Paweł Jaworski: Tego nie powie socjaldemokracja

[2016-04-21 23:51:32]

Wbrew wielu złudnym nadziejom pokładanym w kolejnej umiarkowanej partii, przed lewicą w Polsce nie ma żadnej przyszłości, o ile nie nastąpi radykalny zwrot antykapitalistyczny.

Raczkująca polska lewica – od lat nie potrafiąca stanąć na dwóch nogach – medialnie reprezentowana jest dziś przez Partię Razem, bardzo umiarkowaną formację w dalszym ciągu swojej „dźwigni politycznej” - sprawy, dzięki której będzie zdolna trwale zaistnieć w polskim mainstreamie politycznym. Odwołanie się do socjalnych sentymentów społeczeństwa okazało się nieskuteczne, ponieważ Razem nie znalazło sposobu ani na dotarcie do twardego elektoratu socjalnego, który ślepo podąża za PiS, ani na przekonanie swoich „hipsterskich” zwolenników o pilnej potrzebie odważnego zakwestionowania zaściankowego polskiego leseferyzmu. Niespecjalnie wyszło też ściganie się z Komitetem Obrony Demokracji na polu walki o porządek konstytucyjny, rzekomo zagrożony przez „faszyzm” Jarosława Kaczyńskiego. Mimo pomysłowej akcji pod Urzędem Rady Ministrów, Razem zostało na tym obszarze „zjedzone” przez fanatycznych obrońców wszystkich patologii polskiego kapitalizmu, dla których zapisane w konstytucji prawa socjalne zwyczajnie nie obchodzą. Obecnie patia Adriana Zandberga dość skutecznie próbuje wysforować się na czoło walki przeciwko barbarzyńskim planom rządu Beaty Szydło zmierzającym do całkowitego zakazu aborcji, a tym samym odebrania polskim kobietom prawa do decydowania o własnym ciele i własnym życiu. Scenariusz jest czytelny i przewidywalny, bo wielokrotnie już powtórzony nie tylko w Polsce – po raz kolejny lewica czuje się zmuszona odpuścić sprawy gospodarcze, a zająć się światopoglądowymi. Część uczestników debaty publicznej cały czas nie może wyjść ze stanu zdziwienia tą prostą regułą. Jednak uważnym obserwatorom gwałtownie zmieniającego się dzisiaj świata wyjaśnienie powinno się nasuwać samo. Lewicy społecznej nie czeka żadna przyszłość, jeżeli nie odważy się jednoznacznie zakwestionować kapitalizmu.

Rartia Razem stara wejść w buty tradycyjnych zachodnioeuropejskich formacji socjaldemokratycznych. Osobom krytycznie myślącym, które dopiero zaczynają przejawiać zainteresowanie polityką, może się to początkowo wydać rozsądnym wyjściem: skoro wilczy kapitalizm, bezczelny wyzysk i zakorzeniona w nim kultura pogardy, doprowadziły ludzi do odrzucenia skompromitowanych, cynicznych liberałów i poparcia pozornie wrażliwych społecznie „katofaszystów”, którzy teraz z kolei zagrażają „fundamentom państwa prawa”, to oczywistością się wydaje poparcie nowych liberalnych demokratów, którzy tym się różnią od starych, że chcą chronić ludzi przed wynaturzeniami wolnego rynku. Niby proste – żadnego kombinowania, po prostu złożenie nowej układanki z tych klocków, którymi macherzy sceny politycznej od dawna się posługują. Jednak ludzie tego nie kupują. Dla nich Razem to dziwacy, którzy nie rozumieją i nie chcą uczestniczyć w polskiej „wojnie domowej”, bo nie rozumieją Polaków. Z kolei dla dziennikarzy to zaledwie jeszcze jedna okazja do łatania luk tematycznych w telewizyjnej publicystyce, albo materiał na sensacyjny news – tak jak w przypadku akcji Razem pod siedzibą rządu. Na razie najmłodsza część lewicy nie widzi problemu w tym, że staje się nową „ciekawostką przyrodniczą” w zastępstwie politycznie zmarłego Palikota i medialnie dogorywającego Korwin-Mikkego. Są zadowoleni, bo to im wystarczy, na nic innego nie liczą. Gdyby mieli ambitniejsze zamiary, potrafiliby się zmierzyć z naiwnością i stereotypowym myśleniem własnego środowiska, przekonać ich do rewizji poglądów i metod działania. Nie osiągną niczego trwałego, o ile nie porzucą perspektywy dotrwania do najbliższych wyborów i błyśnięcia w kampanii czymś, co media pokażą jako „ani PiS, ani PO”. Tak wygląda polityka okopania się w wygodnej niszy finansowanej z budżetu państwa i pogodzenie się z rolą hispterskiego outsidera. Nic w tym dziwnego, ponieważ dzisiejsi epigoni dogorywającej na świecie socjaldemokracji nie stawiają sobie za cel przemiany rzeczywistości społecznej, opartej rzecz jasna na kapitalistycznych stosunkach produkcji.

Można wyobrazić sobie jedną dobrze dostrzegalną zmianę, która stałaby się doskonałym probierzem tego, że w kraju nad Wisłą ktoś na serio podjął się trwałej rekonstrukcji lewicy – byłoby tak, gdyby lewicowcy przestali być obsesyjnie mili i łagodni. Lewica nie może być miła, bo ma do zrobienia wiele niemiłych rzeczy. Nie może być łagodna, bo dla niej nikt łagodny nie będzie. Oparcie przekazu medialnego na modnie ubranej, uśmiechniętej, a nawet rozśpiewanej młodzieży, powtarzającej z przejęciem, że wszystko byłoby dobrze, gdyby w Polsce było bardziej jak w Szwecji, to bardzo powierzchowne podejście, trącące nieco tandetą – podobnie jak popularyzacja idei związków zawodowych za pomocą memów z muminkami. Owszem, można tym sposobem dotrzeć do szerszej części elektoratu, ale kosztem istotnego spłycenia przekazu. Otrzymaliśmy tym samym kolejną wydmuszkę polityczną żyjącą dzięki marketingowi wizerunkowemu, gdy tymczasem problem lewicy to problem identyfikacji społecznej, korzeniami sięgający głębokich podziałów klasowych.

Nowa „partia umiarkowanego postępu” - jak ją nazywa red. Piotr Ciszewski - stała się zakładniczką modelu opartego na mówieniu określonemu „targetowi” tego, co chce usłyszeć, a raczej – co partia przypuszcza, że chce usłyszeć. Żeby jednak kiedyś mogła zaistnieć jako poważna siła polityczna, musi znaleźć sposób na otwarte mówienie tego, czego ludzie słyszeć nie chcą. A nie chcą słyszeć tego, że palące problemy społeczne są częścią problemów globalnego kapitalizmu, który idzie w rozsypkę. Wolą nie wiedzieć, że trwała zmiana na lepsze musiałby być znacznie głębsza i trudniejsza, niż ta na którą jest gotowa. Ci, którzy naprawdę chcą coś zmienić, będą musieli nastawić się na „długi marsz”, trwający pewnie 10-15 lat, i określenie strategii, dzięki której nieuchronny rozpad dzisiejszego, całkowicie szkodliwego dla społeczeństwa, systemu politycznego i gospodarczego, wyłoni nową formację lewicową – trudną dziś do szczegółowego określenia, lecz bez wątpienia antykapitalistyczną. Stanie ona przed zadaniem przekonania zdezorientowanych ludzi do stworzenia szerokiego ruchu, którego celem będzie całościowa przebudowa instytucji politycznych i gospodarczych oraz zaproponowanie nowego sposobu życia wspólnotowego – życia poza kapitalizmem, który wtedy będzie istniał co najwyżej jako niedobity zombie. Wymaga to powstania już dzisiaj zwartej grupy lewicowych – najlepiej marksistowskich – intelektualistów, którzy będą w stanie przełamać stereotypowe, ugodowe wobec systemu, myślenie własnych środowisk i nie zważając na żadne doraźne korzyści polityczne, podjąć się opracowania takiej strategii w ramach projektu o charakterze think tanku. Największym wyzwaniem będzie przy tym nie tyle stworzenie gotowego, abstrakcyjnego modelu społeczno-politycznej alternatywy, jakiejś „utopii”, a raczej umiejętność połączenia swojej bezkompromisowej antysystemowości, z gotowością do pozostawania w trwałym, przyjaznym związku z ruchem pracowniczym, który w Polsce bez wątpienia będzie się dalej rozwijał samoczynnie, bez żadnych socjaldemokratycznych inspiracji, i przybierze charakter do bólu pragmatyczny.

„Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego” - to dziś w jedyny sposób, by przestać bezradnie kręcić się w kółko ku uciesze liberalnych mediów. Owszem, dla niektórych powstanie socjaldemokratycznej formacji, o której czasem mówi się w mediach, to już epokowe osiągnięcie, ta epoka potrwa jednak krótko, ponieważ w kontekście obiektywnych uwarunkowań systemowych umiarkowanie to dla polskiej lewicy pierwszy gwóźdź do trumny. Komuś mało jeszcze trupów „na lewo od SLD”?

Pomimo coraz bardziej tolerancyjnej postawy mediów głównego nurtu, powiernicy tradycji socjaldemokratycznej nadal nie są w stanie wyjść poza zaklęty krąg wykształconej, wielkomiejskiej, tendencyjnie pro-zachodniej inteligencji. Jej styl życia, język, moda i pochodzenie klasowe skutecznie zniechęcają „lud” do utożsamienia się z jej kolejnymi emanacjami politycznymi. Europejska lewica, historycznie zakorzeniona w klasie robotniczej, okazuje się fenomenem nie do powtórzenia w warunkach polskich. Można zresztą uznać, że formacja ta to przestaje już istnieć w krajach, w których wyrosła, skoro np. francuscy robotnicy gromadnie dziś głosują – o zgrozo! – na Front Narodowy. Rzeczywistości politycznej nie sposób kształtować recytując formułki ze zdezaktualizowanych podręczników do politologii. Na skutek nierównomiernego rozwoju kapitalizmu i „komunistycznego interludium” w Polsce ukształtowała się odmienna tradycja polityczna i rozsądnie jest traktować to jako proces nieodwracalny. Klasycznie rozumiana socjaldemokracja, która zanika też w Europie Zachodniej, nie ma szans na stanie się u nas liczącym się obozem politycznym, ponieważ klasy i warstwy społeczne najokrutniej wyzyskiwane przez kapitał, głosują tutaj na nacjonalistyczną, tradycjonalistyczną i socjalną prawicę. Mówi ona do nich zrozumiałym dla nich językiem, zaś nawet gdyby socjaldemokraci zaczęli mówić do nich podobnym, to i tak nie mieliby im więcej do zaoferowania. Co oprócz socjalu? Małżeństwa jednopłciowe i ścieżki rowerowe? Samą wątpliwą satysfakcję z podpisania się pod uniwersalistycznymi ideami kosmopolitycznej inteligencji? „Wartości demokratyczne” i „prawa obywatelskie” klasy robotniczej nie obchodzą. „Wartości rodzinne” i tradycyjny porządek pod znakiem krzyża są jedynym znanym im schronieniem przed wolnym rynkiem, ba którym czeka ich los podludzi. Klasa średnia, która tak ich właśnie traktuje, w obawie przed „pisowską dziczą” na żadne socjalne „fanaberie” nie pozwoli. Nie da się ich przekonać, że egalitarne społeczeństwo jest w istocie lepsze dla wszystkich, bo ich w ogóle żadne społeczeństwo nie interesuje – mają grodzone osiedla i tam się przed społeczeństwem chowają. Ponieważ lewicowcy nie mają żadnego zakotwiczenia w bazie, są zaś po uszy utytłani w burżuazyjnej nadbudowie, obiektywna sytuacja działa zdecydowanie na ich niekorzyść. Wiara w to, że socjaldemokrację czeka w naszym kraju jakaś przyszłość, pochodzić może wyłącznie ze złudzenia, że utrwali się tu ona mimetycznie – jako jeszcze jedna moda, która dotrze do nas z wymarzonego Zachodu wraz ze ścieżkami rowerowymi. Oczywiście żadnej takiej mody nie ma, a ścieżkami rowerowymi poruszają się w większości prawicowcy, bo ich w ogóle jest najwięcej.

Ponieważ dla rodzimych postępowców absolutną alfą i omegą są „zachodnie demokracje”, warto krytycznym okiem przyjrzeć się sytuacji politycznej w jakiej znalazła się ta część świata. Od 2008 r. mamy do czynienia z niekończącym się kryzysem gospodarczym. Zarówno mainstreamowi, jak i radykalni ekonomiści są zgodni, że czeka nas wyłącznie kulejący wzrost. Permanentna stagnacja skłoniła obóz euroatlantycki do rozpętania imperialistycznych wojen „o demokrację” na Bliskim Wschodzie. Unia Europejska – kochana przez polskich socjaldemokratów, bo kojarzona z egalitaryzmem – prowadzi obecnie całkowicie reakcyjną politykę gospodarczą, czego najwymowniejszym przykładem jest los Grecji. Absolutnie w żadnej części Europy kapitał nie może pozwolić sobie najmniejsze, kosmetyczne choćby ustępstwa wobec klas pracujących. Tradycyjne partie lewicowe nie zyskują na tym, a tracą, bo w przeciwieństwie do Europy sprzed 150 lat socjaldemokracja jest dziś częścią skompromitowanego establishmentu. Formuła regulowanego kapitalizmu, „Europy socjalnej”, jest w defensywie od czterech dekad i właśnie się wyczerpała, bo akumulacja kapitału może trwać już wyłącznie metodą sprowadzenia warunków pracy i płacy światowej klasy robotniczej do poziomu Bangladeszu. Partia Socjalistyczna we Francji, labourzyści w Wielkiej Brytanii, SPD w Niemczech – nie mają w ogóle pomysłu na dalsze istnienie, na ich kryzysie korzysta zaś najbardziej nacjonalistyczna prawica, rosnąca dziś w siłę dzięki „kryzysowi uchodźczemu”.

Mimo silnej obecności krytycznej myśli społecznej po obu stronach Atlantyku perspektywa stojąca przed antykapitalizmem w USA i UE nie napawa optymizmem. Po rozproszeniu ruchów typu „occupy” i kapitulacji greckiej Syrizy, nieśmiałych przebłysków nadziei ludzie upatrują w takich postaciach, jak Jeremy Corbyn w Wielkiej Brytanii i Bernie Sanders za oceanem, z których obaj deklarują zamiar bezkompromisowej walki z nierównościami społecznymi. W ich programach trudno znaleźć cokolwiek radykalnego, liczy się jednak to, że nie wstydzą się słowa socjalizm. Nie jest jasne, jak je dokładnie rozumieją, rzecz jednak w tym, że posługując się nim jako hasłem gotowi są zakwestionować największe świętości panującej ideologii, czyli prymat własności prywatnej w gospodarce i interes wielkiego kapitału. U nas rzeczy mają się całkiem inaczej. Polska jako kapitalistyczne półperyferium jest obszarem skazanym na całkowite podporządkowanie międzynarodowemu kapitałowi, zatem polscy politycy – nawet populiści – są wyjątkowo zdeterminowani do utrwalania wiary w prywatną własność środków produkcji. Na obszarze ideologii są poza tym nieodwracalnie zdani na obsesyjny antykomunizm, który podnieśli już niemal do rangi religii narodowej. Niestety poza te ramy nie zamierzają na razie wychodzić również środowiska lewicowe. Na spotkaniu politycznym z Adrianem Zandbergiem w Lublinie padło z publiczności pytanie, czy w kontekście barier strukturalnych, jakie napotyka polityka socjaldemokratyczna, nie lepiej podjąć walkę o autentyczny socjalizm pojęty jako demokratyczne uspołecznienie gospodarki. Jedyną odpowiedzią, o jaką pokusił się „nielider” Razem, była sugestia, że „lepiej nie, bo socjalizm kojarzy się raczej z łagrami”.

Doskonale widać, w jakiej pułapce znalazła się lewica, która pokornie akceptuje narzuconą jej logikę winy i ciągłej ucieczki przed prawicą. Jest to o tyle istotne, że w Polsce skojarzenie z „komuną” jest w powszechnym odczuciu miarodajnym wskaźnikiem lewicowości. Naiwni lewicowcy, którzy spróbują uchylić się przed takim etykietowaniem, natychmiast znajdą się na celowniku antykomunistycznych ideologów – również Zandberg tego nie uniknął. Próba pokonania przeciwnika jego własną bronią będzie tu zawsze skazana na sromotną porażkę, bo nie ma metody na wytrącenie mu tej broni z ręki. Ściganie się z prawicą na antykomunizm tylko ją uwiarygodnia i przynosi skutki przeciwne do zamierzonych. Jest to już dawno sprawdzona reguła – im bardziej lewicowcy odżegnują się od komunizmu, tym bardziej zajadle rozochocona prawica oskarża ich o komunizm, bo ucieczka ofiary zawsze zachęca drapieżnika do pogoni. Tym sposobem Polacy „dowiedzieli się” ostatnio, że marksistami są wegetarianie i rowerzyści. Tymczasem wegetarianie i rowerzyści skrzętnie rozliczają Zandberga z koszulki z Marksem – i tak błędne koło się zamyka. Nikt jeszcze nie zmuszał ich do tłumaczenia się za Katyń? Bez obaw, już niedługo.

Sytuacja jest tak patologiczna, że pojęcie jej źródeł może nastręczać trudności. Jednym z podstawowych hamulców rozwoju lewicy socjalistycznej w Polsce jest to, że – poza garstką przekonanych komunistów – osoby zdolne do nieśmiałej krytyki kapitalizmu i społeczeństwa burżuazyjnego opartego na hierarchii wykluczeń, są najczęściej ślepo zapatrzone w zachodnie demokracje. Charakterystyczny dla nich deklaratywny egalitaryzm skłonni są metodą „kserolokalizmu” potraktować jako panaceum na trapiące Polskę choroby. Nie ma w tym nic dziwnego, bo w paradygmacie antykomunistycznym dopuszczalne są tylko formy lewicowości opatrzone zachodnimi etykietkami, czyli przyklepane przez Gazetę Wyborczą. Kilka lat temu publicyści opłacani przez Agorę „odkryli”, że w krajach „starej unii” jest ogólnie bardziej równo, że biznesmen zatrudniający za grosze nie jest bożkiem, któremu społeczeństwo musi bić pokłony, i że protesty robotnicze nie są tam postrzegane jak najazdy mongolskie. Uznali więc, że jest to wolność wyższego rzędu, i że aktem przypieczętowania polskiej transformacji powinien być import porządku socjaldemokratycznego – jeszcze lepszego kapitalizmu! O tym, że od czterdziestu lat porządek ten jest konsekwentnie demontowany, bo w kapitalizmie kapitał musi jednak wyjść na swoje, najczęściej nie piszą, ale pisać nie muszą – z niewielką pomocą Krytyki Politycznej zdołali ukształtować już lewicowe myślenie w Polsce. Mentalność ta jest ledwie wariantem przekonania, że obóz euroatlantycki reprezentuje „dobro” i ma być tak, jak na Zachodzie. Tymczasem „na Zachodzie bez zmian”, czyli coraz gorzej.

W liberalnych demokracjach najwięcej jest liberalizmu, najmniej demokracji. Polscy postępowcy mają problem z dostrzeżeniem tego w wewnętrznej polityce krajów UE i można to potraktować zaledwie jako niedojrzałość. Jest jednak aspekt ich zaślepienia przynoszący im najzwyklejszą hańbę. Jest to bezmyślna wiara w NATO i w krzewienie demokracji za pomocą amerykańskich nalotów i „kolorowych rewolucji”. Cały świat rozumie, że demokratyczne hasła są tylko wymówką dla rekolonizacji bliskiego wschodu – polscy lewicowcy nie. Dla nich głównym powodem wojny w Syrii jest Baszar Al Assad, a nie „demokraci”, którzy celem wydarcia lebensraumu dla swojego kapitału kontynuują obracanie tego kraju w perzynę, cynicznie posługując się przy okazji czymś tak odrażającym jak Państwo Islamskie. Syryjscy Kurdowie potrafili to jakoś zrozumieć – polscy lewicowcy wylewający łzy nad Kurdami jakoś nie bardzo. Nie krwawy dyktator Assad, nie autokrata Putin, a NATO i amerykański imperializm są najbardziej zagrażającą światu, najbardziej niszczycielską, ludobójczą – po prostu antyludzką – siłą na Ziemi. Euroatlantycka geopolityka jest ostatnim gwoździem do trumny mitu liberalnej demokracji. Cały ten system instytucji bezczelnie podpierających się wartościami demokratycznymi i prawami człowieka jest oszustwem. Prawa człowieka to jedno. Z kolei „obóz praw człowieka” to co innego – obóz zagłady. Czy może być bardziej wymowny tego wyraz niż szef Human Rights Watch kłamliwie publikujący na Twitterze zdjęcia zgliszcz Gazy jako rzekomy dowód na rujnowanie Aleppo przez wojska Assada, żeby tylko uwiarygodnić „obóz praw człowieka”? Czego jeszcze trzeba, by zrozumieć, że egalitarne wartości wymagają dziś narażenia się liberalnym demokracjom i gotowość do złamania wielu ich zasad. One same sprzeniewierzają się tym zasadom. Siły polityczne, które Polakom się przedstawia jako ostoję i wzór cnót demokratycznych, świadomie – z lojalności wobec kapitału – wybierają i wspierają zamordyzm we własnych krajach i w swoich nowych-dawnych koloniach. W warunkach kapitalistycznych stosunków produkcji nienaruszalność liberalnych demokracji oznacza, że idea równości politycznej i pluralizmu chroni głównie interes „jednego procenta”. Nawet zwolennicy Berniego Sandersa byli w stanie to zrozumieć i rozgonić wiec Donalda Trumpa, oczywiście łamiąc tym samym zasadę pluralizmu. Konstatacja tego faktu przez polskich socjaldemokratów wprowadzić ich może wyłącznie w tragikomiczny stupor. Szlachetnego systemu instytucjonalnego, w którym upatrują nadziei na odmianę Polski, zwyczajnie nie ma, więc nie mają go skąd importować. Importować mogą wyłącznie zakłamanie, sami nim przesiąkając. Jak można głosić, że „inna polityka jest możliwa” i w pełni akceptować zło fasadowych demokracji ? Bo one bronią trybunału konstytucyjnego przed „dyktaturą” PiSu? Czy kiedykolwiek nastąpi koniec onanizowania się fetyszami? Nie jest to wyłącznie kwestia symboliczna ani aksjologiczna. Kiedyś, gdy przyjdzie nam budować lepsze społeczeństwa, trzeba będzie dać stanowczy – i nie liczący się ze sprzeciwem – odpór siłom bezlitosnej reakcji, które dzisiaj paradują w demokratycznych kostiumach. Po której stronie staną wtedy ci, którzy dzisiaj są w nie ślepo wpatrzeni?

Złudna pewność siebie, z jaką Razem stara się wkroczyć na polską scenę polityczną, wynika stąd, że co prawda otwarcie pobudzają społeczeństwo do upolitycznienia i odkrywania polityczności, lecz po cichu liczą na to, że proponowany przez nich model polityczny i gospodarczy to po nic innego jak „sprawdzone wzorce”, stąd ciągłe, do znudzenia powtarzane odwołania do Skandynawii. W rzeczywistości liczą na rozwiązania techniczne. Tymczasem ogrom problemów i zadań z nimi związanych, jakie przed naszą częścią świata stawia postępujący rozpad kapitalizmu, zdecydowanie przerasta skromny wachlarz „sprawdzonych wzorców”. Przeciwnie – wymaga twórczego podejścia i podjęcia wielkiego ryzyka. Doskonale widać to na przykładzie kryzysu uchodźczego. Nie wystarczy mówić: „wpuśćmy wszystkich, przeciwstawmy się rasizmowi i będzie dobrze, bo miejsca wystarczy dla wszystkich”. Oczywiście, że będą problemy i będą napięcia. W przypadku samych Niemiec napływ 2 – 3 milionów ludzi do jednego kraju w ciągu dwóch lat to olbrzymie wyzwanie dla rynku pracy, systemu usług publicznych i ubezpieczeń społecznych, dotychczasowych przyzwyczajeń mieszkańców. Jasne, że wystąpią tarcia kulturowe, bo kultura zawsze ma znaczenie. W Polsce o wiele skromniejszy wzrost liczebności imigrantów z Bliskiego Wschodu może wywołać jeszcze silniejsze napięcia, za względu na epickich rozmiarów sztucznie rozdętą ksenofobię. I to są te właśnie wstrząsy, które europejczycy muszą świadomie wybrać, żeby się z nimi zmierzyć. Alternatywą dla nich są tylko inne wstrząsy, związane z rozbudową zamkniętych, autorytarnych i antyspołecznych państw policyjnych, w stronę których już zaczęły zmierzać nasze „demokracje”. Wszystko musi ulec jakiejś zmianie – taka jest obiektywna logika rozpadu systemu – Europa zaś, a my wraz z nią, musimy nadać tym zmianom pożądany kierunek. Niezależenie od poprawnościowych hasełek oficjalnej nowomowy, liberalne zachodnie demokracje są do cna skażone strukturalnym rasizmem, bo ma on źródła klasowe i w kapitalizmie jest funkcjonalny. „Kryzysu uchodźczego” nie da się rozwiązać w ramach kapitalizmu, ale tego socjaldemokraci głośno nie powiedzą – a po cichu nie pomyślą!

Socjalistycznej alternatywy dla polskiej socjaldemokracji nie da się zmontować w trybie cyklu wyborczego. Takie podejście jest przeciwskuteczne i dowiódł tego fakt, że raz za razem próbował tego Piotr Ikonowicz – ostatnio ze skutkiem tak fatalnym, że całkowicie podporządkowując strategię wyborom do Sejmu sam zniszczył oddolny ruch, któremu przewodził przez kilka lat. Obsesja zaistnienia w mediach i zdobycia kilku procent głosów ludzi ogłupionych polityczną „bieżączką” to wyścig na dno. Mitologia formacji neoliberalnej już się rozpadła, mitologia obozu narodowo-katolickiego będzie rozpadać się jeszcze długo i będzie to czas na przygotowanie i podjęcie działania. Czas na kładzenie podstaw, zdobywanie przyczółków, robienie wyłomów, a w końcu ofensywę. Banałem byłaby teza, że musi to być ruch klasowy, tworzony przez ludzi pracy. Jednak ruch pracowniczy, który powoli nabiera pewności siebie, będzie rósł stopniowo i samoczynnie. Absolutnie nie oznacza to możliwości lekceważenia środowisk pracowniczych. W nas socjalistach muszą mieć wiernych sojuszników, zdolnych nie tylko do przytakiwania, ale i do inicjatywy, do myślenia wyprzedzającego. Jednocześnie prawda jest taka, że przez długi czas nie będziemy dla nich mieć poważnej oferty politycznej, bo sami nie będziemy siłą, w której dostrzegą polityczne oparcie. Z racji ich nieuniknionego pragmatyzmu zawsze będą zerkali w stronę mainstreamu. Powód jest prosty – ruch związkowy walczy o godne warunki pracy i płacy, a nie o zmianę świata. A nie chodzi przecież tylko o to, żeby zarabiać więcej – chodzi o wielką historyczną zmianę. Stawką jednak nie jest bezrefleksyjne kopiowanie „realnych socjalizmów”, mimo że te „siermiężne”; „totalitarne”, „nakazowo-rozdzielcze” systemy mają na koncie niekwestionowane epokowe osiągnięcia w postaci wyciągnięcia milionów ludzi z bezmiaru nędzy i zapewnienia im dostępu do podstawowych osiągnięć cywilizacji, jak powszechna służba zdrowia, mieszkania z łazienkami, czy ochrona przed bezrobociem. Dzisiaj stawką jest rzeczywista zmiana stosunków produkcji i stosunków społecznych w ogóle. Socjalizm jako radykalna demokracja gospodarcza oznacza de facto życie w inny sposób. Oznacza porzucenie starych przyzwyczajeń a wypracowanie nowych. Kontrola robotnicza w zakładach pracy, demokratyczne planowanie produkcji, aktywny udział w nowych instytucjach życia politycznego służących budowie innego rodzaju państwa... Bądźmy szczerzy: to jest innego rodzaju uczestnictwo w społeczeństwie niż to, które znamy z kapitalizmu.

Sztuką nie jest wymyślenie sobie „utopii”, jest nią raczej przekonanie do maksymalistycznej wizji ludzi pragmatycznych i prostolinijnych. Jest to możliwe, ponieważ całościowe przemiany postaw społecznych dokonują się poprzez kryzysy. Radykalna zmiana jest wtedy jedynym racjonalnym wyjściem z sytuacji nieodwracalnej. Socjalizm będzie jedynym wyjściem z sytuacji, gdy w obliczu absolutnego nieugięcia kapitału zachowanie podstawowych zdobyczy socjalnych i życiowego minimum będzie od klas pracujących wymagać solidarnego zakwestionowania własności prywatnej i władzy ich szefów w ich miejscach pracy. Uświadomienie ludziom tej konieczności jest najważniejszym strategicznym celem socjalistów. Oprócz trwałego – choć nie za wszelką cenę ścisłego – związku z ruchem pracowniczym, wymaga to wielkiego wysiłku na rzecz wprowadzenia tej idei do obiegu w świadomości społecznej.

Tym się musi zająć nowa organizacja polityczna – z czasem być może partia – która zacznie od przekonywania ludzi lewicujących i zaangażowanych już w lewicowe myślenie i działanie, że wybór socjalizmu jest jedynym możliwym wyborem w warunkach kryzysu kapitalizmu. Ci, którzy dzisiaj się tego boją, muszą zrozumieć, że wybór ten nie wynika ze ślepego radykalizmu, a z konsekwencji – że skok na głęboką wodę trzeba wykonać z rozsądku. Nie dzisiaj i nie jutro – czas na to na pewno przyjdzie, bo kapitalizm będzie konał jeszcze długo. Długo – także dlatego, że myślenie polityczne ludzi jest całkowicie podporządkowane jego logice. Ugrzeczniona narracja lewicowa głosi, że wszystko, co w społeczeństwie złe, wsteczne, reakcyjne spowodowane jest dominacją cynicznych, wyalienowanych elit nad zwykłymi ludźmi – klasa rządząca kontra lud, burżuazja kontra proletariat. Podobno jeżeli pozbyć się tylko struktur dominacji, jeżeli choćby tylko dowieść ich istnienia, świadomość klasowa spontanicznie osiągnie pełnię. Mniej wygodna prawda jest taka, że świadomość zdominowanych, wyzyskiwanych i upodlonych jest tak doszczętnie zniszczona – z jednej strony wszechobecną kulturą pogardy, z drugiej strony mesjanistycznymi rojeniami – że próby uwolnienia ich umysłów przypominają walkę. Oto najtrudniejszy aspekt całej sprawy: my socjaliści, chcąc działać dla ludzi, występujemy faktycznie przeciwko społeczeństwu. To dobrze. Oznacza to, że socjalizm mieści w sobie potencjał buntu, który będzie miał szansę „ruszyć z posad bryłę świata”. Wyzwanie to podejmą właśnie buntownicy – najpierw ci, którzy żywiąc wielką nadzieję na przełom w życiu polskiej lewicy zdołają w końcu sprzeciwić się własnym środowiskom, by otrząsnęły się one ze złudzeń, z marazmu i z pokusy dalszego samooszukiwania. Jeżeli tak się stanie, nasza lewica dostąpi tak epokowego zwycięstwa, że dalej naprawdę będzie już z górki.

Paweł Jaworski


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

4 kwietnia:

1919 - Centralny Komitet Robotniczy PPS wydał okólnik polecający terenowym instancjom partyjnym zaprzestanie współpracy z KPRP na forum rad delegatów robotniczych i tworzenie odrębnych RDR Niepodległościowo-Socjalistycznych.

1945 - Urodził się Daniel Cohn-Bendit, jeden z przywódców studenckiej rewolty w Paryżu w 1968 r., obecnie europarlamentarzysta Zielonych.

1968 - Zamordowano pastora Martina Luthera Kinga, przywódcę ruchu na rzecz praw obywatelskich.

2014 - Marie-Louise Coleiro Preca (Partia Pracy) objęła urząd prezydenta Malty.


 
Lewica.pl na Facebooku