
2010-08-30 09:44:39
Polemika ma to do siebie, że jest niejako wywołaniem do tablicy. Ogromnie się cieszę, że moja Laurka dla Boya znalazła oddźwięk w postaci tekstu Marty Wysockiej i jej rzucona rękawica, na która chętnie odpowiem.
Na początek zacznę od tego, czym dotknięty poczułem się na samym początku- mianowicie chodzi o cenzurę. Gdyż chyba taki zarzut stawia mi autorka. Chodzi jej o brak w mojej laurce wzmianki o "Słówkach"- "Najbardziej oburza jednak brak choćby słówka o "Słówkach", wszak chyba każdy uczeń zna tę książeczkę. Czy "Słówka" lepiej pominąć, bo niektóre mizoginiczne w swej wymowie utwory, niektóre patriarchalne wersy kłóciłyby się z tezą o "naczelnym feminiście II RP"?
Mała dygresja- czyżby rzeczywiście każdy uczeń znał tę książeczkę? Śmiej wątpić. Nikt z moich członków rodziny o tym w szkole się nie dowiaduje, a sami także(a szkoda) nie pragną się dowiedzieć, co jednak trochę rozumiem. Poza tym, nie pisząc o "Słówkach" nie miałem na celu stosowania cenzury, jestem bowiem ostatnim, który by do tego przyłożyć rękę. Mój rocznicowy tekst miał przede wszystkim przypomnieć- będę się upierał- zapomnianą postać. Jego rocznica przecież nie odbiła się żadnym echem! Czy była jakaś audycja przypominająca jego dorobek? Jakiś artykuł w wysokonakładowym dzienniku? Nie zauważyłem. Chciałem niejako wypełnić tę lukę, na miarę moich możliwości. Wszystko zaczęło się od "Zielonego Balonika"- wszak "zawdzięczał mu wszystko", więc postanowiłem przypomnieć Boya odkąd wypłynął na szerokie tory, a nie skupiać się na każdym szczególe jego barwnego życia.
A co do tłumacza- To przecież jego pierwszy przekład ukazał się w 1909 roku, była to jedna z powieści Balzaka, trzy lata później przekładał zbiorowo komedie Moliera. Marta napisała- i słusznie- że Żeleński kochał Francję i język francuski w wieku 13 lat, ale to przecież jego przekłady są tego odzwierciedleniem, a przebywając jako lekarz stypendysta w Paryżu miał dopiero tam możliwość zapoznania się z nią najbliżej, mając już więcej niż 13 lat...
Czy zapomniałem- bądź pominąłem specjalnie- "Brązowników"? " Krytyk i publicysta – jak można pominąć "Brązowników"? Mówić o Fredrze, a zapomnieć o Mickiewiczu? O wielkiej kampanii, po której posypały się na niego oklaski i gromy, a środowisko literackie zadrżało? Może dlatego, że "Brązownicy" to w gruncie rzeczy... szukanie sensacji? "- pisze działaczka Młodych Socjalistów. Otóż sytuacja jest analogiczna jak do "Słówek", tj. nie napisałem o tym chlubnym fakcie, nie dlatego, że się tego wstydzę czy uważam to za błąd- wprost przeciwnie, ale moja laurka miała na celu- powtarzam- ogólne przypomnienie zapomnianej postaci. Szczegóły życia Boya piszą jego biografowie, do lektury, których oczywiście gorąco zachęcam.
Sprawa, której autorka poświęca lwią część swojej polemiki to nie zgoda na moją tezę, że Boy był "naczelnym feministą II RP". Cóż feminizm jak lewica, nie jedno ma imię. Ale do rzeczy. Co ja rozumiem przez słowo feminista? Otóż jest to przede wszystkim zaangażowanie się po stronie kobiet, słabszych, poniżanych, opowiadanie się za ich racjami. Tadeusz Żeleński, moim zdaniem te nadzieje spełniał. Pisząc o Boyu jako naczelnym feminiście II RP miałem też na myśli feminizm obecny, ten w III RP. Mam nadzieję, że Tow. Marta zgodzi się ze mną, że w wielu sprawach Boy wyprzedzał swoją epokę, w sprawach podejścia do kobiet było podobnie. Dziś feministki- a mają przecież różne punkty widzenie na wiele spraw- postulują przede wszystkim: możliwość dokonania aborcji, sprzeciw wobec przemocy wobec kobiet, zrównanie płac itd. Czy przedwojenne feministki postulowały diametralnie inne postulaty? Chyba nie, przypomnę, że w 1932 roku zaczyna się ukazywać dodatek Wiadomości Literackich, „Życie Świadome”, w którym postuluje się min. równouprawnienia kobiet, reformy edukacyjnej, akceptacji samotnych matek. Publikują tu Irena Krzywicka, Maria Pawlikowska oraz Tadeusz Żeleński, trudno więc nie zauważyć jego przywiązania do spraw kobiet.
Wyjaśnię teraz pokrótce co miałem na myśli pisząc o Boyu i jego liberalno-lewicowym zacięciu. Autorka mocno sprzeciwia się takiemu postawieniu sprawy.
To, że przedwojenna PPS niejednokrotnie atakowała Boya wiemy doskonale. Tyle tylko, że to nie organy jakiejkolwiek partii mogą klasyfikować kogokolwiek nazywając go człowiekiem lewicy, bądź ten chlubny tytuł mu „zabierając”. W swoim tekście nie napisałem nigdzie, że Boy był socjalistą, ale za człowieka lewicy uznać go przecież można i chyba by się dziś za to nie oburzał. Przykładów klasyfikujących go po tej stronie jest przecież bez liku. Przykładem najlepszym niech będzie walka Boya o prawo do aborcji czy „świadome macierzyństwo” i jego zasługi na tym polu czynione piórem- „ Piekło kobiet” czy wiele innych jego znakomitych tekstów. Nie wiem czy Tow. Marta się ze mną zgodzi, ale ja uważam, że lewica na tym polu(np. aborcji) powinna kierować się konsekwencją i dążyć do zarówno na polu ekonomicznym jak i kulturowym( kulturowo walczą też podobnie liberałowie). Przytoczę mądre słowa dr. Piotra Żuka, który w rozmowie ze mną stwierdził- „Konsekwentnie powtarzam, że lewica powinna być aktywna zarówno w wymiarze kulturowym jak i w ekonomicznym. Nie da się oddzielać tych dwóch spraw. Rzeczywistość społeczna jest całościowa i nie można być lewicowym tylko albo w ekonomii albo tylko w kulturze. To prawicowcy tak dzielą życie społeczne. Prosty przykład: czy sprzeciw wobec represyjnej ustawy antyaborcyjnej to jest sprawa socjalno-ekonomiczna czy też światopoglądowa i kulturowa? Dla mnie walka o wolność kulturową łączy się z walką o równość społeczną. Obecna konserwatywno-klerykalna ustawa z jednej strony ogranicza wolność wyboru kobiety. Z drugiej strony jest szczególnie represyjna wobec kobiet z klas niższych, których nie stać na zabieg w prywatnym gabinecie czy za granicą. Nie da się oddzielić wolności kulturowej od emancypacji od przymusu ekonomicznego”.
Ostatnim wątkiem polemicznym jest ów zapomnienie Boya. To już oczywiście sprawa bardzo subiektywna. Ja stwierdzam z przykrością, że Boy został niemalże zapomniany. Autorka przytacza „osiągnięcia” wydawnicze przypominające twórczość Boya- są to wydania „W perspektywie czasu” oraz „Naszych okupantów”. Dalej Marta przypomina- „Nie wydaje mi się, by Żeleński został zapomniany. Nie tylko ze względu na to, że nie da się o nim zapomnieć dzięki przekładom Moliera, Balzaka, Prousta, ale także dlatego, że jest to postać niejednoznaczna, ciągle budząca ciekawość i skłaniająca do poszukiwań. Być może i budzącą, tylko, że bardzo mało się o nim mówi, mało się go czyta, i śmiem twierdzić, że dzisiejsza młodzież wie niewiele albo nic o osiągnięciach Boya na polu tłumacza. Bo czy wydania dwóch książek to tak dużo jeśli chodzi o Boya? Niech świadczy o tym fakt, że jego rocznica śmierci minęła bez echa! Żadnego znaczącego tekstu o tej rocznicy nie zauważyłem…
Marta dodaje, że „pomnik ma i tak”. Cóż, proszę zwrócić uwagę jak ten pomnik jest atakowany, jak dewastowany, nie budzi to mojego szacunku. Boy zasłużył na coś więcej.
Działaczka MS zarzuciła mi również zbytnią odwagę w nazwaniu Boya „naczelnym feministą II RP”- „Samo określenie przyszło autorowi Laurki łatwo, ja nie mam takiej odwagi, bo tezę tę poprę lub obalę po zapoznaniu się z jego twórczością wszerz i wzdłuż. Dlatego właśnie tak lekko rzucone stwierdzenie wywołuje mój sprzeciw”. Sama jednak wybiega jeszcze dalej pisząc- „dzisiaj Boy zapewne były lewicowcem spod znaku SLD, a to dla mnie lewica tylko z nazwy”. Skąd ta pewność? Poza tym SLD lewicowe tylko z nazwy to oczywiście też ocena subiektywna, jednak nawet jeśli dziś Boy byłby takim lewicowcem to kochałbym go tak samo!
Cieszę się jednak ogromnie, że chociaż na lewicowym portalu debata o Boyu miała miejsce. Za rok bowiem będzie okrągła rocznica jego śmierci. Oby wówczas było o niej głośno…
Biskupi umywają ręce Na początek zacznę od tego, czym dotknięty poczułem się na samym początku- mianowicie chodzi o cenzurę. Gdyż chyba taki zarzut stawia mi autorka. Chodzi jej o brak w mojej laurce wzmianki o "Słówkach"- "Najbardziej oburza jednak brak choćby słówka o "Słówkach", wszak chyba każdy uczeń zna tę książeczkę. Czy "Słówka" lepiej pominąć, bo niektóre mizoginiczne w swej wymowie utwory, niektóre patriarchalne wersy kłóciłyby się z tezą o "naczelnym feminiście II RP"?
Mała dygresja- czyżby rzeczywiście każdy uczeń znał tę książeczkę? Śmiej wątpić. Nikt z moich członków rodziny o tym w szkole się nie dowiaduje, a sami także(a szkoda) nie pragną się dowiedzieć, co jednak trochę rozumiem. Poza tym, nie pisząc o "Słówkach" nie miałem na celu stosowania cenzury, jestem bowiem ostatnim, który by do tego przyłożyć rękę. Mój rocznicowy tekst miał przede wszystkim przypomnieć- będę się upierał- zapomnianą postać. Jego rocznica przecież nie odbiła się żadnym echem! Czy była jakaś audycja przypominająca jego dorobek? Jakiś artykuł w wysokonakładowym dzienniku? Nie zauważyłem. Chciałem niejako wypełnić tę lukę, na miarę moich możliwości. Wszystko zaczęło się od "Zielonego Balonika"- wszak "zawdzięczał mu wszystko", więc postanowiłem przypomnieć Boya odkąd wypłynął na szerokie tory, a nie skupiać się na każdym szczególe jego barwnego życia.
A co do tłumacza- To przecież jego pierwszy przekład ukazał się w 1909 roku, była to jedna z powieści Balzaka, trzy lata później przekładał zbiorowo komedie Moliera. Marta napisała- i słusznie- że Żeleński kochał Francję i język francuski w wieku 13 lat, ale to przecież jego przekłady są tego odzwierciedleniem, a przebywając jako lekarz stypendysta w Paryżu miał dopiero tam możliwość zapoznania się z nią najbliżej, mając już więcej niż 13 lat...
Czy zapomniałem- bądź pominąłem specjalnie- "Brązowników"? " Krytyk i publicysta – jak można pominąć "Brązowników"? Mówić o Fredrze, a zapomnieć o Mickiewiczu? O wielkiej kampanii, po której posypały się na niego oklaski i gromy, a środowisko literackie zadrżało? Może dlatego, że "Brązownicy" to w gruncie rzeczy... szukanie sensacji? "- pisze działaczka Młodych Socjalistów. Otóż sytuacja jest analogiczna jak do "Słówek", tj. nie napisałem o tym chlubnym fakcie, nie dlatego, że się tego wstydzę czy uważam to za błąd- wprost przeciwnie, ale moja laurka miała na celu- powtarzam- ogólne przypomnienie zapomnianej postaci. Szczegóły życia Boya piszą jego biografowie, do lektury, których oczywiście gorąco zachęcam.
Sprawa, której autorka poświęca lwią część swojej polemiki to nie zgoda na moją tezę, że Boy był "naczelnym feministą II RP". Cóż feminizm jak lewica, nie jedno ma imię. Ale do rzeczy. Co ja rozumiem przez słowo feminista? Otóż jest to przede wszystkim zaangażowanie się po stronie kobiet, słabszych, poniżanych, opowiadanie się za ich racjami. Tadeusz Żeleński, moim zdaniem te nadzieje spełniał. Pisząc o Boyu jako naczelnym feminiście II RP miałem też na myśli feminizm obecny, ten w III RP. Mam nadzieję, że Tow. Marta zgodzi się ze mną, że w wielu sprawach Boy wyprzedzał swoją epokę, w sprawach podejścia do kobiet było podobnie. Dziś feministki- a mają przecież różne punkty widzenie na wiele spraw- postulują przede wszystkim: możliwość dokonania aborcji, sprzeciw wobec przemocy wobec kobiet, zrównanie płac itd. Czy przedwojenne feministki postulowały diametralnie inne postulaty? Chyba nie, przypomnę, że w 1932 roku zaczyna się ukazywać dodatek Wiadomości Literackich, „Życie Świadome”, w którym postuluje się min. równouprawnienia kobiet, reformy edukacyjnej, akceptacji samotnych matek. Publikują tu Irena Krzywicka, Maria Pawlikowska oraz Tadeusz Żeleński, trudno więc nie zauważyć jego przywiązania do spraw kobiet.
Wyjaśnię teraz pokrótce co miałem na myśli pisząc o Boyu i jego liberalno-lewicowym zacięciu. Autorka mocno sprzeciwia się takiemu postawieniu sprawy.
To, że przedwojenna PPS niejednokrotnie atakowała Boya wiemy doskonale. Tyle tylko, że to nie organy jakiejkolwiek partii mogą klasyfikować kogokolwiek nazywając go człowiekiem lewicy, bądź ten chlubny tytuł mu „zabierając”. W swoim tekście nie napisałem nigdzie, że Boy był socjalistą, ale za człowieka lewicy uznać go przecież można i chyba by się dziś za to nie oburzał. Przykładów klasyfikujących go po tej stronie jest przecież bez liku. Przykładem najlepszym niech będzie walka Boya o prawo do aborcji czy „świadome macierzyństwo” i jego zasługi na tym polu czynione piórem- „ Piekło kobiet” czy wiele innych jego znakomitych tekstów. Nie wiem czy Tow. Marta się ze mną zgodzi, ale ja uważam, że lewica na tym polu(np. aborcji) powinna kierować się konsekwencją i dążyć do zarówno na polu ekonomicznym jak i kulturowym( kulturowo walczą też podobnie liberałowie). Przytoczę mądre słowa dr. Piotra Żuka, który w rozmowie ze mną stwierdził- „Konsekwentnie powtarzam, że lewica powinna być aktywna zarówno w wymiarze kulturowym jak i w ekonomicznym. Nie da się oddzielać tych dwóch spraw. Rzeczywistość społeczna jest całościowa i nie można być lewicowym tylko albo w ekonomii albo tylko w kulturze. To prawicowcy tak dzielą życie społeczne. Prosty przykład: czy sprzeciw wobec represyjnej ustawy antyaborcyjnej to jest sprawa socjalno-ekonomiczna czy też światopoglądowa i kulturowa? Dla mnie walka o wolność kulturową łączy się z walką o równość społeczną. Obecna konserwatywno-klerykalna ustawa z jednej strony ogranicza wolność wyboru kobiety. Z drugiej strony jest szczególnie represyjna wobec kobiet z klas niższych, których nie stać na zabieg w prywatnym gabinecie czy za granicą. Nie da się oddzielić wolności kulturowej od emancypacji od przymusu ekonomicznego”.
Ostatnim wątkiem polemicznym jest ów zapomnienie Boya. To już oczywiście sprawa bardzo subiektywna. Ja stwierdzam z przykrością, że Boy został niemalże zapomniany. Autorka przytacza „osiągnięcia” wydawnicze przypominające twórczość Boya- są to wydania „W perspektywie czasu” oraz „Naszych okupantów”. Dalej Marta przypomina- „Nie wydaje mi się, by Żeleński został zapomniany. Nie tylko ze względu na to, że nie da się o nim zapomnieć dzięki przekładom Moliera, Balzaka, Prousta, ale także dlatego, że jest to postać niejednoznaczna, ciągle budząca ciekawość i skłaniająca do poszukiwań. Być może i budzącą, tylko, że bardzo mało się o nim mówi, mało się go czyta, i śmiem twierdzić, że dzisiejsza młodzież wie niewiele albo nic o osiągnięciach Boya na polu tłumacza. Bo czy wydania dwóch książek to tak dużo jeśli chodzi o Boya? Niech świadczy o tym fakt, że jego rocznica śmierci minęła bez echa! Żadnego znaczącego tekstu o tej rocznicy nie zauważyłem…
Marta dodaje, że „pomnik ma i tak”. Cóż, proszę zwrócić uwagę jak ten pomnik jest atakowany, jak dewastowany, nie budzi to mojego szacunku. Boy zasłużył na coś więcej.
Działaczka MS zarzuciła mi również zbytnią odwagę w nazwaniu Boya „naczelnym feministą II RP”- „Samo określenie przyszło autorowi Laurki łatwo, ja nie mam takiej odwagi, bo tezę tę poprę lub obalę po zapoznaniu się z jego twórczością wszerz i wzdłuż. Dlatego właśnie tak lekko rzucone stwierdzenie wywołuje mój sprzeciw”. Sama jednak wybiega jeszcze dalej pisząc- „dzisiaj Boy zapewne były lewicowcem spod znaku SLD, a to dla mnie lewica tylko z nazwy”. Skąd ta pewność? Poza tym SLD lewicowe tylko z nazwy to oczywiście też ocena subiektywna, jednak nawet jeśli dziś Boy byłby takim lewicowcem to kochałbym go tak samo!
Cieszę się jednak ogromnie, że chociaż na lewicowym portalu debata o Boyu miała miejsce. Za rok bowiem będzie okrągła rocznica jego śmierci. Oby wówczas było o niej głośno…
2010-08-26 10:46:54
Ileż to razy Kościół katolicki w Polsce angażował się publicznie w sprawy wydawałoby się natury osobistej.

Weźmy chociażby ustawę o in vitro, gdzie biskupi grzmieli na tych, którzy ośmieliliby się refundować in vitro z budżetu państwa, odbierając tym samym szczęście bycia rodzicem. Przypomnijmy stanowisko Rady Episkopatu ds. Rodziny- " Kto popiera zapłodnienie in vitro, nie może przystępować do komunii świętej". Ta sama Rada ds. Rodziny w liście skierowanym do parlamentarzystów z 2007 r. uznała, że in vitro to "wyrafinowana aborcja", metoda "okupiona śmiercią braci i sióstr" poczętego dziecka. Dwa lata później posłowie PO opowiadali, że biskupi dzwonili do nich, żeby nie odrzucali projektu "Contra in vitro". Zaangażowanie biskupów w sprawy państwa jest oczywiście więcej.
Ale co wydarzyło się wczoraj? Otóż biskupi, którzy debatowali na Jasnej Górze min w sprawie krzyża umyli od niego ręce, wyrzekli się go. Abp Józef Michalik stwierdził np. "Nie mamy kompetencji w tej sprawie", dodając, że "to nie sprawa Kościoła". Szokujące prawda, zważywszy na zaangażowanie w ciągu tych 20 lat demokracji polskiego kleru w niemal wszystkie aspekty życia publicznego i wtrącaniem się w prywatne życie obywateli o zaangażowaniu politycznym nie wspominając.
Choć paradoksalnie biskupi przysłużyli się tą decyzją państwu- jako obrońca świeckości państwa powinienem być zadowolony, że w końcu biskupi oddali "Bogu co Boskie, a Cesarzowi co Cesarskie", gdyż krzyż stoi przecież w miejscu publicznym. Nie wiem jednak czy takie milczenie rozumieją polscy katolicy, którzy oczekiwali z pewnością pełnego otwarcia i jasnego stanowiska swoich pasterzy. Zawiedli się bardzo mocno.
Zauważają to nawet katoliccy publicyści, jak np red. Ewa Czaczkowska z Rzeczpospolitej pisząc, że "Milczenie biskupów było błędem" dodając słusznie, że " Niestety, skutkiem tych wszystkich zaniechań, milczenia będzie osłabienie autorytetu instytucji Kościoła. Ale Kościół traci w tym konflikcie także w innym sensie. Ludzie spod krzyża są już przedstawiani jako twarz Kościoła w Polsce i argument w zapoczątkowanej przez lewicę debacie o świeckości państwa, rewizji rozdziału państwa i Kościoła".
Biskupi wyraźnie nie potrafili odnaleźć się w nowej sytuacji, kiedy potrzebny był ich głos łagodzący napięcia umyli ręce, potrafią tylko nakazywać i upominać "zbłąkane owieczki", które coraz bardziej uzależniają się od Kościoła.
Debata na temat świeckości państwa rodzi się więc na nowo. Jest to najlepszy czas dla lewicy, która powinna jednoznacznie wystąpić w obronie laickiej tożsamości państwa, i wyróżnić się na tle klerykalnych partii klękających przed klerem. Druga tak dogodna szansa może się długo nie powtórzyć.
Bankructwo bolszewizmu
Weźmy chociażby ustawę o in vitro, gdzie biskupi grzmieli na tych, którzy ośmieliliby się refundować in vitro z budżetu państwa, odbierając tym samym szczęście bycia rodzicem. Przypomnijmy stanowisko Rady Episkopatu ds. Rodziny- " Kto popiera zapłodnienie in vitro, nie może przystępować do komunii świętej". Ta sama Rada ds. Rodziny w liście skierowanym do parlamentarzystów z 2007 r. uznała, że in vitro to "wyrafinowana aborcja", metoda "okupiona śmiercią braci i sióstr" poczętego dziecka. Dwa lata później posłowie PO opowiadali, że biskupi dzwonili do nich, żeby nie odrzucali projektu "Contra in vitro". Zaangażowanie biskupów w sprawy państwa jest oczywiście więcej.
Ale co wydarzyło się wczoraj? Otóż biskupi, którzy debatowali na Jasnej Górze min w sprawie krzyża umyli od niego ręce, wyrzekli się go. Abp Józef Michalik stwierdził np. "Nie mamy kompetencji w tej sprawie", dodając, że "to nie sprawa Kościoła". Szokujące prawda, zważywszy na zaangażowanie w ciągu tych 20 lat demokracji polskiego kleru w niemal wszystkie aspekty życia publicznego i wtrącaniem się w prywatne życie obywateli o zaangażowaniu politycznym nie wspominając.
Choć paradoksalnie biskupi przysłużyli się tą decyzją państwu- jako obrońca świeckości państwa powinienem być zadowolony, że w końcu biskupi oddali "Bogu co Boskie, a Cesarzowi co Cesarskie", gdyż krzyż stoi przecież w miejscu publicznym. Nie wiem jednak czy takie milczenie rozumieją polscy katolicy, którzy oczekiwali z pewnością pełnego otwarcia i jasnego stanowiska swoich pasterzy. Zawiedli się bardzo mocno.
Zauważają to nawet katoliccy publicyści, jak np red. Ewa Czaczkowska z Rzeczpospolitej pisząc, że "Milczenie biskupów było błędem" dodając słusznie, że " Niestety, skutkiem tych wszystkich zaniechań, milczenia będzie osłabienie autorytetu instytucji Kościoła. Ale Kościół traci w tym konflikcie także w innym sensie. Ludzie spod krzyża są już przedstawiani jako twarz Kościoła w Polsce i argument w zapoczątkowanej przez lewicę debacie o świeckości państwa, rewizji rozdziału państwa i Kościoła".
Biskupi wyraźnie nie potrafili odnaleźć się w nowej sytuacji, kiedy potrzebny był ich głos łagodzący napięcia umyli ręce, potrafią tylko nakazywać i upominać "zbłąkane owieczki", które coraz bardziej uzależniają się od Kościoła.
Debata na temat świeckości państwa rodzi się więc na nowo. Jest to najlepszy czas dla lewicy, która powinna jednoznacznie wystąpić w obronie laickiej tożsamości państwa, i wyróżnić się na tle klerykalnych partii klękających przed klerem. Druga tak dogodna szansa może się długo nie powtórzyć.
2010-08-23 13:30:55
Czyli krytyka bolszewickich rządów tym razem pióra wielkiego lewicowego erudyty Kazimierza Czapińskiego
Dla osób mieniących się komunistami powinien tekst trafić głęboko do serca, wszak Czapiński znał osobiście wodza rewolucji i nie miał o nim jakiejś miażdżącej negatywnej opinii. Choć zapewne komuniści Czapińskiego wezmą w cudzysłów jak i resztę swoich przeciwników, to myślę, że warto przypomnieć, że lewica to nie tylko sierp i młot.
Socjalizm czy komunizm
I. Początki Bolszewizmu w Rosji
„Komunizm” jest to ruch, który się rozpoczął w Rosji, gdzie nosi nazwę „bolszewizmu”.
Pewna część socjalistów rosyjskich pod wodzą Lenina już w 1903 roku niezadowolona ze stanowiska mniejszości partii na zjeździe rosyjskiej Socjalnej Demokracji, mając większość (a słowo „więcej” po rosyjsku brzmi „bolsze”), ukształtowała się stopniowo w odrębną organizację, a z czasem i w odrębną partię, przybierając nazwę „bolszewików”. Stopniowo drogi bolszewików odchyliły się bardzo daleko od dróg reszty socjalistów rosyjskich. Bolszewicy bowiem wierzyli w potęgę drobnej mniejszości klasy robotniczej, jeżeli tylko ta mniejszość zdobędzie władzę i silnie ją ujmie w swoje dłonie. Zdawało się im, że władza - chociażby mniejszości - cuda może robić. I dlatego dążyli do władzy za wszelką cenę - dążyli do „dyktatury”.
W 1917 roku wybuchła wreszcie długo oczekiwana rewolucja rosyjska. Rewolucja ta była zwycięską i z wielką łatwością obaliła carat, albowiem te siły społeczne, które stały za caratem, były znikome. Za carem szła tylko szlachta rosyjska, po części wielki przemysł, no i oczywiście znaczna część urzędników i policji. Natomiast szerokie masy ludu były przeciwne dalszemu istnieniu carskiego samowładztwa - „samodzierżawja”. Nawet część burżuazji była postępowa i sarkała na carat za olbrzymie nadużycia. Zresztą wielki kapitał przemysłowy i handlowy w Rosji był słaby, a w ogromnej części zagraniczny. Drobna burżuazja, zwłaszcza inteligencja, stanęła po stronie rewolucji. Klasa robotnicza oczywiście stała się czołowym oddziałem, awangardą rewolucyjną. Ale co najważniejsze - poparł rewolucję chłop rosyjski, któremu carskie porządki bardzo dokuczyły, gdyż ziemi miał bardzo mało i żył w stosunkach pół-pańszczyźnianych! Chłop zależny był od sąsiada-obszarnika; jemu musiał płacić wielki czynsz za wydzierżawione grunta, albo też otrzymywał od tego obszarnika nędzną płacę roboczą, jako robotnik w pańskich dobrach. To były przyczyny, dla których chłop rosyjski poparł rewolucję rosyjską. Chciał usunięcia resztek pańszczyzny, chciał zabrać grunta obszarników, chciał skasować przywileje ziemian i zdobyć prawa dla siebie. Co się działo w miastach i kto tam zaczął rządzić - jemu, włościaninowi, było obojętne; byleby mógł zabrać grunta pańskie, o których dawno marzył. Toteż chłop powitał z radością zwycięstwo rewolucyjnych robotników w Petersburgu i innych miastach. Do tych przyczyn zwycięskiego pochodu rewolucji rosyjskiej z 1917 roku należy dodać postawę wojska, któremu uprzykrzyła się już ciężka, od 1914 roku trwająca wojna. Wojsko chciało pokoju i rwało się do domu, aby dzielić grunta pańskie.
Wobec tego bolszewicy rosyjscy łatwo zdobyli powodzenie, gdy rzucili hasło: pokoju i ziemi! W październiku tegoż 1917 roku Lenin, Trocki, Zinowjew oraz inni wodzowie bolszewików objęli ster rządów w Rosji. Mogli więc wcielać teraz w życie swoje poglądy na rzekomo cudotwórcze skutki rządów… mniejszości.
Wprawdzie Rosja była krajem analfabetów, wprawdzie posiadała bardzo słabo rozwinięty przemysł, a przeważnie była krajem rolniczym, wprawdzie Rosja była niewyrobiona pod względem politycznym. Nigdy nie miała wolnościowych urządzeń demokratycznych; wobec tego nie była przyzwyczajona do rządzenia się sobą tak pod względem politycznym, jak gospodarczym. Ale bolszewikom zdawało się, że twarda władza rządu - tak zwana „dyktatura” - potrafi wszystko!
Rząd gwałtów i morderstw
Utworzyli więc własną „czerwoną armię”, rozgałęzione czynownictwo, czyli stan urzędniczy, szeroką sieć szpiegów i wreszcie osławioną krwawą policję, tzw. „czrezwyczajkę” (obecnie nazywa się już inaczej - „GPU”, to znaczy „Gospolituprawlenje”). Ta, krwią milionów niewinnych ludzi splamiona policja bolszewicka, wszystkich stawiających opór władzy bolszewickiej, a najczęściej po prostu inaczej myślących, skazywała od razu tysiącami na męki i śmierć.
Rosyjski Sejm ustawodawczy, tzw. „konstytuantę”, bolszewicy rozpędzili dowodząc, że Rosji demokracja, a więc parlament, wolność obywatelska, swoboda pracy, zgromadzeń itd. nie są potrzebne. Rządzić zaś mają tzw. „Sowiety”, tzn. Rady, wybrane przez robotników i chłopów.
Skutki bolszewickich rządów
Następnie bolszewicy przystąpili do urzeczywistnienia socjalizmu w Rosji tak, jak go oni pojmowali. Znany bolszewik Bucharin napisał niby to uczoną książkę, w której dowodził, że za pomocą gwałtu da się zaprowadzić szczęśliwy ustrój socjalistyczny! Drugi bolszewik Trocki napisał inną książkę, w której również dowodził, że przy pomocy „żelaza i krwi” należy zbudować szczęście Rosji i doprowadzić ją do socjalizmu. Według tych poglądów zaczął też rząd rosyjski postępować. Zabrano kapitalistom fabryki i oddano je robotnikom. Ale ponieważ robotnicy byli do tych rządów w fabrykach nieprzygotowani, a inteligencję bolszewicy albo wymordowali, albo usunęli, więc oczywiście z takich głupich zarządzeń żaden „socjalizm” powstać nie mógł; wynikła tylko całkowita ruina fabryk i w ogóle wszelkiej pracy w przemyśle i handlu. Co się tyczy wsi, to bolszewicy grunta obszarnicze oddali częściowo chłopom, częściowo zaś zatrzymali dla rządu i w tych rządowych majątkach („sowieckich choziajstwach”) rząd zaczął prowadzić własną, państwową gospodarkę.
Bolszewicka gospodarka na roli
Jednakowoż i na roli bolszewikom się nie powiodło! Państwowe „sowieckie choziajstwa” zaczęły szybko upadać, bo nie miał kto nimi rządzić umiejętnie. Co się zaś tyczy chłopów, to bolszewicy prawie cały plon z ziemi zaczęli im zabierać na wyżywienie miast. W rezultacie chłopi przekonali się, że szkoda pracować na roli, nie warto starać się o dobre i obfite plony, skoro bolszewicy wszystko sobie zabierają. Wobec tego ogromnie zmniejszyli zasiewy i wydajność gleby rosyjskiej upadła. Gdy zaś przyszedł nieurodzaj w niektórych guberniach, nie było czym dopomóc głodującym, gdyż chłopi w urodzajnych guberniach mieli tylko tyle, ile dla nich samych było potrzeba. Głód, zwłaszcza w niektórych guberniach nad Wołgą, był straszny. Sami bolszewicy przyznają, że ludzie, głodem przymierający, dochodzili do ludożerstwa! Człowiek zjadał drugiego człowieka! Z głodu wymarły miliony chłopów!
Niewykonalne i śmieszne pomysły
Ale bolszewicy nie zważali na to wszystko, wierząc w dalszym ciągu w zbawcze znaczenie gwałtu, silnej władzy. Socjalistów, którzy sprzeciwiali się tej dzikiej gospodarce, mordowano, albo trzymano w więzieniach. Oczywista nie dopuszczano do ukazania się ani jednej gazety, ani jednej książki, które by krytykowały te urządzenia. Natomiast występowano ze strony bolszewickiej z fantastycznymi pomysłami, jak np. „elektryfikacją” całej Rosji, tzn. zaprowadzeniem wszędzie elektryczności, ażeby w ten sposób ułatwić uspołecznienie gospodarki i wprowadzenie socjalizmu! Naturalnie z tych fantazji nic nie wynikło. Bolszewicy widząc, że ich pomysły do niczego nie prowadzą, coraz bardziej wzmacniali swą władzę, coraz energiczniej stosowali gwałt, myśląc, że gwałt wszystko zastąpi. Układali tzw. „jedyny plan” całej gospodarki rosyjskiej tak, ażeby każdy człowiek miał z góry przeznaczone miejsce i nie śmiał z tego miejsca się ruszać.
Militaryzacja robotników
A Trocki chciał nawet całą gospodarkę bolszewicką zorganizować po wojskowemu tak, aby robotnicy i inni pracownicy działali pod rygorem wojskowym jako tzw. „Armia Pracy”. Zaprowadzono specjalnych naczelników „dyktatorów” po fabrykach, wprowadzano pracę akordową (od sztuki), sprowadzano za drogie pieniądze specjalistów z zagranicy, aby zastąpili miejsce wymordowanej inteligencji w fabrykach…
Wszystko w ruinie!
Jednakowoż wszystkie te fantazje, wszystkie te barbarzyńskie pomysły zaprowadzenia „socjalizmu” przy pomocy mordów, gwałtu i twardej dyscypliny do niczego nie prowadziły. Fabryki wypadało zamykać jedną po drugiej. Wydajność pracy w fabrykach spadła gwałtownie, nieraz po prostu do zera. Na papierze cały handel i przemysł były upaństwowione, ale tajne paskarstwo krzewiło się, jak nigdy.
Miasta pustoszały, bo głodni robotnicy uciekali na wieś. A na wsi znów chłopi wymierali z głodu całymi milionami. Wszędzie ruina, wszędzie straszliwe niepowodzenie. Tylko krwawa czrezwyczajka pracowała dalej, tylko tu produkcyjność pracy nie malała, lecz się rozszerzała; tu wyrastały coraz to nowe góry trupów, ażeby spotęgować terror, ażeby zapewnić władzę Leninom i Zinowjewym, ażeby we krwi utopić wszelkie słowo krytyki. Naturalnie, że i z Sowietów (Rad Robotniczych) zrobiono komedię - i w Radach Robotniczych dobierano członków tak, ażeby w skład ich wchodzili sami komuniści albo ludzie ślepo im posłuszni; w razie jakiegoś słowa niezależnego i tu czrezwyczajka rozpoczynała swoją krwawą robotę.
II. Bankructwo bolszewizmu w Rosji
Wszędzie w Rosji rosło niezadowolenie, wszędzie wybuchały powstania. Bunt marynarzy morskiej twierdzy Kronstad przeciwko władzy bolszewickiej pokazał jej, że trzeba zmienić system, że trzeba coś nowego wymyślić, że trzeba przyznać się do bankructwa dotychczasowych sposobów rządzenia.
Pierwszy zawrócił Lenin. Napisał swoją słynną książeczkę o podatku naturalnym (O Prodnałogje) i w tej książeczce zaczął dowodzić, że właściwie Rosja jeszcze nie dojrzała do socjalizmu!
Ścisłe upaństwowienie przemysłu i handlu do niczego nie prowadzi. Trzeba ogromną część przedsiębiorstw oddać prywatnym kapitalistom lub wydzierżawić, albowiem sami robotnicy wszystkiemu nie podołają. Do pewnego przynajmniej stopnia należy nawet uznać wolność spekulacji i paskowania! A co do chłopów, którzy stają się coraz bardziej niezadowoleni, to należy odrzucić starą metodę zabierania im prawie całego plonu („Razwiorstka”) i należy ograniczyć się tylko do stosunkowo umiarkowanego podatku naturalnego („Prodnałog”) tak, aby resztę plonu swojej pracy chłop mógł sprzedać i kupić sobie potrzebne wyroby miejskie, przemysłowe. W ten sposób - dowodził Lenin - „ożywi się” i przemysł i rolnictwo.
Tak Lenin rozpoczął w Rosji, w 1921 roku, całkowicie nowy kurs polityki, tzw. NEP, tzn. Nową Ekonomiczną Politykę. Łatwo zrozumieć, że myśli wprowadzenia socjalizmu do półdzikiej Rosji przy pomocy gwałtu, już Lenin się wyrzekł i doradził ponowne wprowadzenie kapitalizmu, ponowne stworzenie klasy kapitalistycznej, którą bolszewicy byli wytrzebili. W ten sposób Lenin stwierdził całkowite bankructwo dotychczasowej polityki bolszewickiej.
W tych warunkach rządom bolszewickim nie pozostało nic innego, jak usłuchać rady Lenina i zmienić swoją politykę. Tak też bolszewicy uczynili. Oddali ogromną część przemysłu w ręce prywatne. Zezwolili na prywatny handel i paskarstwo. Pozostałą część przemysłu, przeważnie tego największego, oddali w ręce tzw. „Trustów”, to znaczy spółek na pół państwowych, gdyż państwo ma w nich wpływ przeważający. Widząc, że sami z przemysłem nie dadzą rady, bolszewicy zaczęli zabiegać o pożyczki zagraniczne i o kapitalistów zagranicznych, namawiając ich, ażeby starali się o koncesje (pozwolenia) na prowadzenie przedsiębiorstw w Rosji. Podczas Międzynarodowego Zjazdu politycznego w Genui delegaci bolszewiccy, Cziczerin i Rakowski gwałtownie namawiali kapitał zagraniczny, ażeby w Rosji objął przedsiębiorstwa. W ten sposób bolszewicy, niby to reprezentanci robotników, utworzyli jeden front z międzynarodowym kapitałem.
Ale te wszystkie zabiegi wobec kapitału, cały ten powrót do kapitalizmu do niczego nie doprowadziły. Kapitał zagraniczny boi się Rosji, gdzie wprawdzie, według późniejszej rady Lenina, odrzucono gwałt w dziedzinie gospodarczej i wprowadzono kapitalizm ponownie, ale gdzie dalej panuje gwałt i bezprawie w dziedzinie politycznej. Kapitał, nie mając gwarancji prawa, boi się tych azjatyckich stosunków. Tymczasem i „Trusty” pracowały marnie, dzięki nieudolności swych kierowników. Trocki na Zjeździe Rosyjskiej Partii Komunistycznej w 1923 roku dowodził, że „Trusty” tylko zżerają kapitał zakładowy i żyją na jego rachunek. Wobec tego ceny produktów przemysłowych w Rosji są niezmiernie wysokie i chłop po staremu niewiele kupić może. Skutkiem tego daje się zauważyć silny rozdźwięk pomiędzy przemysłem a niezadowolonym chłopem. Bolszewicy boją się tego niezadowolonego chłopa, bo chłop w Rosji - to siła. I wciąż dowodzą, że trzeba koniecznie starać się o jakieś zespolenie rolnictwa z przemysłem, chłopa z robotnikiem (tak zwana „smyczka”). Tymczasem bolszewicy wywożą zboże rosyjskie zagranicę, powiadając, że w ten sposób pomagają chłopom, bo podnoszą ceny zboża w kraju. Jednakowoż ludność miejską i wiejską przez to wygładzają, zaś „smyczki” tym nie osiągają. Rosja w dalszym ciągu żyje resztkami starego kapitału i nie wie, jak wybrnąć ze swego bankructwa. Stąd rodzą się u kierowników bolszewickich rozpaczliwe myśli, że chyba jakaś nowa wojna lub zamieszki europejskie uratują bolszewickie rządy i rządzącą w Rosji klikę…
Wszystko zburzyli - nic nie zbudowali!
Przesunęła się tu przed nami cała historia rosyjskiego bolszewizmu. Udało mu się przyjść do władzy dzięki specjalnym warunkom, zaś w pierwszym rzędzie dzięki zrewolucjonizowanym chłopom i wojsku. Ale bolszewizm nie osiągnął nic z postawionych sobie celów, zrujnował tylko Rosję, spustoszył miasta, zdruzgotał przemysł i w końcu wrócił do kapitalizmu. Wszystkie dzikie pomysły o wprowadzeniu socjalizmu do Rosji, przy pomocy gwałtu ze strony rządzącej drobnej mniejszości, zakończyły się zupełnym bankructwem!
Fragment pochodzi z broszury Socjalizm czy komunizm (Kraków 1927, wyd. 2), s. 3-13.
Mogiła w OssowieDla osób mieniących się komunistami powinien tekst trafić głęboko do serca, wszak Czapiński znał osobiście wodza rewolucji i nie miał o nim jakiejś miażdżącej negatywnej opinii. Choć zapewne komuniści Czapińskiego wezmą w cudzysłów jak i resztę swoich przeciwników, to myślę, że warto przypomnieć, że lewica to nie tylko sierp i młot.
Socjalizm czy komunizm
I. Początki Bolszewizmu w Rosji
„Komunizm” jest to ruch, który się rozpoczął w Rosji, gdzie nosi nazwę „bolszewizmu”.
Pewna część socjalistów rosyjskich pod wodzą Lenina już w 1903 roku niezadowolona ze stanowiska mniejszości partii na zjeździe rosyjskiej Socjalnej Demokracji, mając większość (a słowo „więcej” po rosyjsku brzmi „bolsze”), ukształtowała się stopniowo w odrębną organizację, a z czasem i w odrębną partię, przybierając nazwę „bolszewików”. Stopniowo drogi bolszewików odchyliły się bardzo daleko od dróg reszty socjalistów rosyjskich. Bolszewicy bowiem wierzyli w potęgę drobnej mniejszości klasy robotniczej, jeżeli tylko ta mniejszość zdobędzie władzę i silnie ją ujmie w swoje dłonie. Zdawało się im, że władza - chociażby mniejszości - cuda może robić. I dlatego dążyli do władzy za wszelką cenę - dążyli do „dyktatury”.
W 1917 roku wybuchła wreszcie długo oczekiwana rewolucja rosyjska. Rewolucja ta była zwycięską i z wielką łatwością obaliła carat, albowiem te siły społeczne, które stały za caratem, były znikome. Za carem szła tylko szlachta rosyjska, po części wielki przemysł, no i oczywiście znaczna część urzędników i policji. Natomiast szerokie masy ludu były przeciwne dalszemu istnieniu carskiego samowładztwa - „samodzierżawja”. Nawet część burżuazji była postępowa i sarkała na carat za olbrzymie nadużycia. Zresztą wielki kapitał przemysłowy i handlowy w Rosji był słaby, a w ogromnej części zagraniczny. Drobna burżuazja, zwłaszcza inteligencja, stanęła po stronie rewolucji. Klasa robotnicza oczywiście stała się czołowym oddziałem, awangardą rewolucyjną. Ale co najważniejsze - poparł rewolucję chłop rosyjski, któremu carskie porządki bardzo dokuczyły, gdyż ziemi miał bardzo mało i żył w stosunkach pół-pańszczyźnianych! Chłop zależny był od sąsiada-obszarnika; jemu musiał płacić wielki czynsz za wydzierżawione grunta, albo też otrzymywał od tego obszarnika nędzną płacę roboczą, jako robotnik w pańskich dobrach. To były przyczyny, dla których chłop rosyjski poparł rewolucję rosyjską. Chciał usunięcia resztek pańszczyzny, chciał zabrać grunta obszarników, chciał skasować przywileje ziemian i zdobyć prawa dla siebie. Co się działo w miastach i kto tam zaczął rządzić - jemu, włościaninowi, było obojętne; byleby mógł zabrać grunta pańskie, o których dawno marzył. Toteż chłop powitał z radością zwycięstwo rewolucyjnych robotników w Petersburgu i innych miastach. Do tych przyczyn zwycięskiego pochodu rewolucji rosyjskiej z 1917 roku należy dodać postawę wojska, któremu uprzykrzyła się już ciężka, od 1914 roku trwająca wojna. Wojsko chciało pokoju i rwało się do domu, aby dzielić grunta pańskie.
Wobec tego bolszewicy rosyjscy łatwo zdobyli powodzenie, gdy rzucili hasło: pokoju i ziemi! W październiku tegoż 1917 roku Lenin, Trocki, Zinowjew oraz inni wodzowie bolszewików objęli ster rządów w Rosji. Mogli więc wcielać teraz w życie swoje poglądy na rzekomo cudotwórcze skutki rządów… mniejszości.
Wprawdzie Rosja była krajem analfabetów, wprawdzie posiadała bardzo słabo rozwinięty przemysł, a przeważnie była krajem rolniczym, wprawdzie Rosja była niewyrobiona pod względem politycznym. Nigdy nie miała wolnościowych urządzeń demokratycznych; wobec tego nie była przyzwyczajona do rządzenia się sobą tak pod względem politycznym, jak gospodarczym. Ale bolszewikom zdawało się, że twarda władza rządu - tak zwana „dyktatura” - potrafi wszystko!
Rząd gwałtów i morderstw
Utworzyli więc własną „czerwoną armię”, rozgałęzione czynownictwo, czyli stan urzędniczy, szeroką sieć szpiegów i wreszcie osławioną krwawą policję, tzw. „czrezwyczajkę” (obecnie nazywa się już inaczej - „GPU”, to znaczy „Gospolituprawlenje”). Ta, krwią milionów niewinnych ludzi splamiona policja bolszewicka, wszystkich stawiających opór władzy bolszewickiej, a najczęściej po prostu inaczej myślących, skazywała od razu tysiącami na męki i śmierć.
Rosyjski Sejm ustawodawczy, tzw. „konstytuantę”, bolszewicy rozpędzili dowodząc, że Rosji demokracja, a więc parlament, wolność obywatelska, swoboda pracy, zgromadzeń itd. nie są potrzebne. Rządzić zaś mają tzw. „Sowiety”, tzn. Rady, wybrane przez robotników i chłopów.
Skutki bolszewickich rządów
Następnie bolszewicy przystąpili do urzeczywistnienia socjalizmu w Rosji tak, jak go oni pojmowali. Znany bolszewik Bucharin napisał niby to uczoną książkę, w której dowodził, że za pomocą gwałtu da się zaprowadzić szczęśliwy ustrój socjalistyczny! Drugi bolszewik Trocki napisał inną książkę, w której również dowodził, że przy pomocy „żelaza i krwi” należy zbudować szczęście Rosji i doprowadzić ją do socjalizmu. Według tych poglądów zaczął też rząd rosyjski postępować. Zabrano kapitalistom fabryki i oddano je robotnikom. Ale ponieważ robotnicy byli do tych rządów w fabrykach nieprzygotowani, a inteligencję bolszewicy albo wymordowali, albo usunęli, więc oczywiście z takich głupich zarządzeń żaden „socjalizm” powstać nie mógł; wynikła tylko całkowita ruina fabryk i w ogóle wszelkiej pracy w przemyśle i handlu. Co się tyczy wsi, to bolszewicy grunta obszarnicze oddali częściowo chłopom, częściowo zaś zatrzymali dla rządu i w tych rządowych majątkach („sowieckich choziajstwach”) rząd zaczął prowadzić własną, państwową gospodarkę.
Bolszewicka gospodarka na roli
Jednakowoż i na roli bolszewikom się nie powiodło! Państwowe „sowieckie choziajstwa” zaczęły szybko upadać, bo nie miał kto nimi rządzić umiejętnie. Co się zaś tyczy chłopów, to bolszewicy prawie cały plon z ziemi zaczęli im zabierać na wyżywienie miast. W rezultacie chłopi przekonali się, że szkoda pracować na roli, nie warto starać się o dobre i obfite plony, skoro bolszewicy wszystko sobie zabierają. Wobec tego ogromnie zmniejszyli zasiewy i wydajność gleby rosyjskiej upadła. Gdy zaś przyszedł nieurodzaj w niektórych guberniach, nie było czym dopomóc głodującym, gdyż chłopi w urodzajnych guberniach mieli tylko tyle, ile dla nich samych było potrzeba. Głód, zwłaszcza w niektórych guberniach nad Wołgą, był straszny. Sami bolszewicy przyznają, że ludzie, głodem przymierający, dochodzili do ludożerstwa! Człowiek zjadał drugiego człowieka! Z głodu wymarły miliony chłopów!
Niewykonalne i śmieszne pomysły
Ale bolszewicy nie zważali na to wszystko, wierząc w dalszym ciągu w zbawcze znaczenie gwałtu, silnej władzy. Socjalistów, którzy sprzeciwiali się tej dzikiej gospodarce, mordowano, albo trzymano w więzieniach. Oczywista nie dopuszczano do ukazania się ani jednej gazety, ani jednej książki, które by krytykowały te urządzenia. Natomiast występowano ze strony bolszewickiej z fantastycznymi pomysłami, jak np. „elektryfikacją” całej Rosji, tzn. zaprowadzeniem wszędzie elektryczności, ażeby w ten sposób ułatwić uspołecznienie gospodarki i wprowadzenie socjalizmu! Naturalnie z tych fantazji nic nie wynikło. Bolszewicy widząc, że ich pomysły do niczego nie prowadzą, coraz bardziej wzmacniali swą władzę, coraz energiczniej stosowali gwałt, myśląc, że gwałt wszystko zastąpi. Układali tzw. „jedyny plan” całej gospodarki rosyjskiej tak, ażeby każdy człowiek miał z góry przeznaczone miejsce i nie śmiał z tego miejsca się ruszać.
Militaryzacja robotników
A Trocki chciał nawet całą gospodarkę bolszewicką zorganizować po wojskowemu tak, aby robotnicy i inni pracownicy działali pod rygorem wojskowym jako tzw. „Armia Pracy”. Zaprowadzono specjalnych naczelników „dyktatorów” po fabrykach, wprowadzano pracę akordową (od sztuki), sprowadzano za drogie pieniądze specjalistów z zagranicy, aby zastąpili miejsce wymordowanej inteligencji w fabrykach…
Wszystko w ruinie!
Jednakowoż wszystkie te fantazje, wszystkie te barbarzyńskie pomysły zaprowadzenia „socjalizmu” przy pomocy mordów, gwałtu i twardej dyscypliny do niczego nie prowadziły. Fabryki wypadało zamykać jedną po drugiej. Wydajność pracy w fabrykach spadła gwałtownie, nieraz po prostu do zera. Na papierze cały handel i przemysł były upaństwowione, ale tajne paskarstwo krzewiło się, jak nigdy.
Miasta pustoszały, bo głodni robotnicy uciekali na wieś. A na wsi znów chłopi wymierali z głodu całymi milionami. Wszędzie ruina, wszędzie straszliwe niepowodzenie. Tylko krwawa czrezwyczajka pracowała dalej, tylko tu produkcyjność pracy nie malała, lecz się rozszerzała; tu wyrastały coraz to nowe góry trupów, ażeby spotęgować terror, ażeby zapewnić władzę Leninom i Zinowjewym, ażeby we krwi utopić wszelkie słowo krytyki. Naturalnie, że i z Sowietów (Rad Robotniczych) zrobiono komedię - i w Radach Robotniczych dobierano członków tak, ażeby w skład ich wchodzili sami komuniści albo ludzie ślepo im posłuszni; w razie jakiegoś słowa niezależnego i tu czrezwyczajka rozpoczynała swoją krwawą robotę.
II. Bankructwo bolszewizmu w Rosji
Wszędzie w Rosji rosło niezadowolenie, wszędzie wybuchały powstania. Bunt marynarzy morskiej twierdzy Kronstad przeciwko władzy bolszewickiej pokazał jej, że trzeba zmienić system, że trzeba coś nowego wymyślić, że trzeba przyznać się do bankructwa dotychczasowych sposobów rządzenia.
Pierwszy zawrócił Lenin. Napisał swoją słynną książeczkę o podatku naturalnym (O Prodnałogje) i w tej książeczce zaczął dowodzić, że właściwie Rosja jeszcze nie dojrzała do socjalizmu!
Ścisłe upaństwowienie przemysłu i handlu do niczego nie prowadzi. Trzeba ogromną część przedsiębiorstw oddać prywatnym kapitalistom lub wydzierżawić, albowiem sami robotnicy wszystkiemu nie podołają. Do pewnego przynajmniej stopnia należy nawet uznać wolność spekulacji i paskowania! A co do chłopów, którzy stają się coraz bardziej niezadowoleni, to należy odrzucić starą metodę zabierania im prawie całego plonu („Razwiorstka”) i należy ograniczyć się tylko do stosunkowo umiarkowanego podatku naturalnego („Prodnałog”) tak, aby resztę plonu swojej pracy chłop mógł sprzedać i kupić sobie potrzebne wyroby miejskie, przemysłowe. W ten sposób - dowodził Lenin - „ożywi się” i przemysł i rolnictwo.
Tak Lenin rozpoczął w Rosji, w 1921 roku, całkowicie nowy kurs polityki, tzw. NEP, tzn. Nową Ekonomiczną Politykę. Łatwo zrozumieć, że myśli wprowadzenia socjalizmu do półdzikiej Rosji przy pomocy gwałtu, już Lenin się wyrzekł i doradził ponowne wprowadzenie kapitalizmu, ponowne stworzenie klasy kapitalistycznej, którą bolszewicy byli wytrzebili. W ten sposób Lenin stwierdził całkowite bankructwo dotychczasowej polityki bolszewickiej.
W tych warunkach rządom bolszewickim nie pozostało nic innego, jak usłuchać rady Lenina i zmienić swoją politykę. Tak też bolszewicy uczynili. Oddali ogromną część przemysłu w ręce prywatne. Zezwolili na prywatny handel i paskarstwo. Pozostałą część przemysłu, przeważnie tego największego, oddali w ręce tzw. „Trustów”, to znaczy spółek na pół państwowych, gdyż państwo ma w nich wpływ przeważający. Widząc, że sami z przemysłem nie dadzą rady, bolszewicy zaczęli zabiegać o pożyczki zagraniczne i o kapitalistów zagranicznych, namawiając ich, ażeby starali się o koncesje (pozwolenia) na prowadzenie przedsiębiorstw w Rosji. Podczas Międzynarodowego Zjazdu politycznego w Genui delegaci bolszewiccy, Cziczerin i Rakowski gwałtownie namawiali kapitał zagraniczny, ażeby w Rosji objął przedsiębiorstwa. W ten sposób bolszewicy, niby to reprezentanci robotników, utworzyli jeden front z międzynarodowym kapitałem.
Ale te wszystkie zabiegi wobec kapitału, cały ten powrót do kapitalizmu do niczego nie doprowadziły. Kapitał zagraniczny boi się Rosji, gdzie wprawdzie, według późniejszej rady Lenina, odrzucono gwałt w dziedzinie gospodarczej i wprowadzono kapitalizm ponownie, ale gdzie dalej panuje gwałt i bezprawie w dziedzinie politycznej. Kapitał, nie mając gwarancji prawa, boi się tych azjatyckich stosunków. Tymczasem i „Trusty” pracowały marnie, dzięki nieudolności swych kierowników. Trocki na Zjeździe Rosyjskiej Partii Komunistycznej w 1923 roku dowodził, że „Trusty” tylko zżerają kapitał zakładowy i żyją na jego rachunek. Wobec tego ceny produktów przemysłowych w Rosji są niezmiernie wysokie i chłop po staremu niewiele kupić może. Skutkiem tego daje się zauważyć silny rozdźwięk pomiędzy przemysłem a niezadowolonym chłopem. Bolszewicy boją się tego niezadowolonego chłopa, bo chłop w Rosji - to siła. I wciąż dowodzą, że trzeba koniecznie starać się o jakieś zespolenie rolnictwa z przemysłem, chłopa z robotnikiem (tak zwana „smyczka”). Tymczasem bolszewicy wywożą zboże rosyjskie zagranicę, powiadając, że w ten sposób pomagają chłopom, bo podnoszą ceny zboża w kraju. Jednakowoż ludność miejską i wiejską przez to wygładzają, zaś „smyczki” tym nie osiągają. Rosja w dalszym ciągu żyje resztkami starego kapitału i nie wie, jak wybrnąć ze swego bankructwa. Stąd rodzą się u kierowników bolszewickich rozpaczliwe myśli, że chyba jakaś nowa wojna lub zamieszki europejskie uratują bolszewickie rządy i rządzącą w Rosji klikę…
Wszystko zburzyli - nic nie zbudowali!
Przesunęła się tu przed nami cała historia rosyjskiego bolszewizmu. Udało mu się przyjść do władzy dzięki specjalnym warunkom, zaś w pierwszym rzędzie dzięki zrewolucjonizowanym chłopom i wojsku. Ale bolszewizm nie osiągnął nic z postawionych sobie celów, zrujnował tylko Rosję, spustoszył miasta, zdruzgotał przemysł i w końcu wrócił do kapitalizmu. Wszystkie dzikie pomysły o wprowadzeniu socjalizmu do Rosji, przy pomocy gwałtu ze strony rządzącej drobnej mniejszości, zakończyły się zupełnym bankructwem!
Fragment pochodzi z broszury Socjalizm czy komunizm (Kraków 1927, wyd. 2), s. 3-13.
2010-08-17 10:05:42
Polityka historyczna w Polsce ciągle wywołuje silne napięcia. Ostatnio silny spór wywołała próba odsłonięcia tablicy na mogile poległym żołnierzom sowieckim w Ossowie. Jak taka próba kończy się w Polsce, mogliśmy obserwować ostatnio.
Dla rewizjonistów historii to doskonała pożywka, aby dokopać ruskim i naderwać próbę trudnego pojednania polsko-rosyjskiego.
Co więcej, te środowiska posługują się prymitywnymi argumentami takimi jaki "postawić pomnik dla Hitlera", czy "najeźdźcom pomnika się nie stawia", można było zobaczyć zdjęcia Tuska i Hanny Gronkiewicz-Waltz w sowieckich mundurach.
Zapominają jednak, że historia nie jest czarno-biała. Polskie cmentarze wojenne na wschodzie jak np. w Wilnie czy Lwowie tez mogę kłuć w oczy tamtejszą opinię publiczną i społeczeństwo, wszak Polacy na wschodzie są tam kojarzeni jako właśnie najeźdźcy i kolonizatorzy katolickiej wiary, a mimo to miejsca upamiętniające żołnierzy polskich są i na szczęście mają się dobrze.
Pomnik w Ossowie to przecież nie gloryfikacja dla bolszewickich żołnierzy, chodzi przede wszystkim o godne upamiętnienie i pochówek dla żołnierzy. Nie dla Stalina, Dzierżyńskiego czy Trockiego. Zginęli na naszej ziemi i należy ich tu godnie pochować, tyle i aż tyle.
Na słowa uznania zasługuje na pewno Andrzej Kunert, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, który stwierdził- " To było dla mnie ogromne i przykre zaskoczenie. Najbardziej zdziwiło mnie, że protestujący krzyczeli "Precz z pomnikiem!". Jest gigantyczna różnica między pomnikiem a mogiłą wojenną. Pomnik to oddanie hołdu, czci, jest uznaniem czyjegoś bohaterstwa albo manifestacją wdzięczności. Mogiła natomiast zapewnia godziwy spoczynek szczątkom żołnierza. To prawo moralne, a także obowiązek wynikający z umów międzynarodowych. Prawo do upamiętnienia ma każdy żołnierz, z wyjątkiem zbrodniarzy wojennych. Dotyczy ono także żołnierzy armii agresora, naszych wrogów. Zresztą to prawo obowiązuje również wobec rozsianych na całym świecie mogił polskich żołnierzy, którzy nie zawsze traktowani byli jako sojusznicy czy wyzwoliciele".
Okazało się jednak, że protesty przy mogile nie są nawet pomysłem samych mieszkańców Ossowa, tylko grupki osób zapewne inspirowanych politycznie. Dla których polityka historyczna równa się polska obsesja, a wojna 1920 roku ma silne konotacje ze smoleńska katastrofą. Szkoda tylko, że relacje polsko-rosyjskie na tym nie skorzystają.
Sprawiedliwi bolszewicy?Dla rewizjonistów historii to doskonała pożywka, aby dokopać ruskim i naderwać próbę trudnego pojednania polsko-rosyjskiego.
Co więcej, te środowiska posługują się prymitywnymi argumentami takimi jaki "postawić pomnik dla Hitlera", czy "najeźdźcom pomnika się nie stawia", można było zobaczyć zdjęcia Tuska i Hanny Gronkiewicz-Waltz w sowieckich mundurach.
Zapominają jednak, że historia nie jest czarno-biała. Polskie cmentarze wojenne na wschodzie jak np. w Wilnie czy Lwowie tez mogę kłuć w oczy tamtejszą opinię publiczną i społeczeństwo, wszak Polacy na wschodzie są tam kojarzeni jako właśnie najeźdźcy i kolonizatorzy katolickiej wiary, a mimo to miejsca upamiętniające żołnierzy polskich są i na szczęście mają się dobrze.
Pomnik w Ossowie to przecież nie gloryfikacja dla bolszewickich żołnierzy, chodzi przede wszystkim o godne upamiętnienie i pochówek dla żołnierzy. Nie dla Stalina, Dzierżyńskiego czy Trockiego. Zginęli na naszej ziemi i należy ich tu godnie pochować, tyle i aż tyle.
Na słowa uznania zasługuje na pewno Andrzej Kunert, sekretarz Rady Ochrony Pamięci Walk i Męczeństwa, który stwierdził- " To było dla mnie ogromne i przykre zaskoczenie. Najbardziej zdziwiło mnie, że protestujący krzyczeli "Precz z pomnikiem!". Jest gigantyczna różnica między pomnikiem a mogiłą wojenną. Pomnik to oddanie hołdu, czci, jest uznaniem czyjegoś bohaterstwa albo manifestacją wdzięczności. Mogiła natomiast zapewnia godziwy spoczynek szczątkom żołnierza. To prawo moralne, a także obowiązek wynikający z umów międzynarodowych. Prawo do upamiętnienia ma każdy żołnierz, z wyjątkiem zbrodniarzy wojennych. Dotyczy ono także żołnierzy armii agresora, naszych wrogów. Zresztą to prawo obowiązuje również wobec rozsianych na całym świecie mogił polskich żołnierzy, którzy nie zawsze traktowani byli jako sojusznicy czy wyzwoliciele".
Okazało się jednak, że protesty przy mogile nie są nawet pomysłem samych mieszkańców Ossowa, tylko grupki osób zapewne inspirowanych politycznie. Dla których polityka historyczna równa się polska obsesja, a wojna 1920 roku ma silne konotacje ze smoleńska katastrofą. Szkoda tylko, że relacje polsko-rosyjskie na tym nie skorzystają.
2010-08-14 11:09:44
W przeddzień rocznicy Bitwy warszawskiej warto przyjrzeć się spojrzeniu na bolszewizm okiem polskiego socjalisty, ochotnika w tej bitwie Adama Ciołkosza. I tu prośba do Was- jak Wy oceniacie tę wojnę? Wiele osób na lewicy różnie ocenie jej skutki. Z góry dzięki za odpowiedzi.
Adam Ciołkosz: "Kontrrewolucja bolszewicka"
W swej książce „The Soviet Revolution” wykazał Rafał Abramowicz, najwybitniejszy spośród pozostałych przy życiu przywódców socjalistów-mienszewików rosyjskich, że przewrót bolszewicki w 1917 r. nie był dziełem rosyjskiej klasy robotniczej, lecz małej garstki spiskowców. Od samych swoich początków po dzień dzisiejszy jest bolszewizm dyktaturą mniejszości nad większością. Za największą zbrodnię bolszewików uważa Abramowicz rozpędzenie Konstytuanty, która była prawdziwym wyrazem woli ludowej. Chociaż wybory do Konstytuanty odbyły się już pod rządami bolszewików, to jednak zdobyli oni tylko 25% głosów i miejsc. Socialrewolucjoniści i mienszewicy uzyskali 62%, a więc większość bezwzględną, konstytucyjni demokraci i inne stronnictwa mieszczańskie 13%. Nawet w Moskwie i w Piotrogrodzie nie udało się, bolszewikom zdobyć większości. Gdyby nie rozpędzenie Konstytuanty – twierdzi Abramowicz – można było uniknąć wojny domowej, można też było uniknąć kapitulacji w Brześciu i można było też uzyskać od aliantów zachodnich zwolnienie od obowiązków sojuszniczych. Lecz Lenin gardził zasadami demokracji; jedyną rzeczą, która miała dla niego znaczenie, było utrzymanie się bolszewików u władzy.
W kolejnych rozdziałach swej książki zestawia Abramowicz cenę, jaką Rosja zapłaciła za jednopartyjne rządy bolszewików. Liczbę ofiar wojny domowej obliczono na 9 milionów zabitych. Pierwszy wielki głód, w latach 1921-23, pochłonął co najmniej 5 milionów żyć. Kolektywizacja rolnictwa i drugi wielki głód w latach 1932-33 kosztowały 10 milionów żyć, do czego należy doliczyć spadek w przyroście ludności, obliczany na 12 milionów. Liczba ofiar wielkiej czystki w latach 1934-39 wynosiła 500 000. Straty Rosji w drugiej wojnie światowej, która była następstwem błędnej polityki Stalina, sięgały 30 milionów żyć. Zaiste, wysoka to cena!
Abramowicz wywodzi reżim bolszewicki z doktryny Lenina, która była doktryną zdobycia i utrzymania władzy przy pomocy ,,partii nowego typu” – awangardowej, elitarnej i monopolistycznej. Doktrynę tę wypracował Lenin jeszcze w r. 1902, od niego przejął ją Stalin, a później Chruszczow, nic w tej doktrynie nie uległo zmianie. W umyśle Lenina istniał dualizm intelektualny: z jednej strony marksizm, który uczy, że nie można przeskoczyć etapów rozwoju społecznego, z drugiej strony narodniczestwo rosyjskie, spuścizna Czernyszewskiego i Zajczewskiego, a więc swoisty jakobinizm, nauka bezwzględnego terroryzmu i dyktatury. Konsekwencją tego dualizmu była leninowska doktryna przeprowadzenia w Rosji rewolucji burżuazyjnej – doktryna sojuszu proletariatu z chłopstwem – na platformie dyktatury proletariatu nad chłopami. Wojna światowa przyniosła Leninowi klucz do rozwiązania owego dualizmu. Doszedł on do przekonania, że wojna musi się zakończyć rewolucją światową, która może być tylko rewolucją socjalistyczną. Rewolucja w Rosji, kraju stanowiącym najsłabsze ogniwo systemu imperialistycznego, będzie tylko wstępem do rewolucji światowej – jednej, jednakowej i jednoczesnej. Jak wiadomo, ta rewolucja światowa nigdy nie nastąpiła. Lenin zupełnie fałszywie ocenił szanse ruchu robotniczego i nastroje klasy robotniczej na Zachodzie, a przede wszystkim w Niemczech. Toteż dualizm pozostał.
Lenin wyobrażał sobie, że bolszewicy wprowadzą ustrój socjalistyczny w Rosji w ciągu sześciu miesięcy. Polityka „wojennego komunizmu” zmierzała do natychmiastowego urzeczywistnienia integralnego socjalizmu. Po jej załamaniu się nastąpiły trzy improwizacje Lenina: najpierw, koncesje dla obcego kapitału miały doprowadzić do stworzenia produkcji na wielką skalę; potem elektryfikacja całego przemysłu i rolnictwa miała w ciągu 10-20 lat umożliwić zbudowanie socjalizmu; wreszcie szkołą socjalizmu miała być spółdzielczość. Wszystkie te dyletanckie pomysły zawiodły. I wtedy Lenin ogłosił Nową Politykę Ekonomiczną, rozkładając zbudowanie socjalizmu „na pokolenia... na dekady”. Jednocześnie przykręcił śrubę polityczną, zamykając mienszewików i socjalrewolucjonistów do więzień i likwidując resztki opozycyjnej prasy. NEP miał być pokojową koegzystencją znacjonalizowanego wielkiego przemysłu i drobnomieszczańskiego rolnictwa. Zapoczątkował okres stosunkowej stabilizacji i normalizacji stosunków, a zarazem wzmocnił chłopów średniaków. Był to jedyny okres pod rządami bolszewików, w którym chłopi rzeczywiście posiadali ziemię. Abramowicz twierdzi, że gdyby utrzymano dłużej NEP, Rosja rozwinęłaby się stopniowo w państwo demokratyczne, rządzone przez robotników, chłopów i inteligencję pracującą. Rozwój wydarzeń musiałby doprowadzić do likwidacji partii komunistycznej i jej monopolu rządzenia.
Nie doszło do tego. Kres NEP-owi położył Stalin. Abramowicz opisuje szczegółowo drogę do jedynowładztwa Stalina, „najwybitniejszej miernoty w partii bolszewickiej”, jak go nazwał Trocki. Drogę do władzy osobistej otwarły Stalinowi trzy czynniki: zgon Swierdłowa, ówczesnego sekretarza generalnego partii; skleroza Lenina; ciężkie błędy polityczne i taktyczne, popełnione przez Trockiego. Gdy Trocki w r. 1926 wystąpił z programem szybkiego uprzemysłowienia kraju, a w tym celu zmniejszenia konsumpcji wewnętrznej i odpowiedniego podniesienia stopy akumulacji – Stalin przejął jego postulaty, likwidując jednocześnie Trockiego i trockistowską opozycję. Koszty forsowanego uprzemysłowienia zapłacili częściowo robotnicy obniżką plac realnych, przede wszystkim jednak chłopi, którzy – jak dosłownie pisał główny teoretyk trockistów Preobrażeński – mieli stać się „wewnętrzną kolonią”, eksploatowaną przez rząd na rzecz uprzemysłowienia kraju. Istotnie, Stalin rzucił zboże zabrane z kołchozów na rynki zachodnie po cenach dumpingowych, by za uzyskane w ten sposób pieniądze nabywać maszyny dla przemysłu. Maszyny stały się wszystkim, człowiek niczym. Tworząc wielki przemysł, Stalin rujnował rolnictwo. Ten stan rzeczy, w którym rolnictwo płaci koszty uprzemysłowienia a kraj nie dojada, trwa po dzień dzisiejszy. Chruszczow go nie zmienił. Stąd też bierny opór chłopstwa trwający już 30 lat.
„Spirala totalitarna” Stalina podyktowana była koniecznością sterroryzowania chłopów zapędzanych do kołchozów i wywożonych milionami do łagrów oraz robotników, którym kazano pracować za zarobek, nie wystarczający na opędzenie kosztów najskromniejszej egzystencji. Abramowicz ukazuje narastanie „spirali”; procesy inżynierów o sabotaż; wielki proces mienszewików; łagry; podległy osobiście Stalinowi i zajmujący się likwidowaniem dygnitarzy sowieckich „sektor specjalny”; procesy pokazowe przeciw starym bolszewikom i sprawę Tuchaczewskiego. W roku 1937 wprowadził Stalin tortury fizyczne, zapoczątkowując „najdłuższą w historii noc św. Bartłomieja”. Na 18 zjeździe KPZR partia była już ciałem bez głosu i bez woli, Stalin mógł działać swobodnie. Konsekwencją tej swobody był pakt z Hitlerem – i o to chodziło Stalinowi.
Abramowicz wykazuje, jak Lenin na tle załamania się nadziei na przewrót komunistyczny w Niemczech postawił na współpracę z nacjonalizmem niemieckim przeciw państwom Zachodu. Do umowy w Rapallo nie przywiązuje Abramowicz zbyt wielkiej wagi, za to podkreśla ogromne znaczenie tajnej umowy wojskowej sowiecko-niemieckiej z dnia 23 lipca 1922. Los Stalina i los Hitlera związane z sobą były już od r. 1930. Propaganda komunistyczna mówiła, że „po Hitlerze przyjdziemy my”, ale Stalin nie był taki naiwny. Tajne układy z Niemcami z sierpnia i września 1939 były tylko logicznym zamknięciem kursu, zapoczątkowanego jeszcze przez Lenina w roku 1922. Rozbija też Abramowicz legendę, jakoby można było uniknąć II wojny światowej, doprowadzając do porozumienia Anglii, Francji i Sowietów. Powołując się na zdanie Leona Bluma, twierdzi Abramowicz, że wojnie mogła była zapobiec tylko łączna demarche Anglii, Francji i Polski w r. 1932 w Berlinie z ostrzeżeniem, iż rząd Hitlera stanowić by musiał casus belli, powód do wojny. Ale do takiego kroku państwa Zachodu nie były gotowe, nie byli do niego gotowi nawet socjaliści w zachodniej Europie. Od listopada 1937 kierunek marszu Hitlera był ustalony: przeciwko Polsce.
Jedną z najciekawszych kart w książce Abramowicza stanowi dokumentacja na temat mentalności bolszewików. Przytacza on rozmowę Piatakowa z Wolskim w Paryżu w 1928 r., w której Piatakow usprawiedliwiał zmianę swej postawy wobec polityki Stalina. Prawdziwy komunista – mówi Piatakow, a więc człowiek wychowany w partii i dostatecznie przejęty jej duchem, staje się swego rodzaju „człowiekiem cudownym”; zwykły człowiek nie potrafi uczciwie zmienić szybko swych poglądów, lecz komunista mocą wysiłku swej własnej woli potrafi uczciwie i na serio nazwać dziś białym to, co jeszcze wczoraj było dla niego czarne – i na odwrót.
Abramowicz przytacza też rozmowę Bucharina z Teodorem i Lidią Danami w Paryżu w r. 1935. W rozmowie tej Bucharin ział ogniem i siarką na Stalina. Na zapytanie, dlaczego on i inni czołowi komuniści na ślepo powierzyli swój los temu czartowi wcielonemu, odpowiedział Bucharin: „Wy nie rozumiecie, to wcale tak nie jest. Nie jemu dawaliśmy wiarę, lecz człowiekowi, któremu zaufała partia. Tak wypadło, że stał się on swoistym symbolem partii. Wierzą mu doły, robotnicy, lud; to być może nasza wina, ale stało się. Oto dlaczego my wszyscy wkładamy swe głowy w jego paszczę... wiedząc na pewno, że pewnego dnia nas połknie. On też to wie i tylko czeka na sposobną chwilę”. Na zapytanie, czemuż wobec tego powraca do Moskwy, odparł Bucharin: „Co, zostać tutaj? Stać się uchodźcą? O nie, nie mógłbym żyć tak jak wy, na obczyźnie... Nie, niech będzie co chce... A zresztą, być może nic nie nastąpi”. Stało się inaczej, w r. 1938 Bucharin został postawiony przed sądem i zgładzony.
Może najbardziej wstrząsającą jest relacja o przesłuchaniu Marka Mraczkowskiego, jednego z bohaterów bolszewickiej partyzantki z okresu wojny domowej. Przesłuchanie prowadził Słucki, niegdyś podkomendny Mraczkowskiego w partyzantce. Po 90 godzinach ni to przesłuchania ni rozmowy Mraczkowski dał się przekonać, że wobec groźnej sytuacji, w jakiej znalazła się partia, dla ocalenia rewolucji konieczne jest przyznanie się przez niego do nie popełnionych win. Mraczkowski wziął na siebie ten ciężar jako najwyższe poświęcenie dla sprawy komunizmu. W półtora roku później Słucki popełnił samobójstwo.
Największym walorem książki Abramowicza jest jego analiza ustroju sowieckiego. Przeczy on stanowczo, by to był socjalizm, albowiem w Rosji nie ma ni wolności ani równości, zaś socjalizm jest nie do pojęcia bez jednej i drugiej. Związkiem Sowieckim rządzi garstka ludzi mniejsza procentowo, niż ta, która rządziła Francją przedrewolucyjną lub Rosją carską. Związek Sowiecki jest dziś niezwykle dumny ze swych rakiet, pocisków balistycznych dalekiego zasięgu i bomb wodorowych. Lecz gdy twórcy socjalizmu wypracowywali jego podstawowe zasady i program, mieli na myśli wolność i szczęście ludzkie, a nie bronie masowej zagłady. Nikita Chruszczow widzi w sowieckich sukcesach technologicznych przejaw postępu kulturalnego. Lecz lata 1942-1945 widziały podobny „postęp”, gdy Niemcy hitlerowskie przegoniły wszystkie inne mocarstwa w produkcji czołgów, bombowców i pocisków rakietowych. Czyżby „zwycięski socjalizm” doprawdy nie potrafił rozwinąć lepszej formuły postępu ludzkości, jak tworzenie coraz to potężniejszych narzędzi zniszczenia?
Abramowicz odrzuca stanowczo pogląd, którego rzecznikiem niegdyś był socjalista Otto Bauer, jakoby ustrój sowiecki był socjalizmem – terrorystycznym, dyktatorskim, tym niemniej socjalizmem. Przechyla się natomiast na stronę socjalisty niemieckiego Rudolfa Hilferdinga, który wykazywał, iż ustrój sowiecki to ani socjalizm, ani kapitalizm, lecz nowa forma społeczna państwa totalitarnego, ta sama kategoria, do której zaliczyć należało Włochy Mussoliniego i Niemcy Hitlera. Nie jest to kapitalizm państwowy, bo nie zna mechanizmu wolnorynkowego, bez którego nie ma żadnej postaci kapitalizmu. Nie są to też rządy biurokracji, bo biurokracja sowiecka nie wydaje rozkazów, lecz sama odbiera rozkazy. Rządzi górna warstwa aparatu partyjnego, heterogeniczna grupa ludzi spośród inteligencji, drobnej burżuazji i chłopstwa, z małą domieszką robotników. Grupę tę jednoczy ideologia komunistyczna, wywodząca się rzekomo z Marksa i Engelsa, w rzeczywistości – z czysto rosyjskiego utopijnego terroryzmu i jakobinizmu.
Abramowicz nazywa ustrój sowiecki dyktaturą ideokratyczną, a warstwę rządzącą w Sowietach przyrównuje do warstwy kapłańskiej dawnego Egiptu, Asyrii lub Babilonu – autokratycznej i zbudowanej na kształt piramidy. Są to rządy kasty, która przywłaszczyła sobie prawo do rozporządzania – w miarę swego uznania – wszystkim: ziemią, zasobami gospodarczymi, przemysłem i środkami transportu; prawo do rozporządzania życiem i śmiercią każdego obywatela z osobna i całych grup społecznych; prawo do kierowania życiem duchowym narodu bez najmniejszego sprzeciwu.
Wszystko inne jest fikcją. Fikcją jest zasada, że rząd sowiecki jest rządem robotników, czy też robotników i chłopów. Fikcją jest dogmat, że w Rosji istnieje dyktatura proletariatu, tak jak Marks rozumiał to pojęcie. Fikcją jest powtarzane często twierdzenie, że fabryki należą do robotników a ziemia do chłopów. Konstytucja mogła przekazać fabryki robotnikom, ale każdy robotnik rosyjski wie z codziennego doświadczenia, że faktyczne prawo własności i rzeczywisty zarząd tych fabryk, jako też wszystkich innych środków produkcji i podziału, nie przysługuje klasie robotniczej. Nigdy jej nie pytano o zdanie i nie pozwalano jej brać czynnego udziału w zarządzaniu lub planowaniu przemysłu i rolnictwa. Wszystkie te uprawnienia wykonywane były i są w całości przez partię komunistyczną, której naród nigdy takich praw nie przekazał, ani też nie prosił jej o wzięcie na siebie takiej odpowiedzialności.
Ojcem duchowym tej ideologii był Lenin. On też był twórcą rzeczywistości państwa sowieckiego. Abramowicz wykazuje, jak niezmienne są fundamenty intelektualne komunizmu sowieckiego i jego linia przewodnia – wroga wszystkiemu, co jest prawdziwą demokracją, tj. wolnością, i wszystkiemu, co jest prawdziwym socjalizmem, tj. równością między ludźmi. Abramowicz przypomina, że wielki francuski trybun socjalizmu Jean Jaures, autor socjalistycznej historii Rewolucji Francuskiej, napisał niegdyś, iż wszystkie rewolucje w dziejach były barbarzyńskimi środkami osiągnięcia postępu, popchnięcia świata naprzód. Rewolucja angielska w 17 stuleciu i rewolucja francuska w 18 stuleciu nie stanowiły wyjątku w tej regule. Ale czy można rzec, że rosyjska lub chińska rewolucja komunistyczna są krokami na drodze postępu? Abramowicz daje na to zapytanie odpowiedź przeczącą. Nikt – pisze – kto żyć musiał w państwie totalitarnym i jest obznajomiony z jego sposobem funkcjonowania, nie uwierzy, że barbarzyństwo to przyczyni się kiedykolwiek do rozwoju kulturalnego lub dobrobytu ludzkości. „Albowiem rządy totalitarne są nie tyle antykapitalistyczne, co antyludzkie”.
Abramowicz nie daje żadnych wskazań na przyszłość. Jego książka nie uczy, jak postępować z Rosją. Uczy natomiast widzieć i rozumieć prawdę o Rosji sowieckiej. Jest to znakomita, bo może najgłębsza i najlepiej oddająca rzeczywistość książka spośród wszystkich dotychczas napisanych i ogłoszonych książek o tzw. Kraju Rad.
"Robotnik Polski” nr 2, 1963.
Krzyż zostajeAdam Ciołkosz: "Kontrrewolucja bolszewicka"
W swej książce „The Soviet Revolution” wykazał Rafał Abramowicz, najwybitniejszy spośród pozostałych przy życiu przywódców socjalistów-mienszewików rosyjskich, że przewrót bolszewicki w 1917 r. nie był dziełem rosyjskiej klasy robotniczej, lecz małej garstki spiskowców. Od samych swoich początków po dzień dzisiejszy jest bolszewizm dyktaturą mniejszości nad większością. Za największą zbrodnię bolszewików uważa Abramowicz rozpędzenie Konstytuanty, która była prawdziwym wyrazem woli ludowej. Chociaż wybory do Konstytuanty odbyły się już pod rządami bolszewików, to jednak zdobyli oni tylko 25% głosów i miejsc. Socialrewolucjoniści i mienszewicy uzyskali 62%, a więc większość bezwzględną, konstytucyjni demokraci i inne stronnictwa mieszczańskie 13%. Nawet w Moskwie i w Piotrogrodzie nie udało się, bolszewikom zdobyć większości. Gdyby nie rozpędzenie Konstytuanty – twierdzi Abramowicz – można było uniknąć wojny domowej, można też było uniknąć kapitulacji w Brześciu i można było też uzyskać od aliantów zachodnich zwolnienie od obowiązków sojuszniczych. Lecz Lenin gardził zasadami demokracji; jedyną rzeczą, która miała dla niego znaczenie, było utrzymanie się bolszewików u władzy.
W kolejnych rozdziałach swej książki zestawia Abramowicz cenę, jaką Rosja zapłaciła za jednopartyjne rządy bolszewików. Liczbę ofiar wojny domowej obliczono na 9 milionów zabitych. Pierwszy wielki głód, w latach 1921-23, pochłonął co najmniej 5 milionów żyć. Kolektywizacja rolnictwa i drugi wielki głód w latach 1932-33 kosztowały 10 milionów żyć, do czego należy doliczyć spadek w przyroście ludności, obliczany na 12 milionów. Liczba ofiar wielkiej czystki w latach 1934-39 wynosiła 500 000. Straty Rosji w drugiej wojnie światowej, która była następstwem błędnej polityki Stalina, sięgały 30 milionów żyć. Zaiste, wysoka to cena!
Abramowicz wywodzi reżim bolszewicki z doktryny Lenina, która była doktryną zdobycia i utrzymania władzy przy pomocy ,,partii nowego typu” – awangardowej, elitarnej i monopolistycznej. Doktrynę tę wypracował Lenin jeszcze w r. 1902, od niego przejął ją Stalin, a później Chruszczow, nic w tej doktrynie nie uległo zmianie. W umyśle Lenina istniał dualizm intelektualny: z jednej strony marksizm, który uczy, że nie można przeskoczyć etapów rozwoju społecznego, z drugiej strony narodniczestwo rosyjskie, spuścizna Czernyszewskiego i Zajczewskiego, a więc swoisty jakobinizm, nauka bezwzględnego terroryzmu i dyktatury. Konsekwencją tego dualizmu była leninowska doktryna przeprowadzenia w Rosji rewolucji burżuazyjnej – doktryna sojuszu proletariatu z chłopstwem – na platformie dyktatury proletariatu nad chłopami. Wojna światowa przyniosła Leninowi klucz do rozwiązania owego dualizmu. Doszedł on do przekonania, że wojna musi się zakończyć rewolucją światową, która może być tylko rewolucją socjalistyczną. Rewolucja w Rosji, kraju stanowiącym najsłabsze ogniwo systemu imperialistycznego, będzie tylko wstępem do rewolucji światowej – jednej, jednakowej i jednoczesnej. Jak wiadomo, ta rewolucja światowa nigdy nie nastąpiła. Lenin zupełnie fałszywie ocenił szanse ruchu robotniczego i nastroje klasy robotniczej na Zachodzie, a przede wszystkim w Niemczech. Toteż dualizm pozostał.
Lenin wyobrażał sobie, że bolszewicy wprowadzą ustrój socjalistyczny w Rosji w ciągu sześciu miesięcy. Polityka „wojennego komunizmu” zmierzała do natychmiastowego urzeczywistnienia integralnego socjalizmu. Po jej załamaniu się nastąpiły trzy improwizacje Lenina: najpierw, koncesje dla obcego kapitału miały doprowadzić do stworzenia produkcji na wielką skalę; potem elektryfikacja całego przemysłu i rolnictwa miała w ciągu 10-20 lat umożliwić zbudowanie socjalizmu; wreszcie szkołą socjalizmu miała być spółdzielczość. Wszystkie te dyletanckie pomysły zawiodły. I wtedy Lenin ogłosił Nową Politykę Ekonomiczną, rozkładając zbudowanie socjalizmu „na pokolenia... na dekady”. Jednocześnie przykręcił śrubę polityczną, zamykając mienszewików i socjalrewolucjonistów do więzień i likwidując resztki opozycyjnej prasy. NEP miał być pokojową koegzystencją znacjonalizowanego wielkiego przemysłu i drobnomieszczańskiego rolnictwa. Zapoczątkował okres stosunkowej stabilizacji i normalizacji stosunków, a zarazem wzmocnił chłopów średniaków. Był to jedyny okres pod rządami bolszewików, w którym chłopi rzeczywiście posiadali ziemię. Abramowicz twierdzi, że gdyby utrzymano dłużej NEP, Rosja rozwinęłaby się stopniowo w państwo demokratyczne, rządzone przez robotników, chłopów i inteligencję pracującą. Rozwój wydarzeń musiałby doprowadzić do likwidacji partii komunistycznej i jej monopolu rządzenia.
Nie doszło do tego. Kres NEP-owi położył Stalin. Abramowicz opisuje szczegółowo drogę do jedynowładztwa Stalina, „najwybitniejszej miernoty w partii bolszewickiej”, jak go nazwał Trocki. Drogę do władzy osobistej otwarły Stalinowi trzy czynniki: zgon Swierdłowa, ówczesnego sekretarza generalnego partii; skleroza Lenina; ciężkie błędy polityczne i taktyczne, popełnione przez Trockiego. Gdy Trocki w r. 1926 wystąpił z programem szybkiego uprzemysłowienia kraju, a w tym celu zmniejszenia konsumpcji wewnętrznej i odpowiedniego podniesienia stopy akumulacji – Stalin przejął jego postulaty, likwidując jednocześnie Trockiego i trockistowską opozycję. Koszty forsowanego uprzemysłowienia zapłacili częściowo robotnicy obniżką plac realnych, przede wszystkim jednak chłopi, którzy – jak dosłownie pisał główny teoretyk trockistów Preobrażeński – mieli stać się „wewnętrzną kolonią”, eksploatowaną przez rząd na rzecz uprzemysłowienia kraju. Istotnie, Stalin rzucił zboże zabrane z kołchozów na rynki zachodnie po cenach dumpingowych, by za uzyskane w ten sposób pieniądze nabywać maszyny dla przemysłu. Maszyny stały się wszystkim, człowiek niczym. Tworząc wielki przemysł, Stalin rujnował rolnictwo. Ten stan rzeczy, w którym rolnictwo płaci koszty uprzemysłowienia a kraj nie dojada, trwa po dzień dzisiejszy. Chruszczow go nie zmienił. Stąd też bierny opór chłopstwa trwający już 30 lat.
„Spirala totalitarna” Stalina podyktowana była koniecznością sterroryzowania chłopów zapędzanych do kołchozów i wywożonych milionami do łagrów oraz robotników, którym kazano pracować za zarobek, nie wystarczający na opędzenie kosztów najskromniejszej egzystencji. Abramowicz ukazuje narastanie „spirali”; procesy inżynierów o sabotaż; wielki proces mienszewików; łagry; podległy osobiście Stalinowi i zajmujący się likwidowaniem dygnitarzy sowieckich „sektor specjalny”; procesy pokazowe przeciw starym bolszewikom i sprawę Tuchaczewskiego. W roku 1937 wprowadził Stalin tortury fizyczne, zapoczątkowując „najdłuższą w historii noc św. Bartłomieja”. Na 18 zjeździe KPZR partia była już ciałem bez głosu i bez woli, Stalin mógł działać swobodnie. Konsekwencją tej swobody był pakt z Hitlerem – i o to chodziło Stalinowi.
Abramowicz wykazuje, jak Lenin na tle załamania się nadziei na przewrót komunistyczny w Niemczech postawił na współpracę z nacjonalizmem niemieckim przeciw państwom Zachodu. Do umowy w Rapallo nie przywiązuje Abramowicz zbyt wielkiej wagi, za to podkreśla ogromne znaczenie tajnej umowy wojskowej sowiecko-niemieckiej z dnia 23 lipca 1922. Los Stalina i los Hitlera związane z sobą były już od r. 1930. Propaganda komunistyczna mówiła, że „po Hitlerze przyjdziemy my”, ale Stalin nie był taki naiwny. Tajne układy z Niemcami z sierpnia i września 1939 były tylko logicznym zamknięciem kursu, zapoczątkowanego jeszcze przez Lenina w roku 1922. Rozbija też Abramowicz legendę, jakoby można było uniknąć II wojny światowej, doprowadzając do porozumienia Anglii, Francji i Sowietów. Powołując się na zdanie Leona Bluma, twierdzi Abramowicz, że wojnie mogła była zapobiec tylko łączna demarche Anglii, Francji i Polski w r. 1932 w Berlinie z ostrzeżeniem, iż rząd Hitlera stanowić by musiał casus belli, powód do wojny. Ale do takiego kroku państwa Zachodu nie były gotowe, nie byli do niego gotowi nawet socjaliści w zachodniej Europie. Od listopada 1937 kierunek marszu Hitlera był ustalony: przeciwko Polsce.
Jedną z najciekawszych kart w książce Abramowicza stanowi dokumentacja na temat mentalności bolszewików. Przytacza on rozmowę Piatakowa z Wolskim w Paryżu w 1928 r., w której Piatakow usprawiedliwiał zmianę swej postawy wobec polityki Stalina. Prawdziwy komunista – mówi Piatakow, a więc człowiek wychowany w partii i dostatecznie przejęty jej duchem, staje się swego rodzaju „człowiekiem cudownym”; zwykły człowiek nie potrafi uczciwie zmienić szybko swych poglądów, lecz komunista mocą wysiłku swej własnej woli potrafi uczciwie i na serio nazwać dziś białym to, co jeszcze wczoraj było dla niego czarne – i na odwrót.
Abramowicz przytacza też rozmowę Bucharina z Teodorem i Lidią Danami w Paryżu w r. 1935. W rozmowie tej Bucharin ział ogniem i siarką na Stalina. Na zapytanie, dlaczego on i inni czołowi komuniści na ślepo powierzyli swój los temu czartowi wcielonemu, odpowiedział Bucharin: „Wy nie rozumiecie, to wcale tak nie jest. Nie jemu dawaliśmy wiarę, lecz człowiekowi, któremu zaufała partia. Tak wypadło, że stał się on swoistym symbolem partii. Wierzą mu doły, robotnicy, lud; to być może nasza wina, ale stało się. Oto dlaczego my wszyscy wkładamy swe głowy w jego paszczę... wiedząc na pewno, że pewnego dnia nas połknie. On też to wie i tylko czeka na sposobną chwilę”. Na zapytanie, czemuż wobec tego powraca do Moskwy, odparł Bucharin: „Co, zostać tutaj? Stać się uchodźcą? O nie, nie mógłbym żyć tak jak wy, na obczyźnie... Nie, niech będzie co chce... A zresztą, być może nic nie nastąpi”. Stało się inaczej, w r. 1938 Bucharin został postawiony przed sądem i zgładzony.
Może najbardziej wstrząsającą jest relacja o przesłuchaniu Marka Mraczkowskiego, jednego z bohaterów bolszewickiej partyzantki z okresu wojny domowej. Przesłuchanie prowadził Słucki, niegdyś podkomendny Mraczkowskiego w partyzantce. Po 90 godzinach ni to przesłuchania ni rozmowy Mraczkowski dał się przekonać, że wobec groźnej sytuacji, w jakiej znalazła się partia, dla ocalenia rewolucji konieczne jest przyznanie się przez niego do nie popełnionych win. Mraczkowski wziął na siebie ten ciężar jako najwyższe poświęcenie dla sprawy komunizmu. W półtora roku później Słucki popełnił samobójstwo.
Największym walorem książki Abramowicza jest jego analiza ustroju sowieckiego. Przeczy on stanowczo, by to był socjalizm, albowiem w Rosji nie ma ni wolności ani równości, zaś socjalizm jest nie do pojęcia bez jednej i drugiej. Związkiem Sowieckim rządzi garstka ludzi mniejsza procentowo, niż ta, która rządziła Francją przedrewolucyjną lub Rosją carską. Związek Sowiecki jest dziś niezwykle dumny ze swych rakiet, pocisków balistycznych dalekiego zasięgu i bomb wodorowych. Lecz gdy twórcy socjalizmu wypracowywali jego podstawowe zasady i program, mieli na myśli wolność i szczęście ludzkie, a nie bronie masowej zagłady. Nikita Chruszczow widzi w sowieckich sukcesach technologicznych przejaw postępu kulturalnego. Lecz lata 1942-1945 widziały podobny „postęp”, gdy Niemcy hitlerowskie przegoniły wszystkie inne mocarstwa w produkcji czołgów, bombowców i pocisków rakietowych. Czyżby „zwycięski socjalizm” doprawdy nie potrafił rozwinąć lepszej formuły postępu ludzkości, jak tworzenie coraz to potężniejszych narzędzi zniszczenia?
Abramowicz odrzuca stanowczo pogląd, którego rzecznikiem niegdyś był socjalista Otto Bauer, jakoby ustrój sowiecki był socjalizmem – terrorystycznym, dyktatorskim, tym niemniej socjalizmem. Przechyla się natomiast na stronę socjalisty niemieckiego Rudolfa Hilferdinga, który wykazywał, iż ustrój sowiecki to ani socjalizm, ani kapitalizm, lecz nowa forma społeczna państwa totalitarnego, ta sama kategoria, do której zaliczyć należało Włochy Mussoliniego i Niemcy Hitlera. Nie jest to kapitalizm państwowy, bo nie zna mechanizmu wolnorynkowego, bez którego nie ma żadnej postaci kapitalizmu. Nie są to też rządy biurokracji, bo biurokracja sowiecka nie wydaje rozkazów, lecz sama odbiera rozkazy. Rządzi górna warstwa aparatu partyjnego, heterogeniczna grupa ludzi spośród inteligencji, drobnej burżuazji i chłopstwa, z małą domieszką robotników. Grupę tę jednoczy ideologia komunistyczna, wywodząca się rzekomo z Marksa i Engelsa, w rzeczywistości – z czysto rosyjskiego utopijnego terroryzmu i jakobinizmu.
Abramowicz nazywa ustrój sowiecki dyktaturą ideokratyczną, a warstwę rządzącą w Sowietach przyrównuje do warstwy kapłańskiej dawnego Egiptu, Asyrii lub Babilonu – autokratycznej i zbudowanej na kształt piramidy. Są to rządy kasty, która przywłaszczyła sobie prawo do rozporządzania – w miarę swego uznania – wszystkim: ziemią, zasobami gospodarczymi, przemysłem i środkami transportu; prawo do rozporządzania życiem i śmiercią każdego obywatela z osobna i całych grup społecznych; prawo do kierowania życiem duchowym narodu bez najmniejszego sprzeciwu.
Wszystko inne jest fikcją. Fikcją jest zasada, że rząd sowiecki jest rządem robotników, czy też robotników i chłopów. Fikcją jest dogmat, że w Rosji istnieje dyktatura proletariatu, tak jak Marks rozumiał to pojęcie. Fikcją jest powtarzane często twierdzenie, że fabryki należą do robotników a ziemia do chłopów. Konstytucja mogła przekazać fabryki robotnikom, ale każdy robotnik rosyjski wie z codziennego doświadczenia, że faktyczne prawo własności i rzeczywisty zarząd tych fabryk, jako też wszystkich innych środków produkcji i podziału, nie przysługuje klasie robotniczej. Nigdy jej nie pytano o zdanie i nie pozwalano jej brać czynnego udziału w zarządzaniu lub planowaniu przemysłu i rolnictwa. Wszystkie te uprawnienia wykonywane były i są w całości przez partię komunistyczną, której naród nigdy takich praw nie przekazał, ani też nie prosił jej o wzięcie na siebie takiej odpowiedzialności.
Ojcem duchowym tej ideologii był Lenin. On też był twórcą rzeczywistości państwa sowieckiego. Abramowicz wykazuje, jak niezmienne są fundamenty intelektualne komunizmu sowieckiego i jego linia przewodnia – wroga wszystkiemu, co jest prawdziwą demokracją, tj. wolnością, i wszystkiemu, co jest prawdziwym socjalizmem, tj. równością między ludźmi. Abramowicz przypomina, że wielki francuski trybun socjalizmu Jean Jaures, autor socjalistycznej historii Rewolucji Francuskiej, napisał niegdyś, iż wszystkie rewolucje w dziejach były barbarzyńskimi środkami osiągnięcia postępu, popchnięcia świata naprzód. Rewolucja angielska w 17 stuleciu i rewolucja francuska w 18 stuleciu nie stanowiły wyjątku w tej regule. Ale czy można rzec, że rosyjska lub chińska rewolucja komunistyczna są krokami na drodze postępu? Abramowicz daje na to zapytanie odpowiedź przeczącą. Nikt – pisze – kto żyć musiał w państwie totalitarnym i jest obznajomiony z jego sposobem funkcjonowania, nie uwierzy, że barbarzyństwo to przyczyni się kiedykolwiek do rozwoju kulturalnego lub dobrobytu ludzkości. „Albowiem rządy totalitarne są nie tyle antykapitalistyczne, co antyludzkie”.
Abramowicz nie daje żadnych wskazań na przyszłość. Jego książka nie uczy, jak postępować z Rosją. Uczy natomiast widzieć i rozumieć prawdę o Rosji sowieckiej. Jest to znakomita, bo może najgłębsza i najlepiej oddająca rzeczywistość książka spośród wszystkich dotychczas napisanych i ogłoszonych książek o tzw. Kraju Rad.
"Robotnik Polski” nr 2, 1963.
2010-08-03 16:48:28
Tak dantejskich scen w Warszawie z religią w tle dawno nie było. Osoby mieniące się "obrońcami krzyża" wygrali bitwę. Świecki charakter państwa prysł, jeśli w ogóle kiedykolwiek miał on miejsce.
Zdjęcia sprzed Pałacu z pewnością obiegną cały świat, utwierdzając tylko Zachód w tym, że jesteśmy zaściankowi, a Polska to kraj wyznaniowy, ulegający presji religijnych fanatyków. Jaka władza taka demokracja.
Przecierałem oczy ze zdumienia widząc młodych księży, obrzucanych obelgami i wyzwiskami przez tych, którzy uważają się za prawdziwych katolików i prawdziwych Polaków. Do tej pory uważałem, że kogo jak kogo, ale autorytet księdza powstrzyma ich od jakichkolwiek obelg, niestety, zawiodłem się. Ci ludzie, są odporni na wszelkie argumenty, jak więc rozwiązać problem krzyża?
Pomógłby z pewnością autorytet Kościoła, który milczy w tej sprawie. Tak łatwo przychodzi biskupom pouczanie i "wskazywanie drogi", szkoda, że w sytuacjach, gdzie jest w stanie rozładować atmosferę go nie ma. Mam nadzieję, że np abp Nycz zabierze głos w tej sprawie i uspokoi atmosferę.
Choć obawiam się, że tu nawet Papież mógłby zostać za masona...
Zastanawia mnie jedno- czy wyborcy lewicy, którzy zagłosowali za Jarosławem Kaczyńskim czują się z tym dobrze stając ramię w ramię z "obrońcami krzyża"? Kingo Dunin, idziesz z Jarkiem na kolacje? Smacznego!
Zdychaj Warszawo!Zdjęcia sprzed Pałacu z pewnością obiegną cały świat, utwierdzając tylko Zachód w tym, że jesteśmy zaściankowi, a Polska to kraj wyznaniowy, ulegający presji religijnych fanatyków. Jaka władza taka demokracja.
Przecierałem oczy ze zdumienia widząc młodych księży, obrzucanych obelgami i wyzwiskami przez tych, którzy uważają się za prawdziwych katolików i prawdziwych Polaków. Do tej pory uważałem, że kogo jak kogo, ale autorytet księdza powstrzyma ich od jakichkolwiek obelg, niestety, zawiodłem się. Ci ludzie, są odporni na wszelkie argumenty, jak więc rozwiązać problem krzyża?
Pomógłby z pewnością autorytet Kościoła, który milczy w tej sprawie. Tak łatwo przychodzi biskupom pouczanie i "wskazywanie drogi", szkoda, że w sytuacjach, gdzie jest w stanie rozładować atmosferę go nie ma. Mam nadzieję, że np abp Nycz zabierze głos w tej sprawie i uspokoi atmosferę.
Choć obawiam się, że tu nawet Papież mógłby zostać za masona...
Zastanawia mnie jedno- czy wyborcy lewicy, którzy zagłosowali za Jarosławem Kaczyńskim czują się z tym dobrze stając ramię w ramię z "obrońcami krzyża"? Kingo Dunin, idziesz z Jarkiem na kolacje? Smacznego!
2010-07-31 20:07:31
Już jutro będziemy emocjonować się niekwestionowanym bohaterstwem powstańców z jednej i głupotą dowódców AK z drugiej.

Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie wysłałby słabo a wręcz w ogóle uzbrojonych Warszawiaków na rzeź. Nikt tez nie odmawia im heroizmu i bohaterskiej postawy powstańców. Jednak głębszej analizy nad przyczynami i konsekwencjami wybuchy powstania ciągle brak. Są jednak wyjątki.
W ostatnim Przeglądzie prof. Jan Ciechanowski przytacza wstrząsające dane na temat uzbrojenia powstańców- " 7 ckm, 60 lkm, 1000 kb, 300 pm, 1700 pistoletów i 25 tys. granatów i 15 piatów. Prawie połowę broni strzeleckiej, jaką powstańcy posiadali, stanowiły pistolety, które jako broń krótka – osobista, w warunkach walk miejskich o umocnione gmachy, forty, barykady, nie miała znaczenia w natarciu pododdziałów".
Politycy i dyżurni dziennikarze będą się zachwycać już za chwilę całą tą otoczką, głupią śmiercią cywilów(którzy co warto pamiętać mieli ogromne pretensje do dowódców powstania), będą narzekać na Stalina, który "stał bezczynnie"(a kto powiedział, że musi popierać powstanie?) itd.
Dane są przerażające- 15,2 tys. zabitych żołnierzy,120-200 tys. zabitych cywilów,5 tys. zaginionych, 15 tys. wziętych do niewoli, ponad pół miliona Warszawiaków wygnano z ich miasta.
Jak wiemy gen. Anders bardzo krytycznie odnosił się do powstania, uważał jego rozpoczęcie za zbrodnie. Dla ochłodzenia głów co niektórym fanatykom przypomnę kilka rozsądnych cytatów odnośnie powstania i jego konsekwencji.
Gen. Władysław Anders: „Stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność”.
Prof. Wiesław Chrzanowski: „Wywołanie Powstanie jest karygodną zbrodnią, za którą ponoszą odpowiedzialność pewne polskie ośrodki. Tak te wypadki ocenia polskie społeczeństwo, tak wyglądają one w rzeczywistości. Winni muszą ponieść odpowiedzialność".
Władysław Pobóg-Malinowski: „Za decyzję porwania się do walki, która w warunkach chwili była bezsensem politycznym, a militarnie - szaleństwem wręcz zbrodniczym, zapłacono niewiarygodnie wysoką cenę”.
Prof. Marian Stępień: „Jak nazwać to, co robi się dzisiaj w rocznicę powstania warszawskiego? Zamiast głębokiej zadumy nad największą polską tragedią, zamiast przedstawienia jej w całej trudnej złożoności, bez niedomówień i przemilczeń, by młode pokolenie Polaków wyprowadzało właściwe wnioski z doświadczeń ich ojczyzny - dochodzi do nadużywania najszlachetniejszych uczuć patriotycznych dla doraźnej, cynicznej polityki. Jakich tu słów użyć spośród tych, którymi w cytowanych materiałach określano decyzję wywołania powstania”?
Oczywiście wszystkim kombatantom życzę dużo zdrowia i składam wyrazy szacunku za świadectwo jakie dali w sierpniu 1944 roku.
PiS żeruje na Smoleńsku
Nikt przecież przy zdrowych zmysłach nie wysłałby słabo a wręcz w ogóle uzbrojonych Warszawiaków na rzeź. Nikt tez nie odmawia im heroizmu i bohaterskiej postawy powstańców. Jednak głębszej analizy nad przyczynami i konsekwencjami wybuchy powstania ciągle brak. Są jednak wyjątki.
W ostatnim Przeglądzie prof. Jan Ciechanowski przytacza wstrząsające dane na temat uzbrojenia powstańców- " 7 ckm, 60 lkm, 1000 kb, 300 pm, 1700 pistoletów i 25 tys. granatów i 15 piatów. Prawie połowę broni strzeleckiej, jaką powstańcy posiadali, stanowiły pistolety, które jako broń krótka – osobista, w warunkach walk miejskich o umocnione gmachy, forty, barykady, nie miała znaczenia w natarciu pododdziałów".
Politycy i dyżurni dziennikarze będą się zachwycać już za chwilę całą tą otoczką, głupią śmiercią cywilów(którzy co warto pamiętać mieli ogromne pretensje do dowódców powstania), będą narzekać na Stalina, który "stał bezczynnie"(a kto powiedział, że musi popierać powstanie?) itd.
Dane są przerażające- 15,2 tys. zabitych żołnierzy,120-200 tys. zabitych cywilów,5 tys. zaginionych, 15 tys. wziętych do niewoli, ponad pół miliona Warszawiaków wygnano z ich miasta.
Jak wiemy gen. Anders bardzo krytycznie odnosił się do powstania, uważał jego rozpoczęcie za zbrodnie. Dla ochłodzenia głów co niektórym fanatykom przypomnę kilka rozsądnych cytatów odnośnie powstania i jego konsekwencji.
Gen. Władysław Anders: „Stolica pomimo bezprzykładnego w historii bohaterstwa z góry skazana jest na zagładę. Wywołanie powstania uważamy za ciężką zbrodnię i pytamy się, kto ponosi za to odpowiedzialność”.
Prof. Wiesław Chrzanowski: „Wywołanie Powstanie jest karygodną zbrodnią, za którą ponoszą odpowiedzialność pewne polskie ośrodki. Tak te wypadki ocenia polskie społeczeństwo, tak wyglądają one w rzeczywistości. Winni muszą ponieść odpowiedzialność".
Władysław Pobóg-Malinowski: „Za decyzję porwania się do walki, która w warunkach chwili była bezsensem politycznym, a militarnie - szaleństwem wręcz zbrodniczym, zapłacono niewiarygodnie wysoką cenę”.
Prof. Marian Stępień: „Jak nazwać to, co robi się dzisiaj w rocznicę powstania warszawskiego? Zamiast głębokiej zadumy nad największą polską tragedią, zamiast przedstawienia jej w całej trudnej złożoności, bez niedomówień i przemilczeń, by młode pokolenie Polaków wyprowadzało właściwe wnioski z doświadczeń ich ojczyzny - dochodzi do nadużywania najszlachetniejszych uczuć patriotycznych dla doraźnej, cynicznej polityki. Jakich tu słów użyć spośród tych, którymi w cytowanych materiałach określano decyzję wywołania powstania”?
Oczywiście wszystkim kombatantom życzę dużo zdrowia i składam wyrazy szacunku za świadectwo jakie dali w sierpniu 1944 roku.
2010-07-26 19:13:40
Żenujący spektakl rozpętany przez posłów PiS, którzy sami chcą wyjaśnić przyczyny katastrofy w Smoleńsku rozpętał się na dobre. Nad grobami ofiar politycy PiS-u zaczęli dzielić bliskich i krewnych ofiar na tych, którzy wierzą w spisek i insynuację i resztę, którzy wierzą "Ruskim". Im nie wystarczy śledztwo prowadzone przez prokuraturę. Prawda wg. nich jest jedna i jest po ich stronie.
Zaczęło się na posiedzeniu utworzonego przez PiS zespołu ds. katastrofy smoleńskiej. Zaproszeni zostali oczywiście wybrani, ci, którzy wierzą Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego obozowi.
Na pierwszym posiedzeniu stawili się: Magdalena Merta(pracownik IPN)- wdowa po wiceministrze kultury, Andrzej Melak- brat szefa Komitetu Katyńskiego oraz Jerzy Mamontowicz i Irena Kazimierczuk- bliscy Bożeny Łojek, założycielki Federacji Rodzin Katyńskich.
Najbardziej wstrząsające wypowiedzi można było usłyszeć z ust Andrzeja Melaka, który stwierdził min: " Śledząc przez kilkanaście śledztwo w sprawie katyńskiej, zauważam analogię do śledztwa w sprawie samolotu. Jak można zezwolić, żeby najważniejsze śledztwo w dziejach Polski oddać w ręce Rosjan?" Dodał, że każdy kto widział "Katyń" Andrzeja Wajdy, pamięta, że tam został zastrzelony jeden oficer, drugi, dziesiąty, setny. Potem wrzucono ich do dołu. Przyjechał spychacz i było po sprawie. - Tak samo zostało wykonane w Smoleńsku. 10 maja spychacz równał wszystko. Sprawa jest zaklepana - mówił Melak.
Jak można porównywać mordy na oficerach do katastrofy lotniczej? Ból i rozpacz jest zrozumiały, ale nie traćmy zdrowego rozsądku.
Zupełnie inaczej sprawę widzą inni krewni- Ewa Komorowska- wdowa po Stanisławie Komorowskim, wiceszefie MON oraz Izabela Sariusz-Skąpska, córka Andrzeja Sariusz-Skąpskiego, prezesa Federacji Rodzin Katyńskich.
Obie panie kategorycznie nie zgadzają się z pracami posłów PiS i ich tokiem myślenia- "Kiedy wypowiadają się posłowie PiS-u, po mnie przejeżdża walec"- stwierdziła Ewa Komorowska, która nie miała żadnych zastrzeżeń do pracy śledczych, jak powiedziała, jej synowie, którzy pojechali zidentyfikować ciało męża, byli zadowoleni z działań Rosjan. Nie zgadza się z Jarosławem Kaczyńskim i Antonim Macierewiczem, którzy katastrofę nazwali "zbrodnią"- " W tej chwili się nie godzę, bo niczego nie wiemy. Jeśli kiedyś bym się zgodziła, to najpierw musiałabym poznać powód, a potem dowód. To był straszny tragiczny wypadek".
Jeszcze ostrzej o pracach posłów PiS wypowiedziała się Izabela Sariusz-Skąpska- " Ja, ani nikt z moich bliskich Antoniemu Macierewiczowi nie dawał mandatu, by mówić w naszym imieniu", dodając, że " 10 kwietnia 2010 roku nie było żadnego, drugiego Katynia".
Podobnie jak Ewa Komorowska wierzy ona w działanie prokuratury- " Żyję w państwie prawa i wierzę w struktury, które pozwolą w drodze normalnych, państwowych procedur wyjaśnić przyczyny tragedii".
Widać już dziś zupełnie jasno, że tragedia w Smoleńsku znajdzie się na sztandarach PiS, a politycy tej partii bez żadnych krępacji będą starać się zawłaszczać tę tragedię do swoich partykularnych interesów.
Osobiście dodam, że mam pretensję do premiera, który obiecał publicznie, że będzie informował Polaków na bieżąco o wynikach śledztwa. Do dziś nie spełnił obietnicy, dając pożywkę Pospieszalskim, Sakiewiczom i innym.
Szkoda, że nawet tragedia nie może nas połączyć.
Rusek prawdy nie powie!Zaczęło się na posiedzeniu utworzonego przez PiS zespołu ds. katastrofy smoleńskiej. Zaproszeni zostali oczywiście wybrani, ci, którzy wierzą Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego obozowi.
Na pierwszym posiedzeniu stawili się: Magdalena Merta(pracownik IPN)- wdowa po wiceministrze kultury, Andrzej Melak- brat szefa Komitetu Katyńskiego oraz Jerzy Mamontowicz i Irena Kazimierczuk- bliscy Bożeny Łojek, założycielki Federacji Rodzin Katyńskich.
Najbardziej wstrząsające wypowiedzi można było usłyszeć z ust Andrzeja Melaka, który stwierdził min: " Śledząc przez kilkanaście śledztwo w sprawie katyńskiej, zauważam analogię do śledztwa w sprawie samolotu. Jak można zezwolić, żeby najważniejsze śledztwo w dziejach Polski oddać w ręce Rosjan?" Dodał, że każdy kto widział "Katyń" Andrzeja Wajdy, pamięta, że tam został zastrzelony jeden oficer, drugi, dziesiąty, setny. Potem wrzucono ich do dołu. Przyjechał spychacz i było po sprawie. - Tak samo zostało wykonane w Smoleńsku. 10 maja spychacz równał wszystko. Sprawa jest zaklepana - mówił Melak.
Jak można porównywać mordy na oficerach do katastrofy lotniczej? Ból i rozpacz jest zrozumiały, ale nie traćmy zdrowego rozsądku.
Zupełnie inaczej sprawę widzą inni krewni- Ewa Komorowska- wdowa po Stanisławie Komorowskim, wiceszefie MON oraz Izabela Sariusz-Skąpska, córka Andrzeja Sariusz-Skąpskiego, prezesa Federacji Rodzin Katyńskich.
Obie panie kategorycznie nie zgadzają się z pracami posłów PiS i ich tokiem myślenia- "Kiedy wypowiadają się posłowie PiS-u, po mnie przejeżdża walec"- stwierdziła Ewa Komorowska, która nie miała żadnych zastrzeżeń do pracy śledczych, jak powiedziała, jej synowie, którzy pojechali zidentyfikować ciało męża, byli zadowoleni z działań Rosjan. Nie zgadza się z Jarosławem Kaczyńskim i Antonim Macierewiczem, którzy katastrofę nazwali "zbrodnią"- " W tej chwili się nie godzę, bo niczego nie wiemy. Jeśli kiedyś bym się zgodziła, to najpierw musiałabym poznać powód, a potem dowód. To był straszny tragiczny wypadek".
Jeszcze ostrzej o pracach posłów PiS wypowiedziała się Izabela Sariusz-Skąpska- " Ja, ani nikt z moich bliskich Antoniemu Macierewiczowi nie dawał mandatu, by mówić w naszym imieniu", dodając, że " 10 kwietnia 2010 roku nie było żadnego, drugiego Katynia".
Podobnie jak Ewa Komorowska wierzy ona w działanie prokuratury- " Żyję w państwie prawa i wierzę w struktury, które pozwolą w drodze normalnych, państwowych procedur wyjaśnić przyczyny tragedii".
Widać już dziś zupełnie jasno, że tragedia w Smoleńsku znajdzie się na sztandarach PiS, a politycy tej partii bez żadnych krępacji będą starać się zawłaszczać tę tragedię do swoich partykularnych interesów.
Osobiście dodam, że mam pretensję do premiera, który obiecał publicznie, że będzie informował Polaków na bieżąco o wynikach śledztwa. Do dziś nie spełnił obietnicy, dając pożywkę Pospieszalskim, Sakiewiczom i innym.
Szkoda, że nawet tragedia nie może nas połączyć.
2010-07-20 14:40:44
Takie właśnie hasło powinno przyświecać Jarosławowi Kaczyńskiemu i jego partii. Żaden koniec wojny polsko-polskiej, żadnej ręki do zgody. Po wyborach prezydenckich Jarosław Kaczyński i jego giermkowie obudzili się z głębokiego snu , przypominając sobie dlaczego znaleźli się w polityce- szczuć, insynuować i szukać wrogów to ich tlen bez którego żyć się nie da.
Ten kto uwierzył w "cudowna" przemianę prezesa musi teraz przecierać oczy ze zdumienia. W sposób zdecydowany PiS zaczął teraz ofensywę pt. " Smoleńsk- nasz przystanek na drodze do zwycięstwa". Wszystko właśnie zmierza w tym kierunku. Powstała nawet specjalna komisja złożona z posłów PiS, która z pewnością "rzetelnie zbada" cała sprawę z Macierewiczem na czele satysfakcją gwarantowana- elektorat radiomaryjny wznosi ręce ku górze z zachwytu.
Reakcja prezesa na wiadomość o katastrofie była następująca- " To jest wynik waszej zbrodniczej polityki – nie kupiliście nowych samolotów". Jak zwykle cała świat jest winny, jakby premier Tusk latał innym samolotem. Nikt nie zadał mu jednak pytania, dlaczego "znakomity" rząd PiS sam nie zakupił nowoczesnych maszyn...
W wywiadzie dla Gazety Polskiej Jarosław Kaczyński dodaje- "Ustalenie osób odpowiedzialnych politycznie za katastrofę smoleńską nie wymaga śledztwa. Ale to trzeba powiedzieć w odpowiednim momencie tak, by usłyszała o tym cała Polska i cały świat".
Polowania czas zacząć!
Argumenty posłów i posłanek PiS-u budzą mój sprzeciw. Jak można nazwać katastrofę lotniczą zbrodnią bądź zamachem? Czy prezydent Kaczyński poległ "śmiercią męczeńską"? Jak można było- słuchając posła Brudzińskiego- obściskiwać się z Putinem, kiedy ciało prezydenta leżało w błocie w ruskiej trumnie? Przecież rząd prowadził " zbrodniczą politykę". Końca spekulacji nie widać.
Znając Jarosława Kaczyńskiego możemy spodziewać się, że to dopiero początek politycznej nawalanki nad grobami ofiar katastrofy...
Pożegnanie z Afryką- MUNDIAL 2010 za nami...Ten kto uwierzył w "cudowna" przemianę prezesa musi teraz przecierać oczy ze zdumienia. W sposób zdecydowany PiS zaczął teraz ofensywę pt. " Smoleńsk- nasz przystanek na drodze do zwycięstwa". Wszystko właśnie zmierza w tym kierunku. Powstała nawet specjalna komisja złożona z posłów PiS, która z pewnością "rzetelnie zbada" cała sprawę z Macierewiczem na czele satysfakcją gwarantowana- elektorat radiomaryjny wznosi ręce ku górze z zachwytu.
Reakcja prezesa na wiadomość o katastrofie była następująca- " To jest wynik waszej zbrodniczej polityki – nie kupiliście nowych samolotów". Jak zwykle cała świat jest winny, jakby premier Tusk latał innym samolotem. Nikt nie zadał mu jednak pytania, dlaczego "znakomity" rząd PiS sam nie zakupił nowoczesnych maszyn...
W wywiadzie dla Gazety Polskiej Jarosław Kaczyński dodaje- "Ustalenie osób odpowiedzialnych politycznie za katastrofę smoleńską nie wymaga śledztwa. Ale to trzeba powiedzieć w odpowiednim momencie tak, by usłyszała o tym cała Polska i cały świat".
Polowania czas zacząć!
Argumenty posłów i posłanek PiS-u budzą mój sprzeciw. Jak można nazwać katastrofę lotniczą zbrodnią bądź zamachem? Czy prezydent Kaczyński poległ "śmiercią męczeńską"? Jak można było- słuchając posła Brudzińskiego- obściskiwać się z Putinem, kiedy ciało prezydenta leżało w błocie w ruskiej trumnie? Przecież rząd prowadził " zbrodniczą politykę". Końca spekulacji nie widać.
Znając Jarosława Kaczyńskiego możemy spodziewać się, że to dopiero początek politycznej nawalanki nad grobami ofiar katastrofy...
2010-07-13 12:07:42
Mundial już na nami- podium bardzo europejskie, co trochę powinno dziwić, ale co cieszy. Zmierzch potęg z naszego kontynentu jeszcze długo nie nastąpi.
Finał powiem szczerze był mało widowiskowy, żałuję tylko, że Robben zmarnował sytuację sam na sam z bramkarzem...Ale bądźmy obiektywni- Hiszpanie na mistrzostwo świata zasłużyli jak mało kto, pozytywnym sygnałem jest również to, że najlepszym zawodnikiem Mundialu został Diego Forlan, wielki zawodnik...
Kto zawiódł najbardziej? Oczywiście Italia i Francja. Kibicuje Italii już od 10 lat i takiej katastrofy się nie spodziewałem...ale może to dobrze? Zimny prysznic się przyda wypalonym nieco piłkarzom, którzy w futbolu osiągnęli już wszystko?
Zaskoczyli mimo wszystko Słowacy, którzy grając po raz pierwszy na MŚ wyszli z grupy pokonując obrońców tytułu 3:2, a Robert Vittek okazał się być snajperem najwyższej klasy. Spodobała mi się rep. Ghany, przed nimi wielka przyszłość- a gdyby nie ten karny z Urugwajem...
Z dobrej strony zaprezentował się przede wszystkim Urugwaj, którego można wychwalać bez przerwy a i tak będzie mało. Fantastyczny zespół!
Słabiutko zaprezentowała się Portugalia, wynik 7:0 z Koreą Płn. mógł robić wrażenie, ale poza tym nic wielkiego Ronaldo i jego koledzy nie pokazali, zresztą ona sam też zawiódł na całej linii, cienias jednym słowem:)
Jaki był ten Mundial? Zaskakujący to na pewno, pełen niespodzianek i wpadek najlepszych. Ciesze się ogromnie, że nie było tam naszych nie lotów, przygrywając dwa pierwsze mecze i wygrywając(bądź remisując) mecz o nic znów pluł bym sobie w brodę...
A Wam jak się podobały te MŚ?
Viva Espana!Finał powiem szczerze był mało widowiskowy, żałuję tylko, że Robben zmarnował sytuację sam na sam z bramkarzem...Ale bądźmy obiektywni- Hiszpanie na mistrzostwo świata zasłużyli jak mało kto, pozytywnym sygnałem jest również to, że najlepszym zawodnikiem Mundialu został Diego Forlan, wielki zawodnik...
Kto zawiódł najbardziej? Oczywiście Italia i Francja. Kibicuje Italii już od 10 lat i takiej katastrofy się nie spodziewałem...ale może to dobrze? Zimny prysznic się przyda wypalonym nieco piłkarzom, którzy w futbolu osiągnęli już wszystko?
Zaskoczyli mimo wszystko Słowacy, którzy grając po raz pierwszy na MŚ wyszli z grupy pokonując obrońców tytułu 3:2, a Robert Vittek okazał się być snajperem najwyższej klasy. Spodobała mi się rep. Ghany, przed nimi wielka przyszłość- a gdyby nie ten karny z Urugwajem...
Z dobrej strony zaprezentował się przede wszystkim Urugwaj, którego można wychwalać bez przerwy a i tak będzie mało. Fantastyczny zespół!
Słabiutko zaprezentowała się Portugalia, wynik 7:0 z Koreą Płn. mógł robić wrażenie, ale poza tym nic wielkiego Ronaldo i jego koledzy nie pokazali, zresztą ona sam też zawiódł na całej linii, cienias jednym słowem:)
Jaki był ten Mundial? Zaskakujący to na pewno, pełen niespodzianek i wpadek najlepszych. Ciesze się ogromnie, że nie było tam naszych nie lotów, przygrywając dwa pierwsze mecze i wygrywając(bądź remisując) mecz o nic znów pluł bym sobie w brodę...
A Wam jak się podobały te MŚ?
2010-07-08 09:44:43
Sen Niemców wreszcie się skończył. Ten czołg powstrzymała znakomita wreszcie Hiszpania. Niemcy jakby przygaszeni, nie nadążali za szybkimi Hiszpanami. Nie istniał Poldi, Klose widoczny był brał Müllera. Przyznam, że kciuki trzymałem właśnie za Hiszpanów i ogromnie cieszy mnie porażka Niemców.
Do tego meczu to Niemcy grali pięknie i skutecznie, a Hiszpanie nie przypominali ekipy z 2008 roku. Jednak, gdy stanęli na przeciwko lepszej drużyny udowodnili, że mogą rozjechać świetnych Niemców. Gol Puyola i skończył się sen naszych zachodnich sąsiadów. W końcu!
W finale oczywiście będę pomarańczowy i wraz z Holendrami będę w tym kraju mocno kibicował Oranje! Mam nadzieję, że Wy też:-)
Wygrał KaczyńskiDo tego meczu to Niemcy grali pięknie i skutecznie, a Hiszpanie nie przypominali ekipy z 2008 roku. Jednak, gdy stanęli na przeciwko lepszej drużyny udowodnili, że mogą rozjechać świetnych Niemców. Gol Puyola i skończył się sen naszych zachodnich sąsiadów. W końcu!
W finale oczywiście będę pomarańczowy i wraz z Holendrami będę w tym kraju mocno kibicował Oranje! Mam nadzieję, że Wy też:-)
2010-07-05 11:40:09
Mimo, że nowym prezydentem zostanie Bronisław Komorowski zwycięzcą tych wyborów został Jarosław Kaczyński.
Tak mała przewaga oznacza z pewnością dalszą polaryzację i dwubiegunowość w polityce, ale przede wszystkim utratę przez PO argumentu w postaci blokowania przez "nieodpowiedzialnego" prezydenta pakietu ustaw przegotowywanych przez rząd PO, a obietnic wygłaszanych przez Komorowskiego w czasie kampanii było co nie miara.
Donald Tusk ma więc problem, gdyż to on będzie musiał spłacać ten wyborczy dług Komorowskiego. A już we wrześniu rząd zdecyduje jak będzie wyglądał nowy budżet na 2011 rok i okazać się może, że dalsze zaciskanie pasa będzie koniecznością i obietnice wyborcze prysną jak bańka mydlana.
I tu pojawia się szansa dla Jarosława Kaczyńskiego, który mając za sobą 8 milionów Polaków będzie mógł skutecznie przedstawiać się wyborcom jako skuteczny recenzent rządu i jedyna nadzieja na powstrzymanie Tuska i jego ekipy. A, że PiS odzyskał w tej kampanii zdolność koalicyjną- może rządzić zarówno z PSL jak i SLD- to ból głowy PO staje się jeszcze większy.
W pierwszym słowach Jarosław Kaczyński podziękował słynnemu ruchowi 10 kwietnia, bez którego jak sam przyznał "nie byłoby go tutaj"- w domyśle dziękował TYP, Pospieszalskiemu i Solidarnym 2010. Jeśli prezes utrzyma retorykę wyborczą, może okazać się, że za rok będzie jeszcze silniejszy, a wręcz będzie mógł świętować zwycięstwo.
Jaka więc będzie prezydentura Komorowskiego? Trudno sobie wyobrazić, żeby mógł zrobić coś bez porozumienia z Tuskiem, choć lekkim zaskoczeniem było, że w pierwszych słowach nie zwrócił się do premiera dziękując mu za wsparcie.
Czy jego prezydentura będzie tylko dekoracyjna, gdzie pierwszoplanową rolę będą odgrywały dywany i żyrandole zależy od niego samego. Pozwólmy PO cieszyć się sukcesem, który jest jednocześnie sporym bólem głowy.
Słaba Argentyna, wielkie NiemcyTak mała przewaga oznacza z pewnością dalszą polaryzację i dwubiegunowość w polityce, ale przede wszystkim utratę przez PO argumentu w postaci blokowania przez "nieodpowiedzialnego" prezydenta pakietu ustaw przegotowywanych przez rząd PO, a obietnic wygłaszanych przez Komorowskiego w czasie kampanii było co nie miara.
Donald Tusk ma więc problem, gdyż to on będzie musiał spłacać ten wyborczy dług Komorowskiego. A już we wrześniu rząd zdecyduje jak będzie wyglądał nowy budżet na 2011 rok i okazać się może, że dalsze zaciskanie pasa będzie koniecznością i obietnice wyborcze prysną jak bańka mydlana.
I tu pojawia się szansa dla Jarosława Kaczyńskiego, który mając za sobą 8 milionów Polaków będzie mógł skutecznie przedstawiać się wyborcom jako skuteczny recenzent rządu i jedyna nadzieja na powstrzymanie Tuska i jego ekipy. A, że PiS odzyskał w tej kampanii zdolność koalicyjną- może rządzić zarówno z PSL jak i SLD- to ból głowy PO staje się jeszcze większy.
W pierwszym słowach Jarosław Kaczyński podziękował słynnemu ruchowi 10 kwietnia, bez którego jak sam przyznał "nie byłoby go tutaj"- w domyśle dziękował TYP, Pospieszalskiemu i Solidarnym 2010. Jeśli prezes utrzyma retorykę wyborczą, może okazać się, że za rok będzie jeszcze silniejszy, a wręcz będzie mógł świętować zwycięstwo.
Jaka więc będzie prezydentura Komorowskiego? Trudno sobie wyobrazić, żeby mógł zrobić coś bez porozumienia z Tuskiem, choć lekkim zaskoczeniem było, że w pierwszych słowach nie zwrócił się do premiera dziękując mu za wsparcie.
Czy jego prezydentura będzie tylko dekoracyjna, gdzie pierwszoplanową rolę będą odgrywały dywany i żyrandole zależy od niego samego. Pozwólmy PO cieszyć się sukcesem, który jest jednocześnie sporym bólem głowy.
2010-07-03 20:15:35
Ekipa Loewa robi furorę. Niemcy pod jego wodzą grali nie tylko skutecznie, ale także z polotem i pięknie dla oka, aż chce się oglądać taki futbol. Szkoda trochę Argentyny, choć zawiedli kompletnie w tym spotkaniu. Kto więc powstrzyma Niemcy?
Chyba tylko Oranje! Jako były emigrant z tego kraju wiem jakie mogą być podteksty przed meczem z Niemcami! Trudno sobie bowiem wyobrazić, żeby Hiszpania odpadła z Paragwajem, a typuję właśnie finał Holandia-Niemcy. Innego na dziś być po prostu nie może.
Jestem pod ogromnym wrażeniem gry Niemców. strzelić po 4 bramki Anglii i Argentyny na MŚ to nie lada wyczyn, a dokładając tyle samo goli Australii widzimy obraz perfekcjonizmu Niemców. Są po prostu fenomenalni! Muller, Klose, Podolski czy Ozil to wielka siła tego zespołu, którą mogą powstrzymać chyba tylko oni sami, wiadomo bowiem, że kiedyś musi przyjść słabszy dzień, liczę, że będzie to w finale z Holandią.
Jak dobrze pójdzie finał MŚ obejrzę właśnie w Holandii. Pozdrowienia!
Przed nami ćwierćfinałyChyba tylko Oranje! Jako były emigrant z tego kraju wiem jakie mogą być podteksty przed meczem z Niemcami! Trudno sobie bowiem wyobrazić, żeby Hiszpania odpadła z Paragwajem, a typuję właśnie finał Holandia-Niemcy. Innego na dziś być po prostu nie może.
Jestem pod ogromnym wrażeniem gry Niemców. strzelić po 4 bramki Anglii i Argentyny na MŚ to nie lada wyczyn, a dokładając tyle samo goli Australii widzimy obraz perfekcjonizmu Niemców. Są po prostu fenomenalni! Muller, Klose, Podolski czy Ozil to wielka siła tego zespołu, którą mogą powstrzymać chyba tylko oni sami, wiadomo bowiem, że kiedyś musi przyjść słabszy dzień, liczę, że będzie to w finale z Holandią.
Jak dobrze pójdzie finał MŚ obejrzę właśnie w Holandii. Pozdrowienia!
2010-07-01 15:36:20
Faza pucharowa MŚ jest chyba najciekawsza. Nie ma tu kombinatorstwa, które można spotkać w rozgrywkach grupowych, można więc spodziewać się ciekawych widowisk, a kilka z nich zapowiada się arcyciekawie.
Tak np. mecz Holandia-Brazylia to święto futbolu, choć obie ekipy nie zachwycają efektownością pokazują siłę w efektywności. Wracający do sił Arjen Robben może skutecznie pokrzyżować plany ekipie Dungi. Spodziewam się fantastycznego widowiska, podobnego do tego jakie miało miejsce w 1998 roku we Francji, kiedy to w półfinale po rzutach karnych wygrali Brazylijczycy.
Podobne oczekiwania mam do meczu Niemcy-Argentyna, mam nadzieję, że Argentyńczycy skutecznie zrewanżują się za porażkę na ostatnich MŚ, gdy przegrali po karnych. ale jak powstrzymać Niemców? Grają fantastycznie i co ważne skutecznie. Bezie to z pewnością wyrównane spotkanie. Typuję jednak triumf Niemców...
I co ważne na koniec! W tych MŚ po odpadnięciu Włochów największą sympatię żywię do gry Ghany. Oby tylko rozjechała Urugwaj:-)
Komorowski czy Kaczyński?Tak np. mecz Holandia-Brazylia to święto futbolu, choć obie ekipy nie zachwycają efektownością pokazują siłę w efektywności. Wracający do sił Arjen Robben może skutecznie pokrzyżować plany ekipie Dungi. Spodziewam się fantastycznego widowiska, podobnego do tego jakie miało miejsce w 1998 roku we Francji, kiedy to w półfinale po rzutach karnych wygrali Brazylijczycy.
Podobne oczekiwania mam do meczu Niemcy-Argentyna, mam nadzieję, że Argentyńczycy skutecznie zrewanżują się za porażkę na ostatnich MŚ, gdy przegrali po karnych. ale jak powstrzymać Niemców? Grają fantastycznie i co ważne skutecznie. Bezie to z pewnością wyrównane spotkanie. Typuję jednak triumf Niemców...
I co ważne na koniec! W tych MŚ po odpadnięciu Włochów największą sympatię żywię do gry Ghany. Oby tylko rozjechała Urugwaj:-)
2010-06-26 10:31:18
Wizerunkowa zmiana Jarosława Kaczyńskiego przekroczyła kolejne granice. Najpierw z drapieżnego wilka przeistoczył się w owieczkę i przyjaciół Moskali a obecnie stara się udowodnić wszem i wobec, że jest lewicowcem z krwi i kości. Czy jak mówił Jacek Kurski, głupi naród to kupi?

Prawdopodobnie tak jeśli spojrzymy na wyborczy sukces Jarosława Kaczyńskiego i jego sztabu wyborczego. Wizerunkowa przemiana dała pozytywne rezultaty w postaci 35,8% głosów, w wyniku czego dystans do Bronisława Kaczyńskiego zbliżył się jedynie do 6%. Wcześniej sondaże dawały kandydatowi PO kilkunastoprocentową przewagę, która topniała z dnia na dzień.
Obecna taktyka jaką prowadzi były premier zaskakuje wszystkich. Pokazuje sie ona jako wielki przyjaciel lewicy, człowiek wrażliwy społecznie, który nie zna już słowa "postkomunizm", znalazł nowe- lewica. Czy człowiek, który z dnia na dzień przeistacza się tak ideowo ma cokolwiek wspólnego z konsekwencją w polityce? Przecież te same środowisko do którego on jak i Bronisław Komorowski wysyła przyjazne sygnały- jeszcze nie dawno nazywał "organizacją przestępczą", chciał delegalizować partię z Rozbrat, a socjalizm nazwał "ustrojem dla hołoty". Dorzucając do tego nagonkę CBA na Barbarę Blidę, która doprowadziła do jej samobójstwa, czy mimo to lewicowi wyborcy będą w stanie poprzeć w II turze kandydata PiS na prezydenta? Z pewnością dużo zależy od tego w jakim stopniu sztab PiS poprowadzi ostatnie dni kampanii wyborczej, na pewno będzie chciał podkreślać swoje ujęcie się za słabszymi, czy hit tej kampanii służba zdrowia. Jarosław Kaczyński będzie na każdym kroku podkreślał i straszył Polaków prywatyzacją jaką ma zgotować nam Bronisław Komorowski. Pomijam już to, że to nie ta kampania, ale spoglądając na program prof. Zbigniewa Religi to niczym zasadniczo nie różnił się od pomysłów PO, sam były minister zdrowia w rządzie PiS prywatyzacji nie wykluczał, mimo to PiS wciąż uchodzi jako obrońca przed liberalnymi rozwiązaniami PO.
Może odrzucać konserwatyzm oby kandydatów, ich zaściankowość, klerykalizm i zasadniczy brak różnic programowych. Ich środowiska podzieliły się ze względu nie na zasadnicze różnice programowe, zadecydowały tu polityczne ambicje liderów, które po dzień dzisiejszy pokutują i polaryzują scenę polityczną. Kogo więc jeszcze jest w stanie przygarnąć do siebie Jarosław Kaczyński? Czekam, aż zjawi się na paradzie środowisk LGBT, bądź chociaż zmieni się język nienawiści jego politycznego środowiska(który obecny jest również w PO). Jedyny plus po stronie Kaczyńskiego to umiłowanie do zwierząt- wiadomo ma kota, dokarmia kaczki, a tymczasem wąsaty kandydat PO jeszcze do niedawna z uśmiechem na twarzy zabijał bezbronne zwierzęta.
Wybór jest jak między dżumą a cholerą, bądź jak stwierdził poseł Lewicy Wacław Martyniuk między "o matko boska" a "o Jezus Maria". Bardziej odpychający jest jednak Jarosław Kaczyński . Mam więc nadzieję, że nie zostanie on następcą swojego brata. Choć skreślenie ich obu uważam za również rozsądne rozwiązanie.
Adieu, Le Bleus
Prawdopodobnie tak jeśli spojrzymy na wyborczy sukces Jarosława Kaczyńskiego i jego sztabu wyborczego. Wizerunkowa przemiana dała pozytywne rezultaty w postaci 35,8% głosów, w wyniku czego dystans do Bronisława Kaczyńskiego zbliżył się jedynie do 6%. Wcześniej sondaże dawały kandydatowi PO kilkunastoprocentową przewagę, która topniała z dnia na dzień.
Obecna taktyka jaką prowadzi były premier zaskakuje wszystkich. Pokazuje sie ona jako wielki przyjaciel lewicy, człowiek wrażliwy społecznie, który nie zna już słowa "postkomunizm", znalazł nowe- lewica. Czy człowiek, który z dnia na dzień przeistacza się tak ideowo ma cokolwiek wspólnego z konsekwencją w polityce? Przecież te same środowisko do którego on jak i Bronisław Komorowski wysyła przyjazne sygnały- jeszcze nie dawno nazywał "organizacją przestępczą", chciał delegalizować partię z Rozbrat, a socjalizm nazwał "ustrojem dla hołoty". Dorzucając do tego nagonkę CBA na Barbarę Blidę, która doprowadziła do jej samobójstwa, czy mimo to lewicowi wyborcy będą w stanie poprzeć w II turze kandydata PiS na prezydenta? Z pewnością dużo zależy od tego w jakim stopniu sztab PiS poprowadzi ostatnie dni kampanii wyborczej, na pewno będzie chciał podkreślać swoje ujęcie się za słabszymi, czy hit tej kampanii służba zdrowia. Jarosław Kaczyński będzie na każdym kroku podkreślał i straszył Polaków prywatyzacją jaką ma zgotować nam Bronisław Komorowski. Pomijam już to, że to nie ta kampania, ale spoglądając na program prof. Zbigniewa Religi to niczym zasadniczo nie różnił się od pomysłów PO, sam były minister zdrowia w rządzie PiS prywatyzacji nie wykluczał, mimo to PiS wciąż uchodzi jako obrońca przed liberalnymi rozwiązaniami PO.
Może odrzucać konserwatyzm oby kandydatów, ich zaściankowość, klerykalizm i zasadniczy brak różnic programowych. Ich środowiska podzieliły się ze względu nie na zasadnicze różnice programowe, zadecydowały tu polityczne ambicje liderów, które po dzień dzisiejszy pokutują i polaryzują scenę polityczną. Kogo więc jeszcze jest w stanie przygarnąć do siebie Jarosław Kaczyński? Czekam, aż zjawi się na paradzie środowisk LGBT, bądź chociaż zmieni się język nienawiści jego politycznego środowiska(który obecny jest również w PO). Jedyny plus po stronie Kaczyńskiego to umiłowanie do zwierząt- wiadomo ma kota, dokarmia kaczki, a tymczasem wąsaty kandydat PO jeszcze do niedawna z uśmiechem na twarzy zabijał bezbronne zwierzęta.
Wybór jest jak między dżumą a cholerą, bądź jak stwierdził poseł Lewicy Wacław Martyniuk między "o matko boska" a "o Jezus Maria". Bardziej odpychający jest jednak Jarosław Kaczyński . Mam więc nadzieję, że nie zostanie on następcą swojego brata. Choć skreślenie ich obu uważam za również rozsądne rozwiązanie.
2010-06-23 09:07:18
Tak słabo grającej Francji dawno nie widziałem. Przypomniał mi się tu mecz Słowenia-Polska, który przegraliśmy 0:3, po kompromitującym spotkaniu.
Ale oczekiwania nad Sekwaną z pewnością były większe. Aktualni wciąż wicemistrzowie świata nie zdołali nawet wygrać jednego spotkania- podobnie chyba było na MŚ w Japonii i Korei Płd w 2002 roku. Konflikt w drużynie, nad którą nie potrafił zapanować Domenech był jedną z głównych przyczyn ich blamaży, bo w piłkę przecież potrafią grać nadal świetnie.
Ale może futbol też jest trochę sprawiedliwy. Francuzi awansowali przecież kosztem Irlandii i słynnej bramce, gdzie Henry ewidentnie utrzymał piłkę ręką. Jestem przekonany, że Irlandia zaprezentowałaby się dużo lepiej niż Francja, a tak z jedną bramką na koniec Francuzi będą jeszcze długo wyśmiewani. Ciężkie zadanie stoi teraz przed Blanckiem, nowym selekcjonerem, który jednak był świetnym piłkarzem, osiągnął wszystko jako piłkarz, a jako trener w debiucie fantastycznie prowadził Bordeaux. Może więc Francja odzyska swój wigor?
Przyznam, że te MŚ są jedną wielką niespodzianką. Szkoda mi trochę Kamerunu, po pięknym- do tej pory chyba najlepszym na tym turnieju- przegrał jednak z Danią 1:2. Bardzo podoba mi się z kolei Urugwaj, który nie dosyć, że nie stracił jeszcze bramki, to z duetem Suarez-Forlan może jeszcze nie jednemu popsuć humory. A Argentyna? Najlepiej chyba prezentuje się do tej pory, 3 zwycięstwa i piękny futbol. Mam też nadzieję, że piłkarze KRLD nie trafią do obozu po blamażu 0:7 z Portugalią.
W niedzielę mój najważniejszy dzień Mundialu- Włosi muszą wygrać ze słabą Słowacją. Jak nie awansują, to MŚ się dla mnie już skończą...:-)
Napieralski wygrałAle oczekiwania nad Sekwaną z pewnością były większe. Aktualni wciąż wicemistrzowie świata nie zdołali nawet wygrać jednego spotkania- podobnie chyba było na MŚ w Japonii i Korei Płd w 2002 roku. Konflikt w drużynie, nad którą nie potrafił zapanować Domenech był jedną z głównych przyczyn ich blamaży, bo w piłkę przecież potrafią grać nadal świetnie.
Ale może futbol też jest trochę sprawiedliwy. Francuzi awansowali przecież kosztem Irlandii i słynnej bramce, gdzie Henry ewidentnie utrzymał piłkę ręką. Jestem przekonany, że Irlandia zaprezentowałaby się dużo lepiej niż Francja, a tak z jedną bramką na koniec Francuzi będą jeszcze długo wyśmiewani. Ciężkie zadanie stoi teraz przed Blanckiem, nowym selekcjonerem, który jednak był świetnym piłkarzem, osiągnął wszystko jako piłkarz, a jako trener w debiucie fantastycznie prowadził Bordeaux. Może więc Francja odzyska swój wigor?
Przyznam, że te MŚ są jedną wielką niespodzianką. Szkoda mi trochę Kamerunu, po pięknym- do tej pory chyba najlepszym na tym turnieju- przegrał jednak z Danią 1:2. Bardzo podoba mi się z kolei Urugwaj, który nie dosyć, że nie stracił jeszcze bramki, to z duetem Suarez-Forlan może jeszcze nie jednemu popsuć humory. A Argentyna? Najlepiej chyba prezentuje się do tej pory, 3 zwycięstwa i piękny futbol. Mam też nadzieję, że piłkarze KRLD nie trafią do obozu po blamażu 0:7 z Portugalią.
W niedzielę mój najważniejszy dzień Mundialu- Włosi muszą wygrać ze słabą Słowacją. Jak nie awansują, to MŚ się dla mnie już skończą...:-)
2010-06-21 09:12:05
Pierwsza tura wyborów prezydenckich potwierdziła, że hasła socjalne i antyklerykalne głoszone przez Grzegorza Napieralskiego mają branie. Jego świetny wynik, może zmienić w przyszłości scenę polityczną i rolę samego SLD.
A zaczynał tak słabo. Wyśmiewali go niemal wszyscy- "towarzysze" z partii, Kalisz, Olejniczak, borówki- Nałęcz, Borowski, pomógł mu niewątpliwie "autorytet" na lewicy Włodzimierz Cimoszewicz, który wręcz zaszkodził Komorowskiemu w I turze. Publicyści i komentatorzy także wyśmiewali pomysł Napieralskiego na kampanię, wspomnę chociażby Daniela Passenta, który pisał, że będzie to "samobój lewicy", prof. Kazimierz Kik z kolei twierdził, że nic nie pomoże Napieralskiemu, nawet poranne rozdawanie jabłek. Przewodniczący SdPL Wojciech Filemonowicz pogrążył się ostatecznie, apelując do wyborców lewicy, aby w I turze nie głosowali na Napieralskiego. Pytanie więc, na kogo głosował on sam. Jakże oni wszyscy się zawiedli...
Wielkim przegranym jest jednak Bronisław Komorowski, którego wypieściły sondaże- które zbłaźniły się w tym roku niemiłosiernie- oraz media. Jego kampania była nijaka, źle przygotowana. Jego sztabowcy zapowiadali, że kandydat PO wygra jeszcze w I turze, okazało się, że zdolności wróżbiarskie nie są mocną stroną Janusza Palikota. Różnica między Komorowskim a Kaczyńskim jest bardzo mała, niecałe 5% jest do odrobienia, wszystko zależy od strategii w II turze.
Umizgi do Napieralskiego już się zaczęły. Kochają go dziś i PiS i PO, co wcześniej było nie do pomyślenia. Jednak kogo poprą wyborcy lewicy w II turze to duża zagadka. Wbrew obiegowym opiniom, wcale nie jest oczywiste, że będzie nim Komorowski. Razi jego konserwatyzm, neoliberalizm i zasadniczy brak różnic między nim a Kaczyńskim. Wybory więc rozstrzygną się na polu wizerunkowym, gdzie Kaczyński wcale nie jest stracony na porażkę. Ja sam jestem w kropce...A Wy?
MundialA zaczynał tak słabo. Wyśmiewali go niemal wszyscy- "towarzysze" z partii, Kalisz, Olejniczak, borówki- Nałęcz, Borowski, pomógł mu niewątpliwie "autorytet" na lewicy Włodzimierz Cimoszewicz, który wręcz zaszkodził Komorowskiemu w I turze. Publicyści i komentatorzy także wyśmiewali pomysł Napieralskiego na kampanię, wspomnę chociażby Daniela Passenta, który pisał, że będzie to "samobój lewicy", prof. Kazimierz Kik z kolei twierdził, że nic nie pomoże Napieralskiemu, nawet poranne rozdawanie jabłek. Przewodniczący SdPL Wojciech Filemonowicz pogrążył się ostatecznie, apelując do wyborców lewicy, aby w I turze nie głosowali na Napieralskiego. Pytanie więc, na kogo głosował on sam. Jakże oni wszyscy się zawiedli...
Wielkim przegranym jest jednak Bronisław Komorowski, którego wypieściły sondaże- które zbłaźniły się w tym roku niemiłosiernie- oraz media. Jego kampania była nijaka, źle przygotowana. Jego sztabowcy zapowiadali, że kandydat PO wygra jeszcze w I turze, okazało się, że zdolności wróżbiarskie nie są mocną stroną Janusza Palikota. Różnica między Komorowskim a Kaczyńskim jest bardzo mała, niecałe 5% jest do odrobienia, wszystko zależy od strategii w II turze.
Umizgi do Napieralskiego już się zaczęły. Kochają go dziś i PiS i PO, co wcześniej było nie do pomyślenia. Jednak kogo poprą wyborcy lewicy w II turze to duża zagadka. Wbrew obiegowym opiniom, wcale nie jest oczywiste, że będzie nim Komorowski. Razi jego konserwatyzm, neoliberalizm i zasadniczy brak różnic między nim a Kaczyńskim. Wybory więc rozstrzygną się na polu wizerunkowym, gdzie Kaczyński wcale nie jest stracony na porażkę. Ja sam jestem w kropce...A Wy?
2010-06-17 20:42:55
Mundial już trwa. Wielkie święto piłki nożnej potrwa cały miesiąc. Wbrew obiegowym opiniom ciesze się, że nie ma tam naszych nielotów.
Powodów jest oczywiście kilka. Sromotna klęska z Hiszpanią pokazuje dobitnie, gdzie obecnie znajduje się stan polskiej piłki- choć dobrze, że trener Smuda próbował grać ofensywna piłkę, można było murować bramkę(co prawda tak świetnie jak Szwajcarzy to my nie potrafimy) i przegrać honorowo np. 0:2 tylko co z tego? Zapanowałaby euforia, że oto przegrywamy z mistrzami Europy tak mało,co w naszych warunkach oznacza prawie zwycięstwo i zero wniosków na przyszłość.
A same MŚ już trochę zaskakują. Poniżej oczekiwań wielki faworyt Brazylia, choć wygrała z KRLD 2:1 to nie zachwyciła. Co innego Niemcy, rozjechać Kangurów 4:0 to prawdziwy wyczyn. Dobrze pokazali się również Oranje.
Ja jestem ciekaw Waszych opinii. Komu kibicujecie? Kto jest Waszym faworytem? Kto czarnym koniem? Ja przyznam- może się komuś narażę- że od lat kibicuje rep. Italii. Niech tylko wróci Pirlo:) A czarny koń? Hm, obstawiam Ghanę!
Tylko Napieralski!Powodów jest oczywiście kilka. Sromotna klęska z Hiszpanią pokazuje dobitnie, gdzie obecnie znajduje się stan polskiej piłki- choć dobrze, że trener Smuda próbował grać ofensywna piłkę, można było murować bramkę(co prawda tak świetnie jak Szwajcarzy to my nie potrafimy) i przegrać honorowo np. 0:2 tylko co z tego? Zapanowałaby euforia, że oto przegrywamy z mistrzami Europy tak mało,co w naszych warunkach oznacza prawie zwycięstwo i zero wniosków na przyszłość.
A same MŚ już trochę zaskakują. Poniżej oczekiwań wielki faworyt Brazylia, choć wygrała z KRLD 2:1 to nie zachwyciła. Co innego Niemcy, rozjechać Kangurów 4:0 to prawdziwy wyczyn. Dobrze pokazali się również Oranje.
Ja jestem ciekaw Waszych opinii. Komu kibicujecie? Kto jest Waszym faworytem? Kto czarnym koniem? Ja przyznam- może się komuś narażę- że od lat kibicuje rep. Italii. Niech tylko wróci Pirlo:) A czarny koń? Hm, obstawiam Ghanę!
2010-06-15 16:26:57
Kampania wyborcza powoli dobiega końca. Jak była ona inna nie trzeba chyba nikogo przekonywać. Katastrofa w Smoleńsku oraz powódź wpłynęły na jej kształt. Jak wygląda tegoroczna debata niech świadczy też fakt, że pierwsza poważna debata prezydencka odbyła się tydzień przed wyborami i gdyby nie publiczna telewizja nadal mówiono by, że debata jest potrzebna, ale nic by z tego nie wynikało.
Jedynym pozytywnym kandydatem wydaje się kandydat SLD Grzegorz Napieralski. Pomimo nieprzychylności własnego zaplecza, prowadzi on kampanie bodaj najlepiej ze wszystkich kandydatów. Jest najbardziej pracowitym i konkretnym kandydatem. Daje nadzieję lewicowym wyborcom na realną alternatywę, przeciw PO i PiS, które razem ręka w rękę budowały zręby IV RP, a poróżniły ich nie programy lecz spory wyłącznie personalne i ambicje liderów.
Najpierw Włodzimierz negował w ogóle sens wystawiania przez SLD własnego kandydata. Powód? Lepiej wesprzeć Komorowskiego i PO. Podobne deklaracje słyszymy teraz od prof. Tomasza Nałęcza. Dziwią mnie te głosy. Włodzimierz Cimoszewicz, kandydat SLD na prezydenta w 2005 roku oraz Tomasz Nałęcz szef jego sztabu zostali przez PO potraktowali po gangstersku, co potwierdził ostatnio wyrok sądu. Skoro mimo to , bliżej jest obu panom do partii, która razem z PiS powołała CBA, odpowiedzialne moralnie za śmierć Barbary Blidy, do partii, która głosowała za zwiększeniem kompetencji IPN, który tak obaj atakowali, to może świadczyć o jednym. Obaj z lewica wzięli jednoznaczny rozbrat. To nie powinno martwić Grzegorza Napieralskiego. Im mniej farbowanych lewicowców w jego otoczeniu tym lepiej dla lewicy. Kwaśniewski, który miał mu pomagać w tej kampanii oraz Kalisz i Olejniczak ewidentnie nie pasują do wizji lewicy jaka proponuje Grzegorz Napieralski- nowoczesnej socjaldemokracji, antyklerykalnej z socjalnym zacięciem. Mogę sobie nawet wyobrazić Olejniczaka i Kalisza w szeregach PO, jak reprezentantów lewego skrzydła tej partii. Mimo to lider SLD już stał się zwycięstwem tej kampanii, skupiając na sobie uwagę mediów i w sposób jednoznaczny odróżniając się od PO-PiS-owych kandydatów.
Zabiegi PO od jakiegoś już czasu zmierzają do monopolu władzy. Nie liczą się kompetencje czy spójny program, ważne, aby konkretna postać gwarantowała wyborcze zwycięstwo. Skoro więc w PO jest miejsce z jednej strony dla Palikota i Gowina a z drugiej na listach PO znaleźć można Danutę Huebner i Mariana Krzaklewskiego to potwierdza, że PO nie ma nic do zaoferowania. Wybór prof. Belki to również wyrachowana kalkulacja, obliczona na wyborczy sukces.
Jakie są więc różnice pomiędzy Komorowskim a Kaczyńskim? Wyjątkowo zgodzę się z opinią red. Gugały, który w ostatnim Newsweeku pisze: " Kosmici, którzy wylądowaliby nad Wisła tuż przed wyborami mieliby poważne problemy z ich odróżnieniem. Dlaczego wyborcy uważają ich za biegunowo różnych?".
Lewica jednak po namaszczeniu Komorowskiego przez Cimoszewicza nie zniknęła, wprost przeciwnie ma się całkiem dobrze, co potwierdzają rosnące notowania Napieralskiego, który na tle pozostałych kandydatów jednoznacznie podkreśla swoje lewicowe poglądy- świeckość państwa, sprzeciw wobec neoliberalnej gospodarce, opiekuńczość państwa czy tolerancja tak obca prawicy. Wyciągnijmy więc wnioski z tej kampanii i zapamiętajmy, kto był jej wierny do końca a kto przeszedł na stronę prawicy. Dobry wynik Napieralskiego daje więc szansę, że lewica nie pozostanie osierocona i zmuszona w przyszłości do popierania PO.
Komorowski mon amourJedynym pozytywnym kandydatem wydaje się kandydat SLD Grzegorz Napieralski. Pomimo nieprzychylności własnego zaplecza, prowadzi on kampanie bodaj najlepiej ze wszystkich kandydatów. Jest najbardziej pracowitym i konkretnym kandydatem. Daje nadzieję lewicowym wyborcom na realną alternatywę, przeciw PO i PiS, które razem ręka w rękę budowały zręby IV RP, a poróżniły ich nie programy lecz spory wyłącznie personalne i ambicje liderów.
Najpierw Włodzimierz negował w ogóle sens wystawiania przez SLD własnego kandydata. Powód? Lepiej wesprzeć Komorowskiego i PO. Podobne deklaracje słyszymy teraz od prof. Tomasza Nałęcza. Dziwią mnie te głosy. Włodzimierz Cimoszewicz, kandydat SLD na prezydenta w 2005 roku oraz Tomasz Nałęcz szef jego sztabu zostali przez PO potraktowali po gangstersku, co potwierdził ostatnio wyrok sądu. Skoro mimo to , bliżej jest obu panom do partii, która razem z PiS powołała CBA, odpowiedzialne moralnie za śmierć Barbary Blidy, do partii, która głosowała za zwiększeniem kompetencji IPN, który tak obaj atakowali, to może świadczyć o jednym. Obaj z lewica wzięli jednoznaczny rozbrat. To nie powinno martwić Grzegorza Napieralskiego. Im mniej farbowanych lewicowców w jego otoczeniu tym lepiej dla lewicy. Kwaśniewski, który miał mu pomagać w tej kampanii oraz Kalisz i Olejniczak ewidentnie nie pasują do wizji lewicy jaka proponuje Grzegorz Napieralski- nowoczesnej socjaldemokracji, antyklerykalnej z socjalnym zacięciem. Mogę sobie nawet wyobrazić Olejniczaka i Kalisza w szeregach PO, jak reprezentantów lewego skrzydła tej partii. Mimo to lider SLD już stał się zwycięstwem tej kampanii, skupiając na sobie uwagę mediów i w sposób jednoznaczny odróżniając się od PO-PiS-owych kandydatów.
Zabiegi PO od jakiegoś już czasu zmierzają do monopolu władzy. Nie liczą się kompetencje czy spójny program, ważne, aby konkretna postać gwarantowała wyborcze zwycięstwo. Skoro więc w PO jest miejsce z jednej strony dla Palikota i Gowina a z drugiej na listach PO znaleźć można Danutę Huebner i Mariana Krzaklewskiego to potwierdza, że PO nie ma nic do zaoferowania. Wybór prof. Belki to również wyrachowana kalkulacja, obliczona na wyborczy sukces.
Jakie są więc różnice pomiędzy Komorowskim a Kaczyńskim? Wyjątkowo zgodzę się z opinią red. Gugały, który w ostatnim Newsweeku pisze: " Kosmici, którzy wylądowaliby nad Wisła tuż przed wyborami mieliby poważne problemy z ich odróżnieniem. Dlaczego wyborcy uważają ich za biegunowo różnych?".
Lewica jednak po namaszczeniu Komorowskiego przez Cimoszewicza nie zniknęła, wprost przeciwnie ma się całkiem dobrze, co potwierdzają rosnące notowania Napieralskiego, który na tle pozostałych kandydatów jednoznacznie podkreśla swoje lewicowe poglądy- świeckość państwa, sprzeciw wobec neoliberalnej gospodarce, opiekuńczość państwa czy tolerancja tak obca prawicy. Wyciągnijmy więc wnioski z tej kampanii i zapamiętajmy, kto był jej wierny do końca a kto przeszedł na stronę prawicy. Dobry wynik Napieralskiego daje więc szansę, że lewica nie pozostanie osierocona i zmuszona w przyszłości do popierania PO.
2010-06-13 11:26:27
Bronisław Komorowski swoją kampanię prowadzi nieudolnie, zaliczając co rusz jakieś wpadki. Czy przyszły prezydent musi być tak nieudolny?
Kandydat PO sprawia wrażenie odizolowanego od ludzi człowieka, zamkniętego w swoich marszałkowskich gabinetach, przy bliższym spotkaniu z ludźmi strzela gafy jakich nie powstydziłby się George Bush.
Początkowo Komorowski czuł się bardzo pewnie. Jednak z dnia na dzień czuje oddech Kaczyńskiego i nerwowość w sztabie PO staje się widoczna gołym okiem. Mało wyrazisty, z niefortunnym poczuciem humoru i wreszcie nijakim programem kandydat PO wydaje się najbardziej nieprzygotowanym na to stanowisko. Jedyną wizją jest oczywiście straszenie PiS-em, które powoli przestaje być atrakcyjne.
Ostatnia gafa Komorowskiego powinna budzić moją sympatię. Powód? Otóż Marszałek Sejmu chce, aby Polska wyszła z NATO- "Już jest przygotowywana strategia wyjścia z NATO. Jestem po rozmowie z panem premierem w tej sprawie" - powiedział Bronisław Komorowski. Chodziło mu oczywiście o wyjście naszych wojsk z Afganistanu. Tak słabego kandydata na najwyższy urząd w państwie dawno już nie było. Wcześniejsze wpadki również są smaczne. W zalanym Kaniowie koło Bielska-Białej zauważył beztrosko: „W zeszłym roku powódź, w tym roku powódź, więc pewnie ludzie są już oswojeni, obyci z żywiołem". Ta wypowiedź raczej nie śmieszy, ale już oburza. Czy pacjentowi, który stracił np. rękę i nogę a grozi mu utrata następnej części ciała można powiedzieć, że to już nie będzie bolało, skoro już przez to przechodził? Okazuje się, że można. Podczas wizytowania zalanych terenów stwierdził- " Miałem dziś przyjemność wizytowania terenów powodziowych”. Cóż, obserwowanie ludzkiej tragedii, to dla Komorowskiego przyjemność, prawdopodobnie podobna do strzelania do zwierząt wyłącznie dla przyjemności.
Powołanie Marka Belki na szefa NBP również nie mogła odbyć się bez gafy. Przedstawiając kandydaturę Belki na szefa NBP, Komorowski poinformował, że to zastępca sekretarza generalnego ONZ. Tymczasem w tej organizacji jego funkcja była niższa. Poza tym pracował już w Międzynarodowym Funduszu Walutowym.
Komorowski mówił m.in. w TVN 24, że trzeba szybko powołać szefa NBP, bo ten zwołuje Radę Polityki Pieniężnej, która ustala kursy. Tymczasem Rada tylko decyduje o poziomie stóp procentowych NBP.
W polityce zagranicznej "błysnął" poczuciem humoru. Podczas rocznicy zakończenia wojny w Moskwie miał tupet mówiąc: " Zawsze mamy gdzieś w zanadrzu polską pamięć, że 400 lat temu, w trochę innym charakterze, żołnierze polscy maszerowali po placu Czerwonym". Wyobraźmy sobie, że premier Putin w Warszawie mówi jak to żołnierze Armii Czerwonej bohatersko walczyli z pańską Polską, przynosząc jej równość i wolność. Już widzę jak polska dyplomacja bije na alarm a media podjudzają atmosferę. Tymczasem ze strony Rosji nie było żadnej reakcji.
Bez echa przeszła też nominacja na nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Została nią- popierana przez PO- prof. Irena Lipowicz, znana ze swoich klerykalnych poglądów. Przykład? "Jeśli chodzi o najpilniejsze sprawy do załatwienia w polskiej polityce zagranicznej, to na pierwszym miejscu trzeba wymienić sprawę konkordatu, która powinna być jak najszybciej załatwiona przez polski parlament. Jest rzeczą kompromitującą i niewłaściwą, że konkordat nie został do tej pory uchwalony”. Mówiła pani poseł UW w 1997 roku podczas debaty o polityce zagranicznej.
Janusz Kochanowski "kochał feministki", teraz mamy podobną panią rzecznik. Konia z rzędem temu, kto pokaże, że w sprawach państwo- Kościół PiS od PO różni się diametralnie.
Miłości, której uczył nas premier Tusk nie sposób przyjąć odnoście Bronisława Komorowskiego. Być może ja po prostu nie kocham ludzi...
Kandydat PO sprawia wrażenie odizolowanego od ludzi człowieka, zamkniętego w swoich marszałkowskich gabinetach, przy bliższym spotkaniu z ludźmi strzela gafy jakich nie powstydziłby się George Bush.
Początkowo Komorowski czuł się bardzo pewnie. Jednak z dnia na dzień czuje oddech Kaczyńskiego i nerwowość w sztabie PO staje się widoczna gołym okiem. Mało wyrazisty, z niefortunnym poczuciem humoru i wreszcie nijakim programem kandydat PO wydaje się najbardziej nieprzygotowanym na to stanowisko. Jedyną wizją jest oczywiście straszenie PiS-em, które powoli przestaje być atrakcyjne.
Ostatnia gafa Komorowskiego powinna budzić moją sympatię. Powód? Otóż Marszałek Sejmu chce, aby Polska wyszła z NATO- "Już jest przygotowywana strategia wyjścia z NATO. Jestem po rozmowie z panem premierem w tej sprawie" - powiedział Bronisław Komorowski. Chodziło mu oczywiście o wyjście naszych wojsk z Afganistanu. Tak słabego kandydata na najwyższy urząd w państwie dawno już nie było. Wcześniejsze wpadki również są smaczne. W zalanym Kaniowie koło Bielska-Białej zauważył beztrosko: „W zeszłym roku powódź, w tym roku powódź, więc pewnie ludzie są już oswojeni, obyci z żywiołem". Ta wypowiedź raczej nie śmieszy, ale już oburza. Czy pacjentowi, który stracił np. rękę i nogę a grozi mu utrata następnej części ciała można powiedzieć, że to już nie będzie bolało, skoro już przez to przechodził? Okazuje się, że można. Podczas wizytowania zalanych terenów stwierdził- " Miałem dziś przyjemność wizytowania terenów powodziowych”. Cóż, obserwowanie ludzkiej tragedii, to dla Komorowskiego przyjemność, prawdopodobnie podobna do strzelania do zwierząt wyłącznie dla przyjemności.
Powołanie Marka Belki na szefa NBP również nie mogła odbyć się bez gafy. Przedstawiając kandydaturę Belki na szefa NBP, Komorowski poinformował, że to zastępca sekretarza generalnego ONZ. Tymczasem w tej organizacji jego funkcja była niższa. Poza tym pracował już w Międzynarodowym Funduszu Walutowym.
Komorowski mówił m.in. w TVN 24, że trzeba szybko powołać szefa NBP, bo ten zwołuje Radę Polityki Pieniężnej, która ustala kursy. Tymczasem Rada tylko decyduje o poziomie stóp procentowych NBP.
W polityce zagranicznej "błysnął" poczuciem humoru. Podczas rocznicy zakończenia wojny w Moskwie miał tupet mówiąc: " Zawsze mamy gdzieś w zanadrzu polską pamięć, że 400 lat temu, w trochę innym charakterze, żołnierze polscy maszerowali po placu Czerwonym". Wyobraźmy sobie, że premier Putin w Warszawie mówi jak to żołnierze Armii Czerwonej bohatersko walczyli z pańską Polską, przynosząc jej równość i wolność. Już widzę jak polska dyplomacja bije na alarm a media podjudzają atmosferę. Tymczasem ze strony Rosji nie było żadnej reakcji.
Bez echa przeszła też nominacja na nowego Rzecznika Praw Obywatelskich. Została nią- popierana przez PO- prof. Irena Lipowicz, znana ze swoich klerykalnych poglądów. Przykład? "Jeśli chodzi o najpilniejsze sprawy do załatwienia w polskiej polityce zagranicznej, to na pierwszym miejscu trzeba wymienić sprawę konkordatu, która powinna być jak najszybciej załatwiona przez polski parlament. Jest rzeczą kompromitującą i niewłaściwą, że konkordat nie został do tej pory uchwalony”. Mówiła pani poseł UW w 1997 roku podczas debaty o polityce zagranicznej.
Janusz Kochanowski "kochał feministki", teraz mamy podobną panią rzecznik. Konia z rzędem temu, kto pokaże, że w sprawach państwo- Kościół PiS od PO różni się diametralnie.
Miłości, której uczył nas premier Tusk nie sposób przyjąć odnoście Bronisława Komorowskiego. Być może ja po prostu nie kocham ludzi...








