Anna Morawiec: Na komendzie w Legionowie

[2021-02-02 18:18:09]

Kilka scen

„Oględzinom poddane zostało ciało kobiety Anny Morawiec. Kobieta ubrana jest w brązowe buty typu „trapery”, czarno-szare spodnie, czarny podkoszulek, następnie czarno-szary sweter z kapturem, kurtkę czarną z kapturem cienką oraz kurtkę czarną z kapturem grubą, kobieta posiada czarno-szary plecak oraz czarną maseczkę (z czerwoną błyskawicą).”
Taki dokument przedstawiła mi do podpisania pracownica komendy w Legionowie, kobieta o dobrotliwym uśmiechu, aż nazbyt łagodna. Wcześniej, rutynowo, poprosiła mnie o rozebranie się do naga, „aby sprawdzić czy nie chowam pomiędzy pośladkami np. ostrych narzędzi” (?). Tak się składa, że z nagością ja akurat nie mam najmniejszego problemu (i akurat tego jedynego dnia nie chowałam pomiędzy pośladkami ostrych narzędzi). To raczej ona była sytuacją bardziej skrępowana. Za zamkniętymi na klucz drzwiami mówiłam jej, że to, co potrafi na ulicach robić policja to jest piekło. „Jakbym mogła to bym też tam z Wami szła”, powiedziała.

28 stycznia, w czwartek, przed TK na Szucha policja utworzyła kocioł otaczając grupę protestujących. Można było wyjść pod warunkiem podania swoich danych osobowych. Policji te kordony są, zdaje się, coraz bardziej nie na rękę, bo lud od kilku miesięcy uczy się swoich praw, więc oto sytuacja patowa, bo bardzo wiele osób danych podawać nie zamierza. W środku kotła trwają więc tańce, festiwalowy nastrój kompromituje uzbrojoną po zęby formację. I tak sobie trwamy.

Ale im dłużej w środku stolicy trwają tańce Strajku Kobiet i gra muzyka Strajku Kobiet, tym mniej policja z przebiegu swoich czynności wobec Strajku Kobiet jest zadowolona, a przełożeni zwłaszcza. Ale też wypuścić z kotła Strajk Kobiet także nie za zbytnio byłoby rozsądnie, bo jeszcze pójdą protestować dalej, a to już przecież byłaby jakby jawna zgoda na legalny protest - bez przesady, to nie przejdzie, polecą głowy. A już na pewno żadna nie awansuje.

No więc stoją tak wokół tłumu, uzbrojeni po zęby, z gazem w ręce, polując na okazje do rozbicia, zatomizowania zgromadzenia. W tym celu co jakiś czas wyłapują pojedyncze osoby szybko wynosząc je siłą daleko poza kordon, gdzie później nakłaniać je będą do wylegitymowania się. Często nie udaje im się ta łapanka, bo na tak upolowaną osobę natychmiastowo rzuca się grupa protestujących odbijających współtowarzysza/kę.

Od listopada uczestniczę w protestach w specyficznym i konkretnym charakterze: postanowiłam być zawsze blisko policji, szeregów, kordonów, krótko mówiąc na pierwszej linii tarcia, czyli tam, gdzie zazwyczaj dochodzi do agresywnych i nieadekwatnych zachowań policjantów wobec protestujących. Jestem blisko, nagrywam cały czas, czując w większości publikowanych w sieci materiałów deficyt rejestracji policyjnych wybryków w szerszym kontekście oraz bez identyfikowania przekraczających uprawnienia osób, w której to identyfikacji szukam choćby płomyka nadziei.

Nie inaczej było tym razem. Podczas jednego z takich właśnie niecierpliwych policyjnych manewrów zrobiło się bardzo gęsto, tak gęsto jak czasem w autobusach, kiedy prawie nie dotykamy stopami podłoża. Kogoś próbowano właśnie wynieść, nie do końca się udawało, przepychanki, krzyki, chaos no i capnięto za frak w końcu mnie, która, będąc najbliżej policji, na brzegu zdarzeń i skupiona na kręceniu, byłam dość łatwym łupem. Nikt nie musiał się po mnie wypuszczać do środka tłumu, a zawsze to o jedną mniej.

Trzech policjantów szybko i z łatwością wynosiło mnie poza kordon. Zaczęłam krzyczeć, drzeć się, żeby dać znać osobom w kotle, że mnie wynoszą. Krzyczałam najgłośniej jak umiałam. Ale w środku grała muzyka, trąbiły megafony, wzburzony tłum odpychał natarcia policji. Nikt mnie nie słyszał. To uczucie potworne, podobne do wszechogarniającej niemocy i przemocy, jak z koszmarów sennych, w których chcemy szybko uciekać przed mordercą, a nie umiemy szybko przebierać nogami lub gdy w śnie chcemy głośno krzyczeć i też nie ma jak, bo gardło jakieś zamknięte.

Wynoszą mnie z kordonu i wprowadzają za pierwszy winkiel, powalają na ziemie, na brzuch, nogą dociskając moje plecy i kark, moją lewą rękę ktoś cały czas trzyma w górze wykręconą, lewym policzkiem tulę chodnik, widzę swój telefon leżący z metr ode mnie, przyciągam go do siebie. Mówię, że się duszę i że chcę wstać i że co to, do cholery, miało być.

Po takiej interwencji, w której potraktowano mnie jakbym była niepoczytalną, uzbrojoną w granaty psychopatką, łagodny policjant tonem ulicznego akwizytora proponuje mi opcję wylegitymowania się.
- Po prostu musimy panią wylegitymować, pani pokaże dowód, my tylko spiszemy i pani sobie potem spokojnie wróci do domu.
Im dłużej nie przyjmuję oferty, tym większa ilość podejrzanie zatroskanych moim losem policjantów gromadzi się przede mną, z notesami, każdy z nich przemiły, wszyscy bardzo grzecznie nakłaniają mnie do wylegitymowania się.
- No naprawdę, będzie pani wolna za minutę i po sprawie i spokojnie do domku. Naprawdę, nie ma sensu przedłużać.
W tle widzę Magdalena Biejat, której, jako posłance, udało się wyjść z kotła. Wołam ją i proszę o pomoc. Rozważamy możliwe opcje.
Czuję, że ta dobrotliwa troska policjantów o mój szybki powrót do ciepłego łóżeczka jest podejrzana. I że nie ma mojej zgody na wyszarpywanie mnie bezpodstawnie z tłumu, rzucanie mną o ziemię, a potem legitymowanie mnie i pozbywanie się problemu. Postanawiam, że wobec tego właśnie będę problemem i że od teraz wkładam kij w szprychy.

Odmawiam wylegitymowania się. Nie podoba im się to, mówią, że mam obowiązek, mlaskają, ciumkają, przewracają oczami. Bardzo im się to nie podoba, co ja odczytuję jako dobry znak. Mówią, że „jeśli nie, bo nie, to to nie ma sensu, bo pojedzie pani na komisariat i tam ustalimy pani tożsamość i od razu pójdzie pani do domu, no i po co to komu i jeszcze mandat za niewylegitymowanie się pani dostanie”. Mówię, że właśnie „nie, bo nie” i że z tymi mandatami to się jeszcze okaże. Magda Biejat zapisuje moje nazwisko, które obiecuje przekazać zaraz do prawników ze Szpili, aby ci mogli mnie szybciej znaleźć na komisariatach.
Przed radiowozem stoi jeszcze posłanka Joanna Scheuring-Wielgus. Ona także bierze moje dane. Obecność obu tych posłanek jest punktem odniesienia do tego, czym jest w tej sytuacji normalność i bezpieczeństwo, przywraca na kilka minut jakieś poczucie gruntu i realności. Bo jednak nienormalnym (albo raczej nienaturalnym) i schizofrenicznym, wręcz jest doświadczanie przemocy od policjanta, czyli osoby, do której w pierwszej kolejności w życiu biegłabym, do tej pory, po pomoc (co dopiero następnego dnia w rozmowie uświadomiła mi Weronika Wysocka).

To się zmieniło i to na głębokim poziomie. Tak w praktyce wygląda ta słynna sondażowa utrata zaufania do policji. To skutek tego uczucia rozdźwięku, tego pomieszania zmysłów, utraty poczucia realności, pomieszanie prawa i bezprawia oraz dobra ze złem.
W radiowozie ja i dwie inne dziewczyny. Olivia z rozwalonym nosem. Młody policjant z nami. Grzeczny i uprzejmy do przesady. Jakby z poczucia winy zastanawia się głośno, bo nie wie „od czego to zależy, że raz protesty są spokojne i nic się nie dzieje, a raz takie rzeczy się dzieją”. Kręci głową w niedowierzaniu.
- Wczoraj [środa 27 stycznia, dzień opublikowania orzeczenia TK] przecież normalnie, tłum sobie szedł, wszystko spokojnie. A dziś… ja nie wiem. Od czego to zależy.
- Od was - mówię. - Dostajecie chyba jakieś rozkazy, nie?
- No dostajemy...No tak...No ale też dziś było tak jakby no dużo na przykład.. wandalizmu.
Chłopak jest naprawdę nieśmiały.
- Na przykład Lempart...to znaczy pani Lempart, ona coś czerwoną farbą na ulicy mazała, no to nie jest legalne. No nie rozumiem od czego to zależy, że są takie sytuacje na protestach, a czasem nie ma.
Przeraża mnie to, co słyszę. Patrzę na człowieka, który najwyraźniej nie ma pojęcia, co się dzieje. Za to ma broń. Chłop jest nieświadomy nawet tego, że wykonuje jakieś rozkazy będące wynikiem jakiejś linii, strategii.
- Masz dziewczynę?
- Mam... no i ona... jej znajomi też, no mają swoje poglądy. No ale ja muszą oddzielać pracę od życia.
- Udaje ci się?
- No udaje.
- A dziewczynę swoją też byś tu wiózł do Legionowa i wyciągał z tłumu? Nie zastanawiałeś się, że życie i taka praca, że tego nie da się pogodzić tutaj?
- No właściwie nigdy się nad tym nie zastanawiałem.
Jak wysiadamy w Legionowie, to podaje mi rękę przy wychodzeniu z radiowozu, ostrzega, że ślisko, żebym uważała, potem zakłada mi kajdanki, co mnie rozbawia, a jego żenuje. Jego praca, myślę, go żenuje.
Na samym początku badają mnie alkomatem. Zero promila, podsuwają mi do podpisania wynik testu.
- Nie złożę żadnego podpisu bez obecności mojej adwokatki.
Patrzy na mnie gość w niebieskiej koszuli. To chwila, w której zyskuję miano „tej roszczeniowej”.
Po oględzinach przeprowadzonych przez panią o dobrotliwym uśmiechu do pomieszczenia wchodzi gość w białej koszuli. Stojąc nad siedzącą przy biurku i wypełniającą formularz kobietą tonem szeryfa sprawdza CZY WSZYSTKO TU OK. Ja siedzę w kącie, w drugiej części pokoju. Szeryf stoi do mnie tyłem.
- A to ta pani roszczeniowa. Proszę wykonać porządne zdjęcia, bo z nią nie wiadomo, jeszcze powie potem, że pobita została. No i zarzuty, oczywiście.
- Yyyyyyy…
- No zarzuty będziemy stawiać - naruszenie nietykalności funkcjonariusza.
- Yyyyyy… - kobieta wciąż patrzy na niego nieco zdziwiona, z długopisem przygotowanym.
- No, naruszenie… - zaczyna znów szeryf.
- A, ok, czyli że wpisujemy to, co zawsze?
Notuję to w głowie jak kolejny dialog, którego nie chcę zapomnieć. Oczywiście kobieta niczego nigdzie nie wpisuje, jej robota nie ma związku ze stawianiem zarzutów, a Szeryf przyszedł tam i powiedział, co powiedział chyba licząc na to, że mnie przestraszy. Bardzo roszczeniowy.
Chwilę później do tego samego biura wchodzi kolejny mężczyzna.
- Hej, nie wiesz czy któryś z tych policjantów, co przyjechali, miał może czerwoną farbę na mundurze lub butach lub gdzieś?
- Nie wiem, nie przyglądałam się, ale są chyba na dole wciąż…
- Ok, dobra, no bo szukamy, czy któryś policjant nie został przypadkiem oblany czerwoną farbą. Ok, to dzwonię dalej.

Czekam na jakiś kolejny element procedury, w innym pomieszczeniu. Drzwi są otwarte, w progu stoi kolejny młody policjant. W radiowozie mówili, że Stażysta. Przesiadam się bliżej drzwi, aby słyszeć rozmowę Olivii z policjantami odbywającą się z sąsiednim pomieszczeniu. Oliwia domaga się kontaktu z lekarzem. Przy okazji słyszę też rozmowę Stażysty ze starszym policjantem:
- A, młody, jeszcze notatka.
- Już piszą - Stażysta nieśmiało uśmiecha się pod nosem, słyszę to.
- Twoją?
- No tak, na dole. Już piszą, dobrze im idzie, nie będę im przeszkadzał, hehe - Stażysta próbą żartu chce chyba zatuszować przed przełożonym swoją niekompetencję.
Słyszę, że starszy odchodzi, ale Stażysta jeszcze go zaczepia na korytarzu.
- A, no bo jeszcze to, bo tam było użycie siły, no nie. No i teraz nie wiem, bo tam chyba trzeba jakiś rozkaz wpisać...
Stażysta wraca do pomieszczenia.
- Notatkę służbową za pana koledzy formułują? A to nie jest nielegalne?
Stażysta znieruchomiał, oczy jak pięć złotych.
- Nie.
- No jak to nie, przecież słyszałam.
- Nie.
- Wszystko, tylko nie róbcie z nas idiotów, błagam.
- Ja wykonuję tu swoją robotę, a pani swoją.
- Dokładnie tak.
Teraz jestem znów sam na sam z policjantem w niebieskiej koszuli, w jakimś kolejnym pokoju.
- No i po co to pani było, hehe.
- Nie pana interes.
- No dobrze, no dobrze, no jak chcecie protestować… KOOOBIETY, haha, no to protestujcie.
- Nie jestem zainteresowana pana opinią.

Później musiał wypełniać sporo rzeczy na kompie w Wordzie. Chyba tego nie lubi. Nad nim stoi jeszcze inny pracownik komendy. Sufler. Z oddali widzę, że na klawiaturze zamiast tabulatora w ruch idzie spacja. Co chwila zadają mi jakieś pytania, dyskutują między sobą, formułują zarzuty. Obserwując ich i tę spację w Wordzie zaczynam wyraźnie rozumieć skąd te ich dobrotliwe, te sympatyczne prośby o legitymowanie się. Po prostu bardzo, ale to bardzo zawraca im to wszystko dupę. Te papiery, te upokorzenia wzajemne, jeden przed drugim. Ten, że nie umie Worda, tamten, że nie umie napisać notatki i koledzy muszą to robić za niego, kolejny, że źle wypełnił druk zatrzymania i musi na nowo, no i to siedzenie w radiowozie i wycieczki 40 km za miasto w środku nocy, jak tu można byłoby do domu wrócić szybciej, a wszyscy, i policjanci i ci z komendy w Legionowie (choć ci drudzy akurat znacznie sprawniejsi i bystrzejsi) pochyleni nad dwoma dużymi stołami i wzajemnie wskazujący sobie palcami różne rzeczy przy wypełnianiu formularzy, w maksymalnym skupieniu, które sporo energii kosztuje, zwłaszcza w środku nocy. To wszystko to jest dla nich przepotworny wrzód na dupie. Ta myśl jest dla mnie wówczas po prostu niezwykle kojąca.

W końcu dopuszczono do mnie pomoc prawną w osobie Magdy Zgłobicy, współpracującej z kolektywem antyrepresyjnym Szpila.
- Chciałabym porozmawiać z zatrzymaną - mówi Magda; w małym pokoju znajduje się jeszcze dwóch policjantów komendy w Legionowie.
- Od razu pani powiem, sprawa tu jest prosta, pani nie chciała się wylegitymować, ale już ustaliliśmy tożsamość i zaraz będzie wolna, sprawa właściwie skończona - policjantów w niebieskiej koszuli siedzący przed Wordem próbował dość lekceważącym całą sprawę tonem przekonać Magdę, że takie spotkanie jest już zbędne. Magda jednak z właściwą sobie łagodną stanowczością powtórzyła życzenie. Policjant rozejrzał się po pokoju i powiedział „OK”. Magda na to, że „ale na osobności”. Otworzył nam więc drzwi do pokoiku obok, weszłyśmy, ale drzwi już za nami nikt nie zamknął. Musiałam zamknąć sama. Tylko tyle i aż tyle. Drobne nieżyczliwości na każdym kroku.

Dużo rzeczy mi dają różnych do podpisywania w trakcie mojego pobytu na komendzie, wszystkiego odmawiam konsekwentnie. W pewnym momencie, na koniec, już w obecności Magdy, jakby na ‚aha jeszcze to”, jakby jakaś tylko-formalność, dostaję do wypełnienia i podpisania jakiś papier, nie pamiętam dokładnej nazwy tego dokumentu, skanuję tylko wzrokiem rubryki, a tam takie kwiatki: źródło utrzymania, nazwa pracodawcy, dochody miesięczne netto, dalej nie czytam. Mówię, że chyba pan żartuje i że oczywiście odmawiam wypełnienia i podpisania. Wypuszczają nas, oczywiście czeka mnie sprawa w sądzie, ale też składanie zażaleń i skarg. Postawiono mi zarzut udziału w nielegalnym zgromadzeniu oraz zarzut odmowy wylegitymowania się. Oczywiście nie znalazł się tam nigdzie zarzut o naruszenie nietykalności funkcjonariusza na służbie.

Pod komendą czekał na mnie niezawodny Adam Metodovič. W drodze powrotnej odpaliłam odebrany mi jeszcze w radiowozie telefon. Sprawdzam ostatnie nagranie, a tam ten ścisk, potem jakiś chaos, wrzaski policjanta, potem nic nie widać a potem te moje długie wrzaski.
Następnego dnia, w piątek, poszłam na demo, postanowiłam pobyć w tłumie, z daleka od policji, posłuchać co się dzieje i o czym ludzie mówią, bo właściwie od dawna już w taki sposób nie uczestniczyłam w tych protestach. Nie miałam ochoty podchodzić tego dnia do policji, brzydzę się. Nie boję, ale właśnie brzydzę. A w tłumie festiwal, atmosfera fiesty, dużo radości, jak w październiku. Czuję się obok siebie samej, wracam szybko do domu. Trzepnęło mnie to wszystko jednak trochę, myślę, trzeba odpocząć. Doświadczenie leżenia gębą na chodniku, gdy policjant butem na moich plecach dociska mnie do ziemi przestawia jakąś zwrotnicę w głowie.

Żadna też wielka tragedia w sumie. Nie miałam poczucia zagrożenia życia, a od momentu rozmowy z Magdą Biejat w pełni kontrolowałam swoją sytuację i to moje decyzje właściwie rządziły moją sprawą do końca. Ale jednak zwrotnica przestawiona konkretnie, nie da się ukryć. Do tej pory wydawało mi się, że nie ma wyjścia, trzeba być na ulicy. I to się nie zmieniło, poczułam tylko skalę tego, jak bardzo nie ma wyjścia i trzeba wyjść na ulicę. Kaliber tego, jak bardzo nie ma wyjścia jest proporcjonalny do tego, jak bardzo bez wyjścia pozostawili mnie policjanci przygniatając mnie butem do ziemi. Jedynym ruchem, jaki zdołałam wówczas wykonać było sięgnięcie prawą ręką po leżący nieopodal telefon. Krótko mówiąc - do zobaczenia na ulicy.

EDIT: takie sytuacje warto, a nawet trzeba przegadać z kolektywem wspierających psycholożek i psychologów z RegenerAkcja. Miejsce dla zmęczonych aktywistek i aktywistów, jeśli choć trochę czujecie, że coś Was trzepnęło. SERIO.

EDIT 2: bardzo dziękuję wszystkim za odzew i słowa wsparcia. Chciałabym w tym kontekście podkreślić to, co dla mnie w tej osobistej relacji najważniejsze, aby wybrzmiało klarownie. Zachęcam wszystkich, którzy mają na to siłę, to obywatelskiego nieposłuszeństwa i wkładania kija w szprychy temu dysfunkcyjnemu systemowi - to daje poczucie sprawczości, koi poczucie bezradności, przywraca degradowane nam poczucie godności. Zachęcam też wszystkich, którzy mają na to siłę do monitorowania zachowań policji, do rejestrowania ich zachowań oraz identyfikowania konkretnych osób, bo myślę, że to może mieć realny skutek. Nie musicie publikować takich nagrań pod własnym nazwiskiem, możecie je przesyłać do Szpili (nagrania-antyrep@riseup.net, lub do mnie: kronika.policyjna@protonmail.com.

Anna Morawiec



Tekst pochodzi z profilu autorki na Facebooku

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


22 października:

1887 - W Portland urodził się John Reed amerykański dziennikarz i pisarz, autor książki "Dziesięć dni, które wstrząsnęły światem", opisującej wydarzenia rewolucji październikowej, w oparciu o którą powstał film Sergiusza Eisensteina "Październik".

1923 - Początek kilkunastudniowego strajku kolejarzy krakowskich.

1923 - W Hamburgu wybuchło powstanie robotnicze pod przywództwem KPD.

1929 - James Scullin został premierem laburzystowskiego rządu Australii.

1936 - W Hiszpanii utworzono Brygady Międzynarodowe.

1964 - Jean-Paul Sartre uhonorowany literacką Nagrodę Nobla.

1971 - W Holandii powstała Partia Socjalistyczna (SP).

1990 - W Paryżu zmarł Louis Althusser, francuski filozof marksistowski, jeden z głównych przedstawicieli marksizmu strukturalistycznego.

1993 - Powstała Partia Komunistów Republiki Mołdawii.

2011 - Założono centrolewicową partię polityczną Pozytywna Słowenia.

2020 - Trybunał Konstytucyjny orzekł, że możliwość aborcji z powodu ciężkiego i nieodwracalnego upośledzenia płodu albo nieuleczalnej choroby zagrażającej jego życiu jest niezgodna z Konstytucją RP, co wywołało protesty osób niezgadzających się z tym wyrokiem.


?
Lewica.pl na Facebooku