Helsinki - lipiec 2018 (garść refleksji)
2018-07-27 17:36:45
Niewielu komentatorów zachowuje racjonalność i pragmatyzm oraz chłodne podejście wobec spotkania Prezydentów dwóch super-mocarstw nuklearnych – Donalda Trumpa i Władimira Putina. I co ewentualnie może się w jego wyniku wydarzyć dla świata, Europy i Polski. W najbliższym czasie sądzę, że raczej nic. Świadczą o tym choćby enuncjacje gospodarza Białego Domu już w Ameryce, które zresztą nie odbiegają zbytnio od chaosu i przypadkowości wypowiedzi, emocjonalnego nie zrównoważenia Donalda Trumpa jako polityka, powszechnie ocenianego jako osoby nie wiarygodnej bo co rusz zmieniającej zdanie (czy jakikolwiek ustabilizowany i pogłębiony intelektualnie sąd na jakikolwiek problem współczesnego świata do tej pory on zaprezentował ?).

Rex regnat sed non gubernat *
Jan ZAMOYSKI (Sejm RP, 1605 r.)

Nikt nie zwraca uwagi na lobbies jakie otaczają zarówno gospodarza Kremla jak i Białego Domu. Zwłaszcza kiedy weźmiemy pod uwagę – nawet w perspektywie stosunków jakie panują w Moskwie – rolę mega-kapitału w dzisiejszym świecie i jego interesów. Interesów lobbies militarno-naftowego w USA (przebiegających „w poprzek” podziałów demokraci vs republikanie) nie sposób przeceniać w aktualnej polityce USA i wojen prowadzonych na całym świecie od ponad dwóch dekad. Dotyczy to także – symetrycznie - tzw. „siłowników” w Rosji.
Po kolapsie ZSRR i obozu realnego socjalizmu trzeba było istnienie jakiegoś wroga podtrzymać dla funkcjonowania wspomnianych źródeł pomnażania kapitału. Ponowna materializacja absolutnego zła – dziś to Rosja, Chiny, Korea Północna czy Iran (o ISIS, al-Kaidzie czy całym problemie terroryzmu islamistycznego nikt de facto już zbytnio nie pamięta) – pozwala tej sferze gospodarki pozyskiwać kolejne fundusze i pomnażać swoje horrendalne zasoby. Zresztą, USA wydają przez cały czas od 1991 roku na zbrojenia tyle ile cała, licząca się w dziedzinie produkcji i handlu bronią, reszta świata.
Powszechne nad Wisłą i Odrą jest mniemanie, iż to Rosji zależy (i miało zależeć od dawna) na rozbiciu czy osłabieniu UE. Nie twierdzę, że elementów czy ciągot takich w polityce Kremla się nie dostrzega. Choć uważam, iż Rosjanie (zresztą podobnie czynią to i Chińczycy czyli mega-gracze geopolityki światowej) grają na wiodący tandem UE: Niemcy i Francję. I to w takiej kolejności. Rosjan do takiej postawy pobudza jeszcze historia i ich skomplikowane, trudne acz przeważnie pragmatyczne stosunki: z Niemcami i do samych Niemców, ich kultury, rozwiązań cywilizacyjno-kulturowych itd. Zresztą Niemcy podobny stosunek – oparty o pragmatyzm i racjonalność – mają do Rosji i Rosjan.
Ale to Ameryka od lat – oczywiście w bardziej subtelny sposób niż robi to Trump – grała na osłabienie albo na uwiązanie UE na swojej smyczy i niedopuszczenie do tego aby Unia stała się jednolitym organizmem politycznym i tym samym żeby nie mogła wybić się na niezależność od Wuja Sama. W wielu aspektach. Np. NATO i wiodąca w nim rola USA – ze zrozumiałych względów (przede wszystkim wspomniane wydatki na obronę oraz agresywną politykę globalną, którą można nazwać nowoczesną „polityką kanonierek”) – było tego przejawem, formą nacisków do tej pory subtelnych i zakulisowych (bo to są kanony dyplomacji i polityki na najwyższym poziomie).
Trump zaś to jednak jest coś innego. To wytwór i egzemplifikacja tzw. amerykanizmu (w najgorszej wersji) podlanego neoliberalnym, kupiecko-biznesowym sosem. Politykę traktuje jak firmy, którymi zarządzał. Zyski – straty, tu odpuszczam aby zaraz gdzie indziej zyskać. Dziś, natychmiast, żeby to medialnie i PR-owo było zakomunikowane publicznie. Narcyz, sobek, egocentryk zawsze tak działa, mając jeszcze sukcesy w tzw. biznesie, traktujący pieniądze i posiadane dobra jako dowód słuszności swej drogi życiowej oraz dokonywanych wyborów, które winne być przez całe otoczenie podziwiane. I to ma być drogowskazem, wektorem, kultywowanymi wartościami, przez wszystkich, najlepiej przez cały świat.
Aktualny Prezydent USA brutalnie i bez żadnych upiększeń, subtelności i niuansów realizuje zasadę obowiązującą w biznesie (ale taktownie przez polski mainstream przemilczaną) dot. eliminacji konkurenta jako formy rywalizacji o rynki; UE mogłaby być po politycznym zjednoczeniu nie tylko konkurentem ale i grabarzem amerykańskiej hegemonii w ramach cywilizacji tzw. Zachodu. Unia jeśliby udało się scalić ten organizm politycznie, usprawnić i ujednolicić prawo oraz przynajmniej narzucić całemu temu towarzystwu krajów i państewek główne przepisy i kanony byłaby na pewno elementem mogącym zagrozić hegemonii nie tylko USA ale i Chin. Nikomu – nie tylko Rosji (u nas źródła tych katastroficznych przypuszczeń i zaklęć tkwią w rusofobii naszych elit) – na tym nie zależy. USA może najbardziej. A nad Wisłą i Odrą wedle naszego „chciejstwa”, idealistycznej wiary w „american dream” i związanego z tym horrendalnego serwilizmu elit królują zaklęcia, mity, legendy i radosna, irracjonalna twórczość.
Komiczny polityk rosyjski – coś na kształt Trumpa – Władimir Żyrinowski (w klasycznej retoryce i optyce, śmiesznej i groteskowej ale w tej akurat wypowiedzi jest głęboki sens) w jednej z debat politycznych w rosyjskiej TV powiedział coś bardzo istotnego, jeszcze przed spotkaniem Putina i Trumpa: Amerykanie chcą nas odciągnąć od Chin i Iranu, nawet poświęcą dla tego Ukrainę, Syrię i Europę Środkową. Bo duopol Chiny – Rosja jest nie do pokonania za 20-30 lat. Jesteśmy z Chińczykami na siebie skazani, gdyż „wróg naszego wroga musi być naszym sojusznikiem”. Dla „Kitaja toże”. Amerykanom i Trumpowi, chodzi o Chiny. Oni - Amerykanie - nas zjedzą jak było za Jelcyn. Nota bene – nie tylko Żyrinowski uważa, iż wtedy Rosja „uciekła spod topora całkowitego rozpadu i degrengolady” celowo realizowanej przez Zachód.
Tło tej wypowiedzi to emanacja odwiecznej walki w Rosji pomiędzy tzw. „zapadnikami” vel okcydentalistami, a „narodnikami”, słowianofilami, zwolennikami Rosji jako cywilizacji euroazjatyckiej, zbudowanej na delikatnej symbiozie kultur: prawosławnej, islamskiej i judaistycznej (kłania się też tu Huntington ze swoim zderzeniem cywilizacji). O tym w Polsce nikt nawet nie myśli – o wiedzy na ten temat nawet nie ma co wspominać – bo o Rosji tylko negatywnie, emocjonalnie, zjadliwie i z prześmiewczą wyższością wedle sprawdzonego schematu „zawodowego opluwacza wszystkiego co rosyjskie, pana Wacława Radziwinowicza” ([za]: L.Stomma, >Mundial, mundial i już po<, PRZEGLĄD nr 30/968 z dn. 23-19.07.2018). Nigdy racjonalnie i pragmatycznie.
Abstrahując od wszystkiego, jeśli spotkanie Trump – Putin, przyczyni się do zmniejszenia w jakimkolwiek stopniu napięcia między tymi mega mocarstwami nuklearnymi i tym samym obniży się prawdopodobieństwo wybuchu jądrowej pożogi mogącej spopielić świat – a nasz kraj w takiej sytuacji przede wszystkim – będzie to niewątpliwy sukces Helsinek AD’lipiec 2018. Zniesmaczonym i zawiedzionym – militarystom i tęskniącym za kolejnymi polskimi ofiarami w następnym, bezsensownym boju, rusofobom i fundamentalistom religijnym chcącym nieść „jedyną i prawdziwa wiarę na heretycki Wschód” – przytoczę tylko powiedzenie króla Francji Henryka IV z Nawarry; „Paryż wart jest mszy”.
Gdyby w Polsce politykę traktowano jako sztukę tego co możliwe i naukę tego co relatywne (Henry Kissinger) - czyli osiągania określonych celów w danych warunkach i zapewnianie krajowi oraz społeczeństwu z tych efektów maksymalnych korzyści – a nie jako afirmację i manifestację swoich uprzedzeń, fobii, kompleksów, mitów i fantazmatów (przywołując historię i wybiórcze traktowanie, bez symetryzowania i opisowego balansu, dzieje polsko-rosyjskich relacji) na pewno nie byłoby tylu zaskoczeń, kwasów, nieporozumień, konfuzji i żalów. Stosunki międzynarodowe i dyplomację – całą politykę – traktuje się bowiem u nas emocjonalnie więc efekty są właśnie takie.
Świat się diametralnie zmienił. Upadek Muru Berlińskiego i kolaps ZSRR (oraz obozu realnego socjalizmu) nie ma już żadnego znaczenia. My tego nie chcemy widzieć i żyjemy w świecie post-zimnowojennym lub nawet zimno-wojennym celebrując skok Lecha Wałęsy przez mur Stoczni Gdańskiej, porażkę Armii Radzieckiej w Afganistanie, dokonania Jana Pawła II itd. To pokryte kurzem czasu drogowskazy, nie mające we współczesnym świecie zbyt wielkiego materialnego i politycznego (poza symboliką i mitologią) znaczenia.
Centrum świata przeniosło się nad Pacyfik, do Azji. Tam bije jego kapitalistyczno-neoliberalne centrum. Chiny, Korea Pd., Japonia, rosyjska Syberia, ale i Tajwan, Wietnam, Singapur, Indonezja, Malezja i Indie…… Co my o nich wiemy, o ich rozwoju, znaczeniu w gospodarce i roli w światowej wymianie towarów, kapitału, idei ?
My trwamy nadal w micie przynależności do tzw. Zachodu (którego de facto od dawna już jako całości i jednolitego bloku nie ma). Elity europejskie jeśli nie pójdą po rozum do głowy to spowodują, że spełni się sentencja jaką wyraził przed ponad 50 laty Wielki Sternik – Mao Zedong – w wywiadzie dla zachodnio-europejskiej agencji prasowej: na pytanie co sądzi o Europie odpowiedział z charakterystyczną, chińską dezynwolturą – „Europa, a to taki mały półwysep daleko na zachodnim krańcu Azji”.


*-król panuje ale nie rządzi

(Cały artykuł ukarze się w internetowym wydaniu PRZEGLĄD-u)

poprzedni komentarze