Chcecie zrozumieć, co poszło nie tak z transformacją? Przyjedźcie do Częstochowy. Gdyby nie Jasna Góra, Częstochowę wymienianoby jednym tchem obok Sosnowca czy Radomia jako symbol postindustrialnego krachu.
Źle się dzieje w naszym mieście. W lutym 2026 roku Centralne Biuro Antykorupcyjne zatrzymało prezydenta Krzysztofa M. Wywodzący się ze środowiska Nowej Lewicy długoletni prezydent Częstochowy został oskarżony przez prokuraturę o korupcję. Mieszkańcy i aktywiści miejscy zarzucają mu, że od przejęcia władzy w 2010 roku zawłaszczył instytucje i spółki miejskie, obsadzając eksponowane stanowiska swoimi krewnymi i przyjaciółmi.
Sytuacja w częstochowskim samorządzie nie jest wyjątkiem na tle kraju. W listopadzie 2024 roku CBA zatrzymało prezydenta Wrocławia w związku z aferą Collegium Humanum. W ramach dochodzenia postawiono zarzuty dwudziestu ośmiu osobom z całej Polski. Korupcja dotyczy także mniejszych ośrodków: w 2025 roku doszło do zatrzymania wójta gminy Wólka w województwie lubelskim i jego zastępcy pod zarzutem ustawiania przetargów i przyjmowania korzyści majątkowych. W 2023 roku CBA ujęło burmistrza Dusznik-Zdroju, którego oskarżono o przyjmowanie łapówek i wydawanie nieuprawnionych decyzji administracyjnych.
Samorządy w Polsce cieszą się względnie dobrą opinią. Według najnowszych danych CBOS z 2024 roku 67 procent Polaków dobrze ocenia samorząd w swojej miejscowości. Czy patrząc przez pryzmat wspomnianych afer mamy aż tyle powodów do optymizmu?
– Kiedy przyglądam się z bliska funkcjonowaniu samorządów, widzę rozmaite układy, które budzą mój sprzeciw – mówi prof. Paweł Swianiewicz, dyrektor Narodowego Instytutu Samorządu Terytorialnego – Wyobraźmy sobie jednak alternatywę: brak samorządów i silnie scentralizowane państwo. Taki model jest możliwy, ale czy byłby sprawniejszy albo uczciwszy? Powiem więcej: fakt, że przypadki korupcji na poziomie lokalnym wychodzą na jaw, jest paradoksalnie pewnym potwierdzeniem, że samorządy spełniają swoją rolę. Oznacza to, że istnieją mechanizmy kontroli i ujawniania nieprawidłowości.
Kronika wzlotów i upadków
Do niedawna nic nie wskazywało na to, że dla Częstochowy nastaną trudne czasy. Od połączenia historycznej Częstochowy z położoną pod Jasną Górą Częstochówką w jeden organizm miejski w latach 20. XIX wieku miasto przeżywało dynamiczny okres rozwoju. Stało się prężnym ośrodkiem przemysłu metalurgicznego i tekstylnego. W wyniku napływu okolicznej ludności poszukującej zatrudnienia w przemyśle nastąpił szybki wzrost liczby mieszkańców: u progu II wojny światowej Częstochowa była już 137-tysięcznym miastem. Po wojnie nadal dynamicznie się rozwijała.
– Przez cały okres PRL-u Częstochowa nigdy nie była w kryzysie – mówi Piotr Pałgan z grupy Elanex, lokalnego stowarzyszenia aktywistów miejskich. – Od razu po wojnie zaczęły się duże inwestycje. PRL rozbudował hutę wraz z przylegającą do niej dzielnicą mieszkalną i jej infrastrukturą. Mówi się, że Częstochowa ma dwie matki: Matkę Boską i Matkę Hutę. Rozwijały się zakłady włókiennicze, na ogromną skalę budowano mieszkania dla robotników. To wszystko sprawiło, że Częstochowa była w czasach socjalizmu jednym z bardziej prestiżowych miejsc do życia w Polsce. Oprócz tego istniał w mieście duży sektor prywatny. Jeszcze w czasach stalinizmu pozwolono na działalność prywatnej inicjatywy, dzięki temu liczne towary, których nie wytwarzano w państwowych zakładach produkcyjnych, stały się łatwo dostępne na lokalnym rynku.
Sytuacja uległa zmianie po upadku PRL. W latach 90. kapitalizm dał mieszkańcom nadzieję na wzbogacenie miasta oraz awans społeczny mieszkańców. Wtedy też wybudowano postmodernistyczny dworzec kolejowy, określany w chwili otwarcia mianem „najnowocześniejszego w Europie”.
W opinii wielu mieszkańców przełomem była reforma administracyjna z 1997 roku, która odebrała Częstochowie status stolicy województwa. Od tego momentu obserwujemy proces obumierania miasta, na który żadna ekipa polityczna nie znalazła dotąd skutecznego lekarstwa. Mimo dynamicznego rozwoju gospodarczego Polski, Częstochowa wygląda, jakby zatrzymała się w czasie. Kręcono w niej choćby drugi sezon serialu „Rojst”, w którym bez charakteryzacji zagrała Polskę lat dziewięćdziesiątych. Symbolem degradacji miasta jest trwająca rozbiórka wspomnianego wcześniej postmodernistycznego dworca, która odbywa się pomimo sprzeciwu mieszkańców. Jeden kontrowersyjny budynek ma zostać zastąpiony kolejnym, powszechnie określanym jako „brzydki kloc”.
– W 1997 roku rząd Jerzego Buzka postanowił nas zdeklasować, likwidując województwo częstochowskie – mówi Pałgan. – Częstochowa została centrum lokalnego obszaru funkcjonalnego, ale dużych pieniędzy unijnych nie otrzymywała. Stała się zwykłym powiatowym miastem z niewielkim zapleczem agrarnym. Duże inwestycje trafiały głównie do miast wojewódzkich, które rozwijały kulturę, dziedzictwo, parki i tereny zielone, zmieniając swoje oblicze. My nie mieliśmy aż takiego dostępu do tych środków.
Wspomniane procesy sprowadziły Częstochowę do roli „wsi przyklasztornej z tramwajem”. jak nazywają ją obecnie mieszkańcy. Według Centralnego Spisu Wyborców liczba mieszkańców w 2024 roku spadła poniżej dwustu tysięcy. W podobnej sytuacji znajduje się wiele dawnych miast wojewódzkich, a przyczyn stagnacji często upatruje się w reformie administracyjnej z 1997 roku. Jednak nie wszyscy eksperci podzielają to stanowisko.
– Uważam, że reforma samorządowa miała mniejsze znaczenie, niż się powszechnie sądzi – komentuje Swianiewicz. – Często mamy tu do czynienia z „bólem fantomowym” po utracie statusu stolicy regionu. Wiele problemów przypisywanych tej zmianie wynikało z innych procesów, które zbiegły się w czasie. Na przykład w Wałbrzychu likwidacja kopalń, utrata funkcji gospodarczych i depopulacja były mylnie łączone z utratą statusu miasta wojewódzkiego. Także sytuacja w Częstochowie ma przede wszystkim związek ze stanem przemysłu i szeroko rozumianej gospodarki lokalnej. Podobne problemy do niektórych byłych miast wojewódzkich wykazuje też część mniejszych miast wojewódzkich, a więc takich, które nie utraciły swojego statusu administracyjnego.
O układach w częstochowskim magistracie
W 2002 roku, po przeszło 5 latach rządów SLD, do władzy w Częstochowie powróciła prawica. Na prezydenta ponownie wybrano wywodzącego się ze struktur Akcji Wyborczej „Solidarność” Tadeusza Wronę. Mieszkańcy miasta odwołali go w referendum 15 listopada 2009 roku. Jednym z głównych powodów niezadowolenia z nowego włodarza był jego nadmierny klerykalizm, w dłuższej perspektywie nie do zaakceptowania dla sceptycznych względem Kościoła katolickiego częstochowian.
Na następcę Wrony wybrano Krzysztofa M., wówczas członka Sojuszu Lewicy Demokratycznej. Młody, bo trzydziestosześcioletni, polityk jawił się jako gwarant bardziej świeckiego i włączającego modelu zarządzania miastem. Szybko okazało się jednak, że prowadzona przez niego polityka ma równie niewiele wspólnego z demokratycznymi, co z lewicowymi ideałami.
– Na początku rządów Krzysztofa M. zachłysnęliśmy się jego osobą – mówi Beata, emerytowana nauczycielka z dzielnicy Północ. – Podobało nam się, że chce zdystansować się od władzy kościelnej. Dbał o miasto, remontował drogi, odbywały się fajne imprezy plenerowe, takie jak Dni Częstochowy, na które przyjeżdżały gwiazdy z całej Polski.
Prezydent szybko jednak osiadł na laurach i przestał interesować się mieszkańcami. W mieście od lat niewiele się dzieje, a nasi włodarze skupieni są głównie na sobie. Zawiodło mnie też, że prezydent nie wykazał poparcia dla lewicowych inicjatyw w naszym mieście. Mówię tu choćby o organizowanych od wielu lat Marszach Równości. Nasz młody, „lewicowy” i „otwarty” prezydent ani razu nie wziął w nich udziału.
– Gdy w 2010 roku przejęli władzę, praktycznie zatrzymała się rewitalizacja miasta. Przestano remontować tkankę miejską i zabytki – mówi Piotr Pałgan. – Od wielu lat w budżecie nie ma na to ani złotówki: nawet w małych miastach powiatowych trudno sobie wyobrazić taką sytuację. Miasto nie tylko nie wspiera prywatnych właścicieli dotacjami na remonty, ale nie dba nawet o własny majątek. Z czasem wszystko zaczęło wyglądać coraz bardziej byle jak. Widać też, że władze coraz bardziej skupiały się na sobie, na zabezpieczaniu interesów swoich i bliskich, zamiast na realnej pracy dla miasta. Bardzo zaniedbano też ochronę zdrowia, nasze szpitale nie cieszą się wśród mieszkańców dobrą renomą. A to kluczowe, bo jej stan ma ogromny wpływ na jakość życia w mieście.
Od lat wśród mieszkańców krążyły pogłoski o układach korupcyjnych w magistracie. 23 października 2024 roku były wiceprezydent Bartłomiej S. został zatrzymany w związku z zarzutami korupcji i prania brudnych pieniędzy. Wspomnianych przestępstw miał dopuścić się zarówno w okresie sprawowania funkcji, jak i później, gdy był wicemarszałkiem województwa śląskiego. Bartłomiej S. spędził w areszcie kilka miesięcy, a w prowadzonym nadal postępowaniu oskarżono łącznie 18 osób.
W październiku 2025 roku CBA zatrzymało Łukasza B., byłego przewodniczącego rady miejskiej i dyrektora wojewódzkiego ośrodka ruchu drogowego. Jak donosi lokalny tygodnik „7 Dni” Łukasz B. usłyszał w katowickiej prokuraturze pięć zarzutów: przyjmowania korzyści majątkowych, poświadczenia nieprawdy w dokumentach oraz podżegania do wystawiania nierzetelnych faktur w trakcie kampanii wyborczych.
Skala korupcji w częstochowskim magistracie stała się oczywista w momencie zatrzymania przez CBA prezydenta miasta 25 lutego 2026 roku. Wedle oświadczenia Sądu Rejonowego Katowice-Wschód Krzysztof M. miał za pośrednictwem jednego z radnych przyjąć łapówkę od miejscowego biznesmena. W zamian prezydent miał wprowadzić korzystne dla przedsiębiorcy zmiany w budżecie miasta, pozwalające na sfinansowanie budowy windy w Teatrze im. Adama Mickiewicza.
Krzysztof M. nisko wycenił honor miasta, partii i swój własny. Według ustaleń prokuratury prezydent miał w zamian za załatwianie pracy w miejskich spółkach przyjąć korzyści majątkowe o łącznej wartości 169 tysięcy złotych. Zgromadzone przez prokuraturę dowody są na tyle silne, że sąd nie zgodził się na areszt dla oskarżonego.
Częstochowa zwierciadłem problemów polskich samorządów
Będąc w Częstochowie trudno uwierzyć, że znajdujemy w Polsce – „dwudziestej gospodarce świata”. Zaniedbania widać na każdym kroku: w fatalnym stanie pozostaje historyczne Stare Miasto, na którym większość budynków pochodzi ze schyłku XVIII wieku. Po transformacji ustrojowej historyczne centra miast takich jak Lublin, Rzeszów czy Wrocław po niezbędnych remontach stały się ich wizytówkami. Dla częstochowian Stare Miasto pozostaje mało atrakcyjnym obszarem, kojarzonym z bylejakością i chaosem przestrzennym. Władze miasta nie wykazują jednak zainteresowania jego sanacją, skupiając uwagę na względnie zadbanym Placu Biegańskiego w centrum miasta.
– W 2011 roku ekipa Krzysztofa M. oddała do użytku odnowiony Plac Biegańskiego, a teraz planuje wydać 33 miliony złotych na jego odbetonowanie – mówi Pałgan. – Podobna sytuacja jest na Starym Rynku: oddany do użytku zaledwie 5 lat temu, już wygląda na zaniedbany: uschnięte drzewa, popękane płyty chodnikowe. W Częstochowie widać wyraźnie, że samorząd nie dba o miejską tkankę i zasoby komunalne. Pieniądze wydaje się na powtarzające się inwestycje zamiast na potrzebne remonty zabytków, nie tworzy się nowych terenów zielonych, a środki unijne często zwyczajnie się marnują.
Sytuacja Częstochowy prowokuje pytania o kondycję polskich samorządów. Zarzuty dotyczące korupcyjnych powiązań prezydenta nadają tej sprawie szczególną wagę. W ich świetle powraca dyskusja o strukturze i efektywności administracji lokalnej.
W ocenie prof. Swianiewicza zatrzymanie Krzysztofa M. stanowi kolejny argument na rzecz potrzeby zmian ustrojowych:
– Od dawna wskazuje się, że w polskim samorządzie istnieje zbyt duża nierównowaga między bezpośrednio wybieranym wójtem, burmistrzem czy prezydentem a innymi organami władzy – mówi. – Potrzebujemy dyskusji o ograniczeniu tej dominacji i wzmocnieniu kontroli społecznej.
Rozwiązania prawne nie wystarczą
Częstochowa ma swe najlepsze lata wyraźnie za sobą. Gwałtowny spadek liczby mieszkańców w ciągu ostatnich trzech dekad wpisuje się w szerszy trend dotykający wielu średnich i małych miast. W obecnym modelu rozwoju wyraźnie wygrywają największe aglomeracje: według danych GUS z 2025 roku pięć najsilniejszych regionów wytwarza już ponad 56 procent polskiego PKB. Coraz częściej pojawia się więc pytanie, czy stagnacja dawnych centrów regionalnych i wyludnianie obszarów peryferyjnych nie są ceną, jaką płacimy za transformację gospodarczą i ustrojową lat dziewięćdziesiątych.
– Tu się nic nie dzieje – mówi Patryk, taksówkarz z dzielnicy Północ. – Wśród moich klientów praktycznie nie ma osób pomiędzy dwudziestym a czterdziestym rokiem życia. Jesteśmy godzinę z hakiem drogi od Łodzi czy Katowic, większość młodych ludzi wyjechała do większych ośrodków w poszukiwaniu lepszego życia. Częstochowa stała się miastem dla starszych ludzi. Praktycznie tylko wśród nich znajdziemy zwolenników prezydenta i jego ekipy. Niektórzy przeprowadzają się do Częstochowy z uwagi na ciszę i spokój. W mieście tej wielkości powinno dziać się więcej. Tymczasem poza szczytem pielgrzymkowym jest niemal opustoszała. Na pielgrzymkach i tak nie korzystamy: miasto nie pobiera od przyjezdnych nawet opłaty klimatycznej.
Coraz wyraźniejsze nierówności w rozwoju demograficznym i gospodarczym, a także trwanie lokalnych układów korupcyjnych pokazują, że zmiany prawne i ustrojowe mogą nie wystarczyć. Być może potrzebna jest oddolna, świadoma zmiana, zakorzeniona w postawie obywatelskiej. Transformacja ustrojowa dała wielu aglomeracjom szansę na modernizację. Miała też swoją cenę, jaką jest zahamowanie rozwoju wielu mniejszych i średnich ośrodków oraz utrwalenie nieprzejrzystych układów w części gmin. Coraz częściej pojawia się dziś pytanie, czy aby powstrzymać degradację Częstochowy i innych miast w kryzysie, nie potrzebujemy poważnej dyskusji nad stanem samorządów i rozwiązań systemowych, które pozwoliłyby go poprawić.
– Same rozwiązania prawne nie wystarczą, jeśli nie zajdzie zmiana społeczna – mówi Swianiewicz. – Od lat badam oczekiwania mieszkańców wobec stylu rządzenia na poziomie lokalnym. Jeszcze dwadzieścia pięć lat temu akceptowano model technokratyczny, skupiony na inwestycjach i rozwoju. Dziś znacznie większą wagę przykłada się do dialogu i relacji z mieszkańcami. To pokazuje, że w Polsce istnieje przestrzeń do zmiany kultury politycznej, której potrzebujemy, by ograniczyć negatywne zjawiska w samorządach.
Niedawna afera w Częstochowie to kolejny dowód na to, że nadszedł czas na podjęcie realnych działań celem odnowy i uzdrowienia polskiej samorządności. Dobra wiadomość jest taka, że konkretne propozycje zmian w zasadzie leżą już na stole. Zdaniem profesora Swianiewicza należy w pierwszej kolejności ustawowo ograniczyć dominację jednoosobowych włodarzy na rzecz silniejszej kontroli ze strony rady miasta i mieszkańców. Jak sugeruje raport Fundacji Rozwoju Demokracji Lokalnej konieczny jest rozdział funkcji politycznej, stanowiącej i wykonawczej na poziomie gmin. Ta sama instytucja wskazuje na potrzebę systemowego wsparcia regionów najbardziej dotkniętych negatywnymi skutkami przemian ustrojowych w Polsce celem przeciwdziałania nierównomiernemu rozwojowi gospodarczemu i społecznemu kraju.
Gdy rodzi się pokusa, by wygodnie rozsiąść się w narracji o samorządach jako wielkim sukcesie reform ustrojowych, musimy na lewicy wzywać do zmierzenia się z brutalną rzeczywistością – i wyciągnąć z niej wnioski. Tylko taka postawa stworzy warunki do przywrócenia mieszkańcom małych i średnich ośrodków poczucia podstawowej godności i zaufania do lokalnych władz.
Tekst pochodzi ze strony internetowej Magazynu Kontakt
Aleksander Kamkow - absolwent hebraistyki na Uniwersytecie Warszawskim i semitystyki na Freie Universität Berlin. Świecki katolik, socjalista i częstochowianin. Badacz dialektu Druzów z syryjskiego miasta al-Suwejda. Pisze o Bliskim Wschodzie, islamie, migracjach i integracji międzykulturowej. Publikował w OKO.press, „Krytyce Politycznej” i Magazynie „Al-Islam”.
fot. Waldemar Chamala






