Mateusz Mazzini: Chilijczycy burzą pomnik własnej transformacji

[2019-11-05 18:44:00]

Chilijska rzeczywistość polityczna przez dekady uznawana była za modelowy przykład skutecznego, pokojowego przejścia z dyktatury do demokracji. Teraz zaczyna odsłaniać swoje drugie oblicze, przesycone nierównością, uwłaszczeniem nomenklatury i obojętnością państwa na krzywdy obywateli.

Ostatnie masowe protesty na ulicach Santiago przeszłyby w Europie zapewne bez echa, gdyby nie zaczęli ginąć w nich ludzie. Powszechna percepcja krajów latynoamerykańskich na Starym Kontynencie jest bowiem oparta na wyobrażeniu społeczeństw ubogich, nieustannie pogrążonych w ekonomicznym kryzysie, lub przynajmniej w ten kryzys regularnie popadających. Ludzie protestują tam praktycznie co chwilę, bo struktury państwowe są zbyt biedne i za mało skonsolidowane, by rozwiązać najważniejsze problemy społeczne, albo nawet odpowiednio szybko je zauważyć. Ameryka Południowa jest cały czas lądem odległym, często egzotycznym, dalece spoza naszego europejskiego imaginarium.

O społeczeństwach latynoamerykańskich myślimy w Europie jako o konstrukcjach reaktywnych. Protestują, bo dzieje im się krzywda, najpewniej powstała w wyniku nagłej zmiany władzy, zbrojnego przewrotu czy załamania się cen surowców na światowych rynkach. Scenariusz ten często jest zgodny z prawdą, bo latynoamerykańskie demokracje są tak skonstruowane, tak wrażliwe na wahnięcia, że pojedyncza zmiana może wytrącić je ze stanu stabilności. Zdarzają się jednak odstępstwa od tej reguły: protesty tak szerokie w swoich postulatach i głębokie w przyczynach, że nie sposób jasno zidentyfikować, co pcha ludzi na ulicę, poza fundamentalną niezgodą na otaczającą ich rzeczywistość.

To właśnie dzieje się w tej chwili w Chile. Media w swoich zdawkowych depeszach spłaszczają tę rekordową mobilizację społeczną, największą od czasu upadku dyktatury Augusta Pinocheta (bo niekoniecznie upadku samego generała) w 1989 roku, do kwestii podwyżki cen biletów metra w stolicy. Jednak protesty te interpretować należy dużo szerzej. Fakt – podniesienie ceny pojedynczego przejazdu o trzydzieści pesos, mniej więcej piętnaście polskich groszy, wywołało błyskawiczną reakcję niezadowolenia, ale równie szybko dopisane zostało przez uczestników manifestacji do bardzo długiej listy powodów, dla których chilijska demokracja coraz bardziej ich rozczarowuje. Bo jak głosiły transparenty wystawione na Plaza Italia, stołecznym sanktuarium protestów wszelkiej maści, tu nie chodzi o trzydzieści pesos, tu chodzi o trzydzieści lat.

Grzeszna transformacja

Kiedy Chile przechodziło z dyktatury w demokrację, pozbawiając Pinocheta legitymacji do rządzenia w sposób najbardziej cywilizowany z możliwych – poprzez zwycięski dla opozycji plebiscyt 1988 roku – po kraju rozlewała się euforia. Zjednoczona pod tęczowym sztandarem koalicja partii lewicowych, centrowych, chadeckich (które w Chile ideologicznie są raczej socjaldemokratyczne niż prawicowe) i liberalnych stworzyła niezwykle przekonującą kampanię, choć zadanie miała niełatwe. Przede wszystkim dlatego, że wyborcom musiała zaszczepić przekaz z gruntu negatywny – pytanie referendalne dotyczyło zgody na pozostanie Augusta Pinocheta u władzy przez kolejne osiem lat. Dlatego opozycja szła do plebiscytu z transparentami na pierwszy rzut oka co najmniej niespójnymi, o ile nawet nie wewnętrznie sprzecznymi. Logotyp kampanii składał się z tęczowego, pod każdym względem optymistycznego tęczowego łuku, pod którym widniał czarny, surowy napis „NO”.

Siły demokratyczne jednak wygrały, a Pinochet swoją porażkę przy urnach zaakceptował. Nie dokonał kolejnego przewrotu, nie wezwał na pomoc wojska, pozwolił na przeprowadzenie rok później powszechnych wyborów prezydenckich. Jednak już na tym etapie powstały pierwsze szczeliny w chilijskiej strukturze społecznej, które z czasem rozrosły się wręcz do niemożliwych do zasypania przepaści.

Bo Pinochet wprawdzie przestał być dyktatorem i nie skupiał już w swojej dłoni pełni władzy nad osiemnastomilionowym z górą narodem, ale nie zrzekł się roli politycznego i gospodarczego rozgrywającego na krajowej, a często i międzynarodowej scenie. Chilijska transformacja, strukturalnie rzecz ujmując, stanowi lustrzane odbicie zmian ustrojowych w Polsce. Kolorowa koalicja w pokojowy sposób odsunęła od władzy antydemokratycznego generała, by kompletnie rozsypać się i wewnętrznie pokłócić już kilkanaście dni po formalnym ustanowieniu demokracji. Odchodzący reżim uzyskał niezwykle komfortowe warunki. Zrzekł się wprawdzie pełni władzy i wytypował niektórych z własnych szeregów do roli odpowiedzialnych za masowe morderstwa oraz zniknięcia komunistycznych i socjalistycznych działaczy, ale zachował całą masę przywilejów politycznych, a przede wszystkim – fortuny zbite często nielegalnie na państwowym, sprywatyzowanym na dziko majątku.

Obu stronom dogadać się pomagał Kościół, z jednej strony wspomagający ofiary reżimu prawnie i logistycznie w walce o prawdę o zaginionych aktywistach, ale z drugiej zawsze pozostający w bezpiecznym miejscu układu planetarnego, którego gwiazdą był Pinochet. Również dlatego, że jak wiemy dziś, bliskość generalskiego dworu i częściowy chociaż antykomunizm dawały immunitet i pomagały wyciszać skandale pedofilskie, zarówno ze strony władz krajowych, jak i Watykanu.

Dzisiejsze niezadowolenie społeczne, które ujawniło się pod postacią ponadmilionowej rzeki ludzi rozlewającej się na głównych alejach Santiago, po części bierze się z grzechu pierworodnego chilijskiej transformacji. Grzechu, którego być może nie dało się uniknąć.

„Sprawiedliwość w miarę dostępnych możliwości”

Kiedy chilijska demokracja ledwie raczkowała, pierwszy prezydent kraju w epoce postdyktatorskiej, Patricio Aylwin, podjął decyzję bardzo odważną z symbolicznego punktu widzenia. Zamiast inauguracji prezydentury w sposób tradycyjny, ograniczony do ceremonii w odbudowanym po bombardowaniu z 1973 roku pałacu La Moneda, swoje rządy rozpoczął na stołecznym Stadionie Narodowym. Mieszczący blisko siedemdziesiąt tysięcy osób obiekt był w pierwszych miesiącach dyktatury używany jako tymczasowy obóz koncentracyjny, z którego potem lewicowych działaczy „znikano” do rozrzuconych po całym kraju tajnych więzień, miejsc tortur i morderstw.

Rozpoczynając swoją kadencję, a tym samym nowy, demokratyczny rozdział w historii Chile, Aylwin chciał przekazać światu ważną wiadomość: nowe rodzi się w miejscu starego, nadzieja w miejscu cierpienia, życie w miejscu śmierci. W ten sposób chciał dokonać symbolicznego zamknięcia siedemnastu lat barbarzyńskiej dyktatury i pozwolić demokracji zapuścić korzenie właśnie tam, gdzie swe rządy krwią naznaczył Augusto Pinochet.

Na pierwszy rzut oka wydawało się to posunięciem genialnym politycznie, ale też niezwykle szlachetnym. Inauguracja na stadionie miała stworzyć nowy porządek symboliczny dla demokratycznego Chile, a zarazem rozpocząć proces narodowego pojednania. Kraj podzielony na dwa nienawidzące się obozy miał zacząć funkcjonować harmonijnie, w zgodzie, jak jeden organizm. Zanim jednak Aylwin rozpoczął formalne rozliczanie reżimu z jego zbrodni, sam podkopał fundamenty tego procesu. W inauguracyjnym przemówieniu, zaraz po odśpiewaniu z tradycyjnym latynoamerykańskim gestem ręki na sercu narodowego hymnu, powiedział do zgromadzonych na stadionie i milionów Chilijczyków przed telewizorami, że jego rząd doprowadzi do ustanowienia „sprawiedliwości w miarę dostępnych możliwości”.

Dla wielu w Chile to właśnie ten moment, 12 marca 1990 roku, stał się początkiem systemowego wręcz sankcjonowania nierówności. Bo choć sam Aylwin zrobił dla pojednania chilijskiego społeczeństwa bardzo wiele – na czele z powołaniem jeszcze w 1990 roku tak zwanej Komisji Rettiga, zajmującej się dokumentowaniem przypadków łamania praw człowieka przez dyktaturę Pinocheta – to zbudował też podwaliny pod system polityczny i ekonomiczny, który pod wieloma względami niczym nie różnił się od czasów dyktatorskich.

Chłopcy z Chicago, chłopcy z Harvardu

W Chile po 1989 roku zmieniła się władza polityczna, ale nadal dominował skrajnie neoliberalny paradygmat ekonomiczny. Za czasów Pinocheta kraj ten był żywym eksperymentem, gospodarką wyjętą ze snów Miltona Friedmana. Dyktator zaraz po przejęciu władzy sprywatyzował hurtem wszystkie największe przedsiębiorstwa, na czele z sektorem handlowym, transportem publicznym, przemysłem ciężkim – wszystkim, poza miedziowym gigantem Codelco, odpowiedzialnym za największy jednostkowy wkład do chilijskiego budżetu. Kolejni ministrowie finansów byli do Santiago wręcz przywożeni z amerykańskich wydziałów ekonomii, gdzie uczyli się wyznawać kult własności prywatnej i niskich wydatków publicznych. Jednym z nich był Hernán Büchi, minister finansów w latach 1979–1980, a później kandydat wychodzącej z dyktatury prawicy na prezydenta i rywal Aylwina w pierwszych demokratycznych wyborach.

Skoro jednak dyktatura Pinocheta została ustanowiona w zbrojnym zamachu stanu zaraz po latach rządów Salvadora Allende – komunizującego lekarza wierzącego w zapewnienie możliwości awansu społecznego wszystkim Chilijczykom – jasne jest, że prywatyzacja nie przebiegała ani w sposób legalny, ani przejrzysty. Przedsiębiorstwa należące do państwa czy robotniczych syndykatów musiały być, krótko mówiąc, odbite. Przejmowano je, nie patrząc na ramy prawne, prawa pracownicze i ewentualne konsekwencje dla całego społeczeństwa. Tak właśnie powstała większość z dzisiejszych chilijskich fortun: na rabunkowej prywatyzacji, lub jak w przypadku przedsiębiorców zajmujących się handlem morskim – na kolaboracji z reżimem między innymi przez udostępnianie statków czy terenów portowych dla potrzeb tajnej policji DINA, szukającej coraz to nowych miejsc do torturowania lewicowych działaczy.

Tych fortun sprawiedliwość tranzycyjna nie obejmie, bo nie ma na nie paragrafu. W świetle obowiązującego wówczas prawa, a przede wszystkim licznych stanów wyjątkowych, prywatyzacje te da się obronić. Odpowiedzialność finansową, chociażby w postaci ewentualnych odszkodowań, rekompensat czy rent, ponieść może z kolei tylko państwo. Prywatne firmy przeszły przez transformację suchą stopą, choć nierzadko wcześniej maczały się same we krwi przeciwników Pinocheta.

Obecny prezydent Chile, wykształcony na Harvardzie konserwatysta Sebastian Piñera, w swojej życiowej trajektorii skupia prawie wszystkie wątki, które dziś są przyczyną masowego społecznego niezadowolenia w tym kraju. Jego majątek szacowany jest na ponad 2,8 miliarda dolarów. Zanim na stałe wszedł do polityki, był finansistą i inwestorem. Ogromnego majątku dorobił się na wprowadzeniu do Chile kart kredytowych w drugiej połowie lat 70. Oczywiście, aby móc rozwijać tak lukratywny biznes w relatywnie młodym wieku (nie miał wtedy jeszcze trzydziestu lat), musiał mieć na to zgodę najważniejszych notabli reżimu Pinocheta. Z tym nie było jednak żadnego problemu, bo rodzina Piñerów od zawsze wyznawała fanatyczny antykomunizm i stała murem za swoim dyktatorem.

Wokół źródeł majątku urzędującego prezydenta do dzisiaj krąży jednak wiele niejasności. Według jednej z wersji, której sam nieustannie zaprzecza, Piñera miał wyjechać do Stanów Zjednoczonych analizować rynek kart kredytowych na zlecenie swoich partnerów biznesowych, po czym podobno w sprytny sposób ich oszukał. Na miejscu, w USA, miał nawiązać kontakty z przedstawicielami Visa i MasterCard, zarezerwować sobie prawo do reprezentowania ich w Chile, a mocodawcom w kraju powiedzieć, że w ojczyźnie biznes ten będzie nierentowny. Kilka lat później prezesi Banco de Talca, w którym wówczas pracował, donieśli na niego do prokuratury, oskarżając o malwersacje finansowe. Piñera uciekł, ukrywał się przed policją przez 24 dni, a koniec końców proces zakończył się kasacją wyroku przez Sąd Najwyższy. W plebiscycie z 1988 roku późniejszy prezydent wprawdzie głosował za demokracją, lecz dziś należy do apologetów dyktatury, podkreślając, że Pinochet łamał prawa człowieka, ale przy okazji uratował Chile przed bankructwem.

Przez transformację ustrojową Sebastian Piñera prześlizgnął się bez szwanku. Utrzymanie neoliberalnego kursu w gospodarce oznaczało rozkwit jego biznesowego imperium, do którego weszły też prywatne linie lotnicze i liczne nieruchomości, także te odkupione od państwa za bezcen. Doskonale po 1989 roku odnalazł się też jego brat José, też wykształcony na Harvardzie, jednak oddany ekonomii bardziej teoretycznej. To właśnie on, pełniąc dwukrotnie funkcje ministerialne w rządach Pinocheta, stworzył między innymi chilijski system emerytalny znany jako AFP, pozbawiony jakiegokolwiek wkładu państwowego i przenoszący całość oszczędności obywateli na wolny rynek. To na jego rozwiązaniach w dużej mierze wzorowali się autorzy polskiej reformy emerytalnej z 1999 roku. Za swoje dokonania José został nagrodzony medalem Champion of Liberty, trafiając do wiele mówiącego grona laureatów z Friedmanem, Ronaldem Reaganem i Margaret Thatcher.

Choć pomysły drugiego z braci Piñerów wywodzą się z głębokiej ery Pinocheta, demokratyczne rządy nigdy nie zmieniły ich głównych założeń. Pozapaństwowy system emerytalny doprowadził do tego, że dziś, według różnych szacunków, nawet od 20 do 40 proc. aktywnych zawodowo Chilijczyków nie ma żadnych oszczędności emerytalnych. Nie przysługuje im zatem nawet minimalna wypłata, która i tak jest głodowa, bo wynosi 110 tys. peso, czyli ok. 560 zł miesięcznie, przy kosztach życia równych lub wyższych tym w Polsce. Również przeciwko temu skierowane były ostatnie fale protestów – przeciwko systemowemu wykluczeniu, wpędzającemu ludzi w spiralę biedy.

Kto uratuje Chile?

Chilijczycy są zadłużeni na potęgę. Jako jedni z niewielu mają nawet własnego operatora kart kredytowych, dzięki któremu mogą rozłożyć na raty niemal każdą transakcję, od gazety w kiosku po kupno samochodu. Później raty kumulują się na koncie i spłacane są najczęściej z masowo zaciąganych kredytów. Spora część tamtego społeczeństwa żyje w dużej mierze za pieniądze wirtualne, za dług będący własnością wąskich elit.

Kredytowane jest tam wszystko, na czele z edukacją. Ponieważ pinochetowska prawica uważała wszelkie szkoły i uniwersytety za naturalne ogniska komunistycznej rewolucji, przekształciła oświatę w kolejny biznes – tak, żeby dostępu do niej nie miała robotnicza biedota. Dziś wykształcenie w Chile to po prostu produkt sprzedawany na wolnym rynku. Czesne na uczelniach są tak wysokie, że rodzice zapożyczają się na dziesięć czy dwadzieścia lat, by posłać dzieci na studia. Same uniwersytety z kolei działają jak instytucje finansowe, oferując niższe oprocentowanie kredytu przy wyższych wynikach z egzaminów wstępnych czy kredyty konsolidacyjne dla tych, którzy chcą studiować na kilku kierunkach jednocześnie. Chilijczycy te kredyty biorą, bo wiedzą, że nie mają innego wyjścia.

Wprawdzie bezpośrednim adresatem obecnych protestów jest teraźniejsza władza, na czele z Piñerą, jednak nie da się tego zrywu interpretować inaczej niż jako czerwonej kartki dla całej posttransformacyjnej klasy politycznej. Prezydent zareagował w sposób typowy dla rasowego polityka, wyrzucając z rządu ośmiu ministrów i zapowiadając podwyżki wynagrodzeń. Ale chilijskiej ulicy tym razem to nie zaspokoi. Bo protestujący dziś na Plaza Italia obywatele wiedzą, że nawet jeśli po Piñerze nastąpiłby rząd lewicowy, złożony z innych współautorów transformacji, dominujący paradygmat ekonomiczny by się nie zmienił. Lewica rządziła kilkanaście lat, dwie kadencje w La Moneda spędziła Michelle Bachelet, córka prześladowanego przez dyktaturę wojskowego pilota. Niewiele się wtedy w losie Chilijczyków poprawiło, a sporo rzeczy zmieniło się na gorsze. Tegoroczne manifestacje pokazują wyraźnie, że podział sceny politycznej zbudowany po 1989 roku się wyczerpał.

Są oczywiście nowi aktorzy, budujący swoją tożsamość na innych motywach przewodnich. W parlamencie zasiada Frente Amplio – Szeroki Front, pierwsze ugrupowanie lewicy niemarksistowskiej. Frontowcy mówią „dość” polityce rozliczeń z Pinochetem, chcą zajmować się prawami mniejszości, katastrofą klimatyczną, kwestią Mapuczy (rdzennych mieszkańców tych ziem). Mają jednak wciąż za małą bazę wyborczą, żeby wygrać z tradycyjnymi graczami lewicy – Partią Socjalistyczną, Partią Komunistyczną i Chadecją. Po drugiej stronie z kolei rzeczywistość brunatnieje. Na prawo od postpinochetowskich konserwatystów wyrastają partie otwarcie nacjonalistyczne, faszyzujące, w Chile nigdy do tej pory niewidziane. Na razie są marginalne, nie stanowią konkurencji dla Piñery, ale za rok czy dwa może się to zmienić. Ruch Patriotyzmu Socjalnego (MSP) otwarcie mówi, że tworzy doktrynę „chilijskiego bionacjonalizmu”. I zyskuje na popularności, zwłaszcza wśród młodych wyborców i aktywistów.

Przez ostatnie trzydzieści lat Chile osiągnęło bardzo wiele. Osądziło szefów tajnych policji, ekshumowało tysiące ciał z masowych grobów, zbudowało Muzeum Pamięci i Praw Człowieka – pomnik cierpienia, przestrzenne wcielenie słów „nigdy więcej”. Zdywersyfikowało przychody, relatywnie uniezależniając się od cen miedzi na światowych rynkach, zainwestowało w odnawialne źródła energii. Lista ta jest naprawdę długa. Nie ma jednak wątpliwości, że nie dorównuje spisowi grzechów pod zbiorczą nazwą „nierówność”. Nierówność, której nie zmieni wprawdzie te trzydzieści pesos, ale której nie wyeliminowało też ostatnie trzydzieści lat.

Mateusz Mazzini



Tekst ukazał się na stronie internetowego dwutygodnika katolewicy społecznej Kontakt.

fot.Wikimedia Commons


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Walka z dekomunizacją oraz obrona historii ruchu robotniczego
Warszawa, ul. Kopernika 36/40
30 listopada (sobota), godz. 12.00-16.30
Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

23 listopada:

1831 - Szwajcarski pastor Alexandre Vinet w swym artykule na łamach "Le Semeur" użył terminu "socialisme".

1906 - Grupa stanowiąca mniejszość na IX zjeździe PPS utworzyła PPS Frakcję Rewolucyjną.

1918 - Dekret o 8-godzinnym dniu pracy i 46-godzinnym tygodniu pracy.

1924 - Urodził się Aleksander Małachowski, działacz Unii Pracy. W latach 1993-97 wicemarszałek Sejmu RP, 1997-2003 prezes PCK.

1930 - II tura wyborów parlamentarnych w sanacyjnej Polsce. Mimo unieważnienia 11 list Centrolewu uzyskał on 17% poparcia.

1937 - Urodził się Karol Modzelewski, historyk, lewicowy działacz polityczny.


 
Lewica.pl na Facebooku