego ciała licznym zabiegom kosmetycznym nabiera zatem nowej, ewolucyjnej legitymacji. Rzeczywiście, przyglądając się propagowanym w reklamach i kulturze popularnej wizjom kobiecości, można odnieść wrażenie, że niedojrzałość jest silnie pożądanym elementem kobiecości. Nie jest to także zjawisko nowe. Tradycyjnie w sztuce Zachodu kobiece ciało było przedstawiane jako bezwłose, ponieważ włosy są oznaką seksualnej dojrzałości i namiętności, a także męskiej władzy. Ciało pozbawione owłosienia to zatem ciało niedojrzałe i bierne. O bierności i podporządkowaniu świadczą także pozy, zwykle półleżące, w których tradycyjnie przedstawione są modelki na aktach, oraz spojrzenie kierowane na odbiorcę dzieła, mające utwierdzić widza w jego seksualnej dominacji. Taki sposób przedstawiania kobiet jest oczywiście także stosowany we współczesnych reklamach i pornografii. Obrazy nie są już skierowane do najbogatszych, jak było w przypadku olejnych płócien, ale – ku uciesze przemysłu kosmetycznego – do ogółu społeczeństwa. Podobnie uważa Wolf, zdaniem której związek ideału kobiecości z dziecinnością wynika tu z powiązania młodości, niedojrzałości i dziecinności z podległością. Patriarchalnym ideałem jest kobieta potulna i podporządkowana. Wiek oznacza doświadczenie życiowe, a czasem i pozycję społeczną, które w patriarchalnym świecie nie są u kobiet mile widziane. O kulcie kobiecej niedojrzałości i aseksualności świadczy także kwitnący w krajach rozwiniętych przemysł chirurgicznego przywracania dziewictwa oraz pomniejszania kobiecych genitaliów. Warto także zwrócić uwagę na rasowe zabarwienie tego kultu – czarne kobiety nie są przedstawiane jako dziecinne, kulturowo przypisuje im się zaradność, niezależność i seksualną agresję. Rasa ma zatem znaczenie w dopasowaniu do ideału niewinnej kobiecości.

Trwałość związku między biernością i podległością a ideałem urody kobiecej mogłaby potwierdzać teorię Ryszkiewicza. Rzecz w tym, że krytycy kultury uważają, że jest to cecha kultury Zachodu, która do niedawna dotyczyła tylko wąskiej grupy najzamożniejszych osób i która niekoniecznie musi występować w innych kulturach. Berger zestawia pasywne, aseksualne kobiety z zachodnich płócien z aktywnymi seksualnie kobietami z ilustracji Dalekiego Wschodu, natomiast Wolf podaje przykłady najróżniejszych wymogów urody kobiecej z innych kultur. Co więcej Berger i Wolf utrzymują, że powiązanie kobiecości z dziecinnością – niedojrzałością, pasywnością, niewinnością, brakiem doświadczenia – przyciąga mężczyzn żądnych dominacji i seksualnej władzy. Ideał kobiety dziecinnej produkuje dominującą, grabieżczą męskość, a nie opiekuńczość. Potwierdzają to także badania socjologiczne nad amerykańskimi mężczyznami, którzy wyjeżdżają do „egzotycznych” krajów w poszukiwaniu bardzo młodych i uległych partnerek seksualnych oraz żon. Nie są to osoby, którym zależy na opiece, ale mężczyźni wrogo nastawieni do równouprawnienia kobiet, którym chodzi o seksualną, ekonomiczną i kulturową dominację.

Zdaniem krytyków kultury, „mit urody” jest zatem kwestią polityczną, a nie ewolucyjną. Prowadzoną w artykule Ryszkiewicza politykę wobec urody oddają dołączone do tekstu ilustracje. Główną z nich jest zajmujące pół strony zdjęcie modelki, umieszczone nad tytułem. Młoda, biała kobieta, szczupła i długowłosa, w makijażu, ale bez ubrania, uosabia ideał kobiecej urody w kulturze Zachodu. Zgodnie z patriarchalną konwencją oddawania kobiecej urody, modelka uwodzicielsko patrzy prosto w obiektyw, a jej wargi są lekko rozchylone. Zdjęcie jest przy tym starannie wyretuszowane. W kontekście artykułu i widniejących obok fotografii zwierząt, zdjęcie modelki ma zapewne potwierdzać tezę o naturalnej urodzie kobiet, choć jego wybór dowodzi raczej niewidzialności konwencji kulturowych (makijaż, retusz, poza, sztucznie rozwiane włosy), które stosowane są do przedstawiania kobiecego ciała jako seksualnego obiektu, mającego zapewnić dobre samopoczucie męskiemu widzowi. Artykułowi towarzyszą także cztery zdjęcia zwierząt, przedstawiające samca lwa, trzy kaczki krzyżówki, samca małpy, być może makaka, oraz parę ptaków, być może kuropatw. Zdjęcia zwierząt i modelki nie są podpisane, co sugeruje, że uroda kobiety i wybranych zwierząt jest sama przez się zrozumiała i nie wymaga komentarza. To, że zdjęcia zwierząt nie są podpisane sprawia także wrażenie, że są to zdjęcia przypadkowe i oczywiste. W rzeczywistości jednak mamy do czynienia z selektywnym wyborem niesprecyzowanych bliżej gatunków, które potwierdzają tezę autora o naturalnej urodzie samców.

Najbardziej problematyczne jest jednak ostatnie, podpisane zdjęcie, przedstawiające scenę robiącą wrażenie wziętej z życia. Fotografia przedstawia przechodzącą przez ulicę kobietę na wysokich obcasach, która zwraca na siebie uwagę grupy mężczyzn w sportowych strojach, zaczepiających ją, klaszczących i śmiejących się na jej widok. Zdjęcie to podpisane jest następująco: „Niewygasłym dziedzictwem poligamii w naszym gatunku jest system zalotów i konkurencji między mężczyznami o kobiety, a także specyficznie męski typ urody, oparty na kanonie siły, stanowczości i zdecydowania”. Na pierwszy rzut oka zdjęcie nie przedstawia jednak systemu zalotów i konkurencji, tylko molestowanie seksualne na ulicy, które w takim kontekście legitymizowane jest jako naturalna kolej rzeczy. Wybór takiej ilustracji pokazuje, jak blisko jest socjobiologicznym dyskursom do usprawiedliwiania seksualnej opresji kobiet. Ponadto nie jest także jasne, dlaczego system zalotów i konkurencji między kobietami, którego istnieniu trudno przecież zaprzeczać, nie jest obwieszczony niewygasłym dziedzictwem poliandrii. Oczywiście siła, sprawczość i zdecydowanie, przypisane przez ewolucję mężczyznom, są komplementarnym odpowiednikiem słabości, bierności i urody, przypisanych kobietom. Wybór fotografii wpisuje się zatem w tezę, że kobieca uroda jest naturalna i oczywista, a także sugeruje tego konsekwencję – męską seksualną agresję i społeczne podporządkowanie kobiet. Rzekoma opiekuńczość zainteresowanych dziecinnymi kobietami mężczyzn gdzieś tutaj znika.

Socjobiologia i psychologia ewolucyjna są często krytykowane przez feministki, ponieważ naturalizują tradycyjne spojrzenie na płeć, zgodnie z którym, używając maksymy Freuda, „biologia to przeznaczenie”. Rzeczywiście, z pism socjobiologów wyczytać można najczęściej wnioski o naturalnej agresji mężczyzn oraz troskliwości kobiet, o wpisanym w męskość promiskuityzmie i kobiecej seksualnej wstrzemięźliwości, o płciowym komplementaryzmie i poświęceniu jednostek dla genów. Wszystkie te wnioski były poddawane krytyce przez feministyczne przyrodniczki, które wykazywały wybiórczość socjobiologów w podejściu do biologii oraz skłonność do narzucania własnych kulturowych znaczeń na zwierzęcy behawior, a także przez antropolożki, zwracające uwagę na pomijanie przez socjobiologów różnorodności ludzkich kultur.

Artykuł Ryszkiewicza wpisuje się w konserwatywny nurt nauk przyrodniczych. Co istotne, autor nie używa słów „socjobiologia” ani „psychologia ewolucyjna” sugerując czytelnikowi, że przekazuje informacje z góry zatwierdzone jako nauka, a nie należące do jej działu, którego podstawowe przesłanki są poddawane krytyce i który krytykowany jest jako niefalsyfikowalny, a zatem nienaukowy. Jak to bywa w przypadku socjobiologów, autor w sposób wybiórczy i upraszczający posługuje się przykładami różnych zwierząt, by dowieść swoich tez. Ponadto, w artykule obserwacje biologiczne zabarwione są konserwatywnymi kliszami. Autor operuje w ramach narzuconego na ludzi i nieludzkie zwierzęta antropocentryzmu, heteronormatyzmu oraz binaryzmu płciowego. Z kolei wiara w narzucenie monogamii mężczyznom przez kobiety odzwierciedla wiktoriańskie przekonanie, że białe kobiety cywilizują mężczyzn (oraz kolorowe kobiety), którzy z natury są seksualnie rozpasani. W rezultacie, artykuł ustawia ludzi w binarnej seksualnej hierarchii, niepozbawionej rasowego zabarwienia i - zdaniem feministek - zupełnie nienaturalnej.

Ludmiła Janion


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Kolejowi likwidatorzy
Warszawa, Cafe Kryzys, ul. Wilcza 30
27 sierpnia (niedziela), godz. 18.00-19.30
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

23 sierpnia:

1818 - Urodził się Johann Eccarius, krawiec i publicysta niemiecki, sekretarz generalny Międzynarodowego Stowarzyszenia Robotników.

1909 - USA: Podczas strajku w McKees Rock w Pensylwanii szeryf strzelał do zwiazkowców z IWW, rozpoczynając strzelaninę w której sam zginął. Dalsze starcia doprowadziły do śmierci 11 osób.

1927 - USA: Niccola Sacco i Bartolomeo Vanzetti, działacze anarchistyczni straceni w Bostonie po procesie poszlakowym w sprawie napadu i zabójstwa konwojenta. Egzekucji towarzyszyły liczne protesty związkowe.

1944 - Poległ Włodzimierz Miszewski, szef wyszkolenia bojowego zgrupowania warszawskiego Gwardii Ludowej PPS-WRN, późniejszy komendant zgrupowania warszawskiego Organizacji Wojskowej Pogotowia Powstańczego Socjalistów.


 
Lewica.pl na Facebooku