Ani Trzaskowski, ani Jaki
2017-11-05 11:03:51
Sławomir Sierakowski w przenikliwym i błyskotliwy felietonie, a każdy w jego wydaniu jest na podobnym poziomie, jest zdania, że kandydatura Rafała Trzaskowskiego jest jedyną alternatywą, aby w Warszawie zatrzymać PiS. Na rok przed wyborami taka deklaracja jest co najmniej zastanawiająca.

To prawda, że wybory w Warszawie mają wymiar symboliczny i mogą być trampoliną wyborczą dla tego, kto zasiądzie w fotelu prezydenta miasta. Mogą, jak w przypadku Lecha Kaczyńskiego, ale nie musza, bowiem trudno dziś sobie wyobrazić skompromitowaną Hannę Gronkiewicz-Waltz w polityce. Afera reprywatyzacyjna, za którą odpowiedzialność ponosi PO a jej emanacją jest urzędująca prezydent, powinna zmusić władze PO do oddania tych wyborów walkowerem. Polityka jednak nie ma nic wspólnego z braniem odpowiedzialności i uczciwością. Kandydatura Rafała Trzaskowskiego to gwarancja zamiecenie pod dywan wszystkiego tego, co było. Lata zaniedbań skutecznie podkopały zaufanie do tej władzy w Warszawie.

Politycy PO i PiS sprawnie narzucają własną narrację w debacie publicznej. Jedni i drudzy przekonują, że tylko ich kandydat może zatrzymać przeciwnika, dlatego pozostałe partie chcąc nie chcąc, muszą poprzeć ich kandydata i opowiedzieć się po którejś ze stron. Ulegają temu zwłaszcza dziennikarze, którzy nakręcają spiralę podziału, na którym wygrywają od lat dwie największe partie. Polskie społeczeństwo jest jednak egalitarne z pozostali kandydaci nie są na straconej pozycji. Taka postawa byłaby samobójcza dla lewicy. Najlepszym tego przykładem niech będzie Andrzej Duda, nikomu nie znamy poseł do PE, który pokonał w wyborach prezydenckich lidera sondaży, prezydenta Bronisława Komorowskiego.
Partia Grzegorza Schetyny zachowuje się tak, jakby miała monopol na przedstawianie się jako jedyna siła, która może powstrzymać PiS. To zrozumiała z punktu widzenia tej partii, bowiem nic tak w polityce nie wzmacnia, jak podział i polaryzacja. Jednak podobieństwa między PO a PiS są ogromne. Obie partie z obrzydzeniem patrzą na czasy PRL, obie powołały do życia IPN, obie głosowały za powołaniem CBA. Transfery polityczne między PO i PiS były bardzo częste. To musi o czymś świadczyć. Również głosowanie nad uchwałą upamiętniająca 75-tą rocznice powołania NSZ przeszło głosami posłów PO. To nie kto inny, jak Bronisław Komorowski podczas obchodów Święta Niepodległości kłaniał się pod pomnikiem Romana Dmowskiego. Postać Rafała Trzaskowskiego nie wzbudzi w lewicowym elektoracie namiętności i nadziei, bowiem jej wyborcy pamiętają to, co PO robiła w Warszawie przez lata swoich rządów.

Jeśli lewica chce przetrwać, musi zachować własną tożsamość i wystąpić zarówno przeciwko PiS jak i PO. SLD nie stać na to, aby nie wystawić w Warszawie własnego kandydata lub kandydatki. Lista nazwisk, które brane są pod uwagę, jest długa i rokująca. Wymieniany jest m.in. Ryszard Kalisz, postać niezwykle popularna, która w sondażach zajmuje wysokie trzecie miejsce. Taki ewentualnie wynik kandydata SLD dałby tej partii niezły wynik w wyborach samorządowych, mógłby pociągnąć lewicę w Warszawie. Dochodzą do tego jeszcze kandydatury Katarzyny Piekarskiej i Małgorzaty Szmajdzińskiej, które mają równie wysokie poparcie. Jest jeszcze Barbara Nowacka, liderka Inicjatywy Polskiej, która w 2015 roku osiągnęła w Warszawie świetny wynik. Postawa Sławomira Sierakowskiego jest wymarzonym prezentem dla liberalnego mainstreamu, który lewicę widzi małą i spolegliwą. Kiedyś lewicy wolno było mniej. Dziś nie wiele więcej.

W bipolarnej debacie publicznej SLD będzie musiał stawiać czoło dwóm wyzwaniom. Z jednej strony atakować rządzących jak i główny nurt opozycji, zarówno w postaci PO jak i Nowoczesnej. To lewica powinna być twarzą zmiany. Zmiany prawdziwie antysystemowej, która zaneguje obecny system z pozycji socjaldemokratycznych i wyjdzie naprzeciw społecznym oczekiwaniom.


poprzedni komentarze