Agnieszka Mrozik: Historia na ławie oskarżonych

[2016-04-25 23:08:34]

To zapewne przypadek, że książka Piotra Lipińskiego Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa ukazała się na początku 2016 roku. Przypadek, o którym zadecydował plan wydawniczy albo inne czynniki, o których nie wiemy. A jednak moment opublikowania opowieści o pierwszym po 1989 roku procesie oficerów śledczych UB otacza ją specyficzną aurą. To moment, gdy z szafy generała Czesława Kiszczaka „wypadają” teczki TW „Bolka”, gdy przedstawiciele partii rządzącej piszą kolejną „ustawę o dekomunizacji polskich ulic”, gdy władza i opozycja licytują się, kto w większym stopniu używa „stalinowskich metod” w debacie publicznej. To moment, gdy historia zatacza koło albo zaledwie małe kółeczko, które jednak wystarczy, abyśmy ponownie stanęli oko w oko z histerycznymi żądaniami lustracji, to znów z równie emocjonalnymi roszczeniami zaprzestania jej. W takim właśnie momencie książka Lipińskiego – reportażysty, autora wielu prac poświęconych różnym wymiarom życia w PRL-u – trafia na rynek wydawniczy, dorzucając swoje „trzy grosze” do toczącej się aktualnie debaty politycznej z niedawną historią Polski w tle. Czy jest w stanie powiedzieć nam o tej historii coś nowego, albo raczej opowiedzieć ją w nowy sposób?

Potencjał tematu jest spory. Książka jest reportażem z sali sądowej, gdzie na początku lat 90. XX wieku znaleźli się oficerowie śledczy UB, postawieni w stan oskarżenia za stosowanie tortur w śledztwach, które prowadzili w latach 1944/5-1954/5. W sali tej znalazły się także ofiary oskarżonych, przedstawiciele wymiaru sprawiedliwości i prasa, chociażby w osobie młodego wówczas dziennikarza Gazety Wyborczej, Piotra Lipińskiego. Relacjonował on na bieżąco cały proces, prowadził także rozmowy z głównym oskarżonym Adamem Humerem (1917-2001) – w okresie stalinizmu wicedyrektorem Departamentu Śledczego Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego, któremu w początkach transformacji postawiono zarzuty torturowania więźniów, a także współkierowania jednostką posługującą się w trakcie przesłuchań niedozwolonymi metodami. Temat na tyle „wciągnął” autora, że relacjonował on także inne procesy dotyczące zbrodni stalinowskich w Polsce, przede wszystkim zaś proces w sprawie śmierci rotmistrza Witolda Pileckiego, straconego w 1948 roku. Po dwudziestu latach od zakończenia procesu Humera i innych śledczych UB autor – „zaliczywszy” po drodze kilka książek o mrocznych wymiarach stalinizmu – zdecydował się na opublikowanie wyników swojego prywatnego śledztwa, które opatrzył komentarzami wskazującymi dobitnie, że wyrok w tej sprawie on sam wydał dużo wcześniej, niż zrobił to sąd.

1. Żydowskie psy totalitaryzmu

Już na wstępie uderza, że biografia Adama Humera potraktowana została przez autora emblematycznie: oto stapiają się w niej historie życia nie tylko głównego oskarżonego, ale także innych śledczych UB. Informacje o ich pochodzeniu, wykształceniu, pracy zawodowej – szczególnie do lat 50., a więc okresu zatrudnienia w MBP – zlewają się, tworząc życiorys typowego, „modelowego” niejako pracownika „aparatu represji”. Biografia śledczych UB unifikuje się, a oni sami tracą cechy jednostkowe. Pozostaje nagi, schematyczny rys „stalinowskiego złoczyńcy”, jak powie o Humerze jeden z cytowanych przez autora „świadków epoki”. Jakie są jego wyróżniki?

Lipiński w kilku miejscach zwraca uwagę na chłopskie i robotnicze pochodzenie oskarżonych, podkreślając, że gdyby nie powojenna zmiana ustroju, śledczy UB prawdopodobnie pozostaliby „zwykłymi chłopami i robotnikami”. Gdyby nie Polska Ludowa, znaliby więc swoje miejsce w hierarchii społecznej, co autorowi wydaje się nie tylko oczywiste, ale i zbawienne: oto w porządku religii katolickiej, w którym głęboko zanurzony jest jego wywód, rolą prostaczków jest modlitwa i praca, a nie zamach na niesprawiedliwą strukturę społeczną, który obciąża ich sumienia i zamyka drogę do raju. Korzystając z możliwości, które dał im powojenny ustrój, włączając się w jego tryby, Humer i inni śledczy UB zamachnęli się na system, który generował niesprawiedliwość. Z ich perspektywy był to gest emancypacyjny, z perspektywy autora – przemocowe zakwestionowanie naturalnej nierówności. Oczywiście autor nie mówi tego tymi słowami. Zamiast po język walki klasowej – w różnych okresach historii brutalnej i krwawej – sięga po język moralnego potępienia, w myśl którego Polska Ludowa uczyniła ze „zwykłych chłopów i robotników” morderców „prawdziwych Polaków”.

Uderza, że streszczając życiorys Humera oraz innych śledczych UB, Lipiński prześlizguje się przez okres przedwojenny, czyli właśnie ten czas, kiedy kształtował się komunistyczny światopogląd oskarżonych. W ich wypowiedziach pojawiają się urywane informacje o tym, co znaczyło być robotnikiem czy chłopem w przedwojennej Polsce, a szczególnie na wschodnich jej terenach, gdzie nierówności klasowe splatały się z tymi zrodzonymi na bazie różnic narodowościowych. Bieda, upokorzenia, brak perspektyw – o tym wycinku historii polskich warstw niższych Lipiński nie chce słuchać. „Nie wiem, czy pan zna pozytywizm – powiedział [Włodzimierz Muś, emerytowany generał Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego – przyp. A. M.]. – A nawet jeśli pana pokolenie zna go, to jest to dla was odległa historia. A to myśmy byli Jankami Muzykantami, Antkami, Judymami. Wy przykładacie współczesną miarkę do wydarzeń z tamtych lat” (s. 23). Właśnie tak: „przykładając współczesną miarkę”, Lipiński nie zastanawia się nad historią Polski sprzed wieku, lecz co najwyżej nad tą sprzed lat siedemdziesięciu. To w niej upatruje źródeł „zła”.

Co by się jednak stało, gdyby autor odrobinę przesunął granice swego historycznego śledztwa? Gdyby dopuścił do siebie wiedzę o bynajmniej nie sielskiej historii przedwojennej Polski? Czy wtedy jego moralizatorska opowieść o komunizmie jako wcieleniu zła miałaby szansę stać się opowieścią o komunizmie jako kolejnym w dziejach ludzkości etapie walki klasowej? Tego się nie dowiemy, bo autor wybrał inną, mocno już zgraną narrację. W jej ramach wszelkie motywacje oskarżonych – pobudki ideowe, intelektualne, osobiste – zostają zdyskredytowane, bledną w obliczu tego, czym zajmowali się na przełomie lat 40. i 50., a co autor uparcie – odwołując się do współczesnego słownika – nazywa „karierą” w MBP. „Humer świadomie przez większość życia dążył do tego momentu, kiedy stał się strażnikiem rewolucji” (s. 43) – pisze Lipiński, choć z lektury tekstu płynie inny zgoła wniosek. To sama opowieść autora skonstruowana została w taki sposób, by na pracę Humera w MBP patrzeć jak na moment docelowy, kulminacyjny etap jego „kariery”, przed którym i po którym nie było nic. Przy okazji relacjonowania tego okresu padają też powtórzone kilkukrotnie, a wreszcie umieszczone w tytule książki słowa o tym, że „bicia nie trzeba było ich uczyć”. Ich, czyli komunistów z chłopskim pochodzeniem. Przemoc, chłopskość i komunizm w opowieści Lipińskiego dopełniają się bowiem, podlegają esencjonalizacji, ugruntowując rozpowszechniony w świadomości polskiego społeczeństwa obraz komunisty jako fanatycznego, tępego prymitywa, który bezmyślnie realizował polecenia „góry”, to znów rozładowywał swoją agresję na innych: „zwykłych Polakach”, kobietach. Te słowa – „fanatyzm”, „agresja” – pojawiają się w książce nie raz, dzięki czemu obraz Humera jako prawnika, racjonalnie wyłuszczającego swoje argumenty, rozmywa się, blaknie. Widzimy w nim chłopa, którego system awansował do roli ślepego narzędzia represji.

Stereotypowego obrazu komunisty dopełnia także gorliwie akcentowane przez autora żydowskie pochodzenie osób pracujących w MBP. Swoista denucjacja, którą uprawia Lipiński, wyraźnie służy reaktywowaniu figury „żydokomuny”. Wraz z podkreślanym raz za razem rosyjskim pochodzeniem osób pracujących w MBP na stanowiskach „doradców”, żydowskie pochodzenie „ubeków” sprzyja umocnieniu wizerunku całego resortu jako obcego, najemnego, wymierzonego w Polaków. W planie opowieści o toczącej się na ziemiach polskich wojnie domowej z późnych lat 40. formacja ta ukazana zostaje jako zbrojne ramię radzieckiego okupanta, który nie waha się sięgnąć w swej rozgrywce ze „zwykłymi Polakami” po kadry chcące „uchodzić za polskie”. Jedna z ofiar utwierdza Lipińskiego w jego „diagnozie”: „Najgorsze było to, że ubecy chodzili w polskich mundurach. Rozumiem: Niemiec, Rosjanin ma prawo się nade mną znęcać. Ale Polak?” (s. 142).

Znana to narracja, obowiązująca dziś nie tylko w kręgach skrajnie prawicowych, ale też – jak widać – w środowisku Gazety Wyborczej. Autor wielokrotnie puszcza mimo uszu, a bywa, że wprost kwestionuje słowa oskarżonych, iż z pobudek patriotycznych wypełniali swoje obowiązki ścigania i przesłuchiwania „band nacjonalistycznych”: „– Ci, których pan zamykał, walczyli przecież o niepodległość. – Oni o niepodległość?! – Humer poczerwieniał, podnosząc głos. – Myśmy walczyli o niepodległą Polskę, bez obszarników, bez kapitalizmu, bez okupacji ziem ukraińskich, litewskich i białoruskich, rozumie pan?! Oni walczyli o rewindykację dla Radziwiłłów, Szeptyckich, pan to rozumie?!” (s. 16). Odmawiając Humerowi i innym śledczym UB patriotyzmu, kwestionując ich racje jako racje polskich komunistów, Lipiński przedstawia ich nie tylko jako chłopów, którzy zamachnęli się na naturalny przedwojenny porządek społeczny, ale przede wszystkim jako „zdrajców narodu”, „tchórzy”, „najemników”, „nie-Polaków”: „Kiedy Humer demaskował i propagował, jego powojenne ofiary prowadziły prawdziwą walkę przeciwko okupantowi” (s. 34; podkr. – A. M.). Czerpiąc garściami z dominujących dziś narracji historycznych, które konstruują jeden tylko obowiązujący model polskości (etniczny) i patriotyzmu (inteligencki, wykuwany na froncie zachodnim), Lipiński dyskredytuje wszystko, co się w owym modelu nie mieści, przede wszystkim zaś walkę o niepodległość splecioną z walką o zniesienie nierówności społecznych. W tak zakreślonych ramach Humer i inni śledczy UB nie mają szans na wyartykułowanie własnych racji – racji w dużej mierze przynależących do historii, do innego kontekstu społeczno-politycznego. Autor nie daje im tej szansy, dość brutalnie ucinając nie tylko ich rozważania ideowe, ale i zwyczajne, ludzkie. Widać to szczególnie wtedy, gdy w rozmowie z Humerem pojawia się temat śmierci jego ojca – komunisty, nadzorującego w Lubelskiem przebieg reformy rolnej, na którego w maju 1946 roku podziemie wydało wyrok. Lipiński nie drąży tematu, zupełnie jakby śmierć komunisty była czymś normalnym, naturalnym „kosztem” walk o niepodległość. W tym miejscu widać, jak jego mocno wyśrubowane kryteria moralnej oceny czynów „ubeków”, torturujących swe ofiary w trakcie śledztw, podlegają relatywizacji, gdy przychodzi do zmierzenia się z faktem zabójstwa komunisty przez „polskich patriotów”.

Obraz komunisty, jaki kreśli Lipiński, jest grubo ciosany. To obraz dogmatyka, „fanatyka”, naiwniaka lub po prostu głupca, który „służył” ustrojowi nie tylko tępiącemu „wrogów klasowych”, ale i „swoich”, ideowych komunistów. Ponieważ autor z miejsca ucina wszelkie dywagacje ideologiczne Humera (czym się zresztą chlubi), nie słyszy tego, co Humer mówi. A mówi on na przykład, że mimo iż był krytyczny wobec Stalina za sposób, w jaki ów „rozwiązał” chociażby kwestię rolnictwa na Ukrainie czy sprawę polskich przedwojennych komunistów, to ma świadomość, że wynik wojny i kształt powojennych granic Polski byłyby nie do pomyślenia bez roli, którą odegrał przywódca ZSRR. Tam, gdzie Humer przedstawia argumenty z porządku geopolitycznego w ówczesnym, historycznym wydaniu, Lipiński odpowiada uwspółcześnionymi ocenami moralnymi tamtych wydarzeń. W ten sposób jako „świadek epoki” Humer nie tylko nie zostaje przez autora „zagospodarowany”, choćby po to, by rozszerzyć nasze spojrzenie na okres kształtowania się Polski Ludowej, ale wręcz podlega wtłoczeniu w gotowe skrypty myślenia o tamtym okresie, którym patronuje dziś wyłącznie moralne oburzenie i potępienie.

To podejście różni zresztą reportaż Lipińskiego od wywiadów, które na początku lat 80. Teresa Torańska przeprowadziła z polskimi komunistycznymi politykami okresu stalinizmu (Oni, 1985). Torańska, nieukrywająca swojego krytycznego podejścia do komunizmu i artykułująca je wprost, wdawała się ze swoimi rozmówcami w długie, ożywione polemiki, które udawały się właśnie dlatego, że autorka pozwalała swoim interlokutorom mówić. Nawet jeśli ich potępiała, robiła to w taki sposób, że mówiący nie kończyli rozmowy. Oczywiście, możemy przyjąć, że Torańska stawiała sobie inne cele niż Lipiński; kim innym byli też jej rozmówcy (w końcu rozmawiała ze schludnymi politykami, a nie z „krwawymi siepaczami”). Ale dzięki temu, że traktowała swoich rozmówców partnersko, że przygotowywała się do rozmów z nimi, nie tylko otrzymaliśmy wgląd w epokę z perspektywy ludzi, którzy ją kształtowali, ale też wejrzenie w światopogląd, system wartości czy po prostu sposób widzenia świata inny niż ten, który jest dziś powszechny.

Tego samego nie możemy powiedzieć o reportażu Lipińskiego, szczególnie zaś o części, w której autor rozmawia z Humerem o jego pracy w MBP. Stanowi ona specyficzną kombinację ocen moralnych autora, psychologizowania i patologizowania postaw i zachowań Humera oraz obowiązujących dziś wykładni polskiej polityki historycznej. Lipiński na zmianę potępia swojego rozmówcę, próbuje zgłębić jego psychikę „komunisty-fanatyka”, traktuje go na poły protekcjonalnie, na poły litościwie jako „starca”, „relikt epoki”, to znów usiłuje kontrować jego wypowiedzi fragmentami zaczerpniętymi z Czarnej księgi komunizmu, której wartość jako źródła wiedzy o komunizmie jest, delikatnie mówiąc, przeceniana. W ten sposób Lipiński odsłania swoją rolę polemisty, rzecznika nie tyle interesów ofiar sprzed kilkudziesięciu lat, ile dominującej dziś racji politycznej, którą na mocy przyznawanego sobie i często odmawianego Humerowi prawa głosu dekretuje jako obiektywnie słuszną.

2. Kto przesłucha ofiarę?

Pomyli się ten, kto założy, że ofiary śledczych UB z lat 40. i 50. będą w książce Lipińskiego ukazane w sposób bardziej zindywidualizowany niż ich skrojeni na jedną miarę prześladowcy. Utrzymana w czarno-białej tonacji opowieść dziennikarza wyznacza ofiarom określoną rolę do odegrania, której istotnym elementem jest właśnie zatarcie odrębności, zanik różnic. Historie życia ofiar zostają sprowadzone do jednego tylko momentu – tego, gdy poddawane były one torturom. Jednocześnie ich wcześniejsza i późniejsza biografia traci na znaczeniu.

W dużej mierze takie oświetlenie sylwetek ofiar jest zrozumiałe. W końcu znalazły się w sądzie, by opowiedzieć o krzywdach, jakich doznały z rąk sprawców. Autor drobiazgowo przytacza relacje ofiar, zeznających jakim torturom były poddawane. Szczególnie skrupulatnie relacjonuje wypowiedzi kobiet, które opisując własne cierpienia, rzucają wyjątkowo negatywne światło na zachowania sprawców: odsłaniają bowiem ich cywilizacyjną niższość, prymitywizm, barbarzyństwo, wynikające z pogwałcenia uświęconej w zachodniej (a zatem i polskiej) kulturze zasady niekrzywdzenia kobiet. Wprawdzie Humer zastrzega się, że „nigdy nie uderzył Żyda, Ukraińca ani kobiety” (s. 14), ale jego słowa – w obliczu emocjonalnych opisów zadawania ran kobiecemu ciału – brzmią chłodno, a więc i nieprzekonująco. Na niekorzyść Humera przemawiają jednak tyleż zeznania realnych kobiet, domagających się uznania ich cierpień („Chciałam, żeby Humer mnie zauważył. (…) Chyba mnie poznał, on tylko udaje, że mnie nie zna” (s. 117)), co zakorzenione w polskiej kulturze wyobrażenia i fantazmaty, nakazujące widzieć w sponiewieranym kobiecym ciele alegorię zniewolonej Polski. Pisała o tym kilka lat temu Maria Janion w tekście Polonia powielona (2006), zwracając uwagę, że w polskim imaginarium narodowym cierpienia kobiet funkcjonują głównie jako znak krzywd ojczyzny i jako takie służą mobilizacji mężczyzn i ich reakcji przeciwko „obcym”. Taką też instrumentalną funkcję zdają się pełnić zeznania kobiecych ofiar przywołane w książce Lipińskiego: obciążają Humera, a przede wszystkim „komunizm” jako ustrój zniewalający Polskę, gwałcący ją, biorący siłą.

Wyeksponowanie tego momentu z życiorysów ofiar, gdy poddawane były torturom w czasie śledztw, zyskuje im, co oczywiste, empatię i sympatię czytelników. Zabieg ten pełni jednak również inną funkcję: oto skoncentrowanie się na cierpieniach ofiar prowadzi do automatycznego zablokowania pytań, które mogłyby przyczynić się do rozszerzenia spojrzenia na analizowaną rzeczywistość historyczną. Blokada obejmuje także pytania o biografie ofiar, wykraczające poza moment, gdy znalazły się one oko w oko ze sprawcami w pokojach przesłuchań, a także o status ich pamięci jako dowodu w śledztwie. Tego rodzaju pytania uchodzą za kłopotliwe, czy wręcz nie na miejscu, dlatego albo nie padają wcale, albo zadawane są najostrożniej jak to możliwe. A jednak nawet wtedy ofiary protestują przeciwko szczegółowym, przeciągającym się przesłuchaniom w charakterze świadków, domagają się uznania ich statusu ofiary jako niepodważalnego, niewymagającego weryfikacji: „Czuję się wypytywany, jakbym to ja był oskarżonym” (s. 140); „Kiedyś byłem bity, kopany, poniżany. Dzisiaj czułem się podobnie” (s. 179).

W książce Lipińskiego z cierpienia ofiar czyni się rodzaj szantażu, używanego w charakterze narzędzia do blokowania procesu odsłaniania wiedzy o trudnej powojennej historii Polski, o brutalnych kartach z życiorysów różnych jej aktorów – nie tylko komunistów, ale też działaczy organizacji nacjonalistycznych, którzy – jedni i drudzy –uciekali się do przemocy, by realizować swoje cele. Mocą tego szantażu blokowana jest jednak nie tylko wykraczająca poza czarno-biały schemat wiedza o historii, ale przede wszystkim relatywizowane są moralne oceny zachowań różnych jej bohaterów. Obsadzając komunistów w roli złoczyńców, autor nie drąży tematu śmierci Wincentego Humera (ojca Adama), na którego niepodległościowe podziemie wydało wyrok. Obsadzając NSZ-owców i WiN-owców w roli bohaterów narodowych, nie zadaje pytań o ideologię, której byli wierni, a której częścią – obok imperatywu walki o niepodległość – bywał antysemityzm.

Trudno oprzeć się wrażeniu, że autor na różne sposoby „posługuje się” ofiarami, wykorzystuje je do zilustrowania własnych przekonań. Za pomocą ich zeznań, które na mocy moralnego prawa ofiar do bycia wysłuchanymi i uznanymi zyskują status niekwestionowanej prawdy, podważa wiarygodność oskarżonych oraz delegitymizuje ich racje. Sięga też po głosy ofiar wtedy, gdy artykułuje krytyczną opinię o przebiegu procesu Humera i innych śledczych UB w początkach lat 90. Głosami ofiar i ich rodzin, przeplatającymi się z jego własnymi komentarzami, gromi zatem opieszałość sądu („Tu się wszystko przeciąga. (…) Chcę zniknąć z tej operetki” (s. 140); „Skandal, że ta rozprawa trwa już dłużej niż proces norymberski” (s. 149); „Granda w biały dzień! Okupacja sowiecka trwa” (s. 180)), utyskuje na słabą wiedzę historyczną sędziów („Sąd tracił czas na zadawanie pytań, na które odpowiedzi już dawno padły w trakcie rozprawy, a na dokładkę te odpowiedzi jeszcze wcześniej można było znaleźć w książkach historyków” (s. 170)), a także stawia pod znakiem zapytania apolityczność sądu („Otóż oskarżonym może zależeć, aby wyrok został wydany jak najszybciej. Chcą zostać skazani, póki rządzi lewica” (s. 156)). Głosami ofiar podnosi i rozstrzyga również problem (zbyt łagodnego?) traktowania oskarżonych w trakcie procesu: ich sporadycznym skargom na niehumanitarne traktowanie przeciwstawia każdorazowo wypowiedzi ofiar o cierpieniach zaznanych w latach 40. i 50., które obezwładniają i czynią wszelkie roszczenia oskarżonych bezprzedmiotowymi.

Starotestamentowa zasada „oko za oko” walczy w książce Lipińskiego z deklarowanym przez ofiary etosem chrześcijańskiego „odpuszczania winy swoim winowajcom”, a obie te religijne dewizy ścierają się w obszarze myślenia o wymierzaniu sprawiedliwości z nowożytnymi zasadami państwa prawa. Utrzymany w moralizatorskiej konwencji wywód Lipińskiego co i rusz prowokuje pytanie nie tyle o to, czy przestępstwa, o które oskarżono śledczych UB, uległy przedawnieniu, a jeśli nie uległy, to według jakiego prawa należy je sądzić – przedwojennego, które obowiązywało w momencie, gdy pracowali w MBP; z 1969 roku, według którego spisywano akt oskarżenia; czy też znowelizowanych w 1995 roku przepisów stanowiących, że bieg spraw dotyczących niektórych przestępstw popełnionych przez funkcjonariuszy publicznych w PRL-u zaczyna się dopiero od 1 stycznia 1990 roku – ile raczej o to, czy sądzenie oskarżonych o tego rodzaju przestępstwa w ogóle leży w gestii ludzi. Padające kilkukrotnie porównania między procesem Humera i śledczych UB a procesami norymberskimi, odsyłające do – rozpowszechnionej w głównym nurcie debaty publicznej w Polsce – zasady budowania symetrii między nazizmem i komunizmem, po raz kolejny obezwładniają: ofiary Stalina i Hitlera, wrzucone do jednego worka, stają się argumentem, który kończy dyskusję.

3. Rozliczanie, które rozpala emocje

Jednego książce Piotra Lipińskiego nie można odmówić: tego, że inspiruje do zadawania trudnych pytań. Na przykład takiego oto: czy sądząc przestępstwa popełnione wiele lat wcześniej, w innej rzeczywistości historycznej, powinniśmy brać pod uwagę kontekst owej epoki, na przykład zjawisko wojny domowej o brutalnym przebiegu, gdzie każda ze stron ma określone racje polityczne? A jeśli tak, to jaka powinna być rola owego kontekstu: czy może on pełnić rolę okoliczności łagodzącej, usprawiedliwiającej lub wręcz wymazującej winę?

A może tego rodzaju dywagacje są w ogóle bezprzedmiotowe, ponieważ kontekst historyczny nie powinien odgrywać żadnej roli w przypadku, gdy sądzone są przestępstwa polegające na zadawaniu tortur drugiemu człowiekowi czy doprowadzeniu do jego śmierci? Nie powinien, gdyż każdorazowo obowiązują uniwersalne normy moralne, zgodnie z którymi nie ma żadnego usprawiedliwienia dla tortur ani zabójstw. Lecz skoro tak, to czy w ten sposób rozumiane normy nie powinny obowiązywać wszystkich aktorów historycznych, niezależnie od tego, czy ich polityczna racja zwyciężyła, czy poniosła klęskę? Jednym słowem, czy ocena torturowania i mordowania komunistów nie powinna być równie jednoznacznie negatywna, co ocena torturowania i mordowania ludzi podziemia?

Książka Lipińskiego, która pobudza do stawiania tego rodzaju pytań, rozczarowuje, gdy przychodzi do udzielania odpowiedzi. Autor nie jest w stanie wyjść poza ramy czarno-białej opowieści z jednoznacznie zarysowanym morałem, przez co zaprzepaszcza, w moim odczuciu, szansę na oddanie kawałka żywej historii, w której zdarzały się przecież szarości. Zamiast wykorzystać potencjał wybranego gatunku, tj. reportażu z elementami wywiadu, który jak być może żaden inny daje możliwość wyartykułowania skomplikowanego przebiegu czasów i ludzkich życiorysów, autor zamyka się w sztywnych ramach obowiązującej narracji historycznej, pisanej przez zwycięzców, a już z pewnością na ich użytek. Pragnie stać się „rozpalaczem emocji”, ale bardzo wąsko kreśli ich skalę.

Piotr Lipiński, Bicia nie trzeba było ich uczyć. Proces Humera i oficerów śledczych Urzędu Bezpieczeństwa, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2016, ss. 232.

Recenzja ukazała się w „Bez Dogmatu”, nr 107/2016.

Agnieszka Mrozik


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

No Pasaran! Dzień pamięci Dąbrowszczaków
Katowice, Wydział Nauk Społecznych, Sala Rady Wydziału (II piętro), ul. Bankowa 11,
1 marca (środa), godz. 13.00-19.00
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-
Szukam" Metody interpretacji historii Argentyny" N.Morano
Kampania Historia Czerwona i Czarno-Czerwona
RASIZM I PRZEMOC – ROSNĄCE ZAGROŻENIE!

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

28 lutego:

1925 - Urodził się Józef Kaleta, ekonomista, polityk, poseł na Sejm I, II i III kadencji.

1986 - W zamachu zginął Olof Palme, przewodniczący Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej, premier Szwecji.


 
Lewica.pl na Facebooku