William Irigoyen: SPD bez busoli

[2017-09-15 19:48:21]

Wybory parlamentarne odbędą się w Niemczech 24 września br. Nie zapowiada się na zwycięstwo socjaldemokratów nie tylko z powodu porażek poniesionych przez nich w niedawnych wyborach na szczeblu krajów związkowych i na akrobatyczne koalicje, które zawiązują. Rozbity wydaje się trzon ideowy ich programu. W terenie zdezorientowani działacze SPD na próżno szukają jasnej linii politycznej.

W wiosenny deszczowy poranek grupa uczniów maszeruje wzdłuż Stadthalle, hali miejskiej w Bad Godesberg. Żaden z małolatów nie zadaje sobie trudu rzucenia okiem na ten stary, należący do miasta budynek, w którym odbył się historyczny kongres Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD). W listopadzie 1959 r. ta marksistowska partia, założona w 1875 r. w mieście Gotha (Turyngia), uchwaliła, że „aprobuje gospodarkę wolnorynkową wszędzie tam, gdzie afirmuje się konkurencja", potwierdziła swoją przynależność do bloku zachodniego i dała wyraz woli otwarcia się na inne kategorie społeczne – dotychczas należeli do niej robotnicy. Zarazem opowiedziała się jeszcze za „zaprowadzeniem nowego ładu społeczno-gospodarczego" i przyznała, że „własność kolektywna jest uprawnioną formą kontroli publicznej, z której nie może zrezygnować żadne nowoczesne państwo".

Dziś, prawie sześć dziesięcioleci później, program ten wydawałby się przywódcom partyjnym nieznośnie radykalny. W latach 1998-2005 rządząca wraz z Zielonymi SPD narzuciła Agendę 2010, która wysadziła w powietrze osłony socjalne (emerytury, zasiłki dla bezrobotnych, prawo pracy). Jako młodszy partner „wielkiej koalicji" kierowanej przez Angelę Merkel w latach 2005-2009 i 2013-2017 zrobiła wszystko, aby nie było o niej słychać. Zajęła dwuznaczną postawę, kiedy należało nie dopuścić do tego, aby minister finansów Wolfgang Schäuble zacisnął pętlę na szyi Grecji. Była zdezorientowana, kiedy Merkel wprowadziła płacę minimalną, która stanowiła centralny postulat SPD. Była zagubiona, kiedy w 2015 r. Merkel orędowała za przyjęciem uchodźców.

Problem z korzeniami


Triumfalny wybór Martina Schulza, byłego przewodniczącego Parlamentu Europejskiego, na stanowisko przewodniczącego SPD w marcu br. miał wprawić partię w ruch i przygotować ją do zwycięstwa w wyborach parlamentarnych, które odbędą się 24 września, po 12 latach panowania konserwatystów. Tymczasem partię czekał zimny prysznic: trzy kolejne porażki, które SPD poniosła w marcu i w maju w wyborach do landtagów w krajach związkowych: Saarze, Szlezwiku-Holsztynie i Północnej Nadrenii-Westfalii sprawiły, że bańka mydlana pękła. Choć alianse krajowe SPD należą do osobliwości niemieckiego życia politycznego, pogłębiają one poczucie niespójności. W czterech krajach związkowych (Meklemburgii-Pomorzu Przednim, Saarze, Saksonii i Saksonii-Anhalcie) partia ta współrządzi z konserwatystami z Unii Chrześcijańsko-Demokratycznej (CDU). W trzech innych dzieli władzę z Die Linke. Wypada zatem zadać sobie pytanie, czy SPD, silna solidnymi instytucjami i znanymi osobistościami na bilbordach, istnieje jeszcze jako formacja polityczna zdolna zaprezentować jakiś projekt społeczeństwa. Czy dysponuje jeszcze busolą ideowo-programową, czy też istnieje już tylko po to, aby utrwalać swoje pozycje w systemie władzy choćby za cenę dzielenia się nimi z prawicą?

Jeśli zechcemy trzymać się deklaracji zamiarów, to pytania takie wydadzą się bezzasadne. SPD twierdzi, że chce odrodzić społeczną gospodarkę rynkową, uczynić z państwa motor wzrostu gospodarczego i zatrudnienia, bardziej opodatkować wysokie dochody, regulować rynki finansowe, walczyć z nadużywaniem zatrudnienia pracowników tymczasowych, zwiększyć uprawnienia pracowników w radach zakładowych itd. A priori niewiele jest tu punktów wspólnych z chadekami, którzy są zwolennikami jeszcze bardziej rozpasanego wolnego rynku i ulg podatkowych, przeciwnikami przywrócenia podatków od fortun i rębaczami długu publicznego. Tymczasem rozmaite koalicje CDU-SPD, zarówno na szczeblu federalnym, jak i w krajach związkowych ujawniają wzajemną porowatość programową tych dwóch partii. Sprawiają wrażenie, że socjaldemokraci czynią większe ustępstwa polityczne swoim adwersarzom, a zarazem partnerom, niż ci – socjaldemokratom. Stąd postawa rezygnacji szerząca się od dawna wśród działaczy i sympatyków partii.

André Stinka, kandydat SPD w wyborach krajowych w Północnej Nadrenii-Westfalii, pochodzi z Dülmen, gminy w Zagłębiu Ruhry, gdzie dawne fabryki zamienia się w eleganckie pawilony. Przyznaje, że partyjny dyskurs odbiega od realnej polityki. „W partii mówimy nieustannie o sprawie samotnych matek, ale kto z nas naprawdę zna ich sytuację? Niektórzy posłowie i radni nie rozmawiają już z ludźmi, do których powinni się zwracać." Rainer Einenkel, były przewodniczący rady zakładowej Opla, obecnie emeryt, stawia sprawę bardziej kategorycznie. SPD, stwierdza, „pozostawiła pracowników na łasce losu, ponieważ myślała, że oni znikną z własnej woli". Stwierdzenie to jest oparte na długim doświadczeniu pracy w terenie, podczas której Einenkel negocjował z posłami krajowymi i radnymi socjaldemokratycznymi liczne sprawy socjalne związane z zamykaniem fabryk. „Problemem SPD", dodaje, „jest skłonność do rządzenia razem z innymi. Partia ta ma problem ze swoimi korzeniami. Można by powiedzieć to samo o chadekach, ale CDU pozostaje znacznie bardziej przywiązana do swoich zasad ideowych."

Między nowym środkiem a Die Linke

Gerhard Schröder, socjaldemokratyczny kanclerz w latach 1998-2005, doprowadził zaburzenia ideowe partii do paroksyzmu. W ślad za neoliberalną „trzecią drogą" Anthony Blaira w Wielkiej Brytanii wylansował „nowy środek": pod przykrywką wyścigu o konkurencyjność zredukował środki pomocowe państwa, uelastycznił pracę i zażądał, aby każdy sam sobie radził. Po kilku latach zubożali pracownicy zastąpili bezrobotnych korzystających z zasiłków – pozostawało to w rażącej sprzeczności z filozofią polityczną, na którą powołuje się SPD. Partia oderwała się wówczas od swoich własnych działaczy i od swojej bazy społecznej oraz przegrała wybory. Szczyt ironii losu – nowa kanclerka, składając pod koniec 2005 r. swoją pierwszą ogólną deklarację polityczną, pochwaliła poprzednika za odwagę. Dwa lata później powstała Die Linke – partia lewicowa wrogo nastawiona do takiego socjalliberalnego dryfowania.

Uprzywilejowanie koalicji z tą partią mogłoby pomóc SPD w ponownym zakotwiczeniu na lewicy. Na szczeblu federalnym sprawa ta wywołuje zawzięte debaty. „SPD nie może wchodzić w sojusz z Die Linke, zwłaszcza dlatego, że ta ostatnia grozi wyjściem z NATO", orzeka były socjaldemokratyczny europoseł Helmut Kuhne. A przecież obie partie rządzą razem w Berlinie, Brandenburgii i Turyngii. Matthias Hey, przewodniczący klubu parlamentarnego SPD w landtagu turyńskim, widzi w Bodo Ramelowie, należącym do Die Linke premierze tego kraju związkowego, „realistycznego" polityka, z którym jego partia chętnie tworzy wspólny front, „kiedy chodzi o walkę z nierównością społeczną w kraju, w którym mieszka ponad milion milionerów". Przyznaje jednak, że od partnera dzielą go głębokie rozbieżności polityczne. Na przykład w zeszłym roku, kiedy koalicja CDU-SPD na szczeblu federalnym chciała usunąć z Niemiec Algierczyków, Marokańczyków czy Tunezyjczyków, którym odmówiono prawa do azylu, Die Linke i Zieloni byli temu przeciwni.

Wielu posłów i radnych SPD, z którymi rozmawialiśmy, twierdzi, że ich „naturalnym sojusznikiem" w Bundestagu mogłaby być Die Linke, gdyby partia ta składała się „jedynie z pragmatyków" – to znaczy z posłów z dawnych Niemiec Wschodnich, którzy po zjednoczeniu przywykli do zawierania koalicji z socjaldemokratami, w przeciwieństwie do posłów z byłych Niemiec Zachodnich. Ci ostatni, twierdzi bez uszczypliwości Andreas Bausewein, SPD-owski burmistrz Erfurtu, to mieszanka „byłych komunistów, anarchistów i naszych byłych działaczy, którzy do nas się rozczarowali". Przede wszystkim jednak, dodaje, „należy zastanowić się, dlaczego partia jest dziś w tak trudnej sytuacji. Otóż uległa ona mutacji socjologicznej. Straciła swoich tradycyjnych wyborców – robotników." Inne często spotykane wyjaśnienie zniechęcenia do SPD brzmi tak: partia ta nie jest nośnikiem żadnego kontrmodelu społeczeństwa ani nawet globalnego projektu politycznego, odkąd zasadniczo wygrała swoje boje o pierwsze układy zbiorowe pracy, o uznanie związków zawodowych, o ośmiogodzinny dzień pracy, o tworzenie rad zakładowych, ubezpieczenie publiczne przed bezrobociem, odprężenie w stosunkach z Niemiecką Republiką Demokratyczną i blokiem wschodnim w latach 70. (Ostpolitik) itd.

A jeśli socjaldemokraci, współrządząc z CDU, skazali się na rolę „sumienia społecznego" prawicy niemieckiej? W landtagu Meklemburgii-Pomorza Przedniego z siedzibą w Schwerinie, gdzie SPD zasiada jako partner w koalicji rządzącej, którą kierują chadecy, socjaldemokraci kasują od ręki takie zarzuty. „Różnice są zasadnicze", zapewnia Thomas Küger, przewodniczący socjaldemokratycznego klubu parlamentarnego. „My bardzo chcemy rokowań zbiorowych w sprawie równości płac między wschodnią a zachodnią częścią kraju. Tak nie jest w przypadku CDU. O czasie pracy nasi partnerzy nie mówią tego samego co my. Działamy również na rzecz bezpłatnej edukacji. Tak nie jest w ich przypadku. Ponadto oni chcą wszystko prywatyzować. My afirmujemy znaczenie państwa." Rola państwa ma być jednak bardzo ograniczona, zgodnie z zasadą programową zafiksowaną na kongresie w Bad Godesberg: „konkurencji tyle, na ile tylko jest to możliwe, planowania na tyle, na ile jest to konieczne".

Naturalny sprzymierzeniec CDU

Zdaniem Benjamina Himmlera, pracownika Fundacji im. Friedricha Eberta, politycznie bliskiej SPD, partia ta „stała się konserwatywna. Działa na rzecz status quo. Nic dziwnego, że została naturalnym sprzymierzeńcem CDU." Zapewnia, że jeśli po najbliższych wyborach wznowiona zostanie „wielka koalicja", odda swoją legitymację partyjną. Na razie, podobnie jak inni, zastanawia się, czy Schulz, który stanął na czele listy partyjnej po tym, jak Sigmar Gabriel zrezygnował z ubiegania się o pierwsze miejsce na liście, będzie potrafił ucieleśnić odnowę. Schulz mnoży sprzeczne sygnały. Przyznaje, że reformy Schrödera stworzyły pokolenie „pracującej biedoty", twierdzi, że chce, aby zasiłki dla bezrobotnych i emerytury były wyższe, gotów jest walczyć z nadużywaniem umów na czas określony – to wszystko podoba się Reinerowi Hoffmannowi, przewodniczącemu Niemieckiego Zrzeszenia Związków Zawodowych (DGB). Stosunki między związkami zawodowymi i SPD są dziś bezspornie lepsze niż za rządów Schrödera.

Schulz potrafi jednak sytuować się na bardziej konserwatywnych pozycjach – na przykład wtedy, gdy stawia hipotezę, że Grecja będzie musiała opuścić strefę euro, jeśli nie przeprowadzi „koniecznych reform". „Koncepcja sprawiedliwości społecznej oficjalnego kandydata SPD nie jest jeszcze jasna dla wyborców", uważa Martin Koschkar, politolog z uniwersytetu w Schwerinie. Dostrzega to Sahra Wagenknecht. Ta uważana przez licznych socjaldemokratów za osobę zbyt radykalną oficjalna kandydatka Die Linke wzywa SPD, aby powróciła do swoich zasad podstawowych, a w szczególności do następującego zapisu w programie partyjnym uchwalonym w 1989 r. na zjeździe w Berlinie: „Współczesne rewolucje obywatelskie obiecały więcej wolności, równości i braterstwa niż zrealizowały. To powód, dla którego ruch robotniczy domaga się solidarnego społeczeństwa z wolnością dla wszystkich. Należy podjąć się realizacji zasadniczego doświadczenia historycznego: nie wystarczy naprawa szkód wyrządzonych przez kapitalizm. Konieczny jest nowy ład w gospodarce i społeczeństwie."

W swoich pracach poświęconych SPD politolog Franz Walter opisał powolne dryfowanie ideologiczne i socjologiczne tej partii, „od proletariatu ku nowemu środkowi" [1]. Wynika z nich, że nie ma już ona „socjalistycznego celu". Schulzowi często zarzucano, że zbyt blisko mu do przewodniczącego Komisji Europejskiej, liberała Jean-Claude’a Junkera. Wydaje się, że w związku z wrześniowymi wyborami gotów jest on jedynie skręcić trochę na lewo, aby zaznaczyć różnicę nie afirmując zerwania. Jego największy „kapitał" polityczny to nietypowa biografia i bliska zwykłym obywatelom, sympatyczna osobowość. „Produkt" podoba się mediom. Marzy mu się, że zostanie nowym Willy Brandtem, który był kanclerzem w latach 1969-1974. Wtedy SPD miała ponad milion członków, a dziś ma niespełna 445 tys. Przesłanie polityczne Brandta było jasne, toteż na lewo od siebie nie miał żadnego poważnego konkurenta.

William Irigoyen



tłum. Zbigniew M. Kowalewski



[1] F.Walter, Die SPD. Vom Proletariat zur neuen Mitte, Berlin, Alexander Fest 2002; tenże, Die SPD. Biographie einer Partei, Berlin, Rowohlt 2015.

Tekst pochodzi z miesięcznika "Le Monde diplomatique - edycja polska"


fot. Wikimedia Commons


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

DLACZEGO POLACY SIĘ NIENAWIDZĄ?
premiera 22 listopada (środa)
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

14 grudnia:

1852 - Na Curaçao urodził się Daniel De Leon, amerykański socjalista, działacz II Międzynarodówki, przywódca Socjalistycznej Partii Pracy.

1870 - Urodził się Karl Renner, austriacki polityk, socjolog prawa, jeden z teoretyków austromarksizmu; 1918-20 pierwszy kanclerz, 1945-50 prezydent Austrii.

1913 - W Samborze urodził się Artur Sandauer, krytyk literacki, eseista, tłumacz i profesor Uniwersytetu Warszawskiego.


 
Lewica.pl na Facebooku