Wiesław Kot: Wyklęci, przeklęci, zaklęci

[2016-06-07 10:50:23]

Media trąbią, że w kinie nadchodzi moda na „żołnierzy wyklętych”. Bzdura! Ta moda trwa nieprzerwanie od „Zakazanych piosenek”. Agitki, rozprawy polityczne, dramaty psychologiczne, elegie kombatanckie, ballady ludowe, kryminały, sensacje, obyczajówy – do wyboru, do koloru. Nakręcono tego z pół setki. Ale jeśli dla kogoś „prawdziwe polskie kino” zaczyna się od „Historii Roja”, to już nic nie można poradzić.

Ten zapluty Świderski

Zaczęło się od szczucia, bo czego było się spodziewać po czasach wczesnego Bieruta? „Partia bronić będzie realizmu socjalistycznego, mimo że może on powodować schematyzm, z czego nie należy robić problemu”, dekretował w roku 1949 Jakub Berman (zwierzchnik bezpieki). I nikt nie robił problemów, gdy niejaki Bogdan Hamera, przedwojenny komunista, powojenny aparatczyk, dał produkcyjniaka „Na przykład Plewa” (1950, Nagroda Państwowa), w następnym sezonie przerobionego na film „Pierwsze dni”. „Zaplute karły reakcji” są tu reprezentowane przez Jana Świderskiego w pełni męskiej urody. Wyleguje się na daczy (roznegliżowana wydra tuż obok), popija drinka i szczuje niedobitki dawnej partyzantki na „lud pracujący” w pobliskiej fabryce. Lud reprezentują Jan Ciecierski, który dopiero za pięć lat będzie Starym Matysiakiem, i Hanka Bielicka, której nikt by nie poznał, bo smukła jak brzózka. Świderskiego czeka oczywiście szybka „czapa”, bo KBW wtedy się nie patyczkował.

Świderski jako „zapluty” przydał się jeszcze trzy lata później, kiedy to Tadeusz Konwicki tragicznie rozminął się z duchem czasu. Napisał scenariusz filmu „Kariera” o tym, jak były partyzant – rzeczony Świderski – wraca po wojnie do Polski, by z polecenia amerykańskiej centrali odbudować siatkę szpiegowską. Miało pójść jak z płatka, a tu agent z miejsca zarabia w dziób od proletariatu. Zastraszony adwokacina go spławia, a tylko młody bęcwał i bumelant ciągnie od niego forsę. Choć do kapowania na „władzę ludową” wcale mu się nie spieszy. Konwicki zamyślił, że w tej sytuacji Świderski spuści szpiegowski łeb i pójdzie w dal – kompletnie wyobcowany. Ale były wytyczne, aby w finale agent został zaaresztowany przez UB. Kropka nad i.

To się ciągnęło. Czasem zabawnie. Ot, ogiery wracają z „punktu kopulacyjnego” i padają bez życia. Bynajmniej nie z wyczerpania. W stadninie przyczaił się były szlachciura, który robotę w reakcyjnej bandzie zamienił na fuchę truciciela („Pościg”, 1953). Jednak Stanisław Zaczyk, „asystent hodowlany”, wraz z szefem powiatowego UB (Tadeuszem Schmidtem) utrącają go bez problemu. Schmidt był tu co najmniej tak przystojny jak Igor Śmiałowski, który pułkownika UB zagrał w knocie „Niedaleko Warszawy” (1954) nakręconym do tekstu samego Adama Ważyka. Niedawny rotmistrz, a obecny agent amerykański, odstawiany przez Ludwika Benoit, wypadł w tym filmie tak nieprzekonująco, że – jak pisał Wiech – ludzie po seansach brali się do bicia koników, którzy wcisnęli im bilety na taki chłam.

Szeryf z połoniny

Po Październiku „wyklętych” na ekranie przybyło, ale ich rehabilitacja szła jak po grudzie. Z przyczyn politycznych? Niekoniecznie. Bo bandy zdziczałych partyzantów były jak znalazł dla producentów rodzimych „easternów”. Taki Aleksander Ścibor-Rylski natłukł tego jak diabeł gwoździ. Bieszczady? Proszę bardzo – Bruno O’Ya gania po połoninach bandę Moronia („Wilcze echa”, 1968), a w finale odjeżdża konno ku zachodzącemu słońcu z Ireną Karel u boku. Jeszcze bliżej westernu był Ryszard Filipski („Południk zero”, 1970, reżyseria Waldemar Podgórski, scenariusz ciągle Ścibor-Rylski), który wiosną ‘45 operował na Mazurach. Miasteczko opanowuje banda rabusiów z wyjątkowo brutalnym Jerzym Bińczyckim, a „namiestnik” władzy ludowej na te tereny ma tylko broń krótką i dwóch niepewnych pomagierów.

W porządku – to była zabawa. „Wyklęci” pojawiali się przecież i w filmach bardziej wycieniowanych. Niewiele bardziej, ale zawsze. Wraz z odwilżą „w kawiarniany gwar jak tornado jazz się wdarł”. W „Ostatnim strzale” (1959, scenariusz Ścibor-Rylski – on chyba wcale nie spał) płynie pogodny jazz Andrzeja Kurylewicza, a poza tym nastąpiła amnestia. Jej skutkiem wypuścili niejakiego Ziarnę, który za Niemca był partyzantem, a potem to już chciał tylko postrzelać, wypić i obłapiać dziewuchy. Teraz wraca, ale niewiele rozumie z tego, co dookoła. Wciąż wydaje mu się, że może kozaczyć jak w ‘47. I sierżant MO musi go spacyfikować tytułowym ostatnim strzałem. Przed barem o słodkiej nazwie No To Cyk.

Temat był wałkowany, jakby nie było ważniejszych problemów. Rzeczony Ścibor-Rylski (tak, on naprawdę nie spał) dał kolejną przymiarkę w „Roku pierwszym” (1960). Sierżant Stanisław Zaczyk (trzydniowy zarost, ale niezmiennie przystojny) zjawia się w Lubelskiem tuż po ogłoszeniu Manifestu PKWN i okazuje się bardzo sprytny. Takim różnym „leśnym”, co to niby nie wiedzą, „czy są za Lublinem, czy za Londynem”, proponuje, żeby zaśpiewali coś swojskiego. I proszę – „Czerwonego sztandaru” ani w ząb. Za to „Hej, chłopcy, bagnet na broń” – wszystkie zwrotki. A to przecież napisała Krystyna Krahelska dla chłopaków z AK. I już jesteśmy w domu. To obecne zdegenerowane AK zamierza spacyfikować wieś, która w ramach reformy rolnej rzuciła się na hektary „obywatela dziedzica”. Z tym że w „bandzie” znalazł się jeden, który miał wątpliwości. Wprawdzie zastrzelili biedaka, ale film polski odnotował jego votum separatum.

Tych „wyklętych” grywały tuzy. A to Jasiukiewicz, a to Herdegen. A taki Łomnicki aż dwa razy. W „Bazie ludzi umarłych” (1958) chojrakował jako Partyzant, który ucieka w Bieszczady. Bo kieleckie lasy penetruje już KBW, a w mieście nuda. „W mieście tylko, bracie, dziwki i wóda. Dziwki kłamią, od wódy łeb boli”. A tu, jak nudno, odpala papierosa od beczki benzyny, na której rozniecił ognisko. I już adrenalina skacze. W wariancie bardziej umiarkowanym były „wyklęty” – ciągle Łomnicki – wraca do lasu, ale już jako inżynier („Zerwany most”, 1963, według powieści Romana Bratnego). Chciałby uchodzić za „bezpartyjnego fachowca”, ale nie bardzo mu to wychodzi, ponieważ miejscowi pamiętają go jako członka bandy UPA. I jak ma teraz wyjaśnić, że w bandzie był ubecką wtyką i od środka rozpracował banderowców pochowanych w bunkrach na Chryszczatej?

Diament w popiele

A skoro mowa o aktorach wirtuozach, to najwyższa pora na Zbigniewa Cybulskiego. Najsłynniejszego „żołnierza wyklętego” polskiego kina. Cybulski utrzyma ten tytuł co najmniej do roku 2050, a potem się zobaczy. Postać Maćka Chełmickiego z „Popiołu i diamentu” (1958) jest prawdziwa do bólu, choć film zbudowany został na kłamstwie. Co jest w Maćku prawdziwe? Wszystko. Gdy ma strzelać do wystawionych mu ludzi, nieopatrznie kładzie automat na mrowisku i w decydującym momencie rzuca broń, jakby go parzyła. Albo podczas egzekucji działacza komunistycznego w ciemnej ulicy. Mógłby go puknąć od tyłu i zwiać. Ale nie – wyprzedza staruszka, staje z nim twarzą w twarz i dopiero naciska cyngiel. Dlaczego? Etos rycerski – nie zadaje się ciosu od tyłu! Maciek jest prawdziwy, gdy podpaliwszy szklaneczki spirytusu za kumpli poległych w powstaniu, wykrzykuje dowódcy: „Przecież nie trzeba tego wszystkiego tak brać na serio. Trzeba się przepchać przez tę całą hecę. Nie dać się nabrać. Nie nudzić się!”. Ale i tak zginie na śmietniku historii.

A w kwestii kłamstwa „Popiołu i diamentu” litania jest długa. Że Jerzy Andrzejewski dostał teczkę chłopaka, który w Ostrowcu Świętokrzyskim zastrzelił komunistę i przedwojennego radzieckiego agenta, od Jakuba Bermana, szefa Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego. Że sam Andrzejewski do niedawna był „pisarzem katolickim”, a teraz bardzo chciał się stać ramieniem partii w literaturze i tłukł czystą propagandę. Że reżyser Wajda budował tym filmem legendę narodzin PRL, choć wiedział, że nie tak dawno Sowieci rozstrzelali mu ojca w ramach mordu katyńskiego. Że Cybulski nosi się jak James Dean, a nie partyzant z Kieleckiego… Można to ciągnąć, ale dajmy spokój. Ciekawych odsyłamy do śledztwa przeprowadzonego przez Krzysztofa Kąkolewskiego.
Zauważmy detal: „żołnierz wyklęty” Maciek (Zbigniew Cybulski), jego dziewczyna (Ewa Krzyżewska) i jego dowódca (Adam Pawlikowski) spotkali się jeszcze raz na planie – w kryminale „Zbrodniarz i panna” (1963). Cybulski grał tu kapitana milicji, Krzyżewska zahukaną urzędniczkę pocztową z małego miasteczka, a Pawlikowski – złodzieja hotelowego. Tak mogły się potoczyć prawdziwe losy bohaterów „Popiołu i diamentu”.

Andersowcy wracają na Podhale

„Żołnierzy wyklętych” było na ekranie tak wielu, że nasze kino musiało dokonywać segmentacji, by widz się nie pogubił. Już w „Zakazanych piosenkach” Jerzy Duszyński tłumaczył od fortepianu kolegom żołnierzom z Anglii, na czym polegała prawdziwa wojna. Bo te ich naloty na Hamburg to spacerek przez park. Z czasem wygenerowano serię filmów o żołnierzach, którzy wracają z Zachodu i szamoczą się w Polsce bierutowskiej. Na przykład pewien porucznik (Jan Machulski) z 1. Dywizji Pancernej gen. Maczka przeżywa rozterki w filmie „Daleka jest droga” (1963). Jego Virtuti Militari po wojnie niewiele znaczy. Koledzy albo galopem się dorabiają, albo upijają. W koszarach wykryto właśnie 17. bimbrownię. Są i tacy, co zdejmują ryngraf ze ściany i w tajemnicy przed kolegami (bo wstyd!) wracają do kraju. Nasz porucznik też. Konkretnie na Podhale, gdzie postawi szkołę i będzie uczył chłopskie dzieci.

Nie wszystkie powroty były tak budujące. Andrzej Łapicki – podczas powstania „Siwy” – przyjechał z Francji eleganckim citroënem pogadać z kumplami o starych czasach („Powrót”, 1960). Ale kumple gadać nie chcą, wolą pożyczyć od niego forsę. Każdy zapatrzony, a to w karierę, a to w nowe mieszkanie. Starych kątów także trudno się doszukać. W miejscu, gdzie kiedyś była Śliska, piętrzy się Pałac Kultury. Pora wracać. Do Francji oczywiście.

Wyklęci, pomożecie?

Za Gierka problem „wyklętych” powinien był – na zdrowy rozum – zdechnąć sam z siebie. Bo wojna odsunęła się w czasie, a na swoich bardów czekała „druga Polska”. Ale gdzie tam! „Wyklęci” przebiegali po ekranach wręcz sztafetowo. Ot, „Ciemna rzeka” (1974), a w niej żołnierz Batalionów Chłopskich, który nie zdał broni na czas. No i powystrzelał ludzi z bandy „Husarza” („»Husarz« nie lubi tych znad Oki”), którzy przyszli do wsi rabować krowy. We „Wszyscy i nikt” (pierwowzór literacki – mistrz Przymanowski!) ci z lasu i ci z posterunku MO bawią się na jednym weselisku. Tyle że przed wejściem deponują broń. Ale wystarczy flacha siwuchy i już się biorą za łby w kwestii jałtańskiej. Nasza geopolityka!

Coś poważniejszego wykiełkowałoby może z filmu „Znikąd donikąd” (1975) Kazimierza Kutza, który przejechał się zdrowo po zdegenerowanej partyzantce akowskiej, co to tłucze się po wojnie bez większego sensu po lasach Żywiecczyzny. Dzisiaj za takie dziełko Kutz zostałby publicznie zlinczowany, wtedy nieśmiałe próby ujmowania się za „wyklętymi” z AK zgasiła cenzura. Zresztą Kutz i tak ma przechlapane za inscenizację „Do piachu” Różewicza (1989).

A czasy nowsze? Toż „wyklętych” mamy zatrzęsienie. Od „Przesłuchania” przez „W zawieszeniu”, „Kuchnię polską” i „Pułkownika Kwiatkowskiego” po „Różę” – by wspomnieć tylko dzieła bezdyskusyjne. Wszystko to jest o „wyklętych”. A tu jacyś chłoptysie obejrzeli filmowe drewno, jakim jest – też bezdyskusyjnie – „Historia Roja” i mówią o „nowym rozdziale w filmie polskim”!

Z dedykacją dla lustratorów

Bywało, że „wyklęci” wracali w filmie zadziwiającym rykoszetem. I to jest to najciekawsze, co po nich w kinie zostało. Oto do miasteczka na Ziemiach Odzyskanych – ten sam Lubomierz, w którym za dziesięć lat będą kręcić „Samych swoich” – przyjeżdża wdowa po lokalnym bohaterze, którego imieniem nazwano tu wszystko, co możliwe („Wdowa” z tryptyku „Krzyż Walecznych”, 1958). Traktują ją tu jak żywą relikwię, na co ta piękna kobieta – Grażyna Staniszewska, za chwilę Danusia w „Krzyżakach” – wcale nie ma ochoty. Bo gdy na zabawie wszyscy tańczą, ona musi siedzieć sztywno za stołem prezydialnym w gronie napuszonych babsztyli. A że wpadł jej w oko młody zootechnik (Cybulski, ale bez okularów), rzuca w diabły miasteczko, w którym ją zamęczają adoracją, i wyjeżdża. Strażnicy pamięci o bohaterach – „wyklętych” i nie – też potrafią zatruć życie.

Właśnie! Zatruli życie Maksowi z „Jak daleko stąd, jak blisko” (1972) do tego stopnia, że ten nieźle ustawiony w życiu literat skoczył z wysokiego piętra na bruk. Ciągle mu się wydawało, że chodzą za nim jacyś ludzie. Najczęściej przebrani za kolędników. A on w czasie okupacji kogoś sypnął i wie, że wydano na niego wyrok, tyle że z odroczeniem. Więc całymi latami ogląda się za siebie, aż w końcu sprawiedliwość wymierza sobie sam. Co jednakowoż nie jest takie jednoznaczne, jak zwykle w filmach Konwickiego. Reżyser próbował tłumaczyć już pół wieku temu, że porachunki z wojną nie są proste jak podręcznikowa formułka. Wręcz przeciwnie. W „Jak daleko…” tłumaczył: „Nas męczy potrzeba bilansu. My się ciągle podsumowujemy – rano, wieczorem, czasem w środku dnia. Podsumowujemy się, podsumowujemy i nie możemy się podsumować”. Konwicki był i partyzantem, i „żołnierzem wyklętym”, i świetnym pisarzem, i bardzo bystrym facetem. Rozumiał doskonale, że nie da się ludziom wbić do głów jednej, obowiązującej wersji historii. Nawet gdy się dysponuje szkołą, amboną, gazetą i telewizją. W „Jak daleko…” mówi to wprost do kamery Andrzej Łapicki. Wie, co mówi. Sam w latach 50. czytał teksty w Polskiej Kronice Filmowej piętnujące „zaplute karły reakcji”. Niewiele to dało. Więc jeśliby teraz zaapelował, żebyśmy w kwestii tych „karłów”, a dziś „żołnierzy wyklętych” wrzucili na luz, miałoby to swoją siłę. Ale Łapicki takiego tekstu w „Wiadomościach” nie wygłosi. I to nie tylko dlatego, że nie żyje…

Wiesław Kot



Artykuł pochodzi z tygodnika "Przegląd".

drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

DZIEŃ SPOTKAŃ Z OKAZJI 100. ROCZNICY REWOLUCJI PAŹDZIERNIKOWEJ
Warszawa, ul. Długa, 29, I piętro, sala 115
4 listopada (sobota), godz. 15.00 - 19.00
Konferencja "Żydzi a rewolucja październikowa"
Warszawa, Instytut Historyczny UW, Sala Kolumnowa (parter)
19 października, godz. 11.15-19.00
Gender Studies IBL PAN - rekrutacja
Warszawa, ul. Nowy Świat 72
do 20.10.2017
Szukam muzyków, realizatorów dźwięku do wspólnego projektu.
wszędzie
zawsze
Najnowszy numer "Dalej! pismo socjalistyczne"
www.dalej.org
wiosna-lato 2017
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

18 października:

1835 - Urodził się Bolesław Limanowski, nestor polskiego ruchu socjalistycznego, przewodniczący kongresu paryskiego, na którym powołano do życia PPS, zesłaniec syberyjski, senator, doktor honoris causa Uniwersytetu Warszawskiego.

1920 - Strajk polityczny w Warszawie i Lwowie zorganizowany przez PPS przeciwko ustanowieniu senatu.

1924 - Hjalmar Branting ze Szwedzkiej Socjaldemokratycznej Partii Robotniczej został po raz trzeci premierem Szwecji.

1961 - W Turynie została uchwalona Europejska Karta Społeczna.

1981 - Socjaldemokratyczny PASOK wygrał wybory parlamentarne w Grecji, zdobywając 48% głosów.

2007 - Była premier Pakistanu Benazir Bhutto wróciła do kraju po 8 latach wygnania. Tego samego dnia w podwójnym zamachu bombowym na jej konwój zginęło co najmniej 130 osób.


 
Lewica.pl na Facebooku