Agnieszka Mrozik: Polska jest kobietą. Ale jaką?

[2009-11-04 20:22:33]

W głośnym eseju "Bogini Wolności (Dlaczego rewolucja jest kobietą?)" (1996) Maria Janion dowodzi, że we wspólnocie narodowej, która jest męska – jest wspólnotą "panów braci" – Kobieta funkcjonuje wyłącznie jako alegoria: Ojczyzny, Wolności, Rewolucji. Czysta, dziewicza bądź przeciwnie – demoniczna, dzika – jest zbitką męskich wyobrażeń, tęsknot, namiętności: fantazmatem, który użycza swego ciała wielkim ideom. Jeśli jednak symboliczna Kobieta zostaje w dyskursie narodowym wyniesiona na piedestał (jest obiektem podziwu i czci), realnym kobietom wyznacza się rolę prozaiczną i jak proza życia bolesną: biologicznych i kulturowych reproduktorek narodowej wspólnoty. Kobiece ciało staje się źródłem symbolicznych sensów – jako ciało Narodu – ale też represji, zakazów, kontroli (głównie poprzez zakaz aborcji).

W przemówieniu wygłoszonym podczas Kongresu Kobiet Polskich Agnieszka Graff postulowała wyjście poza owo romantyczne imaginarium, które wyznacza kobietom rolę zakładniczek męskich fantazji; domagała się "urealnienia kobiet": uczynienia ich widzialnymi w przestrzeni publicznej i oddania im głosu, by mogły wyrazić swoje oczekiwania, nadzieje, ale i bolączki: "Jesteśmy zakładniczkami tych wspólnotowych fantazji. Politycznych i religijnych. Istnieje w tych wizjach naród i kobieta jako symbol, narodowa świętość. Nie istniejemy natomiast my: realne kobiety, obywatelki, podmioty praw" – mówiła Graff.

Kongres Kobiet, jak również około kongresowe wydarzenia, w tym spór o parytety na listach wyborczych, to ważne punkty wyjścia do rozmowy o tym, co znaczy dziś owo "urealnianie kobiet". O jakim "urealnianiu" i o których kobietach mowa? Które problemy kobiet są dyskutowane, a które pomija się milczeniem? Czyim głosem mówią Polki i co to oznacza w praktyce? A wreszcie: jakie warunki muszą zostać spełnione, by fundament pod "polityczną solidarność kobiet" został wzniesiony?

"Polki sobie radzą"

Z wypowiedzi bohaterek filmu "Kobiety dwudziestolecia", otwierającego Kongres Kobiet, wynika, że transformacja ustrojowa w Polsce powiodła się. Polki są świetnie wykształcone, energiczne, przedsiębiorcze, wiele z nich to właścicielki firm – po latach wyrzeczeń i ciężkiej pracy świętujące swój sukces. Są dumne i z tych wyrzeczeń, i z ciężkiej pracy, przekonane, że kiedy trzeba, zrobią tyle, ile kilku mężczyzn razem wziętych. Staropolskie powiedzenie "Gdzie diabeł nie może, tam babę pośle" – to ich dewiza. To prawdziwe "kobiety do zadań specjalnych": nie ma dla nich rzeczy niemożliwych. Współczesne heroski nadają określeniu "Matka Polka" nowy sens: kobieta cierpiąca, ofiarna, w ciszy i pokorze znosząca swój los ustępuje miejsca silnej, dynamicznej superwoman, która radzi sobie w domu, na rynku pracy, w małżeństwie. Zdaniem Jolanty Kwaśniewskiej, "Polki radzą sobie w kryzysie": "Kiedy rodzina jest na zakręcie, kiedy przychodzi kryzys, to kobiety nie wstydzą się przyjąć pracy, nawet poniżej ich oczekiwań. Zdają sobie sprawę, że muszą utrzymać rodzinę"1. Wzorem babek i prababek, które przetrwały zabory, wojny, komunizm i stan wojenny, Polki są dzielne i bardzo z siebie dumne. I to, czego chcą, to nie zwykłe "Bóg zapłać", ale solidne uznanie: dostęp do władzy, prestiżu i pieniędzy.

Opowieść o dzielnych, prężnych i dynamicznych Polkach to dziś dominująca opowieść medialna, popkulturowa, ale też polityczna, dla której scenerią stał się Kongres Kobiet. Kolorowe magazyny dla kobiet pełne są przykładów rodzimych "historii sukcesu": opowieści o polskich self-made women, kobietach, które startowały od zera, a stały się milionerkami, które "wyśniły swój American Dream". Seriale i literatura kobieca (à la Katarzyna Grochola czy Małgorzata Kalicińska) utrwalają wizerunek młodych matek czy kobiet po 40., które nie znalazłszy zatrudnienia, zakładają własne firmy i... odnoszą sukces. Hurra: mikroprzedsiębiorczość jest rodzaju żeńskiego!

To, czego jednak często brakuje w tego typu narracjach, to pominięcie czynników zewnętrznych, co prowadzi do przerzucenia odpowiedzialności za wszystkie posunięcia, które składają się na sukces lub porażkę, na indywidualne kobiety. To dowartościowuje, ale bardziej jeszcze obciąża, wywiera presję, stresuje. Czynnik stresu i lęku zostaje jednak z opowieści wyeliminowany: to, z czym zostaje jej adresatka, to gotowy produkt – wzorzec sukcesu, do którego ma aspirować.

Niezwykle silny indywidualizm – przekonanie, że "mój los spoczywa w moich rękach" – nakazuje odbiorczyniom tego typu historii wyłącznie w sobie upatrywać tak źródła życiowego powodzenia, jak i niepowodzenia. Kultura terapii i poradników, których wiele pisanych jest z myślą o kobietach, uczy, jak zarządzać sukcesem i porażką, jak porażkę przekuwać na sukces, jak dźwigać się z upadku, jak nie poddawać się przeciwnościom losu. Ten typ narracji, który rozpowszechnił się w Polsce po 1989 roku, trafił na szczególnie podatne podłoże: ugruntowany przez wieki "etos dzielności" polskich kobiet. "Polki zawsze sobie radziły, poradzą sobie i dziś"; "Kobiety zachodnie mogą się od nas wiele nauczyć" – ta mieszanka satysfakcji, dumy, ale i jeszcze większych oczekiwań względem siebie i innych określiła profil osobowy niejednej kobiety w Polsce. Tę postawę nagrodził Kongres Kobiet.

Przekonanie, że dzielne i przebojowe kobiety "dadzą sobie radę", określić można za Naomi Wolf, amerykańską feministką, autorką książki "Fire with Fire" (1993), "feminizmem siły" (w odróżnieniu od "feminizmu ofiary", który, dostrzegając istnienie strukturalnych nierówności, mniej optymistycznie ocenia sytuację kobiet). "Feminizm siły" definiuje się przez takie indywidualne cechy, jak: upór, konsekwencja w działaniu, determinacja, odwaga w zdobywaniu nowych umiejętności. "Feminizm ofiary" wyraża z kolei przekonanie, że splot różnych czynników prowadzi do sytuacji, w której kobiety są w społeczeństwie poszkodowane i w związku z tym należy im się pomoc. "Feminizm siły" promuje sprawczość (działanie) jednostek, wyrażając jednocześnie dezaprobatę dla bezradności i roszczeniowości właściwej "feminizmowi ofiary". "Feminizm siły" wierzy w energię i zapał do pracy, za którymi musi przyjść sukces, piętnując jednocześnie lęk, bezwolność, a czasem paraliż tych, których indywidualne predyspozycje i/lub czynniki zewnętrzne blokują przed podjęciem jakichkolwiek działań (co ustawia takie osoby na pozycji przegranych). W krajach postkomunistycznych "feminizm siły" sprzedaje kobietom kapitalistyczny etos z gwarancją na sukces w zachodnim stylu, uznając jednocześnie "feminizm ofiary" za relikt poprzedniego systemu.

W rezultacie nie znajdziemy na kartach wysokonakładowej prasy czy literatury kobiecej historii ofiar transformacji: kobiet, dla których American Dream okazał się koszmarem, gdy założone przez nie firmy zbankrutowały, a one same utonęły w powodzi długów. Nie znajdziemy opowieści o tych, które mimo ciężkiej pracy i determinacji nie osiągnęły wymarzonego sukcesu; które przegrały, mimo iż przeczytały niejeden poradnik o tym, "jak być sobą i osiągnąć sukces" czy wzięły udział w szkoleniu na temat technik wizualizacji awansu zawodowego. Dla ofiar transformacji nie ma miejsca w dyskursie wygranych.

Z Radia Maryja do Partii Kobiet i z powrotem

Jest jednak miejsce, w którym przegrani czują się u siebie. To Rodzina Radia Maryja – wspólnota powołana do życia przy toruńskiej rozgłośni kierowanej przez o. Tadeusza Rydzyka. Co ciekawe, Rodzinę Radia Maryja tworzą dziś głównie starsze, zubożałe kobiety, z których wiele nie odnalazło się w nowym porządku społeczno-ekonomicznym.

Jako doskonały menadżer ludzkich emocji Rydzyk sprawnie zarządza gniewem, frustracją i rozżaleniem tych kobiet (i mężczyzn), które mają poczucie niedopasowania do nowego ustroju. Z punktu widzenia postronnych obserwatorów Rydzyk to sprytny manipulator, który wykorzystuje ludzkie słabości do własnych celów. Jednak z perspektywy członków i członkiń maryjnej wspólnoty to jedyny człowiek, który okazał im serce, gdy kolejne rządy o nich zapominały, a społeczeństwo stopniowo odwracało się od nich. Daje on swoim "owieczkom" coś, czego od dawna nie zaznały: poczucie przynależności i zrozumienie dla ich trudnej sytuacji życiowej, świadomość, że ich skargi zostaną wysłuchane. W zamian otrzymuje przywiązanie i posłuszeństwo – mocny fundament, na którym wznosi swoje imperium.

Pragnienie okiełznania kobiecego gniewu i pchnięcia go na polityczne tory można również uznać za cel pisarki Manueli Gretkowskiej. Pod koniec 2006 roku założyła ona Partię Kobiet, by skuteczniej upominać się o prawa Polek. Płomienny manifest Dość upokorzeń, w którym wzywała kobiety do politycznej samoorganizacji, porwał tysiące Polek: "Nie musimy się buntować. Bunt jest bronią niewolników. My, kilkanaście milionów dorosłych Polek, żyjemy w europejskiej demokracji i jesteśmy pełnoprawnymi obywatelami. Mamy wszelkie możliwości, by sięgnąć po władzę i przestać się gapić na to, co z nami wyrabiają" – pisała Gretkowska, obierając dla nowej partii hasło "Polska jest kobietą".

Główne postulaty partii dotyczyć miały poprawy opieki medycznej dla kobiet, zwłaszcza zaś kobiet w ciąży, równouprawnienia kobiet i mężczyzn na rynku pracy, podwyżek emerytur dla kobiet, walki z przemocą wobec nich. W programie nie znalazła się natomiast żadna deklaracja odnośnie liberalizacji ustawy antyaborcyjnej, choć partia rodziła się w atmosferze zażartych dyskusji dotyczących wprowadzenia antyaborcyjnego zapisu do Konstytucji, ani też walki z biedą, z którą kobiety zmagają się częściej niż mężczyźni. Na spotkaniach z kobietami w terenie Gretkowska tłumaczyła, że sprawy takie jak ochrona zdrowia czy walka z przemocą dotyczą wszystkich kobiet, podczas gdy kwestia aborcji czy problemy lesbijek stosują się do wąskiej grupy kobiet. Chcąc reprezentować "wszystkie kobiety", Gretkowska zdecydowała się zatem unikać tematów kontrowersyjnych, jednostkowych, tyczących się indywidualnych wyborów kobiet. Roszcząc sobie pretensje do wyrażania interesów kobiecej wspólnoty, rezygnowała z zabierania głosu w imieniu "pojedynczych" kobiet. Co ciekawe, problem biedy kobiet, o którym trudno powiedzieć, że jest "jednostkowy" i wiąże się z "indywidualnym wyborem", od początku był wielkim nieobecnym programu Partii Kobiet.

Odwołując się do kobiet, potencjalnych wyborczyń i członkiń partii, Gretkowska apelowała do ich dzielności, przebojowości, przedsiębiorczości, umiejętności radzenia sobie w sytuacjach kryzysowych. Podkreślała, że polskie matki są gotowe na wiele, by zapewnić swoim rodzinom godne życie. Wzywała kobiety do "wyzwolenia w sobie gniewu", który napędza do działania. Gniew kobiet miał zostać zwrócony przeciwko mechanizmom patriarchatu, które blokują kobietom dostęp do władzy. Równa reprezentacja polityczna okazać się zaś miała lekarstwem na problem szeroko pojętej dyskryminacji.

Wśród kobiet, reprezentowanych przez Partię Kobiet, zabrakło jednak kobiet starszych, ubogich, gorzej wykształconych, z mniejszych miast i wsi: tych mniej zaradnych i niezbyt przebojowych (tradycyjnego "elektoratu" Radia Maryja). Wprawdzie Gretkowska szczyciła się, że w małych miastach i wioskach sale na spotkaniach z nią pękały w szwach, jednak przekaz, który wysyłała publicznie za pomocą Internetu, billboardów itd., był jednoznaczny: nie ma w Partii Kobiet miejsca dla Polek powyżej 60. roku życia, nie ma go tam również dla kobiet niewykształconych, biednych. Na dwóch sztandarowych billboardach Partii Kobiet przestrzeń znalazła się wyłącznie dla kobiet młodych, eleganckich, zadbanych; matek, które ręka w rękę, w eleganckich strojach i markowych butach kroczą zmieniać Polskę, śmiało przy tym patrząc w przyszłość. Twarzy do pierwszego, "założycielskiego" billboardu użyczyły kobiety znane, z pierwszych stron gazet, osobistości ze świata mediów i show biznesu: sama Gretkowska, fryzjerka gwiazd Jaga Hupałło, piosenkarka Anna Maria Jopek, dziennikarki Magda Mołek i Karolina Korwin-Piotrowska, aktorka Magdalena Stużyńska, fotografka Lidia Popiel – w otoczeniu gromadki modnie ubranych dzieci. Jedno z haseł partii – "Rozważna i nowoczesna" – sugeruje, że odbiorczynią jej programu ma być kobieta wykształcona, świadoma siebie, gotowa upominać się o należne jej prawa, pracować dla dobra kobiecej wspólnoty.

Kwestia reprezentacji okazuje się jedną z najbardziej problematycznych, gdy mowa o Partii Kobiet. Warto zadać pytanie, kogo tak naprawdę reprezentowała i reprezentuje partia założona przez Manuelę Gretkowską, gdy podkreśla, że występuje w obronie interesów kobiet, Polek? W czyim imieniu przemawia? O czyje prawa się upomina? Są to pytania warte rozważenia, choćby z uwagi na to, że postulaty Partii Kobiet, a także atmosfera, w której partia się rodziła, do złudzenia przypominają postulaty i atmosferę Kongresu Kobiet. Czy zatem Kongres Kobiet to przedwyborczy miting (podretuszowanej, bo uzupełnionej o feministki) Partii Kobiet? Jeśli tak, to kto odda na nią swój głos? Leitmotivem Kongresu Kobiet było hasło Manueli Gretkowskiej "Polska jest kobietą". Pytanie jednak brzmi: którą kobietą?

Pojawia się jeszcze jedna, być może istotniejsza wątpliwość, dotycząca zagospodarowania gniewu kobiet, u źródeł którego leży trudna sytuacja ekonomiczna wielu polskich rodzin. Organizatorki Kongresu Kobiet twierdzą, że większy udział kobiet we władzy wpłynie na poprawę warunków ich życia, stąd za najważniejsze uznały wprowadzenie w życie zapisu o parytetach (na razie na listach wyborczych). Większa liczba kobiet w parlamencie i rządzie ma się przełożyć m.in. na bardziej energiczną walkę z przemocą, dyskryminacją kobiet na rynku pracy czy szybszym wprowadzeniem ułatwień w opiece nad dziećmi. Pragnąc przemówić do przeciwników parytetu i przekonać wahających się, organizatorki Kongresu Kobiet sięgają po ten sam esencjalistyczny argument, którym posługiwała się Partia Kobiet w wyborach 2007 roku: kobiety są bardziej empatyczne, a przez to wrażliwsze na potrzeby innych, są świetnymi menedżerkami życia domowego i kierowniczkami własnych firm, doskonale zatem pokierują państwem, a zwłaszcza sektorami opiekuńczymi: resortem zdrowia, polityki społecznej, oświaty itd.

Pomijając, że jest to argument życzeniowy raczej niż faktyczny (w końcu wiele decyzji niekorzystnych z punktu widzenia interesów kobiet podejmowanych było i jest przez kobiety – minister zdrowia Ewę Kopacz czy pracy Jolantę Fedak, by wymienić tylko obecną ekipę rządzącą), jest on również niebezpieczny: zaciągnięty dziś kredyt zaufania, przyjdzie kiedyś spłacić i oby nadzieja, którą dziś rozbudził Kongres Kobiet, nie okazała się płonna. W przeciwnym razie, jak ostrzegał w "Klęsce "Solidarności"" (2005) David Ost, rozczarowanie Polek powieść je może wprost w ramiona wszelkiej maści konserwatystów, którzy tylko czekają, by przejąć kobiecy gniew i wykorzystać go do realizacji własnych celów: "Nie pytamy, czy gniew się pojawi – bo to nastąpi – ale kto go zawłaszczy? Jaka partia czy związek zawodowy? Jaki rodzaj narracji zaproponuje? Jaki rodzaj podziałów będzie popierać? Gniew rodzący się na podłożu ekonomicznym jest stałym elementem, który polityka musi brać pod uwagę. Zagadnieniem, jakim zajmuje się polityka, nie jest więc eliminacja gniewu, ale nim zarządzanie"2.

Zdaniem Osta dochodzenie do głosu skrajnej prawicy to skutek uprzedniego zaniedbania ekonomicznych interesów całych grup społecznych. Frustracja zrodzona na podłożu ekonomicznym zostaje przejęta przez prawicę, która umiejętnie zarządza społecznym gniewem, wykorzystując go w wyścigu o władzę. Wprawdzie prawica kieruje ów gniew na obiekty zastępcze, np. lustrację, pomijając całkowicie główne źródło społecznego niepokoju (warunki bytowe), jednak w odczuciu samych zagniewanych ich skargi zostają wysłuchane, a spokój – przynajmniej na chwilę – przywrócony. Ojciec Rydzyk, który tak pieczołowicie liczy swe "owieczki", z pewnością chętnie przygarnie kolejne.

Być może warto wyjść zatem poza dualistyczny podział "siły" i "ofiary", często odpowiadający podziałowi na tych, którzy reprezentują i są reprezentowani, i zacząć budować oddolny ruch kobiecy, przemawiający nie z pozycji siły, ani też ofiary, ale równości i egalitaryzmu: wkluczający, oparty na fundamencie troski, nieodbierający sprawczości tym z nas, które są biedne, mniej wykształcone, starsze itd. Ruch wrażliwy na różnice między kobietami, a zarazem wypracowujący strategię solidarnego działania. Ruch, w którym retoryka siły (dumy i samozadowolenia) zostanie zastąpiona retoryką empatii i wrażliwości na ludzką krzywdę.

"Solidarność to wielki zbiorowy obowiązek kobiet"

Przemawiając na Kongresie Kobiet, Agnieszka Graff postulowała, by zamiast o "siostrzeństwie" mówić raczej o "solidarności" kobiet. Poprzez założenie, że kobiety są równe w obliczu opresji doświadczanej w patriarchacie, formuła "siostrzeństwa" unieważnia bowiem różnice między kobietami – różnice wynikające z pochodzenia społecznego, rasy, orientacji seksualnej itd. "Siostrzeństwo" przyjmuje, że cel wszystkich kobiet jest wspólny: koniec z polityczną władzą mężczyzn, co oznacza, że inne formy opresji schodzą na dalszy plan. Także hierarchia spraw do załatwienia jest w tym ujęciu prosta: najpierw równy dostęp do władzy, a później cała reszta.

Feministki krytyczne wobec takiego sposobu definiowania opresji kobiet i mechanizmów walki z nią, jak Audre Lorde czy bell hooks, zwracają uwagę na istniejącą skomplikowaną sieć opresjonujących czynników, które należy uwzględniać kompleksowo. Czarnoskóre kobiety zmagają się bowiem z innymi formami wykluczenia niż kobiety białe, biedne napotykają na inne problemy niż zamożne, starsze doświadczają innych form dyskryminacji niż młode itd. Czy oznacza to zatem, że każda z tych grup powinna przemawiać we własnym imieniu i walczyć o własne interesy? Nie. Jednak nie może unieważniać potrzeb innych grup, narzucać im jednej strategii walki i języka nieadekwatnego do opisu ich doświadczeń.

W filmie Katji von Garnier "Niezłomne" (2004), obrazującym ostatni etap walki Amerykanek o prawo wyborcze, jest scena, w której przewodnicząca Narodowego Stowarzyszenia na rzecz Postępu Ludzi Kolorowych (NAACP) domaga się od Alice Paul, szefowej Krajowej Partii Kobiet, by kobiety czarne i białe uczestniczyły w jednej z demonstracji na równych prawach. Paul, wiedząc, że niektóre białe kobiety mogą zagrozić wycofaniem się z imprezy, używa argumentu o wspólnym celu wszystkich kobiet. "Mówiąc o kobietach, kogo ma pani na myśli: kobiety czy tylko białe kobiety? Co się stanie z czarnymi kobietami, gdy białe otrzymają prawo głosu? Kto się o nas upomni?" – odpowiada pytaniem przewodnicząca NAACP.

"Solidarność", o której mówiła Graff i do której nawoływała Maria Janion, jest o tyle "bezpieczniejszą" formułą kobiecej aktywności i zaangażowania, że przyświeca jej pamięć o różnicach między kobietami, świadomość istnienia przecinających się mechanizmów opresji, w których sieć (s)chwytane są kobiety. Pisała o tym wielokrotnie bell hooks: "Kobiety nie muszą wymazywać różnicy, by czuć solidarność. Nie musimy dzielić wspólnej opresji, by ją na równi zwalczać. Nie potrzebujemy jednoczyć się w niechęci do mężczyzn, tak wielkie jest bowiem bogactwo doświadczenia, kultury i ideałów, które podzielamy. Możemy być siostrami połączonymi wspólnotą interesów i przekonań, połączonymi przyzwoleniem dla różnorodności, zjednoczonymi w walce przeciw seksistowskiej opresji, zjednoczonymi w geście politycznej solidarności"3.

By jednak gest politycznej solidarności nie okazał się pusty, nie możemy – jak zrobiła to historyczna "Solidarność" – zapominać o solidarności ekonomicznej kobiet. Nie możemy także definiować bolączek i potrzeb kobiet za pomocą języka siły, a za taki uznać należy neoliberalny dyskurs przedsiębiorczości, który stawia nam wszystkim wysokie wymagania i wpędza nas w poczucie winy na wypadek porażki. "Nie da się rozebrać domu pana za pomocą jego własnych narzędzi"4 – pisała Audre Lorde. Język zwycięzców, by istnieć, musi mieć swoich przegranych. Język równości nie potrzebuje nad nikim panować, by okazać swą siłę.

Przypisy:
1. "Polki sobie radzą w kryzysie". Z Jolantą Kwaśniewską rozmawia Aleksandra Krzyżaniak-Gumowska, "Wysokie Obcasy", 21.06.2009.
2. D. Ost, "Klęska "Solidarności". Gniew i polityka w postkomunistycznej Europie", przeł. H. Jankowska, Warszawa 2007, s. 62–63. Warto przypomnieć, że po likwidacji funduszu alimentacyjnego w 2004 roku samotne matki zwróciły się o pomoc do Prawa i Sprawiedliwości, oskarżając jednocześnie feministki o "zdradę".
3. B. Hooks, "Sisterhood: Political Solidarity between Women", [w:] Tejże, "Feminist Theory: From Margin to Center", Cambridge, MA, 2000, przeł. A.M.
4. A. Lorde, "Nie można przeprowadzić rozbiórki domu właściciela za pomocą jego własnych narzędzi", przeł. A. Mrozik, "LiteRacje", nr 1 (14), wiosna 2007.

Agnieszka Mrozik


Tekst ukazał się w kwartalniku "Bez Dogmatu".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


6 sierpnia:

1894 - Pogrzeb Jana Ledera w Warszawie przeobraził się w potężną demonstrację polityczną, w której wzięło udział kilka tysięcy robotników.

1925 - We Lwowie rozstrzelano działacza komunistycznego Naftalego Botwina, skazanego przez sąd doraźny za zabicie policyjnego prowokatora.

1945 - Japonia: Amerykanie zrzucili bombę atomową na Hiroszimę, zabijając 78 100 mieszkańców i ciężko raniąc 37 424. 13 983 osób uznano za zaginione. Dziesiątki tysięcy zostało napromieniowanych lub odniosło inne obrażenia.

1969 - Zmarł Teodor W. Adorno (właśc. Theodor Ludwig Wiesengrund), niemiecki filozof i socjolog, jeden z przywódców neomarksistowskiej szkoły frankfurckiej.

2001 - Zmarł Jorge Amado, brazylijski pisarz modernistyczny o lewicowych poglądach, 1951 - laureat Leninowskiej Nagrody Pokoju.

2009 - Zmarła Savka Dabčević-Kučar, była szefowa rządu Socjalistycznej Republiki Chorwacji (wchodzącej w skład nieistniejącej już Socjalistycznej Federalnej Republiki Jugosławii) i zarazem pierwsza kobieta-premier w historii Europy.

2010 - W Nowym Jorku zmarł Tony Judt, amerykańsko-brytyjski historyk pochodzenia żydowskiego,


?
Lewica.pl na Facebooku