NO PASARAN!!!
2018-03-22 22:56:04

Za zmuszaniem do rodzenia w każdych warunkach kryją się proste, polityczne cele. Chodzi o terroryzowanie kobiet i likwidowanie ich potencjału emancypacyjnego, o uzależnienie ich ciał od ideologii religijnej i prawicowych praktyk opartych na męskiej dominacji, chodzi o pacyfikację kobiecej wolności i praw kobiet do samostanowienia. Stawką jest dalsze cementowanie patriarchalnego porządku ekonomicznego: kobieta traktowana przedmiotowo i jako ubezwłasnowolniony inkubator, którego zdanie nie ma znaczenia to kobieta przywiązana do rodziny, do domu i do – w porównaniu do niej wolnego – męża.

Plany dotyczące zaostrzenia prawa aborcyjnego nieprzypadkowo łączą się z planami dotyczącymi planowanych reform w kodeksie pracy, które ułatwić mają zwalnianie ciężarnych. Zdaniem prawicy i kościoła każda kobieta na pierwszym miejscu powinna służyć instytucji patriarchalnej rodziny, być nieodpłatną pomocą domową i niezadającą pytań wieczną matką-polką, której głównym celem powinno być rodzenie kolejnych pokoleń żołnierzy wyklętych, za 500 złotych sztuka.

Bezczelność obecnego systemu nie zna granic. I tak „świętość” życia poczętego miesza się z całkowitą pogardą dla życia już istniejącego. Polska to więc kraj głodowych rent dla osób niepełnosprawnych, skandalicznie niskich zasiłków pielęgnacyjnych i wadliwie działającej służby zdrowia, gdzie na rehabilitację z prawdziwego zdarzenia (także dla świeżo narodzonego dziecka) czeka się całymi miesiącami. To właśnie prawdziwe i rzeczywiste "serce" obecnej władzy. Tłem dla obecnych wydarzeń jest też wyjątkowo ostry konflikt klasowy: bogate i zamożne osoby bez trudu poradzą sobie nawet po zaostrzeniu obecnego prawa aborcyjnego – kilka tysięcy złotych w zupełności wystarczy na wyjazd do któregoś z naszych sąsiadów, gdzie prawo aborcyjne pozostaje liberalne. Projekt ustawy uderza więc w zasadzie wyłącznie w osoby niezamożne oraz tych potencjalnie pozbawionych edukacji i orientacji w świecie. Tym bardziej główną stawką jest więc panowanie nad tą częścią kobiet (i społeczeństwa), które w biedzie i swych małych ojczyznach (tam, gdzie świat kręci się wokół miejscowego kościoła) będą najbardziej narażone i skazane wręcz na hegemonię katolickiego fundamentalizmu.

Stawką jest też czysta polityka: ruch kobiecy udowodnił już w ostatnim czasie swą siłę i jeśli obecnej władzy ostatecznie uda się złamać jego opór to z dużą dozą prawdopodobieństwa nikt inny nie podejmie się już tak skutecznego protestu i strajku. Zdławienie żądań dotyczących praw kobiet to najważniejszy krok na drodze do odzyskania kato-konserwatywnej hegemonii w obszarze rodziny i reprodukcji. Tak, jak stopniowe odbieranie dostępu do „tabletki po”, tak samo zaostrzanie prawa aborcyjnego jest też środkiem służącym na rzecz pacyfikacji rewolucji seksualnej i ogólnego postępu obyczajowego.

Marzenie kleru jest bowiem proste: jedynym właściwym organem władzy w kwestiach dot. macierzyństwa, seksu i życia rodzinnego powinien być kościół, a kobieta ma pozostać jego wierną i posłuszną niewolnicą, która modli się o dziecko niezależnie od tego, kto i jak miałby zostać jego ojcem, czy jakie miałyby być warunki życia tego dziecka. Ta fałszywa troska o życie nigdy nie była troską o jego jakość, a wszelkie mapy ukazujące dostęp do aborcji na całym świecie mówią jasno: projekt „Stop Aborcji” cofnie nas do poziomu swobód rodem z Arabii Saudyjskiej. To prawo uczyni z nas czarną dziurę na mapach całej Europy.



Czy jednak kwestia, która może przesądzić o życiu tysięcy kobiet oraz o męczarniach tysięcy chorych i umierających dzieci jest istotna na tyle by z jej powodu zatrzymano w Polsce choć jeden tramwaj? Z historii wiemy, że były tego warte podwyżki cen mięsa i wędlin. Tramwaj stanął w walce z systemem, którego prawodawstwo dotyczące aborcji jest dziś dla nas praktycznie nieosiągalnym ideałem. Od tamtej pory pod względem większości praw ruch feministyczny nie posunął się do przodu, a napór sił patriarchatu stale wzrasta.

Jeden z głównych problemów polega jednak na tym, że w metodologii ruchu feministycznego dalej niepodzielnie panują schematy rodem z warszawskich salonów. Strategia w stylu ‘kongresu kobiet’ zakłada, że maksimum protestu społecznego jest wtedy, kiedy napisany zostanie list do Papieża Franciszka, zaapeluje się do sumienia Prezydentowej, albo wyrazi gniew przez machanie parasolką.

Te pomysły kompletnie nie pasują do naszej sytuacji, czyli do realiów państwa o coraz bardziej barbarzyńsko-prawicowych ciągotach. Nie są to ani sprawdzone, robotnicze tradycje, ani środki, które byłyby odpowiednie lub skuteczne. Te strategie po prostu mają się nijak do grozy, którą obecnie wieje już w Polsce.

Wyciągnijmy więc szybko odpowiednie lekcje z ostatnich dwóch dekad pracowniczych protestów: skuteczne są tylko i wyłącznie radykalne strajki, palone opony, uporczywe i kompromitujące dla władzy okupacje, grożenie paraliżem stolicy i masowe demonstracje zbiorowej siły i powszechnego wkurwienia.

Nie ma sensu wierzyć w autonaprawcze właściwości państwa demokratycznego, którego główni przedstawiciele wyświęcają nacjonalizm, rasizm kulturowy i autorytarnie rozumiany przymus natury religijnej. W przypadku tej walki od dawna nie obowiązują już zasady demokracji – władza nie pyta się o zdanie społeczeństwa, a wolność jednostki zostaje zawieszona na rzecz interesów fundamentalistycznych instytucji. Ludzie pokroju Jacka Żalka, którzy uważają, że „kobiecie powinno być wszystko jedno, czy urodzi dziecko zdrowe czy umierające, bo w końcu wszyscy kiedyś umrzemy” nie zasługują na debatę ani na dyskusję. Jeśli ktoś nie czyni minimalnego wysiłku by postawić się na miejscu cierpiącej kobiety i nie jest w stanie wykazać elementarnej nawet empatii to nie jest partnerem w sporze, jest za to politycznym zagrożeniem i potencjalnym sprawcą dla tysięcy życiowych tragedii. Z prawdziwą krwią i życiowymi dramatami w tle.

Episkopat nie jest partnerem do rozmów. Rząd wspierający episkopat również. W realiach hegemonii fundamentalizmu religijno-konserwatywnego prawa kobiet nie mogą być przedmiotem „demokratycznego sporu” i debaty oksfordzkiej – tak samo jak nie można na drodze demokracji uchwalić faszystowskiej dyktatury. Jeśli Republika nie zostanie obroniona przy pomocy odpowiedniej, społecznej siły to w sposób płynny przeistoczy się w państwo wyznaniowe i prywatną własność nacjonalistycznej prawicy. Doskonale znamy historię wszystkich walk o wolność i potrafimy podać na to liczne przykłady.

W przeszłości walka o prawa kobiet w Polsce bardzo często znajdowała się w cieniu: była narzędziem raz jednych, raz drugich, była dodatkiem i częścią wielkiej polityki uprawianej przez zorientowane na mężczyzn partie i stronnictwa. Feminizm liberalny skończył się w chwili, kiedy partie i organizacje liberalne udowodniły, że nie są już w stanie obronić nawet chwiejnej pseudorównowagi, która panowała do tej pory. Lewica ma więc prawdziwy obowiązek by w razie tej ostateczności pchnąć walkę o wolność kobiet na nowe, radykalne tory – uczynić muszą to same kobiety, działaczki świadome swego położenia, swej historycznej roli i znaczenia. Obecne sprzeczności są bowiem sprzecznościami nie do pogodzenia, a każdy konsensus będzie tragedią i kolejną rzeźnią popełnioną w imię zmyślonych świętości, za którymi kryje się bardzo autentyczna i bardzo dobrze przemyślana przemoc.

No Pasaran!!!

W stronę masy krytycznej
2018-01-12 01:07:40

Ostatnia rekonstrukcja rządu ujawnia, że kierownictwo PiS ostatecznie opanowało już grę w kapitalistyczną demokrację. Klucz do spokojnych rządów w każdej kapdemokracji to dobry PR, brak widocznego radykalizmu, misternie wyreżyserowany wizerunek sprawnych administratorów i sprawne opanowanie języka (nowomowy) liberalnej poprawności politycznej. Pod płaszczykiem tego wszystkiego w praktyce realizować można absolutnie wszystko: np. tropem USA zrzucać bomby i wywoływać wojny o ropę, czy też tworzyć podwaliny pod neofaszyzm i kreować nagonkę na ludzi o innym kolorze skóry i o innym wyznaniu.

„Zrekonstruowany PiS o ludzkiej twarzy” to nowe i o wiele mądrzejsze PO. Rzeczywista użyteczność neoliberalnych dinozaurów z perspektywy współczesnego kapitalizmu jest już zresztą żadna.

Ostatnie głosowanie dotyczące projektu liberalizacji prawa aborcyjnego ujawnia też, że PO nie jest w stanie wejść w buty jakiejkolwiek rzeczywistej opozycji: to w istocie partia równie prawicowa, ekonomicznie przedpotopowa, historycznie i ideologicznie będąca nieomalże klonem PiS-u i do tego struktura zupełnie pozbawiona narracji, która mogłaby trafić do kogokolwiek poza gronem szczęśliwych triumfatorów i beneficjentów z okresu prywatyzacyjnej transformacji, która zrujnowała polską państwowość i życie dla 3/4 obywateli. Ta ideologia nie ma przyszłości, nie ma też żadnej przewagi nad PiS-owską bajką o wspólnocie narodowej, której adresatem potencjalnie jest każdy.

Współczesny kapitalizm korporacyjny wymaga silnych struktur biurokratycznych, a nie „teoretycznego państwa” i złodziejskiego chaosu. Wielki kapitał wymaga coraz silniejszego państwa. Temu zapotrzebowaniu idealnie odpowiada oferta, którą przedstawia dziś PiS. Podstawowym celem PiS-u jest więc zniesienie klasy pracującej jako takiej i polityczne zrównanie jej interesów z interesami burżuazji, które rozumiane są jako interesy całego narodu. Roszady w rządzie służą też jednocześnie temu by zniwelować antyeuropejski wizerunek Polski – który zagraża zarówno atrakcyjności naszego kraju z perspektywy zachodniego (wielkiego) kapitału, jak i godzi w interesy polskiej klasy pracującej. To właśnie z perspektywy tej ostatniej zamknięcie się na zachodnie rynki i obskurancka izolacja oznaczają ryzyko utraty dostępu do bardziej uprzywilejowanych rynków pracy i zdobyczy zachodnio-kapitalistycznej globalizacji.

Współczesny kapitalizm dysponuje niezwykłą wręcz ilością metod na pacyfikowanie bojowych nastrojów klasy pracującej. Nauczony przez kapitalizm by dbać jedynie o stan swojego własnego portfela pracownik pragnie przede wszystkim zwiększać indywidualne szanse na odniesienie sukcesu: każda dodatkowa złotówka w jego portfelu pobudza jednak nie tylko samą konsumpcję, ale i ogólny poziom społecznych aspiracji. Im więcej ustępstw – tym więcej nowych i coraz odważniejszych żądań.

Klęska ortodoksyjnego i fundamentalistycznego neoliberalizmu wynika właśnie z faktu, że nie pozwalał on w sposób należyty cieszyć się konsumpcją - z której czynił jednocześnie fundament swojego panowania i swej ideologii. Kult bogactwa w tanim i biednym państwie nigdy nie będzie prawdziwie przekonujący. W przypadku państw pół-peryferyjnych to nienasycenie konsumpcją i ciągły niedostatek powodują też, że każde – minimalne nawet – polepszenie się koniunktury budzi wielkie nadzieje na dalszy wzrost płac, dalsze wyrównywanie się poziomu życia i sprawiedliwe urzeczywistnienie równego prawa do konsumowania. Tego typu marzenia w gospodarce opartej na taniej pracy i bezlitosnym wyzysku to wyjątkowo niszczycielska siła, którą skutecznie zagospodarować może jedynie lewica.

Polska lewica za bardzo przyzwyczaiła się jednak do funkcjonowania w realiach wiecznego neoliberalnego pandemonium i stałego panowania balcerowiczyzmu. Kurs polskiej gospodarki jest w istocie bezpośrednio sprzęgnięty z kursem samej Europy – od której Polska pozostaje zależna. Głośno celebrowane socjalne ustępstwa ze strony państwa to nie manna z nieba – a efekt rzeczywistego nacisku ze strony klasy pracującej i dalszej kapitalistycznej integracji. Każde i najdrobniejsze nawet ustępstwo ze strony kapitału i państwa powoduje jednak, że do kolejki i do walki o swoje prawa ustawiają się kolejni. Protesty dotyczące kapitalistycznego ubóstwa i niedofinansowania, czy niesprawiedliwości – takie jak ten dotyczący polskiej służby zdrowia – rodzą się właśnie z tych drobnych ustępstw, którymi musiał posłużyć się PiS by wygrać ostatnie wybory.

W zamian za drobne poluźnienie neoliberalnego pasa czekała nas jednak przymusowa transformacja w kierunku państwa autorytarnego. Stabilizacja coraz bardziej konserwatywnej hegemonii niesie za sobą szereg nowych zjawisk i zagrożeń. Dotyka nas więc rozwój ksenofobii, dalsza restauracja konserwatywnej obyczajowości, stała dekonstrukcja państwa prawa, kult przemocy i podporządkowana mu militaryzacja, czy budowa państwa wyznaniowego. To jednak nowości w dużej mierze pozorne. Liberalizm dawnego kapitalizmu był w istocie kłamstwem i zlepkiem praw, które w rzeczywistości dotyczyły jedynie najbogatszych i uprzywilejowanych - czyli tych, którzy niezależnie od warunków i tak żyją we własnej i niepoddającej się bezpośredniej kontroli strefie. Obecnie wrogiem publicznym stała się już jednak każda forma obyczajowego liberalizmu i rozluźnienia – nawet ta, która pozornie wydaje się w żaden sposób nie uderzać w nowego, nacjonalistycznego hegemona.

Jakikolwiek socjalny postęp w warunkach liberalizmu obyczajowego byłby jednak niezwykle groźny, ponieważ uzyskująca nowe profity i możliwości klasa pracująca nie znajdowałaby się już pod bezpośrednią państwowo-systemową kontrolą, której nie da się sprawować bez utrzymania ścisłej władzy i kontroli w sferze nadbudowy – a więc zarówno w sferze obyczajowości, kultury, jak i samej idei. W postępowych warunkach i przy jednoczesnej poprawie warunków bytowania pracownicze aspiracje i żądania bez większego trudu przekraczałyby już to, co gotów jest zaoferować nasz zaściankowo korporacyjny kapitalizm. Promowana jedność w imię nacjonalizmu to jedność w imię bycia rezerwuarem taniej siły roboczej. A nagrodą za tą jedność i niewolę są z kolei resztki z tego, co za spokój społeczny sama z siebie gotowa jest oddać klasa kapitalistyczna.

Wyjścia poza PiS-owski kapitalizm nie zaoferuje więc umierający i odmawiający wejścia w jakikolwiek dialog z klasą pracującą (neo)liberalizm. Ta „opozycja” jest martwa, ponieważ przemawia językiem klas, które i tak już panują. Nie zaoferuje go też lewica, której jedynym wrogiem jest Balcerowicz i która myśli wyłącznie o samych wykluczonych i najbiedniejszych – zapominając przy tym o swoim podstawowym i jedynym zdolnym do politycznej organizacji elektoracie. Odpowiedzią nie jest też regres w kierunku socjal-konserwatyzmu i PiS-owska tęsknota za piłsudczykowskimi porządkami. Siła prawdziwej politycznej alternatywy płynąć powinna właśnie z faktu pojawiania się nowych pól konfliktu i na dobre już przywrócenia perspektywy rzeczywistego państwa opiekuńczego.

Zadaniem lewicy jest poszerzać i łączyć te protesty, maksymalizować siłę budzących się aspiracji, integrować konflikt klasowy i budować porozumienie pomiędzy poszczególnymi grupami, które zaangażowane są w nowe walki. Nasze zadanie na teraz to iść w stronę masy krytycznej, której nie zatrzymają już żadne sztuczne i narzucane przez operetkowy nacjonalizm granice. Klucz do zwycięstwa nad siłami regresu i reakcji to jednoczenie wynalezionego na powrót świata pracy i przekraczanie żałosnego poziomu swobód, które w zamian za jeszcze gorszą niewolę nadaje nam odrestaurowana wersja nowoczesnego faszyzmu.

11 tez o Polsce
2017-08-27 23:53:18

Rozgorzały ostatnio spór pomiędzy sygnatariuszami "Listu otwartego do środowisk lewicowych" a Piotrem Szumlewiczem wydaje się trafnie obrazować głęboki kryzys w jakim znalazła się polska lewica. Socjalny program PiS-u pozbawił polską lewicę jej dawnego, antyneoliberalnego ostrza i wyrwał z luksusowego położenia, jakim było położenie opozycji wiecznie walczącej przeciwko złym neoliberałom z PO. Z drugiej strony od dawna oczekiwane upodmiotowienie się mas pracujących nastąpiło w Polsce w sposób zupełnie inny niż w swej naiwności przewidywała to większość lewicowych działaczy - w wyniku czego polityczny zamęt i chaos stał się wręcz nie do zniesienia.

Dekomunizuje się u nas Kuronia

1. Po pierwsze - podstawowym złudzeniem autorów i sygnatariuszy "Listu" jest wiara, że odrzucając i grzebiąc III RP oraz biorąc na sztandary "nową Rzeczpospolitą" hurtem nawrócą "lud" na lewicowość. "Lud" w Polsce niestety nie jest lewicowy i w swej druzgocącej większości nie należy w tym momencie wcale do lewicowej klienteli - i to nawet posiadając przy tym wyraźnie prosocjalne tendencje. Zapracowało na to ponad ćwierć wieku skutecznej, prawicowej indoktrynacji, która wychowała już całkowicie nowego i całkowicie antykomunistycznego (i antylewicowego) Człowieka.

Zły układ =/= Źli kapitaliści

2. Po drugie - coś takiego, jak "lud" nie istnieje. Ta staromodna kategoria być może nadawałaby się do szczątkowego opisu relacji w realiach systemu feudalnego. W nowoczesnym kapitalizmie do czynienia mamy z klasą pracująca i kapitalistami. Zarówno klasa pracująca, jak i kapitaliści dzielą się jeszcze na mniejsze klasy i mniejsze zbiorowości, jednakże ogół mas pracujących w Polsce bynajmniej nie jest jednorodny. Podział na lud i elity jest podziałem z politycznego słownika prawicy i konserwatystów, którzy zacierają w ten sposób prawdę na temat kapitalizmu i budują wizję narodowej jedni działającej przeciwko wrogom narodu. Przejście z poziomu klas społecznych do poziomu teorii spiskowych (lud kontra elity i naród kontra agenci wpływu) to samobójcze zniesienie lewicowego języka politycznego, czego dalszym rezultatem jest nieunikniony dryf w stronę prawicowego prostactwa i nacjonalizmu.

Bitwa nie tylko na socjal

3. Po trzecie - sama identyfikacja klasowa to za mało. Ostatnie sto lat po Rewolucji Październikowej dobitnie uczy nas, że fakt, że ktoś jest przedstawicielem klasy pracującej bynajmniej wcale nie czyni go z automatu lewicowcem, czy rewolucyjnym proletariuszem. W realiach państwa, gdzie kapitalizm nie znajduje się w głębokim kryzysie i gdzie nie ma sytuacji rewolucyjnej najważniejszą identyfikacją pozostaje identyfikacja stricte polityczna. Dodajmy do tego pozycję polityczną, jaką posiada w Polsce kościół i przeanalizujmy, jakie partie znajdują się dziś w sejmie… a okaże się, że świadomość społeczna jest całkiem konkretna: prawicowa, prokapitalistyczna i w olbrzymiej mierze reakcyjna światopoglądowo. Aby w tych warunkach odbudować lewicę nie wystarczy więc przedstawić lepszej krytyki socjalnych niedostatków systemu kapitalistycznego. Wpierw potrzebny jest całościowy projekt uwzględniający też fenomen kato-nacjonalistycznej ideologii, która jest dziś niekwestionowanym hegemonem.

II RP strikes back

4. Prawo i Sprawiedliwość wygrało wybory nie tylko dlatego, że posłużyło się socjalnymi obietnicami. Proletariat nie jest lewicowy i nie zagłosował na PiS wyłącznie ze względu na swój socjalny oportunizm. Zwycięstwo PiS-u to rezultat transformacji świadomości społecznej w Polsce i jej ewolucji w kierunku bardziej prawicowym i nacjonalistycznym. W tym samym czasie doszło w Polsce do jednoczesnej antyislamskiej readykalizacji, czy wyraźnego wzrostu nastrojów konserwatywno-religijnych. To, że w kraju, gdzie nie ma muzułmanów kwitnie islamofobia zdradza, że świadomość polskiej klasy pracującej przeżarta jest ksenofobią o podłożu nacjonalistycznym i ma wybitnie ksenofobiczny (a więc prawicowy) charakter. Kiedy bowiem nie przychodzi nowe - masy zwracają się ku staremu. I tak samo stało się w Polsce. Brak gotowej lewicowej alternatywy sprawił, że Polska cofnęła się w kierunku świadomości politycznej rodem z II RP. W tych warunkach lewicowość schodzi do podziemia.

Nagonka na lewicę stała się faktem

5. Lewica nigdy nie będzie lepszym PiS-em. Autorzy "Listu" proponują w zasadzie udoskonalanie narracji prezentowanej przez PiS. Ale żaden prawicowy elektorat (a ten obecnie jest w mocy) nie nabierze się na elokwencję, czy troszeczkę lepszy socjal proponowany przez tęczowe partie i ugrupowania. Działacz lewicowy z dużego miasta będzie zaskoczony, ale kato-prawicowy lud nie chce socjalu od ludzi, którzy chodzą na parady równości i chcą przyjąć uchodźców. W modzie jest prawicowy patriotyzm o charakterze religijnym, w modzie jest restauracja nacjonalizmu. Być może nie każdy też zdaje sobie z tego sprawę, ale współczesny prawicowy wyborca dysponuje już wyszukiwarką Google i jeśli wyszuka sobie nazwisko polityka, którego wizerunek pojawi się w otoczeniu "znanych lewaków" to żaden "prosocjalny kamuflaż” nie pomoże. Jeśli ktokolwiek chce licytować się z Kaczyńskim i zadowolić jego elektorat to musi to robić na wszystkich frontach i musiałby też przegonić PiS w antykomunizmie, islamofobii, czy konserwatyzmie. Polityka to brutalna walka ideologiczna o ludzi zideologizowanych, a nie oświecony rynek idei, na którym poruszają się wykształceni, wielkomiejscy homo oeconomicus niewrażliwi na uprzedzenia i kłamstwa, którzy wybierają najlepsze rozwiązania dla swoich racjonalnie rozpoznanych problemów.

Polski kapitalizm ewoluował

6. III RP poszła już do piachu, teraz mamy już IV (smoleńską), a obie to kapitalizm. To jednak nie jest dokładnie ten sam kapitalizm. Okres skromniutkiego kapitalistycznego prosperity staje się faktem. Ten okres kapitalistycznego prosperity nie musi być jednak wcale dla lewicy całkowicie stracony. To w czasie rosnącego dobrobytu rosną bowiem także społeczne oczekiwania dotyczące jakości życia, rosną też szanse edukacyjne. To prosperity można więc wykorzystać jeśli nie zostanie zatracona lewicowa tożsamość. Jeżeli lewica zamiast krytyką form demokracji w kapitalizmie nie zajmie się krytyką samego kapitalizmu: w tym także krytyką jego kultury, czy krytyką kapitalistycznej wolności; to jej racja bytu w realiach pierwszoświatowego kapitalizmu zwyczajnie ginie. Doskonałym tego przykładem jest sytuacja sąsiadujących, zamożnych państw zachodnich, gdzie dwubiegunowy układ partii prawicowych w zasadzie na trwałe wyeliminował jakąkolwiek realną lewicę, która nie byłaby jedynie okazjonalnym, liberalnym przebierańcem.

Nie odetniecie kuponów od sukcesu Kaczyńskiego

7. Bo nikt was nie lubi... Trwałym komponentem "nowego człowieka" generowanego przez PiS jest jego antykomunizm, antylewicowość, religijny konserwatyzm, czy islamofobia. Każdy lewicowy projekt musi w związku z tym w sposób otwarty i radykalny krytykować te postawy, włączając tę krytykę w szerszą krytykę złych postaw przyjętych przez olbrzymią część polskiej klasy pracującej. Ten sam nacjonalistyczny układ może rządzić wiecznie jeśli jego poglądy podziela społeczna większość. Lewica zaś nigdy nie wygra z nacjonalistycznym barbarzyństwem jeśli nie będzie w stanie skutecznie go krytykować, kompromitować i odrzucać, przeciwstawiając go swoim własnym spójnym ideałom.

Czas na nowo tworzyć swój elektorat

8. Myślenie czysto polityczno-organizacyjne jest przedwczesne. Wyborca lewicy w Polsce nie istnieje. Gdyby istniał to mimo wszystkich ułomności i tak głosowałby na Razem i SLD. Tak jak zresztą (z braku innego wyboru) robili to dotąd ludzie o lewicowych poglądach. Elektorat dla lewicy trzeba dopiero wykształcić i na nowo tworzyć. Taki elektorat nigdy nie jest gotowy i to dopiero ciężka praca organizacyjna u podstaw i wieloletnia praca polityczno-edukacyjna polegająca na tworzeniu lewicowej kontrkultury są w stanie stworzyć odpowiednie zaplecze społeczne dla lewicy. Twierdzenie, że same ciągoty socjalne to lewicowość albo, że sam lud w swej wrodzonej mądrości i rozumie jest sam z siebie od razu podmiotem dla lewicy jest głupie i błędne. To dokładnie ten sam błąd, który część lewicy popełniła w latach 80-tych wierząc, że skoro miliony wyszły na ulicę to nie mogą się mylić i na pewno zaraz wprowadzą lepszy komunizm. Lewicowość, czy socjalizm są projektami robotniczymi ale i intelektualnymi o określonych wymaganiach i dla określonych ludzi. Proletariusz socjalistyczny jest zupełnie niekompatybilny z proletariuszem nacjonalistycznym i stanowi też całkowicie odrębną istotę. I dlatego też lewica musi właśnie "rozwiązać lud i wybrać sobie własny", to jest - oddolnie budować front polityczny wychowując swojego wyborcę i przedstawiać mu alternatywę, a nie naiwnie liczyć na to, że po błyskawicznym zastosowaniu socjotechnicznego makijażu wyborcy pomylą lewicę z Kaczyńskim i w ten sposób uda się jej wygrać wybory. Jeśli nie prowadzi się prac na rzecz wytworzenia własnego elektoratu to nie ma prawa on istnieć - a prosocjalny potencjał mas pracujących pada łupem prawicy, ponieważ masy zostały ukształtowane przez prawicę i obecnie po prostu należą do niej. Zaczynamy w zasadzie od zera - tak samo jak przedwojenna polska lewica, która przez wiele lat budowała kasy robotnicze, domy związkowe…

Antysystemowość albo kawiorowa zagłada

9. Lewicowość w kapitalizmie to bunt przeciwko systemowi, konflikt i polityczny radykalizm. Nie reformizm. Lażdy umiarkowany wyborca posiada do wyboru tylu prawicowych reformistów (także prosocjalnych, antyneoliberalnych i obyczajowo postępowych), że nigdy nie będzie musiał sięgać po reformistyczną lewicę. Nawet 25-letnia obecność SLD w sferze polskiej polityki była rezultatem antykapitalizmu, jaki wcześniej prezentowała PZPR. W ostatnich latach Polacy nie mieli do czynienia z autentyczną lewicą i nawet nie zetknęli się z jej ideologią - znają ją jedynie z prawicowych propagandówek. Te propagandówki w pewnym sensie działają jednak na naszą korzyść: są dziś najlepszą formą przetrwania świadomości społecznej dot. istnienia ustroju socjalistycznego i świadczą też o tym, jak realnym i aktualnym wrogiem kapitalizmu pozostaje socjalizm. Nowy antykapitalizm nie może być jednak hiperradykalny, ale nie może też zgadzać się na uniwersalizm stosunków kapitalistycznych. Posiadanie własnej utopii jest konieczną oczywistością.

Ani liberał, ani narodowiec nie dadzą lewicy zwycięstwa

10. Polacy w ogóle nie wiedzą czym jest prawdziwa, nowoczesna lewica. Lewica jest dziś kojarzona albo z IPN-owskim rozumieniem Polski Ludowej albo z ultraliberalnym projektem skupiającym się głównie na kwestiach obyczajowych. Budowa "nowej Rzeczpospolitej" to w tych warunkach hasło, które nie posiada jakości, którą mogłaby wykorzystać lewica, ponieważ samo hasło "Rzeczpospolitej" i wspólnoty narodowej w ogóle jest już na trwałe skojarzone z prawicą. Bez kontekstu klasowego i antykapitalistycznego wszystkie pseudolewicowe projekty głoszące potrzebę budowania jakiejś V RP będą brzmiały, jak wtórne koncepcje nawiązujące do myśli Jarosława Kaczyńskiego. Podobnie: próby odzyskiwania elektoratu liberalnego spełzną na niczym jeśli lewica utraci przy tym swój radykalizm. Jeśli część liberalnego elektoratu ma przejść na stronę lewicy to musi ona pogodzić się z ewolucją w kierunku pozycji antykapitalistycznych. W innym wypadku zawsze znajdzie się jakaś "Nowoczesna", bardziej wiarygodna dla prokapitalistycznych liberałów, z których druzgocąca większość nigdy nie postawi na jakikolwiek, nawet minimalny, bunt.

PiS, czyli najgorszy wariant kapitalizmu

11. I wreszcie - PiS jest projektem politycznych elit i dla kapitalistycznych elit, ale posiada też swoje wyraźnie prorobotnicze oblicze wyrażające się w staromodnym, prawicowym solidaryzmie narodowym. Ten solidaryzm jest w stanie skutecznie rozbrajać słabe sprzeczności klasowe, które występują w realiach uprzywilejowanego (w wymiarze globalnym) kapitalizmu. Tego rodzaju formacja ideologiczna jest więc szczególnie niebezpieczna bo usuwa słabe sprzeczności klasowe na rzecz antylewicowego programu, który w sferze światopoglądowej i kulturowej cofa Polskę w rozwoju do stopnia uniemożliwiającego jakikolwiek przyszły triumf zarówno lewicy, jak i nawet postępowych socjaldemokratów, czy liberałów. Ta pułapka nowoczesnego faszyzmu, który polega na sojuszu sił państwa i kapitału jest zdecydowanie większym zagrożeniem od neoliberałów, ponieważ usuwa społeczne pole, które umożliwiałoby narodziny lewicowej tożsamości. Stąd też rozprawienie się z PiS-em jest dziś znacznie bardziej palącym zagadnieniem od rozprawienia się z całością systemu kapitalistycznego i dlatego też zamiast usiłować wpisywać się w PiS-owski sukces (który lewicę ostatecznie grzebie) należy zrobić wszystko żeby go uniemożliwić. Ten polityczny prymat nie oznacza jednak, że należy wstępować do partii liberalnych, ale że należy tworzyć lewicę zdolną zarówno do walki o kwestie gospodarcze, jak i o najbardziej postępowy program obyczajowy.

***

Niezależnie od tego, czy zgodzilibyśmy się z wizją zaproponowaną przez autorów "Listu", czy też z jego krytyką rezultat byłby w zasadzie ten sam. Pomimo diagnozy i jedna, i druga strona proponuje w zasadzie to samo: tworzenie lewicowej alternatywy politycznej o socjaldemokratycznym charakterze. Niezależnie od tego, czy alternatywa ta byłaby skierowana głównie przeciwko III RP i jej tropionym przez Zbigniewa Ziobrę elitom, czy też byłaby bardziej postępowa i antykaczystowska problemy pozostają podobne.

Tym problemem jest brak organizacyjnego zaplecza zdolnego do skutecznego politycznego działania oraz zbyt silny konformizm, który drzemie w lewicowych działaczach usiłujących zjeść ciastko i mieć ciasto - być antykomunistami z "Solidarności" i antyneoliberałami o liberalnym obliczu, być lewicą umiarkowaną i być lewicą radykalną, korzystać z elementów schedy po socjalizmie i bawić się w rozliczanie komuny. Krytykować ale i kochać Gazetę Wyborczą. Być przeciwko kapitalizmowi ale wielbić kapitalistyczny postęp… To nowe-stare polskie rozdwojenie jaźni świadczy jedynie o tym, że nadal nie przepracowano jeszcze w Polsce tej wielkiej traumy, jaką była kapitalistyczna transformacja. Wszystko, co lewicowe dalej odnosi się do dawno minionych walk i dawno zapomnianych bojów lub też wprost aspiruje do zachodnio-kapitalistycznego bogactwa i "jara się" imperialistyczną globalizacją.

Nie ma także zrozumienia dla tego faktu, że dawne sukcesy socjalistycznej lewicy okupione zostały dekadami wielkich wysiłków, działań i poświęceń. Źródłem tych sukcesów nie były przy tym wcale gry parlamentarne.

To, co pozostaje pewne na temat obecnych lewicowych szczątków to, że są one pozbawione jakości, wyrazu i charakteru: wszystkie radykalne idee zastąpił nowoczesny, korporacyjny oportunizm, a wszystkie próby tworzenia własnego wizerunku zastąpiono wiarą w to, że uda się "gdzieś wstrzelić" i przy "takich to a takich sondażach" zafunkcjonować. To scheda po dobrze znanym nam dziecinnym biurokratyzmie rodem z SLD i kopiowanie działań bogatych prawicowych partii (które jednak posiadają już przygotowaną i wierną klientelę). Efektem takiego właśnie myślenia i działania było zresztą pogrzebanie SLD przez postawienie na Magdalenę Ogórek.

A wszystko, czego naprawdę chcą dziś masy to polityczny autentyzm.

Potrafił to wykorzystać Donald Trump, czy Jarosław Kaczyński, potrafił to jednak wykorzystać także i Jeremy Corbyn – polska lewica jest dziś jednak na to zbyt przerażona. Cierpi na (w tym wypadku prawdziwą) chorobę politycznej poprawności, a jednocześnie nie jest też w stanie przekuć się w cokolwiek nowego. Jeśli "lewactwem" w Polsce jest już dla wielu nawet PO to nie znaczy wcale, że lewica może odnieść sukces prezentując nacjonalizm, albo idąc w objęcia Michnika. Bycie czerwonym odcieniem liberalizmu i konserwatyzmu to niestety za mało. "Lud" się na to nie nabierze. Czerwień musi być czerwona - albo ginie w tłumie tego, co do zaoferowania ma bogaty, kapitalistyczny rynek.

Zniszczyć Kato-Patriarchat
2017-03-13 18:50:24

Tabletki antykoncepcyjne „dzień po” na receptę lub wbrew prawu. Edukacja seksualna uznająca antykoncepcję za dzieło zła i narzędzie niszczące planowanie rodziny. Zaostrzane prawo aborcyjne, które przymusza do rodzenia dzieci poczętych w wyniku przestępstwa. Ograniczenie dostępu do leczenia bezpłodności. Oto prawa kobiet według prawicy – i żywe marzenia obecnego rządu.

Wystarczyło niewiele ponad ćwierć wieku aby z Polski Ludowej, gdzie w praktyce aborcja była dostępna na życzenie, przemienić Polskę w kraj sterowany przez szajkę biskupów, wyznawców zasad religijnych rodem z mroków średniowiecza i zwyczajnie ordynarnych przeciwników nauki. Nowa era panowania kato-patriarchatu to jednocześnie nowa era ideologii starych, niczym cały katolicki doktrynalizm.

Czym jest ideologia gwałtu i dlaczego jej narzucanie jest dla prawicy koniecznością?

Ideologia gwałtu to nic innego, jak konsekwentnie tradycyjna, konserwatywna wizja kobiety w społeczeństwie. Wedle konserwatywnej tradycji miejsce kobiety w społeczeństwie jest drugorzędne. Kobieta stanowi tło dla mężczyzny i jego działań oraz dokonań. Co więcej nie posiada też ani istotnej pozycji ekonomicznej, ani prawa głosu w kluczowych kwestiach – w tym zwłaszcza w tych, które bezpośrednio dotyczą społecznej reprodukcji i planowania rodziny.

Kiedy obecny święty - i wciąż jeden głównych myślicieli i teologów - Kościoła Katolickiego, Tomasz z Akwinu głosił swe przekonania, jakoby to dziewczynki „powstawały z uszkodzonego nasienia lub też w następstwie wilgotnych wiatrów” miał na myśli ogół wszystkich kobiet. I uważał także, że ogól kobiet jest gorszy i stoi w hierarchii niżej od każdego mężczyzny. Doskonałość mężczyzn znajdowała potwierdzenie we wszystkich najistotniejszych źródłach religijnych. A sama kobieta według katolickiej tradycji może być ciekawym uzupełnieniem mężczyzny, przyjemnym dla oka dodatkiem do świata pochodzącym z męskiego żebra, czy w ostateczności: wypełniającą wszystkie obowiązki domowe podporą rodzicielstwa i opiekunką domostwa zarządzanego przez mężczyznę.

Jej jedyną oryginalną i wyłączną rolą pozostaje rola rozrodcza, bez prawa do veta, czy prawa do samostanowienia o własnym ciele i jego przeznaczeniu.

Ta ideologia już od wieków służy ciągłemu uprzedmiotowianiu kobiety, a współcześnie skazywać ma ją na iluzję wyboru, jaką jest wybór pomiędzy pełnieniem tradycyjnej roli rodzinnej bez prawa do wyzwolenia i życia jako samodzielna jednostka lub pełnieniem roli „wyzwolonej” i idealnej kobiety biznesu, która w ramach kary za swą bezczelność musi wejść w buty mężczyzny-kapitalisty i całkowicie utracić możliwość do samorealizacji na polu macierzyństwa. Ten duopol pieczętuje jeszcze stałe utowarowianie ciała kobiety i sprzedawanie go pod postacią towarów seksualnych – jedyną sferą, gdzie kobiety mają wedle systemu prawo zarabiać naprawdę więcej od mężczyzn jest bowiem sfera branży pornograficznej, a ciągle wisząca nad kobietami groźba bycia sprowadzoną do roli produktu kosmetycznego/seksualnego zmusza w końcu do podjęcia decyzji w oparciu o istniejące już schematy...

Schematy te w rezultatach kończą się zaś tradycyjnym ubezwłasnowolnieniem i ewolucją w pojemniki na „dobroczynnie działające nasienie”, które w imię Świętej Matki Polki pozwoli reprodukować młodych narodowców na polskie, biało-czerwone stadiony lub (w przypadku schematu liberalnej „wolności”) ewolucją w turbokapitalistyczny model „Idealnej kobiety”, która idąc po trupach do celu w wieku przedemerytalnym być może osiągnie w końcu awans pozwalający jej zrównać się z przeciętnie opłacanymi mężczyznami z kierowniczych stanowisk niższego szczebla, tracąc przy tym zupełnie swoją autonomię. Na końcu jest jeszcze schemat kariery szczególnie wpajany młodym kobietom, polegający na sprzedaży własnego ciała na rynku seksualnym, matrymonialnym lub wizerunkowym – w ramach tej sprzedaży w najlepszym wypadku możesz stać się rozebranym dodatkiem do kilku teledysków, a w najgorszym skończyć u boku przypadkowego mężczyzny na całe życie, albo też w ten albo inny sposób sprzedając swe ciało na kapitalistycznym rynku.

Ideologia gwałtu, którą lansuje polski katonacjonalizm idealnie wpisuje się w te schematy. Kobieta zmuszana do rodzenia ma wrócić do kuchni, ma pozbyć się marzeń o panowaniu nad własnym ciałem. Ma zgadzać się na gwałt, który jest mniejszym złem od aborcji i ma oddać panowanie nad swoim ciałem tym, którzy przemawiają z ambony oraz ich sługusom. Ma na powrót stać się tłem dla męskich podbojów i rządów. A męskich znaczy w tym wypadku: nacjonalistycznych, ksenofobicznych i wojowniczych.

Ideologia gwałtu i ubezwłasnowolnienia jest do tej prawicowej walki niezbędna, ponieważ kobiety wolne, wyedukowane, swobodne w działaniu i wspierane przez państwo nigdy nie pójdą za polityką przemocy, militaryzmu, czy sekciarskiej dyktatury.

Kobiety XXI-wieku nie pójdą za tą polityką, ponieważ najlepiej ze wszystkich poznały jej efekty. Ponowny regres ku złotej erze idei katolicko-narodowych nie obejdzie się bez złamania i zniszczenia postępu, który przez ostatnie stulecie dokonał się na polu emancypacji kobiet. Bez kobiety żyjącej w strachu i lęku przed ciążą nie będzie powrotu do czasów panowania tych, dla których tłumienie seksualności, tłumienie wolności wyboru i tłumienie miłości, jako uczucia nieskrępowanego przez karzącą instytucją religijnie sankcjonowanego małżeństwa to główna metoda sprawowania władzy.

Angela Davis stwierdziła kiedyś, że czarnoskóre kobiety w USA musiały w sposób najbardziej złożony pojąć i zrozumieć całe amerykańskie społeczeństwo, ponieważ musiały jednocześnie zrozumieć białych mężczyzn, białe kobiety i czarnych mężczyzn, a przy tym musiały też rozumieć same siebie. W rezultacie tego każde zwycięstwo Afroamerykanek oznacza największy skok jakościowy w prawach obywatelskich dla wszystkich obywateli USA. Podobnie jest dziś w przypadku Polek, które żeby w ogóle móc funkcjonować w Polsce muszą dziś rozumieć zarówno religijny i staroświecki konserwatyzm kościoła oraz Kaczyńskiego, kapitalistyczną ideologię sukcesu narzucaną przez wymuszający wyścig szczurów neoliberalny system oraz konsumpcyjne podejście traktujące kobiety niczym seks-lalkę oraz towar rodem z centrum handlowego.

W tych warunkach walka o prawa kobiet nie jest więc wcale walką o prawa samych kobiet – lecz jest walką o wolność człowieka, jako takiego. Jest walką sił postępowych przeciwko siłom społecznego regresu i upadku.

Nie należy też bowiem fetyszyzować samej płci – łatwo jest zdać sobie sprawę z tego, że kobiety będą w tej walce po obu stronach barykady. Wystarczy ku temu tylko krótki rzut oka na posłanki z partii rządzącej... Zwolenniczki „katotradycji” nie dają jednak innym ani wyboru, ani wolności… zamiast tego chcą stosować aparat państwa do wymuszania swojego „stylu życia” metodą prawa i policyjno-sądowej pięści. Ten tzw. „styl życia” jest więc po prostu rządową i hegemoniczną ideologią, a jego charakter mówi nam wyraźnie, że chodzi tu wyłącznie o władzę i o cementowanie polityki, która pieczętuje panowanie męskiej, konserwatywnej hegemonii kato-patriarchatu nad postępem społecznym, o który od 1910 roku walczy cała światowa lewica wraz z ruchem feministycznym.

Ideologia gwałtu to ideologia, która każde poczęcie, w tym i to będące wynikiem gwałtu, stawia ponad indywidualny charakter każdej kobiety i jej wolność. To kres wolności osobistej, jako takiej... A taka jest dziś właśnie polityka sił reakcji i taka jest prawdziwa twarz walki o „szacunek wobec życia nienarodzonego”. Tych kajdan nie możemy dać sobie ponownie nałożyć. Z tą ideologią nie należy dyskutować, ją należy tępić. A do trwałego zwycięstwa nie wystarczy jedynie obrona tych szczątkowych praw, które funkcjonują obecnie - do tego potrzeba prawdziwej rewolucji.



Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Socjalizm Teraz
Komuna was wszystkich pogodzi
2016-12-22 15:29:01

Rok 2016, rok pierwszy Naprawdę Wolnej Polski. Prawo i Sprawiedliwość dzielnie broni polskiej wolności przed zakusami morderczej bolszewii. Jego przeciwnikami pozostają krwawi ubecy skoncentrowani wokół sił opozycji i jej wiecznego przywódcy - Lecha Wałęsy... oraz bezpośrednio powiązany z SB/UB KOD.

Organizowany przez tzw. "opozycję", a de facto bolszewię "protest" przed sejmem okazuje się być zakamuflowaną próbą dokonania zamachu stanu, który przywrócić miał do władzy funkcjonariuszy PRL-owskich służb bezpieczeństwa, aby ci przywrócili w Polsce stalinizm. Przeciwko tej postkomunistycznej bezpiece i jej wyznawcom występuje już tylko Jarosław Kaczyński z gronem oddanych sobie patriotów i w moralnej asyście Tadeusza Rydzyka. Aby obronić polską wolność do sejmu transportuje się tysiące policjantów…

Z drugiej strony strony barykady siły wolnościowe pod przywództwem Bronisława Komorowskiego, Ryszarda Kalisza, Ryszarda Petru, Władysława Frasyniuka i Adriana Zandberga. Ci wielcy kontynuatorzy również walki z komuną stoją na straży wielkiej „Polskiej Wolności”, którą w wojnie przeciwko krwawym Ubekom wywalczyli w 1989 roku. Państwo, którego bronią to prawdziwa, pełnokrwista demokracja obywatelska, którą zniszczyć chce totalitarna partia Jarosława Kaczyńskiego - w związku z czym pod wezwaniem Gazety Wyborczej należy uczynić wszystko, aby obecny rząd skompromitować, zniszczyć i pogrzebać oraz przywrócić czasy świetności dorobku Leszka Balcerowicza…


Tak w skrócie przedstawiają się narracje obydwu „stron barykady” obecnego konfliktu.

Historia Polski przedstawiana społeczeństwu przez PiS pochodzi rodem ze zdegenerowanej teorii spiskowej w myśl której Polską rządzi dziś odwieczna wojna pomiędzy dobrem i złem, przy czym zło reprezentują tu oczywiście „siły ubeckie”, a dobro „święte siły niepodległościowe”, których mesjaszem jest Jarosław Kaczyński. Co ciekawe – prawie identyczną wizją dysponują przedstawiciele tzw. „opozycji”, których zdaniem Jarosław Kaczyński pragnie ponownie zainstalować w Polsce „komunę”. Prawdą jest, że PiS niszczy obecnie polski porządek prawny i prowadzi nas ku autorytaryzmowi. Całościowa krytyka polityki PiS ze strony opozycji nie przekracza jednak poziomu krytyki przyczyn formalno-prawnych, ponieważ z perspektywy gospodarczej, czy społecznej w Polsce już od dawna realna demokracja pozostaje trupem na usługach oligarchii i jej neoliberalnych doktryn ekonomicznych.

Prawdziwą wojnę polityczną toczą więc ze sobą: demon pinochetowskiego katonacjonalizmu kontra zombie zdradzonego przez (ogłupiony) lud dawnego neoliberalnego reżimu.


Nagłówki z wydania głównego Wiadomości TVP1

Obecna "opozycja", która występuje przeciwko PiS-owi pod jednym, wspólnym sztandarem to nic innego, jak pospolite ruszenie środowisk Gazety Wyborczej i jej okolic. Jedność Nowoczesnej, PO, Razem i wszystkich pozostałych liberalnych planktonów zdradza wspólnotę interesu tych pozornie różniących się grup i partii. Partiom tym marzy się śmierć PiS-u i ponowne rozdanie władzy w którym Nowoczesna i PO być może odpaliłyby nawet mniejszy kawałek tortu partii Razem – robiąc z niej bardziej antykomunistyczną i hispterską wersję starego i skompromitowanego SLD. Poza żądzą władzy zdecydowana większość sił opozycyjnych nie ma bowiem nic do zaoferowania, szczególnie w kontekście potrzeb życiowych wyrażanych obecnie przez ludzi pracy.

Rozpaczliwe chwytanie się i nagłaśnianie konfliktów dotyczących kwestii prawnych leży w interesie opozycji, ponieważ w innych kluczowych kwestiach, które naprawdę godne są oprotestowania istnieje szeroka zgoda elit. „Opozycja” nie zorganizuje protestów przeciwko militaryzacji kraju i przemienianiu go w bazę NATO, nie zorganizuje protestów przeciwko postępującej klerykalizacji, czy przeciwko obniżkom podatków dla przedsiębiorców.

Ta sama polityczna jałowość dotyczy także PiS-u, którego główną doktryną ekonomiczną jest dziś (mniej więcej XIX-wieczna) wiara w polskiego burżuja, który obciążony niższymi podatkami poprowadzić ma lud ku doskonałości ekspresowo budując świetnie płatne miejsca pracy i jednocześnie ratując ojczyznę przed obcym kapitałem. Fundamentalną cechą PiS-u jest też nieudolność. Dotyczy ona zarówno sfery gospodarczej, jak i politycznej: prawie wszystkie konflikty wywoływane przez PiS byłyby do uniknięcia nawet przy realizacji tego samego programu. Główną ideą przewodnią Prezesa-Naczelnika jest jednak hasło „nie brać jeńców” i stąd tak silne parciu obozu rządzącego ku samozagładzie. Ideologia szukania zdrajców, czystek, urojone kontynuowanie historycznej wojny z komunizmem i jego widmem, toporny klerykalizm i fundamentalizm, parcie ku wojnie… w PiS-owskiej ideologii niczym w krzywym zwierciadle odbijają się wszystkie demony polskiego narodowca z lat 40-tych, dodatkowo wzbogacone jeszcze o brak doświadczenia w sprawowaniu władzy nad nowoczesnym państwem.

Z perspektywy nieotumanionego duchem katonacjonalizmu reprezentanta młodzieży władza PiS-u to psychotyczne rządy mściwych dziadków, którzy mentalnie nie opuścili jeszcze lasów w których chowali się 70 lat temu.

Obecna „opozycja” to zaś czysty gniew dawnych elit. Metody, które stosuje Jarosław Kaczyński stopniowo prowadzą nas jednak ku coraz większej koncentracji władzy i w kierunku katonacjonalistycznej dyktatury pułkowników rodem z II RP. Przeciwko temu należy dziś walczyć – ale nie ramię w ramię ze złodziejskimi, zasługującymi na kryminał elitami dawnego obozu rządzącego. Bez całościowej krytyki rządów PiS i odrzucenia zarówno PiS-owskiej wizji obyczajowości, jak i gospodarki nie powstanie żadna realna lewicowa opozycja. Tu swoje źródło ma obecna bezradność liberałów, których propozycje są wsteczne nawet w stosunku do tego, co obecnie realizuje PiS. Realne odrodzenie lewicy może nastąpić jednak tylko poprzez radykalizację jej programu i sprzeciwienie się całej wizji PiS-owskiego państwa. Konieczne są: walka o socjalizm, walka o interesy świata pracy, antymilitaryzm, antyklerykalizm i radykalne sprzeciwienie się próbom kryminalizacji lewicowej przeszłości. Jeżeli taka – socjalistyczna – siła wkrótce nie powstanie czeka nas dalsza ewolucja w kierunku obecnego modelu ukraińskiego.

Czeka nas wtedy polska majdanizacja, dalsza oligarchizacja i autorytaryzm pod wezwaniem JP2, z czołgami i rakietami NATO w tle. Alternatywą „opozycji” jest z kolei powrót do imperium Balcerowicza oraz demonów neoliberalizmu, gdzie pseudolewicowy plankton od czasu do czasu znów będzie rozdawał bezdomnym kuroniówkę…

Demokracja - Degeneracja
2016-11-07 21:23:31

Po jednej stronie karykaturalnie głupi recydywista - oszust podatkowy, mizogin i rasista, będący kwintesencją bezwzględnej władzy patriarchalnego kapitału nad światem. Po drugiej idealna wyrazicielka interesów kompleksu militarno-przemysłowego, kobieta z elit oderwana od rzeczywistości, która cieszy się z amerykańskich bombardowań i śmieje z krwawej eliminacji przeciwników imperialnego reżimu. Gdyby Stany Zjednoczone rzeczywiście były kolebką współczesnej demokracji to taką demokrację należałoby natychmiastowo zdelegalizować i zniszczyć.

Jedyny kandydat o innych i wyrazistych poglądach (Bernie Sanders) odpadł przez głosy szczytów partyjnych Partii Demokratycznej, która demokratyczna jest dokładnie w takim samym stopniu, w jakim demokratycznymi są największe światowe koncerny, banki i fundusze inwestycyjne. Rzekoma amerykańska swoboda demokratyczna okraszona głośnymi, pełnymi awantur i rynsztokowych afer igrzyskami to bajka dla naiwnych. To, co sprzedaje się na zewnątrz (w smutne tropiki i do „ciemnych kolonii”!) jako uosobienie nowoczesnych wolności nie działa nawet na miejscu, jest za to prawdziwym cmentarzyskiem wolności i prawdziwym pośmiewiskiem. Światowi nauczyciele wolności i demokracji to zwyczajni, zamordystyczni reprezentanci grup imperialistycznych interesów, kulturowo oscylujący gdzieś pomiędzy taśmowo produkowanym pornosem, a kulturą gangsterską.

Gdzie tu wybór, jeśli jedynymi zwycięzcami mogą być reprezentanci militarystycznych lobby i koncernów, jak można mówić o demokracji i rządach obywateli w kraju, gdzie jedyną przepustką do władzy i wyborczego startu są wielkie pieniądze?

To nie demokracja, to kapdemokracja – demokracja robiona przez najbogatszych, przez kapitalistów, dla kapitalistów, dla najbogatszych, dla światowego kapitału i w imię interesów amerykańskiej finansjery, amerykańskiej armii i jej kapitalistycznych pochodnych. To kapdemokracja w dodatkowo zdegenerowanej i karykaturalnej formie, gdzie nawet resztkowe programy, postulaty i hasła polityczne zastąpione zostały śmieciową wojną na wizerunki w której dowódcami stali się polityczni styliści i specjaliści od wizerunku będący nowoczesnymi władcami umysłów, panującymi nad człowiekiem masowym przy pomocy tego, co w odniesieniu do hitlerowskich Niemiec nazywało się mianem goebbelsowskiej inżynierii społecznej, a teraz przerobiono na szczęśliwie i pogodnie brzmiące „Public Relations”.

Oto właśnie zdegenerowana forma systemu pseudodemokratycznego podporządkowanego władzy kapitału.

Po stronie władców - złodzieje, miliarderzy, zarządcy fabryk śmierci i cyniczni mordercy odpowiedzialni za śmierć dziesiątek tysięcy. Po stronie elektoratu - zmanipulowani, zafiksowani na punkcie obrony własnych przywilejów i osobistych (czasem nawet i żadnych) dobrobytów, niewykształceni i zdezorientowani ludzie przepychani niczym stada bezwładnych baranów przez wszechwładne korporacyjne media, systemy taśmowej produkcji i konsumpcji ludzkich mózgów.

„Wybór” to w tym układzie iluzja, którą karmi się wierzących w wolność w kraju miliarderów. Estetyka amerykańskich wyborów to estetyka groteskowej, postapokaliptycznej władzy nad zdezorientowanym tłumem, który rządzony jest przy pomocy najbardziej prymitywnych narzędzi.

Takie odczytanie amerykańskich wyborów podchwyciły już nawet mainstreamowe europejskie media, gdzie nawet w prokapitalistycznych i proliberalnych gazetach i źródłach przeczytamy już o „amerykańskim spektaklu”, „farsie”, „widowisku”, czy „cyrku”. Przepaść cywilizacyjna pomiędzy USA a Europą jest w tym wypadku widoczna gołym okiem, a każde, nawet najgłupsze i najbardziej reakcyjne w rezultatach wybory w Europie to przy amerykańskiej demo-degeneracji prawdziwa ostoja cywilizacji i szacunku do wyborcy oraz człowieka.

Prawdą tych amerykańskich wyborów jest jednak co innego - w rzeczywistości odsetek tych, którzy pragną w USA jakichkolwiek głębszych zmian jest niewielki.

Wygra więc ten, kto będzie sprawiał wrażenie bardziej solidnego obrońcy "Wielkiej Ameryki" z jej militarną i ekonomiczną przewagą nad światem. Niezadowoleni przegrali. Dominujący w USA wyborcy to nadal /w mniejszym lub większym stopniu/ beneficjenci amerykańskiego panowania nad światem – realne alternatywy nie będą więc brane pod uwagę skoro amerykańska hegemonia wciąż ma się dobrze i dalej działa. Wybory władcy, za którego najważniejsze decyzje i tak podejmuje Wall Street przemieszane z korporacjami zbrojeniowymi to natomiast propagandowa błyskotka, atrakcja porównywalna z kolorowymi rubrykami odnotowującymi wypadki z życia brytyjskiej rodziny królewskiej i innych godnych pożałowania celebrytów zarabiających na siebie swoim, sprzedawanym nachalnie, ciałem.

Wszystko to dzieje się zgodnie ze słowami Lenina – demokracja w kapitalizmie to demokracja bogatych i złudzenie biednych. To wolność dla tych, których stać na opłacanie polityków, aby realizowali ich interesy. Pozostałym pozostaje wiara w przypadek i los. Dobroduszna Ameryka nikogo nie pozostawi jednak samemu sobie. Ostatecznie najbiedniejsi zawsze mają dla siebie ciepłe kanały, Detroit itp., przestronne więzienia i wojny na których mogą zginąć przysługując się ojczyźnie. Pozorowane wybory realizują naczelny cel amerykańskiego systemu – gwarantują bezpieczną reprodukcję tych samych, kapitalistycznych elit.

Cała reszta to już wyłącznie mokra robota dla ośrodków panowania ideologicznego, które mają pełne ręce roboty, aby śpiewkami na temat różnorodnych skandali obyczajowych i kłótni w biznesowej rodzinie spacyfikować wszelki potencjalny kontekst klasowy i systemowy, który mógłby wypłynąć podczas wyborów.

Twoją prawdziwą amerykańską wolnością, twoim American Dream jest więc wybór pomiędzy jednym lub drugim milionerem. Twoją wolnością jest wybór pomiędzy lobbystą grup naftowych, a grup farmaceutycznych. Możesz też zagłosować za tym, czy Bliski Wschód należy dalej rozwalać konwencjonalnie, czy też jednak użyć broni atomowej… A jeśli masz konto w banku (choćby był na nim tylko jeden cent) to zadbaj przynajmniej o to, aby wygrał ten kandydat, którego obstawia twój bank… a nuż zyskasz dzięki temu 0,01% na rocznym oprocentowaniu?

Klechowskie widmo nad macicą
2016-09-23 21:07:52


Przekazany do dalszych prac sejmowych projekt zaostrzający prawo aborcyjne umożliwia m.in. ściganie i osadzenie w więzieniu kobiet, które poronią. Zakłada on także, że przerwanie ciąży nie będzie możliwe nawet w sytuacji zagrożenia zdrowia lub życia matki, która zostanie tym samym zmuszona do rodzenia nawet za cenę własnego życia. Aborcja nie będzie też możliwa w przypadku gwałtu...

Antyaborcyjny dekret o którym mowa jest obecnie przepychany w polskim sejmie przez zjednoczoną czarną reakcję, czyli: polski kościół, Prawo i Sprawiedliwość oraz przez szerokie katolickie środowiska nacjonalistyczno-fundamentalistyczne. W skrócie są to więc wszystkie środowiska, których głównym celem od zawsze było przede wszystkim gwałcenie wszelkich praw kobiet i deptanie indywidualnych swobód na rzecz religianckiego zniewolenia i ciemnoty.

Ktoś obdarzony minimum zdrowego rozsądku mógłby nam zadać pytanie: po co? Po co klerowi i prawicy panowanie nad macicą? Czemu ma służyć ustawa, która będzie skazywała na podziemie aborcyjne? Czemu ma służyć projekt, który skaże na kalectwo i śmierć kobiety, których pozbawi się tym samym panowania nad własnym życiem wraz z elementarnym prawem pozwalającym sterować własną egzystencją z troską o własne zdrowie i życie?

Odpowiedź brzmi: panowanie nad macierzyństwem i rodzicielstwem to panowanie nad modelem reprodukcji, to panowanie ideologiczne, czyli panowanie nad umysłami i całym społeczeństwem: jego życiem i rozwojem.

Zastraszone, żyjące pod przymusem rodzenia, kobiety to kobiety posłuszne. To kobiety, które ze strachu przed karą będą rodziły wtedy, kiedy zechce tego system lub mężczyzna. Zastraszone kobiety to także kobiety bez edukacji seksualnej, to przedwcześnie młode matki, które nie będą miały czasu na edukację, na siebie. To kobiety dla których głównym autorytetem w kwestii reprodukcji i planowania macierzyństwa pozostanie lokalny ksiądz oraz mąż w roli patriarchy i autorytetu. Brak możliwości ratowania własnego zdrowia i życia w czasie ciąży to zaś wyraźny ideologiczny przekaz: twoje życie jest cokolwiek warte tylko jeżeli będziesz rodzić, i tylko jeśli pozostaniesz żywym inkubatorem: rezygnując przy tym ze swych praw, ze swej samodzielności i podmiotowości.

Prawicowa wizja kobiecej podmiotowości jest prosta: podmiotowa kobieta to kobieta podporządkowana bogu (a z racji jego nieobecności chodzi oczywiście o jego sukienkowych reprezentantów), rodzinie i procesowi wulgarnej reprodukcji. To rola, która nie wychodzi poza rolę Matki-Polki hodującej przyszłych Wyklętych, stadionowych kiboli i ksenofobów. Rzeczywistość rodem z PiS-owskiej mitomanii to świat macho-bohaterów walczących z komuną i ich posłusznie rodzących matek, których macice oddane są na służbę "Wielkiej Polsce". Polska, „postępowa” religijność to z kolei religijność upodlenia, regresu cywilizacyjnego i skazania na przypadek. Każda nowoczesna medycyna, wszystkie założenia dot. planowania rodziny, czy odpowiedzialne i świadome macierzyństwo są jej wrogami. Tak, jak każdy religijny ciemnogród karmi się niewiedzą – tak i rola kobiety w katofaszystowskiej cywilizacji śmierci (kobiety) nie wykracza poza rolę przedmiotu.

Podporządkowanie społeczeństwa prawicowej doktrynie rodzenia ku śmierci sięga dalej.

Macierzyństwo przypadkowe, nieplanowane i jak najbardziej masowe to prawicowy ideał. Kobieta, która bierze w nim udział to konserwatywna kura domowa, która zamiast swobodnie się rozwijać, doskonalić i być samodzielna powinna zadowalać się macierzyństwem i życiem w cieniu męża oraz przymusu rodzenia. Czy nie tym samym celom służy w istocie program 500+ - zakładający przekazywanie skąpej pomocy finansowej tylko tym, którzy posiadają potomstwo? Czym może być faworyzowanie /pod karą więzienia/ macierzyństwa w kraju, gdzie dominuje płaca minimalna, mieszkania to dobro dziedziczne, a żałośnie niski poziom życia wygania miliony na emigrację?

Reakcyjna ideologia rodzenia nie zakłada istnienia społeczeństwa dobrobytu, nie stawia na wykształcenie i świadome panowanie nad własną egzystencją, czy na emancypację jednostki i budowanie jej wolności. To ideologia ku śmierci, w stylu filozofii Powstania Warszawskiego. To ideologia kładąca kres osobistym swobodom i wszechstronnemu rozwojowi jednostki. To wizja rodzenia za pieniądze „dla boga i rodziny” – rodzenia jak najwięcej i jak najszybciej, nawet za cenę swojego życia… a może nawet: przede wszystkim za cenę rezygnacji ze swojego życia!

Przeciwko tej ideologii występują oczywiście nie tylko lewica, czy socjalizm. Przeciwko niej występuje każdy rozum, każdy przedstawiciel racjonalizmu, tradycji oświecenia oraz każdy zwolennik ludzkiej samodzielności i podmiotowości. Ustawa zaostrzająca prawo aborcyjne to cios cywilizacyjny, to powrót do czasów folwarcznych panów i sprawowania władzy z ambon. Tego nie można przemilczeć, nie można nie zauważyć… i nie jest to bynajmniej walka samych kobiet, lecz walka całego społeczeństwa.

I nie pomogą tu żadne happeningi, ładnie otagowane internetowe protesty, czy robienie sobie hipsterskich selfie i przekazywanie oburzenia w komciach i na ucho. Wcielona w aparat państwa prawicowa władza zna tylko język siły. To nie protest na facebooka i zmianę avatara. To protest na wyjście na ulice, to protest na strajk generalny i uliczne bitwy.

Każda ewentualna klęska oznaczać będzie oddanie praw reprodukcyjnych i praw człowieka na żer państwowego aparatu przemocy sterowanego przez katofaszystowskich doktrynerów o mentalności ludzi wierzących w zamach. To sytuacja wymagająca pełni zaangażowania ze strony całej postępowej części społeczeństwa. To prawdziwa kwestia życia i śmierci, i jeśli ją odpuścimy to będzie oznaczało to, że dalej pozwolimy im już na wszystko.

Zamachy na imperialistyczne zamówienie
2016-07-15 21:54:50

Zdaniem wyklętej z rozumu polskiej prawicy atak w Nicei to "efekt politycznej poprawności", "rezultat multi-kulti" lub ogólny efekt rzekomej muzułmańskiej inwazji na Europę i jej niezwykle pokojowe wartości. Podobny dyskurs podtrzymują zresztą również politycy Zachodu, w tym Francois Hollande, czy inni zwolennicy „polityki tolerancji", których publiczne wystąpienia służą dziś głównie zaciemnianiu najprostszych faktów, które kryją się za kolejnymi zamachami.

Minimalną trzeźwość umysłu jako jedyny w gronie europejskich polityków zachował premier Bułgarii Bojko Borysow, który wprost skrytykował prezydenta Francji za jego zapowiedź kontynuacji francuskich bombardowań w Iraku i Syrii. Tego typu głosy są jednak odosobnione, europejski imperializm za wszelką cenę ukryć pragnie bowiem w pełni racjonalny i przewidywalny charakter kolejno następujących po sobie zamachów. Wedle powszechnego europejskiego PR-u oficjalnym wrogiem dobrego Zachodu mogą być bowiem tylko szaleńcy.

Jeszcze kilka miesięcy temu - przed atakami - w jednym z wypuszczonych przez siebie materiałów, które strasząc "bezrozumnym islamizmem" wyemitowała nawet polska Panorama, dość rozsądnie wyglądający przedstawiciel Państwa Islamskiego wprost i bardzo klarownie informował Francję, że "dopóki będą trwały wasze naloty, będziecie mieli do czynienia z naszymi zamachami". Przez cały ten okres /wbrew ostrzeżeniom/ trwały m.in francuskie naloty na pozycje tzw. Państwa Islamskiego, przy okazji których zginęły oczywiście (poza traktowanymi niczym nieludzie "terrorystami”) tysiące cywilów, o czym już w marcu informował m.in Independent w suchej notce podając, że liczba cywilnych ofiar "nalotów anty-ISIS" dobija już do pierwszego tysiąca...

W tym samym czasie, kiedy to tysiące ginęły od zachodnich bomb w Strefie Cienia, jaką stał się Bliski Wschód, Europa jeszcze bardziej zaostrzała swą politykę nowego kolonializmu, we Francji rozszerzono wieczny już nieomalże kapitalistyczny stan wyjątkowy (dla którego poza terrorystami głównym wrogiem stali się robotnicy i związkowcy), a cała zachodnia polityka bliskowschodnia koncentrowała się na walce z uchodźcami i imigrantami, którzy do Europy płyną, ponieważ to Europa wraz z USA zniszczyła ich kraje i domy.

Terroryzm zawsze jest bronią słabszych, czy jednak zachodnie naloty nie są atakami terrorystycznymi i czy ich charakter pozostaje jakościowo odmienny od tego, co robią przedstawiciele Państwa Islamskiego i innych grup terrorystycznych? Jedyna wyraźna różnica tkwi w zachodniej przewadze technologicznej, która z zachodnich bombardowań czyni dziś bardziej przemysł o wyrafinowanym charakterze niż jednoosobowe incydenty i wypady o półamatorskim charakterze, jakimi są obserwowane przez nas zamachy. Konflikt pomiędzy państwami peryferyjnymi zepchniętymi do roli postapokaliptycznych poligonów zachodnich sił wojskowych a europejskim imperializmem schowanym za zasłoną "wojny kulturowej", którą z Europą prowadzą rzekomo "bezrozumni dzicy", nie posiada innego charakteru niż charakter czysto ekonomiczny. Stawką jest bowiem ocalenie imperialistycznego dobrobytu Zachodu i spacyfikowanie pierwszej od lat próby usamodzielnienia się Bliskiego Wschodu od polityki USA i Europy.

Próba ta - czyli ISIS - nie musi się nam oczywiście podobać, nie ma też i nie musi w niej być nic pociągającego z perspektywy zachodniej refleksji politycznej, czy społecznej. W realiach państw, gdzie miliony "wyparowały" od zachodnich bomb i gdzie prawem stały się interesy zachodnich koncernów trudno jednak o inną alternatywę i o inny politycznie, czy kulturowo wymiar buntu niż ten, który oferuje dziś Państwo Islamskie z jego przybudówkami. „Islamiści” nie walczą tu jednak z francuskimi autorami epoki oświecenia. Dla zachodniego kapitalizmu, od wieków stale ociekającego krwią, nie istnieje inny scenariusz niż ten, który zakłada siłowe przejęcie tego regionu i utopienie go we krwi do momentu przywrócenia w nim zachodniej hegemonii politycznej. To powtórka z każdej poprzedniej wojny wywołanej imperialistycznym interesem - począwszy od konfliktów XIX-wiecznych, po wojnę w Wietnamie i kolejne interwencje USA na kontynencie amerykańskim.

Terroryzm oraz imperializm to dwie strony tego samego medalu - współczesnego, pasożytniczego systemu kapitalistycznego. Ofiarami imperialistycznego terroryzmu są dziś zarówno ci, którzy giną w Europie, jak i ci, których imperialistyczne bomby dosięgają na Bliskim Wschodzie. Planu pokoju, planu współpracy, czy choćby planu wycofania się z dotychczasowo stosowanych przez Zachód praktyk nie ma i nie będzie - stawką jest bowiem bogactwo kapitalistycznych elit, bogactwo przemysłu i korporacji zbrojeniowych oraz dobrobyt zachodnich społeczeństw, które - tak jak ich elity - od zawsze szczególnie niechętnie myślą o tym, że ktoś mógłby dyktować im cenę za ropę i regulować zakres ich bogactwa, poprawiając przy tym swoje położenie i byt.

Wbrew ideologii nacjonalistycznej i polskim prawicowcom ograniczonym swą ciasnotą poznawczą do poziomu słabo rozgarniętych krzyżowców kolejne zamachy nie są więc rezultatem "tolerancji", "malowania kwiatków", czy efektem "ideologii multi-kulti". Dzisiejszy terroryzm został zamówiony, a zamawiającym był zachodni imperialista, którego "tolerancja" w stosunku do ludów kolonizowanych od wieków waha się pomiędzy kongijskim holocaustem z czasów Leopolda II a amerykańskim wykorzystaniem napalmu. Drobną zmianę przyniosła w tej materii wyłącznie sama technologia i postęp, który kolonizowanym pozwala dziś zbrojnie odpowiadać na zadawaną im przemoc.

Czy jest w ogóle wyjście z tej pułapki? Wysyp reakcji solidarnościowych zieje pustką i bezsilnością. Zachodni polityk, kapitalista, bankier i imperialista nie wzruszą się śmiercią na paryskich, czy nicejskich ulicach - ich współczucie jest udawane, a ich działanie w pełni wyrachowane i obliczone na zaognianie kryzysu międzynarodowego i wzajemnej, międzynarodowej nienawiści, która w przyszłości może wspomóc ich plany i chociażby - skłonić Europejczyków do maszerowania w kamaszach po bliskowschodnich pustyniach, lub chociaż zwiększyć ich poparcie dla tego typu działań.

Wyjścia z pułapki imperialistycznej przemocy nie zaoferuje dziś żadna forma prawicowej refleksji na temat świata. Jest ona bowiem wyłącznym rezultatem panowania imperialistycznych praktyk gospodarczych i jej politycznym rozwinięciem... Wszelki rozsądek, umiar, działanie na rzecz pokoju i prawdziwego "bezpieczeństwa" może być jedynie domeną tych, którzy nie czyhają na bogactwa "tropików" i których umysłów nie skaziła ideologii legii cudzoziemskiej, wypraw krzyżowych, zderzenia cywilizacji, czy kibolstwa przemieszanego z podwórkową ksenofobią i rasizmami skłaniającymi do ataków na okoliczne bary z kebabem.

Totalitarny putinizm, wolnościowe NATO?
2016-05-20 23:19:15

Wojna wywiadów wojskowych, bitwa na donosicielstwo, łapanki i przeszukania... działanie w stylu państwa policyjnego to znak rozpoznawczy każdej skrajnej prawicy, która przeciwko swoim politycznym wrogom zawsze stosowała argumenty siły i państwowej przemocy, i to aż do ofiar w ludziach włącznie. W tym kontekście wyraźnie widać, jaka przepaść dzieli dziś systemową, oficjalną propagandę o "demokracji" i "pluralizmie" od brutalnej rzeczywistości.

Polska władza doskonale wie, że instalowanie partii i ugrupowań /tudzież związków zawodowych/ w danym kraju to pierwszy krok do różnych "kolorowych" rewolucji, które potem "spontanicznie" wybuchają i obalają zastany porządek. Siły prowaszyngtońskie w ten właśnie sposób rozsadzały już inne kraje, budując w nich wewnętrzną opozycję i opór wobec miejscowej władzy, z reguły za środki finansowe hojnie przekazywane z zewnątrz. Tak właśnie postępowano w Ameryce Łacińskiej, podobnie postępowano również i w Europie.

Stąd też nie powinno nas dziwić tak ostre działanie sił rządowych w stosunku do partii Zmiana, formacji skądinąd wyrażającej bardzo proputinowskie i prawicowe poglądy, które częstokroć ocierały się o delegaturę polityczną Moskwy, co było aż nazbyt mocno widoczne. Nie każdy antyNATOizm jest mądry, a wspieranie Rosji z góry wyklucza też wszelki antykapitalizm, czy lewicowość. Czy politycy Zmiany nie powinni mieć jednak swobodnego prawa do wyrażania swoich poglądów na politykę zagraniczną Polski? Czy ewentualnego procesu /jeśli przeciwko Mateuszowi Piskorskiemu faktycznie istnieją uzasadnione i poparte dowodami zarzuty/ nie dało przeprowadzić się w atmosferze państwa prawa, bez łapanek i przeszukiwania biur partyjnych metodami przypominającymi działania gestapo?

To, że bycie zwolennikiem Putina jest działaniem w pełni legalnym (bo niby czemu nie można być jawnym zwolennikiem Putina, skoro można wprost czcić Żołnierzy Wyklętych i prawicowych morderców, albo popierać USA i składać hołdy poddańcze amerykańskiej, imperialistycznej armii, która przyczyniła się do milionów zabitych na całym świecie) mało kogo w Polsce obchodzi, ponieważ inny jest interes prawicowego państwa, a wszelkie swobody polityczne kończą się tam, gdzie zaczynają się interesy dominującego nad Polską Imperium.

W celu zniesienia swobody wyrażania poglądów politycznych zaostrzeniu uległy ostatnio również także ataki na działaczy ugrupowań komunistycznych. Polski wymiar sprawiedliwości ulega stopniowemu przekształceniu w wymiar politycznej cenzury. Sam prawny zapis o "totalitaryzmie" /na który powołują się współcześni cenzorzy/ to zaś czysta forma ideologicznej represji, pseudonaukowa bzdura i ściema służąca do likwidacji wszystkiego, co nie spodoba się miłośnikom linii politycznej rodem z zimnowojennej narracji Ronalda Reagana i jemu podobnych.

Określając coś mianem "totalitarnego" (czyli - dążącego do panowania nad wszystkimi aspektami społeczeństwa... i niech ktoś zgodnie z tą definicją udowodni, że kapitalizm nie jest totalitaryzmem) skazuje się to na polityczny/prawny niebyt oraz na kary więzienia, bez żadnej debaty, czy uwzględnienia odmiennych opinii. Jest to de facto faszystowski wytrych skonstruowany do pacyfikowania wszystkiego, co sprzeciwia się 'konsensusowi' waszyngtońskiemu, który już jakiś czas temu utożsamiono w Polsce z jedną, jedyną "racją stanu". Dokładnie tak jakby "racją stanu" mogło być robienie z siebie amerykańskiej bazy wojskowej i zapraszanie do Polski jakichkolwiek obcych sił wojskowych.

Prawicowa władza kapitalistycznej Polski uznaje jednak tylko jedno hasło: "Totalitaryzmem" jest to, co nam się nie podoba, a "Wolność to My"!

To czyste prawo pięści i filozofia silniejszego. W tym coraz większym i coraz bardziej widocznym bezprawiu polski prawicowy zamordyzm ujawnia też swą wyraźną słabość. Radykalizm ostatnich działań wynika także z nieporadności i lęków. To bezpośredni efekt strachu rządzących przed ewentualnym oporem wobec baz NATO i obecnością amerykańskich wojsk stacjonujących w Polsce. To efekt lęku przed tym, że polskie społeczeństwo nie zechce stać się poligonem doświadczalnym dla NATOwskich korpusów. To strach Macierewicza i jemu podobnych, którzy boją się, że Polacy nie zechcą mieć głowic atomowych w swoim sąsiedztwie i nie zechcą stać się też stałym celem dla takich samych głowic znajdujących się za rosyjską granicą.

Bez antyimperialistycznej lewicy, która stojąc wyłącznie po stronie polskiego pracownika przeciwstawi się militaryzmowi sił prawicowej reakcji staniemy się jednak zupełnie bezradni. Nic nie poradzi tu wydmuszkowa pseudolewicowość SLD i innych ugrupowań „lewicy”, które same marzą o bazach USA w Polsce, a za zło numer jeden na świecie uważają Koreę Północną albo Białoruś. Opór wobec dyktatury polskiego nacjonalizmu mogą dziś stawić wyłącznie Socjaliści, czyli Ci, którzy doskonale wiedzą, że każdy imperializm oznacza militaryzm, a każdy militaryzm prowadzi do ograniczenia swobód politycznych i /jak kapitalizm/ opiera się na dyktaturze silniejszych i bogatszych.

Show must go on
2016-03-22 23:16:28

Budynki przyozdabiane belgijską flagą, łzy Federici Mogherini na wizji, liczne, świeczkowe wiece solidarności z ofiarami... Terroryzm stał się nowym europejskim przemysłem rozrywkowym dla głodnych wrażeń mas, które coraz mniej rozumieją z tego świata… i nie są już w stanie dostrzec prawdy za zasłoną medialnego spektaklu i show, którego głównym zadaniem jest zresztą właśnie - odwracanie uwagi.

Bo terroryzm się opłaca. I to wcale nie samym terrorystom – i ich nieskutecznie działającym grupkom, których praktyki i akcje nie mają większego znaczenia dla sprawy, o jaką ludzie ci deklaratywnie walczą. Terroryzm to dobre usprawiedliwienie, to dla Zachodu świetne - wręcz idealne - wyjaśnienie rzeczywistości. Terroryzmem można więc bez trudu wyjaśnić wszelkie bombardowania, wywłaszczenia, ataki dronów, bezprawne interwencje wojskowe, czy niezgodne z prawem międzynarodowym zamykanie granic i odsyłanie z nich uchodźców uciekających przed wojną… którą samemu się wcześniej wywołało.

Propagandowy klucz o nazwie "wojna z terroryzmem" od dawna działa już w USA - teraz pora na ten sam spektakl w Europie.

Dla prawicowego i faszyzującego elektoratu każda wojna świętego, zachodniego chrześcijaństwa z islamem na Bliskim Wschodzie jest - z samej swej natury - usprawiedliwiona. Elektorat umiarkowany mógłby mieć jednak problem z akceptacją kolejnych interwencji, bombardowań, wojen i eskalacją konfliktu na Bliskim Wschodzie. A teraz? Teraz sam pała żądzą zemsty, a kilka ataków terrorystycznych zostało obróconych i zamienionych w praktyczne usprawiedliwienie dla każdej dosłownie zbrodniczej działalności, na jaką USA, czy państwa Europy mogłyby się zdecydować.

Z perspektywy panującego nad nami kapitalistycznego imperializmu gdyby nie było ataków terrorystycznych ISIS na terytorium Europy... to należałoby je sfingować i zorganizować samodzielnie - nic bowiem nie kupi spontanicznego wsparcia ludowego lepiej niż intensywne poczucie strachu przed obcym-zamachowcem, które tym bardziej skłania mieszkańców Zachodu do "uciekania się" pod obronę własnych, imperialistycznych rządów, tak bardzo zatroskanych przecież o respektowanie praw człowieka na świecie i szerzenie oświeconej, liberalnej demokracji w wolnorynkowym wydaniu.

A przecież nie trzeba żadnej większej inteligencji, aby dobrze wiedzieć skąd wzięło się i Państwo Islamskie, i terroryzm, i cała "wojna z terroryzmem", której obecnie jesteśmy świadkami. Szczytem głupoty było raczej naiwne zaufanie amerykańskiej polityce wojennej, której sama już inauguracja (atak na Irak, pomimo, że Irak nie miał nic wspólnego z zamachem na WTC) wyraźnie wskazywała, jak dalece cynicznie fałszywa jest linia zachodnich "obrońców demokracji". Szczytem głupoty było sądzić, że napadanie na całe regiony, mordowanie setek tysięcy ludzi, kradzież surowców, czy instalowanie sztucznych rządów marionetek nie przyniesie w przyszłości swych negatywnych konsekwencji [także dla nas!]. Szczytem głupoty jest sądzić, że w epoce internetu, samolotów i społeczeństwa masowego da się uniknąć wszystkich ataków terrorystycznych - podyktowanych przez masowe pragnienie zemsty, tak silne w tych, którzy zostali przez Zachód pognębieni.

Potencjalne zło kryjące się za atakiem na Irak przewidział nawet wielki zwolennik Pinocheta i uprawiania seksu bez zabezpieczenia w czasie epidemii HIV w Afryce – nasz rodak, Jan Paweł II, kiedy jasno wypowiadał się przeciwko zbrojnej interwencji w Iraku. A potem? Afganistan, Libia, Syria, Mali... układanka interwencji bezpośrednich, interwencji pośrednich, czy "spontanicznych" "arabskich" "rewolucji" przy asyście Johna Kerry'ego/Johna McCaina nie ma swojego końca. To prawdziwe brudne wojny prowadzone przez światowy imperializm w iście hollywoodzkim stylu – z krwawym rozmachem.

Zbrodnicze praktyki Zachodu nie zakończą się same. Same z siebie nie znikną też ataki terrorystyczne, które są po prostu pokłosiem zachodniej wojny wypowiedzianej Bliskiemu Wschodowi już przeszło kilkanaście lat temu. Masy pracujące Europy są dziś wielkim zakładnikiem politycznego i wojennego imperializmu swych rządów. Kryzys uchodźczy i napływ mieszkańców Bliskiego Wschodu do Europy tworzy jednak odpowiedni klimat do tego, aby z przyczyn indywidualistycznych i egoistycznych sprzeciwiać się i napływowi uchodźców, i pokojowej polityce bliskowschodniej. Zamachy w Brukseli do szczucia przeciwko uchodźcom jako pierwszy na wizji wykorzystał dziś zresztą (symbolicznie) sam król kapfaszyzmu - Donald Trump.

Dlaczego? Wynika to z samego położenia Zachodu i tego, jak duże korzyści odnosi on z tego, że Bliski Wschód znajduje się w proszku. Tania ropa, tanie surowce, ruch w interesie spekulacyjnym i zbrojeniowym... to wszystko efekty tego, co wspólnymi, imperialistycznymi siłami dokonano na Bliskim Wschodzie. A pomaganie uchodźcom? Niezbyt dochodowe zajęcie! Z perspektywy europejskiego pracownika najemnego pojawia się jeszcze jeden komponent - lęk o własne miejsce pracy. Łopatologicznie prosty strach przed tym, że "uchodźca zabierze mi pracę" to dziś główny motywator dla postaw rasistowskich i ksenofobicznych, czy nawet islamofobicznych.

Kapitalistyczny, zachodni wyścig szczurów od zawsze karmił się rynkowym egoizmem i życiową filozofią "zwycięzca bierze wszystko!". Zgodnie z tą filozofią każdy dodatkowy człowiek na rynku pracy to człowiek (?), który jest dla nas zagrożeniem. Im biedniejszy kapitalizm i im większa niepewność robotników – tym większy lęk przed obcymi. Lęk przed bezrobociem, biedą, wyrzuceniem na margines społeczny, bezdomnością itd... To wszystko przemienia się we wrogość wobec tych, którzy mogą stanowić dla mnie dodatkową konkurencję.

W efekcie tych procesów tylko najbardziej świadomi politycznie, lewicowi i zorganizowani (w znaczeniu "klasy dla siebie") Europejczycy potrafią przeciwstawić się tego rodzaju propagandzie i formie świadomości. Najniebezpieczniejsza jest bowiem często nie sama ideologia burżuazyjna i imperialistyczna, ale jej głębokie przyswojenie sobie przez szeroki lud pracujący, który tak, jak w Polsce: często przez całe życie woli widzieć siebie jako chwilowo zdeklasowanego sarmatę-pana-milionera /wiecznie okradanego przez państwo/ niż pracownika jakiegokolwiek typu (o poczuciu międzynarodowej solidarności klasowej nie wspominając).

Bo czyż znajdzie się w Europie ktoś, kto podświetli Wieżę Eiffla, Bramę Brandenburską, czy Pałac Kultury w kolorach barw narodowych Syrii, czy Iraku?

To przecież byłoby słabe show, a w naszych kinach od zawsze słabo sprzedają się bilety na bliskowschodnie dramaty...

Żołnierzy Wyklętych Kraj Wyklęty
2016-03-01 19:53:20

Dzisiejsze obchody Dnia Żołnierzy Wyklętych to piękne podsumowanie polityki nowej władzy. Rządzą nami prawdziwi pogrobowcy 'żołnierzy wyklętych' - historyczni faszyści szczerze hołdujący piłsudczykowskiej, pełnej wyzysku i skrajnej nędzy II RP, ludzie gotowi do wywołania świętej wojny światowej z Rosją w imię własnej wizji krwawego patriotyzmu.

Kiedyś bezsensownym powstaniem skazano na śmierć 200 tysięcy ludzi - teraz kwitnie nowy militaryzm, hoduje się nienawiść do mniejszości, uchodźców, praw kobiet i wszystkich postępowych idei. Za drobny socjal, którego przedtem poskąpiła panująca neoliberalna oligarchia, masy zostaną kupione przez politykę nacjonalizmu, średniowiecznego konserwatyzmu i wyklętej z rozumu wojennej polityki zagranicznej.

Nowym ideałem Polaka stał się kibol - zwarty i gotowy, aby w każdej chwili wpierdolić uchodźcy, lewakowi lub kolorowemu. Dlatego, za zachowanie pamięci o "Wyklętych" (i ich ducha), kibicom dziękował dziś sam Prezydent.

Z perspektywy historycznej "Wyklęci" pozostają bez większego znaczenia. Ich polityczna użyteczność ma dziś jednak wielkie znaczenie. To antysocjalizm prawicowej ideologii wraz z jej symbolami jest tym, co najskuteczniej ogłupia polską klasę robotniczą i skazuje ją na bezrefleksyjne, ksenofobiczne postawy i reakcje. PiS-owskie, dopłaty do kościoła i Rydzyka, tropienie agentów, teczek, układów, zdrajców... skuteczne budowanie ideologii narodowej o zabarwieniu nacjonalistycznym i katofaszystowskim to jedyna szansa PiSu na długie autorytarne rządy i na trwałe urobienie polskiej świadomości społecznej.

Kontynuacją świętej wojny, którą kiedyś przerwali "Wyklęci" współcześnie będą: bazy NATO na terytorium Polski, tarcze antyrakietowe, wzrost wydatków na zbrojenia i agresywnie nacjonalistyczna polityka, której głównym celem będzie zainstalowanie w Polsce trwałej, nacjonalistycznej hegemonii kulturowej. Drobny socjal, który PiS rzuci jako okup za powyższe zmiany w ręce biednych i harujących na śmieciówkach pracowników może natomiast całkowicie ostudzić robotnicze niepokoje i w zupełności zadowolić - od zawsze niewolniczo uległą - polską klasę robotniczą.

Prawdziwą stawką trwale toczącej się w Polsce politycznej walki klas jest dziś w miarę znośne życie wraz z jego elementarnymi swobodami i wolnościami jednostki.

Sprzecznością, która rodzić będzie jakiekolwiek niezadowolenie i gniew społeczny może być więc sprzeczność pomiędzy rządowym konserwatyzmem, a społecznym liberalizmem obyczajowym. Polityczna konfrontacja, którą stoczyć z rządem będzie musiała każda opozycja będzie też konfrontacją o zachowanie resztek oświecenia i dotychczasowego postępowego wpływu Europy na całokształt polskich stosunków społecznych. W takich warunkach i takich realiach jedyną lewicą, która ma realny sens i szansę na sukces jest lewica antykapitalistyczna i socjalistyczna, z jednoczesnym odważnym liberalizmem obyczajowym i otwartym antyklerykalizmem.

PiS-owski socjal ma przekonać polskiego pracownika, że to wyłącznie reakcyjna konserwa, a nie siły lewicy, mogą zadowolić propaństwowe i socjalne tendencje, dalej drzemiące w masach pracujących. Zadaniem socjalistów jest przekonać polskich pracowników, że zbyteczna jest ofiara z rozumu i godności, składana dziś za drobniaki ku uciesze panujących sił skrajnej prawicy.

PiSowski taniec na trumnie Unii
2016-01-20 00:41:09

Kiedy masz jeszcze nadzieję, że Unia Europejska w jakiś rozumny sposób skrytykuje PiS-owski rząd z jego macierewiczowskimi metodami rządzenia to nagle okazuje się, że cała UE jest tak samo nieudolna, niezorientowana w sytuacji i tępa, jak szkodliwy dla całej Polski jest rząd Szydło z unoszącym się na nieboskłonie widmem Kaczyńskiego.

Unia Europejska wpadła we własne sidła: nie jest w stanie poddać skutecznej krytyce poszczególne państwa, ponieważ sama żyje w fałszywej świadomości, a podział na suwerenne państwa narodowe odbiera jej możliwość stosowania poważniejszych instrumentów nacisku politycznego. Unia Europejska kapitałów i rynków to Unia Europejska, której jedyną wartością pozostaje krótkoterminowy interes akcjonariuszy. W takiej sytuacji wszelkie alternatywne dla panowania kapitału projekty polityczne schodzą na drugi plan.

Rezygnacja z programu wyrównywania życia, europejskiej płacy minimalnej na wysokim poziomie, pogłębiający się podział na kraje wyzyskujące i wyzyskiwane, napływ uchodźców związany z imperialistycznym zaangażowaniem niektórych państw Europy... - wszystkie te czynniki polaryzacji ekonomicznej i politycznej skutecznie zabiły ducha europejskiej wspólnoty, a projekt Unii zamieniły w projekt europejskiej eksploatacji i imperializmu finansowego stosowanego przez najbogatszych na najsłabszych. Na salony wkroczyła też dodatkowo prawicowo-rasistowsko-neoliberalna wizja historii, wszechobecne są więc infantylne mrzonki o polskim "sukcesie gospodarczym", polskiej heroicznej walce z "totalitaryzmami", czy ideologiczne zaklęcia straszące nas wszystkich demonicznym i całkowicie irracjonalnym "terroryzmem". Do tego jeszcze prawie wszyscy w Europarlamencie mają też komiczną wręcz skłonność do ciągłego przepraszania za to, że w ogóle żyją i cokolwiek usiłują... UE się zwija.

W tak głębokim kryzysie liberałów i lewicy jedynymi podmiotami, które pozostają agresywne i aktywne (oraz skupione na celu) są podmioty konserwatywne, nacjonalistyczne i antyunijne (!). W Parlamencie Europejskim najbardziej przekonujące i energiczne głosy padały dziś za tym, żeby Unię Europejską rozwiązać... i to najwięcej mówi nam o obecnej kondycji tej "Wspólnoty".

A co robi Prawo i Sprawiedliwość? Oczywiście wciąż powtarza te same kłamstwa o konieczności rozwiązywania "spraw Polaków" w Polsce, o tym, że reprezentuje wszystkich Polaków, o tym, że chce rozmawiać i prowadzić "dialog", o tym, że realizuje wolę całego "narodu", o tym, że odpolitycznia media (instalując w nich "apolitycznego" Kurskiego i Gursztyna), o tym, że opozycja i cały naród powinny wspierać jego program... a na końcu wszyscy - jako Polacy - oczywiście powinniśmy odśpiewać hymn narodowy… podczas otwierania w Polsce nowiutkich baz wojskowych NATO (najlepiej) z głowicami atomowymi.

Skuteczna polityka to przede wszystkim sztuka faktów dokonanych. Dzięki zwycięstwu wyborczemu Prawo i Sprawiedliwość instaluje dziś więc nową wersję ”Polaka” w społeczeństwie, tworzy jego obraz na własne prawicowe podobieństwo - a wszystkich sprzeciwiających się wizji Polaka-Biedaka-Katolika-Reakcjonisty określać będzie mianem agenta obcych wpływów i marksistowskiego neoputinisty-bolszewika-rowerzysty. Jeśli się zagnieździ - to taka mentalność w połączeniu z ideologią faworyzującą polski biedakapitalizm i wyzysk w imię dobrobytu polskiego sarmaty-właściciela-wyzyskiwacza to pułapka, która dla polskiej klasy pracującej jest nawet gorsza od pułapki centroprawicowego neoliberalizmu o twarzy Leszka Balcerowicza.

Polityka Jarosława Kaczyńskiego dojrzała. Dawniej PiS mówiło wprost co chce zrobić i robiło to - z opłakanymi dla siebie skutkami. Stąd też polityczny fanatyzm tej partii widoczny był jak na dłoni i skutecznie odstraszał potencjalnych wyborców, a także: budował poparcie polityczne dla opozycji. Obecnie PiS przemawia językiem postmodernistycznej, liberalnej, miękkiej i postępowej prawicy, która w swej narracji przypomina zachodnią, brukselską nowomowę urzędników. W praktyce i za tą zasłoną PiS postępuje dokładnie tak samo, jak czyniło to wcześniej. W ten sposób - kryjąc się za "eksperckim" i umiarkowanym wizerunkiem Andrzeja Dudy i Beaty Szydło - Prawo i Sprawiedliwość wygrywało zresztą ostatnie wybory. Teraz ta sama sztuczka wizerunkowo-marketingowa pozwoli tej partii skutecznie wymknąć się spod ostrza krytyki europejskiej liberalnej prawicy.

"Drobny" szczegół polega na tym, że PiSowski dialog to dialog na zasadach nocnych rajdów, ksenofobii, rasizmu, religijnego fanatyzmu, oszołomskiego antykomunizmu, czy groźnego dla bezpieczeństwa państwowego NATO-militaryzmu.

Dokonuje się właśnie powolna ewolucja Polski w stronę autorytarnego, nacjonalistycznego państewka uzbrojonego po zęby, gdzie panować będzie skrajnie prawicowa, katolicka ideologia narodowa. Pełniąc taką rolę Polska rządzona przez PiS jest też w stanie stanąć na czele nowych, europejskich przemian. PiS to nowa prawda, nowy i aktualny duch Unii Europejskiej, to także wręcz idealny partner dla Frontu Narodowego i nacjonalistycznych, antyimigranckich sił konserwatywnej reakcji europejskiej.

Przemiany, które są dziś na horyzoncie doprowadzą Unię Europejską na skraj przepaści, a Europę z powrotem wprost ku erze państw narodowych, państw jeszcze większych nacjonalizmów, rasizmów i lokalnych imperializmów, które ciągle grozić będą konfliktami zbrojnymi. Kolejny raz klęska lewicy okazuje się być też klęską i kryzysem sił centrum. To gniew klasy pracującej - po spacyfikowaniu sił socjalistycznych i komunistycznych - napędza dziś eurosceptyzm i narodową reakcję. Bezkarna konserwatywna prawica i tkwiący w stałym kryzysie kapitalizm zapewnią natomiast europejskiej i światowej klasie robotniczej pełnię przyjemności związanych z realizacją postulatów prawicowej polityki narodowej...

Choinka coraz bardziej naga
2015-12-24 15:10:51

Duszące się plastykowe dzieciątka w stajenkach, półki zastawione chemicznym barszczem w proszku, dzikie masy przepychające się w hipermarketach, świątecznie kupczące chorymi dziećmi prywatne fundacje, chwile głębokiej zadumy przed kolejnym bombardowaniem przeznaczonych do likwidacji terrorystów, kolejne tony kolorowych śmieci opuszczające państwa Pierwszego Świata niczym prezenty dla kolorowych najbiedniejszych, którym łaskawie pozwoli się w nich grzebać… Święta już tu są.

Ludzki głód tradycji, głód normalności, głód bliskości – oto czym karmią się dziś jeszcze „święta”. W kapitalizmie globalnego ocieplenia powoli nie ma już żadnego śniegu, kościoły i świątynie przeistoczyły się w miejsce nużącej i powtarzalnej rozrywki emerytów, gdzie idzie się z przyzwyczajenia a tradycyjne potrawy przestały być domowymi wyrobami – w sposób naturalny ewoluowały, stając się zawartością plastykowych, prawie toksycznych opakowań, które dostarczane są na najbliższe sklepowe półki i podstawiane klientom pod nos tak, aby nikt nie zapomniał, że oto właśnie nadszedł czas na konsumowanie tego, czemu etykiety przystrojono w mikołaje i inne sklepowe „cuda” w postaci nalepek.

Abstrakcyjna w „święta” jest też wspólnotowość. Relacje międzyludzkie poddane skrajnemu utowarowieniu cofnęły nas w kierunku coraz bardziej plemiennych relacji rodzinnych. Rodzinne więzy krwi stają się jedynym gwarantem tego, że nikt nie zostawi nikogo na społecznym marginesie: śmietniku bezużyteczności i w krainie śmierci z woli prawdziwie świętego rynku. Słabość państwa, wspólnot klasowych i narodowych znajduje swoje odzwierciedlenie w coraz silniejszym poszukiwaniu jedynego bezpieczeństwa w objęciach rodziny.

Obecne „święta” to fenomen konsumpcyjnego kapitalizmu, dzień w którym dziesiątki tysięcy biednych i wygłodzonych zostanie docenionych za swoje ubóstwo i cierpienie, kiedy podziękuje im się miską ‘świątecznej’ zupy-kuroniówki za to, że jeszcze nie rozdarli żywcem i nie spalili na stosie swoich panów i winowajców swego położenia.

Ludowy element świąt zginął. W praktyce święta są dziś stałym elementem kapitalistycznego, korporacyjnego kalendarza. Są też westchnieniem uciśnionego proletariatu, który pracując od świąt do świąt żyje marzeniem, że praca, którą wykonuje służy czemuś większemu (np. Jezuskowi w stajence), a chwile spędzane z „bliskimi” to naturalne rozwinięcie i nagroda za niewolniczą pracę dla wyzyskiwaczy. Święta zawsze sobie "wypracowujemy", przy czym nigdy nie są one "zapracowane" na zawsze, a ich wartość (i nasza zdolność prezentowa) zawsze związana jest z grubością naszego portfela.

Inne wartości zepchnięte zostały na drugi plan. Okres świąteczny to okres dla bogatych, dla posiadających. Proletariackie, kantowskie poczucie obowiązku miesza się tu z marzeniami o autentycznej, pierwotnej wspólnocie – w której praca służy grupie społecznej oraz powiększaniu wspólnego dobra. Marzeniem współczesnych proletariuszy jest więc chwila przerwy, bezpieczny przystanek, który nie będzie podlegał uelastycznieniu, kapracjonalizacji i nie zostanie zbrukany wymogiem transformacji człowieka w martwy kapitał ludzki.

***



Dla szerokich mas nie ma już jednak granicy pomiędzy świąteczną wiarą w boga i wiarą w przyjście na świat jego syna, a wiarą w to, że za rok będą jeszcze w stanie zasiąść przed jakimś odbiornikiem i dzierżąc dyskontowego pieroga jeszcze raz obejrzeć „Kevina samego w domu”. Postmodernistyczna choroba Zachodu, cierpienie nihilisty, który utracił sens swojego życia z chwilą, kiedy zaczął myśleć i przestał poważnie traktować swoich bożków dziś łagodzona jest jeszcze tylko nowym rasizmem i ksenofobią, poczuciem konieczności obrony swojego dobrobytu przed kolorowym dzikim czającym się na nasz socjal, czy spontaniczną radością z własnego uprzywilejowania i cierpień biednych tego świata.

Spryt kapitalistycznych, postreligijnych świąt polega na tym, że wolne dni są na tyle rzadkie, że nie wystarczają na nic innego, jak na prosty odpoczynek i skromną regenerację sił przed kolejną turą harówki. Dialektyka praca wyobcowana/rozrywka to dialektyka w której całe życie (utożsamiane współcześnie z rozrywką) podporządkowane jest kapitalistycznie rozumianej pracy. W takim układzie praca to niewola u właściciela, a rozrywka to zapomnienie, wyparcie i ucieczka. Dni wolne i święta ideologicznie ewoluowały więc w eskapizm, a codzienny czas wolny, w tym nawet codzienny, zwyczajny ośmiogodzinny sen stał się przywilejem 'roszczeniowców', który to kapitał stale usiłuje zresztą skrócić i zabrać. Święta utraciły znaczenie jakościowe, a ich bezrefleksyjność, infantylizm i naiwność (w duchu ucieczki) podnosi się do rangi godnej pochwały najwyższej cnoty.

Tak, jak dawne karnawały przypieczętowywały normalność codziennego, krwawego feudalizmu – tak samo dziś - świąteczna infantylizacja i choinkowo-mikołajowa zabawa to jedynie przeciwieństwo dnia powszedniego i przypomnienie o brutalności zwykłej codzienności ludzi żyjących jako samotne, produkujące na cudzy rachunek, liczby pierwsze.

Przeciwko takiemu porządkowi występować może wyłącznie porządek rewolucyjny, którego nieobecność jest też główną przyczyną głębokiego kryzysu zachodniego ducha. Dopiero odzyskanie pracy pozwala na prawdziwe odzyskanie czasu wolnego i świąt. Odczarowanie świąt wymaga także politycznego odzyskania samej wolności. Wolność, którą obecnie są święta: wolność do bezmyślnej konsumpcji, wolność do pustych rytuałów, czy wolność do bezrefleksyjnego obżarstwa to rodzaje wolności bezpośrednio związane z moralnością wyzyskiwacza i moralnością kapitalistycznych mas, których szczęściem wedle systemu ma być szczęście podmiotu konsumującego aż do śmierci – zgodnie z zasadą „zabawić się na śmierć”.

Desakralizacja świąt nie doprowadziła do utworzenia nowego, rewolucyjnego porządku czasowego. Obecnie jedynie świadomi socjaliści i rewolucjoniści mogą cieszyć się gramsciańską wolnością podmiotu rewolucyjnego - wolnością podmiotu świadomego swoich działań, celebrującego czas wedle własnej miary i działającego na rzecz socjalistycznych, rewolucyjnych postulatów: przez co przerwana zostaje alienacja człowieka i możliwym staje się wyjście poza narkotyczny trans codzienności i sprzężonej z nią świątecznej pustki.

Ostateczne „rozbieranie choinki” jeszcze potrwa. Jej atrakcyjność nie pochodzi bowiem wcale od jakiegoś boga, którego autentyczność potwierdzać mogą dziś tylko markowe etykietki, lecz wywodzi się z kapitalistycznego procesu zawłaszczania czasu robotnika przez kapitał. Każda próba przerwania kapitalistycznej czaso-produkcji i czaso-konsumpcji wymagać będzie zerwania z tymi tradycjami, które na swój użytek przejął dziś prowadzący nas wprost ku ekologicznej zagładzie globalny kapitalizm.

Brak choinki w domu to więcej drzew w lesie.

Koniec pustki przestarzałego rytualizmu to zaś szansa na głębszą refleksję i odzyskanie prawdziwych świąt: świąt ludzkiego działania, podmiotowości poza wyzyskiem i wyobcowaniem oraz czynienia prawdziwego, niesymbolicznego i trwałego dobra.

PiS: dialektyka kłamstw i głupoty
2015-12-20 03:00:42

Sytuacja polityczna w Polsce ewoluowała. Paraliż Trybunału Konstytucyjnego to początek i wstęp do walki o charakter polskiego kapitalizmu.

Prawo i Sprawiedliwość walczy dziś przede wszystkim o hegemonię kulturową i polityczną usiłując przekonać klasę robotniczą, że działa właśnie w jej interesie. Temu miały służyć dzisiejsze zapewnienia Beaty Szydło, że spór z opozycją i konflikt dotyczący Trybunału Konstytucyjnego to pokłosie sprzeciwu zagranicznego kapitału wobec 'postępowych' reform socjalnych zaplanowanych przez PiS. W rzeczywistości jest zupełnie inaczej – Trybunał Konstytucyjny w żaden sposób nie blokowałby ani projektu 500 zł na dziecko (pod jakąkolwiek postacią), ani projektu opodatkowania transakcji finansowych, czy hipermarketów.

Działalność PiSu naznaczona jest dialektyką kłamstw i głupoty. Sprzeczności, w które wierzy dziś PiS i Jarosław Kaczyński to sprzeczności urojone i zrodzone z oderwanej od realiów współczesnego kapitalizmu mentalności - pochodzącej wprost z najlepszych prawicowych tradycji konspiracyjno-spiskowych.

PiSowskim kłamstwem jest fałszywa przyjaźń z ludem, PiSowską głupotą są faktyczne cele i politycznie przedpotopowe, a także pozbawione elementarnego realizmu przekonania polityków tej partii. W tej urojonej „wojnie polsko-ruskiej” najlepszy sort Polaków walczy z najgorszym. AK i Żołnierze Wyklęci toczą wieczną wojnę z komunistami, zdrajcami o świcie, rusofilami i „donosicielami” europejskimi.

Poglądy Kaczyńskiego nie posiadają żadnego umocowania w rzeczywistych podziałach politycznych obecnego systemu kapitalistycznego, zamiast tego odwołują się do podziałów z czasów stanu wojennego, są przedłużeniem poglądów najbardziej idiotycznego, prawicowego skrzydła „Solidarności”, które do dziś żyje w przekonaniu, że kontrrewolucja przeciwko „komunizmowi” bez ofiar, trupów, lustracji do trzeciego pokolenia i pełnych więzień nigdy nie będzie ani skuteczna, ani ukończona. Ludzie z tego środowiska byli głupi zawsze - rozwiązania siłowego, na ulicach, domagali się nawet w czasach, kiedy przeciwnik kontrolował całą armię i siły porządkowe... Stąd też właśnie biorą się postulaty wielkiego powrotu do podziałów sprzed trzydziestu lat i marzenia o ostatecznym pozbyciu się „komunistów i złodziei”, którzy to rzekomo nadal (!) stoją na drodze do narodowo-kapitalistycznego dobrobytu. Umysłami PiSu rządzi dziś prawdziwie Schmittowskie szukanie wroga, które nie jest już jednak jakimś ideologicznym instrumentem, a uniezależniło się i uzyskało całkowicie samodzielną podmiotowość w jak najbardziej materialnym świecie, który zaczyna teraz definiować.

Zagrożenie zwycięstwem Prawa i Sprawiedliwości to jednak nie tylko zagrożenie potencjalnym skrętem na prawo w kwestiach obyczajowych, polityki zagranicznej, czy kultury. To także realne zagrożenie zacementowania konserwatywnego i chadeckiego/protofaszystowskiego panowania nad polskimi pracownikami, którzy zwabieni drobnymi z socjalu mogą na stałe już przejść na stronę narodowo-konserwatywnego frontu polskiej burżuazji. To zwyczajny rewers nadbudowy polityki socjalliberałów, którzy pragną – w podobny sposób – przekupywać klasę robotniczą przeciągając ją na stronę obozu kapitalistycznego ale robiąc to w imię wartości liberalnych.

Na drodze tego ponurego dla klasy robotniczej scenariusza stoi jednak jedna poważna przeszkoda, która najprawdopodobniej całkowicie pokrzyżuje też całe, wielkie plany PiSu. Polska, narodowa burżuazja do której namiętnie odwołują się dziś wszyscy politycy PiS (i na której poparcie przeciwko PO, liberałom i całej UE liczą) nie tylko praktycznie nie istnieje, ale i w tej cześci, w której rzeczywiście w Polsce występuje jest całkowicie przystosowana i przyspawana do europejskiego kapitału.

Polski biedakapitalizm to kapitalizm montowni, półproduktów i taniego eksportu – kapitalizm potrzebujący bogatych, imperialistycznych nabywców zainteresowanych kupnem. Konfrontowanie >obecnej< polskiej burżuazji z >obecnym< międzynarodowym kapitałem skończy się więc siłą rzeczy fiaskiem, ponieważ współczesna polska gospodarka i produkcja kapitalistyczna to w istocie jeden z komponentów interesów międzynarodowego kapitału.

Wiara PiSu w polskiego posiadacza i jego wrogość wobec zagranicznych korporacji nie bierze tego pod uwagę. Marzenie o nowym drobnomieszczańskim kapitalizmie nacjonalistów i mikrowłaścicieli to natomiast absurdalna utopia. Partia ta nie posiada też w tym momencie żadnego realistycznego planu na wykreowanie nowej, polskiej klasy właścicielskiej, która byłaby w stanie odmienić oblicze klas posiadających i przekonać je do działań na rzecz ‘narodowych’ interesów w obronie obecnego rządu i przeciwko interesom gospodarek UE, w tym Niemiec. Konfrontacja z międzynarodowym kapitałem i jego interesami może być też całkowicie nieuchronna - głównie dlatego, że siły polityczne UE nie zaakceptują PiSowskiej polityki na poziomie zarówno socjalnym, kulturowym, jak i przede wszystkim: w wymiarze polityki zagranicznej i imigracyjnej. Istotna pod tym względem będzie szczególnie kluczowa dla regionu współpraca pomiędzy Niemcami i Rosją. Odcięcie od funduszy unijnych i wsparcia UE może być jedną z głównych kart przetargowych po stronie polskich neoliberałów zaprzyjaźnionych z neoliberałami brukselskimi. Ci ostatni przeciwko PiSowi znajdą też sojusznika w całej europejskiej (pseudo)lewicy – dla której PiS oraz Kaczyński to synonimy polskiego, prawicowego katozaścianka o nieprzewidywalnym charakterze.

Z perspektywy interesu polskich klas pracujących obecny konflikt polityczny to pułapka. To z jednej strony zagrożenie PiSowskim szaleństwem smoleńskim: z ksenofobią, rozpętaniem samobójczego konfliktu na Wschodzie, bombą atomową i religijną cenzurą (oraz socjalną ‘przyprawą’ w tle) i z drugiej strony jest to stałe zagrożenie powrotem do władzy żądnych zemsty sił neoliberalnego kapitalizmu spod znaku broniących „demokracji” klonów Balcerowicza.

Rzeczywista klasowa treść PiSu dopiero się wyłania. Na poziomie bazy kulturowej może się jednak okazać, że hasła nacjonalistyczne i wiara w narodową burżuazję wyrażana przez same klasy pracujące okaże się ich zgubą. Teraz dopiero swoją prawdziwą moc ideologiczną ukaże szerzony od całych dekad antykomunizm – bez działań socjalistów masy ludowe prędzej uwierzą i zgodzą się na śmierć niż zaryzykują politykę socjalistyczną w kontrze do konserwatywno-narodowej. Bez antysystemowych sił socjalistycznych, które łączyłyby w sobie program socjalny z postępem i antymilitaryzmem polski proletariat jest skazany na którąś z form zastępczej polityki socjalnej i antyneoliberalnej. Obecnie to obietnice gospodarcze PiSu są jedyną tego rodzaju powszechnie dostępną polityką socjalną.

Pozorny socjal skutecznie przesłania masom faktyczny cel walki politycznej pomiędzy PiSem i przegraną opozycją. Celem tej walki pozostają przede wszystkim stołki w państwowych spółkach i urzędach. Obsługa kapitalizmu i etaty w historycznie rekordowo licznej biurokracji kapitalistycznego państwa - monopolisty to główny cel wszystkich partii – komitetów zarządzających wspólną własnością kapitalistyczną.

Realną treścią walki o Trybunał Konstytucyjny jest PiSowskie pragnienie sądu ostatecznego nad postkomuną i ‘sprawcami zamachu’, a także pełne przejęcie władzy na każdym szczeblu i w każdej postaci. Tylko wtedy nowa ekipa partyjna uzyska pełnię własności środków biurokratycznych i stanie się monopolistą we władaniu państwowym aparatem w imieniu panujących klas kapitalistycznych.

Walka o własność kapitalistycznych aparatów biurokratycznych trwa. Nie jest to jednak walka, której możemy przyglądać się spokojnie. W zależności od jej rezultatu atmosfera w Polsce ewoluować może w kierunku atmosfery atomowo-pogromowej – a stać może się tak wyłącznie dzięki absolutnej kompromitacji kapitalizmu panującego w Polsce po 1989 roku. Ta droga - od rozczarowania do samozagłady - jest dziś krótsza niż kiedykolwiek…



Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Socjalizm Teraz
Katolicka republika bananowa... 2.0
2015-11-22 23:44:43

Z każdym kolejnym dniem Polska pod rządami PiSu przekształca się w nadwiślańską republikę bananową, zamieniając się w kolonialne państwo bezprawia. Katolicki, konserwatywny skansen, który niesie ze sobą nowa władza to jednak nie tylko sam obciach, ale i realnie zagrażający swym obywatelom ustrój, którego konsekwencją będzie dalsze pogłębianie się prawicowej fali ksenofobii i rasizmu.

Nowej władzy przeszkadza nie tylko trybunał konstytucyjny, czy zewnętrzny „przymus” przyjmowania żałośnie małej liczby uchodźców. Najbardziej kłopotliwa dla PiSu jest resztka istniejących w Polsce swobód obywatelskich i wolności w obszarze kultury i nauki. Dlatego nowy minister nauki ma pozbawiać miana naukowości czasopism o tematyce „gejowskiej i lesbijskiej”, zapowiada też dostosowanie nauki do biznesu, a wicepremierowi Glińskiemu marzy się realizacja wzorcowego filmu-pokazówki zrealizowanego na zamówienie, który pokaże „wielkość” historii Polski widzianej i przedstawianej na jedyną słuszną modłę. Zdaniem prawicy rzeczywistość (która 'niestety' bardzo odstaje już od konserwatywnych, piłsudczykowskich wyobrażeń antykomunistów z początku XX wieku) trzeba zmienić i na właściwe, PiSowskie tory przywrócić.

Polska pod rządami PiSu będzie więc neoliberalnym państwem o konserwatywnym i militarystycznym charakterze. Zmiana jakościowa pomiędzy PO i PiS to więc zmiana niczym pomiędzy Margaret Thatcher a Augusto Pinochetem. Nie bez powodu wzrost nakładów na zbrojenia i kwestia budowy baz NATO w Polsce to fundament PiSowskiej polityki zagranicznej.

Atmosfera zagrożenia i budowa państwa pod dyktando polskiej myśli imperialistycznej, której jedynym celem jest usługiwanie USA umożliwi zewnętrzną legitymizację porządku, który już w tym momencie nieprzychylnie komentowany jest np. przez niektórych europejskich przywódców. Rolą nowej Polski będzie więc rozbijanie resztek europejskiej, liberalnej wspólnoty i bycie rzecznikiem ksenofobicznego, militarystycznego podejścia rodem z zimnowojennych Stanów Zjednoczonych.

Stopniowa orbanizacja Polski siłą rzeczy opierać się będzie na środowiskach skrajnie prawicowych, kibolskich, bojówkarskich i otwarcie faszystowskich. Budowanie atmosfery przyzwolenia dla palenia kukły Żyda i tworzenie państwowości, w której panuje dyktatura katokonserwatywnego IPN-izmu zbuduje fanatyczne poparcie i zagwarantuje PiSowi rzesze radykalnych zwolenników. Bez nich realizacja skrajnie prawicowej, konserwatywnej i reakcyjnej polityki społecznej byłaby niemożliwa.

Otwarcie na ksenofobię, rasizm, homofobię i powrót do klasycznej, rydzykowo-wyklętej linii politycznej opartej na świętej wierze w zamach smoleński i „zdradę o świcie” jest wręcz nieuniknione. Nie tylko dlatego, że PiS nie znajdzie oparcia w środowiskach neoliberalnych, liberalnych oraz tych, które dotychczas wspierały Platformę Obywatelską, ale także dlatego, że skrajnie prawicowy grunt, który przygotowano w Polsce po 89 roku jest już na tyle dojrzały, że aż prosi się by go wykorzystać. Klasowo rzecz ujmując faktem jest też, że masy pracujące w Polsce to w olbrzymim stopniu zmanipulowana przez skrajnie prawicową ideologię rzesza ludzi, która wybitnie łączy w sobie dominujące cechy polityczne PiSu – dążność do liberalnej, kapitalistycznej i rynkowej realizacji wolności dla burżuazji (która traktowana jest niczym zbawca i zwiastun świętego wzrostu gospodarczego) oraz katokonserwatywną i przede wszystkim: ultraksenofobiczną i rasistowską wizję świata oraz obyczajowość.

Jedno zresztą łączy się z drugim – to brak możliwości wyrażenia gniewu klasowego przeciwko klasie posiadaczy tworzy sytuację, w której jedynym dopuszczalnym i dostępnym dla pracowników wrogiem stają się masy pracujące z innych stron świata. Jeśli nawet to nie one są bezpośrednio odpowiedzialne za całokształt stosunków społecznych w Polsce to przynajmniej wyraźnie naszej ojczyźnie 'zagrażają' i wyczekują na dogodny moment, aby dokonać: islamizacji/ukraść socjal i zniszczyć jedyne, co Polsce pozostało – jej biedapatriotyzm i biedakonserwatyzm, który niczym rak wyrósł na polskim zacofaniu, biedzie, na wyzysku i klęsce polskiej lewicy.

Nieudolna fuzja neoliberalizmu z polityką kapitalistycznego patriotyzmu nie przyniesie jednak spodziewanego gospodarczego cudu. Sprzeczność, która będzie narastać będzie sprzecznością pomiędzy PiSowskim dążeniem do zadowolenia polskiej klasy właścicielskiej, a dążeniem do zachowania resztek państwa socjalnego. Ulgowy CIT dla polskich kapitalistów, brak wyraźnych pomysłów na zwiększenie dopływu środków do budżetu i nacisk zagranicznego kapitału zrobią swoje: PiSowi pozostanie skapitulować lub... zadowolić się rządem dusz, opartym na prawicowej doktrynie politycznej i społecznej faszyzacji w pinochetowskim stylu: faszyzm w kulturze, wolny rynek w gospodarce.

Pogrzeb socjalliberałów
2015-10-28 00:40:09

Wyborcza klęska pseudolewicowych ugrupowań była do przewidzenia. W jakim punkcie znalazły się w tym momencie podające się za lewicę partie, które znalazły się poza sejmem? Wczoraj w Polsat News to Włodzimierz Czarzasty oskarżał Razem o radykalną lewicowość strasząc m.in. Che Guevarą i Marksem. Jednocześnie to samo Razem odcina się od wszelkiej historii ruchu socjalistycznego, chce też naiwnie naprawiać i reformować kapitalizm, uprawia politykę ciepłej wody w kranie i układnego reformatorstwa, również odcinając się od Guevary i Marksa, a robiąc to chociażby poprzez określanie ich mianem „lewackiego folkloru”, czy wyraźne stawianie się w roli kapitalistycznego reformatora lub hołubienie klęski "Solidarności".

Licytacja na antysocjalizm i antykomunizm pośród „lewicowych ugrupowań” może bawić i śmieszyć, ale faktem jest, że oba ugrupowania czekają teraz bardzo trudne cztery lata. To, kto jest bardziej liberalny i mniej komunistyczny jest natomiast dla prawicy i Polaków zupełnie bez znaczenia. Będzie to czas kompletnej dominacji nacjonalistycznej prawicy, przy czym wcale nie musi ona koniecznie realizować neoliberalnych scenariuszy. Cztery lata panowania PiS-u zacementują też antylewicowe postawy m.in. wśród młodzieży i skierują naród na tory prowadzące coraz bliżej ideologii rasistowskich, ksenofobicznych i okołofaszystowskich. Jeśli sprzeciwiać temu zamierza się jedynie Czarzasty straszący Che i członkowie antykomunistycznej partii Razem to możemy łatwo wyobrazić sobie zarówno skuteczność tej polityki, jak i przyszłość tych kanapowych w tym momencie ugrupowań.

Dlaczego robotnicy wybierają dziś PiS? Bo posiada bardziej radykalny program i wizerunek, a także prezentuje się jako bardziej antysystemowe zarówno w porównaniu z liberałami, jak i socjalliberałami i reformatorami obecnego porządku. Jest też realnie bardziej wiarygodne – kto bowiem, jak nie prawica powinien reformować kapitalizm, kto jeśli nie nacjonalistyczny konserwatysta Kaczyński jest najlepszym spadkobiercą antykomunistycznej "Solidarności", którą tak wielbią zarząd i 'nieliderzy' Razem?

Bratanie się z otwartymi liberałami dodatkowo jeszcze osłabiło pseudolewicę, która kompletnie nie rozumie, że postulaty, na które czeka dziś polska klasa pracująca to postulaty radykalnej propaństwowości i walki o odzyskanie samodzielności narodowej w obliczu panowania w Polsce ekonomicznego, kapitalistycznego imperializmu. Na chwilę obecną to Kukiz straszący korporacjami i bankami bardziej przemawia do niezadowolonych niż formacje, które lewicowość traktują jako politykę sterowania zastanym systemem i wprowadzania do niego „drobnych”, „malutkich” poprawek.

Klęska Zlewu i napompowany przez Michnika wynik Razem, który wiele tej partii jednak nie daje otwierają polityczne pole dla nowej działalności. Następne cztery lata to okres, kiedy walka klas przybierze na swej sile.

Prawicowy zamach dokona się nie tylko na poziomie gospodarki, ale i podstawowych swobód i wolności obyczajowych. To dobry moment dla ugrupowania socjalistycznego, które będzie antysystemowe, antyimperialistyczne i bezkompromisowe, zdolne też do porwania elektoratu z mniejszych miejscowości i wsi, gdzie potransformacyjne realia to nie realia kawiarni i klubów dyskusyjnych, lecz realna nędza codzienności i brak jakichkolwiek perspektyw na przyszłość.

Program socjalistyczny jest też programem, który integruje w sobie kwestie obyczajowe i wolnościowe oraz kwestie ekonomiczne. Także bliska perspektywa budowania wojskowych baz NATO w Polsce tworzy kolejne szanse dla partii, która podejmie się też wyzwania budowania alterantywy w wymiarze polityki zagranicznej. Wyzwanie to jest natomiast zupełnie poza zasięgiem obu przegranych socjalliberalnych partii, z których jedna świętuje obecnie „sukces” tańcząc na grobach „postkomunistów”, a druga chwali się wprowadzeniem polski do NATO...

To właśnie ta niepewność, brak własnej tożsamości i nieudolne uciekanie od własnego zaplecza są dla pseudolewicy zgubne. Nie wystarczy samo "serce po lewej stronie".

Nikt nie wybierze i nie uwierzy też lewicom, które zajęte są ciągłą walką z komuną. Promocja w lansującej przez 20 lat neoliberalizm Wyborczej to również słaba reklama. Przekonanie Sierakowskiego i dzieci Michnika: wychowanych przez Krytykę Polityczną na lewicowych liberałów, że istnieje antykomunistyczna i antysocjalistyczna lewicowość to złudzenie. Zniechęceni i wrodzy komunizmowi, socjalizmowi zwolennicy kapitalizmu nie staną po stronie „lewicy”, ponieważ wychowani zostali w nienawiści do niej, w patriotyzmie, który każe polować na Bolszewików i „postkomuchów”. To, co realnie wspiera tego rodzaju postawa to socjalne skrzydło PiS, czy "Solidarna Polska" Zbigniewa Ziobry z jej socjalnym zacięciem.

W takiej rzeczywistości - czyli dziś - to PiS i prawica skutecznie posługują się własną polityką historyczną, wykorzystując własne symbole i historię na swoją korzyść. To gwarantuje prawicy zarówno wiarygodność, jak i określony autentyzm. Lewica, która nie będzie radykalna to więc lewica na którą nie ma w Polsce zapotrzebowania – jej funkcje z powodzeniem wypełnią Petru, Kopacz, czy Kukiz lub właśnie: socjalne skrzydło PiSu. Walczący z komunizmem i „postkomunizmem” liberałowie to zaś nic innego jak systemowa dywersja i establishmentowa działalność na rzecz pacyfikacji nastrojów potencjalnie wywrotowych i rewolucyjnych.

Zmierzch polskiego reformizmu i jego dogorywanie w pigułce oddają też los prosystemowych „lewic”, które w całej Europie ponosiły i ponoszą obecnie podobne klęski. To nie nowość, że lewicowi reformatorzy kapitalizmu odchodzą w niepamięć a ich miejsce zajmują liberałowie i skrajna prawica - odważniejsza zazwyczaj od wszystkich prosystemowych lewicowych ugrupowań. Te klęski niekonsekwentnych i strachliwych „lewic” to także prosta droga do triumfu skrajnej prawicy, którą powstrzymać – jak zawsze – mogą wyłącznie socjaliści. Nadchodzi czas ich próby.

Ostatnie dni reformizmu
2015-10-18 15:35:41

W Polsce, gdzie cała scena polityczna jest radykalnie przesunięta na prawo ugrupowania realnie liberalne zwie się lewicowymi, zaś za liberałów uchodzi chrześcijańska prawica. Niezależnie od formalnej przynależności wszystkie formacje łączy powszechna aprobata dla kapitalizmu. Klasyczna hipoteza reformistyczna zakłada, że kapitalizm da się zreformować. Ścieżką tą idą obecnie wszystkie partie w Polsce – co też i zresztą nikogo z nas specjalnie nie dziwi.

Dziwi nas jednak wielka podniosłość i wiara zarówno Zjednoczonej Lewicy, jak i partii Razem w to, że idąc do wyborów z tak ograniczonym i kapitulanckim programem partie te marzą w ogóle o zawojowaniu polskiej sceny politycznej.

Ostatnie ćwierćwiecze w Polsce to wielka klęska reformistycznych i socjalliberalnych formacji wszelkiej maści.

Niezdolność organizacji lewicy radykalnej i antysystemowej utorowała drogę do sejmu dla formacji kapitulanckich i służalczych wobec kapitału. Dyskurs polityczny, który narodził się w Polsce po 1989 roku z natury wykluczać miał już zresztą istnienie zarówno partii komunistycznych, jak i socjalistycznych. Jedyne, co w nowej, kapitalistycznej Polsce było odtąd dozwolone to reformowanie kapitalizmu bez zagrażania panowaniu burżuazji i z wyraźnym prokapitalistycznym nastawieniem. Tego rodzaju ideologia i przesłanie okazały się być na tyle silne, że kolejne ugrupowania lewicy – choćby nawet miały jeszcze socjalizm w nazwie – stopniowo przekształciły się w ugrupowania reformistów i socjalliberałów o wielkim i gorącym zacięciu do godzenia ze sobą interesów pracowników i kapitalistów.

Dyskurs polityczny wyhodowany przez środowiska prawicy na czele z jej neoliberalnym odłamem zatriumfował nie tylko w kwestiach polityki zagranicznej, gdzie wspieranie NATO, amerykańskiego imperializmu i zwalczanie wszelkich przejawów lewicowości na świecie stało się podstawowym wyznacznikiem przynależności do klubu „godnych” władzy. Wygrał on przede wszystkim umacniając i betonując panowanie kapitału, czyniąc z kapitalizmu „demokrację” oraz tworząc bezalternatywny świat, w którym jedyne scenariusze na poprawę sytuacji ekonomicznej Polski to różne wersje niesienia pomocy klasie kapitalistycznych właścicieli. Jedni – jak SLD – uczynili z tego wręcz sztukę i z pełną świadomością włączyli się do projektu umacniania panowania kapitału pod fałszywie czerwonymi sztandarami. Drudzy – jak kiełkująca obecnie partia Razem – z pełną premedytacją i na rozkaz wręcz zrezygnowali nawet ze swoich własnych dawniejszych antykapitalistycznych postulatów, aby tylko okazać się być „godnymi” w oczach prawicowego i liberalnego establishmentu.

Zasadnicza klęska tej polityki polega na tym, o czym pisaliśmy już wielokrotnie. Po pierwsze – lewica, nawet reformistyczna i dziadowska, nigdy nie będzie bardziej wiarygodnym reformatorem kapitalizmu od ugrupowań prawicowych i np. chadeckich (patrz PiS i jego socjalny elektorat). Po drugie – lewica na zamówienie, pozbawiona radykalnego języka konfliktu klasowego i politycznego nigdy nie zdoła nawet wywalczyć własnego elektoratu, nie zgromadzi też wokół siebie niezadowolonych i wrogich obecnemu systemowi. Wreszcie po trzecie – lewica reformistyczna z natury nie posiada żadnych przekonujących argumentów, które pozwalałyby jej twierdzić, że rzeczywiście potrafi ona na trwałe i w sposób głęboki odmienić sytuację gospodarczą dowolnego kraju.

Podstawowym założeniem wszelkiej polityki lewicy reformistycznej jest to, że na realizację jej postulatów zezwoli klasa kapitalistyczna. Zezwoli w sposób bezkonfliktowy lub też upadnie pod naporem parlamentarnego triumfu. Założenie to zakłada jednak, że w sposób momentalny i nieomalże natychmiastowy da się przekształcić gospodarkę danego kraju i to jedynie przy pomocy zmian obejmujących redystrybucję dochodów. Co z produkcją? Otóż reformiści uważają, że kapitalizm taniej produkcji i oparty na taniej sile roboczej przełknie po prostu zmiany podatkowe i będzie istniał dalej – tyle, że teraz przynosząc zyski wszystkim: tak samo proletariuszom, jak i kapitalistom. W przypadku Polski jest to założenie o tyle idiotyczne, że polski kapitalizm to system wybitnie taniej produkcji, opierający się na montowaniu i usługiwaniu zamożniejszym gospodarkom imperialistycznym. W jaki sposób kapitał, który nagle zostałby tak dotkliwie opodatkowany miałby przynosić większe zyski skoro do tej pory funkcjonował właśnie w oparciu o tanią pracę i niskie podatki? Na to reformiści nie podadzą już odpowiedzi, ponieważ jednak nie chcą oni upadku władzy kapitału to nie posiadają też żadnego planu na alternatywny system gospodarczy, a ich plany dotyczące polityki gospodarczej państwa zostawiają mu, co najwyżej dwie funkcje: dotowanie prywatnej własności i czekanie na to, aż przyniesie ona zyski lub też reformistyczne i bezskuteczne w biednym kapitalizmie próby ratowania sytuacji socjalnej przy pomocy różnych usług publicznych, np. mieszkaniowych i innych.

Tego rodzaju działalność państwa w warunkach panowania klasy kapitalistycznej i zawłaszczania przez nią własności prowadzi jedynie do doraźnych sukcesów, do gaszenia jednych pożarów, gdy tuż obok wybuchają już inne. Brak programu alternatywy systemowej prowadzi też do skazania sił reformizmu i oportunizmu na wieczne paktowanie i uzależnienie od klasy kapitalistycznej.

Bez zamachu na prywatną własność i jej monopol nie istnieją, bowiem żadne możliwości, które pozwoliłyby działać niezależnie od klas właścicielskich, panujących przecież nad tym, co od zawsze jest podstawą każdej gospodarki w każdym państwie: produkcją.

Zostawiając na chwilę kwestie polityki ekonomicznej i kompletnego braku wiarygodności „lewic” reformistycznych i socjalliberalnych na tym polu[1] przejdźmy do kwestii politycznych i organizacyjnych. Tu reformistyczny oportunizm również w sposób nieunikniony prowadzi bowiem do klęski. Jak pisała Róża Luksemburg oportunizm jest bowiem „grą polityczną, w której traci się podwójnie: nie tylko zasady, ale także praktyczne sukcesy. Polega on na zupełnie błędnym mniemaniu, że przez ustępstwa osiąga się najwięcej sukcesów.”[2]

Tych ustępstw w przypadku polskich reformistów jest bardzo wiele. Dotyczą one nie tylko polityki gospodarczej – która jest oczywiście kluczową – ale i polityki zagranicznej, kulturowej, czy historycznej. W przypadku polskich partii lewicy oportunistycznej mamy do czynienia z bezkrytycznym wspieraniem polityki imperialistycznej. Wzorami do naśladowania się zaś najzamożniejsi i najbogatsi: Stany Zjednoczone, czy np. kraje Skandynawii. Jestem przy tym całkowicie świadomy, że żadna argumentacja, która wskazuje na niepowtarzalność warunków skandynawskich nie trafi do żadnego oportunisty. Fakt, że kapitalizm w 95% przypadków występuje pod postacią krajów wyzyskiwanych skrajnie (jak w przypadku państw Globalnego Południa), czy krajów po prostu wyzyskiwanych (jak w przypadku Polski i krajów półperyferyjnych) nigdy nie przekona do antykapitalizmu osób, które w sposób organiczny boją się sprzeciwić władzy kapitału i w swej bojaźni liczą też na to, że prawdziwie „inna polityka” uzyska wsparcie nawet politycznych i ekonomicznych elit, które przecież „muszą” przejrzeć na oczy. W tej wierze w to, że można stać się kapitalistycznym centrum jest też coś głębszego i gruntownie amoralnego, czego mało kto jest świadomy. Stając się bowiem kolejną „Szwecją” w dalszej perspektywie przyczyniamy się bowiem jedynie do poszerzania stref wyzysku kolonialnego i peryferyjnego. Walcząc o więcej drobnych od naszych kapitalistów oportuniści powinni mieć bowiem świadomość tego, że ewentualne straty w jednym miejscu wyzyskiwacze szybko nadrobią dodatkowymi zyskami uzyskiwanymi w innym punkcie naszej planety... o co zadba chociażby NATO...

Krótka i ograniczona perspektywa jest jednak typowa dla polityki romansowania z właścicielami.

Poza kapitulacją przed władzą kapitału – aby zostać dopuszczonym do istnienia w wymiarze politycznego establishmentu (na co nadzieję mają zawsze oportunistyczny działacze) – dochodzi też zawsze do kapitulacji w kwestiach polityki zagranicznej.

W czasach przed I wojną światową wszystkie reformistyczne partie w Europie jak jeden mąż wsparły politykę militarystycznych zbrojeń i dążenia do wojny. A dziś? Wszystkie reformistyczne partie wspierają bazy NATO w Polsce i eskalację napięcia z Rosją.

W przypadku wielu działaczy pseudolewicy do czynienia mamy nawet z błyskawicznymi „nawróceniami” na politykę „obronną”. Brak postulatów o zachowaniu suwerenności Polski i przeciwko eskalowaniu napięcia geopolitycznego oraz brak postulatu o wyjściu z sojuszu NATO to bezpośredni efekt ulegania establishmentowi kapitalistycznemu, a konkretnie: ulegania militarystycznemu kapitałowi imperialistycznemu, którego zyski uzależnione są bezpośrednio od wojen.



Wydawać by się mogło, że przynajmniej na polu tzw. „obyczajówki” i kwestii historycznych lewice reformistyczne powinny zachować tradycyjne lewicowe podejście oraz radykalizm poglądów. Nic z tych rzeczy!

Godząc się na współpracę z kapitałem i na panowanie systemu kapitalistycznego godzić trzeba się też na wszystkie systemowe sposoby ogłupiania klasy robotniczej. Nie znajdziemy więc w programach partii oportunistycznych żadnych radykalnych postulatów dotyczących np. ograniczenia panowania kościoła katolickiego, czy takich zmierzających do zmiany wizji polityki historycznej III RP. Fundamentem partii oportunistycznych jest przyjęcie polityki historycznej prawicowego establishmentu. Pod tym względem zarówno dla Barbary Nowackiej, jak i „Razem” po 1989 roku Polska odzyskała „wolność”, a obecny system to „demokracja”, która co najwyżej wymaga naprawy. Dla politycznych oportunistów i reformatorów bliżsi są też bohaterowie transformacji pokroju Modzelewskiego i Kuronia niż jacykolwiek rewolucjoniści, socjaliści, czy tzw. „lewacki folklor”, jak część z działaczy reformistów zwykła określać np. Fidela Castro i Che Guevarę. Przynależność do historycznych zwycięzców i triumfatorów, bycie pogrobowcem „Solidarności” itd. jest bowiem konstytuującym elementem tożsamości oportunistycznej. Wspólna geneza z Tuskiem i Kaczyńskim to upragniona gwarancja tego, że establishment nie wyprze się związków z taką, oportunistyczną lewicą. Bycie w obozie prokapitalistycznym i antykomunistycznym jest też gwarantem uzyskiwania korzyści w obecnym systemie: daje możliwość funkcjonowania w mainstreamowej prawicowej prasie pokroju Gazety Wyborczej, czy spokojne życie na publicznych uczelniach itd.

Kolejnym typowym zachowaniem partii reformistycznych jest też przyjęcie przez nie programu praktyki politycznej realizowanego przez partie dominujące. Partie oportunistyczne są więc tak, jak i inne partie startujące do wyborów parlamentarnych, partiami-komitetami wyborczymi.

Zarówno ZL, jak i Razem uaktywniły się tuż przed wyborami. Partie prawicowe oraz rządzące tradycyjnie interesują się w porządku kapitalistycznej demokracji wyłącznie zajęciem miejsc w parlamencie i innych ciałach dających realną polityczną władzę. Działalność poza wyborami, codzienna, oddolna i związana z budowaniem pracowniczego poparcia w regionie jest poza obszarem zainteresowań takich partii. Zwyczajowy cykl kapitalistycznych partii politycznych to cykl życia od wyborów do wyborów, gdzie jedynym momentem mobilizacji i ideologicznej dyskusji jest moment przed samymi wyborami, kiedy to ustala się kolejną strategię oszukiwania pracowników najemnych.

Nie ma więc niczego dziwnego w tym, że dosłownie wszystkie partie obiecują w tym momencie: polski przemysł, walkę z bezrobociem, odnowę przemysłu stoczniowego, powstrzymanie emigracji zarobkowej, czy poprawienie sytuacji biednych i wykluczonych.

Zasadniczo wszystkie partie polityczne dysponują podobną świadomością dotycząca najistotniejszych problemów społecznych (nawet jeśli to te same partie je wywołały). Przeznaczenie więc kilku miesięcy raz na kilka lat na przekonywanie do tego, że dana partia rozwiąże wszystkie te problemy jest tradycyjnym zabiegiem politycznym, rozpoznawanym szeroko przez proletariat, jako „wciskanie kiełbasy wyborczej”. Partie lewicowe i socjalistyczne różnią się jednak od prawicowych i oportunistycznych tym, że pracują nie tylko nad rozwiązaniem problemów, ale nad rozwiązaniem systemowym. Działają też nie tylko w okresie tuż przed wyborami, ale funkcjonują cały rok i zdobywają poparcie nie wyłącznie przez mechanizmy wyborcze i kampanijne, ale przez codzienną i praktyczną działalność polityczną związaną z żywotnymi interesami ludzi pracy.

Interesy ludzi pracy i proletariatu to kolejna kwestia, która różni ruch socjalistyczny i radykalną lewicę od partii oportunistycznych i reformistycznych. Partie o tym drugim profilu nie reprezentują interesów ludzi pracy. Reprezentują one przede wszystkim interes drobnomieszczaństwa: drobnych posiadaczy i aspirującej do miana arystokracji pracy uprzywilejowanej części klasy robotniczej. Zasilane przez właścicieli firm partie te szybko nabierają charakteru grupy interesów o wyraźnie prokapitalistycznym charakterze. Szczególnie chętnie do partii tego rodzaju dołącza też zagrożona przez korporacyjną konkurencję drobna burżuazja, której oportunizm i chęć odniesienia sukcesu w kapitalizmie są na tyle silne, że duch kapitulanctwa i mediacji z wyzyskiwaczami szybko wchodzi w krew całych tych formacji politycznych. Robotnicze postulaty o samorządzie robotniczym, eliminacji władzy kapitału i przejściu do systemu gospodarki uspołecznionej, socjalistycznej zastępowane są dążeniami do „wzmacniania państwa”. To bowiem wzmacnianie państwa jest tym, co interesuje drobnych posiadaczy i właścicieli – bez jego ochrony nie da się już bowiem przeżyć w zaawansowanym systemie kapitalistycznym. Suma dopłat i pomocy dla drobnych przedsiębiorców jest więc wielka i będzie coraz większa. I to właśnie w interesie drobnej własności kapitalistycznej jest, aby państwo-zbiorowy kapitalista coraz częściej ingerowało i z podatków dopłacało do ich działalności. Stąd też w programie Zjednoczonej Lewicy pomysł zwalniania „firm rodzinnych” z podatków. Stąd też w programie Razem brak jakichkolwiek sugestii dotyczących jakiegokolwiek uspołecznienia własności.

Brak perspektyw dla panowania klasy pracującej tworzy też podwaliny pod nowe byty systemowe. Przewijają się więc hasła dotyczące „naprawiania kapitalizmu”, „ratowania demokracji”, czy „uzdrawiania państwa”. Dziurę po dychotomii kapitalizm/socjalizm zapycha się kategoriami, które w sposób sztuczny i fałszywy na nowo objaśniają rzeczywistość, przedstawiając ją jako „nie w pełni udaną”. Polski kapitalizm nie jest więc kapitalizmem, lecz staje się „kapitalizmem neoliberalnym”. Kapitalistyczna demokracja przestaje być parlamentarną demokracją pod dyktaturą kapitału, lecz staje się „demokracją niepełną”, wymagającą „naprawy”, wreszcie "Pierwsza Solidarność" okazuje się być wielkim triumfatorem w polskiej historii, po którym trzeba tylko dokręcić tu i ówdzie małe "conieco"…

Walka klas i język konfliktu klasowego są natomiast sukcesywnie eliminowane. Nawet reformy proponuje się w imieniu dobra „całego narodu”, przedstawia się je jako potencjalny obiekt zainteresowań samych kapitalistów i w sposób w pełni świadomy lobbuje się za porozumieniem pomiędzy robotnikami i właścicielami.

Wszystkie te wysiłki czyni się jednak na próżno. Ani kapitaliści, ani robotnicy nie dadzą się oszukać.

Ci ostatni sami podświadomie szukają antysystemowych partii i polityków. I znajdują ich fałszywą wersję – na prawicy. Ci pierwsi nigdy nie poprą natomiast nawet miękkiego reformizmu. Klasa kapitalistyczna to zawsze klasa aktualnej władzy, a aktualną jest władza klasy biedakapitalistycznej, zainteresowanej wyłącznie dalszym zbijaniem ceny siły roboczej i tanią produkcją półproduktów na eksport (głównie) do Niemiec. Dodatkowo niezwykle silnie oddziałuje też na wszystkich prawicowa ideologia i prawicowa polityka historyczna. Wszystko, co ubrane jest w szaty establishmentu, promuję się w Gazecie Wyborczej, nie potrafi odnaleźć wspólnego języka z robotnikiem i wściekłym na system człowiekiem z ulicy traci w oczach ludu wiarygodność i autentyzm. Kalki przeniesione np. z Hiszpanii, która jest krajem wybitnie mieszczańskim są więc zupełnie bezużyteczne i w praktyce prowadzą nieuchronnie wprost ku klęsce.

Jaka będzie skala tej klęski? To w tym momencie praktycznie bez znaczenia.

Pewnym jest, że następna kadencja sejmu będzie kadencją panowania prawicy. Czy będzie to prawica konserwatywno-neoliberalna, czy prawica konserwatywno-nacjonalistyczno-neoliberalna pozostaje kwestią gustu. Panowanie kapitału jest pewne, a obecne frakcje lewicowych partii oportunistycznych walczą w Polsce już tylko o zachowanie resztek swojej twarzy.

Ta twarz, ta sylwetka oportunistycznych reformistów stoi jednak w całkowitej ruinie. Drobna obecność w sejmie – choć i ten może już być prawdopodobnie poza zasięgiem lewicowych oportunistów – nic nie zmieni, potencjalnie wzmocni jeszcze tylko finansowo socjalliberałów na kolejnych kilka lat, pozwalając dalej oszukiwać im klasy pracujące. Realnie ta polityka i ta linia są już jednak skończone. Gniją poza historią i w prawie całkowitej samotności, poza polem zainteresowań dominujących sił: kapitału, czy klas pracujących i mas.


[1] Co potwierdza zresztą „świetna” passa socjaldemokracji w Europie. Seria zdrad socjaldemokratów jest tak długa, że nie istnieje w zasadzie kraj, gdzie partia reformistycznej lewicy nie dopuściłaby się do zdrady robotników na rzecz interesów kapitału i imperialistów. Najnowszy przypadek to Grecja, gdzie Syriza (formalnie podająca się początkowo za formację radykalnej lewicy) realizuje obecnie kapitalistyczną politykę cięć i zaciskania pasa.

[2] R.Luksemburg, Posybilizm i oportunizm, s.2



Tekst pierwotnie ukazał się na portalu Socjalizm Teraz
Jan Tomasz Gross i festiwal ślepców w opałach
2015-09-29 01:11:25

Rachunki i opinie wygłaszane przez Jana Tomasza Grossa, który stwierdził niedawno, że Polacy zabili w czasie wojny więcej Żydów niż Niemców, oraz że to stosunek Polaków do Holokaustu decyduje o ich stosunku do uchodźców są nie tylko kłamliwe; w sposób istotny udowadniają też nędzę polityczną z którą mierzyć muszą się wszyscy przedstawiciele obozu liberalnej prawicy, od dawna maskującej prawdziwe przyczyny faszyzacji polskiego społeczeństwa.

„Polacy, którzy zasłużenie są dumni z oporu ich społeczeństwa wobec nazistów, faktycznie zabili w czasie wojny więcej Żydów niż Niemców” – stwierdził Jan Tomasz Gross, dodając też wkrótce potem na łamach niemieckiego dziennika Die Welt, że „Polska nie chce uchodźców, bo nie rozliczyła się ze zbrodni na Żydach”.

Te lansowane na skandalizujące wypowiedzi szybko zrobiły karierę w polskich mediach społecznościowych i w internecie. Stanowisko Grossa jest jednak podwójnie: fałszywe oraz politycznie szkodliwe. Dlaczego fałszywe? Dlatego, ponieważ Gross w swojej chałupniczej kalkulacji za „zabitych przez Polaków Niemców w czasie wojny” uznał jedynie niemieckie ofiary kampanii wrześniowej oraz Niemców zabitych w czasie Powstania Warszawskiego. Lekką ręką Gross unieważnił natomiast wysiłki wszystkich polskich żołnierzy walczących na frontach całej Europy, w tym Ludowego Wojska Polskiego walczącego u boku Armii Czerwonej. Kwestia czystego populizmu i skandalicznie niskiego poziomu warsztatu teoretycznego Jana Tomasza Grossa to jednak tylko pierwsza strona tego medalu.

Również na kpinę zakrawa też stanowisko Grossa w sprawie niechęci i wrogości, z jaką duża część Polaków reaguje na perspektywę przyjmowania przez nasz kraj uchodźców. Czy rzeczywiście rzekomo głównie nieprzychylny stosunek do Żydów sprzed ponad 70 lat może mieć wpływ na obecny stosunek Polaków do imigrantów? Dziedziczenie antysemityzmu przez trzy pokolenia jako główne wyjaśnienie praktyk społecznych w kraju, gdzie ludność żydowska jest już prawie nieobecna? Skąd w ogóle wziął się pomysł, że antysemityzm może być głównym motorem napędowym polskich najnowszych dziejów?

Nie będę tu wchodził w dywagacje na temat „Przedsiębiorstwa Holokaust” i zamiast tego skupię się na tym, co najbardziej bezpośrednio nas dotyczy – kwestii bieżącej polityki i postępującej obecnie fali faszyzacji i rasizmu.

W podobnie głupi sposób kwestię polskiej niechęci do uchodźców na spotkaniu zorganizowanym niedawno przez Krytykę Polityczną wyjaśniał też Aleksander Smolar, który uznał, że większość win za obecną sytuację ponosi (oczywiście, któż by inny!?) komunizm! Antysemityzm i komunizm jako główni winowajcy polskiej brunatnej fali! Nie sankcjonowany przez państwo antykomunizm, nie nachalna promocja Żołnierzy Wyklętych i ich kultu przez cały establishment, nie narzucana strukturalnie i systemowo rusofobia wraz z kompletną dominacją prawicowej wizji polityki historycznej na każdym polu, nie kult II RP i jej najgorszych cech oraz liderów pokroju Dmowskiego, nie nawrót prawicowego klerykalizmu o twarzy JP2 i dominacja neoliberalnej reakcji o twarzy Reagana.

Wyraźnie widać obecnie, że środowiska liberalnej prawicy naprawdę nie mają pojęcia co i dlaczego w Polsce się dzieje. Nie wiedzą skąd na ulicach biorą się 'ci panowie z faszystowskimi symbolami i rasistowskimi przyśpiewkami'. Tak samo wygwizdywana przez publikę na święcie „Niezłomnych” Ewa Kopacz nie rozumie też dlaczego nie jest przez prawicę tolerowana i oklaskiwana niczym żeńska wersja Kaczyńskiego.

Przytulenie przez neoliberalną prawicę całej skrajnie prawicowej tradycji historycznej dokonało się z czystego wyrachowania. Tradycje skrajnej prawicy były potrzebne, aby cementować panowanie ‘najjaśniejszej’ III RP i skutecznie demonizować Polskę Ludową, a także całą tradycję lewicową i socjalistyczną, która była dla liberałów i ich prywatyzacji głównym zagrożeniem. Potrzebna liberałom była też rusofobia – w końcu nowa Polska miała już na stałe stać po stronie Stanów Zjednoczonych i stać się „Izraelem Europy”, wyspą skierowaną przeciwko Rosji i najdalej na wschód wysuniętą placówką NATO. Dlatego też panującym i szczodrze opłacanym mitem założycielskim III RP stał się mit podziemia antykomunistycznego i antyrosyjskiego. Antykomunizm i rusofobia aż po grób to świetne motywy ideologiczne dla roli, jaką polityka NATO przewidziała dla Polski. Nie ma żadnej lepszej opowieści o Polsce, która jako sukces pozwoliłaby sprzedać militaryzację kraju, czy zapraszanie do Polski obcych wojsk i rakiet.

Prawicowa ciemnota, faszyzująca interpretacja historii i prawicowy katolicyzm w najgorszym wydaniu były więc liberałom potrzebne do sprawowania władzy. Problem pojawił się w momencie, w którym okazało się, że te same mity i idee wyznają polscy prawicowi konserwatyści spod znaku PiS. Co więcej – to oni są bardziej wiarygodni w oczach kiboli, miłośników Wyklętych i to oni posuną się do wszystkiego, aby tylko zdobyć władzę. O ile więc „cywilizowana”, platformerska, liberalna odmiana prawicowej ideologii trzymała się jednak blisko polityki UE – tak PiSowska wersja tej samej polityki nie waha się szczuć na uchodźców, czy mniejszości. Mało tego – to właśnie dzięki temu w oczach wyhodowanego w kulcie prawicowej ciemnoty (za pieniądze m.in. PO) to PiS będzie naprawdę wiarygodną prawicą! Nienawiść w stosunku do uchodźców i imigrantów z Afryki i Bliskiego Wschodu jest bowiem naturalnym rozwinięciem nienawiści do komunistów, socjalistów i „ruskich”. A wizja Polski jednorodnej etnicznie jest rozwinięciem koncepcji rodem z II RP i polityki importowanej od "Wyklętych". Prawicowy nacjonalizm od siebie dodaje tu natomiast jeszcze jako gratis: „wrogów ojczyzny”, „układ”, zamachowców ze Smoleńska, czy liberałów i krwiożerczych genderów.

Wynosząc na ołtarze Dmowskiego i II RP, gloryfikując walkę z czerwonymi za każdą cenę, instalując IPN, tworząc do tego atmosferę oblężonej twierdzy i grozy wojennej (jak Tusk, kiedy straszył wizją tego, że dzieci w Polsce przez Putina nie pójdą do szkoły) oraz zgadzając się na sponsorowanie i promowanie wszystkich symboli, jakimi posługuje się skrajna prawica… liberalizm w Polsce sam podpisał na siebie wyrok. To są właśnie prawdziwe źródła faszyzmu, rasizmu i ksenofobii oraz wystąpień przeciwko uchodźcom. To nie przypadek, to nie odziedziczone sprzed 70 lat i zapisane w genach uprzedzenia do Żydów, nie „komuna”, która przyjmowała Greków i Wietnamczyków i zwalczała to, co dziś stało się w pełni obowiązującym. To hodowane w świetle dnia, za pieniądze rządu i w blasku fleszów prawicowe gęby, rosnące w kulcie skrajnej prawicy i najbardziej reakcyjnych bohaterów, którzy marzyli kiedyś o ostatecznej rozprawie z komuną przy pomocy atomówek i trzeciej wojny.

Kiedy środowiska „liberałów” się obudzą? Nigdy. Już teraz wielkimi krokami nadciąga wielka klęska obozu PO – co potwierdza tylko histeryczna walka przeciw PiS jaką podejmują Wyborcza i inne media (neo)liberalnej prawicy. Do TVNu zaprasza się jednak jako ekspertów Kurskich, Korwinów i Giertychów. Skrajna prawica stała się pełnoprawnym elementem dyskursu, a jej herosi (Kamiński, Gietych) w akcie rozpaczy stali się nawet częścią dyskursu PO. Wyraźnie widoczny jest jednak fundamentalny brak argumentów przeciwko Kaczyńskiemu i jego linii. Jak neoliberalna prawica ma krytykować kult Wyklętych skoro samemu go stworzyła? Jak ma mówić, że PiS to fanatycy skoro samemu popiera stawianie pod Warszawą natowskich baz rakietowych i wyznaje w gruncie rzeczy identyczną linię polityki zagranicznej? Jak krytykować ksenofobię skoro prawie wszyscy legalni i promowani herosi z polskiej historii staliby dziś właśnie tam, gdzie stoją antyimigranccy demonstranci?

Powstały skrajnie prawicowy grunt polityczny (stworzony przy współudziale PO) w dużej mierze wykluczył powstanie realnych sił lewicy – co było zresztą głównym celem wszystkich tych praktyk. Koniec końców pierwotny plan zakładał, że zaorani mieli jednak być tylko lewacy, ale jak widać na nich się nie skończy. A uchodźcy, których nie ma? Po prostu dostają rykoszetem.

Zwyczajny faszyzm
2015-09-16 02:37:50

Rasistowskie i ksenofobiczne marsze przeciwko uchodźcom uzmysłowiły wielu niedowiarkom jak zaawansowany jest w Polsce proces kulturowej i cywilizacyjnej faszyzacji. Czysty rasizm kulturowy i skrajnie prawicowa ideologia ksenofobów, czy kult białej, chrześcijańskiej Europy skutecznie mieszają się w Polsce z prawicowym lumpenpatriotyzmem spod znaku kultu Wyklętych i wiary w cuda JPII.

Jakie są główne źródła polskiego szowinizmu?

Polski pracownik wychowany został w izolacji i poczuciu wielkiego wyobcowania względem całej Europy. Nie powinno nas więc dziwić, że Polacy nie czują się dziś ani częścią ruchu klasowego, ani częścią ruchu robotniczego, czy szerszej wspólnoty narodów. Królestwo indywidualizmu - jakim stała się Polska - to w tym przypadku królestwo ludzi biednych.

Sytuacja polskich obywateli w Europie jest jednoznacznie zła. Stałe wypełnianie funkcji podręcznej, taniej siły roboczej, prywatyzacyjny i zewnętrzny zamach na polską własność narodową, który dokonał się po 1989 roku, czy ogólne poczucie odizolowania na arenie międzynarodowej ze strony zamożnych sąsiadów z jednej strony i – jak przedstawiają to nasze media - putinowskich agentów z drugiej zrobiły swoje. To wielkie osamotnienie spowodowało, że nawet poczucie religijnej wspólnoty ma w Polsce najczęściej wyłącznie narodowy charakter, tożsamość katolicka jest tożsamością co najwyżej polską i lokalną – próżno więc szukać w Polsce poczucia wspólnoty z całym światem chrześcijańskim, czy ludzkością jako taką. Papież i Watykan są natomiast użyteczni tylko o tyle, o ile wypełniają role przewidziane dla nich przez polską konserwę.

Kondycja ideologiczna przeciętnego obywatela Polski została też wykształcona przez propagandę amerykańskiej wojny z terroryzmem, która wkroczyła obecnie już w swą drugą dekadę. Świat islamu to w świadomości potocznej świat terrorystów i zachodnich wojen o demokrację, to świat wiecznej wojny i pożogi. Z każdym rokiem coraz większe jest też bezkrytyczne poparcie dla działań USA – starsze pokolenia Polek i Polaków siłą rzeczy były bowiem bardziej sceptyczne wobec polityki międzynarodowej Wielkiego Brata. Kolejne zachodnie i polskie militarystyczne hity kinowe, czy ogólna mitologizacja roli żołnierza-kolonizatora do poziomu bohatera narodowego robią swoje. Pomiędzy weteranami z II wojny światowej i weteranami z „misji” w Iraku postawiono znak równości.

Wrogość i rasizm motywowane poczuciem osamotnienia i społecznie żywym wyobrażeniem o groźnych terrorystach czyhających z maczetą na każdym rogu łączą się też w Polsce z komponentem rzadziej spotykanym w bardziej zamożnych państwach europejskich. Chodzi tu mianowicie o poczucie lęku związanego z obawami o własny, elementarny byt ekonomiczny. Narzucane przez neoliberalny kapitalizm poczucie braku bezpieczeństwa, niepewności jutra i zasadniczego osamotnienia, jakie odczuwają jednostki żyjące w ciągłym wyścigu szczurów bezpośrednio przekłada się na wrogość wobec wszystkich tych, którzy potencjalnie wejść mogą na krajowy rynek pracy. Każdy potencjalny napływ uchodźców postrzegany jest w związku z tym przez pryzmat obaw o wysokość własnej – regulowanej rynkowo, przez kapitalizm – płacy. [1]

Świadomość niewolnicza działa na społeczną wyobraźnię, a oddani systemowi niewolnicy potrafią z dużym oddaniem i do własnej śmierci walczyć między sobą o względy swoich panów.

Ta mieszanka poczucia wyobcowania, rasizmu kulturowego i klasowej wrogości w stosunku do wszystkich wokół to rzecz bardzo niebezpieczna. W obecnej chwili siły postępowe przegrywają w Polsce na dwóch zasadniczych frontach: na froncie walki o swobody obyczajowe oraz na froncie walki o postępowy program ekonomiczny. Batalia o postępowy obyczajowo i stosunkowo ucywilizowany charakter państwa jest zaś przegrywana właśnie ze względu na opresyjny ekonomicznie charakter rządów panujących w Polsce po 1989 roku. Siły lewicy – dla których powinna to być idealna sytuacja polityczna dla rozwijania własnych skrzydeł – cierpią natomiast na zburżuazyjnienie swego ekonomicznego programu, który w żaden sposób nie różni się już od programów prawicy.

Czynnikiem kluczowym jest też w tym wypadku ciągły nacisk kapitalistycznej ideologii „przedsiębiorczości”, która każdy problem w gospodarce każe rozwiązywać poprzez wprowadzanie kolejnych ułatwień dla kapitalistów i ich firm. W ten – kapitalistyczny – sposób myślą więc wszystkie partie, a faktyczna walka polityczna z poziomu programów polityczno-ekonomicznych przeszła na poziom walki o tożsamość kulturową. Partie-komitety burżuazyjnej władzy nie zamierzają naruszać reguł panowania klasowego. Jednak wbrew przekonaniu wielu lewicowych działaczy walki politycznej w sferze nadbudowy nie da się w żaden sposób wyminąć, aby po prostu przejść do „sedna sprawy” i zająć się meritum – problemami gospodarki.[2]

Bez odbudowy postępowej tożsamości klasowej i stabilnej, zbiorowej narracji społecznej, bez przezwyciężenia ducha ksenofobii, rasizmów i zaściankowego poczucia wyobcowania w oderwaniu od procesów o globalnej skali nie powstanie żaden postępowy i lewicowy ruch społeczny.

Odczucia tych, którzy protestują dziś przeciwko imigrantom mają swe oczywiste, racjonalne podstawy i przesłanki. Są to jednak przesłanki wyobcowane. Politycznie wyobcowane polskie klasy pracujące nie widzą tego, że same są obecnie przedmiotem tego samego panowania, które uchodźców z Bliskiego Wschodu skazało na tułaczkę lub śmierć.

To, jak łatwo odczucia mas potrafią skoncentrować się na wyimaginowanym wizerunku wroga – muzułmanina ukazuje też inną istotną kwestię. Masy po prostu potrzebują dziś wroga. Polityka klasowa i socjalistyczna narracja powstająca na gruncie walki klas również opiera się na wyraźnym rozpoznawaniu przeciwnika. Liberalne i socjalliberalne partie, których tożsamość polityczna każe im „łączyć, a nie dzielić”, czy „razem dać radę” spotyka się więc z oczywistym oporem ze strony mas, które instynktownie poszukują przeciwnika i winowajcy, który mógłby zostać postawiony w stan oskarżenia ze względu na złą kondycję naszego kraju. Krwiożerczy terrorysta ze Wschodu to mało chodliwy i rzadko widywany „towar” polityczny i dlatego też tylko niewielka część społeczeństwa mobilizuje się i uczestniczy w antyimigranckich akcjach protestacyjnych.

Nadchodzący wielkimi krokami triumf PiSu ma jednak podobne do antyimigranckich protestów korzenie i ciągłe wyszukiwanie wrogów jest też stałym elementem politycznej strategii partii Kaczyńskiego. Przeciwko PiSowi występują w Polsce tylko partie, które na poziomie przekazu politycznego chcą naprawiać i reperować już istniejący system[3]. Podział na bloki: polityków „racjonalnych” oraz „populistów” z PiS uznawany jest zaś nawet przez środowiska lewicy, podczas gdy to one właśnie powinny przełamywać ów podział – z jednoczesnym wykorzystaniem klasowej narracji antykapitalistycznej.

Umysłów mas nie da się jednak po prostu odczarować. Masowe ruchy antyimigranckie to realna zapowiedź koniecznej i nieuniknionej z perspektywy kapitału faszyzacji zachodnich „demokracji”.[4]

Faszyzm uliczny, czy rasizm kulturowy o twarzy kibola, które możemy dziś obserwować w świetle dnia rodził się i czekał w cieniu przez całe lata. Imperialistyczna i zbrodnicza polityka Stanów Zjednoczonych i ich sojuszników realizowana na całym świecie doprowadziła już do śmierci klasycznej, liberalnej demokracji kapitalistycznej – która w rzeczywistości zawsze była zaledwie funkcjonalną utopią, maskującą brutalność rzeczywistych, globalnych stosunków społecznych. Do tej pory oczywisty dla sił radykalnej lewicy totalitaryzm demokracji kapitalistycznej był jednak maskowany przez polityczne wolności, które stawiano na pierwszy plan - ukrywając jednocześnie ekonomiczne podziały i wyzysk, które z kapitalistycznej demokracji zawsze czynią jedynie farsę.

Teraz jednak to same masy będą występować i walczyć o własne zniewolenie - w ten sposób działając też przede wszystkim w obronie majątków i interesów swych panów. Jedyną stawką są przecież ochłapy z ich stołów... ale to wystarczająca stawka, aby uchodźcy ewoluowali w imigrantów zarobkowych, a imigranci zarobkowi w podludzi...

Drony wysadzające ludzi bez jakiegokolwiek wyroku sądu. Wieczny i coraz silniejszy wyścig zbrojeń. Totalna inwigilacja społeczeństwa na każdym poziomie. Rasizm i znieczulica wobec świata zewnętrznego jako stała cecha zachodniej kultury. Polityka "praw człowieka" jako polityka bombardowań. Wieloletnia histeria „antyterrorystyczna” i walka z widmowym Arabem-zamachowcem przypominająca dawne nagonki na Żydów… wszystkie te zjawiska są już normą „cywilizowanego świata”.

W obliczu tak głębokiego regresu cywilizacyjnego obecny kryzys imigrancki może stać się ostatecznym argumentem, który przeważy na rzecz ewolucji demokratycznego (parlamentarnie) kapitalizmu w kierunku kapitalizmu wojennego i odizolowanego: na powrót pozamykanego w narodowe ramy, i pozbawionego ostatniego komponentu, który naraża dziś panujący, militarystyczny kapitał na jakąkolwiek niepewność. Tym elementem są oczywiście wybory parlamentarne, które tworzą jeszcze pewien pozór wolności i są ostatnim bastionem „demokratyczności” współczesnych kapitalizmów. Przypadek realnego ubezwłasnowolnienia Grecji pokazał nam jednak jak łatwo obejść można demokratyczne procedury i poprzez polityczną korupcję i szantaż dokonywany na poziomie unijnych instytucji przymuszać określone państwa do określonej polityki... bez pytania kogokolwiek o zdanie.

I tak właśnie zwyczajny faszyzm zaczyna się od kneblowania słabszych i wyrzucania potrzebujących, którzy szybko stają się powszechnymi wrogami. Jako użyteczni idioci w obronie europejskiego dobrobytu dla nielicznych staną natomiast głównie najbiedniejsi i najsłabsi = najbardziej przerażeni.



[1] Z perspektywy pozbawionej bezrobocia gospodarki socjalistycznej przyjęcie nawet kilku milionów imigrantów nie stanowiłoby bowiem większego problemu. Wzrost sił wytwórczych i mocy produkcyjnych byłby wtedy jedynym „zagrożeniem” związanym z przyjęciem uciekinierów. Ksenofobia i rasizm działający na poziomie państw narodowych jest od dawna jednym z głównych ideologicznych narzędzi kapitalistycznego panowania.

[2] Swoje odzwierciedlenie znajduje to też w tym, że tzw. prawicowy elektorat socjalny jest dziś również najbardziej konserwatywną, antykomunistyczną i realnie prokapitalistyczną częścią społeczeństwa.

[3] Znaczenia nie ma w tym przypadku nawet fakt, że między PO i PiS nie występują praktycznie żadne różnice jeśli chodzi o klasową zawartość programu politycznego.

[4] Faszyzacja ta będzie jednak postępować głównie poprzez establishmentowe, oficjalne decyzje i działania instytucjonalne, np.: zamykanie granic, czy dalsze zaostrzanie polityki antyimigracyjnej także w ramach samej UE. Regres w kierunku państw narodowych to też jedna z niewielu szans na zachowanie imperialistycznego dobrobytu i zamknięcie w swych granicach własnego (w ostatniach latach głównie emigrującego) kapitału.

Świt (jeszcze) żywych uchodźców
2015-08-28 03:38:17

Lata konfliktów i wojen wyreżyserowanych przez Zachód, które doprowadziły do całkowitej destabilizacji Bliskiego Wschodu musiały przynieść opłakane rezultaty. Do tej pory tymi „przykrymi” dla Zachodu skutkami nalotów i kradzieży były jednak z reguły PR-owe problemy, kiepsko wyglądające statystyki na stronach internetowych organizacji praw człowieka oraz sporadyczne protesty tej nieamoralnej, oburzonej części ludności. Teraz setki tysięcy imigrantów zmierzają do Europy. Płyną tu, ponieważ nie mają innego wyjścia, płyną tu, ponieważ polityka Zachodu zniszczyła ich państwa i marzenia.

Patrząc z perspektywy czasu trudno o większą lekkomyślność ze strony polityków państw Unii Europejskiej. Wspieranie amerykańskiego imperializmu zza oceanu w sytuacji, kiedy kraje będące rejonem konfliktu dzieli od Europy jedynie jedno morze było skrajnie nieodpowiedzialne i krótkowzroczne. Polityka USA wydaje się być pod tym względem znacznie sprytniejsza – zaangażowanie krajów Unii Europejskiej w problem imigracyjny to nie tylko mniejsze koszty własne, ale i gwarancja powstania fali ksenofobii w europejskich społeczeństwach – co na dłuższą metę pozwoli USA łatwiej zjednać sobie europejskich przyjaciół i zwolenników na poczet własnych, przyszłych kampanii wojennych na całym świecie.

Błędy polityki zagranicznej UE i ciągły imperializm głównie: Francji i Anglii kosztują teraz europejskie państwa kapitalistyczne nowe wydatki i zmartwienia. Imigranci przybywający zza wody to nie tylko wyrzut sumienia i problem niesmacznych reportaży ze zwłokami wyrzucanymi przez morskie fale, to także realna groźba wzrostu nastrojów nacjonalistycznych i rasistowskich. Neoliberalny, imperialistyczny kapitalizm, który pragnie zazwyczaj by określać go mianem „demokracji”, może więc w krótkim czasie zostać wykolejony właśnie przez skrajną i antyimigrancką prawicę, która dojdzie do władzy na fali lęku i obaw europejskiej klasy robotniczej, zaniepokojonej swoją sytuacją płacową i żyjącej w poczuciu wiecznego zagrożenia ze strony tańszej, trzecioświatowej siły roboczej – z którą rywalizacja jest czymś zupełnie niepojętym dla pierwszoświatowych robotników.

Imigranci z Afryki zapewne wcale nie byliby też witani tak nieprzychylnie przez europejskie społeczeństwa, gdyby nie ciągły kapitalistyczny kryzys, wysokie bezrobocie i zasadnicze poczucie utraty bezpieczeństwa (jakiejkolwiek) pracy, które zapanowało w Europie. Dla europejskiego kapitału nie mogło być natomiast chyba lepszego momentu na napływ imigrantów - to wręcz idealna okazja do tego aby od tej pory o wszystkie klęski systemu obwiniać właśnie ich. Niechęć do „łożenia” na imigrantów to w rzeczywistości niechęć do dzielenia się i tak już skąpym w wielu europejskich państwach socjalem. Wrogość wobec „obcej kultury” to natomiast głównie wrogość w stosunku do innej kultury pracy, która zakładać może zarówno akceptację dla np. niższych wynagrodzeń i dłuższych godzin pracy. Są to naturalne reakcje obronne europejskiej klasy robotniczej, która w tym przypadku stała się jednak zakładnikiem i imperialistycznego kapitalizmu, i swoich w jego ramach osiągnięć.

W realiach państw socjalistycznych, czy nawet porządnie socjalliberalnych moglibyśmy śmiało mówić i głosić, że napływ kilku, czy nawet kilkunastu milionów nowych ludzi do Europy nie jest niczym złym – a wręcz przeciwnie, pozwoliłby on na realne zwiększenie produkcji i sił wytwórczych, wniósłby wiele kulturowej świeżości i zasadniczo opłaciłby się wszystkim Europejczykom - zwłaszcza w perspektywie postępującego przecież starzenia się europejskich społeczeństw. Obecny system brutalnie żongluje jednak siłą roboczą w każdym wieku wedle własnych potrzeb, a panujący w Europie kapitalistyczny wyścig szczurów tworzy też wystarczająco wiele sprzeczności w granicach samej Europy.

Napływ imigrantów w sytuacji przedłużającego się kryzysu (a także tuż przed kolejnym, wielkim światowym kryzysem ekonomicznym, który zwiastuje m.in pogarszająca się koniunktura w Chinach) to zagrożenie dla stabilności europejskiego imperialistycznego status quo. Zagrożenie przede wszystkim polityczne i uderzające w neoliberalną, kosmopolityczną prawicę, której głównym atutem było dotychczas właśnie: sprawne wykorzystywanie imigrantów i ich taniej siły roboczej w miarę powiększania się własnych, zachodnich potrzeb najbogatszych z Europejczyków.

Nowością polityczną w Europie nie są więc ksenofobia, imperializm, czy wszystkie inne klasyczne cechy ze słownika kapitalizmu. Nowością jest natomiast tak otwarta eksplozja rasistowskich i antyimigranckich nastrojów. Pierwszy raz od lat 30-tych XX wieku tak wyraźnie rysuje się wspólna, europejska niechęć, czy wręcz nienawiść w stosunku do uchodźców, a także w ogóle innych nacji. Europejska twierdza, imperialistyczny zamek budowany od wielu pokoleń bronił się dotychczas głównie dzięki nieformalnemu paktowi, który zawarły ze sobą światowe, kapitalistyczne klasy imperialistyczne oraz europejska klasa pracująca – zgodnie z tym porozumieniem uprzywilejowane miejsca pracy w Europie miały być wiecznie zarezerwowane dla zachodnich Europejczyków. Z czasem tymi „Europejczykami” stali się też "nawet" Polacy, przebywający dziś w Wielkiej Brytanii w liczbie 853 tysięcy.

„Europejczykami”, czyli uprawnionymi do dostępu do uprzywilejowanego, europejskiego rynku pracy nigdy nie mieli się jednak stać mieszkańcy wybrzeża Afryki, czy innych państw spoza europejskiej orbity. Ludzie, którzy docierają przy tym do Europy to najczęściej ludzie zaradni, przyzwoicie wykształceni i nieodbiegający wcale swym poziomem kwalifikacji od przeciętnego, europejskiego proletariusza. Ci ludzie mają też najczęściej i mniejsze wymagania bytowe, i nie mają tak wielkich oczekiwań wobec życia, jak np. przeciętny Włoch, czy Francuz.

Widmo zagrożenia ze strony „tańszych Polaków” napływających do Europy z rejonów, które gnębią teraz wojny zapoczątkowane przez zachodni kolonializm to też koszmarny sen m.in polskich imigrantów zarobkowych - i tych, którzy już pracują poza Polską, i tych, którzy dopiero rozważają swój wyjazd.

Problem z imigrantami jest też problemem klasowym ze względu na swoje koszty, które ponosi obecnie w głównej mierze europejska klasa pracująca. Słabo opodatkowany imperialistyczny kapitał nie ma bowiem najmniejszego zamiaru czynić komukolwiek jakiegokolwiek zadośćuczynienia za swe oczywiste zbrodnie. Panuje w tym przypadku wiecznie aktualna, stara, kapitalistyczna zasada – prywatne zyski/publiczne koszty.

Czy europejską klasę pracującą stać na solidarność z klasami pracującymi i imperialistycznie wyzyskiwanymi z Afryki i Bliskiego Wschodu? Jest to dalece wątpliwe. Nie tylko dlatego, ponieważ liczba miejsc przy europejskim stole jest ograniczona, ale i ze względu na triumf prawicowych ideologii, i ze względu zasadniczą klęskę polityczną sił europejskiej lewicy - która jako jedyna byłaby w stanie wybudzić europejski świat pracy z ksenofobii i tchnąć w niego ducha postępowego internacjonalizmu.

Zamiast nowej polityki bliskowschodniej, planów na odbudowę państw niszczonych przez zachodnie interwencje i godnego traktowania imigrantów powinniśmy szykować się więc raczej na: nowe mury i ogrodzenia pod napięciem, strzelanie do imigrantów ostrą amunicją, czy prowadzenie wojny z – rzekomo wszystkiemu winnymi – przemytnikami ludzi. Sytuacja jest też podwójnie tragiczna, ponieważ realnym nośnikiem dla nienawiści w stosunku do imigrantów jest dziś zarówno kapitał - który w swej olbrzymiej większości nie chce i nie zmierza po prostu ponosić kosztów związanych z napływem imigrantów, jak i europejska klasa pracująca - żyjąca w (zrozumiałej, lecz błędnej) obawie o własny byt i poziom życia.

Przed II Wojną Światową głównym politycznym wrogiem prawicowych radykałów był wyobrażony Żyd-kapitalista. Teraz tym samym wrogiem politycznym i propagandowym stał się już żądny europejskiego socjalu i ociekający krwią bezrobotnych Europejczyków z klasy średniej Arab-uchodźca...