Machalica: Rząd(y) w cieniu biskupów

[2007-12-11 10:44:26]

Polska jest państwem wyznaniowym – to teza głoszona od kilku lat przez prof. Barbarę Stanosz. Może ona budzić kontrowersje, a jej ocena uzależniona jest przede wszystkim od tego, jaką definicję państwa wyznaniowego przyjmiemy. Jeśli definicję wąską, w myśl której państwo wyznaniowe to takie, w którym istnieje wskazana przez prawa stanowione religia panująca, a także dochodzi do fuzji między instytucjami państwa i Kościoła, to w Europie państw wyznaniowych nie uświadczymy. Jeśli jednak zwrócimy uwagę na takie elementy państwa wyznaniowego jak subwencjonowanie Kościoła przez państwo, obecność symboli jednej religii w przestrzeni publicznej, a nawet w przestrzeni użytkowanej przez najwyższe organy władzy państwowej, to sprawa przestaje być tak oczywista.

Religia w życiu Polaka obecna jest od chwili poczęcia do naturalnej śmierci. Sprawa jest prosta, gdy mówimy o sferze prywatnej. Każdy ma prawo uczestniczyć w takich praktykach religijnych, jakie są zgodne z jego sumieniem. Problem pojawia się natomiast, gdy religia zaczyna wkraczać w życie publiczne, a państwo zaczyna różnicować obywateli na lepszych (katolików) i gorszych (resztę).

Edukacja wyznaniowa

Z religią młody Polak po raz pierwszy styka się w przedszkolu. Do świata lalek, misiów i klocków wkracza katecheta, aby zaznajamiać dzieci z zasadami wiary. Sytuacja iście sielankowa. Z jednym zastrzeżeniem – o ile pominiemy fakt, że nie wszystkie dzieci są katolikami. Faktu tego jednak pominąć się nie da. W przedszkolach oczywiście o żadnej etyce nie ma mowy, więc z założenia w katechizacji uczestniczą wszystkie dzieci. Jeśli znajdą się rodzice, którzy nie życzą sobie, aby ich dziecko uczestniczyło w lekcjach religii, ich pociecha jest wyprowadzana do innej grupy. Tyle że wyprowadzenie przedszkolaka do grupy nieznanych mu bliżej rówieśników to w kodeksie kar dla maluchów kara główna. Dzieci są więc karane za niebycie katolikami. Jeśli rodzicom nie podoba się takie traktowanie ich pociech, to oczywiście mogą walczyć. Skazują się jednak na istną drogę krzyżową. Walkę taką podjęli rodzice pięcioletniego Kacpra, a całą sprawę opisał na swoich łamach "Dziennik Łódzki". Kacper podczas katechezy był „zsyłany” do innej grupy, a jego koledzy śmiali się z niego, że nie bierze udziału w lekcjach religii. Sprawa trafiła do rzecznika praw dziecka. W rozmowie z "Dziennikiem Łódzkim" rzecznik Ewy Sowińskiej nie wykazał się zbytnim zrozumieniem dla sytuacji Kacpra. – Pani rzecznik bardzo popiera edukację religijną już od przedszkola – rozwiał już na wstępie wszelkie wątpliwości. Potem było tylko gorzej. Rodzice dowiedzieli się, że to oni wpędzają dziecko w stres. Wszystkiemu winne są fanaberie ludzi, którzy wymyślili sobie, aby wychować dzieci zgodnie z własnymi przekonaniami.

A przecież to państwo powinno chronić przedstawiciela mniejszości przed opresją ze strony większości. Wszak ochrona praw mniejszości jest nieusuwalną cechą każdej nowoczesnej definicji demokracji. Ale nie w Polsce. Nad Wisłą jedyne, co ma do przekazania urzędnik państwowy, to rada: "rozpłyńcie się w większości".

Nie lepiej przedstawia się sytuacja młodego niekatolika, gdy zacznie realizować obowiązek szkolny. Etyki może się uczyć jedynie w 353 szkołach. Szczególnie trudna jest sytuacja niekatolików w mniejszych miejscowościach i na terenach wiejskich. Ale nie tylko. W większości polskich szkół skazani są na spędzanie lekcji religii na korytarzach lub w świetlicach pod srogim okiem woźnego. Dla licealistów nie stanowi to żadnego problemu, jednak w przypadku siedmio- czy ośmiolatka możemy mówić o prawdziwej traumie. Traumę tę pogłębiają całkiem życzliwi skądinąd nauczyciele, którzy nie omieszkają podczas lekcji zapytać każdego ucznia, co dostał na komunię. Po takim treningu nikt już nie zwraca uwagi na to, że zgodnie z najnowszym rozporządzeniem, jego kolega ma piątkę z religii wliczaną do średniej, a on na świadectwie ma tylko kreskę. Zresztą w tej sprawie nic się nie zmieni. PO już zapowiedziała, że religia nadal będzie wliczana do średniej.

Gdy bohater naszej historii zdecyduje się zostać harcerzem, to również jako niekatolik będzie się czuł nieswojo nawet w szeregach ZHP. Jedną z przyczyn rozłamu w ruchu harcerskim był stosunek do obecności religii w życiu organizacji. ZHP wydawał się wówczas środowiskiem "świeckim", w kontrze do "katolickiego" ZHR. Obecnie jest to już tylko historia. W czasie świąt wielkanocnych harcerze z ZHP pilnują grobów w kościołach, a podczas każdego obozu maszerują na mszę. Uczestnictwo jest zasadą, nieuczestnictwo wyjątkiem. Są wszakże w ZHP starzy harcerze, narzekający na to, że harcerstwo zajmuje się tylko "sypaniem kwiatków przed biskupami". Na narzekaniu się jednak kończy.

Święcenie wszystkiego

Jeśli po maturze nasz bohater zdecyduje się na studia, to od katechizacji się uwolni. Jeśli jednak pójdzie w kamasze, już na dzień dobry zetknie się z kolejnym przejawem obecności religii w życiu państwa. "Przysięga wojskowa młodego rocznika rozpoczęła się uroczystą mszą św. w Ludźmierskim Sanktuarium", "W naszej Jednostce miała miejsce przysięga wojskowa. W dniu poprzedzającym był sprawowany Sakrament Pokuty. Żołnierze uczestniczyli również w Eucharystii oraz w nabożeństwie Drogi Krzyżowej. Modlitwę ofiarowaliśmy w intencji: o szczęśliwy przebieg służby wojskowej". "Akt poprzedziła msza święta w kościele pod wezwaniem św. Patryka, podczas której biskup Stanisław Kędziora poświęcił sztandar szkoły. We mszy obok komendanta głównego ŻW uczestniczyli nauczyciele, rodzice, młodzież i delegacja żandarmów". To tylko dowolnie wybrane fragmenty relacji z różnych ceremonii przysiąg wojskowych.

Zresztą w Polsce święci się wszystko. Nie tylko sztandary jednostek wojskowych czy szkół oficerskich. Stadiony, skwery, więzienia i jednokilometrowe odcinki autostrady. I nie chodzi o to, że księża owego pokropienia nie wykonują "ku chwale ojczyzny", czyli za "Bóg zapłać". Chodzi o to, że gdy jakiś oświecony wójt, burmistrz czy prezydent miasta dostrzeże, że nie ma sensu święcić miejskich toalet, zostanie uznany za wariata bądź osobę, której "polskość jest wątpliwa". Wszak jak stwierdził na łamach pisma "Sprawa Polska" prymas Józef Glemp, "prawdziwy Polak będzie zawsze w jakimś sensie katolikiem, odnajdzie związki z Kościołem (...). Od pojęcia Polak-katolik jest jeden wyjątek: Polak-Żyd. Polak-katolik nie jest stereotypem, jest cechą, która charakteryzuje większość Polaków na przestrzeni dziejów, a także obecnie". Biada tym, których nie charakteryzuje.

Na tym jednak obecność Kościoła w przestrzeni publicznej się nie kończy. Symbolem stał się już krzyż zawieszony na sali posiedzeń Sejmu. W sposób oczywisty stanowi on uprzywilejowanie jednej grupy wyznaniowej. Co gorsza, sugeruje, że posłowie reprezentujący wszystkich obywateli w swojej pracy legislacyjnej powinni przede wszystkim uwzględniać światopogląd symbolizowany przez Krzyż Sejmowy – bo taką nazwę zyskał już w środowiskach katolickich. Jednak krzyż ten symboliczny jest jeszcze z jednego powodu. Do rangi symbolu urosło zachowanie części polskich, niegdyś laickich, elit. Adam Michnik zawieszenie krzyża skomentował tak: "Nie powinni go wieszać, ale jak zawiesili, to go nie zdejmujmy". W tych słowach najlepiej ujawnia się stosunek liberalnych elit opiniotwórczych do relacji państwo-Kościół. Przedstawiciele obozu katolickiego co rusz wieszali gdzieś nowy krzyż, a liberałowie pamiętając o swoich zasadach, kręcili nosem, by ostatecznie złożyć te zasady na ołtarzu historycznych kompromisów i "wspólnej drogi" do Unii Europejskiej.

Nie można również zapomnieć o tym, że "konsens" w sprawie wpływu Kościoła na życie publiczne został utwierdzony prawem stanowionym. Doskonały przykład stanowi Ustawa o radiofonii i telewizji, gdzie w artykule 18 ustęp 2 czytamy: "Audycje powinny szanować uczucia religijne odbiorców, a zwłaszcza respektować chrześcijański system wartości". Jak w nowoczesnym państwie europejskim ustawodawca może nadawcy nakazywać respektowanie jednego systemu wartości, pozostaje zagadką. W tej sytuacji kolejne kuriozalne decyzje Krajowej Rady Radiofonii i Telewizji stają się dużo bardziej zrozumiałe. A to, że przewodniczącym tego konstytucyjnego organu jest katolicki publicysta Witold Kołodziejski, pozostaje niemal bez znaczenia.

Państwo daje na tacę

Jednak obecność religii w życiu publicznym to tylko jeden z warunków pozwalających stwierdzić, że możemy mówić o państwie wyznaniowym. Drugi to finansowanie Kościoła ze środków publicznych. Do rangi symbolu urasta tutaj Fundusz Kościelny. Został on powołany w 1950 r. jako rekompensata za majątki odebrane po wojnie Kościołowi. Problem w tym, że majątki te zostały w większości rewindykowane... Fundusz jednak pozostał. Przed wojną Kościół posiadał 154 tys. ha ziemi, obecnie ok. 160 tys. Jednak im więcej ziemi Kościół odzyskiwał, tym bardziej rósł Fundusz Kościelny. W 1989 r. jego budżet ograniczał się do 2 mln zł. Obecnie wynosi ok. 120 mln. 80% tej kwoty przeznaczane jest na składki ubezpieczeniowe dla kleru. Z funduszu opłacane są składki ok. 19 tys. duchownych katolickich, w tym również tych przebywających poza granicami kraju. Jak wynika z badań OBOP, aż 48% Polaków odrzuca fundusz jako instytucję zajmującą się finansowaniem ubezpieczeń księży. Większą akceptacją cieszy się finansowanie renowacji zabytków sakralnych. Jednak na ten cel przeznaczany jest tylko znikomy odsetek środków pochodzących z funduszu. Oczywiście inne Kościoły i związki wyznaniowe nie mogą się pochwalić tak skuteczną polityką rewindykacyjną. Trudno wyobrazić sobie np., aby Kościół ewangelicko-augsburski domagał się zwrotu budynków sakralnych na Ziemiach Odzyskanych, należących dziś do Kościoła rzymskiego. Na tym jednak nie kończy się długa lista finansowych przywilejów Kościoła. Przede wszystkim państwo finansuje – z mocy konkordatu – dwie uczelnie katolickie: Katolicki Uniwersytet Lubelski i Papieską Akademię Teologiczną. Łącznie otrzymują one ok. 80 mln zł rocznie. Ostatnio posłowie poszli jednak dalej. Postanowili finansować kolejne uczelnie związane z Kościołem, w tym Wyższą Szkołę Filozoficzno-Pedagogiczną Ignatianum w Krakowie. To zwykła szkoła prywatna, jakich w Polsce funkcjonuje ok. 300. Finansowane z państwowych pieniędzy są tylko te, których wielkim kanclerzem jest przełożony generalny Towarzystwa Jezusowego, czyli jezuitów.

Czy na tym kończą się finansowe przywileje Kościoła? Bynajmniej. Samo finansowanie przez państwo szkolnej katechizacji pochłania przeszło pół miliarda złotych. Państwo utrzymuje także kapelanów. Nie tylko w wojsku, ale również w innych służbach mundurowych: policji, straży pożarnej czy straży granicznej. Ostatnio kapelanów zyskali celnicy. Nic to, że zamiast księży woleliby podwyżki. Pieniądze na pensje powędrowały do innych portfeli. Kościół finansowany jest również przez spółki skarbu państwa. Co roku w postaci darowizn otrzymuje on w ten sposób kilka milionów złotych. Jeśli przypomnimy, że księża nie płacą w Polsce podatku dochodowego, lecz znacznie niższy podatek zryczałtowany, oraz zwrócimy uwagę na ulgi celne, z jakich korzysta Kościół, to stanie się jasne, w jak wielkim stopniu państwo subsydiuje tę instytucję. Okazuje się, że nagłośniona medialnie próba przekazania 40 mln zł na budowę Świątyni Opatrzności Bożej to tylko kropla w morzu. Całkowity wymiar dotacji na rzecz Kościoła katolickiego i innych Kościołów tygodnik "Polityka" kilka lat temu szacował na 1-1,5 mld zł. Dziś ta kwota wydaje się znacznie wyższa. – Według moich szacunków, łączny transfer środków na linii państwo-Kościół może wynosić nawet 5 mld zł – mówi dr Paweł Borecki z Katedry Prawa Wyznaniowego UW. Drobnym szczegółem jest przy tym fakt, że ustawa o gwarancji wolności sumienia zabrania finansowania Kościołów i związków wyznaniowych ze środków publicznych (poza ściśle określonymi wyjątkami).

Nietrudno zgadnąć, że świeckie szkoły, uczelnie czy stowarzyszenia nie mogą liczyć na tak hojne wsparcie z budżetu. Jedną z niewielu szans jest unijny Fundusz Inicjatyw Obywatelskich. W każdej jego edycji do podziału jest ok. 8 mln zł. Spory kawałek tego tortu zgarniają organizacje katolickie. Swoje wnioski zgłasza w każdej edycji Caritas. Zazwyczaj walczą one o największe granty, do kwoty 250 tys. zł każdy. Jest to możliwe dzięki posiadaniu kapitału własnego, co stanowi warunek skutecznej walki o poważne granty.

W poszukiwaniu alternatywy

W tej sytuacji po raz kolejny aktualne staje się pytanie, co robić. Obóz zwolenników państwa świeckiego podzielony jest zasadniczo na dwie grupy. Pierwsza mówi, że polskie prawo w materii stosunków państwo-Kościół jest dobre, zła natomiast jest praktyka. Druga zaś uważa, że problem zaczyna się już na poziomie konkretnych ustaw. Pierwszą grupę reprezentuje prof. Michał Pietrzak, specjalista od prawa wyznaniowego. – Zgodnie z literą prawa, państwo polskie jest państwem świeckim, a żeby takim było w rzeczywistości, konieczna jest realizacja prawa – podkreśla prof. Pietrzak. Innego zdania jest prof. Jan Woleński, krakowski filozof: – Wystarczy zajrzeć do konstytucji, aby zobaczyć, że stan prawny odbiega od tego, jakiego byśmy sobie życzyli.

W sukurs przychodzi mu również inny filozof, dr Michał Kozłowski. – Czy można akceptować obecny stan prawny, jeśli uświadomimy sobie, że jego częścią jest konkordat? – pyta retorycznie.

Rzućmy więc okiem na konstytucję. Wbrew temu, co powszechnie się sądzi, w polskim prawie nie zapisano nigdzie instytucji rozdziału Kościoła od państwa. W czasie prac nad konstytucją wprowadzeniu takiego sformułowania energicznie sprzeciwiał się Kościół rzymskokatolicki i partie prawicowe. Ostatecznie członkowie Komisji Konstytucyjnej ulegli tym naciskom i w obawie przed wrogą postawą Kościoła wobec konstytucji w kontekście referendum zdecydowali się na rozwiązania... oryginalne, a raczej zaczerpnięte z nauczania Kościoła rzymskokatolickiego. W artykule 25 ustęp 3 czytamy: "Stosunki między państwem a kościołami i innymi związkami wyznaniowymi są kształtowane na zasadach poszanowania ich autonomii oraz wzajemnej niezależności każdego w swoim zakresie, jak również współdziałania dla dobra człowieka i dobra wspólnego". Czyli zamiast zasady rozdziału Kościoła od państwa mamy zasadę autonomii. Autorom konstytucji zabrakło bezkompromisowości posłów przedwojennej PPS, którzy podczas prac nad konstytucją marcową postulowali, aby wobec Kościoła stosowano prawo o stowarzyszeniach. Model ten stosowany jest zasadniczo w Republice Francuskiej.

Co ciekawe, niewielu polskich zwolenników państwa świeckiego postuluje w Polsce wprowadzenie modelu francuskiego. – Jest to model wyrosły w konkretnym kontekście historycznym, nie można go wprost przeszczepić na grunt polski – zauważa prof. Woleński. – Z drugiej strony zasada autonomii poniosła porażkę. Była od początku niesprecyzowana, co w efekcie umożliwiło ofensywę Kościoła.

Zwolennicy rozdziału Kościoła od państwa dużo chętniej niż na konstytucję powołują się na Ustawę o gwarancjach wolności sumienia, w której w artykule 10 czytamy: "Rzeczpospolita Polska jest państwem świeckim, neutralnym w sprawach religii i przekonań". Zdaniem dr. Pawła Boreckiego z UW, ustawa ta ma de facto charakter ustawy ustrojowej, wykonawczej wobec postanowień konstytucji. Co do tego, że w tym wypadku litera prawa pozostaje martwa, nikt nie może mieć wątpliwości.

Najpierw rząd dusz

Trudno mieć wątpliwości również co do tego, że dotychczasowa polityka ustępstw wobec Kościoła zakończyła się porażką. Kościół w batalii o umocnienie swojej pozycji w państwie zastosował taktykę salami, polegającą na odkrajaniu kolejnych plasterków – instytucji dotychczas świeckiego państwa. Kolejnym dowodem potężnej pozycji Kościoła w Polsce okazała się sprawa Karty Praw Podstawowych. Jednocześnie mogliśmy zaobserwować, jak pewnie, na tle reszty Kościoła, czują się polscy biskupi. Dokument ten bowiem nie został nigdy oficjalnie odrzucony przez Benedykta XVI. Jednak wykonanie takiego gestu nie budziło skrupułów biskupów. Donald Tusk w tej sytuacji wszedł w buty poprzedników i uległ wpływowi Kościoła. W większości spraw polscy hierarchowie są jednak wiernymi wyrazicielami dyspozycji płynących z centrali. Najlepszym przykładem jest kwestia zapłodnień in vitro. Gdy minister Ewa Kopacz stwierdziła, że rząd rozważy ich finansowanie, następnego dnia abp Kazimierz Nycz upomniał ją, że jest to rozwiązanie niezgodne z nauką Kościoła i jako takie jest "nie do przyjęcia".

Co w tej sytuacji powinni robić zwolennicy rozdziału Kościoła od państwa? Jaką przyjąć taktykę? Pierwszy jej punkt wydaje się oczywisty. Należy dążyć do zdobycia władzy politycznej. Bez sprawowania władzy trudno bowiem myśleć o dokonaniu realnej zmiany społecznej. Sama władza jednak nie wystarcza. Przecież SLD rządził osiem lat i nie był w stanie wydobyć Polski z kolein prowadzących ku państwu wyznaniowemu. Aby skutecznie sprawować władzę polityczną, konieczne jest wcześniejsze zdobycie hegemonii intelektualnej, czyli rządu dusz. Potrzebne jest wykonanie wielkiej pracy na polu naukowym i publicystycznym, aby zwolennicy rozdziału Kościoła od państwa nie byli zamykani w celi śmiechu czy oszołomstwa.

Jest to zabieg, który można określić mianem typowej manipulacji. Jako pogląd skrajny prezentuje się stanowisko, które nie tylko na Zachodzie, ale również w Polsce cieszy się sporym społecznym poparciem. Politycy lewicy nie powinni w tej kwestii żywić obaw, że głosząc hasła rozdziału Kościoła od państwa, wpędzają się w marginalne getto. Jest wprost przeciwnie. Jak pokazują wyniki badań OBOP, aż 60% Polaków uważa, że udział Kościoła katolickiego w życiu politycznym jest w naszym kraju za duży. Badania te były przeprowadzane w czerwcu 2006 r. Co ciekawe, odsetek Polaków zajmujących takie właśnie stanowisko wzrósł aż o 12% w porównaniu z rokiem 2004. Jeśli dodamy do tego wyniki sondaży CBOS z maja br., zgodnie z którymi tylko 55% Polaków identyfikuje się z Kościołem rzymskokatolickim, to okaże się, że walka o państwo świeckie nie jest walką przegraną.

Bartosz Machalica


Tekst ukazał się w tygodniku "Przegląd".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

PPS dlaczego się nie udało, kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

13 grudnia:

1797 - W Düsseldorfie urodził się Heinrich Heine, poeta niemiecki, przyjaciel Karola Marksa.

1914 - Urodził się Alan Bullock, historyk brytyjski, autor znanej książki "Hitler i Stalin - żywoty równoległe". W 1977 r. opracował dla rządu laburzystowskiego raport, w którym postulował obsadzanie kierowniczych stanowisk robotnikami.

1923 - Polska uznała ZSRR.

1936 - W katowickiej kopalni "Eminencja" rozpoczął się strajk okupacyjny w obronie 220 górników zagrożonych zwolnieniem.

1968 - Zmarł Johann Koplenig, austriacki polityk, przewodniczący Komunistycznej Partii Austrii.

1973 - 47 osób zginęło, a 17 zostało rannych w wyniku wybuchu gazu w hotelu robotniczym w czeskim Tachovie.

1981 - W Polsce wprowadzono stan wojenny.

1984 - W Australii powstał drugi gabinet premiera Boba Hawke’a (ALP).

1997 - Zmarł David Rousset, francuski dziennikarz, publicysta, polityk trockistowski.


 
Lewica.pl na Facebooku