Adam Chmielewski: Tradycja zdrowego rozsądku czyli teoria i praktyka boyszewizmu

[2015-12-21 09:45:12]

21 grudnia 1874 roku urodził się Tadeusz Boy-Żeleński, pisarz, krytyk literacki, tłumacz i satyryk, autor m.in. "Piekła kobiet" i "Naszych okupantów".

Fascynacja kulturą anglojęzyczną jest w Polsce ogromna i przybiera niekiedy formy chorobliwej monomanii. Przesada we wszystkim może być szkodliwa, lecz nie należy się tej fascynacji dziwić, ponieważ z perspektywy naszych doświadczeń kulturowych obszar kultury angielskiej i amerykańskiej wydaje się spokojnym oceanem zdrowego rozsądku, na którym u nas nigdy nie zbywało. Poważny problem stoi jednak przed intelektualistą, który nie chce być mówiącym po polsku Anglikiem – cóż śmieszniejszego od paupera, który sądzi, że codziennie noszona muszka upodobni go do angielskiego lorda? – chce poczuć się w odnowionej ojczyźnie u siebie, być z niej dumnym i nie udawać ze wstydem za granicą kogoś innego. Jak jednak człowiek rozsądny może wzbudzić w sobie dumę z polskości (Brytyjczycy nazywają to British pride), gdy polskość uległa nieprawomocnej monopolizacji przez tradycję, która nie tylko z intelektualizmem, ale i zdrowym rozsądkiem nie ma nic wspólnego?

Problem wcale nowy. Narcyza Żmichowska pisała kiedyś: „Między grozą schizmy rosyjskiej a protestantyzmu niemieckiego, duchowieństwo polskie znalazło grunt wybornie przygotowany pod siejbę swych życzeń i zamiarów: wszystko, co polskie, przedzierzgnęli na katolickie, wszystko katolickie udali za szczeropolskie, i tak dziś tymi dwuznacznikami zręcznie szermierzą, że odrobili już prawie wszystko, co od początku XVIII wieku w sumieniu ogólnym ludzkości uczeni i bohaterowie, rozumni i poczciwi, kosztem krwi, życia i ciężkiej pracy wypracowali na koniec”. Po odzyskaniu niepodległości Tadeusz Żeleński-Boy stwierdzał zaś: „Kamień grobowy odwalono. Polska zaczęła żyć własnym życiem. Natychmiast kler wyciągnął rękę po nią, niby po swoje prawe dziedzictwo.”

Historia powtarza się aż do znudzenia.

Nic więc dziwnego, że dążący do nowoczesności młody człowiek sięga zatem do tego, co zostało napisane po angielsku albo w innym języku. Warto jednak zwrócić uwagę na cienką, ale silną i szlachetną jak jedwab nić w rodzimej, polskiej tradycji intelektualnej, która może iść o lepsze z dziełem niejednego Anglika i stanowić powód do naszej dumy, których ciągle mamy tak mało. W początkach historii życia duchowego odrodzonej Polski znajdujemy bowiem gromadę rodzimych intelektualistów polskich, powiązanych więzami przyjaźni i znajomości, którą porównać można tylko do innego kręgu przyjaciół skupionych w sławnej grupie filozoficzno-literackiej z londyńskiego Bloomsbury, działającej w tym samym niemal czasie, o podobnych metodach i celach działania.

Młody Antoni Słonimski fascynował się pisarstwem G. B. Shawa tak samo jak obecna polska młodzież Whartonem. Ale nie było to tylko upodobanie do dobrego autora. Był to wyraz bliskości i wspólnoty intelektualnej, wspólnoty w ojczyźnie zdrowego rozsądku. Była także wspólnota celów: Shaw był dla Słonimskiego „wielkim inkwizytorem mieszczaństwa, rewolucjonistą, wegetarianinem, poetą, businessmanem, wiecznie młodym, starym i rudym G. B. Shawem”, jego cele były tożsame z celami przebudzonych właśnie w zaspanym Krakowie młodych gniewnych: Boya, Zapolskiej, Witkacego i innych. Podniesiony przez zielonobalonikowe głupstwa groteskowy raban, jedyna racjonalna reakcja na wszechwładne krakowskie dulstwo, wyrwał z letargu całą myślącą Polskę, tak samo jak skandalizujące powieści Wellsa i Woolf, sztuki Shawa, pornografia Lawrence'a czy filozofia Russella i G. E. Moore'a w Anglii

Gdy Moore, którego filozofię fachowcy nazywają filozofią zdrowego rozsądku, ogłosił swoje Principia Ethica (1903), zgromadziła się wokół niego grupa absolwentów Cambridge i literatów, którzy powitali jego ideę niezależności pojęcia dobra jak objawienie. Idea ta naturalnie przywodzi natychmiast na myśl etykę niezależną Kotarbińskiego. Byli wśród nich Lytton Strachey, Wirginia Woolf, Lowes Dickinson, John Maynard Keynes, ocierał się o nich i pogardzał nimi (z wzajemnością) irracjonalista D. H. Lawrence, zaprzyjaźniony krótko z Russellem, którego Principia Mathematica wyszły w tym samym roku, co Principia Ethica; bywał wśród nich E. M. Forster, Desmond MacCarthy. G. B. Shaw, Aldous Huxley, H. G. Wells i inni, choć niezrzeszeni w Bloomsbury, stawiali sobie podobne cele.

Celem ich krytyki był rodzimy kołtun angielski, wiktorianizm. Spektakularne zwycięstwa na froncie walki z zakłamaniem obyczajowym i obskurantyzmem intelektualnym odnosił historyk Lytton Strachey, znany z Eminent Victorians oraz Queen Victoria. Swoim subtelnym i morderczym żartem kompromitował Henry'ego Manninga, który doszedłszy do całkiem wysokiej pozycji w hierarchii Kościoła anglikańskiego, pod wpływem Newmana i ruchu oxfordzkiego (powstał on z wątpliwości, czy wierność odszczepieńczemu Kościołowi Anglii może przynieść zbawienie), porzuca anglikanizm i w dosyć późnym wieku przechodzi na katolicyzm. Strachey umiejętnie zestawia fakty pokazujące, w jaki sposób miernota intelektualna, konformizm, żądza władzy, połączone z zamiłowaniem do kreciej biurokratycznej roboty pozwala Manningowi przebić się z samego dołu hierarchii katolickiej, dzięki manipulacjom watykańskim, na same jej szczyty, aby sięgnąć po kapelusz kardynalski i stanowisko prymasa Anglii. Ujawnienie szczegółów tej zdumiewającej kariery rzuca interesujące światło na funkcjonowanie Watykanu od rządami Pio Nono, Piusa IX, autora nieszczęsnego dogmatu o nieomylności papieża z 1870 roku i znanego z potępienia liberalizmu, socjalizmu, komunizmu i innych plag w Syllabus Errorum. Strachey bezlitośnie wykpiwa także innych bohaterów wiktoriańskiej Anglii: Florence Nightingale, reformatorkę pielęgniarstwa, Thomasa Arnolda, reformatora szkolnictwa publicznego, dyrektora szkoły w Rugby, który wzór dla swej „reformy” szkolnej czerpał bezpośrednio ze... Starego Testamentu, a także znanego nam z powieści Sienkiewicza W pustyni i w puszczy generała Gordona, który ze swą Biblią i manią religijną nigdy się nie rozstawał (choć w powieści polskiego autora występuje on tylko częściowo, tj. pod postacią własnej obciętej głowy). Obiekty kpin Stracheya łączyła jedna wspólna rzecz: silne uczucia, czy raczej obłędy religijne; ich bliższa obserwacja ukazywała je jako przykrywki dla rozbuchanych i niejasnych ambicji. Mniej więcej w tym samym czasie, gdy w sprawie poddaństwa kobiet pisał John Stuart Mill, królowa Wiktoria demonstrowała następujące pojęcie o feminizmie: „Królowa szczególnie zabiega o poparcie każdego, kto potrafi umiejętnie mówić lub pisać, aby połączył się z nami w celu zduszenia owego szaleńczego i podłego głupstwa, co się «Prawami Kobiet» nazywa, wraz ze wszystkimi towarzyszącymi mu straszliwościami, a ku któremu skłania się biedna słaba płeć, zapominając wszelkich o uczuciach kobiecych i stosowności. Pani X [propagatorka tego głupstwa] powinna otrzymać solidne lanie. Zagadnienie to Królowę tak mocno irytuje, że z trudem może się pohamować. Bóg stworzył mężczyzn i kobiety odmiennymi - i niechaj na swych pozycjach pozostaną...”.

Jak Boy ośmieszał i kompromitował swym dowcipem polskiego kołtuna, w osobie konserwatysty Stanisława Tarnowskiego czy księdza Pirożyńskiego, tak Strachey, Russell, Woolf i inni zwalczali zadowolonego z siebie wiktorianina. Kołtun w Anglii, jak i w Polsce i gdzie indziej, przybiera najczęściej postacie duchownych. Szczególnie bezkompromisowym przeciwnikiem religii i zniewolenia ludzkiej myśli był Russell. Walczył o wolność myślenia i postępowania - ale wolność w ramach intelektualnego prawa. Wierność temu prawu opierała się nie na treści przekonań, lecz na sposobie ich wyznawania: „Aby zasłużyć na miano wolnomyśliciela, człowiek musi być wolny od dwóch rzeczy: od ciężaru tradycji i tyranii własnych upodobań. Nie wolno odmawiać tego tytułu osobie, której zdarzyło się mieć w jakiejś sprawie takie samo zdanie, jakie głoszą naczelni teologowie jego kraju. Europejczyk, który opierając się na definicji miłosierdzia Bożego potrafi udowodnić, że Bóg okazuje swe najwyższe miłosierdzie skazując swym wyrokiem niemowlęta na wieczne potępienie, jeżeli zdarzy się im umrzeć, zanim kto spryska je wodą w takt pewnych magicznych zaklęć, będzie uważany za przedmiot spełniający naszą definicję.”

Boy, antyklerykał równie radykalny jak Russell, w sprawach boskich mówił o sobie jak Russell – agnostyk. Agnostycyzm ten jednak nie kazał mu się wahać w inteligencki sposób, gdy idzie o sprawy społeczne. Również Russell nie wahał się przed działaniem społecznym, dzięki czemu nieraz lądował w więzieniu. Boyowy, bojowy stosunek do spraw społecznych dał wyjątkowe rezultaty. Swoimi felietonami, zebranymi później w tomach o wiele mówiących tytułach – Dziewice konsystorskie, Piekło kobiet, Nasi okupanci – w kilku lat przeobraził się z autora Słówek i genialnego tłumacza w filozofa i krytyka społecznego o wyjątkowej pozycji. Błahe felietony przyniosły więcej pożytku w rozwoju świadomości seksualnej w Polsce – o wiele mniejszym kosztem i znacznie szybciej – niż lata pracy uczonych, lekarzy i polityków. Kubły pomyj zaś, jakie wylano na głowę Boya świadczą o tym, że to samych polityków, prawników, a zwłaszcza lekarzy trzeba było uświadamiać. Po ponad sześćdziesięciu latach od wydania jego książek okazuje się jednak, że całą robotę trzeba rozpoczynać od nowa.

I pomyśleć, że wszystko zaczęło się od recenzji teatralnej, przynajmniej w odniesieniu do Dziewic konsystorskich. Jest tam recepta na to, jak stać się na powrót dziewicą („co to od hymenu jej pochodni natchnień się rozpala wątek”). Metodę przywracania dziewictwa wymyślił jednak nie pornograf i ginekolog-amator Boy, lecz asesorzy konsystorza Kościoła katolickiego; szło o to, aby umożliwić – płatne, a jakże – uzyskiwanie rozwodu małżeństwom, które zostały węzłem nierozerwalnym przed obliczem Boga zawarte, a to było możliwe przez wykazanie, że matrimonium non consummatum est. Wedle adwokata konsystorskiego należało się udać do dyskretnego lekarza, któren za drobną opłatą w drodze niewielkiej operacji stworzy kobiecie sztuczne dziewictwo, stwierdzone następnie przez świadków i zaprzysiężone przed konsystorzem. (Może znów się przyda przepis ten gotowy, od kiedy już działa konkordat nasz nowy.) Upokorzone taką poradą katolickie kobiety przechodziły na ewangelizm, aby tam uzyskać rozwód. Potem pismo Polak-Katolik dowodziło wyższości moralnej swojej wiary w porównaniu z wyznaniem ewangelickim, wskazując na zastraszająco wysoki poziom rozwodów ewangelików, przy niemal zerowym wśród katolików...

Boy w osiemnastu (!) tomach zanotował swoje stosunki ze sztuką teatralną, nadając im nazwę Flirtu z Melpomeną, choć teatr był dla niego raczej sposobnością do rozprawy z życiem, aniżeli ze sceną. Zemstę Fredry wolał rozpatrywać „z punktu widzenia murarza, który naprawiał mur graniczny”, zaś recenzja Kwadratury koła Katajewa doprowadziła go do nieteatralnej, choć dosyć kabaretowej problematyki rozwodów.

Młodszy o jedno pokolenie Słonimski, przyjaciel Boya i boyszewik co się zowie, nie miał widać innego wyjścia, jak tylko zatytułować swoje dwa tomy recenzji teatralnych Gwałt na Melpomenie. On także miał licznych kołtunów do zwalczenia: „Pisząc o teatrze uważać będę za swój obowiązek zatrzymywanie się tylko przed dziełami literackimi, negując prawie wszystkie preparowane dla teatru wytwory ubogiej fantazji członków Związku Autorów Dramatycznych”. Chodziło o znanych partaczy, potocznie zwanych ZADem literatury polskiej. Nie znaczy to jednak, że większy kołtun czasami nie wchodził mu w drogę. Po publikacji wiersza Dwie ojczyzny został napadnięty w Ziemiańskiej przez bojówkę ONR-u. Jeszcze większe kołtuny zakłębiły się przed nim po powrocie do kraju.

Nie słychać, aby jaki boyszewik pisał ciąg dalszy tego cyklu, pod tytułem na przykład Kochanek Melpomeny, Małżeństwo z Melpomeną, Rozwód z Melpomeną, Dzieci pozamałżeńskie z Melpomeną, czy choćby Na kocią łapę z Melpomeną. Czyżby było to świadectwo końca dynastii boyszewików, czy raczej kresu sztuki teatralnej? Teatr lubię, ale wolę myśleć, że to drugie. Gdzież jednak szukać spadkobierców tych geniuszy? Jak daleko od nich odeszli nawet ich bliscy ongiś współpracownicy? Gdzie jest ich ojczyzna?

Ten, który wszystkim serce swe otwiera,
Francuzem jest, gdy Francja cierpi, Grekiem -
Gdy naród grecki z głodu obumiera,
Ten jest z ojczyzny mojej. Jest człowiekiem.


Ojczyzna zarówno angielskiej jak i polskiej odmiany boyszewizmu to zdrowy rozsądek i wrażliwość na ludzkie sprawy. Boyowa akcja proaborcyjna (Piekło kobiet), nie rozpoczęła się dzięki abstrakcyjnej analizie potrzeby wolności ludzkiej jednostki, lecz wskutek bardzo konkretnego przeżycia. W domu, w którym mieszkała przyjaciółka Boya Irena Krzywicka, w jednym miesiącu zmarły trzy kobiety z powodu nielegalnie i nieumiejętnie wykonanych zabiegów usunięcia ciąży. Dotykając tego zagadnienia publicznie Boy wywołał wybuch, którego siła przeszła najśmielsze oczekiwania: z poety i tłumacza stał się myślicielem i działaczem społecznym, inicjatorem pierwszej polskiej przychodni świadomego macierzyństwa. Podobne cele stawiali sobie także Aldous Huxley, Herbert George Wells, George Bernard Shaw, Bertrand Russell i inni. Żaden jednak nie był chyba tak skuteczny jak Boy, choć ten nie miał wykształcenia filozoficznego, a jego działanie nie wynikało z przyjętej doktryny, bo nie był doktrynerem i nie miał żadnej. Bowiem w ojczyźnie zdrowego rozsądku Anglicy byli głównie teoretykami; ich polscy sojusznicy samodzielnymi praktykami.

Podobieństwa pomiędzy nimi wywodzą się z bliskości ich celów i orientacji intelektualnych. Łączą je także kontakty osobiste, nieliczne, ale znaczące. Najsilniejszym łącznikiem pomiędzy tymi dwoma kręgami przyjaciół był Słonimski, który spędził kilkanaście lat w Anglii, spotykał Shawa, pracował z Wellsem nad tekstem Deklaracji Praw Człowieka; wypytywał ich o Conrada – to kolejne polskie ogniwo.

Podobieństwa są liczne i niezaprzeczalne, ale są też różnice. Pierwsza to doktrynerstwo angielskich wolnomyślicieli, którego nie ma wiele lub wcale u Boya i Słonimskiego. Brak tego doktrynerstwa pozwolił zarazem polskiej, autonomicznej tradycji wolnomyślicielskiej uniknąć typowych błędów racjonalistów, nadmierne ufnych w siłę swojego rozumu. Owa hybris właśnie – nasilona u Anglików z racji ich imperializmu i autentycznego lub udawanego arystokratyzmu – pozwoliła Russellowi nabrać przekonania, że to on, pisząc listy do Chruszczowa i Kennedy’ego pomógł rozładować kryzys kubański, Shaw ośmielał się pohukiwać na Masaryka i samego Bergsona pouczać co do treści bergsonizmu, a Wells miał okres, w którym zdradzał cechy typowe dla inteligencji polskiej – strachliwość, oportunizm, zakłamanie, dążenie do popularności i majątku za każdą niemal cenę; może dlatego, że pochodził z ubogiego środowiska; dopiero uzyskawszy pożądaną pozycję uwolnił się od tych cech. Zapewne endemiczny brak pewności siebie i zadufania polskich intelektualistów nie pozwolił im popełnić takich błędów.

Polscy myśliciele z wielu powodów nie mogą naturalnie liczyć na światową popularność, jaka spotkała myślicieli innych krajów. Barierą jest przede wszystkim nasz język, który nigdy nie był i nie będzie lingua franca. Jednak Słonimski pisał: „Droga do kultury ogólnoświatowej prowadzi przez wąski i trudny przesmyk własnego języka” i cytował Boya:

A jeślim mowy ojczystej choć jeden wzbogacił klawisz –
Ty mnie, o mowo ojczysta, od hańby wiecznej wybawisz.


Jest także jeszcze inny powód, choć trudno go całkiem oddzielać od poprzedniego. Imperialna Brytania mogła sobie pozwolić na wychowanie licznej, „dysponującej czasem wolnym” intelektualnej klasy „próżniaczej”. Nasza inteligencja zawsze była skazana na wtórność, zabiedzona, zastraszona, wisząca się u klamki kapryśnego chlebodawcy, a co najgorsze – zmuszona iść na codzienne kompromisy z własną uczciwością, co pogrążało ją w samopogardzie dla własnej słabości moralnej, wymuszonej trudnymi okolicznościami jej wegetacji. Wreszcie, postrzegana przez nazizm i stalinizm jako zagrożenie dla polityki wynarodowienia Polaków – została w wielkiej masie eksterminowana. Boy był tylko jednym z tysięcy. Ci nieliczni zaś, którzy przetrwali, nigdy nie mogli sobie pozwolić na komfort koncentracji na swojej dziedzinie, co jest warunkiem uzyskania wielkich rezultatów i co jest tak oczywiste gdzie indziej.

O jednym z największych humanistów polskich, Ludwiku Krzywickim, pisze jego synowa, Irena: „Talent naukowy Krzywickiego był bardzo wysokiej miary. Gdyby był uczonym w jakimś szczęśliwszym niż Polska kraju, imię jego z pewnością zyskałoby rozgłos światowy, a dorobek czystko naukowy byłby rewelacyjny. Tymczasem on z jednej strony oddał się na służbę ojczyźnie, z drugiej zaś musiał gonić za zarobkiem. Rozmienił w znacznej mierze swój talent na drobne, drukując mnóstwo artykułów, wykładając nie tylko na wyższych uczelniach, ale i w szkole średniej i na kompletach dla burżuazyjnych panienek”.

Angielscy wolnomyśliciele nigdy nie stanęli wobec konieczności emigracji. Polska inteligencja opuszczała kraj masowo, w poszukiwaniu wolności, a czasem fizycznego ocalenia. Słonimski też wyjechał; miał więcej szans na urządzenie sobie życia za granicą niż inni. Ale wrócił: „Miałem dobre stanowisko i ponętne propozycje, ale w Anglii nie byłem sobą. Jak Montaigne, który twierdził: «Paryż czyni mnie Francuzem», taki ja bez Warszawy byłem kimś innym niepełnym. Obracałem się w środowisku ludzi wybitnych i atrakcyjnych, ale nie jako partner równorzędny, lecz jako intruz. Niebłahą stanowiła przeszkodę bariera języka. Mówiłem po angielsku poprawnie, ale bez finezji. Zdarzało mi się czasem utrzymać na poziomie nawet w towarzystwie Wellsa, Shawa czy Huxleya, ale były to zawodne i sporadyczne sukcesy. Prześladował mnie kompleks niższości. W kraju zostawiłem mój dowcip, swadę aktorską i dobrze zagospodarowany dorobek literackich osiągnięć. Gdy mnie pytano wtedy: «Czy pan wróci na dobre?», mówiłem «Na dobre i złe». I mimo że tego zła było sporo, nigdy nie żałowałem mej decyzji”.

Ludwik Krzywicki mówił o sobie: „W gruncie rzeczy zmarnowałem życie. Nie zrobiłem nawet dziesiątej części tego, co mogłem był zrobić”. Nigdy nie musieli tak mówić o sobie myśliciele angielscy. My jednak, w tym i kolejnym pokoleniu, a może jeszcze dalszych, będziemy musieli o sobie mówić tak samo. I jak długo będziemy tak musieli mówić, tak długo Polska będzie krajem nieznanym i pogardzanym. Kraj bowiem może być znany i szanowany tylko wtedy, gdy szanuje własnych obywateli i jest dla nich powodem do dumy. Jak jednak się rzekło na początku, nie ma się czym specjalnie szczycić. Zapewne oczekiwana zmiana nie nastąpi rychło, być może jednak uda się nam coś pod tym względem zmienić, kiedy połączymy nasze wysiłki.

Ta skromna nadzieja nie pozostawia właściwie żadnego wyboru i zmusza do zakończenia tych rozważań jakże pilnym wezwaniem: Boyszewicy z wszystkich stron kraju, łączcie się!

Adam Chmielewski



Tekst ukazał się pierwotnie na blogu autora Interwencje Filozoficzno-Polityczne

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano
Kampania Historia Czerwona i Czarno-Czerwona

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

18 sierpnia:

1906 - Wanda Krahelska z OB PPS dokonała nieudanego zamachu bombowego na generała-gubernatora warszawskiego G. Skałona.

1919 - Wybuch strajku powszechnego w Zagłębiu Dąbrowskim; żądania ekonomiczne i polityczne - w tym uwolnienia 186 członków Rady Delegatów Robotniczych.

1920 - W więzieniu we Wronkach strażnicy dotliwie pobili więźniarki-komunistki, m.in. Marię Koszutską.

1944 - W obozie koncentracyjnym w Buchenwaldzie został zamordowany Ernst Thälmann, niemiecki polityk, działacz komunistyczny.

1971 - Australia i Nowa Zelandia wycofały swoje wojska z Wietnamu.


 
Lewica.pl na Facebooku