Anna Artwińska: Matka Courage gdańskiej stoczni. Nowa biografia Anny Walentynowicz

[2020-08-29 11:59:32]

Biografia Anny Walentynowicz autorstwa Doroty Karaś i Marka Sterlingowa, choć trafiła na rynek w niekorzystnym momencie rozkwitu pandemii, od razu spotkała się z żywym odbiorem zarówno czytelników, jak i krytyków. Jej recenzje ukazały się w większości opiniotwórczych mediów i były – czego można było się spodziewać – podzielone. Podczas gdy dla jednych kolaboratywna biografia gdańskich dziennikarzy okazała się śmiała, odkrywcza, odsłaniająca nie tylko nowe fakty z życia Walentynowicz, ale również burząca polskie mity związane z działalnością opozycyjną w PRL-u, dla drugich okazywała się chybiona, nietrafna w ocenach, szargająca polskie świętości[1]. Śledząc toczące się na temat książki debaty, można było odnieść wrażenie, że polaryzuje nie tylko sama Anna Walentynowicz – legendarna robotnica z gdańskiej stoczni i ikona „Solidarności”, lecz również sposób, w jaki autorzy mierzą się z narosłymi wokół tej postaci narracjami i wyobrażeniami. Publikując swoją biografię Walentynowicz, Karaś i Sterlingow rozprawili się – i to główna teza tego tekstu – z trzema istotnymi problemami współczesnej polskiej kultury i polityki pamięci. Pierwszy z nich stanowi kwestia pochodzenia, drugi dotyczy stosunku do komunizmu, trzeci wynika z oczekiwań stawianych w Polsce bohaterom – tym bardziej skomplikowanych, jeśli owi bohaterowie mają żeńską płeć.

Podejrzane pochodzenie

W opublikowanym w 2004 roku artykule Podejrzane pochodzenie jako kategoria kultury polskiej Irena Grudzińska-Gross zwróciła uwagę na pozornie „niewinną” obsesję polskiej prasy, polegającą, odpowiednio, na zatajaniu, lubi, żydowskiego pochodzenia opisywanych bohaterów, lub też na sugerowaniu, że owo pochodzenie było w gruncie rzeczy nie żydowskie, lecz ormiańskie albo tatarskie[2]. Mimo że analizy Grudzińskiej-Gross dotyczą artykułów zajmujących się pochodzeniem klasyków: Mickiewicza, Słowackiego, Chopina i Lechonia, to już wnioski, jakie badaczka z tych analiz wysuwa, są bardziej uniwersalne i dotyczą szerszego problemu, jaki kulturze polskiej sprawia słowo na literę „ż”. Mówienie o żydowskich korzeniach było i jest w Polsce trudne, a stopień tej trudności różni się w zależności od czasu i miejsca. Przyczyn takiego stanu rzeczy szukać należy tak w polskich mitach genealogicznych, jak i w antysemickich kalkach oraz nieprzepracowanych problemach z polsko-żydowskiej historii. Rozważania Grudzińskiej-Gross są przy tym interesujące także dlatego, że wychodząc od problemu pochodzenia żydowskiego, uwrażliwiają na problem pochodzenia w ogóle – i tu zbliżamy się do przemilczanej karty z biografii Anny Walentynowicz. Jeśli stwierdzę, że za największą zaletę napisanej przez Karaś i Sterlingowa biografii uważam opisanie ukraińskiego pochodzenia Anny Walentynowicz de domo Lubczyk, nie będę oryginalna: na ten fakt zwracało uwagę większość recenzentów. W moim przekonaniu na uwagę zasługuje jednak nie tylko niezwykle staranna kwerenda, opierająca się na materiałach archiwalnych, studiach historyków polskich i ukraińskich oraz rozmowach z ukraińską rodziną Walentynowicz, lecz przede wszystkim fakt, że autorzy w taki sposób porządkują zebrany materiał, by możliwe stało się zrozumienie, dlaczego ich bohaterka zdecydowała się na konsekwentne przemilczanie ukraińskiej karty we własnym życiorysie. Już pierwsze rozdziały książki rekonstruujące dzieciństwo Anny we wsi Sienne (dzisiaj Sadowe) na Wołyniu, jej historię rodzinną oraz historię ucieczki wraz z polską rodziną Teleśnickich do Gdańska pokazują, że wypieranie ukraińskiej przeszłości było dla Anny stawką w grze o uznanie i akceptację w polskiej kulturze większości. Można wyobrazić sobie, że rozpoczynająca samodzielne życie w powojennym Gdańsku młoda dziewczyna wolała nie wspominać o swojej ukraińskiej genealogii – zarówno ze względu na ciągle jeszcze świeżą pamięć rzezi na Wołyniu, jak i z powodów czysto praktycznych: pochodzenie ukraińskie nie było w kulturze polskiej tak samo dobre jak pochodzenie polskie. Można więc przypuszczać, że decyzja o odgrywaniu Polki była uwarunkowana strategicznie – jak wynika z biografii Karaś i Strelingowa, Anna do perfekcji opanowała strategię mimikry. To, że nie zdecydowała się ujawnić swojej historii rodzinnej później, kiedy po latach rozłąki ponownie nawiązała kontakt ze swoją rodziną i regularnie jeździła do Ukrainy, wydaje się konsekwencją decyzji podjętych w młodości. Tym, których ta decyzja zaskakuje, warto przypomnieć rozważania francuskiego socjologia Didiera Eribona dotyczące wstydu związanego z przynależnością do określonej klasy społecznej – wstydu z powodu własnego pochodzenia[3]. Opisana przez Karaś i Strelingowa historia Anny Walentynowicz przyznaje rację Eribonowi: także w kulturze polskiej to, skąd się jest, jest istotnym czynnikiem decydującym o społecznej akceptacji lub/i społecznym odrzuceniu. Wstyd związany z pochodzeniem może być generowany tak klasowo, jak i etnicznie. Wchodząc w dorosłe życie w PRL-u, Walentynowicz miała to szczęście, że przynależność do klasy robotniczej nie stanowiła problemu, a wręcz przeciwnie, dawała możliwość kariery i awansu. Walentynowicz skrzętnie skorzystała z tych możliwości, raz na zawsze zrywając z rolą ukraińskiej służącej, skazanej na łaskę polskich panów. Dzięki temu mogła wyzwolić się z niekorzystnych układów w rodzinie Teleśnickich – awans zawodowy nie gwarantował jednak równości w wymiarze etnicznym; można przypuszczać, że jako Ukrainka miałaby Anna w powojennej Polsce trudniej. I nie chodzi mi tu o to, by robić z bohaterki „Solidarności” ofiarę narodowych uprzedzeń, ile raczej pokazać, że przemilczanie ukraińskiego pochodzenia było procesem zachodzącym w konkretnym tu i teraz, a nie w społecznej próżni. Z tego powodu nie wystarczy pytać tylko o to, dlaczego Anna „przemilczała”, „ukryła” czy „zafałszowała” swoją historię rodzinną, lecz także spróbować przedstawić ramy tej decyzji. Walentynowicz. Anna szuka raju Karaś i Strelingowa stawia w moim przekonaniu duży krok w tym kierunku. Autorzy piszą o zawstydzeniu Anny, o tym, że zwierzając się Henryce Krzywonos z posiadania rodziny w Ukrainie i z tego, że jej brat był w UPA, prosiła o dyskrecję. Że mimo iż od pewnego czasu regularnie jeździła do Ukrainy, nie opowiedziała prawdziwej historii swojej rodziny synowi ani też nie nakazała dokonania zmian w kolejnych wydaniach swojej biografii. „Jak umrę w Ukrainie, to mnie tu pochowajcie. A jeśli w Polsce, to na pogrzeb nie przyjeżdżajcie” – tą wypowiedzią, skierowaną przez Walentynowicz do przyrodniej siostry Anny Kurbanowej, Karaś i Strelingow kończą swoje dociekania na temat wątku ukraińskiego w biografii Walentynowicz (s. 444). I równocześnie otwierają przestrzeń do jakże potrzebnej dyskusji.

Genetyczny antykomunizm

Czytając większość dotychczasowych opracowań dotyczących biografii Anny Walentynowicz, odnieść można wrażenie, że polityczny życiorys tej postaci zaczął się w roku 1980, oraz że postać ta swoje antykomunistyczne przekonania wyssała niejako z mlekiem matki. Tymczasem fakty przedstawiają się inaczej. Rozpoczynając pracę w Stoczni Gdańskiej w 1950 roku, Anna nie tylko nie miała antykomunistycznych poglądów, ale co więcej była dumna ze swojego statusu robotnicy i związanej z nim możliwości służenia Polsce Ludowej. Aktywnie wspierała socjalistyczny system, angażując się m.in. w działalność Ligii Kobiet; jako przodownica pracy pozowała do zdjęć i publicznie zobowiązywała się do ciągłego podwyższania normy. Dzięki socjalistycznemu systemowi opieki Anna mogła godzić pracę zawodową z wychowywaniem syna i, co także nie było bez znaczenia, zamieszkać we własnych czterech kątach. Opisując powyższe fakty z biografii, Karaś i Strelingow demitologizują niejako „genetyczny” antykomunizm swojej bohaterki: Anna z ich opowieści jest – mówimy o latach przed Sierpniem 1980 roku – Anną zaangażowaną w pracę w Stoczni, Anną wierzącą w socjalistyczną rewolucję, Anną korzystającą z dobrodziejstw nowego systemu. Analizując biografię Walentynowicz, Karaś i Sterlingow przypominają, że postawa ich bohaterki nie była bynajmniej wyjątkowa – dla wielu Polek i Polaków Polska Ludowa nie stanowiła w tamtym czasie synonimu „totalitaryzmu”, „dyktatury”, „sowieckiej okupacji”. Decyzje o uczestniczeniu w budowie nowego systemu były przy tym bardzo często podejmowane z powodów pragmatycznych. Na stronie 115 czytamy: „Do Ligii Kobiet warto należeć choćby ze względu na wycieczki zagraniczne. Można pojechać do NRD albo do Bułgarii. Anna ma problem: chętnie pojechałaby za granicę, ale nie ma z kim zostawić dziecka. Jak tu nie skorzystać z takiej okazji? Janusz ląduje u państwa Nieckarzów, znajomych ze stoczni. Anna przywozi synowi z NRD nakręcany samolot, który fika koziołki, sobie zaś maszynę do robienia swetrów”. Powody pragmatyczne łączyły się czasami z powodami ideologicznymi: jak pokazują Karaś i Sterlingow, Anna utożsamiała się z niektórymi socjalistycznymi ideami, bliski był jej na przykład pomysł edukowania społeczeństwa i kierowania go na właściwą drogę. Na stronie 150 czytamy: „Anna postanawia zapisać się do ORMO, czyli Ochotniczej Rezerwy Milicji Obywatelskiej. Podoba jej się, że jako społeczny milicjant będzie miała prawo pouczać ludzi, gdy będą robili coś złego, reagować, gdy popełniane jest przestępstwo”. O tym, że się ostatecznie nie zapisała, zadecydowały sprawy osobiste – mąż Kazimierz zagroził jej, że jeśli się zapisze, to jej do domu nie wpuści.

Czy to oznacza, że Anna Walentynowicz była przed Sierpniem gorliwą komunistką? Bynajmniej – tak samo jak i nie była wówczas gorliwą antykomunistką. Ciekawe w jej życiu jest właśnie to, że na początku swojej zawodowej kariery poruszała się płynnie pomiędzy tymi dwoma polami. Karaś i Sterlingowowi udało się uniknąć schematycznego, czarno-białego przedstawiania swojej bohaterki, choć już sam PRL jest w ich książce przedstawiony dość standardowo – albo z zacięciem orientalistycznym, jako rezerwuar dzikich obyczajów, albo z zacięciem satyrycznym, uwypuklającym jego siermiężność, niedociągnięcia i braki. Z perspektywy recepcji interesujące jest to, że ten sposób opowiadania o przeszłości, w moim przekonaniu raczej tradycyjny niż rewolucyjny, został przez krytyków prawicy okrzyknięty jako niebezpieczny i obrazoburczy. W dyskusjach dotyczących książki z całą jaskrawością uwidocznił się kolejny problem polskiej kultury – jej zapotrzebowanie na antykomunistów, którzy od kołyski walczyli ze złym i opresyjnym PRL-em. Owo zapotrzebowanie uwewnętrzniła także sama Walentynowicz, konsekwentnie przepisując te fragmenty swojego życiorysu, z których mogło wynikać, że z PRL-em bywało jej czasem po drodze. Autorzy nowej biografii Walentynowicz przekonująco opisują mistyfikacje Anny, każdorazowo zderzając je z faktami niepotwierdzającymi jednowymiarowego wizerunku gdańskiej spawaczki i suwnicowej. Podobnie jak w przypadku kwestii pochodzenia można te mistyfikacje czytać w kontekście pojedynczej biografii lub spróbować zrozumieć, co mówią one o kulturze, w której powstawały. Bo czy w Polsce osoba, która wraz z upływem czasu stawała się coraz bardziej gorliwą katoliczką, brała udział w audiencji u Jana Pawła II, a w swoich politycznych działaniach łączyła patriotyzm z religią katolicką, może przyznać, że w grudniu 1970 roku „chciała pomóc Gierkowi”? (Zob. rozdział trzynasty biografii, s. 163). W teorii – tak, w praktyce takie wyznania, zwłaszcza jeśli miałyby wyjść z ust bohaterki, są raczej niepożądane. Zwyczajnie nie pasują.

Gdańska herstory

Walentynowicz z biografii Karaś i Sterlingowa jest przedstawiana nie tylko z perspektywy funkcji pełnionych przez nią w sferze publicznej. Wręcz przeciwnie – to, co publiczne, łączy się tu z prywatnym, a prywatne każdorazowo jest polityczne. W tym sensie omawiana biografia jest biografią feministyczną. Przeczytamy w niej o chorobach Anny – fizycznych, jak i psychicznych, o jej doświadczeniach z mężczyznami, macierzyństwie, o tym, jaką rolę płeć odgrywała w codziennej pracy oraz w trakcie strajków w Stoczni Gdańskiej. Autorom nie chodzi przy tym o to, by wygrać Annę przeciwko Lechowi Wałęsie i udowodnić, że to jej należą się wszystkie splendory, które przypadły w udziale gdańskiemu elektrykowi: omawiana biografia wolna jest od ambicji, nazwijmy to, rozliczeniowych. Nie przynosi też odpowiedzi na pytanie, dlaczego Anna Walentynowicz nie została przywódczynią strajku. Jej celem jest przedstawienie historii życiowej niezwykłej kobiety ze wszystkimi pęknięciami, sprzecznościami i lukami. Autorzy nie są przy tym bynajmniej ślepi na problem płci i przekonująco pokazują, że wielokrotnie bywała Anna ofiarą motywowanych płciowo uprzedzeń. Jako robotnica musiała nie tylko pracować tak samo ciężko jak mężczyźni, ale także łączyć pracę zawodową z wychowywaniem dziecka. „Suwnicowymi zostawały głównie kobiety, ale na czele brygady stał przeważnie mężczyzna”, pisze Anna Miller w książce Stocznia kobiet[4]. Później, w kluczowym dla biografii Walentynowicz okresie strajków w Gdańsku, choć przecierała szlaki dla kobiecego aktywizmu, nie była traktowana tak samo jak aktywiści płci męskiej. Dwie podstawowe cechy jej charakteru – niezależność i bezkompromisowość – sprawiły, że bardzo często przypinano jej łatkę wariatki – czynili to zarówno śledzący ją ubecy, jak i ludzie z najbliższego otoczenia czy twórcy kultury[5]. I znów nie chodzi o to, by kreować Annę na ofiarę. Z omawianej biografii jasno wynika, że była osobą trudną i pamiętliwą, w kontaktach z innymi kierującą się często emocjami i zranionym ego. Pytanie brzmi raczej, na ile jej bezkompromisowość drażniła, bo nie pasowała do oficjalnego wzorca kobiecości, oraz jak to się stało, że w umniejszaniu jej zasług historycznych pomocna okazywała się kategoria płci. Karaś i Sterlingow pokazują, że choć już w latach 80. Walentynowicz „była ikoną” (s. 308), a jej nazwisko obok nazwiska Wałęsy należało do „najpopularniejszych” (s. 321), to równocześnie poddawana była nieustannemu dyscyplinowaniu. I tak przykładowo ksiądz Jankowski zabronił jej udzielania wywiadów zagranicznym dziennikarzom, gdyż „na niebie nie może być dwóch słońc” (s. 308). A sami zagraniczni dziennikarze przyczynili się do tego, że „twarzą robotniczego zrywu w zagranicznych mediach zostaje Lech Wałęsa” (s. 272). W ostatnich latach swojego życia, już jako stara kobieta, Walentynowicz była coraz bardziej zapominana.

Recenzenci książki Walentynowicz. Anna szuka raju zwracali uwagę na to, że biografię gdańskiej buntowniczki warto zestawić z opublikowaną w 2017 roku biografią Ireny Sendlerowej[6]. Mimo całkowicie odmiennych historii i kontekstów wykazują one kilka zbieżnych punktów. Obie bohaterki miały problem z pochodzeniem (Walentynowicz z własnym, Sendlerowa z pochodzeniem męża), obie wytrwale dążyły do tego, by na ich medialnym wizerunku nie pojawiła się żadna rysa. Obie uwewnętrzniły mity dotyczące własnej biografii do tego stopnia, że każda potencjalna korekta urastała do rangi dramatu. Z perspektywy porównawczej obie te biografie konfrontują nas z pytaniem, dlaczego tak trudno (pewnie nie tylko w kulturze polskiej) być bohaterem i jak właściwie należy o bohaterach pisać, by z jednej strony oddać im sprawiedliwość, z drugiej zaś – nie czynić z nich pomników. Problem ten pojawia się w kulturze polskiej w regularnych odstępach – dość przypomnieć, jaką burzę wywołała kilka lat temu biografia Ryszarda Kapuścińskiego pióra Artura Domosławskiego – i zyskuje nowe konteksty, kiedy przedmiotem sporu jest biografia nie bohatera, lecz bohaterki, biografia kobieca. Na pytanie, jak taką kobiecą biografię dobrze napisać, Karaś i Sterlingow sformułowali inną odpowiedź niż autorka biografii Sendlerowej, Anna Bikont. W ich przekonaniu najlepsze, co można zrobić dla polskiej „matki Courage”[7], to jej nie oceniać. Z tego powodu w swojej książce rekonstruują życie Anny z różnych perspektyw, konfrontując ze sobą różne stanowiska i opinie na jej temat i unikając jednoznacznych, rygorystycznych ocen. „Szukająca raju” Anna była, jaka była, zdają się mówić autorzy, i na nic nie zdadzą się próby szufladkowania jej biografii. Równocześnie wiedzą, że żadna, nawet najlepsza biografia nie jest w stanie pokazać tego, „jak było naprawdę”. Czy dzięki takiemu podejściu Karaś i Sterlingow pozostają obiektywni? Oczywiście, że nie. Autorzy mają swoją wizję historii PRL-u, swoje sympatie polityczne i przekonania natury światopoglądowej. Kluczowe jest jednak to, że ich narracja pozostawia czytelniczkom i czytelnikom wolność w formułowaniu ostatecznych sądów. A że do tego książka jest bardzo dobrze napisana (za doskonały uważam pomysł, żeby autorzy prowadzili swoją opowieść w czasie teraźniejszym!), to i dobrze się ją czyta.

Przypisy:
[1] Chodzi mi tu w pierwszej kolejności o krytyczną recenzję Sławomira Cenckiewicza, autora książki Anna Solidarność. Życie i działalność Anny Walentynowicz na tle epoki (1929–2010), Zysk i S-ka, Poznań 2010. Recenzja opatrzona tytułem Anna Walentynowicz w czyśćcu ukazała się na portalu onet.pl, wyznaczając prawicowy paradygmat krytykowania biografii Karaś i Sterlingowa. Zob. https://bit.ly/2NqfgWd (8.06.2020).
[2] Irena Grudzińska-Gross, Podejrzane pochodzenie jako kategoria kultury polskiej, [w:] Inny, inna, inne. O inności w kulturze, red. Maria Janion, Claudia Snochowska-Gonzalez, Kazimiera Szczuka, Wydawnictwo IBL, Warszawa 2004.
[3] Didier Eribon, Powrót do Reims, przełożyła Maryna Ochab, Karakter, Kraków 2019.
[4] Anna Miller, Anna Walentynowicz – pracownica, przodownica, buntowniczka, [w:] Stocznia kobieta, Stowarzyszenie Arteria, Gdańsk 2016, s. 129.
[5] Jak piszą Karaś i Sterlingow, mianem „lekko niezrównoważonej” miał określić Walentynowicz Andrzej Wajda, gdy ta odważyła się skrytykować Człowieka z marmuru. Dorota Karaś, Marek Sterlingow, Walentynowicz. Anna szuka raju, Znak, Kraków 2020, s. 317.
[6] Zob. m.in. recenzję Rafała Hetmana, https://bit.ly/3dz1rzk(8.06.2020).
[7] Tym zaczerpniętym z dramatu Bertolta Brechta określeniem nazwał Walentynowicz brytyjski historyk Timothy Garton Ash w książce Jesień wasza, wiosna nasza, Wydawnictwo Krytyki Politycznej, Warszawa 2009.


Dorota Karaś, Marek Sterlingow, Walentynowicz. Anna szuka raju, Znak, Kraków 2020, ss. 500.

Recenzja ukazała się w najnowszym numerze kwartalnika "Bez Dogmatu".

Anna Artwińska



drukuj poleć znajomym poprzedni tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki

Więcej ogłoszeń...


19 września:

1893 - Urodził się Mieczysław Niedziałkowski, działacz PPS, najmłodszy poseł w pierwszym sejmie II RP, 1927-39 redaktor naczelny "Robotnika".

1893 - Nowa Zelandia, jako pierwszy kraj na świecie, przyznała kobietom prawa wyborcze.

1938 - Hiszpania: Początek ciężkich walk XIII Brygady Międzynarodowej nad Ebro.

1946 - Islandia: Amerykańskie wojska okupacyjne opuściły wyspę.

1953 - W fabryce na Żeraniu wyprodukowano pierwszy polski silnik do samochodu FSO Warszawa M-20.

1976 - Szwecja: Po 44 latach nieprzerwanego sprawowania rządów socjaldemokraci (SAP) przegrali wybory parlamentarne.

1982 - Szwecja: Socjaldemokraci powrócili do władzy.

1985 - Zmarł Italo Calvino, jeden z najważniejszych włoskich pisarzy i eseistów XX wieku; 1945-56 dziennikarz komunistycznego dziennika "L'Unita".

1987 - Zmarł Einar Gerhardsen, norweski polityk, trzykrotny premier Norwegii w latach 1945-51, 1955-63 oraz 1963-65, członek Norweskiej Partii Pracy. Stworzył plan odbudowy Norwegii po drugiej wojnie światowej.

1993 - W wyborach parlamentarnych w Polsce SLD uzyskało 20,4% głosów (171 mandatów), PSL - 15,4% (132), UD - 10,6% (74), UP - 7,28% (41).

2004 - Niemcy: Wybory do Landtagu Brandenburgii wygrała SPD przed PDS.


?
Lewica.pl na Facebooku