Wpis ostatni
2011-08-29 21:34:09
"Tragiczny wrzesień zrodził się wcześniej"

Czasy II RP są dziś przedstawiane jak sielanka połączona z olbrzymimi pokładami patriotyzmu. Abstrahując już od niewyobrażalnej wręcz nędzy, to ów patriotyzm - szczery zapewne wśród społeczeństwa - miał się nijak do ówczesnej polityki prowadzonej przez sanacyjny reżim. Jej krótkowzroczność, naiwność a przede wszystkim ślepa wiara w sojusz z III Rzeszą spowodował największych bodaj hekatombę w najnowszej historii Polski. Potwierdziła to nazistowska okupacja i codzienny, nieustający terror.

Najtragiczniejszą bodaj postacią II RP był jeden z najbliższych współpracowników Marszałka Józefa Piłsudskiego - Józef Beck. Ten ślepo zapatrzony w Komendanta płk Wojska Polskiego przeszedł do historii polskiej dyplomacji jako człowiek przegrany. I co ważne - przegrany na wszystkich odcinkach.

Myśląc Beck przywołuje się w pamięci jego słynne sejmowe przemówienia z maja 1939 roku: „Pokój jest rzeczą cenną i pożądaną. Nasza generacja, skrwawiona w wojnach, na pewno na okres pokoju zasługuje. Ale pokój, jak prawie wszystkie sprawy tego świata, ma swoją cenę, wysoką, ale wymierną. My w Polsce nie znamy pojęcia pokoju za wszelką cenę. Jest jedna tylko rzecz w życiu ludzi, narodów i państw, która jest bezcenna. Tą rzeczą jest honor”.

Szkoda jednak, że tego honoru zabrakło kiedy to kierował polską dyplomacją. Szereg błędów bowiem jakie popełnił jest niewybaczalny.

To Józef Beck, jak gdyby nigdy nic, zgodził się na niemieckie pogwałcenia Traktatu Wersalskiego. U progu swojego kanclerskiej kadencji Adolf Hitler od razu postanowił przywrócić obowiązkową służbę wojskową, Nie potrzebował, co prawda, zgody mocarstw zachodnich, bowiem doskonale zdawał sobie sprawę, jakie tam panują obecnie warunki. Klimat był jasny - Zachód nie chciał wojny i oprócz ciętego języka nie mógł i nie chciał nic zrobić rozpędzającej się potędze III Rzeszy. Jednak jeszcze w 1934 Hitler musiał się z państwami zachodnimi liczyć, z Polską również. Dlatego o tym fakcie postanowił poinformować czterech ambasadorów - brytyjskiego, francuskiego, włoskiego i polskiego. Jednak polski ambasador lakonicznie wstrzymał się od uwag. Czyżby nie zdawał sobie sprawy z zagrożenia, jakie wynikało z nowej sytuacji? A może po prostu został dokładnie poinstruowany przez swojego zwierzchnika? Nie zmienia to faktu, że ten kardynalny błąd dał Berlinowi sygnał na dalsze łamanie postanowień martwego już traktatu. Punktem kulminacyjnym tej fazy dyplomatycznej gry było jednak zaakceptowanie oficjalnie powołanie do życia Wehrmachtu. Józef Beck uczynił to podczas swojej wizyty w Berlinie w dniach 3-4 lipca 1934 roku. Ten sam Wehrmacht zmiażdżył wkrótce polską kawalerię. Co za ironia losu...



Tak licznych spotkań między Warszawą a Berlinem nie było nigdy przedtem ani później. Historia europejskiej dyplomacji nie zna bowiem tak nasyconego bogatego programu wzajemnych uprzejmości. Najbardziej płodne okazały się lata 1938-1939, kiedy to szef polskiego MSZ wielokrotnie spotykał się ze swoim niemieckim odpowiednikiem oraz z Hitlerem, który widział Polskę przy swoim boku w marszu na ZSRR.

Ale to nie koniec wymiany uprzejmości. Nastąpiła jeszcze cała ich masa. Polska poszła na rękę Hitlerowi kiedy to, Beck w Genewie oświadczył, że Polska nie będzie z Ligą Narodów rozwiązywała problemów mniejszości narodowych. Führer zrewanżował się gościnnie przyjmując polską mniejszość w Niemczech, dodając, że „ deklaracja wpłynie na poprawę i umocnienie przyjaznych stosunków między obu narodami”. Podobny do Hitlera gest wykonał prezydent Mościcki, który przyjął delegację mniejszości niemieckiej.

Kiedy w marcu 1936 roku Niemcy zajmują zdemilitaryzowaną Nadrenię - co było ewidentnym pogwałceniem postanowień Traktatu Wersalskiego - na polskim MSZ nie robi to większego wrażenie. Nie pojawia się nawet nota protestacyjna. Co więcej, w przemówieniach sejmowych Józef Beck zapewnia opinię publiczną o „ przyjaznych stosunkach z Rzeszą”.

Całkowitym dziś szokiem może wydawać się sprawa anschlusu Austrii 12 marca 1938 roku. Kto by pomyślał, że ten gwałt na sąsiedzie pierwsza zaakceptuje Polska?! A jednak. Co więcej sanacyjny rząd – zgodnie z życzeniami Niemiec - od razu zlikwidował całkowicie swą obecność dyplomatyczną w Austrii. Na rewanż nie trzeba było długo czekać. Niemcy zaakceptowały natychmiast ultimatum Polski wobec Litwy, które ta przyjęła 19 marca 1938 roku. Przyjaźń kwitła w najlepsze, ku naszej zgubie.

Jednak sprawą, która od lat napawa nas wstydem, było wspólne z III Rzeszą rozebranie Czechosłowacji. Sprawa Zaolzia, która od powstania II RP była sprawą dyskusyjną z południowym sąsiadem, Polska postanowiła załatwić na spółkę z dyktatorem, ku jego radości. W opinii światowej bez żadnych już obaw można było przedstawiać Polaków, jako tych, którzy stać będą wiernie przy Hitlerze. Winston Churchill powiedział „ Żołnierz polski wyjął Bohumin z plecaka żołnierza niemieckiego”. Co prawda sprawa Zaolzia nie miała żadnego wpływu na los Czechosłowacji, ale propagandowo dla Polski było to posunięcie fatalne. Co ciekawe, dopiero w 2009 roku na Westerplatte prezydent Lech Kaczyński przeprosił oficjalnie za ten błąd. Aby jednak dokładnie zobrazować to, jak tę sprawę widzieli sami Niemcy, przytoczmy słowa ambasadora Rzeszy - von Moltke: „Swoimi czynami Polska stara się nawet pomagać Niemcom w realizacji naszych planów wobec Czechosłowacji. Podjęcie przez nas kroków nie przeszkodziła aktywności wojskowej ze strony Związku Sowieckiego”.

Coraz bardziej dało się więc zauważyć, że Polska zorientowana jest na bliższy sojusz wojskowy, wymierzony oczywiście w ZSRR. Nijak się to ma do testamentu Piłsudskiego, który w polityce zagranicznej zalecał „równowagę sił”, rozkładania elementów nacisku po równo. Józef Beck jednak postawił na Niemcy, o żadnej równowadze mowy być nie mogło. Szokujące jest to, że kilkadziesiąt lat po wojnie znany historyk prof. Paweł Wieczorkiewicz uważał, że Marszałek Edward Śmigły-Rydz winien ramię w ramię maszerować z Hitlerem na Moskwę!

Polski patriotyzm tak nadmuchiwany w czasach sanacyjnego reżimu w chwili próby okazał się nic nie wartą wydmuszką. Zarówno polski rząd jak i naczelny wódz w chwili największego zagrożenia we wrześniu 1939 roku po prostu uciekli z kraju zostawiając na pastwę losu obywateli, którzy nie bacząc na zdradę spełnili swój obowiązek należycie.

Niestety dziś wybiela się zarówno sanacyjny system jak i jego elity, które w chwili gwałtu na ojczyźnie zrejterowali. Widocznie dla niektórych polityków i publicystów honor ma pejoratywne znaczenie...


poprzedninastępny komentarze