Kowalik: Jak przegraliśmy Polskę

[2002-03-24 11:56:59]

Polska po 12 latach radykalnych przemian wyróżnia się jednym z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie znała historia Europy drugiej połowy XX wieku. Przegrali robotnicy, rzemieślnicy, chłopi, pielęgniarki i nauczyciele - miliony ludzi. Są i wygrani, ale na ogół grano znaczonymi kartami

Mój rok 1989 to czas wielkiej nadziei (pierwsza połowa roku) i równie wielkiego rozczarowania (druga połowa). Nadziei mimo osobistej porażki - w ostatniej chwili zostałem przez moich bliskich przyjaciół odsunięty od negocjacji przy Okrągłym Stole (OS). Ale ich przebieg i ostateczny rezultat - porozumienia sierpniowe - uważałem za wielki, historyczny kompromis, za przedłużenie i wspaniałe rozwinięcie porozumień gdańskich. Widziałem w tym także powód do osobistej satysfakcji, bo w formułowaniu porozumień gdańskich oraz przygotowaniu do obrad OS brałem udział, a wcześniej uparcie głosiłem potrzebę konsensualnej "reformy przełomowej", której podstawą miał być pluralizm form własności.

W Porozumieniach OS ceniłem nade wszystko ewolucyjne podejście do zasadniczych reform. Byłem wierzącym "pryszczatym" i do dziś drżę na myśl, ile złego mógłbym zrobić, gdybym po pół roku praktyki nie uciekł z sądownictwa. Na szczęście uwielbiałem pisarstwo Krzywickiego i Abramowskiego i dla nich uciekłem do nauki. Dzięki nim oraz dzięki memu promotorowi Oskarowi Langemu i zaprzyjaźnionemu Tadeuszowi Szturm de Sztremowi dość wcześnie doszedłem do wniosku, że nowego ładu społecznego nie wolno narzucać społeczeństwu metodą skoku. W samej doktrynie komunizmu tkwiły pewne fałszywe założenia. Ale wiele wad gospodarki wynikało nie tyle z założeń, co właśnie z tego, że nowy ustrój został społeczeństwu narzucony.

Poza tym od dawna byłem entuzjastą autora "Wielkiej Transformacji" - Karla Polanyi’ego, który w wyniku analizy tysiącletniego rozwoju gospodarki rynkowej nauczał, że "wolne rynki nigdy by nie zaistniały po prostu w drodze samorzutnej (...) Droga do wolnego rynku została otwarta i ugruntowana dzięki ogromnemu i długo kontynuowanemu, centralnie zorganizowanemu i kontrolowanemu interwencjonizmowi. Jedną z najbardziej skomplikowanych spraw było uzgodnienie >prostej i naturalnej wolności<, jak ją pojmował Adam Smith, z potrzebami społeczeństwa. (...) Leseferyzm nie był metodą do osiągnięcia celu, on sam był celem".

Zapowiedź powołania Funduszu Majątku Narodowego oraz konstytucyjnych gwarancji dla równego traktowania różnych form własności świadczy o tym, że reformy z Porozumień OS miały być - także w gospodarce - przełomowe. Przesadą wydawała mi się tylko zapowiedź stworzenia już za dwa lata giełdy, bo nie wierzyłem, że powstanie aż tyle spółek prywatnych, by mogła funkcjonować normalnie. Tylko ten jeden akcent wydawał mi się sprzeczny z zasadą ewolucyjnej reformy.

Optymizmem napawał także fakt, że tacy ludzie, jak Marian Święcicki czy Witold Trzeciakowski, jeszcze późnym latem zdecydowanie opowiadali się za rozwiązaniami szwedzkimi, które przykuwały moją uwagę co najmniej od czasu pobytu w 1981 r. z Bogdanem Lisem w Sztokholmie. Oczywiście, nie mogło chodzić o kopiowanie obcych wzorów (tego mieliśmy dość), lecz o korzystanie z doświadczeń krajów nordyckich, a także Austrii, Niemiec zachodnich. A może także wschodnioazjatyckich "tygrysów".

Cieszyć mogło, że Polska suwerennie poszukiwała własnej drogi rozwoju. Nadzieje stwarzał fakt, iż druga połowa XX wieku była czasem wielu innowacji ustrojowych w dziedzinie społeczno-gospodarczej. Encyklika Laborem exercens toż to była synteza specyficznie polskiego dialogu chrześcijańskich personalistów z socjalistycznymi humanistami. I ten dialog legł u podstaw tego, co Jan Strzelecki nazywał "filozofią umów społecznych".

Wielu obserwatorów zachodnich, także socjalliberałów, spodziewało się, że polskie przemiany przyniosą coś oryginalnego. Ubiegłoroczny noblista Joseph Stiglitz upublicznił swoje credo chyba dopiero w maju 1990 r., ale na pewno miał je znacznie wcześniej. Oto fragment jego sztokholmskiego wykładu:

"Odpowiedzi, jakie dawał socjalizm na ciągle powracające pytania o właściwe proporcje pomiędzy sferą publiczną i prywatną, okazały się błędne. Opierały się na błędnych lub przynajmniej niekompletnych teoriach, które szybko przechodzą do historii. Wszelako przyświecały im ideały i wartości, z których wiele ma charakter trwały. Wyrażają bowiem odwieczne dążenie do bardziej ludzkiego i bardziej egalitarnego społeczeństwa.

Jeden z wierszy wielkiego poety amerykańskiego Roberta Frosta zaczyna się tak:

W lesie rozchodziły się dwie drogi

Wybrałem mniej uczęszczaną

I to właśnie oznaczało wielką różnicę

Byłe kraje socjalistyczne rozpoczynają wędrówkę, mając przed sobą wiele dróg. Nie dwie drogi, lecz wiele, także mało uczęszczanych - a nikt nie może wiedzieć, dokąd one prowadzą. Jednym z największych kosztów trwającego 70 lat eksperymentu socjalistycznego było to, iż zamykał on możliwość zbadania wielu możliwych dróg. U początków podróży byłych krajów socjalistycznych można wyrazić nadzieje, że będą one kierowały się nie tylko wąskimi kwestiami ekonomicznymi (...), ale także szerszym zespołem ideałów, które motywowały wielu twórców tradycji socjalistycznej. Może niektóre z tych krajów wejdą na drogę mniej uczęszczaną, co może odmienić życie nie tylko ich, ale nas wszystkich".

Filozofia skoku

I nagle późnym latem zaczęła brać górę filozofia skoku w "wolny rynek".

"Do Warszawy przyjechał (...) Jeffrey Sachs, który bardzo energicznie przekonywał nas, że jeśli chodzi o przebudowę gospodarki, to należy wykonać skok na głowę (...), wprowadzając za jednym zamachem wolny rynek i blokując płace" - wspominał Jacek Kuroń. U Sachsa nie powinno to dziwić. To rzecz normalna, odzwierciedlająca stan głównego nurtu ekonomii amerykańskiej, kultury kraju prawie pozbawionego historii. Pewien źle widziany nad Wisłą mędrzec z Trewiru powiedział kiedyś: "Ludzie tworzą własną historię, ale w zastanych warunkach". Amerykanie są wyjątkiem - sami tworzyli te warunki.

Nieco trudniej było zrozumieć polsko-brytyjskiego ekonomistę Stanisława Gomułkę, doradcę prawie wszystkich ministrów finansów, począwszy od 1989 r. do chwili obecnej. Co natomiast mogło przekonać takich ludzi, jak Jacek Kuroń, historyk i pedagog, także polityk z krwi i kości, czy mounierowsko-maritainowski personalista Tadeusz Mazowiecki? A jeszcze człowiek tak zanurzony w historię jak Bronisław Geremek?! Trudne to do pojęcia. A wyjaśnienia, jakie otrzymujemy post factum, są z reguły zdumiewająco płytkie.

Kuroń wyznaje, że kiedyś uważał, iż dochodzenie do gospodarki rynkowej powinno być stopniowe. Jednakże: "W końcu uświadomiłem sobie, że jeżeli nikomu się nie udaje gospodarka planowa i ręczne sterowanie, bo niemożliwe jest sterowanie tak złożonym organizmem z jednego centrum, to tym bardziej niemożliwa jest realizacja pomysłu, że należy nią w dalszym ciągu sterować, dodając sobie trud planowego przekształcania jej w gospodarkę wolnorynkową (...) Czyli że trzeba wprowadzić wolny rynek skokowo...".

Bronisław Geremek spojrzał na polski "skok" z perspektywy "biegu" do Europy. Ale czy głębiej? "Rozumiejąc trudności, przed jakimi postawił nas plan Balcerowicza, wiedziałem, że w rzeczywistości jest to jedyna droga dająca Polsce szansę uzyskania miejsca w europejskim porządku gospodarczym (...) Bez wyrzeczeń i to wyrzeczeń poważnych nie mieliśmy szans pokonać tego dystansu, który nas dzielił od progu umożliwiającego rozpoczęcie procesów integracyjnych. Wiedziałem też, że na tej drodze musimy poruszać się bardzo szybko, bo Europa nie miała przecież zamiaru na nas czekać, więc także ów wymarzony próg minimum stawał się coraz wyższy".

To uparte "wiedziałem" i "jedyna droga" może rodzić pytanie, czy polityk nawet ex post może sobie pozwolić na alternatywne postrzeganie swych decyzji jako skutku wyboru, skoro nawet tak rasowy historyk, gdy staje się politykiem, przestaje postrzegać politykę jako pole wielu możliwości.

I największe zaskoczenie. Nie cieszyłem się z nominacji Leszka Balcerowicza, proponowałem inne kandydatury. Znałem jednak jego ambitną książkę "Systemy gospodarcze", która się latem owego roku ukazała. Czyż można sobie wyobrazić lepsze przygotowanie do zadania kształtowania nowego systemu jak studia nad wielością systemów? Do ich pojmowania w perspektywie historycznej, ewolucyjnej? A tymczasem Balcerowicz zadekretował - żadnych eksperymentów. Ma być tak jak na Zachodzie (czytaj - w USA). I to szybko. Jak najszybciej. Możliwie "wszystko na raz". Urzeczony Hayekiem, zignorował jego dictum z 1944 r., że przejście od gospodarki wojennej do rynkowej "nie może oznaczać usunięcia restrykcji wojennych za jednym zamachem, [gdyż - TK] choćby nawet krótkotrwała dyslokacja i niestabilność skompromitowałyby system wolnej przedsiębiorczości". I przestrogę, że "jedyną rzeczą, której współczesna demokracja nie zniesie bez załamania się, jest konieczność istotnego obniżenia poziomu życia w czasie pokoju".

Społeczne skutki skoku

Do opinii publicznej powoli dociera zrozumienie, iż społeczne skutki planu Balcerowicza były (i są) znacznie większe z powodu metody jego realizacji niż z tytułu zadań. Nie chodzi tylko o dające się wyliczyć (co uczynił w kilkunastu publikacjach Grzegorz Kołodko) drastyczne rozbieżności pomiędzy założeniami i wykonaniem (nie 3 proc. spadku PKB, lecz kilkanaście w ciągu dwóch lat, jednocyfrowa inflacja nie pod koniec 1990 r., lecz za osiem lat, podobnie z bezrobociem, spadkiem płac realnych itp.). Znacznie ważniejsze są skutki dla ładu społecznego. Metodą skoku może powstać tylko chora, pełna patologii struktura społeczna, ze zniszczonymi instytucjami społecznymi w znaczeniu weberowskim, czyli zasadami (normami) zachowania i kształtowania się nowych. Na stare, pokomunistyczne zachowania nałożyły się nowe dewiacje.

Jacek Kuroń wyrzuca sobie i innym, że "administracja i rząd zniszczyły ruch >Solidarności<". Ale to się nie stało w drodze spisku czy represji. "Skok" musiał oznaczać narzucenie społeczeństwu nowego ładu bez normalnych negocjacji ze społecznymi partnerami. Czyż to nie porażające, że zapytany, czy w 1989 r. Tadeusz Mazowiecki lub Leszek Balcerowicz przedstawili mu "założenia przebudowy gospodarki", Lech Wałęsa odpowiedział: "Nie, chyba nie, choć dokładnie to już tego nie pamiętam". Tak odpowiada szef najsilniejszego związku zawodowego, który miał rozwinąć nad ową przebudową parasol ochronny?! To zniszczyło ruch "Solidarności". Oto dlaczego OPZZ, ZNP, związki górnicze są obecnie w lepszej kondycji niż "Solidarność". Także liczenie, że w "szczękach" lub na rozkładanych łóżkach szybko wyrośnie nowoczesna klasa średnia, prawdziwi przedsiębiorcy, to księżycowa ekonomia.

Z historii wiemy, że ekspansji rynku, kapitału towarzyszyły różne formy społecznej samoobrony, cywilizowania rynku i kapitału, nie tylko w postaci (ustawodawczej i innej) interwencji państwa. Tutaj stało się inaczej: gwałtownej ekspansji rynku towarzyszyło niszczenie instytucji samoobrony, niszczenie spółdzielczości, rzemiosła, samorządu pracowniczego. Niszczono podstawy społecznej kooperacji.

To właśnie miał na myśli Stiglitz podsumowujący swoje doświadczenie pierwszego wiceprezesa Banku Światowego, gdy pisał (może używając zbyt ostrych porównań): "Trwały rozwój i trwałe reformy opierają się na ideach, interesach i koalicjach. Powtarzam więc, że tego typu zmiany nie mogą być wymuszone. Zmiany w sposobie myślenia potrzebują czasu (...) Dlatego też bolszewickie metody zmiany społeczeństwa - wymuszanie ich przez awangardę rewolucyjną - zawodziły jedna za drugą. Szokowa terapia w podejściu do reform okazywała się równie zawodna jak >rewolucja kulturalna< [w Chinach - TK] i rewolucja bolszewicka".

Ale to ma być "mój" rok ’89. Nie tylko przeżywałem zaskoczenie i rozczarowanie. Także próbowałem coś robić. Szukałem "obszaru zgody" między liberałami i socjaldemokratami. Na niefrasobliwą wypowiedź jednego z ministrów, że nie wie, jakie będą skutki skoku w gospodarkę rynkową, czy bezrobocie będzie wynosiło 30 proc., czy nie będzie go wcale, a może będzie pośrodku, reagowałem: "Czyż to nie jest gigantyczny eksperyment na żywym ciele społeczeństwa?".

Zresztą byli ekonomiści, którzy bardzo kompetentnie nawoływali: "Nie wszystko naraz". Ba, nawet George Soros, który wprawdzie sprowadził Sachsa, ale stawiał bardzo ważne pytanie, czy nie rozdzielić w czasie dwóch zadań - ograniczyć się tymczasem do "wolnych cen i indeksacji płac, a potem [dokonać - TK] zasadniczej stabilizacji", dodawał, że "niezwykle ważne jest, by ta alternatywa była przed społeczeństwem jasno zarysowana. Ludzie i rząd powinni zdecydować, który wariant rozwoju sytuacji wybierają".

Szerzej patrzył na dylematy ustrojowe Kazimierz Łaski, apelując: "Potrzebna jest mieszanka typu południowokoreańskiego czy wcześniej - japońskiego", w czym widział "umiejętne łączenie najlepszych cech gospodarki rynkowej i prywatnej z najlepszymi cechami interwencjonizmu państwa", co daje "kolosalne przyspieszenie". W ekspertyzie zaś dostarczonej swemu uczniowi, wówczas szefowi CUP, Jerzemu Osiatyńskiemu dość dokładnie przewidział skalę spadku produkcji i PKB, jeśli plan zostanie zrealizowany (adresat dał krytykowi satysfakcję dopiero ostatnio).

Takich głosów było wiele. Także poufnych. Sam zanosiłem suplikę (autorstwa Wiktora Herera i Władysława Sadowskiego oraz mojego) do biur premiera, ministra finansów, szefa CUP i wreszcie do mego ówczesnego bliskiego przyjaciela, szefa frakcji parlamentarnej OKP Bronisława Geremka. On jeden zareagował na otrzymany dokument. Gdy wychodziliśmy po mszy żałobnej z kościoła, żegnając jednego ze wspólnych przyjaciół, powiedział: "Dziękuję Ci, musimy o tym porozmawiać". Ponieważ jednak daty rozmowy nie określił, podjąłem z nim ponad rok później publiczną "rozmowę" ("Rewolucja ponad społeczeństwem", "Polityka" nr 12/91). Nie miałem już wtedy złudzeń, że "mówię jak dziad do obrazu...".

Wszystkie te krytyki i propozycje nie miały żadnego znaczenia. Ekipa rządowa bowiem była już od wczesnej jesieni "na rozbiegu" i nic jej nie zdołało zatrzymać przed skokiem. Po czterech latach Kuroń napisze: "Klęska >Solidarności< [dodajmy teraz - i Unii Wolności - TK] nastąpiła dlatego, że wyłonione z niej władze państwowe, miast stanąć na czele masowego ruchu przebudowy, działały ponad społeczeństwem. Ponad jego głowami realizowano program etatystyczno-technokratyczny, co spychało większość w roszczeniową lewicowość, tym bardziej radykalną, im dotkliwiej odczuwano koszty upadku komunizmu".

Od pionierstwa do imitacji

Czym wyróżniała się Polska w latach 80.? Największym w Europie, najbardziej masowym, "dowodzonym" przez robotnika, ale wspomaganego przez intelektualistów, a więc świadomym swych celów ruchem pracowniczym. Katalizatorem reform, który rozbudził ogromne nadzieje nie tylko w Polsce, ale i w świecie. Od czasów polskiego Października 1956 r. nasz kraj nigdy nie budził takiego zainteresowania jak za czasów fenomenu "Solidarności".

Czym wyróżnia się Polska po upływie ponad 20 lat od czasu "wybuchu" "Solidarności" i po 12 latach radykalnych przemian? Wyłonieniem się jednego z najbardziej niesprawiedliwych ustrojów społecznych, jakie znała historia tego kontynentu drugiej połowy ubiegłego stulecia. Tu nie chodzi o to - a przynajmniej nie chodzi o to przede wszystkim - że wielkoprzemysłowa klasa robotnicza zatrudniona w "socjalistycznych mamutach" musiała przegrać, bo nowoczesne struktury gospodarek rozwiniętych, do których aspirujemy, są dziś zupełnie inne. Czy robotnicy zatrudnieni w prywatnym sektorze, często byli rzemieślnicy, byli sprzedawcy sklepów spółdzielczych i państwowych, dziś najczęściej pozbawieni elementarnych praw pracowniczych, także prawa do związków zawodowych, nie są przegranymi? A chłopi nie przegrali? A pielęgniarki i nauczyciele?

Materialną stratę jakoś kompensuje odzyskana wolność. To wielki skarb, ale dla wymienionych grup społecznych (może poza nauczycielami) tak opiewana wolność niewiele znaczy, gdyż zachwiane fundamenty bytu materialnego uniemożliwiają korzystanie z niej.

Polska ma najwyższe w Europie Środkowej w ciągu tak długiego czasu bezrobocie. Podobnie ma największą liczbę ludzi żyjących w ubóstwie oraz najwyższe nierówności dochodowe. Tylko co szósty zarejestrowany bezrobotny otrzymuje zasiłek, równie drastycznie ograniczana jest pomoc socjalna. Wkraczająca w dorosłe życie najbardziej wykształcona młodzież najliczniejszego boomu demograficznego nie znajduje na rynku ani pracy, ani mieszkań, na które byłoby ją stać. Buduje się bowiem niemal wyłącznie mieszkania, domy lub wille dla zamożnych, na dziesięciolecia kształtując dwie kultury, dwie przeciwstawne cywilizacje odgrodzone wysokimi murami i prywatną policją.

Zaczyna też dominować opinia, iż zrealizowane w ciągu ostatnich paru lat reformy drastycznie powiększyły nierówności w dostępie do usług zdrowotnych oraz do szkół, a także zlikwidowały materialne podstawy solidaryzmu międzypokoleniowego (reforma emerytalna). Coraz lepiej też dostrzegany jest paradoks, że pod hasłem minimalizacji państwa stworzono "neoliberalne państwo socjalne" - do sfery socjalnej przeniesiono kilka milionów ludzi. Dlatego państwo nie jest w stanie wywiązywać się ze swego podstawowego, konstytucyjnego obowiązku dostarczania ludziom pozbawionym pracy choćby minimum materialnego zabezpieczenia.

Oczywiście, są i wygrani. Ale na ogół grano znaczonymi kartami. Dotyczy to także elit władzy, które wykorzystały metodę rozwiązywania konfliktów drogą pokojową (negocjacji), ale nie dla realizacji uchwalonych wcześniej porozumień (na przykład założeń "nowego ładu ekonomicznego" nakreślonego w Porozumieniach Okrągłego Stołu), lecz dla zręcznego i systematycznego wyprowadzania wyborców w pole.

Wyłonione w wyniku wyborów czerwcowych z 1989 r. władze (wszystkie, łącznie z parlamentem i czwartą władzą, nie tylko rząd) realizowały program dokładnie przeciwny do deklaracji przedwyborczych. Zresztą i później jeden z czołowych publicystów ekonomicznych publicznie wychwalał partie za to, że już nazajutrz po wyborach robią co innego, niż obiecywały. A i teraz wypowiadane są nadzieje już, niestety, nie całkiem bezpodstawne, że Leszek Miller okaże się polskim thatcherystą. Czyż można się dziwić, że socjolog Mirosława Marody wyrażała dość powszechne odczucie w następujący sposób: "wszyscy politycy to świnie, wybieramy postkomunistów, bo to mniejsze świnie". Taka jest obecna filozofia typowego wyborcy. Zobaczymy, jaka będzie za cztery lata.

*

Polsce przydarzył się "plus ze znakiem ujemnym!". To jeden z sofizmatów naszego Nikifora od wielkiej polityki, który wybornie oddaje rzeczywistość polskiej transformacji. Dziesięciomilionowy ruch społeczny "Solidarność" utorował drogę do kompromisowego i pokojowego oddawania władzy przez komunistów, demontażu starego systemu. Wydawało się też, że powstaje możliwość konsensualnego tworzenia nowego ładu społeczno-ekonomicznego. A tymczasem mocą decyzji politycznych wąskiej grupy mandatariuszy "Solidarności" stworzono system wysoce konfliktowy, nieprzyjazny ludziom pracy.

"Na nasze nieszczęście wygraliśmy!" - tak zareagował Lech Wałęsa na wyniki wyborcze z 4 czerwca Owego Roku. Na pewno nie zdawał sobie sprawy, jak wiele w tym wykrzykniku powiedział. Nie był też świadom, że "wygraliśmy na nieszczęście" również dla niego jako przywódcy związkowego i polityka. Bo później pozostał już tylko wielki rozgrywający, dla którego sama gra stała się celem.

Tadeusz Kowalik



Przedruk z Gazety Wyborczej. Tadeusz Kowalik jest ekonomistą i historykiem myśli ekonomicznej, pracuje w Instytucie Nauk Ekonomicznych PAN. W latach 70. wykładowca opozycyjnego Towarzystwa Kursów Naukowych. W czasie Sierpnia ’80 ekspert Międzyzakładowego Komitetu Strajkowego w Stoczni Gdańskiej. Jest członkiem Rady Programowej Unii Pracy.

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


14 sierpnia:

1919 - Strajk 140 tys. polskich robotników na Górnym Śląsku, poprzedzający wybuch zbrojnego powstania.

1955 - W Warszawie zakończył się V Światowy Festiwal Młodzieży i Studentów.

1956 - Zmarł Bertolt Brecht, niemiecki pisarz, dramaturg, poeta, teoretyk teatru, inscenizator.

1958 - Zmarł Frédéric Joliot-Curie, francuski fizyk, laureat Nagrody Nobla w dziedzinie chemii, członek Francuskiej Partii Komunistycznej.


?
Lewica.pl na Facebooku