Reporterzy Bez Granic przypominają, że „do wyborów doszło po czterech latach ciągłej i bezprecedensowej degradacji prasy w tym kraju”.
W Waszyngtonie takie osobistości, jak Colin Powell, Henry Kissinger i Zbigniew Brzeziński stwierdziły, że Stany Zjednoczone nie mogą uznać oficjalnych wyników. National Democratic Institute, któremu przewodniczy Madeleine Albright, była sekretarz stanu, Freedom House, którym kieruje James Woolsey, były dyrektor CIA, American Enterprise Institute, któremu patronuje były prezydent Gerald Ford, czy Open Society Institute, który pilotuje George Soros, potępili „zmasowane manipulacje” i żądają „sankcji gospodarczych”. Senator Richard Lugar, przewodniczący komisji spraw zagranicznych Senatu i wysłannik prezydenta George’a W. Busha, nie zawahał się mówić otwarcie o „oszustwach”: „Jest jasne, że w dniu wyborów istniał obszerny i z góry ustalony program oszustw, a władze czy to nim kierowały, czy też były jego wspólnikami.”
Przecieracie oczy? Pytacie się, jak to możliwe, że waszej uwadze mogły umknąć takie oświadczenia w związku z ostatnimi wyborami prezydenckimi w Meksyku? Macie racje, że popadacie w popłoch. Żadna z cytowanych osobistości i instytucji nie potępiła tego, co właśnie stało się w Meksyku. Wszystkie przytoczone komentarze – które są autentyczne – dotyczą wyborów prezydenckich z 23 listopada 2004 roku… na Ukrainie[1].
„Społeczność międzynarodowa” i zwyczajowe „organizacje obrony wolności”, które były tak aktywne w Serbii, Gruzji, na Ukrainie i niedawno na Białorusi, pozostają, że tak powiem, nieme wobec „wyborczego zamachu stanu”, który na naszych oczach dokonuje się w Meksyku[2]. Można sobie natomiast wyobrazić planetarną wrzawę, która wybuchłaby, gdyby takie wybory, tyle że zupełnie uczciwe, odbyły się na przykład w Wenezueli i różnicą zaledwie 0,56 proc. głosów wygrał je prezydent Hugo Chávez.
W wyborach meksykańskich z 2 lipca br. głównymi kandydatami byli Felipe Calderón z rządzącej Partii Akcji Narodowej (PAN, prawica katolicka), ogłoszony przez Federalny Instytut Wyborczy (tymczasowym) zwycięzcą, oraz Andrés Manuel López Obrador z Partii Rewolucji Demokratycznej (PRD, umiarkowana lewica). Na długo przed rozpoczęciem kampanii wyborczej było jasne, że dla prezydenta Vicente Foxa (PAN) i władz López Obrador ze swoim programem walki z ubóstwem był kandydatem przeznaczonym do odstrzału. Wszelkimi środkami. Od 2004 r. manipulacja oparta na potajemnie nakręconych taśmach wideo, które usłużnie nadały Televisa i TV Azteca, kontrolowane przez władze, miała zdyskredytować Lopeza Obradora. Na próżno.
W następnym roku, pod niepoważnym pretekstem nieposzanowania obowiązujących norm budowy dostępu do pewnego szpitala, skazano go, wtrącono do więzienia i pozbawiono prawa do udziału w wyborach. Masowe manifestacje poparcia w końcu zmusiły władze do przywrócenia mu tego prawa.
Demolka trwała nadal i osiągnęła niesłychany stopień podczas kampanii wyborczej[3]. Tym bardziej, że odkąd lewica wygrała w tylu krajach –– w Wenezueli, Brazylii, Urugwaju, Argentynie, Boliwii… – a nowe przymierza nie wykluczają Kuby[4], nad oligarchiami latynoamerykańskimi (i administracją Stanów Zjednoczonych) wieje wiatr paniki.
W takim kontekście zwycięstwo Lopeza Obradora (trybunał wyborczy rozstrzygnie to 6 września) miałoby zbyt poważne skutki geopolityczne, których nie chcą ani pracodawcy, ani wielkie media meksykańskie. Ani Waszyngton. Za żadną cenę. Tym bardziej za cenę poświęcenia demokracji. Lecz López Obrador i naród meksykański nie powiedzieli jeszcze swojego ostatniego słowa.
Przypisy:
[1] Na pomysł porównania reakcji na wybory na Ukrainie i w Meksyku wpadł J.K. Galbraith, „Doing Maths in Mexico”, The Guardian (Londyn) z 17 lipca 2006 r.
[2] O realiach i rozmachu oszustw patrz np. raport z 17 lipca br. Centro de Derechos Humanos Fray Bartolomé de Las Casas (www.sipaz.org/documentos/obsddcp/elec0606_s.html).
[3] O gwałtowności ataków patrz J. Ross, „All Against López Obrador”, Counterpunch z 6 kwietnia 2006 r.
[4] Patrz B. Cassen, „Une nouvelle Amérique latine à Vienne”, Le Monde diplomatique z czerwca 2006 r.
Ignacio Ramonet
tłumaczenie: Zbigniew Marcin Kowalewski
Artykuł ukazał się w polskim wydaniu miesięcznika "Le Monde Diplomatique".