Piotr Jastrzębski: Wyzysk i poniżenie, cz. II

[2016-09-07 23:44:04]

– Mam do Pana prośbę – usłyszałem głos swojego głównego przełożonego podczas pełnienia 24-godzinnego dyżuru na jednym z obiektów podległych firmie ochroniarskiej, w której się zatrudniłem. – Chodzi mi o to, że jutro przejmujemy nowy, wyjątkowy obiekt i bardzo tam pana potrzebujemy na 24 godziny, od jutra. Stawka 8,50 za godzinę, dodatkowo będzie pan mógł używać tam swojego laptopa...

Rozważałem przez chwilę tę ofertę, bo oznaczało to, że zamiast 24 będę pracował ciągle przez 48 godzin. Pilnując luksusowych samochodów, dostawałem 6,50 na rękę i już powoli nudziła mnie ta praca. Poza tym możliwość pisania dawała mi szansę przetrwania na rynku dziennikarskim. Chciałem w spokoju zająć się dokończeniem książki, nad która pracuję od dwóch lat. Oferta wydała się idealna. Zawsze to nowe wyzwanie, nowy obiekt i materiał poznawczy.

Gdy powiedziałem o tym swojemu koledze ze zmiany, powiedział jedynie: „Szkoda”. Fakt, przez te kilka tygodni zżyliśmy się i naprawdę fajnie się nam razem pracowało. Pomimo wszystkich niedogodności.

Rano zdałem dyżur zmiennikom, usłyszałem jeszcze od swojego bezpośredniego kierownika, że nie wiem, w co się pakuję. Że to apartamentowiec z rozwydrzonymi, wiecznie naćpanymi gówniarzami, z domieszką nowobogackiego buractwa i podejrzanych fortun. Pomyślałem, że przesadza i że na pewno to ogarnę. Pożegnałem się więc z nimi i pojechałem do pracy w tym nowym obiekcie.

Apartamentowiec pełną gębą
Budynek miał być pierwotnie hotelem, jednak coś się pozmieniało i stał się apartamentowcem pełną gębą z mieszkaniami od 150 do 200 mkw plus kilka penthousów. Gdy dotarłem na miejsce, okazało się, że będę pracował w recepcji. Drugi posterunek firmy był przy bramie. Tam już czekał pracownik od nas, rozpoznał mnie, bo przyjechałem w służbowym uniformie. Nawet nie miałem kiedy i jak się przebrać. Okazało się, że on również zszedł z 24-godzinnego dyżuru na innym obiekcie. Obaj więc mieliśmy przed sobą kolejne 24 godziny pracy.

Na razie jednak działał efekt nowości, poznanie miejsca, obowiązków. Zmęczenie odeszło, a jego miejsce zajęła ciekawość. Portiernia, którą przejąłem, odgrodzona była szerokim kontuarem od głównego lobby. Miałem zaplecze z łazienką, lodówką i mikrofalówką. Monitor z podglądem na obiekt i jego otoczenie, skomplikowany przeciwpożarowy system alarmowy. Tuż obok było wejście na basen, siłownię, fitness i saunę. Do tych pomieszczeń tylko ja miałem klucze i teoretycznie tylko ja mogłem wpuścić tam kogokolwiek, po sprawdzeniu, czy jest mieszkańcem budynku. Gdy poznałem już mniej więcej swoje obowiązki, zapadł wieczór, zrobiło się cicho i spokojnie. Wyjąłem więc laptopa, ale ledwo go otworzyłem i zadzwonił telefon

– Panie Piotrze, czy ma pan przed sobą komputer? – zapytał mój główny przełożony. – Tak – odpowiedziałem, bo przecież była to część naszej umowy i nie widziałem w tym nic złego. – Proszę natychmiast go schować, dostajemy właśnie maile i telefony od rozwścieczonych mieszkańców, że siedzi pan na Facebooku, zamiast pracować. Spojrzałem na ciemny ekran monitora, którego nie zdążyłem jeszcze włączyć, spojrzałem w górę i zobaczyłem kamerę skierowaną wprost na mnie. „No nieźle” – pomyślałem i, chcąc nie chcąc, zamknąłem komputer, wyniosłem na zaplecze i schowałem do torby. Za chwilę kolejny telefon – tym razem od administratora budynku, którego też wściekli mieszkańcy obudzili telefonami i zasypali mailami. Wyjaśniłem mu więc spokojnie, że faktycznie, przez chwilę stał tu mój prywatny laptop, ale już się go pozbyłem, więc po kłopocie. Jeszcze nie zdążyłem ochłonąć, gdy tupanie na korytarzu przywołało mnie do pionu. To członkowie rady mieszkańców oburzeni moim komputerem postanowili osobiście mnie ochrzanić. Groźne miny, przeszywające spojrzenia, tak bym znał swoje miejsce.

Pracownik czy niewolnik?
Zastanawiałem się tylko, kto tu jeszcze się pojawi w sprawie tego nieszczęsnego laptopa, którego szefostwo pozwoliło mi przecież używać. Biorąc pod uwagę, że w budynku byli rezydenci ambasady USA, mogłem się spodziewać nawet CIA. Gdy o tym pomyślałem, parsknąłem śmiechem, a w kamerze zobaczyłem, że pojawiły się na podjeździe samochody z naszej lotnej. Kolega z bramy ostrzegł mnie przez radio i otworzył im wjazd. Po schodach w kierunku portierni wbiegało dwóch przypakowanych facetów z naszej interwencyjnej. Miny mieli zawzięte i groźne. Gdy tylko mnie zobaczyli i zorientowali się, że kamerę mają za plecami, na ich twarzach pojawił się uśmiech. To byli moi koledzy i miałem wrażenie, że nawet się polubiliśmy. – Przyjechaliśmy cię tu oficjalnie opier...lić, prezes osobiście nam to zlecił – mówili ze śmiechem. – Wiesz, jaka afera się zrobiła? Ściągnęli nas tu, żeby cię ochrzanić, więc jakby ktoś pytał, to dostałeś opierdol. A swoją drogą, to naprawdę masz tu przesrane, tym ludziom odbija – powiedział drugi, niebawem przekonałem się, że miał rację. Powiedziałem więc, że mam gdzieś tę robotę, zostanę do rana, zdam dyżur i wracam do salonu samochodowego. Auta przynajmniej nie są wredne.
– Daj nam miesiąc, mamy kilka takich obiektów i mamy doświadczenie. Wytrzymaj miesiąc, a my w tym czasie ułożymy mieszkańców tak, że sytuacja się odwróci. Jeśli po miesiącu nadal będziesz chciał wracać do aut, to ok. Może być? – powiedział jeden z nich, który oprócz patroli interwencyjnych był także koordynatorem kilku obiektów. Potraktowałem to jako wyzwanie i się zgodziłem. Cała ta afera spowodowała, że przetrwałem do samego rana, ani razu nie myśląc o śnie. Lepsze od kawy – pomyślałem, zdając dyżur zmiennikowi. Próbował o coś wypytywać, bo też był tu po raz pierwszy. Wprowadziłem go jedynie w obowiązki i na odchodne rzuciłem, żeby był ciągle „na oriencie”. Ja miałem mieć teraz 24 godziny przerwy, by rano ponownie zjawić się na posterunku. Kolega z bramy – też Piotrek – właśnie się dowiedział, że nie ma zmiennika i zostaje jeszcze do wieczora. Gdy następnego dnia zjawiłem się tam o 6.30, byłem lekko zaskoczony, że na bramie znowu, albo wciąż, jest ten sam Piotrek.
– Co się stało? Zmiennik się nie pojawił? – zapytałem.
– Pojawił, pojawił, wieczorem. Ale nie spodobał się mieszkańcom i kazali firmie go zdjąć. Zdążyłem jedynie dojechać do domu i przespać się cztery godziny. Ściągnęli mnie tu z powrotem na 24 godziny. Pierwotne założenie było takie, że na recepcji zmiany są co 12 godzin, a na bramie – co 24. Jednak braki kadrowe wynikające z konieczności dopasowania pracowników do gustu, estetyki i dobrego smaku mieszkańców mocno firmę ograniczyły. Na portierni była już zarysowana obsada czterech stałych pracowników. Wciąż jednak pozostawał problem bramy. Na razie był tylko jeden.

Wpadłem więc na pomysł, że po swojej 12-godzinnej zmianie pójdę na bramę i na 12 godzin zmienię Piotrka. W ten sposób będę miał 24 godziny, a on przynajmniej się wyśpi. Robiliśmy tak jeszcze wielokrotnie, dopóki nie udało się firmie znaleźć jeszcze dwóch innych pracowników, którzy zostali zaakceptowani przez mieszkańców. Grafik dyżurów wypadał tak, że dosyć często mieliśmy wspólna zmianę z Piotrkiem. Na posterunku przy bramie nie było łazienki ani czajnika, więc gdy pracownik chciał z którejś z tych dogodności skorzystać, musiał przyjść na portiernię. Oczywiście wcześniej mówił o tym przez radio i ustawiałem wtedy podgląd na bramę. Z portierni także mogłem ją otwierać. Podczas jednego z dyżurów około drugiej w nocy przyszedł, żeby się umyć i zrobić kawę. W tym czasie ja obserwowałem bramę. Ledwo zalał kubek wrzątkiem, gdy na holu pojawił się wściekły lokator. Wykrzykiwał coś bardzo chaotycznie i początkowo nie mogliśmy zrozumieć, o co mu chodzi. Gdy pierwsza fala oburzenia minęła, a jego zdolności werbalne przybrały czytelny wymiar, zrozumieliśmy, o co chodzi. Otóż, oburzony mieszkaniec powiedział, że od 10 minut obserwuje bramę i nie widzi tam pracownika. Piotrek coś burknął o kawie i łazience, po czym odszedł na opuszczony posterunek. Żeby spisać wszystkie ciekawostki, musiałbym jeszcze przez kilka tygodni pociągnąć ten cykl. Kuriozalny był donos pewnej mieszkanki na jednego z naszych pracowników. Napisała ona do dyrekcji naszej firmy, że pracownik ów dnia tego i tego, a konkretnie w nocy, spał na posterunku, co zauważyła, wyprowadzając psa. Może faktycznie pracownik ten miałby przez to kłopoty, gdyby nie fakt, że w wymienionym przez nią dniu miał wolne. I faktycznie spał, ale we własnym łóżku…

Piotr Jastrzębski



Tekst ukazał się w "Tygodniku Faktycznie".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

NIE dla reformy edukacji!
Częstochowa, plac Biegańskiego
31 marca (piątek), godz. 17.00
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano
Kampania Historia Czerwona i Czarno-Czerwona
RASIZM I PRZEMOC – ROSNĄCE ZAGROŻENIE!

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

30 marca:

1689 - Kazimierz Łyszczyński, filozof, polityk i niezależny myśliciel został stracony na warszawskim Rynku Starego Miasta za ateistyczne przekonania zawarte traktacie De non existentia Dei (O nieistnieniu Boga).

1689 - Kazimierz Łyszczyński został publicznie ścięty na Rynku Starego Miasta w Warszawie za ateizm, a jego zwłoki spalono za miastem.

1925 - W Warszawie powstał Związek Robotniczych Stowarzyszeń Sportowych - związana z PPS centrala polskiego sportu robotniczego.

1950 - Zmarł Léon Blum, socjalistyczny polityk francuski, trzykrotny premier Francji w latach 1936-1937, 1938 i 1946-1947.

1952 - W Grecji stracono komunistę Nikosa Belojanisa, czołowego działacza zdelegalizowanej KKE.

2006 - Portia Simpson-Miller z centrolewicowej Ludowej Partii Narodowej została pierwszą kobietą-premierem Jamajki.

2010 - Zmarł Krzysztof Teodor Toeplitz, publicysta, filmoznawca, krytyk filmowy i scenarzysta.

2010 - Zmarł Marcel Szary, działacz Ogólnopolskiego Związku Zawodowego Inicjatywa Pracownicza i przedstawiciel załogi w zarządzie poznańskich zakładów Cegielskiego.


 
Lewica.pl na Facebooku