Mateusz Merta: Jak PKB pożera nam świat?

[2022-07-19 14:10:27]

Państwa znane z postępowych polityk, takie jak Finlandia czy Nowa Zelandia, częściowo rezygnują z uznawania produktu krajowego brutto za podstawowy miernik gospodarczy, a głosy ekspertów krytykujących ideę wzrostu są coraz częstsze. Dlaczego tak się dzieje? Odpowiedź na to pytanie jest ważniejsza, niż mogłoby się wydawać. Stawka dyskusji nt. wątpliwości związanych z PKB i wzrostem już wkrótce może się okazać większa niż życie.

W polityce „wzrost” to słowo, które kojarzy nam się jednoznacznie. Oczami wyobraźni widzimy zielone słupki w wiadomościach i pnące się w górę strzałki z dumą omawianych wykresów oraz pewne siebie twarze polityków przebierających nogami w oczekiwaniu, by pochwalić się kolejnym sukcesem gospodarczym. Pod naszymi rządami gospodarka urosła – mówią często z nieskrywaną satysfakcją. Trudno im się dziwić, skoro to właśnie ze wzrostu PKB rozliczają ich każdego roku media, wyborcy czy międzynarodowe instytucje.

Zrozumienie przedmiotu dyskusji wymaga poprawnego zdefiniowania wzrostu gospodarczego. Ekonomiści przez lata przyzwyczaili nas do myślenia o nim jak o abstrakcji, którą można wyrażać w pieniężnej wartości. Słyszymy, ile miliardów dolarów warta jest nasza gospodarka oraz o ile miliardów jej wartość musi wzrosnąć, by sytuacja ekonomiczna była stabilna. Z jednej strony zrozumienie tak przedstawionej ekonomii nie jest trudne – wydaje się przecież oczywiste, że sytuacja, w której mamy więcej pieniędzy, jest dobra dla nas wszystkich. Z drugiej stronny jednak oddala nas ona od podjęcia wysiłku na rzecz zrozumienia, co kryje się za tymi górami pieniędzy. To tutaj właśnie należy dokonać kluczowego rozróżnienia, bo o ile dyskusja o ekonomii i wzroście odbywa się w abstrakcji pieniądza, to sam wzrost abstrakcją już nie jest. PKB, czyli produkt krajowy brutto, za pomocą którego „mierzymy” gospodarkę, to nic innego jak wartość wszystkich wytworzonych w niej dóbr i usług, a te niestety nie biorą się z powietrza. Za przeważającą ilością produkowanych przez nas dóbr stoją kwestie namacalne: materiały wykorzystywane w procesie produkcji, energia potrzebna do transportu towarów (coraz częściej na odległość wielu tysięcy kilometrów) czy niestety także destrukcja niewyobrażalnych połaci terenu przeznaczanych pod rosnące wydobycie surowców, uprawy czy wycinki. Przede wszystkim jednak są to kolejne emisje gazów cieplarnianych, które, zwiększając globalne temperatury, realnie zagrażają życiu na Ziemi. Nietrudno się domyślić, że każdy wzrost PKB oznacza intensyfikację tych skutków.

Realność i tempo wzrostu potwierdzają dane historyczne. Jak podaje agenda środowiskowa ONZ, zużycie materiałów w ciągu ostatnich 50 lat wzrosło aż o 65 mld ton – z 27 mld w 1970 r. do 92 mld w roku 2019 (za bezpieczny cel naukowcy uznają zużycie w granicach 50 mld ton). Tempo wzrostu widać jak na dłoni, gdy porówna się te dane z pierwszą połową XX w., w której zwiększenie zużycia zasobów wynosiło zaledwie 7 mld ton. Oznacza to, że od początku XX w. do dziś wyniosło ono aż 900%. Bez przesady możemy więc mówić o pożeraniu świata.

Granice wzrostu

Wyobrażenie sobie i urealnienie skali wzrostu gospodarczego może wywoływać dreszcze. To słuszny niepokój, który z każdym rokiem coraz silniej wpływa na świat nauki i polityki. Wbrew powszechnemu wyobrażeniu nie jest on nowy – pierwsza czerwona lampka zapaliła się w 1972 r., gdy grupa naukowców ze słynnego Massachusetts Institute of Technology opublikowała raport pt. Granice wzrostu. Dzięki rozwijającym się wówczas technologiom komputerowym naukowcy na podstawie wyliczeń mogli stworzyć zaawansowane scenariusze przyszłości ludzkiej cywilizacji. Zestawiając ze sobą takie czynniki, jak przewidywany wzrost populacji, produkcji żywności, zanieczyszczeń, industrializacji i zużycia nieodnawialnych zasobów Ziemi, doszli do wniosków, które wzbudziły w nich trwogę. W każdym ze scenariuszy w pewnym momencie dochodziło do radykalnego załamania społecznego i gospodarczego spowodowanego ekologiczną destrukcją i wyczerpaniem zasobów planetarnych. Jak można się domyślić, raport wywołał burzę na całym świecie i mimo iż był silnie kontestowany przez zachowawczych polityków, ekonomistów i ludzi biznesu, dał światu jasno do zrozumienia, że wzrost nie będzie wieczny, a jego kres wyznaczają granice naszej planety.

Choć ramy czasowe i niektóre czynniki uwzględnione w Granicach wzrostu przesunęły się, przedstawione w raporcie widmo katastrofy coraz silniej odznacza się w zbiorowej świadomości. Istnienie granic wzrostu uznaliśmy za kwestię priorytetową dopiero gdy na własne oczy zobaczyliśmy konsekwencje ich ignorowania: tonące pod wodą wyspy i państwa, takie jak 164-milionowy Bangladesz, płonąca żywym ogniem Kalifornia, Amazonia, Syberia czy nawet polska Biebrza, a także coraz częstsze ekstremalne zjawiska pogodowe i załamujące się łańcuchy produkcyjne. Choć jeszcze kilka lat temu ruchy środowiskowe były powszechnie traktowane z pobłażliwym uśmiechem, a ich postulaty uznawano za naiwne, dziś na całym świecie, również w Polsce, toczy się szeroka debata na temat katastrofy klimatycznej i ekologicznej. Mamy także konsensus naukowy w sprawie wpływu działalności człowieka na zmiany klimatu, a kolejne rządy powołują specjalne agendy opracowujące plany zielonej transformacji.

Czy lepszy kapitalizm jest możliwy?

Choć sytuacja, w której się znaleźliśmy, jest zła, a nasza reakcja na nią znacznie spóźniona, łatwo ulec złudzeniu, że rozwiązania stworzonych przez nas problemów znajdują się tuż za rogiem, zaś przekroczenie granic planetarnych nie jest możliwe, skoro mamy już świadomość ich istnienia, a decydenci zaczynają działać. Ambitny cel ograniczenia globalnego ocieplenia znacznie poniżej 2°C (a docelowo do 1,5°C względem epoki przedprzemysłowej), który postawiliśmy przed sobą jako ludzkość w Porozumieniu Paryskim, może się jednak okazać bardzo trudny lub nawet niemożliwy do zrealizowania w obecnym systemie ekonomicznym, który od wzrostu gospodarczego jest uzależniony.

Zrozumienie natury tego uzależnienia jest szalenie istotne w ocenie naszych zdolności do naprawy kapitalizmu. Czy słyszeliśmy bowiem kiedykolwiek o odnoszącym sukcesy przedsiębiorcy, który swoje pieniądze inwestuje bez oczekiwania zwrotu z poczynionej inwestycji? Pytanie jest retoryczne, bo w samym słowie „inwestycja” zawiera się założenie o osiągnięciu zysków. Co więcej, aby inwestor odnosił sukcesy, część tych zysków powinien przeznaczyć na kolejne inwestycje, np. tworząc nową linię produkcyjną lub zwiększając zatrudnienie. W takim cyklu wzrost nie dociera do takiego nasycenia, które można by uznać za wystarczające, szczególnie w większych firmach, których zarządy są zobligowane przez dużą liczbę inwestorów do osiągania określonych stóp wzrostu. Przykładem tego zjawiska była panika, która doprowadziła do spadku cen akcji Mety (spółki matki Facebooka) aż o 25% na początku tego roku. Stało się to po publikacji kwartalnego raportu spółki, który mimo astronomicznej kwoty 10,28 mld $ zysków netto wykazał zbyt mały wzrost w porównaniu do poprzedniego okresu rozliczeniowego. W zorientowanej na nieograniczony wzrost gospodarce nie wystarczy więc wychodzić na plus – trzeba ciągle rosnąć, by utrzymać się na biznesowej powierzchni. To odpowiedź na pytanie, dlaczego wzrost w ogóle ma miejsce i dlaczego nie możemy od niego odejść, gdy utrzymujemy obecny system gospodarczy.

Wzrost to nie rozwój

W odpowiedzi słyszymy, że mechanizm ten jest zjawiskiem pozytywnym, gdyż popycha ludzkość w stronę ciągłego rozwoju. Na ten argument ripostuje Jason Hickel w swojej książce Mniej znaczy lepiej, w której pojęcia rozwoju i wzrostu są uznawane za odrębne. W ujęciu autora rozwój to zjawisko jednoznacznie pozytywne, które jako proces przechodzenia do stanu lepszego i doskonalszego nie jest równoznaczny ze wzrostem samym w sobie. Wzrost może oczywiście wspierać rozwój, ale w bardzo łatwy sposób może się też obrócić przeciwko niemu. Czy cieszymy się z ogromnego wzrostu liczby komórek wywołanego nowotworem? Czy moglibyśmy żyć w świecie, w którym ludzie, rośliny i zwierzęta nigdy nie przestają rosnąć? To oczywiście abstrakcja, lecz pokazuje nam ona, jak mylne są nasze wyobrażenia w dyskusjach o gospodarce. Analogicznie możemy zapytać: w jaki sposób do rozwoju przyczynia się ciągły wzrost sektora zbrojeniowego, wydobywczego lub produktów luksusowych, takich jak prywatne samoloty czy jachty? Zastanówmy się: czy wolimy, by opieka zdrowotna parła do wzrostu i zysku, jak to ma miejsce w Stanach Zjednoczonych, czy była dobrem wspólnym mającym zaspokajać nasze potrzeby? Wolimy, by branża budowlana budowała dla samego budowania i pomnażania zysków, czy była zorientowana na zaspokojenie naszych potrzeb, np. dyskutowanych coraz częściej problemów mieszkaniowych? Przykłady można mnożyć, ale wniosek jest jeden: nieograniczony wzrost jest nie tylko niebezpieczny, lecz także niepotrzebny.

Te fałszywe wyobrażenia niestety mają swoje odbicie w tworzonych dziś politykach klimatycznych. Choć podejście to powoli zaczyna ulegać zmianie, dotychczasowe plany transformacji tworzone były w duchu „zielonego wzrostu”. Przykładem jest dyskusja o zrównoważonym transporcie – częściej niż o komunikacji zbiorowej mówi się o samochodach elektrycznych. Perspektywa ta przyjmowana jest bezdyskusyjnie na kolejnych szczytach klimatycznych pomimo powszechnie znanych konsekwencji ekologicznych produkcji wykorzystywanych w owych samochodach baterii i innych komponentów. W sporach tych granice wzrostu przechodzą bez echa. Globalny niedobór półprzewodników czy rozpędzający się kryzys stali, które zwijają dziś branżę automotive w wielu państwach świata, są przecież ich najlepszym przykładem. Kapitalistyczny świat rozumie zagrożenie, przed jakim stoi, a mimo to nadal decyduje się na pomijanie leżących na stole faktów tylko i wyłącznie po to, by zachować obecne tempo wzrostu gospodarczego.

Otworzyć wyobraźnię

Wiedząc już o granicach wzrostu oraz o zakotwiczeniu kapitalizmu w założeniach prowadzących do przekroczenia tych granic, możemy się poczuć zdezorientowani. Sytuacja wydaje się bowiem absurdalna i surrealistyczna. Mimo ogromu wiedzy i możliwości wciąż będziemy tak po prostu produkować, wydobywać i eksploatować planetę do samego końca?

W rzeczywistości wcale nie musi tak być. Przyzwyczailiśmy się do traktowania kapitalizmu i wzrostu jako niekwestionowalnych oczywistości. Bardzo często utożsamiamy je z wolnością, demokracją oraz ostatecznym celem, do którego dążą wszystkie rozwinięte i wolne społeczeństwa. Możliwości są jednak znacznie szersze, a ich odkrycie zależy tylko i wyłącznie od granic naszej politycznej wyobraźni. Chociaż zaprojektowanie nowego, żyjącego w sposób zrównoważony społeczeństwa to wciąż cel wymagający wielu lat ciężkiej pracy, jego fundamenty możemy nakreślić już dziś. Niech będzie to świat, w którym wzrost gospodarczy nie jest celem samym w sobie, lecz jedynie skutkiem zaspokajania konkretnych potrzeb, takich jak dach nad głową, opieka zdrowotna czy edukacja. Niech będzie to świat bez tworzącej sztuczne poczucie niedoboru reklamy, bez zaplanowanego zużywania się produktów i tam, gdzie to możliwe, skupiony na uwspólnianiu, a nie mnożeniu dóbr i usług. Niech wreszcie będzie to świat szanujący planetarne i ludzkie granice – świat nie wzrostu, lecz rozwoju.

Kiedy tylko znajdziemy w sobie wystarczająco dużo odwagi, by otworzyć naszą polityczną wyobraźnię, zrozumiemy, że katastrofę klimatyczną i ekologiczną można zatrzymać. Zrozumiemy także, że do osiągnięcia dobrobytu wcale nie potrzebujemy mielących nasze lasy harvesterów, orających morskie dna trałowców czy przepastnych węglowych odkrywek. Przede wszystkim jednak zrozumiemy, że budowa lepszego świata poza wzrostem i kapitalizmem to nie utopia, tylko konieczność.

Mateusz Merta



Tekst ukazał się pierwotnie na stronie www.rownosc.eu

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:



Polscy Hodżyści
Partia lewicowa na symulatorze politycznym
Discord
Teraz
Historia Czerwona
Komintern (SH)
Discord Sejm RP
Polska
Teraz
Szukam książki
Poszukuję książek
"PPS dlaczego się nie udało" - kupię!!!
Lca
Podpisz apel przeciwko wprowadzeniu klauzuli sumienia w aptekach
https://naszademokracja.pl/petitions/stop-bezprawnemu-ograniczaniu-dostepu-do-antykoncepcji-1
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze

Więcej ogłoszeń...


3 października:

1889 - W Hamburgu urodził się Carl von Ossietzky, niemiecki dziennikarz, pisarz i pacyfista, laureat Pokojowej Nagrody Nobla w roku 1936.

1896 - Zmarł William Morris, angielski malarz, rysownik, architekt, pisarz i poeta. Współtwórca Socialist League (1884).

1925 - W West Point urodził się Gore Vidal, amerykański pisarz, dramaturg, scenarzysta i polityk, tworzący w USA i we Włoszech.

1931 - W Kairze urodził się Samir Amin, egipski ekonomista, socjolog i politolog, jeden z czołowych przedstawicieli teorii zależności, autor m.in. "Zmurszałego kapitalizmu".

1935 - Faszystowskie Włochy dokonały agresji na Abisynię.

1975 - W Paryżu zmarł Guy Mollet, socjalistyczny polityk francuski, premier Francji w latach 1956-57.

1981 - W Warszawie zmarł Tadeusz Kotarbiński, wybitny polski filozof.

1981 - W więzieniu Maze koło Belfastu członkowie IRA zakończyli siedmiomiesięczny strajk głodowy (10 osób zmarło).

2010 - W I turze wyborów prezydenckich w Brazylii zwyciężyła Dilma Rousseff (46,9% ) przed José Serrą (32,6%).

2011 - Socjaldemokratka Helle Thorning-Schmidt została pierwszą kobietą-premierem Danii.

2014 - Socjaldemokrata Stefan Löfven został premierem Szwecji.


?
Lewica.pl na Facebooku