Agnieszka Mrozik: Czy lewica potrzebuje patriotyzmu?

[2016-11-06 13:57:44]

Kiedy piszę ten tekst, jest sierpień, kilkanaście dni po obchodach 72. rocznicy wybuchu powstania warszawskiego, kilka po obchodach 96. rocznicy bitwy warszawskiej z 1920 roku. Łapię się na refleksji, że w ostatnich latach w Polsce miesiące upływają głównie pod znakiem obchodów kolejnych rocznic wydarzeń historycznych, uznanych za ważne z perspektywy narodowej, a przez to fetowanych coraz huczniej, choć niestety też coraz bardziej zajadle. Refleksji o kalendarzu rocznicowym towarzyszy więc niepokój, że oto masy mobilizowane są pod narodowymi sztandarami, że demon nacjonalizmu utożsamianego z patriotyzmem gna ludzi na ulicę i wydobywa z nich nie zawsze pozytywne emocje.

Przy takich okazjach budzą się bracia i siostry na lewicy, trąbiąc na alarm, że nacjonaliści kradną nam Polskę, zawłaszczają naród, wypaczają ideę patriotyzmu [1], i że w związku z tym trzeba je – Polskę, naród, patriotyzm – odzyskać, wydrzeć z prawicowych rąk, napełnić lewicową treścią [2]. Mnożą się więc inicjatywy lewicowe, którym przyświeca owa szczytna w zamierzeniu idea odbijania z rąk prawicy ogólnonarodowych świąt i symboli, to znów uzupełniania polskiego panteonu narodowego o bohaterów i wydarzenia ważne dla lewej strony politycznej barykady. W ciągu ostatnich kilku lat zanotowaliśmy prawdziwy wysyp tego rodzaju pomysłów; wśród nich m.in. współorganizowany przez Krytykę Polityczną wiec Kolorowa Niepodległa (2011), zgłoszoną przez Sojusz Lewicy Demokratycznej inicjatywę budowy pomnika Ignacego Daszyńskiego na Trakcie Królewskim w Warszawie (2012), zorganizowaną przez Porozumienie Kobiet 8 Marca Manifę, która w 2013 roku maszerowała ulicami stolicy pod hasłem „O Polkę niepodległą”, z plakatami okraszonymi kobiecymi piersiami w powstańczej kotwicy, lansowaną przez portal Lewica24.pl koncepcję „lewicy smoleńskiej” (2013), czy organizowane od kilku lat przez różne lewicowe środowiska obchody rocznicy powołania w dniu 7 listopada 1918 roku pierwszego lewicowego rządu w niepodległej Polsce itd.

Niniejszym rozważaniom przyświecać będzie jednak pytanie: po co? Do czego i dlaczego lewica w Polsce tak desperacko potrzebuje dziś patriotyzmu? W jakim celu powołuje się na niego przy każdej możliwej okazji? I najważniejsze: czy na szermowanie hasłem patriotyzmu jest skazana?

Patriotyzm strategiczny


Intuicja podpowiada mi, że odwoływanie się przez lewicę w Polsce – przede wszystkim zinstytucjonalizowaną: partyjną, NGO-sową – do idei patriotyzmu jest dziś w dużej mierze zabiegiem strategicznym. Patronuje mu cyniczne w gruncie rzeczy przekonanie, że aby zyskać zaufanie „ludu”, trzeba sięgnąć po jedyne skuteczne, jak od lat wbija nam do głów prawica, narzędzie mobilizacji emocjonalnej, czyli hasło patriotyzmu właśnie. Skoro bowiem „lud” jest patriotyczny, a o tym, że taki jest, mają nas upewniać tysięczne manifestacje z okazji obchodów historycznych rocznic, to znów wznoszone kolektywnie okrzyki radości podczas kibicowania „naszym” (głównie sportowcom), to czy lewica roszcząca sobie pretensje do reprezentowania go nie powinna być co najmniej równie (jeśli nie bardziej) patriotyczna? Filozoficzne zgoła pytanie – czego chce „lud”? – za którym nie idą w ślad badania socjologiczne, od dłuższego czasu prowadzi do uproszczonej odpowiedzi, sprowadzającej się do reprodukowania fantazmatu „ludu” jako „prostego”, a zatem łatwo sterowalnego za pomocą kilku zgranych haseł, takich jak patriotyzm czy przywiązanie do Kościoła [3]. Lewica kupuje i tę powierzchowną diagnozę, i rozwiązania, które utwierdzają ją w słuszności postawionej tezy. Koło się zamyka: „lud” JEST patriotyczny, a zatem NIE MOŻNA pozbawiać go dumy z Polski, krytykować narodowych przywar. Należy raczej grzać co sił w tym narodowym piecu, podsycać patriotyczne emocje, by dowieść, że jest się z „ludem” blisko, że się go rozumie, że jest się gotowym go reprezentować.

Pragnąc odzyskać władzę w Polsce, lewica decyduje się dziś na powielanie dominującego języka i gestów narodowej dumy i patriotyzmu, jakże łatwo ciążących ku narodowo-etnicznemu szowinizmowi i imperialnym ciągotom. Przykłady można mnożyć. Od gorliwych pop-patriotycznych gestów „trzymania kciuków za naszych”, „kibicowania naszym”, fotografowania się w narodowych barwach na twarzy i patriotycznych koszulkach przy okazji „startów naszych”, wykonywanych gremialnie przez różnych lewicowych polityków podczas tegorocznych Mistrzostw Europy w piłce nożnej oraz Igrzysk Olimpijskich w Rio de Janeiro, po koniunkturalną, podszytą rusofobicznymi sentymentami propagandę militarystyczną, uprawianą przy okazji tegorocznego szczytu NATO w Warszawie [4]. Od bezkrytycznego powielania antykomunistycznych kalek, po strategiczne milczenie lub zdawkowe komentarze na temat potencjalnego osiedlenia się w Polsce uchodźców z Bliskiego Wschodu. Te i wiele innych przykładów pokazują, że patriotyzm mainstreamowej lewicy stanowi dziś w dużej mierze powtórzenie tego, co prawica funduje nam od lat: niezbyt różni się od tamtego treścią, a i forma jest dziwnie podobna.

Dla wszystkich strategicznych patriotów na lewicy mam jednak złą wiadomość: polityczny kapitał ostentacyjnie zbijany dziś przez lewicę na patriotyzmie jest słaby. Gorliwe licytowanie się z prawicą na patriotyzm budzi nieufność, a w najlepszym wypadku obojętność. Ta strategia nie porywa, nie przyciąga, jest nieskuteczna, bo – z perspektywy odbiorców – po co komu kopia, skoro ma oryginał?

… i sentymentalny

Jest też obok strategiczności czynnik sentymentalny, który pcha niektórych na lewicy do szermowania hasłem patriotyzmu. Ckliwo-buńczucznie powtarzane: „No jakże to tak? Przecież my też mamy prawo do patriotyzmu, do Polski, do biało-czerwonej flagi. Mamy prawo do dumy narodowej, świętowania, symboli” [5], rozbrzmiewa w odpowiedzi na kolejne hucpy z udziałem narodowców lub sceptyczne głosy tych, którzy przekonują, że lewica nie musi być skazana na udeptywanie narodowego poletka [6]. Sentymentalnym deklaracjom towarzyszą przy tym próby zdefiniowania naszego, lewicowego patriotyzmu. Sprowadzają się one najczęściej do poszerzania lansowanego przez liberalne centrum rozumienia patriotyzmu w kategoriach płacenia podatków i sprzątania po psie – skądinąd czynności regulowanych przez prawo i bynajmniej nie heroicznych – o kwestie socjalne: walkę z ubóstwem, umowami śmieciowymi, przeciw komercjalizacji służby zdrowia, dyskryminacji kobiet na rynku pracy.

Szczytne to postulaty, pod którymi podpisuję się obiema rękoma. Pytam jednak, dlaczego w Polsce, aby wybrzmieć, hasła socjalne muszą być podczepiane pod patriotyzm [7]? A dodatkowo artykułowane na jednym wydechu z nazwiskami patriotów spod znaku tzw. lewicy niepodległościowej [8]? Czy socjalny język lewicy w Polsce naprawdę nie może się obyć bez odwołań do historii walk o wolność narodu? Nie jest dziś ona przecież w żaden sposób zagrożona. O co więc chodzi? Czy o to, że bez ciągłego przywoływania bohaterskiej tradycji lewicy niepodległościowej, działającej, przypomnę, w innym kontekście historycznym, aktualne hasła walki klasowej brzmią mniej dostojnie, mniej godnie, mniej poważnie? Bo że brzmią nie zawsze jasno, przede wszystkim dla tych, z myślą o których są wygłaszane, to pewne. Zapytajmy wyzyskiwanych dziś pracowników różnych branż, czy poczują się lepiej reprezentowani, gdy dowiedzą się, że bojownicy o ich interesy mają się za spadkobierców przedwojennego PPS-u bądź „Solidarności” z początku lat 80. XX wieku? Czy „pracownicy Tesco, Biedronki, Frito Lay, komercjalizowanych placówek służby zdrowia” dla powodzenia walki o własne interesy w systemie kapitalistycznym istotnie potrzebują „symbolicznej więzi ze strajkującymi robotnikami epoki socjalizmu” [9]? Jaki wniosek mają wyciągnąć z tej ahistorycznej lekcji walki klasowej?

Zmartwię sentymentalnych patriotów: gest ubierania postulatów socjalnych w kostium patriotyzmu, uszyty w dodatku z nawiązań do historii lewicowych walk o niepodległość, jest niezrozumiały, trąci myśleniem ahistorycznym, a przede wszystkim osłabia siłę politycznego oddziaływania lewicy. Traci ona swój znak rozpoznawczy i mobilizacyjny – gniew zrodzony z walki klasowej – w momencie, w którym daje się prawicy wciągnąć w licytację na zasługi dla wolności i niepodległości Polski. Deklaratywnie inny niż dominujący przekaz socjalnej lewicy rozmywa się w zalewie wypowiedzi podobnie brzmiących, bo koniec końców kręcących się wokół tych samych wątków: wolności, niepodległości, patriotyzmu, polskości [10].

Brzemię narodowej historii

W polskich warunkach patriotyzm funkcjonuje jako oczywistość: wartość niekwestionowana, choć jednocześnie wymagająca ciągłego potwierdzania. Wszystkie, w tym lewicowe, próby definiowania patriotyzmu zaczynają się więc od spłacenia trybutu w postaci patriotycznej autodeklaracji. Daje ona elementarne prawo wstępu do wspólnoty, w tym wspólnoty politycznego działania; jest glejtem uwiarygodniającym, czynnikiem uprawomocniającym zabieranie głosu w debacie publicznej. A ponieważ od dawna patriotyzm uchodzi w Polsce za skuteczne narzędzie mobilizowania ludzi do wychodzenia na ulice, autodeklaracja patriotyczna jest też czytelnym znakiem, rozpoznawalnym sztandarem, pod którym każda polityczna siła, w tym lewica, ma nadzieję zgromadzić „lud”, a następnie poprowadzić go na barykady. Nic więc dziwnego, że kwestionowanie na lewicy patriotyzmu jako najgłębszej wartości i oczywistej motywacji politycznego działania budzi niechęć w jej szeregach.

Sens odwoływania się do patriotyzmu, stanowiącego coś w rodzaju dogmatu w polskim życiu politycznym, nie podlega dyskusji na lewicy. Dopuszczalne jest tu co najwyżej redefiniowanie zakresu pojęciowego patriotyzmu: odrywanie go od rozumianego w kategoriach etnicznych narodu i wiązanie z koncepcją odpowiedzialności za państwo, pracy na rzecz wspólnego dobra, otwartości, przeciwdziałania nierównościom itp. Nie da się jednak nie zauważyć, że zabieg ten dla elementarnych szans powodzenia musi odbywać się w drodze dobrze znanego rytuału. Jego ważną częścią jest przywoływanie takich przykładów z historii polskiej lewicy, w których planie tradycje walki klasowej nierozerwalnie łączą się z tradycjami walki o niepodległość kraju. Przypominanie o udziale lewicy w walce o wolność narodu ma ją uwiarygodniać jako siłę polityczną; legitymowanie się przez nią patriotycznym rodowodem ma jej gwarantować prawo do wypowiadania się na tematy społeczne, ekonomiczne czy kulturowe. Trudno jednak oprzeć się wrażeniu, że objaśnianie przez lewicę jej pozycji na mapie sił narodowowyzwoleńczych, rekonstruowanie jej wkładu w działania na rzecz niepodległości Polski kosztują ją tyle energii i pochłaniają tyle miejsca, że zaczyna ich brakować na artykulację postulatów socjalnych. Koniec końców zakres znaczeniowy odnowionego pojęcia patriotyzmu jawi się jako zbieżny z zakresem znaczeniowym patriotyzmu rozumianego tradycyjnie: obydwu bliska jest wyprowadzona z historii idea walki o wolność narodu i niepodległość kraju.

W Polsce historia, przede wszystkim narodowowyzwoleńcza, od dawna pełni rolę podpórki dla postulatów różnych sił politycznych, opakowania, w którym są one sprzedawane społeczeństwu. Także lewica, której zadaniem powinno być diagnozowanie bieżącej rzeczywistości społecznej i ekonomicznej, a następnie wyprowadzanie z tej diagnozy wizji lepszej przyszłości, chętnie ogląda się na przeszłość – szczególnie na historię walk narodu polskiego o wolność – i w niej upatruje inspiracji do działania lub klucza do komunikowania się ze społeczeństwem. Jest to przy tym przeszłość wyidealizowana, wyczyszczona z kontekstu, przeniesiona w sferę mitu. Jak w przypadku ruchu „pierwszej Solidarności”, którą na wzorzec lewicowego działania ochoczo namaszczają dziś lewicowi prorocy [11]. A przecież, o czym przekonywał francuski badacz języka Roland Barthes, lewica nie powinna musieć sięgać po mit. Przynajmniej taka lewica, która ma ambicję radykalnej zmiany stosunków społecznych, przeorania społecznej tkanki, a nie wyłącznie wprowadzenia drobnych korekt do tego, co jest: „Istnieje język, który nie jest mityczny, jest to język człowieka-wytwórcy: wszędzie, gdzie człowiek mówi po to, aby przekształcić rzeczywistość, a nie zachować ją w obrazie, wszędzie, gdzie człowiek wiąże swój język z wytwarzaniem rzeczy, tam metajęzyk ustępuje językowi-przedmiotowi i mit jest niemożliwy” [12].

Barthes nazywa ten język rewolucyjnym. Wskazuje, że jego powstanie jest właściwe momentowi rewolucyjnemu. Mimo że w Polsce nie ma dziś takiego momentu ani siły, którą dałoby się określić tym mianem, to szanse na powstanie takiego języka nie są całkiem zaprzepaszczone. Choć nie da się ukryć, że wzmocnieniu tych szans nie sprzyja „trwożliwe – jak pisał Marks – przywoływanie na pomoc duchów przeszłości, zapożyczanie od nich imion, haseł bojowych i szat, aby w tym uświęconym przez wieki przebraniu i w tym zapożyczonym języku odegrać nowy akt historii świata” [13].

W powoływaniu się na historię – przede wszystkim w akcentowaniu znaczenia historii narodowowyzwoleńczej, historii narodowej martyrologii i bohaterstwa – upatrywaniu w niej inspiracji, wzorców działania, postaw moralnych kryje się słabość, brak pomysłów, wizji skutecznego rozwiązywania bieżących problemów. Jest w tym też polityczny cynizm, strategiczność, która sprowadza się do wykorzystywania przeszłości w celu rozgrywania teraźniejszości: zdobycia władzy i czerpania z niej korzyści. Prawica jest w tym świetna, skuteczna w kreśleniu celu, który uświęca środki. Lewica nie musi jednak iść tą samą drogą, nie musi powielać prawicowej strategii. Nie chodzi przy tym o to, że powinna być moralnie czystsza, świętsza niż prawica, ale o to, że tylko dzięki trafnej diagnozie rzeczywistości społecznej i ekonomicznej jest w stanie proponować skuteczne rozwiązania aktualnych, palących problemów, z którymi borykają się Polacy i Polki. Język realnej zmiany społecznej, by wybrzmieć i porwać ludzi, nie musi odwoływać się do zmitologizowanych pojęć w rodzaju patriotyzmu, nie musi ich redefiniować, nie musi też obudowywać się przykładami z historii tylko po to, by pod ich osłoną przemycać postępowe treści.

Ku lewicy internacjonalistycznej

Oglądanie się na przeszłość – na historię polskiego narodu walczącego heroicznie z wrogami, płacącego daninę krwi za wolność, w tym także na tradycję aktywności uwikłanej w tę historię lewicy – jest dziś, w czasach pokoju i demokracji, nie tylko anachroniczne, ale i wsobne, izolacjonistyczne. Właśnie teraz, jak może nigdy wcześniej w naszej historii, jest ten moment, kiedy polska lewica nie musi zerkać za siebie, gonić własnego ogona historycznego bohaterstwa i ofiary, lecz może, a nawet powinna, otworzyć się na problemy współczesnego świata, poczuć się częścią tych sił, które walczą o postęp nie tylko w wymiarze narodowym, ale również między- i transnarodowym.

Nie da się ukryć, że w ostatnim czasie polska lewica nie angażowała się nadmiernie w budowanie frontu postępu w Europie, nie mówiąc o innych częściach świata. Kilka razy pokazała za to twarz reakcyjną – jak wtedy, gdy w duchu neoliberalnym łajała premiera Grecji Aleksisa Tsiprasa za próbę zawrócenia kraju z drogi cięć i wręcz doradzała Grekom większe „zaciskanie pasa” [14] lub kiedy wyrażała mniej lub bardziej ostrożny entuzjazm dla zwiększenia obecności NATO w Europie Środkowo-Wschodniej [15], grając tym samym na militarystyczną nutę Prawa i Sprawiedliwości – to znów na konformistycznie nijaką, jak w przypadku dyskusji o „kryzysie migracyjnym”: podczas ubiegłorocznej kampanii wyborczej do parlamentu temat ten był przez lewicę obchodzony szerokim łukiem, a i dziś trudno o jej jasny, odważny głos w tej sprawie.

To milczenie polskiej lewicy na tematy trapiące dziś świat, lub przynajmniej Unię Europejską, to znów niewyraźne zabieranie głosu, przemawianie językiem właściwym polskiemu, reakcyjnemu głównemu nurtowi, może wynikać z tego, że coraz bardziej grzęźnie ona – jak cała polska scena polityczna i debata publiczna – w krajowych sporach: staje się wsobna, zamyka się na sprawy międzynarodowe, drepcze w miejscu. Tymczasem, jak przekonywał niedawno były minister finansów Grecji, Yanis Varoufakis, nie ma dziś czasu na zasklepianie się w piekle domowych problemów. Trzeba wyjść na zewnątrz: jednoczyć się, budować koalicje lewicowych partii, organizacji, związków zawodowych – lewicowy front zdolny stawić czoła neoliberałom i rosnącej w siłę populistycznej prawicy [16]. Imperatyw podejmowania tego rodzaju działań powinien wypływać z lewicowego etosu zmieniania na lepsze świata, w którym żyjemy, ale przede wszystkim z pogłębionej diagnozy rzeczywistości społecznej, ekonomicznej i politycznej. Ta zaś wskazuje na umacnianie się światowego kapitału, radykalny wzrost nierówności i coraz wyraźniejsze dochodzenie do głosu populistycznej prawicy, oferującej autorytarne rządy i militaryzację jako remedium na kryzysy ekonomiczne i społeczne. Stare Marksowskie zawołanie: „Proletariusze wszystkich krajów, łączcie się!” jest dziś znów bardzo aktualnym wezwaniem do mobilizacji. Walka z bezrobociem, z elastycznym rynkiem pracy, z biedą, ale też z dyskryminacją kobiet, mniejszości etnicznych, narodowych, seksualnych, walka o pokój nie tylko u siebie, w kraju czy nawet regionie, ale na świecie, motywowana przekonaniem, że żadne państwo, żadne społeczeństwo nie istnieje w próżni, lecz jest częścią międzynarodowego systemu naczyń połączonych – to wszystko powinno być częścią owego etosu czy wręcz konkretnego programu lewicy internacjonalistycznej, otwartej, odważnie stawiającej opór neoliberałom i populistycznym nacjonalistom.

Można więc powiedzieć, że nie patriotyzm, sprowadzany koniec końców do narodowego poletka, ale internacjonalizm – myślenie o pokoju i godnych warunkach życia ludzi we wszystkich częściach świata – powinien napędzać lewicę, w tym polską lewicę, do działania. Jakby to obrazoburczo nie zabrzmiało, świat nie zaczyna się i nie kończy na Polsce, za to los Polski jest silnie sprzężony z losami świata. Realna troska lewicy o lepszy świat, przejawiająca się na przykład w działaniach na rzecz wzmocnienia międzynarodowych związków zawodowych, instytucji broniących praw człowieka, w działaniach na rzecz pokoju itp., przekłada się na dobrostan Polaków i Polek. Przede wszystkim jednak jest przejawem troski o ludzi, niezależnie od ich stanu posiadania, koloru skóry, płci, wyznania, obywatelstwa tego czy innego kraju. Internacjonalizm nie jest utopią, jak kpiąco powtarza prawica, usiłując zdezawuować tę ideę [17]. Jest koniecznością.

Przypisy:

[1] Zob. np. M. Kicińska, „Nowy Świat maszeruje”, Tygodnik Powszechny 2016, nr 33.
[2] Zob. A. Graff, „Polskość nie jest własnością endeków”, w: tejże, Rykoszetem. Rzecz o płci, seksualności i narodzie, Warszawa 2008, s. 214-222.
[3] Zob. S. Sierakowski, „Papież jest przywódcą lewicy”, Dziennik Opinii, 22.07.2016.
[4] Zob. J. Majmurek, „Lewico, pogódź się z NATO!”, Dziennik Opinii, 8.07.2016.
[5] Zob. H. Gill-Piątek, „Biało-czerwoną wprowadzić!”, Dziennik Opinii, 8.04.2013.
[6] Zob. A. Mrozik, P. Szumlewicz, „Bez narodu ani rusz?”, lewica.pl, 4.03.2013.
[7] Zob. A. Bilewicz, „Socjalpatriotyzm”, Kontakt, 30.06.2014.
[8] Zob. „Nie ma już pustki na lewicy. Z Adrianem Zandbergiem rozmawia Michał Sutowski”, Dziennik Opinii, 8.04.2016.
[9] K. Szczuka, „Wstęp ideologiczny i trochę sentymentalny”, w: A. Wiśniewska, Duża Solidarność, mała solidarność. Biografia Henryki Krzywonos, Warszawa 2010, s. 6.
[10] Zob. „Niepodległościowi lewacy. Spór o polski patriotyzm. Adam Leszczyński rozmawia z Andrzejem Mencwelem”, wyborcza.pl, 1.02.2016.
[11] Zob. J. Sowa, Inna Rzeczpospolita jest możliwa, Warszawa 2015.
[12] R. Barthes, Mitologie, przeł. A. Dziadek, Warszawa 2000, s. 281.
[13] K. Marks, 18 brumaire’a Ludwika Bonaparte, przeł. Z. Simbierowicz, Warszawa 2011, s. 105. Interesujące dla przeanalizowania tego wątku na gruncie polskim mogłoby się okazać prześledzenie aktywności partii Razem w obszarze popularyzowania wiedzy o historii. Zastanawiające, że mając duże ambicje (i potencjał), by stać się nową, odważną lewicową siłą na polskiej scenie politycznej, partia ta wyjątkowo dużo czasu i energii poświęca na działalność upamiętniającą zasługi działaczek i działaczy tzw. lewicy niepodległościowej. Można wręcz odnieść wrażenie, że składanie kwiatów na grobach tych bohaterów, organizowanie spotkań „ku czci” czy dyskusji na temat roli historii w polityce lewicy pochłania działaczy i działaczki Razem w równym (a może nawet większym?) stopniu, co udział w demonstracjach, organizowanie pikiet czy debat na temat politycznego programu lewicy. Zob. na profilu facebookowym Razem w Warszawie zapis debaty pt. „Jakiej polityki historycznej potrzebuje lewica?”, Warszawa, 14.06.2016. Zob. też komentarz do tego spotkania: P. Ciszewski, „Poprawność historyczna”, lewica.pl, 22.06.2016.
[14] Kiedy 5 lipca 2015 roku w Grecji odbywało się referendum, w którym miała zapaść decyzja o przyjęciu bądź odrzuceniu przez obywateli tego kraju warunków porozumienia z wierzycielami (chodziło m.in. o zgodę na dalsze cięcia wydatków w zamian za kolejną pożyczkę zagranicznych funduszy na spłatę greckiego zadłużenia), ówczesny wicemarszałek Sejmu z ramienia Sojuszu Lewicy Demokratycznej, Jerzy Wenderlich, apelował do Greków, by wystawili czerwoną kartkę premierowi Aleksisowi Tsiprasowi i de facto poparli dotychczasową politykę „zaciskania pasa”. Zob. Woronicza 17, TVP Info, 5.07.2015, http://vod.tvp.pl/20465030/05072015.
[15] Zob. J. Majmurek, „Lewico, pogódź się z NATO”, dz. cyt.; „Razem: NATO? Jesteśmy krytyczni, ale nie naiwni”, Dziennik Opinii, 9.07.2016; M. Sutowski, „Długi telegram po Szczycie”, Dziennik Opinii, 11.07.2016.
[16] Y. Varoufakis, „Zbudujmy postępowy internacjonalizm”, http://opinie.wp.pl/yanis-varoufakis-zbudujmy-postepowy-internacjonalizm-6024226027225729a, 7.08.2016.
[17] Zob. W. Świetlik, „Internacjonalizm planetarny”, wpolityce.pl, 10.08.2016.

Tekst ukazał się w 109 numerze kwartalnika "Bez Dogmatu".

Agnieszka Mrozik


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Łańcuch światła w obronie sądów
CAŁA POLSKA
21 lipca (piątek), godz. 21.00
"Bez Dogmatu" - zaproszenie do współtworzenia pisma
do 15 sierpnia
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

22 lipca:

1878 - Urodził się Janusz Korczak, pisarz, pedagog, działacz społeczny. Prekursor walki o prawa dziecka. Zgładzony w Treblince, gdzie do końca pozostał ze swymi podopiecznymi.

1944 - W Lublinie ogłoszono Manifest PKWN.

1946 - Urodził się Danny Glover, amerykański aktor, producent i reżyser o lewicowych poglądach.

1946 - Syjonistyczne organizacje Irgun i Lehi dokonały zamachu bombowego na hotel King David w Jerozolimie, w którym mieściła się brytyjska kwatera główna. Zginęło 91 osób, a 45 zostało rannych.

1977 - Chiny: Deng Xiaoping został przywrócony do władzy.

1986 - Socjaldemokraci z PSOE wygrali wybory parlamentarne w Hiszpanii.

2005 - W londyńskim metrze został omyłkowo zastrzelony przez policję, wzięty za zamachowca, Brazylijczyk Jean Charles de Menezes.

2011 - Prawicowy ekstremista Anders Breivik dokonał zamachów na siedzibę premiera Norwegii w Oslo, w którym w wyniku wybuchu bomby zginęło 8 osób, a następnie na uczestników obozu młodzieżówki Norweskiej Partii Pracy na wyspie Utoya, gdzie zastrzelił 69 osób.


 
Lewica.pl na Facebooku