Karol Trammer: Safari Springera

[2016-10-30 23:29:14]

„Polska mniejszych miast” – taki jest podtytuł książki Filipa Springera Miasto Archipelag, reporterskiej podróży po stolicach dawnych województw. Urodzony w Poznaniu, obecnie mieszkający i pracujący w Warszawie, a wydający swoją najnowszą publikację w krakowskim wydawnictwie Karakter autor za pomocą trzech słów podtytułu pokazał, że w podróż przez 31 miast, które na przełomie 1998 i 1999 r. utraciły status wojewódzki, wyrusza jako kronikarz z Wielkiego Miasta na safari po „prowincji”.

Nawet jeśli samo określenie „mniejsze miasto” nie ma znaczenia pejoratywnego, to po prostu trudno się zgodzić z umieszczeniem w tej grupie chociażby Częstochowy, liczącego 228 tys. mieszkańców trzynastego pod względem liczby ludności ośrodka w Polsce, czy czternastego Radomia z 216 tys. mieszkańców – tylko z tego powodu, że przestały być siedzibami władz wojewódzkich. Nawiasem mówiąc, Częstochowa i Radom są znacznie większe od szeregu miast, które bal sylwestrowy 1998 r. przetrwały ze statusem wojewódzkim: Torunia, Rzeszowa, Olsztyna, Zielonej Góry, Gorzowa Wielkopolskiego i Opola.

W książce zabrakło zdania sobie sprawy, że 31 opisanych ośrodków nie stanowiło autonomicznych bytów, które wraz z wejściem w życie reformy administracyjnej zostały jedynie wypisane z klubu „wielkich miast”. Miasto Archipelag cechuje się zbyt punktowym podejściem, które przejawia się szukaniem większego związku między miastami z różnych części kraju, aniżeli między byłymi miastami wojewódzkimi a otaczającymi je obszarami dawnych województw. Byłe miasta wojewódzkie zostały opisane w oderwaniu od ich dawnej „wojewódzkości”, która nie była przecież jedynie tytułem honorowym, ale przede wszystkim oznaczała bycie silnym siłą – a być może słabym słabością – całego województwa, dla którego została im wyznaczona rola najważniejszego ośrodka. Springera tak bardzo fascynuje kwestia miasta, że cierpi na tym temat województwa.

A przecież wprowadzony w 1975 r., dokładnie w połowie dekady rządów Edwarda Gierka, podział na 49 województw opierał się na wielu nowatorskich, a czasem raczej przewrotnych czy wręcz kontrowersyjnych elementach inżynierii przestrzennej. Na siedzibę władz wojewódzkich nie zawsze wybierano największe miasto z danego województwa – został nią na przykład Sieradz, liczący wówczas 22 tys. mieszkańców, a nie 37-tysięczna Zduńska Wola. Gdzie indziej na wojewódzką stolicę nie wybrano ani robotniczego Żyrardowa (w 1975 r. 35 tys. mieszkańców), ani – co bardziej dla tamtych czasów zrozumiałe – tradycyjnie książęco-stołecznego Łowicza, lecz liczące wówczas 27 tys. mieszkańców Skierniewice. Dodajmy, że woj. skierniewickie rozciągało się od granic aglomeracji warszawskiej po rogatki aglomeracji łódzkiej. Dzięki temu obszar między dwiema metropoliami, tradycyjnie zagrożony marginalizacją, otrzymał własne województwo. Zachodnia granica woj. toruńskiego stykała się z granicą Bydgoszczy, stolicy innego województwa. Niektóre miejscowości, do których docierały podmiejskie tramwaje z Łodzi, znalazły się w woj. sieradzkim (Lutomiersk) czy piotrkowskim (Tuszyn).

Gierkowska reforma tworzyła nowe województwa przecinając dawne granice zaborów – na przykład woj. suwalskie tworzyły mniej więcej po połowie obszary byłych Prus Wschodnich i dawnego zaboru rosyjskiego. Część obszarów z Ziem Odzyskanych w 1975 r. podłączano do terenów tradycyjnie polskich (na przykład Dobrodzień, do 1945 r. Guttentag, leżący bliżej Opola, włączono do woj. częstochowskiego), i vice versa – polskie już od Powstania Wielkopolskiego Wolsztyn, Siedlec i Zbąszyń włączono w woj. zielonogórskie, które poza tymi trzema gminami składało się wyłącznie z miast i gmin Ziem Odzyskanych. Co ciekawe, granice 16 województw utworzonych pod koniec lat 90. wytyczone zostały z kolei z zaskakująco konsekwentnym szacunkiem dla granic zaborów. Zdarzało się, że przy wyznaczaniu gierkowskich województw podejmowano też kroki, które lokalnie były odczytywane jako bardzo kontrowersyjne – mowa o podzieleniu Kaszub między trzy województwa: bydgoskie, gdańskie i słupskie. Kaszubi nie pogodzili się z tym podziałem przez całe ćwierćwiecze jego funkcjonowania i reformę rządu Jerzego Buzka – w ramach której całe Kaszuby znalazły się w nowym województwie pomorskim – przyjęli z dużą nadzieją. Pytanie, czy nie płonną – a to ze względu na dominację Trójmiasta nad resztą województwa, łączącą się z ignorowaniem potrzeb peryferyjnych jego części.

Opisanie miast, które do końca 1998 r. były stolicami wojewódzkimi w oderwaniu od otaczających ich dawnych terytoriów, daje niepełny obraz. Z książki właściwie nie dowiemy się, co z „wojewódzkości” tych ośrodków zostało do dziś – gdzie wciąż istnieją silne relacje przestrzenne i społeczne wokół dawnych miast wojewódzkich w ramach terenów dawnych województw? Gdzie granice z lat 1975-1998 są dalej wyczuwalne? Które byłe miasta wojewódzkie nadal mają znaczenie – jako ośrodek pracy, edukacji czy kultury – dla mieszkańców swoich dawnych województw, a które szybko zostały przyćmione przez stolice nowych 16 województw? Czy są jeszcze ludzie, którzy czują, że są bardziej z jeleniogórskiego niż z dolnośląskiego, bardziej z suwalskiego niż z podlaskiego? W jakich rejonach miastem wciąż ważniejszym od Katowic jest Bielsko-Biała, a kto po dziś dzień bardziej utożsamia się z Tarnowem niż z Krakowem? Czy w dużych miastach, które w 1975 r. nie zostały stolicami województw – takich jak Grudziądz, Ostrów Wielkopolski, Stalowa Wola, Świdnica czy Tomaszów Mazowiecki – do dziś jest jakiś żal i tląca się niechęć do ośrodków obdarzonych przez Gierka wojewódzkimi insygniami?

Czytając Miasto Archipelag można momentami dojść do wniosku, że utracony status województwa był potrzebny wyłącznie jako narzędzie – filtr do szybkiego i punktowego wyboru „mniejszych” miast na reporterską tapetę. Na przykład krótki reportaż z Leszna zatytułowany „Czas” opowiada o antykwariacie i jego właścicielu – nie ma zupełnie związku z dawnym województwem leszczyńskim i jego stolicą. Można za to między wierszami odczuć miłe zaskoczenie „kronikarza z Wielkiego Miasta”, że w Lesznie żyją ludzie, którzy zajmują się antykami, podchodzą do tego z miłością, zamiast marzyć o budowie „wanny z kolumnadą” albo zajmować się decydowaniem na zebraniu spółdzielni mieszkaniowej o wprowadzeniu „pastelozy” na elewację kolejnego bloku [1].

Ważną funkcją książki Filipa Springera jest jednak pokazanie, ile tematów czeka poza Warszawą, Krakowem czy Poznaniem. Bo autorowi nie można odmówić tego, że do 31 byłych miast wojewódzkich – w czasach, gdy zawód dziennikarza staje się coraz bardziej stacjonarny i wtórny – przede wszystkim po prostu pojechał i porozmawiał z wieloma ciekawymi ludźmi. I raczej nie byli to dawni wojewodowie czy urzędnicy „województwa” (do takich, owszem, udało mu się dotrzeć w Białej Podlaskiej czy Łomży), ale osoby, które mimo przeciwności chcą żyć w „Polsce mniejszych miast”.

Mowa na przykład o Adamie Pogorzelskim i Łukaszu Korolu, właścicielach firmy Code & Pepper, która aplikacje informatyczne dla całego świata tworzy w Suwałkach – przekonują oni, że tu są znacznie lepsze warunki pracy niż na warszawskim Mordorze, bezkresnym zagłębiu biurowców: "O szesnastej to Mordor na Domaniewskiej wraca z lunchu. A my idziemy do domu. I wiesz co jest najlepsze, jesteśmy tam po dziesięciu minutach po wyjściu z biura. A jak jest korek, to po piętnastu".

Inaczej opisują swoją sytuację koszalińscy architekci Dariusz Herman, Piotr Smierzewski i Wojciech Subalski z szanowanej nie tylko lokalnie pracowni HS99: "Gdybym miał podejmować tę decyzję dziś, o zakładaniu pracowni architektonicznej z ambicjami w takim mieście jak Koszalin, to myślę, że nie byłaby ona tak oczywista jak wtedy. Mam taką teorię, że my tu jesteśmy skazani na porażkę. Głównie dlatego, że działając także na potrzeby lokalnego rynku, mamy ograniczony dostęp do zleceń określonego typu. W Koszalinie i okolicach nie buduje się na przykład zbyt wielu przestrzeni biurowych. Z drugiej strony mamy ograniczony dostęp do technologii. Co z tego, że zaprojektujemy jakieś nowoczesne rozwiązanie, skoro nie jesteśmy w stanie namówić producenta czy dystrybutora danego materiału, żeby przyjechał do Koszalina przeszkolić wykonawców z jego montażu".

Książka Filipa Springera stanowi bardzo krytyczny bilans reform administracyjnych, polskiej polityki regionalnej czy polityki transportowej: "Poza tymi miastami, które leżą na ważnych trasach łączących największe aglomeracje, stan sieci kolejowej raczej żenuje. Z Suwałk codziennie odchodzą raptem cztery pociągi, Płock ma dwa bezpośrednie połączenia ze stolicą województwa i kraju". Miasto Archipelag to też krytyka polityki lokalizacyjnej, która ze stolicy i ewentualnie kilkunastu miast nadal wojewódzkich nie chce wypuścić żadnych agencji rządowych, instytucji regionalnych czy ośrodków naukowych: "Nie ma wątpliwości, że dzisiejsza Polska to przede wszystkim Warszawa – wszystkie ważniejsze urzędy centralne są w stolicy, a to zaburza równowagę rozwoju regionów".

Deglomeracja – rozproszenie siedzib instytucji szczebla centralnego po różnych częściach kraju – mogła być przecież bardzo dobrym narzędziem niwelującym problem spadku znaczenia i politycznej degradacji byłych miast wojewódzkich. Bez połączenia reformy administracyjnej z tym narzędziem do roli „mniejszych miast” zostały zepchnięte nawet duże ośrodki. Choćby właśnie liczący ponad 100 tys. mieszkańców Koszalin, największe miasto między Trójmiastem i Szczecinem, do którego nie chce się przyjeżdżać producentom i dystrybutorom nowoczesnych rozwiązań.

W kolejnych reportażach Springera wciąż trafiamy na czyjeś słowa o tym, że chce wyjechać ze swojego miasta. "– Właściwie wszyscy chcą stąd wiać. Ci z lepszych placówek na studia do dużych miast, ci z gorszych – za granicę do pracy fizycznej" – mówiła Springerowi w Koninie Justyna Król. Tak z kolei opowiadał o tym zjawisku Piotr Iwaniec, jeleniogórski nauczyciel i radny: "Większość moich uczniów jest nastawiona na wyjazd. Gdy ja byłem w ich wieku, pewien mądry człowiek powiedział mi, że warto trochę pomieszkać w dużym mieście. Tyle że ci moi uczniowie są nastawieni na wyjazd na zawsze. Zostanie w Jeleniej Górze traktują jako życiowe niepowodzenie. Albo Krzysiek z Płocka, który najbardziej nie lubi Wielkanocy i Bożego Narodzenia, gdy do miasta zjeżdżają tłumnie ludzie, którzy stąd się wyprowadzili: – Na jak długo przyjechałeś? – Mówię im wtedy, że tu mieszkam. A oni kiwają głowami ze współczuciem. Że musiało mi coś strasznie w życiu nie wyjść, że jeszcze tu tkwię".

Często niestety można odnieść wrażenie, że sam Springer, choćby za pomocą własnych zdjęć, stanowiących ważny składnik książki, chciał ukazać byłe miasta wojewódzkie w możliwie najbardziej prowincjonalnym ujęciu. Na przykład jedyne zamieszczone w książce zdjęcia z Koszalina przedstawiają ruiny nigdy nieukończonego szpitala wojewódzkiego, niebo z wielką deszczową chmurą oraz pustą gablotę w okręgowym Muzeum w Koszalinie. Reportaż z Ostrołęki otwiera natomiast bazar po godzinach: puste skrzynki po warzywach rozłożone na klepisku i zamknięte blaszane stragany.

W książce Miasto Archipelag zabrakło opisu jednego miasta. I nie chodzi o to, że Springer przeoczył którąś z byłych stolic województw. Paradoksalnie chodzi o ośrodek, który w latach 1975-1998 nie był miastem wojewódzkim. To Ełk, który leżał w woj. suwalskim, a dziś – rozdzielony ze swoją dawną stolicą – znajduje się w woj. warmińsko-mazurskim. Ełk dziś posiada zestaw instytucji typowy dla byłego miasta wojewódzkiego: delegaturę urzędu wojewódzkiego, biuro regionalne urzędu marszałkowskiego, delegaturę kuratorium, delegaturę warmińsko-mazurskiego oddziału NFZ czy delegaturę wojewódzkiego urzędu ochrony zabytków. Wynika to z kształtu stworzonego pod koniec lat 90. woj. warmińsko-mazurskiego, w którym 150 km na wschód od Olsztyna nie znalazło się żadne byłe miasto wojewódzkie. Dzięki temu to Ełk awansował do roli miasta delegatur i biur zamiejscowych regionalnej administracji z Olsztyna. Byłoby to bardzo ciekawe porównanie: 31 miast, które w wyniku reformy administracyjnej zostały zdegradowane i jedno, które właściwie dzięki reformie awansowało do tej na swój sposób niewdzięcznej roli byłego miasta wojewódzkiego.

Jednocześnie niektóre opisy Springera wydają się zbyt daleko uciekać od kwestii utraconego statusu wojewódzkiego. Tak jak opis wieczorów w łomżyńskim lokalu McDonald’s. "W środku jest pełno, przy kasach jednak pustawo. Przy stolikach gimbaza i wszystkie stadia liceum. Sączą colę na cztery słomki, ewentualnie ciągną dużą porcję frytek na muła. Na więcej nie starcza budżetu. (…) W końcu telefon którejś tych w środku zapiszczy i będzie mogła porzucić frytki z koleżankami. Trzasną drzwi, po chwili pożyczone od ojca kombi w gazie pomknie prosto w stronę ciemności. (…) Te, które zostaną, przepiją porażkę ciepłą colą i zaraz wspólnie dojdą do wniosku, że tamta to się jednak trochę za bardzo puszcza. A potem będą czekać dalej".

Tak jakby w miastach, które po reformie administracyjnej zachowały status wojewódzki, nie było puszczających się dziewczyn. I chłopaków.

Filip Springer, Miasto Archipelag. Polska mniejszych miast, Wydawnictwo Karakter, Kraków 2016.

[1] „Pasteloza”, cytat za: Filip Springer, Wanna z kolumnadą. Reportaże o polskiej przestrzeni, Wydawnictwo Czarne, Wołowiec 2013.

Recenzja ukazała się na portalu http://nowe-peryferie.pl.

Karol Trammer


drukuj poleć znajomym poprzedni tekst następny tekst zobacz komentarze


lewica.pl w telefonie

Czytaj nasze teksty za pośrednictwem aplikacji LewicaPL dla Androida:


blogi - ostatnie wpisy


co? gdzie? kiedy?

Przedsiębiorcze Państwo
Warszawa, państwomiasto, ul. Andersa 29
23 marca (środa), godz. 19.00
Nacjonalizm zgubą Rzeczpospolitej
Opole, Wegeneracja, ul. Młyńska
25 marca (sobota), godz.17.30
Edukacja czy Indoktrynacja? Eksperci o podstawie programowej
Warszawa, państwomiasto, ul. Andersa 29
22 marca (środa), godz. 17.00
NIE DAMY SIĘ PODZIELIĆ! SOLIDARNI PRZECIW RASIZMOWI - DEMONSTRACJA
Warszawa, Pomnik Kopernika, Krakowskie Przedmieście
18 marca (sobota), godz. 13.00-15.00
Petycja o opodatkowaniu księży
Nowy Lewicowy Vlog
Warszawa
Zapraszamy do współpracy
Polska
cały czas
"Czerwony katechizm" - F. Czacki
Zapraszam
LeftRadio - Lewicowe radio
Internet
-

Więcej ogłoszeń...


kalendarium

23 marca:

1794 - Tadeusz Kościuszko przybył do Krakowa.

1900 - We Frankfurcie nad Menem urodził się Erich Fromm, niemiecki filozof, socjolog, psycholog i psychoanalityk.

1927 - Polskie władze zelegalizowały partię Białoruska Włościańsko-Robotnicza Hromada.

1936 - W Krakowie odbył się solidarnościowy strajk protestacyjny przeciw brutalnej akcji policji w fabryce "Semperit"; doszło do starcia 20-tysięcznej demonstracji z policją; 10 osób zabitych.

1987 - Willy Brandt ustąpił z funkcji przewodniczącego Socjaldemokratycznej Partii Niemiec (SPD).


 
Lewica.pl na Facebooku