Maciora i intelektualistka
2010-08-12 13:37:12
Anna to g³ówna bohaterka i narratorka ksi±¿ki "Z³oty notes" Doris Lessing. W ksi±¿ce jest taka scena: Ivor, lokator Anny, gej, czyta na dobranoc córce Anny, Janet, opowiadanie o szkole dla dziewcz±t.

"Anna przystanê³a za drzwiami i s³ucha³a. W g³osie Ivora pojawia siê nowa jako¶æ: szyderstwo. By³o wymierzone w ¶wiat szko³y dla dziewcz±t, w ¶wiat kobiet, w niedorzeczno¶æ czytanej opowie¶ci. Pojawi³o sê w chwili, gdy Ivor wyczu³ obecno¶æ Anny. Tak, ale nie by³o w tym nic nowego: Anna ju¿ to zna³a. To szyderstwo, broñ homoseksualisty, by³o tym samym, co przesadna uprzejmo¶æ "prawdziwego mê¿czyzny", "normalnego" mê¿czyzny, który – ¶wiadomie b±d¼ pod¶wiadomie – próbuje ustaliæ granice swojego zwi±zku z kobiet±. Zwykle pod¶wiadomie. By³ to ten sam ch³odny unik posuniêty o krok dalej. Ró¿nica tkwi³a w intensywno¶ci, nie w istocie. Anna zernkê³a przez drzwi i zauwa¿y³a, ¿e dziewczynka u¶miecha siê z rozkosz±, ale trochê nieswojo. Wyczu³a, ¿e szyderstwo jest wymierzone w ni±, w kobietê. Anna pos³a³a córce niem±, wspó³czuj±c± my¶l: Có¿, moje biedne dziecko, lepiej jak najszybciej do tego przywyknij, bo bêdziesz ¿yæ w ¶wiecie, w którym a¿ siê od tego roi".

Kilka dni pó¼niej Anna s³yszy, jak Ivor rozmawia o kobietach ze swoim kochankiem Ronniem:
"- T³uste, dupiaste krowy... - To by³ g³os Ivora. Dorzuci³ do tego obsceniczny odg³os. Pó¼niej odezwa³ siê Ronnie:
- Obwis³e, spocone cyce... - Zakoñczy³ tê wypowied¼ odg³osem wymiotowania".
Anna wie, ¿e ten dialog by³ sprokurowany dla jej uszu - mê¿czy¼ni chcieli, by ich us³ysza³a.

Kilka miesiêcy pó¼niej Anna jest chora. Nie czuje siê w pe³ni w³adz umys³owych, ma gor±czkowe zwidy. "Nagle przemieni³am siê w nowy byt, zupe³nie mi obcy. U¶wiadomi³am sobie, ¿e moje cia³o napawa mnie wstrêtem. Nigdy wcze¶niej czego¶ takiego nie do¶wiadczy³am.(...) Przypomnia³am sobie, jak Nelson wyzna³ mi, ¿e czasami, gdy patrzy na cia³o ¿ony, nienawidzi go za jego kobieco¶æ; nienawidzi³ za w³osy pod pachami i w kroczu. Czasami postrzega³ j± jako jakiego¶ paj±ka z chwytnymi odnó¿ami wokó³ centralnie po³o¿onej w³ochatej, po¿eraj±cej wszystko paszczy. Usiad³am na ³ó¿ku i patrzy³am na swoje chude rêce i nogi(...). Zamiast odczuwaæ przyjemno¶æ, czu³am odrazê".

Ta cienka i przerywana niæ obrzydzenia do kobiet i kobiecego cia³a, w ksi±¿ce Lessing tworzy jednak logiczny wzór.

Mizoginia gejowska, która najczê¶ciej przybiera wyraz obcesowego niezauwa¿ania kobiet, miewa ods³ony bardziej brutalne. Czasem nale¿± do nich wystêpy Drag Queen. Choæ lubimy interpretowaæ je feministycznie jako pokaz performatywno¶ci p³ci, coraz czê¶ciej polegaj± one na rubasznym wy¶miewaniu nie norm kobieco¶ci, lecz kobiet po prostu. Kobiet zmuszonych owe normy wype³niaæ. Chyba najdotkliwszym tego przyk³adem by³ wystêp, podczas którego pewien Drag Queen sparodiowa³ jeden z Monologów Waginy spisanych przez Eve Ensler - monolog o gwa³cie wojennym. Ze wstrz±saj±cego tekstu opisuj±cego graniczne do¶wiadczenie przemocy, uczyni³ opis seksualnych fantazji gejowskich i popis erotycznych westchnieñ. Tak oto znikaj± kobiety, powstaj± barwne kuk³y. Paradne w tych swoich ciuszkach, kuriozalne z tymi swoimi manierami, ¶mieszne z tymi swoimi kroczkami, cudaczne z tymi swoimi parasolkami i torebuniami, ¿enadne z tymi swoimi ³zami. Dobre do sparodiowania. Parodia chroni przed braniem na serio.

Anna jest ¶wiadoma, ¿e mê¿czy¼ni, którzy ¿yj± w jej domu i lubi± bawiæ siê z jej córk±, szydz± z kobiet, mimo to jednak nienawi¶æ do kobiecego cia³a wnika w ni± i atakuje w momencie s³abo¶ci - tym razem w postaci autoagresji. Jest ¶wiadoma, dlaczego jej gejowscy lokatorzy to robi±: to sposób na odró¿nienie siê od istot spo³ecznie pogardzanych. Szyderstwo mê¿czyzn jest bardzo konkretne: sprowadza ono kobietê do jej cech fizjologicznych, przyrównuje do zwierzêcia, redukuje do najbardziej dos³ownego, miêsnego charakteru istnienia. Tym samym uniewa¿nia wszelkie inne aspekty kobiecego ¿ycia, które sprawi³yby, ¿e Anna - a za ni± inne kobiety - zyska³aby w ich oczach miano podmiotu, istoty ludzkiej, rozumnej, zdolnej do cierpienia, chronionej moralnymi regu³ami, posiadaj±cej prawa, mo¿liwej do objêcia empati±.

Jak zwykle, za figurê opozycyjn± wobec Cz³owieka pos³u¿y³o Zwierzê. Pomiêdzy cz³owiekiem i zwierzêciem buduje siê budkê stra¿nika, ustanawia szlaban, rozsadza ¿ywop³ot, stawia ¿o³nierzyki. Za t± granic± jest ju¿ tylko miêso, nie cia³o. Miêso inne ni¿ to, które obrasta nasze miê¶nie. Miêso miêsiste, nie transcendentne. Miêso bez Boga albo Bogini, bez idei, bez wzlotów i upadków my¶li, bez uczuæ najg³ebszych, bez czucia. Miêso, któremu nic siê nie nale¿y, a które za to nale¿y siê ludziom - za ten ich wiekopomny rozum. Ten sam, który cia³o zamieni³ na miêso.

Zatem czysta materia. Ale, o zgrozo, ¿ywa. I w³a¶nie ta jej ¿ywotno¶æ jest wtedy najbardziej przera¿aj±ca. Jak chodz±cy trup. Jak Zombie. Kapitan O¶miornica. Frankenstein. Bo miêso ¿yæ nie powinno, a ono jeszcze - obrzydliwe! - ¿yje. Chodzi, kwiczy, muczy, rusza siê i okazuje uczucia: troski o dzieci, przyjemno¶ci z dotyku, zdziwienia, a potem ju¿ tylko bólu, lêku, cierpienia i przera¿enia. No i wreszcie jest martwe. W kawa³kach ³atwiej siê je ogl±da. £atwiej nazywa. £atwiej siê go nie widzi. I ³atwiej przyrz±dza. Kiedy jest martwe, krew ju¿ w nim nie kr±¿y, ani mleko, wiêc nic nie wycieka, jak pami±tka po ¿yciu. Cia³o ma historiê, miêso nie.

Tymczasem kobiety to miêso, które jeszcze ¿yje. Najobrzydliwsza faza przerobu. Ostatnio da³a wyraz temu obrzydzeniu Agata Bielik-Robson na spotkaniu organizowanym przez filozofów z "Orgii My¶li"("Polska jako komuna³", 5.5.2010, klub "Powiêkszenie"). By³o o Polsce. Zesz³o na Polki. Bielik-Robson zaprzeczy³a, jakoby w Polsce istnia³ kiedykolwiek patriarchat, przeciwnie: jest to, jej zdaniem, kraj czysto matriarchalny. Potem by³o grubiej: Polska to zdaniem Bielik-Robson "wielka, opas³a, leniwa maciora po¿eraj±ca w³asne dzieci", która "swym cielskiem przywala i unieruchamia w tym kraju wszystko" (cytujê z pamiêci). Chwilê pó¼niej maciorami okaza³y siê same Polki - nadopiekuñcze i kastruj±ce. Wywodowi towarzyszy³ rubaszny ¶miech sali, ¿arciki prowadz±cego dyskusjê oraz miny wstrêtu i obrzydzenia samej przemawiaj±cej - do tych¿e macior, rzecz jasna, no bo przecie¿ nie do ¿artów i ¶miechów. Skoñczy³o siê na ¿yczeniu maciorze prêdkiego zgonu, by biedni Polacy mogli siê spod jej ciê¿aru uwolniæ.

Odebra³am speech Bielik-Robson jako szokuj±cy - i nie s±dze, by nader ¶wiadomy - popis dok³adnie tej samej nienawi¶ci, któr± opisuje Lessing. Nienawi¶ci do kobiet przejawiaj±cej siê w poczuciu wstrêtu na widok kobiecego cia³a i w poczuciu, ¿e kobieta to tylko i wy³±cznie cielesno¶æ. Szokuj±cy tym bardziej, ¿e wykonany przez kobietê. Nie powinno to jednak dziwiæ: publicznie odcinaj±c siê od kobieco¶ci jako cielesno¶ci kobieta sytuuje siebie po drugiej stronie granicy. Dostaje paszport do ¶wiata ludzi, gdy udowodni, ¿e wystarczaj±co gardzi kobietami tzn. tym, co nazywane jest kobiecym. Ten gest powtarzaj± kolejne intelektualistki. Jest on jak sygnet przekazywany z pokolenia na pokolenie kobietom, które postanowi³y ugraæ co¶ w ¶wiecie rozumu rozumianego na star± mod³ê. Jako domeny mêskiego podmiotu. Jako tego, co potrafi mêskie do¶wiadczenie bycia w ¶wiecie uczyniæ jedynym istotnym, jedynym wypowiadalnym, jedynym uznanym. Jako tego, co ustanawia granicê miêdzy cz³owieczym i zwierzêcym, ale tak¿e cz³owieczym i kobiecym.

Natknê³am siê jednak i na co¶ z przeciwleg³ego biegunu: zdjêcia, które Annie Leibovitz zrobi³a Susan Sontag tu¿ przed ¶mierci± swojej partnerki, kiedy ta by³a ju¿ nieprzytomna. Te zdjêcia s± w dodatku lekko zielone, bo tak zagra³o ¶wiat³o. Niestety nie mogê znale¼æ ich w necie, ale mo¿na je zobaczyæ na filmie "Annie Leibovitz. ¯ycie w obiektywie" (re¿. Barbara Leibovitz, 2006). Jest w nich niespotykane upodmiotowienie cia³a. Przez mi³o¶æ, jak s±dzê. Przez mi³o¶æ patrz±cej. I op³akuj±cej umieraj±c±. Da siê tak patrzeæ na kobietê i jej cia³o.

Wiêcej: da siê tak patrzeæ na maciorê.

Mo¿e trzeba tylko znale¼æ punkt styczny miêdzy cz³owiekiem, kobiet± i zwierzêciem? Zbli¿yæ siê do niego, a nie uciec przed nim za granicê?

Chcia³abym, ¿eby Polska by³a krajem maciory. Póki co jest krajem, w którym maciory trzyma siê w ma³ych klatkach w¶ród tysiêcy innych klatek, pozbawione s³oñca i powietrza, zmusza do rodzenia ma³ych po to, by te ma³e za chwilê zabraæ do rze¼ni, a potem zabija. Póki co jest krajem, w którym z maciory czyni siê metaforê kobiecej w³adzy, by nie zobaczyæ tego, co realne. Póki co jest krajem, w którym ludzie popisuj± siê wobec macior pogard±.

Doris Lessing, Z³oty notes, t³um. Bohdan Laliborski, ¦wiat Ksi±¿ki, Warszawa: 2009
Pan Marek, Pan Jan, Pan Jezus
2010-07-14 23:22:56
Dzi¶ w S³owniku Mizoginii literka "P". Pe jak Pan.

Pan Marek
Letni kurs jêzykowy, codziennie rano lekcja. W trakcie przerw stopniowo zakolegowujê siê z panem Markiem. Pan Marek siê tu nie uczy, pan Marek tu pracuje. Jako pomoc od wszystkiego. Ni to techniczny, ni to sekretarz, ni to dozorca. Ale kawy nie robi, kubków nie zmywa, kibli nie sprz±ta - do tego szko³a zatrudni³a pani± Zofiê. Pracê pani Zofii nadzoruje pan Marek. Pani Zofia nadzoruje jedynie mopa.

Utar³o siê, ¿e Pan Marek mówi do mnie na 'ty', ja do niego na 'pan'. Kto utar³? Chyba wiek: pan Marek ma oko³o sze¶ædziesi±tki, ja trzydzie¶ci mniej. Uprawiamy z panem Markiem smoltoki. Je¶li nie o wadach i zaletach spo¿ywania kefiru, to o tym, jak pan Marek mieszkaj±c w Danii przefarbowa³ w³osy na blond, bo wo³ali za nim "Turek". Je¶li nie o emeryturach (on ma 2500 i jeszcze dorabia, bo "ma siê te potrzeby"), to o pogodzie. Ostatnio do smoltoków nawin±³ siê upa³. I w³a¶nie upa³ zakoñczy³ nasz± znajomo¶æ.

Mówiê: Ogieñ z nieba.
Pan Marek: Bo za ciep³o siê ubierasz!
Ja: Przecie¿ mam tylko bluzkê i krótkie spodenki, mniej siê ju¿ nie da.
Pan Marek: Ale ja nie o tym mówiê.
Ja: Jak to?
Pan Marek (patrz±c na moje krocze): Tam pod spodem siê za ciep³o ubierasz.
Ja: O co panu chodzi?
Pan Marek: Ja mam rentgen w oczach. Wszystko widzê.
Siarczysty ¶miech.
Ja: Nie no, to by³ oble¶ny ¿art, nie ¿yczê sobie takich.
Pan Marek: Co masz pod bluzk± te¿ widzê. Mówiê ci: mniej na siebie zak³adaj.
Znowu ¶miech. Znowu nie mój.

Pan Jan
Metro. Nikogo. Ko³o bramek bardzo starsza, niedowidz±ca pani objuczona torbami pyta mnie, jak dojechaæ na Dworzec Gdañski. Jest w metrze pierwszy raz, wiêc t³umaczê jej, ile stacji, który peron, jak siê na niego dostaæ itd.

Pytam: Chce pani kupiæ bilet, czy wpu¶ciæ pani±? Ona: Wpu¶ciæ.

Ju¿ mam jej pikn±æ swoim miesiêcznym bramkê, gdy do bramki podbiega pan. Nazwijmy pana Jan. Na oko 50 lat. Pan Jan dziarsko wpycha siê przed staruszkê. Gdy obie dostajemy siê na peron, burczy: "Tak nie wolno!"

Mówiê do staruszki: Wie Pani, ¿e bez biletu mog± Pani± z³apaæ kanary?
Ona: Ale nie mam na bilet. Tak siê porobi³o.

¯egnam staruszkê. Nie wyrabiam i podbijam do Pana Jana. Jan ju¿ nietêgi, ¿e to ja do niego, a nie on do mnie, ale jako ¿e mam pó³ peronu do przemaszerowania, ripostê sobie zd±¿y³ przygotowaæ.
Ja: Co¶ pan do mnie mówi³?
Jan Pan (ironicznie): Nie wiedzia³em, ¿e kilka osób mo¿e je¼dziæ na jednym bilecie.
Ja: Jak ma Pan z tym problem to proszê kupiæ tej pani bilet.
Pan Jan (poddenerwowany): To nie o to chodzi, proszê pani±. Ja czêsto widujê takich jak wy, m³odych, co przeskakuj± przez te bramki, bez biletów je¿d¿±.
Ja: Ja mam bilet, to ta pani nie ma. Mo¿e jej pan powie, ¿e je¶li nie ma, to niech idzie piechot± na Gdañski?
Pan Jan: To nie o to chodzi, proszê pani±. Tak nie wolno! Bilet to bilet. Czy pani nie wie, ¿e nie wolno je¼dziæ bez biletu? Nie wolno wpuszczaæ na swój bilet kogo¶. To zabronione! Co pani wyprawia?

Pan Jezus
No w³a¶nie, co ja wyprawiam. Gadam z nim, a mam ochotê na scenariusz finalnej zwrotki "Micha³ków Kasztanków"(1). Bo "choæ kochaæ bli¼nich nakaza³ Pan Jezus, to czasem po prostu nie da rady". Zw³aszcza, gdy bli¼ni traktuj± ciê jak panowie.

(1) Utwór zespo³u Pokój z widokiem na wojnê
Turystyka klasowa
2010-06-28 21:47:45
Turystyka klasowa to wbrew pozorom nie szkolne wycieczki nad Biebrzê, lecz wyprawy cz³onków klas wy¿szych ku bliskiej egzotyce. W¶ród lepiej sytuowanych warszawiaków najbardziej popularnym kierunkiem zwiedzania jest wschodnia strona Wis³y. Mo¿na tam natkn±æ siê na miejsca zaniedbane, mo¿na spotkaæ ¼le ubranych oraz brzydko wys³awiaj±cych siê - a przy odrobinie szczê¶cia tak¿e ¼le pachn±cych - tubylców, mo¿na byæ ¶wiadkiem dziwnych zdarzeñ takich jak siedzenie na murku, picie piwa nie-w-knajpie, mo¿na us³yszeæ szelest dresów, mo¿na sfotografowaæ nieletnie mamy.

Wycieczki do krajów trzeciego ¶wiata powoli odchodz± w przesz³o¶æ. Czekam na nowy program Cejrowskiego, z którego dowiemy siê o zwyczajach ludzi biedniejszych ni¿ Cejrowski. Póki co egzotyzacj± klas ni¿szych zajêli siê arty¶ci. Od kilku lat obserwujemy w¶ród nich popularno¶æ tej formy turystyki. Jako pierwsi dostrzegli oni unikatow± warto¶æ estetyczn± warszawskiej Polski be, ce oraz de. Za artystami - jak to zwykle bywa w krajach zachodnich - pod±¿yli deweloperzy i niebawem za mo¿liwo¶æ ogl±dania z bliska biedy bêdzie trzeba s³ono p³aciæ. Póki co nadal wyj±tkowo¶æ mieszkania na Pradze osób, którzy mieszkaæ tam nie musz±, polega na tym, ¿e mo¿na uchodziæ za odwa¿nego bia³ego w¶ród dzikich.

La Palm± warszawskiej Pragi jest dla turystów klasowych Stadion Dziesiêciolecia, a raczej to, co z niego zosta³o. Kilka tygodni temu przedstawia³ siê on nastêpuj±co:









Prawda, ¿e imponuj±co? Dla jednych miejsce pracy od 5 rano, dla niektórych ¶miertelnego - jak siê niedawno okaza³o - niebezpieczeñstwa, jest dla turystów nie lada gratk±. Stadion spopularyzowa³a Gazeta Wyborcza przyznaj±c tamtejszym barom z kuchni± wietnamsk± lajfstajlow± nagrodê w postaci deski lub sto³ka (ju¿ nie pamiêtam). Dziêki niej po uliczkach takich jak na za³±czonym wy¿ej obrazku szwendaj± siê okazy lepiej ubrane ni¿ najlepiej ubrani hipsterzy.

Inn± formê turystyki klasowej zaproponowa³ w radiu Tok Fm ekspert porannego programu "EKG: Ekonomia, Kapita³, Gospodarka", którego to programu mo¿emy s³uchaæ codziennie oprócz weekendu (bo w weekend w radiu tym wiêkszo¶æ ludzi pracuje za darmo). Nie pomnê nazwiska eksperta, ale je¶li nie by³ to by³y premier lub cz³onek zarz±du jakiego¶ banku, to na inny bank musia³ byæ to szef firmy finansowego doradztwa.

Ka¿dy ekspert wystêpuj±cy w tym programie odpowiada na ezoteryczne pytanie: "co go dziwi". Tym razem trafi³a siê ekspertowi nie lada gratka, by wszystkich zaszokowaæ cywiln± odwag± i ¿y³k± odkrywcy. Otó¿ us³yszeli¶my mro¿ac± krew w ¿y³ach opowie¶æ o wyprawie z podwarszawskiego Ursusa na stacjê Warszawa - ¦ródmie¶cie... poci±giem podmiejskim zamiast samochodem. Nie chc±c wyj¶æ na miêczaka prowadz±cy program odparowa³, ¿e on ostatnio jecha³ - zamiast InterCity - Tanimi Liniami Kolejowymi. I to na trasie Kraków - Warszawa czyli ca³e 3 godziny. Z kamer± w¶ród zwierz±t, ze strzelb± na lwy, z tasakiem na Indian - zaliczone!

Egzotyzacja biedy to kolejna forma kulturalizacji ró¿nic spo³ecznych. Opisywania systemowego udupienia jako ciekawego, estetycznego przypadku. Zniszczone domy, karawany karaluchów, brak centralnego ogrzewania, grzyb na ¶cianach, rozpadaj±ce siê elewacje, l±dowanie na bruku, mieszkanie w kilka osób w jednym pokoju, brak ciep³ej wody, ciuchy z second handów, podwórka pe³ne drobnych interesów, samotne macierzyñstwo i milion innych przyjemno¶ci to nowy folklor. Nowy "styl ¿ycia". Jaki on ciekawy, jaki barwny, jaki dziwny! W sam raz dla etnografów do badania. Nie trzeba daleko jechaæ, by odnale¼æ niezbadane tereny. Wraz z rozwarstwieniem spo³ecznym l±dy siê zaczerniaj±. Dziêki spo³ecznym marginalizacjom góry wêdruj± do Mahometów.

Ale ale: oddajê honor etnografom. "£owcy, zbieracze, praktycy niemocy" Tomasza Rakowskiego to ksi±¿ka, która udowadnia, ¿e mo¿na pisaæ bez upupiania o ludziach, którzy ugrzê¼li w systemowej nêdzy. Bez robienia z nich obcych, dzikich, fascynuj±cych okazów ludzkich.

Na koniec swoista odpowied¼: wrzut sprzed kilku tygodni na warszawskim ¯oliborzu. W inteligenckiej dzielnicy ludzi Dobrze Wychowanych, Wykszta³conych, Dystyngowanych oraz Zamo¿nych pojawi³a siê skandaliczna dziura w kulturze. Lepkie paluchy, ¿a³oba za paznokciami i wrzask na przyjêciu, gdzie go¶cie mówi± ¶ciszonym g³osem, rubaszny rechot w oazie perlistych u¶miechów.


Nienawi¶æ to Trzecia Furia. Megera. Siostra Gniewu i Zemsty. Z³a emocja - powiedz± terapeuci. Naucz±, jak j± okie³znaæ. Naucz± tych, których staæ na terapiê. Tylko czy to ta sama nienawi¶æ? Z³a emocja? Có¿. Czasem bez z³ych emocji nie da siê prze¿yæ. Czasem tylko one ci zostaj±, gdy chodzisz po piêknych dzielnicach piêknych ludzi piêknie ubranych i ¿yj±cych piêknymi problemami. Nie wolno ci tego powiedzieæ, wszak zawi¶æ, wszak zazdro¶æ, wszak resentyment! Nie wolno ci nawet pisn±æ, bo wyjdziesz na maluczkiego. Zostaje tylko ta chwila wolno¶ci, gdy noc± wychodzisz z puszk± na miasto.
Sieæ na Freedom Flotillê
2010-06-08 22:28:01
Cicho nad Freedom Flotill±. Cicho jak nad trumn±. Nieproporcjonalnie cicho do wydarzenia.

Konwój wioz±cy odciêtej od ¶wiata Strefie Gazy produkty „zakazane” takie jak cement, papier, AGD, by³ zarazem – a mo¿e przede wszystkim - polityczn± prowokacj±. Zosta³ zaatakowany przez wojska izraelskie. 10 osób zginê³o. Resztê z ok. 700 osób p³yn±cych na statkach aresztowano. Wiêkszo¶æ aresztowanych deportowano. Brakuje informacji, ilu spo¶ród uczestniczek/ów FF mia³o obywatelstwo izraelskie. W³adze Izraela s± w tej sprawie stron±, wiêc mo¿na domy¶laæ siê, ¿e ograniczaj± dostêp do informacji, które obci±¿a³yby ich odpowiedzialno¶ci± za bezpodstawny atak i pokazywa³yby, ¿e w¶ród samych Izraelczyków - nie mówi±c o ¯ydach – nie ma jednomy¶lno¶ci w tzw. „sprawie palestyñskiej”.

Nie na polityce Izraela chcia³abym siê jednak skupiæ, lecz na skrêpowaniu w mówieniu o niej. W±tki, które temat ten uruchamia, tworz± spl±tan± sieæ, w której trudno wykonaæ ruch, by jeszcze bardziej siê w ni± nie zapl±taæ. Im bli¿ej Polski, tym sieæ staje siê gêstsza od tutejszych kontekstów. Spróbujmy zatem zaledwie kilka nitek z tej sieci wyci±gn±æ. Spróbujmy co nieco rozpl±taæ.

Izraelczycy i ¯ydzi

Po ataku na FF portal Lewica.pl wystosowa³ o¶wiadczenie, w którym czytamy miêdzy innymi: „Pragniemy przy tym podkre¶liæ, ¿e protestujemy przeciwko syjonistycznej polityce rz±du Izraela, uznaj±c prawo do samookre¶lenia wszystkich spo³eczno¶ci narodowych na Bliskim Wschodzie. W¶ród ¯ydów, podobnie jak w¶ród Palestyñczyków, wielu z nas ma znajomych i przyjació³. Tym bardziej trudno jest nam pogodziæ siê z faktem, ¿e nacjonalistyczni politycy robi± tyle z³ego.” Zdanie to odczytujê jako gest od¿egnania siê od antysemityzmu i uprzedzenia ewentualnych zarzutów o takowy. Gest do¶æ nieporadny, bo retoryczny zabieg: „mam wielu przyjació³-¯ydów” powtarzany jest jak mantra w³a¶nie przez antysemitów. Analitycy dyskursu trafnie rozpoznali go jako próbê uprawomocnienia antysemickich przekonañ poprzez nadanie im charakteru trze¼wej oceny faktów, nie maj±cej nic wspólnego z emocjami – a zatem tak¿e sympatiami lub antypatiami - osoby je wyra¿aj±cej. Niedopowiedziana, druga czê¶æ tego zdania ma w sobie s³awetny komponent „ale”. Ca³o¶æ brzmia³aby mniej wiêcej: „Mam wielu przyjació³ w¶ród ¯ydów, wiêc nie jestem antysemit±, ale wiem, ¿e ¯ydzi...”.

Zastanawiaj±ce tak¿e, czy – w koñcu tak¿e mój, bo czytam go i piszê dla niego - portal móg³by wystosowaæ o¶wiadczenie o tre¶ci: „W¶ród nas jest wielu ¯ydów” oraz dlaczego jednak tak siê nie sta³o. Bo wobec garstki ¯ydów w Polsce ich zagêszczenie w¶ród redakcji by³oby niewiarygodne? Bo w obliczu nazwy i charakteru portalu podpada³oby ono pod stereotyp ¿ydokomuny? A mo¿e jeszcze bardziej przypomina³oby to antysemicki dyskurs o ¯ydach, którzy mówi±c ¼le o ¯ydach, s± najlepszym dowodem na to, ¿e antysemici maj± racjê, no bo „skoro nawet oni...”? Nie wiem, co trzeba by³o napisaæ. Byæ mo¿e to, co zosta³o napisane. Nie ma tu chyba dobrego rozwi±zania i to najlepiej pokazuje zawi³o¶æ mówienia o ¯ydach i Palestyñczykach w polskim kontek¶cie.

O¶wiadczenie portalu odczytujê tak¿e jako potrzebn± próbê wprowadzenia porz±dkuj±cego rozró¿nienia na Izraelczyków i ¯ydów. Rozró¿nienie to postulowane jest przede wszystkim przez ¯ydów, którzy sprzeciwiaj± siê polityce Izraela i nie chc± byæ z ni± uto¿samiani. Izraelczyk to kategoria pañstwowa. Okre¶la osobê, która ma obywatelstwo Izraela i mieszka w pañstwie Izrael. ¯yd to dla jednych kategoria etniczna, dla innych spo³eczno-kulturowa, dla jeszcze innych religijna. Dla tych za¶, którzy pos³uguj± siê ni± do opisu samych siebie, czêsto kategoria spo³eczno-kulturowej i/lub rodzinnej autoidentyfikacji. ¯yd to osoba nale¿±ca do rozproszonej po ¶wiecie spo³eczno¶ci, traktowana jako ¯yd ze wzglêdu na przekonanie, ¿e jej pochodzenie determinuje jej sposób ¿ycia i my¶lenia albo traktuj±ca tak sam± siebie ze wzglêdu na akces do rozmaicie rozumianej – czasem ¶wiecko, czasem religijnie, czasem tradycyjnie, czasem postêpowo - ¿ydowsko¶ci. Izraelczyk to kto¶, kto mieszka w Izraelu i poprzez obywatelski akces wspó³tworzy tamtejsz± pañstwowo¶æ.

Rozró¿nienie na ¯ydów i Izraelczyków jest prób± wyj¶cia poza kategorie narzucone przez daleko przedwojenny dyskurs narodowy. O tym, jak trudno poza niego wyj¶æ, niech ¶wiadczy fakt, ¿e ci±gle postrzegamy pañstwa w kategoriach ziemi zamieszka³ej przez jeden, monolityczny „lud”, który ma jakie¶ specyficzne cechy, zwane narodowymi. Przekonanie to szczególnie silnie dzia³a w³a¶nie w odniesieniu do Izraela, bowiem „¯ydzi” jako kategoria ujednolicaj±ca, piêtnuj±ca i separuj±ca ma wyj±tkowo d³ug± i bogat± historiê.

Nale¿y wspomnieæ, ¿e s± ¯ydzi, którzy w akcie protestu wobec polityki segregacji zrezygnowali z to¿samo¶ci izraelskiej i opu¶cili ten kraj. S± tak¿e Izraelczycy, którzy w³a¶nie w ramach obywatelskiej dzia³alno¶ci próbuj± na miejscu przeciwdzia³aæ tej polityce. S± i tacy, którzy zapytani o to, kim s±, ze szczególn± uwag± dobieraj± s³owa próbuj±c tak definiowaæ to¿samo¶æ, by w obrêb bycia Izraelczykiem w³±czaæ spo³eczno¶æ, której prawa do tego odmówiono, czyli Palestyñczyków. Mówi± o sobie na przyk³ad, ¿e s± ¿ydowskimi Palestyñczykami lub palestyñskimi ¯ydami. Te identyfikacyjne manewry brzmi± kuriozalnie, bo dotykaj± kuriozalnych granic tego, co jest „do pomy¶lenia”.

Dodajmy, ¿e granice tego, co do pomy¶lenia nie pokrywaj± siê z tym, co jest mo¿liwe „do zrobienia”. Przeciwnie. W³a¶nie dlatego, ¿e Zag³ada wymaga³a zbyt wielkiego wysi³ku w likwidacji dyskomfortu my¶lowego, a byæ mo¿e po prostu na niego skazywa³a, tak wielu odmówi³o sobie – i innym - pomy¶lenia o niej wtedy, gdy mia³a ona miejsce. Granice my¶lenia wyznaczaj± granice widoczno¶ci, ale nie wydarzeniom. My¶lê, ¿e kiedy mechanizmy budowania to¿samo¶ci nie podlegaj± refleksji i próbie nadania im ¶wiadomego charakteru, wtedy uruchamia siê ich najbardziej niebezpieczny potencja³. Byæ mo¿e jednak jest to zbyt du¿a wiara w si³ê rozumu.

„Antysyjonizm” i antysyjonizm
W uszach wyczulonych na antysemickie kalki has³o „antysyjonizm” brzmi podejrzanie. I s³usznie. W³a¶nie pod tym has³em w latach 1967-1968 rozpêtano w Polsce antysemick± kampaniê, która mia³a na celu wskazaæ, ¿e ówczesne antyrz±dowe wyst±pienia to robota „obcych”. Pojêcie „antysyjonizmu” kolportowano m.in. z przedwojennego dyskursu komunistów – tak¿e ¿ydowskich – którzy w syjonizmie upatrywali idei narodowej, reakcyjnej wobec postulatu wspólnej, ponadnarodowej walki z wyzyskiem, a pojêcie narodu uwa¿ali za w najlepszym razie fa³szyw± diagnozê przyczyn tego¿ wyzysku. Dodaæ trzeba, ¿e jednym z powtarzanych na ulotkach Komunistycznej Partii Polski hase³ by³o: „O prawo mniejszo¶ci narodowych do samookre¶lenia, a¿ do oderwania siê”. Przedwojenny komunizm nie by³ - jak dzi¶ próbuje siê go przedstawiaæ - a¿ tak zapatrzony w walkê klas, by nie widzieæ innych kontekstów dyskryminacji.

O ile dzi¶ ¯ydami nazywa siê Izraelczyków, o tyle w 1968 r. polskich ¯ydów – a mo¿e ¿ydowskich Polaków - nazwano syjonistami przypisuj±c im tym samym wspólne pogl±dy polityczne i stosunek do wydarzeñ na Bliskim Wschodzie. Antysemityzm by³ oficjalnie potêpiony, wiêc, by nie u¿ywaæ s³owa „¯yd” ludzi wybranych na koz³ów ofiarnych naznaczano s³owem „syjonista”.

Tymczasem zgodnie z doktryn± syjonistyczn± syjonist± jest ten, kto popiera powstanie, trwanie i obronê granic ¿ydowskiego pañstwa, otwartego na przyjmowanie ¯ydów z ca³ego ¶wiata i zdefiniowanego jako wspólnota narodowa. W obrêbie tak zakrojonej wspólnoty nie ma miejsca dla Palestyñczyków, na ziemiach których pañstwo to zosta³o wybudowane.

Ju¿ pod koniec XIX w. syjonizm by³ traktowany jako pochodna ideologii nacjonalistycznej. Co ciekawe, ideê utworzenia pañstwa Izrael i zgromadzenia tam ¯ydów z Europy popierali m.in. endecy, bo upatrywali w tym rozwi±zaniu bliskiej im idei pañstwa jako skupiska jednego narodu oraz pozbycia siê ¯ydów z Polski. Aktualnie my¶lenie to znajduje kontynuacje w dylematach skinheadów, czy popieraæ Palestyñczyków – w imiê rozniecania antysemityzmu, czy popieraæ Izraelczyków – w imiê rozniecania islamofobii.

W kontek¶cie historii Izraela ludzie okre¶laj±cy siê dzi¶ mianem antysyjonistów – spo¶ród których ogromna cze¶æ to ¯ydzi - uwa¿aj±, ¿e idea ¿ydowskiego pañstwa – jak ka¿da idea pañstwa narodowego - prowadzi do wykluczenia i przemocy i ¿e zamiast trzymaæ siê rasistowskiej wizji wspólnoty, Izrael móg³by byæ pañstwem wielonarodowym, czego jednym z po¿±danych skutków by³by koniec wojny wydanej Palestyñczykom w momencie wygnania i separacji.

Kogo wolno pytaæ
Brak rozró¿nienia na Izraelczyków i ¯ydów z jednej strony, z drugiej za¶ antysyjonizmu jako pojêcia, które pos³u¿y³o do antysemickiej nagonki, od antysyjonizmu jako sprzeciwu wobec XIX-wiecznej doktryny politycznej wcielanej dzi¶ w ¿ycie sprawia, ¿e boimy siê krytykowaæ Izrael, bo grozi to zarzutem o antysemityzm lub, co gorsza, faktycznym powieleniem antysemickich przes±dów. Choæby poprzez jêzyk, którego u¿ywamy.

Media g³ównego nurtu przyjê³y wobec powy¿szego taktykê, zgodnie z któr± swoiste „bezpieczeñstwo” – a mo¿e raczej glejt poprawno¶ci - zapewni im zapraszanie do komentowania polityki Izraela niemal wy³±cznie ludzi o publicznej identyfikacji ¿ydowskiej i pogl±dach umiarkowanie syjonistycznych.

I tak Jan Gebert, pytany o ocenê ataku na FF rzek³, ¿e gdyby by³ Izraelczykiem domaga³by siê wyja¶nieñ od izraelskiej armii, jak oni mogli tê akcjê tak skopaæ, skoro tyle czasu siê do niej przygotowywali (Tok Fm, 2/6/2010). Zdaniem Geberta by³ to niew±tpliwy b³±d dowodz±cego, który powinien zostaæ poci±gniêty do odpowiedzialno¶ci za postawienie swoich ¿o³nierzy w sytuacji, w której ci „spanikowali”.

Zgadzam siê, ¿e ¿o³nierze ka¿dej armii – tak¿e zwyciêskiej - s± ofiarami struktury, w ramach której przysz³o im siê znale¼æ, a która daje innym prawo do nara¿ania ich zdrowia i ¿ycia oraz czyni z nich potencjalnych morderców. Nie lubiê przedstawiania ¿o³nierzy – nawet dobrowolnych, nawet komandosów – jako ludzi ze stali, których staæ na wszystko, bo zamiast krwi maj± kostki lodu, a zamiast uczuæ – metalowe blaszki. Niemniej informacje o planach, liczebno¶ci, trasie i zamiarach FF by³y ogólnie dostêpne. Na d³ugo przed przyp³yniêciem FF w pobli¿e Gazy, wojsko Izraela ostrzega³o, ¿e æwiczy pacyfikacjê konwoju. Konwoju przygotowywanego od wielu miesiêcy, w ramach wolontariackiej wspó³pracy wielu organizacji i ludzi, bez zaplecza militarnego i pañstwowego. Dlatego trudno uwierzyæ, by wywiad izraelski – podobnie zreszt± jak Hamas - nie mia³ na pok³adach FF swoich agentów. Tym trudniej uwierzyæ, by przy aborda¿u armia izraelska pozwoli³a sobie na spontaniczno¶æ. Trudno nie mieæ wra¿enia, ¿e taki przebieg wydarzeñ wliczono w koszta lub, co gorsza, zaplanowano jako wyra¼ny sygna³: „W obronie aktualnej polityki palestyñskiej jeste¶my sk³onni do wszystkiego”.

W wypowiedziach komentatorów uderza przede wszystkim, ¿e ani cytowany Jan Gebert, ani Uri Huppert, o którym za chwilê, ani Konstanty Gebert na ³amach "Gazety Wyborczej" nie odnie¶li siê ani do izraelskiej polityki wobec Palestyñczyków, ani do zasadno¶ci blokady Strefy Gazy, ani do koncepcji Izraela jako pañstwa narodowego, ani do etycznego wymiaru drastycznego w skutkach ataku izraelskiej armii. Z ich perspektywy wa¿ne jest jedynie, na ile wydarzenie to pomo¿e lub zaszkodzi wizerunkowi Izraela, na ile wzmocni, a na ile os³abi rz±d, który na nie zezwoli³. Perspektywa szersza ni¿ pañstwowa nie ma tu racji bytu. Wraz z ni± znikaj± ludzie, którzy podjêli ryzyko udzia³u w FF. Znika idea, która nimi kierowa³a i dyskusja nad ni±. Znikaj± wreszcie Palestyñczycy – z ich niereprezentowan± histori±, bagatelizowan± traum± i dzisiejszym op³akanym po³o¿eniem.

Arab – antysemita, Arab - terrorysta
Z kolei na pytanie, jak Izraelczycy ustosunkowuj± siê do wojskowej akcji przeciwko FF, Uri Huppert odpowiedzia³: „Dla wspó³czesnych Izraelczyków nie jest zrozumia³e promowanie postaw pacyfistycznych wobec Hitlera” (Tok Fm, 2/6/2010). Co ma piernik do wiatraka? Tyle, co polityka historyczna do historii. Czyli du¿o, ale na krêtej ¶cie¿ce.

Truizmem jest, ¿e polityka historyczna Izraela opiera siê na Zag³adzie. Zaraz za wzmocnionym poczuciem zagro¿enia idzie przekaz, ¿e mo¿na siê przed tym zagro¿eniem chroniæ jedynie si³± militarn±. Jaki by³ niegdy¶ efekt jej braku – pokaza³a historia. Tego ci±gu przyczynowo-skutkowego ucz± siê izraelskie dzieci, które na rok przed pój¶ciem do wojska zwiedzaj± Europê ¶ladami Szoah.

W obliczu niechcianej przez syjonistów obecno¶ci Palestyñczyków na terenie Izraela, kolejnym krokiem jest wskazanie na Palestyñczyków jako na dzisiejsze oblicze si³y zagra¿aj±cej ¯ydom. „Naturalnym” sojusznikiem takiego przekonania staje siê islamofobia, zgodnie z któr± cywilizowanemu, pokojowemu ¶wiatu zagra¿a barbarzyñski ¶wiat arabskiej hordy, czekaj±cej tylko okazji do rozlewu krwi. Mieszkañcy pierwszego s± ¶wieccy, porozumiewaj± siê bez przemocy i na drodze kompromisów. G³ówn± praktyk± i rozrywk± mieszkañców drugiego jest terroryzm.

Zatrzymajmy siê przy nim chwilê. Czym jest terroryzm? Broni± s³abych. Która jest zawsze s³ab± broni±*. Potwierdza jedynie stereotypy na temat grupy, która tak± broñ stosuje – jako spiskuj±cej, pe³nej wrogich intencji, ob³udnej. Abstrahuj±c od krzywdy, któr± terroryzm wyrz±dza swoim przypadkowym i nieprzypadkowym ofiarom, nie jest on broni± skuteczn±. Przeciwnie: wzmacnia represje, przeciwko którym bywa wystosowywany. Tym bardziej warto postrzegaæ go jako akt desperacji lub cyniczny akt swoistej gry politycznej, na której cierpi± jeszcze bardziej ludzie, w imieniu których jest on rzekomo stosowany. Ceniê sobie has³o: ”Wojna to legalny terroryzm”, bo nadzwyczaj trafnie wyra¿a ono, ¿e poza kontekstem w³adzy i nierównowagi si³ pojêcie terroryzmu traci jakikolwiek sens.

Utratê tego sensu mo¿emy obserwowaæ w polu dyskursu, gdzie has³o „terroryzm” lub „terrorysta” funkcjonuje jak ³atka naklejana dla oznaczenia „z³ych”, „podstêpnych”, „strasznych” ludzi. Mój wywód nie ma na celu relatywizacji cierpienia ofiar terroryzmu, choæ w³a¶nie tak zosta³by w ramach odpisywanego tu dyskursu odebrany. Zasad± nim rz±dz±c± jest szanta¿ podobny do tego, jaki stosuje dzisiejszy rz±d Izraela mówi±c, ¿e ONZ nie mia³a „moralnego prawa” potêpiæ ataku na FF.

Chodzi tu o uto¿samienie krytyki polityki Izraela z antysemityzmem i porównanie jej z przedwojenn± argumentacj± anty¿ydowsk± oraz budowanie przekonania, ¿e ze wzglêdu na historiê ¿ydowskiej diaspory pañstwu Izrael "wiêcej wolno".

Szczególny k³opot, jaki stanowi± ¯ydzi wypowiadaj±cy siê krytycznie o Izraelu, rozwi±zuje has³o „self-hating Jew”. Pozostaj±c na chwilê w obrêbie tak patologizuj±cej kategorii wypada³oby siê zastanowiæ, czy nie podpada pod ni± bardziej nieustanne udowadnianie si³y, sprawczo¶ci i „mêstwa” po to, by zaprzeczyæ stereotypowi ¯ydów „chuderlawych, kobiecych, sk³onnych do dewiacji i o s³abej woli”, którego dobitnym wyrazem jest ci±gle powtarzany slogan „¯ydów id±cych jak branki na rze¼”.

W co gra Hamas?
Po zaatakowaniu FF wybiera³am siê pod ambasadê Izraela na spontanicznie zwo³an± demonstracjê. Chwilê przed wyj¶ciem przeczyta³am w gazetach, ¿e... po ataku na FF Hamas oraz irañski negacjonista Mahmud Ahmadine¿ad nawo³uj± do demonstrowania pod ambasadami Izraela. Zdjê³am buty. W¶ciek³a, odmówi³am cynicznego zagospodarowania mojego sprzeciwu przez organizacje i ludzi, z którymi nie mam i nie chcê mieæ nic wspólnego. Czy to by³a s³uszna decyzja? Nie broniê jej. Równie s³uszn± by³oby pój¶æ na tê demonstracjê mimo, ¿e pod³±cz± siê pod ni± i tacy, których ucieszy, ¿e „¯ydom siê trochê dostanie”. Mo¿e najw³a¶ciwiej by³oby zabraæ publicznie g³os i powiedzieæ: „Nie popieram Hamasu. Nie usprawiedliwiam ani jednego samobójczego ataku w Izraelu. I (a nie: ale) uwa¿am, ¿e to, co Izrael robi Palestyñczykom wpisuje siê w haniebn± tradycjê rasowej i kulturowej segregacji, ¿e izraelska polityka wobec Palestyñczyków jest wyniszczaniem i upokarzaniem ludzi, manifestacj± w³adzy i aktem subordynacji i ¿e nie ma ona nic wspólnego z, jak twierdz± jej propagatorzy, walk± z terroryzmem. A to, co zrobiono uczestniczkom i uczestnikom FF uwa¿am za zbrodniê”.

Ale problem jest du¿o wiêkszy ni¿ jednorazowa decyzja: i¶æ czy nie i¶æ na demonstracjê. W syjonistycznym dyskursie Palestyñczycy s± uto¿samiani z Hamasem, a ten z terroryzmem wymierzonym w Izrael i ¯ydów. Hamas nie próbuje temu uto¿samieniu zapobiec, przeciwnie: ro¶ci sobie pretensje do reprezentowania Palestyñczyków. Swoimi dzia³aniami przyczynia siê do utrwalenia zbitki Palestyñczyk – terrorysta, która z kolei dzia³a na korzy¶æ zwolenników aktualnej polityki Izraela, bo potwierdza tylko ich tezê, ¿e jedynie zamordystyczna polityka zapewni Izraelczykom bezpieczeñstwo. W tym sensie uto¿samienie to jest w interesie zarówno Hamasu, jak i aktualnych w³adz Izraela. Cierpi± na nim przede wszystkim Palestyñczycy, ale tak¿e – z zachowaniem proporcji - Izraelczycy i ¯ydzi.

* Pierre Bourdieu pisa³ tak o kobietach kabylskich, które stosuj± tzw. kobiece sposoby na neutralizowanie mêskiej w³adzy, takie jak magia, czary itd. Sprawia to, ¿e mê¿czy¼ni dostaj± „dowód” na to, ¿e nie powinni im ufaæ i ¿e dominacja nad kobietami jest konieczna.










Podwójne wi±zanie eksperta
2010-04-26 13:00:38
S³ownik Mizoginii - ods³ona druga. Dzi¶ has³o na literkê e: EKSPERT.

Przypadek pierwszy (naj¶wie¿szy):
Czwartek. Jadê do serwisu rowerowego z pro¶b± o regulacjê hamulców. Nie do wiary: w roli przyjmuj±cej zamówienia jest kobieta! Pierwszy taki przypadek od 11 lat.

Wysz³a zza lady z kluczami, przedni wyregulowa³a mi w 60 sekund. Oceni³a, ¿e powinnam wymieniæ dwie czê¶ci. Poleci³a przyjechaæ na wymianê w poniedzia³ek.

Pytam, czy teraz co¶ p³acê. Ona na to: gratis. Mówiê: to niech mi pani doliczy w poniedzia³ek. Wychodz±c s³yszê, jak pracuj±cy z ni± mê¿czyzna zrzêdzi, ¿e znowu obs³u¿y³a kogo¶ za darmo i ¿e j± naci±gnê³am, bo nigdy tu nie wrócê.

Poniedzia³ek. Jadê na wymianê. Cudownie: znowu ona. Niestety: wysy³a mnie do pokoju "ch³opaków", bo to oni bêd± d³ubaæ przy rowerze. No to idê. Na moj± pro¶bê wymiany ch³opak pyta: "A po co?" Mówiê, co powiedzia³a jego kole¿anka.

Z dalszej rozmowy wynika, ¿e jego zdaniem nie ma tu nic do wymiany, ale powinnam zostawiæ rower na dwa dni, on go obejrzy i oddzwoni powiedzieæ, co trzeba zrobiæ i ile to bêdzie kosztowaæ.

Mówiê na to:
- Czy w takim razie mo¿e mi pan jedynie wyregulowaæ tylni hamulec? Teraz? Od rêki?
- Wola³bym nie. To zajmie 10 minut, ale w trakcie mo¿e siê okazaæ, ¿e jest grubsza robota na dwie godziny, a ja tu mam kolejkê rowerów. (Tu nastêpuje d³uga przemowa na temat zagro¿eñ, które mog± czyhaæ w okolicach hamulca).
Zabieram rower i wychodzê.

Podsumujmy:
- Co¶, co jej zajê³o 60 sekund, jemu ma zaj±æ 10 minut z przed³u¿eniem na 2 godziny.
- Jeden pracownik podwa¿y³ kompetencje drugiego pracownika, który - jaki dziwny zbieg okoliczno¶ci - jest kobiet±.
- Ona zrobi³a to, o co prosi³am. On uzna³, ¿e nie wiem, o co proszê albo ¿e proszê o co¶, czego nie potrzebujê i poinformowa³ mnie, czego potrzebujê naprawdê. Chocia¿ sam jeszcze nie wie, co to jest, bo musi to dopiero sprawdziæ. Za to wie ju¿, ¿e to bêdzie kosztowaæ.
- Wizyta u niej by³a skuteczna i trwa³a 2 minuty. Wizyta u niego by³a nieskuteczna i trwa³a 10 minut.

Przypadek drugi (starszy):
Gie³da fotograficzna w warszawskiej Stodole. Podchodzê do mê¿czyzny, który sprzedaje tylko jeden typ towaru: negatywy do aparatów. Ma du¿y wybór. Proszê o 10 sztuk, podajê dok³adne informacje, których. Nieopatrznie u¿ywam s³owa "klisza".
On (nie patrz±c na mnie): Nie mam klisz. (Natychmiast zwracaj±c siê do nastêpnego w kolejce klienta): Co dla pana?
Ja: Jak to?
On: To s± filmy, a nie klisze.

Prawid³owa nazwa na materia³ ¶wiat³oczu³y do aparatu ma³oobrazkowego to: film. Za³atwi³ mnie.

Przypadek trzeci (nie mój):
Ona uprawia wspinaczkê od 10 lat, on jest pocz±tkuj±cy - zacz±³, bo ona go namówi³a, ¿eby spróbowa³.

Id± razem do sklepu ze sprzêtem do wspinaczki. Wybieraj± linê. Sprzedawca mówi tylko do niego. Na ni± nie patrzy. Zwraca siê do nich w liczbie pojedynczej, bo zwraca siê do niego. Wypytuje, jakiego typu, jakiej d³ugo¶ci, do jakich celów.

On konsultuje wszystko z ni±, ona udziela informacji i podejmuje decyzje. Kiedy lina zostaje wybrana okazuje siê, ¿e ten typ dostêpny jest w dwóch kolorach. Wtedy sprzedawca zwraca siê po raz pierwszy do niej:
- To mo¿e pani wybierze kolor?

***

Do panteonu ekspertów nale¿± tak¿e sprzedawcy i serwisanci komputerowi oraz sprzêtu elektronicznego i AGD poka¼nych gabarytów. A tak¿e donios³ych celów: w dziale z depilatorami i blenderami mo¿na spotkaæ kobietê-ekspertkê, ale tam, gdzie s± pralki lub plazmy - ju¿ nie bardzo.

Je¶li zatem jeste¶ kobiet±, która wybra³a siê do sklepu:
- rowerowego
- fotograficznego
- komputerowego
- elektronicznego
- ze specjalistycznym sprzêtem sportowym
- warsztatu samochodowego
i wiesz, po co tam przysz³a¶, a trafi³a¶ na sprzedawcê lub serwisanta w typie eksperta (w takich sklepach masz na to 95% szans), masz dwie strategie do wyboru:

1. Poprosiæ o to, po co przysz³a¶ i próbowaæ nie daæ sobie wmówiæ, ¿e nie wiesz, o co prosisz, ¿e na niczym siê nie znasz, ¿e jeste¶ ¶mieszna oraz ¿a³osna, je¶li my¶lisz, ¿e siê jednak znasz oraz ¿e prêdzej czy pó¼niej przekonasz siê, ¿e to ekspert, a nie ty, mia³ racjê.
Plusy:
- dostaniesz to, po co przysz³a¶ (je¶li ze z³o¶ci ekspert nie powie ci, ¿e tego akurat nie ma. Nie miej nadziei: powie ci to na koniec konwersacji).
Minusy:
- du¿o wysi³ku w³o¿ysz w to, by nie daæ siê upupiæ tekstami w rodzaju: "ja pani tylko dobrze radzê, a pani zrobi jak tam sobie pani wymy¶li³a w tej ¶licznej g³ówce"
- du¿o cierpliwo¶ci w³o¿ysz w to, by nie daæ siê sprowokowaæ do odpowiadania na pytania: "Czy pani w ogóle wie, co to jest RAM"?
- du¿o czasu po¶wiêcisz na wys³uchanie wyk³adu, który ma na celu udowodnienie ci, ¿e nie wiesz, o co pytasz i co kupujesz
- zostaniesz kilka razy obra¿ona
- nie dostaniesz ¿adnej zni¿ki
- wychodz±c us³yszysz komentarze i pod¶miewanie siê z ciebie
- nie bêdziesz chcia³a wróciæ do tego sklepu, co z czasem bywa k³opotliwe, bo ta strategia sprawi, ¿e wybór placówek, z których mo¿esz jeszcze skorzystaæ, kurczy siê prêdko
Atuty:
- znajomo¶æ specjalistycznego ¿argonu, bez którego co prawda wszystko da siê powiedzieæ, wyja¶niæ, za³atwiæ i kupiæ, ale nie da siê zaprezentowaæ jako ekspert

2. Udawaæ kogo¶, kto siê nie zna i nie wie, czego chce, nie u¿ywaæ ¿adnych fachowych nazw, bo one tylko sprowokuj± eksperta do agresji.
Plusy:
- na pewno CO¦ kupisz
- wizyta przebiegnie w mi³ej atmosferze
- dostaniesz rabat
Minusy:
- byæ mo¿e kupisz co¶, czego nie potrzebujesz lub co nie pasuje do sprzêtu, który ju¿ posiadasz
- wydasz dwa razy wiêcej pieniêdzy ni¿ planowa³a¶
Atuty:
- upodobania aktorskie

I tak ¼le, i tak niedobrze. Albo bêdziesz sob± i zostaniesz za to ukarana, albo zagrasz idiotkê i zostaniesz za to wynagrodzona mi³ym traktowaniem. Jeszcze jedna ods³ona tego, co w specjalistycznym jêzyku studiów nad p³ci± kulturow± nazywa siê: podwójne wi±zanie.

Mam gdzie¶ Wawel
2010-04-14 17:07:24
Nie cierpiê Wawelu. Nie cierpiê tego typu miejsc bogoojczy¼nianych pielgrzymek i narodowych uniesieñ. Nie cierpiê kapi±cych przepychem, z³otem i purpur± o³tarzy monarchii. Wraz z zachwytami nad nimi, wraz z cisz± nakazan± tam zwyczajami lub przez wszêdobylskie tablice subordynuj±ce, wraz z zadzieraniem g³owy, by spogl±daæ w srogie, powa¿ne, dostojne twarze sportretowanych królów, wci±¿ oddaje siê ho³d staremu porz±dkowi.

Stiuki, wazy, gobeliny, mozaiki, rze¼by, ¿yrandole, portrety dam, obrazy bitew, historie królewskich rodów to przejawy epok, które je stworzy³y, to zapis ówczesnych gustów, to wyraz zasobno¶ci dworu. To butne manifestacje przepa¶ci, jaka dzieli³a w³adaj±cych od poddanych. Wozimy tam kolejne szkolne roczniki z ca³ej Polski. Zmuszamy dzieci, by na te widoki pokornia³y. Szkolimy w podziwianiu autorytarnej, nieznosz±cej sprzeciwu, aroganckiej w³adzy. Uczymy je nostalgii wobec tamtych czasów. Czasów zmitologizowanych jako "z³ote". Pe³nych dzielnych rycerzy z mieczami, piêknie ¶pi±cych królewien i wielce m±drych królów. To z nimi uto¿samia siê kwiat m³odzie¿y polskiej, bo na Wawelu pró¿no szukaæ znaków, ¿e za czasów monarchii ¿y³ - i jak ¿y³ - ktokolwiek poza rodzin± królewsk±, dworem i obs³uguj±cymi go artystami. Nikt zwiedzaj±cym Wawel nie powie, ¿e w tamtych czasach nie na tron mieliby szanse, lecz na odrabianie pañszczyzny, op³akiwanie synów wcielanych do armii albo patrzenie, jak bezkarno¶æ panów niszczy ¿ycie najpierw im, a potem ich córkom. Bo na Wawelu nie ma historii choæby tych, którzy go budowali w³asnymi rêkami. Ani tych, którzy musieli wykarmiæ jego dwór. Nie ma tam pami±tek po ludziach, którzy feudalizmu czciæ nie maj± za co. Chêtniej by go przeklêli.

Prawomocna historia pañstwa, a za ni± historia jako szkolny przedmiot nauczania, to wci±¿ historia zwyciêzców. Nie tylko miêdzykrajowych wy¿ynanek, na które kolejni w³adcy, b³ogos³awieni przez kolejnych biskupów, wysy³ali tabuny ludzi. Tak¿e tych wewnêtrznych, których jedynym zwyciêstwem, traktowanym jak zas³uga, by³o urodziæ siê w odpowiedniej rodzinie.

Ju¿ nie wypada jawnie g³osiæ, ¿e komu¶ siê z urodzenia bardziej nale¿y ni¿ innym, wiêc demokracje wynalaz³y rozmaite sposoby, by przywileje urodzenia ukryæ pod pozorami, z których najcwañszym jest tzw. powszechny dostêp do edukacji. Pielgrzymuj±c do miejsc takich jak Wawel - zamiast traktowaæ je jako dokumenty historii - wci±¿ jednak afirmujemy najbardziej arbitralne hierarchie i porz±dek, który je podtrzymywa³. To, co wzbudza estetyczne ochy i achy to nic innego jak znaki przemocy, dziêki której w³adza mog³a byæ utrzymana. Na lekcjach historii ka¿d± rewolucjê przedstawia siê jako atak rozjuszonej, brudnej, chamskiej t³uszczy na delikatnych, wra¿liwych na sztukê, dystyngowanych w³adców. Wawel to epoka ¶wietno¶ci tych ostatnich. To wcielenie w³a¶ciwego stosunku do nich - pe³nego nabo¿nego podziwu, ewentualnie niezrozumienia. To przypominanie t³uszczy, ¿e wobec w³adców przybieraj± rozmiary mrówek. Wci±¿ to sobie robimy. Wci±¿ robimy to naszym dzieciom.

Czego tu zatem broniæ przed tragicznie zmar³ym prezydentem? Co to znaczy, ¿e kto¶ "nie zas³u¿y³" na Wawel? Je¶li kto¶ ma byæ na Wawelu, to niech to bêd± w³a¶nie konserwaty¶ci, têsknie usposobieni do czasów, gdy w³adza nie musia³a siê z niczego t³umaczyæ. Ja traktujê grób na Wawelu jako przejaw alienacji w³adzy. Tej dos³ownej lub tej, która objawia siê w polu kultury. Osobi¶cie chcia³abym byæ pochowana w¶ród ¶wiata, którego czê¶ci± siê czu³am i który przyjmowa³ mnie jako swoj± czê¶æ. Je¶li rodzina pary prezydenckiej stwierdzi³a, ¿e takim w³a¶nie ¶wiatem by³ dla zmar³ych Wawel - czemu im go odmawiaæ?

Broni±c pa³acu przed królem, wci±¿ dajemy wyraz przywi±zania do idei pa³acu.

Stara kobieta
2010-04-01 16:48:57
A po co pani ona? - mówi± lekarze kobietom, które pytaj±, dlaczego podczas operacji usuniêcia torbieli na jajnikach albo fragmentu szyjki macicy wyciêto im przy okazji macicê. - Przecie¿ i tak nie bêdzie ju¿ pani rodziæ.

Po co pani macica? - to zaklêcie us³ysza³y setki kobiet. - Kobiece narz±dy rodne s± przedmiotem naszej troski póki jeste¶cie potencjalnymi reproduktorkami - mogliby dopowiedzieæ lekarze. - Potem przestajecie byæ u¿yteczne, wiêc im wiêcej wam wytniemy, tym wiêksz± mamy gwarancjê, ¿e nie bêdziecie nas znowu k³opotaæ. Nie my¶lcie sobie, drogie panie, ¿e macica i narz±dy rozrodcze to kawa³ki waszych cia³, fragmenty wiêkszej ca³o¶ci, integralne czê¶ci waszego jestestwa, towarzyszki od urodzenia do ¶mierci. Macica to w³asno¶æ pañstwa i póki siê pañstwu przydaje - bo rodzicie mu wiêcej obywateli - bêdzie swoje w³o¶ci reperowa³o. Wraz z koñcem u¿yteczno¶ci pañstwo rêkami pañstwowych lekarzy pozbêdzie siê zbêdnego balastu. Przecie¿ nie bêdzie ³o¿yæ na utrzymanie niepotrzebnego mu sprzêtu.

Tak¿e innego typu leczenie ludzi starszych wydaje siê lekarzom mocno w±tpliwe. "Jest pani za m³oda na tak± chorobê" - mówi³ mi ka¿dy doktor, gdy maj±c 20 lat leczy³am dokuczliw± chorobê uszu. To zdanie by³o jak b³ogos³awieñstwo. Znaczy³o: zajmiemy siê pani±. Od tamtej pory wiem jednak, ¿e je¶li choroba wróci gdy bêdê mieæ lat piêædziesi±t, lekarze post±pi± zgodnie z t± sam± cich± umow±. W tym wieku pacjenta ju¿ nie dok³ada siê "wszelkich starañ", a jedynie zbywa lub poleca "przyzwyczaiæ" do fizycznych uci±¿liwo¶ci.

Ciekawa jestem, czy w szko³ach medycznych mo¿na us³yszeæ wprost wyra¿ony pogl±d, ¿e warto¶æ komfortu ¿ycia maleje wraz z wiekiem. A mo¿e jest to na tyle oczywiste, ¿e nikt tego zdania nie musi nawet wyg³aszaæ? Mnie jednak zastanawia, dlaczego m³oda osoba ma prawo do braku fizjologicznych k³opotów i bólu, a stara osoba ju¿ nie. Dlaczego cia³o m³odego cz³owieka jest warte wiêkszego wysi³ku i dba³o¶ci ni¿ cia³o stare. Czy¿by starzy ludzie mniej cierpieli? Mieli podwy¿szony próg bólu? Mo¿e lekarze wychodz± z za³o¿enia, ¿e starsi ludzie maj± ju¿ czas na chorowanie? A przecie¿ k³opoty fizyczne nasilaj± siê wraz z wiekiem. Mno¿±. Nak³adaj± jedne na drugie. Czyni± ludzi coraz bardziej bezradnych jeszcze bardziej bezradnymi. Pog³êbiaj± poczucie bycia niepotrzebnym, niedopasowanym, nieaktualnym.

Niepisanymi zasadami medycyna sankcjonuje to, starszym i starym ludziom funduje codzienno¶æ pozaszpitalna. Codzienno¶æ, której tempo potr±ca i przewraca tych, którzy nie mog± siê do niego dopasowaæ. Która parska i prycha na chodz±cych wolno, niedowidz±cych, ¼le s³ysz±cych, nieprzyzwyczajonych do nowych technologii. Która odmawia miejsca d³ugo licz±cym pieni±dze przy kasie, p³ac±cym rachunki na poczcie, dopytuj±cym, przestraszonym. Która wkurza siê na tych, co staj± po niew³a¶ciwej stronie ruchomych schodów, w autobusach walcz± o miejsca siedz±ce. Która nie zauwa¿a ich braku w kinach, teatrach, na kursach jêzykowych, zajêciach sportowych, na lotniskach, dworcach, w knajpach. Która starych mê¿czyzn potrafi dowarto¶ciowaæ jako m±drych, stare kobiety za¶ - o¶mieszaæ wyzywaj±c od "moherowych beretów", albo demonizowaæ epitetami takimi jak 'jêdza' lub 'stara baba'.

O¶mieszanie i demonizowanie to zabiegi stare nie jak kobiety, na których s± stosowane, lecz jak mêska dominacja. Neutralizuj± potencja³ tkwi±cy w kobiecej staro¶ci. Potencja³ zgo³a rewolucyjny. Do¶wiadczone, pozbawione skrupu³ów, nie maj±ce wiele do stracenia, podsumowuj±ce ¿ycie kobiety - takie nie s± bezpieczne. "Jêdze", "wied¼my", "czarownice" i "stare baby", których specyficzn± odmian± jest "te¶ciowa" to zazwyczaj kobiety, które z racji wieku i do¶wiadczeñ osi±gnê³y swoist± autonomiê od rynku seksualnego. Autonomia ta pozwala im mówiæ co my¶l±. O mê¿czyznach i do mê¿czyzn. O ¶wiecie spo³ecznych gier i relacji. Uruchamia ciêty jêzyk, wstrzymuje wyparzanie gêby, wyzwala z³o¶liwo¶æ, ostro¶æ widzenia, bezpardonowo¶æ. "Stare baby" pozwalaj± sobie widzieæ to, na co patrz± i g³o¶no mówiæ, co widz±. Przywilej nie dany kobietom, które nie opu¶ci³y parkietu heteroseksualnych kontredansów i próbuj± na nim jeszcze co¶ ugraæ. Co¶ za co¶.

Wolno¶æ starych kobiet znaj± te wnuczki, które z babciami mog± rozmawiaæ du¿o swobodniej ni¿ z matkami. Którym babcie z³o¿y³y na rêce swoje losy, opowiedziane bez cenzury s³ów, my¶li i uczuæ.

Dziêki demonizowaniu, o¶mieszaniu i protekcjonalno¶ci stare kobiety wstydz± siê swojego wieku i niemo¿no¶ci, na które ten wiek wystawia. Milcz±, bo ich jêzyk rzadko bywa dopasowany do tego, co i jak wolno powiedzieæ.

Anna ¦wirszczyñska pisa³a o tym tak:

Jej uroda
jest jak Atlantyda.
Zostanie dopiero odkryta.

O jej mi³osnych pragnieniach
pisa³o tysi±ce humorystów.
Najgenialniejsi z nich
weszli do lektur szkolnych.

Jedynie jej kochanie z diab³em
mia³o powagê
ognia stosu.
I mie¶ci³o siê w cz³owieczej wyobra¼ni
jak stos.

Ludzko¶æ stworzy³a dla niej
najbardziej obel¿ywe
s³owa ¶wiata.

("Stara kobieta")

I jeszcze tak:

Uciek³a z domu starców.

Sypia na dworcach,
w³óczy siê ulicami, polami,
krzyczy, ¶piewa, klnie
plugawo.

Z ty³u g³owy, poza ga³kami oczu
nosi w ko¶cianym relikwiarzu czaszki
bunt.

("Bunt")
Do walki stañ, do sikania si±d¼
2010-03-27 16:38:24
Wychowa³am siê w domu, w którym mieszka³y kobiety. W domach z mê¿czyznami, które odwiedza³am, sprz±ta³y kobiety, wiêc zazwyczaj by³o tam czysto i pachn±co. Kiedy pierwszy raz zamieszka³am w 'koedukacyjnym' lokum, zajê³o mi trochê czasu nim pokuma³am, dlaczego mimo pozorów czysto¶ci w ubikacji ¶mierdzi moczem, a jej skuteczne sprz±tniêcie wymaga szorowania muszli klozetowej od zewn±trz, pod³ogi i ¶cian. W tym jak¿e donios³ym odkryciu pomog³y mi niew±tpliwie takie oto nalepki, które ujrza³am w domach umiejscowionych na tzw. zachodzie:



Sikanie na stoj±co sprawia, ¿e mocz rozbryzguje siê nie tylko po muszli klozetowej, ale po ca³ej ubikacji. Zasiêg kropelek jest o wiele wiêkszy ni¿ przypuszczacie, sikaj±cym za¶ nieobliczalne odnogi strumienia uchodz± uwagi, bo ich nie widaæ.

Jak powszechnie wiadomo - choæ raz mogê powo³aæ siê na to, co powszechne! - na stoj±co sikaj± mê¿czy¼ni. I na tym powszechno¶æ siê koñczy. Wbrew powszechnym przekonaniom bowiem nie wynika to z natury, lecz obyczajów i przyzwyczajeñ.

Kiedy podobny obrazek powiesi³am w ³azience wspólnego mieszkania, domownicy nie oponowali. Go¶cie natomiast i owszem. Jeden, sk±din±d uwa¿aj±cy siê za postêpowego cz³owieka, orzek³, ¿e "bez przesady". Inny sikanie na siedz±co uzna³ za symboliczn± formê kastracji. Trzeci przekonywa³ mnie, ¿e podporz±dkowywanie siê naklejkom to zniewolenie. Czwarty zaoferowa³ wytrzeæ po sobie nawet sufit, byleby nie musia³ siadaæ na klopie.

Okaza³o siê, ¿e sikanie na stoj±co to bastion mêskiej niezale¿no¶ci, dowód mêsko¶ci, wspólnota do¶wiadczeñ z tymi, co te¿ tak potrafi±. Siadanie na desce klozetowej za¶ oznacza poddanie siê, rozbrojenie, ujmê na honorze, udomowienie, pantoflarstwo. Jednym s³owem: ukobiecenie. Dobry to przyk³ad, ¿e choæ wielu mê¿czyzn lubi naigrywaæ siê z feministycznego czepialstwa, nawet drobiazgów podkre¶laj±cych mêsk± to¿samo¶æ broni± oni jak niepodleg³o¶ci. A je¶li tak, to intuicyjnie wiedz±, ¿e to, co symbolicznie "kobiece" oznacza to, co podporz±dkowane.

Sikanie na siedz±co zapewni mêskim toaletom publicznym, szpitalnym, szkolnym, klubowym i pubowym mniejsz± smrodliwo¶æ i higieniczno¶æ, a ich sprz±taczkom - w tym zawodzie pracuj± g³ownie kobiety - mniej roboty. W domach sikanie na siedz±co jest wyrazem szacunku do pracy wszystkich domowników, którzy ubikacjê sprz±taj±. Nie czarujmy siê: ci domownicy to de facto domowniczki. Równy podzia³ pracy domowej, zw³aszcza tej najbardziej niewdziêcznej i niehonornej, le¿y wci±¿ w sferze kobiecych marzeñ. Albo, co gorsza, sprz±tanie uwa¿ane jest przez kobiety za "kobiecy obowi±zek". Kible szoruj± ¿ony, matki, babcie, córki, konkubiny lub wynajête do tego Ukrainki, a instrukcje radzenia sobie z niefrasobliwym sikaniem ch³opców, mê¿czyzn i staruszków przekazuj± kolejnym pokoleniom kobiet.

Temat doczeka³ siê piosenki Davida Rovicsa pod tytu³em "Sit down to piss". W zabawny sposób autor zobrazowa³, ¿e podzia³ na prywatne i polityczne jest tyle¿ iluzoryczny, co korzystny. Korzystny dla tych, którzy, choæ usta maj± pe³ne idea³ów, nie zamierzaj± zmieniaæ swoich nawyków, ani nawet siê im krytycznie przyjrzeæ. Je¶li zatem, szanowny czytelniku, odmawiasz sikania na siedz±co, taka odmowa zazwyczaj oznacza jedno: nigdy nie szorowa³e¶ kibla, bo robi to za ciebie mama, dziewczyna, ¿ona, córka albo sprz±taczka.

Poni¿ej t³umaczenie utworu "Sit down to piss", autorstwa Marcina Starnawskiego. Szczególnie ceniê sobie zwrot: "Sprawa mo¿e b³aha wydaæ siê/Gdy szczypie ³zawi±cy gaz/Lecz tym, co mo¿e rozbiæ ruch/Jest dok³adnie to, jak szczasz".

¦wiat pe³en jest problemów
Du¿ych, wielkich, ma³ych te¿
Wojna, wyzysk, ekologia...
Trzeba czasu – dobrze wiesz
Lecz je¶li d³ugi marsz zaczyna siê
Tu i w³a¶nie dzi¶
Je¶li nozdrza masz otwarte
Pojmiesz co chcê zdradziæ ci

Mo¿esz walczyæ o wolno¶æ
Ca³± noc i dzieñ
Lecz gdy do domu wrócisz
Kto¶ pouczy ciê
„Kole¶, chcia³by¶ zmieniaæ ¶wiat,
Ja te¿ lubiê to
Ale na razie musimy ¿yæ
W tym pieprzonym zoo”

Rewolucja zacznie siê
W domu b±d¼ co b±d¼
Stañ do walki, ch³opcze
Lecz gdy sikasz – si±d¼

Czy mieszka³e¶ kiedy¶ w grupie?
Je¶li tak, to kumasz ju¿
Kto¶ musi myæ naczynia
I ¶cieraæ z wanny kurz
Sprawa mo¿e b³aha wydaæ siê
Gdy szczypie ³zawi±cy gaz
Lecz tym, co mo¿e rozbiæ ruch
Jest dok³adnie to, jak szczasz

Je¶li lubisz myæ kibelek
To mi³y z ciebie go¶æ
Ale oszczêd¼ sobie trudu
I na desce si±d¼
Za¶ gdy mówisz mi, ¿e racjê masz
I nie musisz siadaæ tam
Walnê prosto w oczy ci:
„Go¶ciu, jeste¶ cham”

To fajnie, ¿e chcesz czy¶ciæ klop
To godny chwa³y gest
Lecz facetów wiêkszo¶æ wci±¿
Pe³na ignorancji jest
Uczyñ wiêc ten skromny ruch
Na rzecz równo¶ci p³ci
A po miesi±cach trzech lub dwóch
To w nawyk wejdzie ci

Có¿, nie chcê ingerowaæ
W styl sikania, podzia³ ról
W swoim w³asnym domu
Masz wolno¶æ niczym król
Lecz gdy chcesz wraz z innymi ¿yæ
Nie przymykaj oczu
Na zasadniczy problem ten
– sposób oddawania moczu

Rewolucja zacznie siê
W domu b±d¼ co b±d¼
Stañ do walki, ch³opcze
Lecz gdy sikasz – si±d¼

T³um. Marcin Starnawski

Kliknij tu, je¶li chcesz ¶ci±gn±æ piosenkê w wykonaniu autora.
Dziwka anarchistów
2010-03-21 11:16:44
"Prawo to dziwka, która s³u¿y bogatym i politykom" napisa³a Federacja Anarchistyczna na transparencie w obronie poznañskiego squatu Rozbrat.


(¼ród³o: indymedia)

Podczas wczorajszej demonstracji w obronie Rozbratu spalono kuk³y prezydenta miasta i dewelopera, który zamierza budowaæ architektoniczne per³y na terenie squatu. A¿ dziw, ¿e nie by³o trzeciej: dziwki o imieniu "prawo". Ch³opcy z demonstracji - a i pewnie co bardziej wierne Federacji Anarchistycznej dziewczyny - mogliby sobie pou¿ywaæ. Na przyk³ad rytualnie kuk³ê zgwa³ciæ. O pardon, przecie¿ dziwki zgwa³ciæ siê nie da, bo dziwka lubi byæ wykorzystywana. Dziwka to z³a kobieta na us³ugach zbrodniczego systemu, jak zawiadomi³ nas transparent.

Zaanga¿owanym w obronê praw pracowniczych anarchistom spieszê donie¶æ, ¿e "dziwka" to potoczne okre¶lenie prostytutki. Osoby - najczê¶ciej kobiety - która pracuje ¶wiadcz±c us³ugi seksualne. Jest to typ pracy ukrytej, czêsto nielegalnej, nie podlegaj±cej ¿adnym regulacjom, a zatem skazuj±cej pracownice na brak ochrony prawnej, co skutkuje bezkarno¶ci± ich pracodawców oraz klientów. Bezkarno¶æ ta objawia siê w przemocy psychicznej, fizycznej i seksualnej, niewyp³acaniu wynagrodzenia lub zabieraniu jego znacznej czê¶ci, zmuszaniu do pracy, wiêzieniu i handlu lud¼mi.

Ludzie wykonuj±cy tê pracê czêsto dorabiaj± w ten sposób do innej pensji, bo jedna nie pozwala im zwi±zaæ koñca z koñcem. Za zarobione na prostytucji pieni±dze nierzadko ludzie ci utrzymuj± ca³e rodziny. Zw³aszcza, gdy m±¿ jest bezrobotny lub nie mo¿e korzystaæ z darmowych ¶wiadczeñ.

Prostytucja to jeden z bardziej widocznych znaków feminizacji ubóstwa oraz ukrytej pracy kobiet. Oba zjawiska mo¿na dostrzec, gdy próbuj±c zrozumieæ i opisaæ, czym jest wyzysk od³o¿y siê na bok maczystowskie okulary, przez które widaæ jedynie, ¿e dzielni, silni i pracowici mê¿czy¼ni ciê¿ko pracuj±, a kobiety siê bawi±.

Bo w s³owie "dziwka" chodzi w³a¶nie o zabawê. "Dziwka" to ta fantazja, która umo¿liwia mê¿czyznom dowolne rozporz±dzanie cia³em innego cz³owieka dla ka¿dej w³asnej przyjemno¶ci. Prostytutka pracuje, dziwka to lubi. Prostytutkê zmusi³y do tej okoliczno¶ci, dziwka tak wybra³a. Mog³a zostaæ porz±dn± kobiet±, ale wola³a puszczalstwo, bo jest zepsuta i z³a. Bo taka siê urodzi³a. Bo tkwi w niej co¶, co ka¿e jej siê ³ajdaczyæ.

Dziêki zamianie prostytutki w dziwkê nabywca nie zobaczy w kobiecie, któr± wynajmuje i z której korzysta, osoby podobnej do jego matki, dziewczyny, kole¿anki czy córki. Zobaczy tylko cia³o, na które wyprojektuje dowoln± fantazjê. Zamówi³ sobie dostawê cia³a do domu albo poszed³ po cia³o do burdelu tak, jak idzie siê do sklepu po czekoladê. Trudniej by³oby mieæ fun, gdyby towar okaza³ siê zmêczon±, przepracowan± kobiet± walcz±c± z niedostatkiem. Zw³aszcza trudniej autorom has³a, bo przecie¿ oni s± tacy wra¿liwi na ludzk± krzywdê.

Tylko czy ludzka krzywda jest dla nich krzywd± kobiec±? S±dz±c po transparencie ta eureka jeszcze daleko przed nimi. Chyba, ¿e chodzi³oby o ich dziewczyny. Te z pewno¶ci± znajduj± siê po dobrej stronie mocy. To nie prostytucja jest najstarszym zawodem ¶wiata. Jeszcze starszy jest podzia³, dziêki któremu prostytucja zaistnia³a. "Dziwka" jest najlepszym tego podzia³u wyrazem. To jak¿e u¿yteczne pojêcie oddziela ziarno od plew. Dobre, porz±dne kobiety od lubie¿nych, zepsutych dziewuch. Po jednej stronie s± nasze dziewczyny. Szanujemy je, traktujemy po d¿entelmeñsku, wstydzimy siê przy nich swoich fantazji, zabiliby¶my ka¿dego, kto ¶mia³by o nich pomy¶leæ co¶ brzydkiego. Tu jest dzieñ, jasno¶æ, lampa, ¶wiat³o, biel, czysto¶æ, niewinno¶æ. Mi³o¶æ! Po drugiej s± ladacznice. Z nimi realizuje siê ten siebie kawa³ek, który zamieszkuje w kana³ach, w ¶ciekowym odp³ywie, w rynsztoku. Tam jest seks. Tam mieszkaj± dziwki. Cz³ekopodobne, ale chyba zwierzêta, bo gnane instynktami, nie panuj±ce nad swoim popêdem. Oddaj± siê wszystkim. Czerpi± rozkosz ze swojego procederu bez wzglêdu na to, czy do rynsztoka zst±pi anarchista, czy bogaty lub polityk.

To tak, jakby mówiæ o górnikach, ¿e lubi± ryzyko zwi±zane z metanem, o budowlañcach pracuj±cych na wysoko¶ciach, ¿e s± uzale¿nieni od adrenaliny, o kasjerkach, ¿e lubi± pracê, przy której mo¿na siedzieæ, a o sprz±taczkach, ¿e realizuj± w ten sposób kobiece umi³owanie porz±dku.

Has³o z transparentu Federacji Anarchistycznej i Anarchistycznego Czarnego Krzy¿a uderza w godno¶æ ludzi, którzy wykonuj± straszn± pracê. Straszn±, bo obarczon± ogromnym ryzykiem, niechronion±, dla niektórych na pewno upokarzaj±c±. Straszn±, bo przez moralne odium, które na niej ci±¿y, prostytutka staje siê figur±, dziêki której ka¿dy mo¿e poczuæ siê przez chwilê lepiej. Ka¿dy mo¿e z niej skorzystaæ - je¶li nie seksualnie, to mentalnie. Wczoraj jej kosztem zrobili sobie dobrze anarchi¶ci.

Moralne odium, o którym mowa, jest szczytem hipokryzji. Wszak, szanowni ch³opcy w kominiarkach, którzy trzymali¶cie ten pe³en moralnej wy¿szo¶ci transparent, kto¶ z us³ug prostytutek korzysta. Mo¿e nie wiecie kto, bo klienci prostytutek te¿ maj± swoje kominiarki. Jedn± z nich jest manifestowanie oburzenia wobec kobiet tak pracuj±cych. Drug± - pogarda wobec "dziwek".

Uprzedzaj±c komentarze: jestem pewna, ¿e na demonstracji by³o wiele osób, które nie zrobi³yby takiego transparentu, nie podpisa³yby siê pod nim i nie chcia³y legitymowaæ go swoj± obecno¶ci±. Cel demonstracji, którym by³o uratowanie squatu przed likwidacj±, równie¿ nie jest przedmiotem mojej krytyki, przeciwnie. Nie uwa¿am jednak, by da³o siê pokonaæ represjê pañstwa wzmacniaj±c inn±, z której zreszt± pañstwo tak¿e korzysta.
Niefotogeniczno¶æ
2010-03-15 11:55:35
Blog mi siê utekstowi³, a obieca³am zdjêcia. Zatem nadrabiam zaleg³o¶ci.


Miesi±c temu posz³am siê przej¶æ po mojej dzielnicy. ¦niegu by³o tyle, co dzisiejszej nocy, za to ludzi na ulicach prawie w ogóle. Miasto kompletnie ucich³o, bo raz: ¶nieg wyg³usza huk samochodów, dwa: te je¿d¿± wolniej, trzy: wielu kierowców woli nie ryzykowaæ jazdy w takich warunkach, cztery: to by³ weekend, wiêc panie sprz±ta³y mieszkania, panowie le¿eli przed telewizorami.

Mieszkam tu od niedawna. Ulica Poli Gojawiczyñskiej okaza³a siê du¿o d³u¿sza ni¿ s±dzi³am. Znalaz³am na niej tablicê po¶wiêcon± imienniczce. Na skwerku ko³o mojego domu - tablicê o Marii Jurgielewiczowej. Dwie w odleg³o¶ci nieca³ego kilometra to niez³y bilans jak na upamiêtnione kobiety. Na blokach lód zamarz³ tak, jak zamarza wodospad. Spod bia³o¶ci podwórek wystawa³y tylko jaskrawe kolory skrzynek na antypo¶lizgowy piasek. Gawrony my³y skrzyd³a w ¶niegu i wygl±da³o to na niez³± zabawê. Na nieod¶nie¿onym chodniku by³y ¶lady psich ³ap. ¯adna ich kupa nie ¶mierdzia³a, bo wszystkie zamarz³y. W parku trzy psy dosta³y szaleju. Na ulicy Próchnika wci±¿ wisi tablica o przedwojennym socjali¶cie. Na moim podwórku s±siedzi wytrwale i starannie dbaj± o go³êbie, wróble i sikorki. Czasem przylatuje tu kaczka.

My¶la³am: mo¿e o to w tym wszystkim chodzi. ¯eby ¶lady ludzi przeplata³y siê ze ¶ladami zwierz±t. ¯eby ptaki mia³y gdzie umyæ skrzyd³a, a podczas mrozów zje¶æ. ¯eby kaczka by³a bezpieczna. ¯eby ¶nieg wycisza³ to miasto i wpada³ w kiszki jak lek uspokajaj±cy. Na co komu wszystkie te walki, gor±czki, lepsze ¶wiaty i postulaty?

Nie zrobi³am zdjêæ ¶ladom, ptakom, psom, wzorom z lodu na ¶cianach domów, karmnikom. Zrobi³am za to ¶mietnikowi zamykanemu na domofon (brawo dla osoby, która zostawi³a fotel przed bram± pa³acu). To absolutny zwyciêzca w moim rankingu: "Forteca ¦mietnik". Co prawda ma on jeden mankament: kraty s± na tyle szerokie, ¿e g³odny kot wejdzie do ¶rodka i, z³odziej parszywy, dorwie siê do towaru. Ale bezdomny pies ju¿ nie przejdzie. Najlepiej strze¿one odpadki w mie¶cie. ¯aden szczwany darmozjad nie skorzysta. Wygrywa ten, kto ma kod albo kluczyk.

To co dobre nie jest fotogeniczne. Nie motywuje, nie uruchamia, nie budzi. Wydaje siê zbyt b³ahe, kiczowate, sielankowe. Czy chce nam siê wstawaæ rano tylko dziêki temu, czemu siê sprzeciwiamy? Czy tylko to pobudza nasze umys³y i zmys³y, tylko to nas o¿ywia? Czy pozytywne prze¿ycie, wzruszenie, wyciszenie, wreszcie szczê¶cie - skandal nad skandalami - mo¿e byæ dystynktywne lub przynajmniej poza skal± obciachu? Mo¿e byæ tematem? Czy to, co odarte z dystynkcji, mo¿emy jawnie prze¿ywaæ? A przecie¿ je¶li wracaæ do piêkna to tylko jako do prze¿ywania, na przekór zdystansowanej ocenie. Tylko ¿e afirmacja jest tak ryzykowna jak wzruszenie podczas czytania wierszy, jak pokazanie ³ez, jak s³abo¶æ do popcornu lub romantycznych powie¶ci, jak g³o¶ny, bezinteresowny ¶miech. ¦miech bez szyderstwa, tylko z rado¶ci.

Poni¿sze zdjêcia zrobi³am dzisiejszej nocy. Moje faworytne ³aweczki, królowa dzielni, podwórko per³y spó³dzielczo¶ci warszawskiej i... i co? Drzewa? Kto fotografuje drzewa?! Chyba ja. Ten mnie kawa³ek, który pod os³on± nocy i miejskiej ciszy nie boi siê obciachu i stoi jak wryty na widok z³otego ¶wiat³a latarñ.













100 lat, 11 Manif, 2 nonkonformizmy
2010-03-08 18:58:48
Uwaga na pocz±tek: niniejszy tekst nie jest o ostatniej, XI Manifie ani o trybach jej organizowania. Jest on fragmentarycznym, trochê krytycznym, trochê nostalgicznym podsumowaniem jedenastoletniego zaanga¿owania w ruch feministyczny i gar¶ci± moich jego obserwacji. Postulaty ostatniej Manify - które zreszt± s³abo przebi³y siê do mediów - uwa¿am za w pe³ni warte poparcia.
Uwagê tê dopisujê, bo czytelnik - któremu dziêkujê za konstruktywn± i ¿yczliwie wyra¿on± krytykê - u¶wiadomi³ mi, ¿e mój tekst mo¿e zostaæ odebrany jako atak na ostatni± Manifê. Tymczasem lu¼no zwi±zane z ni± impresje s± dla mnie jedynie punktem wyj¶cia. Przestrzegam tak¿e przed osobistym odbiorem poni¿szego tekstu: ruch, a nawet spo³eczno¶æ to co¶ wiêcej ni¿ suma jego cz³onkiñ, a jego dynamika to co¶ wiêcej ni¿ suma zachowañ, emocji i decyzji uczestnicz±cych w nim jednostek.
9.3.2010


Kiedy w 2000 roku jecha³am na demonstracjê o prawa kobiet, wagoniki metra ¶wieci³y pustkami. Nie by³o w nich ani ludzi, którym z plecaków wystawa³y transparenty, a z klap badziki z feministycznymi has³ami, ani telewizorów reklamuj±cych "Gazetê Wyborcz±" reklamuj±c± „Manifê”. S³owo „manifa” nie by³o wtedy jeszcze w powszechnym u¿yciu. Telebimy na peronach nie instruowa³y, jak omin±æ korki powsta³e z powodu przemarszu i nie robi³y pokazu slajdów z poprzednich Manif niczym z najlepszego warszawskiego street party. Rozrywkowe "Co jest grane" i modne kluby nie zaprasza³y do udzia³u w rewolucji, a ju¿ na pewno nie ró¿ow± stron± i obietnicami, ¿e bêdzie weso³o, kolorowo i z szans± na spotkanie celebrytów, wiêc kto nie przyjdzie ten za¶ciankowy burak.

Nastêpnego dnia gazety zbywa³y nas milczeniem lub gdzie¶ pomiêdzy zwichniêt± kostk± arcybiskupa a instrukta¿em dekoracji wielkanocnego sto³u opisywa³y w trzech zdaniach jako kuriozum, cyrk, bandê idiotek, w najlepszym razie happening. W noc poprzedzaj±c± Manifê oprócz koszmarów z cyklu: „nikt nie przyjdzie” ¶ni³am tak¿e, ¿e w ¶rodkach masowego przekazu przytocz± choæ jeden feministyczny postulat. Ale dla powa¿nych mediów istotniejszy by³ kolor naszych rajstop i domniemany stan panieñski. Telewizyjne relacje z Manif rozpoczyna³ sakramentalny tekst: "Dzi¶ na ulicach Warszawy demonstrowa³y feministki. Ich zdaniem kobiety w Polsce s± dyskryminowane". Obrazy montowano tak, ¿e "ich zdanie" okazywa³o siê urojeniem jazgotliwych histeryczek.

Przez kolejne lata organizowania, a potem przychodzenia na Manifê moim marzeniem by³o, by potraktowano nas serio. By polemizowano zamiast upupiaæ, dano siê wypowiedzieæ zamiast fa³szywie streszczaæ, skupiono na tre¶ci zamiast dyskredytowaæ formê. By s³owo: feministka przesta³o funkcjonowaæ jak obelga, synonim brzydkiej-baby-z-problemami, a zaczê³o byæ znakiem pewnej postawy politycznej i wra¿liwo¶ci na krzywdê. By zechciano z nami rozmawiaæ o tej krzywdzie, a nie o naszych seksualnych preferencjach. By zainteresowano siê ¿yciem kobiet, o których interesy walczy³y¶my, zamiast ¿yciem ma³ej grupy feministek.

Wczoraj, gdy ulicami Warszawy sz³a XI Manifa, mój sen wydawa³ siê spe³niony. A jednak co¶ mnie niepokoi. Pamiêtacie film „Truman Show”? To dziwne uczucie, gdy ¶ciany domu okazuj± siê makiet±, ulica – scenografi±, realno¶æ atrap±, a zdania wypowiadane przez znajomych tekstem scenariusza?

Analizy procesów kooptacji ruchów emancypacyjnych do mainstreamu wskazuj±, ¿e odbywa siê ona kosztem istotowych postulatów. Pisa³y o tym kolejno dzia³aczki wszystkich wa¿nych ruchów kontestatorskich, od sufra¿ystek, przez kobiety kolorowe, po ekolo¿ki i feministki II Fali. Kultura dominuj±ca coraz czê¶ciej nie tyle zwalcza tre¶ci, które s± wobec niej krytyczne lub demaskuj±ce, co wch³ania je w swój obrêb, wysysa z rewolucyjnego potencja³u i tym samym obezw³adnia. Zostawia formê jako atrakcyjny gad¿et, na którym mo¿na zarobiæ nakrêcaj±c popyt i otwieraj±c now± niszê rynku. Estetyzacja buntu wprzêga dzikiego konia w niewolniczy zaprzêg. Subordynuje tre¶ci do ich przedstawieñ. Tak rewolucja zamienia siê w napis na bluzie, wolno¶æ w ¶wiecide³ko, równo¶æ w modne akcesoria. Tak feminizm staje siê wydmuszk±.

O jego kszta³cie coraz czê¶ciej decyduj± media. Od lat 90. g³ówny wysi³ek polskiego ruchu feministycznego by³ skierowany na doreprezentowanie idei w gazetach, radiu i telewizji. W perspektywie indywidualnej nie poszed³ on na marne. Co siê zmieni³o? Kilka osób zrobi³o medialn± karierê. Kilka robi polityczn±. W mediach g³ównego nurtu pojawia siê publicystyka kilku. Styl ¿ycia kilku – jak mieszkaj±, co jedz± na ¶niadanie, gdzie pij± wódkê, a gdzie kawê i w jakim kolorze ok³adki ksi±¿ek lubi± – sta³o siê po¿ywk± magazynów lajfstajlowych.

Z perspektywy idei, o szerzenie której rzekomo chodzi³o, bilans nie jest zadowalaj±cy. Od mniej wiêcej 6 lat na Manify przychodzi sta³a liczba demonstruj±cych: ok.3-4 tysiêcy ludzi. Od 10 lat ¿aden z wa¿nych jej postulatów nie sta³ siê politycznym sukcesem ruchu. Przypomnijmy, o co walczy³y¶my. Aborcja jak by³a, tak jest zakazana. Mimo pozornie bardziej liberalnych rz±dów antykoncepcja nie ma szans na refundacjê, edukacja seksualna nie ma szans na obecno¶æ w programach szkolnych, za to religia rozrasta siê w przedszkolach i szko³ach jako przedmiot nauczania, by zago¶ciæ na maturze. Ekspertami rz±dowymi w sprawie ¿ycia kobiet s± ksiê¿a, i to w wiêkszym stopniu ni¿ 10 lat temu, gdy rz±dzi³o SLD. Przepa¶æ miêdzy zarobkami kobiet i mê¿czyzn od 7 lat nie zmniejszy³a siê. Ubóstwo jest w równym stopniu co 10 lat temu wiêkszym zagro¿eniem dla kobiet. Feminizacja zawodów niskop³atnych postêpuje, a nie maleje. Uzwi±zkowienie kobiet nie ro¶nie. ¯³obki s± likwidowane, a nie budowane, przedszkola pañstwowe podnosz± op³aty lub znikaj±, powstaj± za to prywatne i drogie. Traktowanie kobiet po ludzku w dziedzinach zdrowia reprodukcyjnego (porody, opieka medyczna podczas menopauzy, dostêp do antykoncepcji), ¿ycia rodzinnego (opieka nad dzieæmi, „drugi etat”), bezpieczeñstwa materialnego (godne emerytury) i psycho-fizycznego (ochrona przed sprawcami przemocy domowej i seksualnej) staje siê elitarnym towarem. Kosztuje coraz wiêcej i to na kolejnych odcinkach kobiecego losu. Los ten w coraz wiêkszym stopniu podlega mechanizmom rynkowym i uzale¿niony jest od posiadanych kapita³ów. Rola p³ci w podziale tych kapita³ów nie maleje.

Realn± szansê realizacji ma parytet na listach wyborczych. Co ciekawe, nie by³ to g³ówny postulat ¿adnej z Manif, lecz Kongresu Kobiet Polskich z 2009 r., utworzonego na bazie sojuszu biznesu, polityki i NGO-sów.

Sukces medialny partykularnej odmiany feminizmu nie ma zatem prze³o¿enia na realn± poprawê ¿ycia kobiet. Ma on jednak moc sprawcz± w obrêbie samego ruchu. Tekstami pisanymi do mediów g³ównego nurtu rz±dzi zrozumia³a zasada: „trzeba napisaæ tak, by wydrukowali”. Wszystko, czego napisaæ nie mo¿na, bo bêdzie zbyt radykalne, zbyt skomplikowane, zbyt ma³o pasuj±ce do dominuj±cego sposobu my¶lenia, zbyt niezrozumia³e lub podejrzane dla redaktorów, zbyt „ideologiczne”, wreszcie zbyt „peerelowskie” - musi zostaæ wyciête. Operacja na przekazie medialnym okazuje siê tak¿e operacj± na umys³ach. Wszystko to, co wylecia³o z przekazu medialnego, z czasem okazuje siê nieartyku³owalne tak¿e w obrêbie ¶rodowiska feministycznego. Strukturalna cenzura medialna staje siê autocenzur± autorek, wymagan± potem od innych feministek. Tak zostaje ona wyznacznikiem dopuszczalnych i niedopuszczalnych sposobów nie tylko argumentacji, ale tak¿e my¶lenia w obrêbie ca³ego ruchu. To swoiste sprzê¿enie zwrotne skutkuje lepieniem feminizmu na mod³ê mediów. Czy to nie za wysoka cena za „szerzenie idei poprzez dostêp do mainstreamu”, skoro i tak obserwujemy tak nisk± tego szerzenia skuteczno¶æ?

Skutek sukcesywnego wydr±¿enia medialnego feminizmu z potencja³u emancypacyjnego obrazuje dyskursywna zbitka: „geje, lesbijki i feministki”. Zbitka, co ciekawe, rzadko przez feministki prostowana, choæ przecie¿ kuriozalna. O ile bowiem geje i lesbijki nale¿± do grup dyskryminowanych, o tyle feministki – same najczê¶ciej uprzywilejowane spo³ecznie i ekonomicznie - podejmuj± siê zadania reprezentowania kobiet jako jeszcze jednej takiej grupy. Mo¿emy siê spieraæ, czy nie pos³uguj± siê fa³szyw± legitymacj± „wszystkich kobiet” do forsowania partykularnych interesów (patrz: zarzuty wobec akcji na rzecz parytetu i do Partii Kobiet), z pewno¶ci± jednak to nie feministki s± grup± uciskan±. Przeciwniczek feminizmu mizoginia nie chroni przed bied±, nie otwiera ich dzieciom drzwi do przedszkola i nie ratuje przed despotycznym mê¿em. Czasem zmniejsza poczucie upokorzenia, gdy w codziennym ¿yciu napotykaj± one na bariery obyczajowego lub instytucjonalnego seksizmu. Tych barier jednak nie zmniejsza.

Zbitka, o której mowa, ka¿e zastanowiæ siê, czy przedmiotem feminizmu zbyt czêsto nie okazuj± siê same feministki. Tak w³a¶nie jeste¶my odbierane. I choæ zestaw „geje, lesbijki i feministki” nierzadko przytaczany jest z aprobat± tworz±cych go dziennikarzy, nas powinien alarmowaæ, bo dowodzi przedstawiania sytuacji feministek jako sytuacji kobiet w ogóle, braku ¶wiadomo¶ci ró¿nic spo³ecznych, a przede wszystkim braku refleksji nad sprzeczno¶ciami interesów. Bo o ile dyskryminowaniem wyedukowanych feministek maj±cych aspiracje do zrobienia medialnej kariery bêdzie np. niechêæ gazet do publikowania ich znakomitych nieraz tekstów, niewiele to jednak ma wspólnego z dyskryminacj± kobiet, które feministki rzekomo reprezentuj± broni±c np. prawa do aborcji. Tutaj tkwi niebezpieczeñstwo oderwania ruchu od grupy, na potrzeby której ruch ten chce uwra¿liwiaæ: w uniwersalizowaniu w³asnej pozycji, zmagañ, aspiracji i ¿yciowych trajektorii. Niedobrze, gdy ruch feministyczny staje siê ruchem w obronie feministek.

Paradoks ten oddaje u¿ycie s³owa: solidarno¶æ. Mo¿e oznaczaæ ono ¶wiadomo¶æ ró¿nic, rezygnacjê z przywilejów i dobrowolne dzielenie siê rozmaitymi kapita³ami z tymi, którzy s± ich pozbawieni. Coraz czê¶ciej s³u¿y jednak zgo³a odmiennemu celowi: jako przykrywka dla ró¿nicy. Sugeruje, ¿e zarówno nierówny podzia³ przywilejów, jak i konflikt interesów miêdzy kobietami z ró¿nych klas nie istniej±. Wystarczy zatem, je¶li - tak jak dot±d - „ka¿da bêdzie robiæ swoje”: np. jedna pracowaæ jako sprz±taczka, druga zatrudniaæ sprz±taczki. Dodatkowo jednak mamy byæ „solidarne”. Obie pozycje zostaj± przedstawione jako równowa¿ne i równoprawne. Postulat wzajemnego wspierania siê kobiet spe³nia tu funkcjê maskuj±c± nierówny podzia³ dóbr. W efekcie pracownica, która odniesie na swoj± szefow± za ³amanie prawa pracy, oka¿e siê niesolidarna. Bez dookre¶lenia, kto z kim ma byæ solidarna i wobec czego, has³o zadzia³a na szkodê s³abszych. Bez wskazania, dla kogo jest ta oferta, skorzysta z niej silniejszy.

Panmedializacja jako strategia oraz niedostrzeganie jej z³ych skutków zarówno w ¶wiecie spo³ecznym jak i w obrêbie ruchu feministycznego to pierwszy pakiet zjawisk, które budz± podejrzenia o fasadowo¶æ feminizmu. Drugi wi±¿e siê z autorytaryzmem ruchu. Jego uczestniczki, które wykraczaj± poza skrojone pod media g³ównego nurtu kszta³ty, krytykuj± niektóre feministyczne poczynania, proponuj± inne i na miarê swoich kompetencji, mo¿liwo¶ci instytucjonalnych, czasowych oraz przede wszystkim finansowych wdra¿aj± je, oskar¿ane s± o dwa grzechy g³ówne: "rozbijanie jedno¶ci ruchu" i "resentyment".

Zazwyczaj ukryty w sferze towarzyskiej, objêty tabu, strze¿ony gro¼b± kary za ujawnienie, autorytaryzm ów ujawni³ siê przy okazji Kongresu Kobiet Polskich. Krytyka KKP – ¿e by³ skrajnie warszawskocentryczny, ¿e wykluczy³ temat aborcji, ¿e reprezentowa³ punkt widzenia i interesy bogatych kobiet, pracodawców i ludzi biznesu, ¿e wpad³ w pu³apki „mistyki kobieco¶ci” itp. – spotka³a siê z szokuj±co chamsk± reakcj±, której przyk³ady mog³yby pos³u¿yæ za s³ownik nowomowy neoliberalnej i... seksistowskiej. Autorki tej krytyki zosta³y oskar¿one o „nieudacznictwo” (tak jak o nieudacznictwo oskar¿a siê tych, którzy nie odnie¶li kapitalistycznie rozumianego sukcesu, ale tak¿e kobiety, które walnê³y g³ow± w szklany sufit), „wylewanie prywatnych ¿alów” (ten argument czêsto pada pod adresem zwi±zkowczyñ), „zazdro¶æ” (sugeruj±c±, ¿e kobiety, które wystêpuj± publicznie i chc± akcesu do polityki, i tak kieruj± siê emocjami i prywat±), „bezinteresowny jad” (zatem kobiety to wredne, niebezpieczne, podstêpne istoty) oraz uleganie podszeptom swoich ch³opaków (jak widaæ nie tylko socjobiolodzy i Janusz Korwin-Mikke, ale tak¿e niektóre feministki uwa¿aj±, ¿e kobiety nie potrafi± niezale¿nie my¶leæ i podejmowaæ decyzji, a jedynie kierowaæ siê hormonami). A¿ dziw, ¿e nikt nie oskar¿y³ krytyczek KKP o brak urody.

Nie wykluczam, ¿e krytyka feministycznych przedsiêwziêæ, które otrzymuj± mainstreamow± legitymacjê, jest podyktowana zbyt du¿± dawk± rewolucyjnej czujno¶ci. Z pewno¶ci± jednak mo¿na by czerpaæ z niej po¿ytki. W sytuacji, gdy kultura dominuj±ca jest wyposa¿ona w coraz lepsze narzêdzia przechwytywania najbardziej radykalnych znaczeñ, ich rozbrajania i neutralizowania, czujno¶æ taka powinna byæ traktowana jako cenny g³os w ³onie feminizmu. Byæ mo¿e losem wszystkich wspó³czesnych ruchów emancypacyjnych jest nieustanna gra z mainstreamem i oscylowanie miêdzy wykorzystywaniem go, a byciem wykorzystanym. W tym kontredansie rozk³ad si³ jednoznacznie wskazuje na tego, kto powinien bardziej uwa¿aæ nim i tak przegra.

Niezamierzonym sukcesem Kongresu Kobiet Polskich by³o wywo³anie tej w³a¶nie polemiki, a co za tym idzie: ujawnienie ró¿norodno¶ci polskiego feminizmu. Wobec tak kontrowersyjnego wydarzenia przymus pokazywania „jednej twarzy feminizmu” okaza³ siê nareszcie zbyt s³aby. Do tej pory by³ on wymuszany poprzez nieformalne wykluczanie tych, którzy ujawniali pêkniêcia w monolicie. Strategia ukazywania feminizmu jako jednorodnego przedsiêwziêcia nie by³a nigdy ani przedyskutowana, ani decyzja o niej demokratycznie podjêta. Debata wokó³ KKP przypomina chwilami kamieniowanie przez rozjuszony lud kilku nieszczê¶niczek, którzy odwa¿y³y siê powiedzieæ dwa zdania wiêcej ni¿ wolno i nawet nie wiedzia³y, ¿e z³ama³y tym jakie¶ prawo, bo znane jest ono jedynie prawodawczyniom. Niemniej sprawi³a ona, ¿e karanie za naruszenie hierarchii zabierania g³osu w obrêbie ruchu feministycznego osi±gnê³o pu³ap publiczny i sta³o siê jawne.

Warszawski ruch feministyczny - z powodu sto³eczno¶ci hegemoniczny wobec feminizmów w innych miastach - dzia³a na zasadzie charyzmy samozwañczych liderek. Charyzmy mylonej przez wszystkie jego uczestniczki – niezale¿nie od pozycji, jakie w tym ruchu zajmuj± - z kompetencjami, zas³ugami lub sta¿em „dzia³actwa”. Trudno nazwaæ takowymi kapita³y owocuj±ce pewno¶ci± siebie, przekonaniem o w³asnej warto¶ci i sukcesem medialnym. Nie jest niczyj± win±, ¿e z kapita³u korzysta. Dobrze jednak, gdy trosk± emancypantek jest, by cnot± uczyniæ odpowiedzialne wobec innych rozporz±dzanie owym kapita³em, a nie u¿ywanie go do windowania w³asnej pozycji kosztem innych. Skrajnie niedemokratyczne procesy decyzyjne jak i podzia³ najbardziej lukratywnych dzia³añ daj±cych dostêp do indywidualnej kariery s± w obrêbie ruchu uzasadniane wiekiem liderek, co jest argumentem czysto ageistowskim, lub ilo¶ci± przepracowanych feministycznie lat, co jest argumentem jawnie nieprawdziwym. Tylko jeden z miliona przyk³adów: przemawianie podczas Manify z platformy jest presti¿owym zajêciem. Tym razem wykonywa³a je m.in. Jolanta Kwa¶niewska, choæ jeszcze 2 lata temu nie by³o jej w gronie organizatorek Manif ani dzia³aczek na rzecz kobiet. Przede wszystkim jednak nigdy ani te, ani ¿adne inne kryteria nie zosta³y wspólnie przedyskutowane i przyjête.

Neutralizowanie rang spo³ecznych i dba³o¶æ o uczestnictwo na równych prawach – bez wzglêdu na nazwisko, wiek, stopieñ wygadania i stopieñ naukowy, stan maj±tkowy, tzw. charyzmê i dostêp do prawomocnych mediów – powinno byæ równie wa¿nym postulatem ruchu feministycznego jak prawo do aborcji czy walka o równe p³ace. Choæ jego realizacja wymaga ¿mudnych i nudnych starañ, æwiczeñ i praktyk, choæ ogranicza popisy jednej aktorki, show drugiej, krasomówstwo trzeciej i spektakularne gesty czwartej – jest nie tylko s³uszne z punktu widzenia postulatu równo¶ci, ale na d³u¿sz± metê siê op³aca. Oznacza bowiem wypracowywanie w praktyce innego modelu wspólnoty. Wspólnoty opartej na szacunku i równo¶ci, d±¿±cej do demokracji. Dba³o¶æ o ni± wymaga wysi³ku, setek pora¿ek i zniechêceñ. Przez osoby dot±d uprzywilejowane czêsto odbierane jest jako sztywniactwo, biurokratyzm, podcinanie skrzyde³. W ten sposób - znowu - interes elit mylony jest z interesem wszystkich kobiet.

Dlatego na Dzieñ Kobiet ¿yczê nam wszystkim dwóch nonkonformizmów. Pierwszy to ten, który sprawia, ¿e dostrzegamy niesprawiedliwo¶æ i krzywdê. ¯e szukamy ich przyczyn. ¯e sprzeciwiamy siê im oraz dominuj±cym pogl±dom, które je uzasadniaj±. Ten nonkonformizm robi z nas feministki. Drugi to nonkonformizm w obrêbie ruchu, do którego zaprowadzi³ nas pierwszy. Niezag³uszanie w³asnych rozterek, w±tpliwo¶ci, s±dów. Wyra¿anie ich. Zadawanie pytañ, polemizowanie, krytycyzm. Próba sprostania w³asnym postulatom. To niezale¿no¶æ my¶li. O tyle trudniejsza, ¿e wci±¿ popularne sekowanie feminizmu ka¿e feministkom szukaæ sojuszniczek jedynie w¶ród innych feministek. W efekcie walka o niezale¿no¶æ niesie za sob± ryzyko podwójnego wykluczenia: ze ¶wiata dominacji i ze ¶wiata kontestacji.

Oczekiwanie, ¿e ruch feministyczny nie powieli struktur dominacji jest tyle¿ zrozumia³e, co ja³owe. Zrozumia³e, bo sprzeciw wobec mechanizmów tej dominacji poniek±d ruch ukonstytuowa³. Ja³owe, bo urodzi³y¶my siê i wychowa³y¶my w ¶wiecie zasad, które próbujemy znie¶æ. Nie znamy innego modelu spo³eczeñstwa, relacji miêdzyludzkich, kryteriów oceniania. Ale to w³a¶nie nonkonformizm wewn±trz ruchu – zw³aszcza takiego, który nie jest ju¿ tylko prze¶ladowany, upupiany i dyskredytowany, lecz ma moc sprawcz± – zrodzi³ najbardziej postêpowe idee. Chocia¿by takie jak II Fala feminizmu, wyros³a m.in. z buntu przeciwko powielaniu patriarchalnych struktur w obrêbie wolno¶ciowych ruchów lewicowych lat 60.

Wieloletni brak gratyfikacji z aktywno¶ci feministycznej – w postaci skuteczno¶ci podejmowanych dzia³añ - jest do¶wiadczeniem bolesnym, frustruj±cym i demobilizuj±cym. Wyg³odnia³e jej, feministki upatruj± docenienia w ¶wiecie mediów i domagaj± siê go od kole¿anek. Nazywaj±c go siostrzeñskim wsparciem, ¿±daj± bezkrytycznego zachwytu. W³a¶nie z nadziej± na gratyfikacjê i jej oczekiwaniem najtrudniej sobie poradziæ. Ale nonkonformizm i gratyfikacja le¿± po ró¿nych stronach barykady. Mamy solidne podstawy, by uznaæ to za zobiektywizowany fakt, a nie – jak próbuje siê nam wmówiæ - w³asn± nieudolno¶æ lub osobist± pora¿kê. Podstawy te daje nam nie kto inny jak sam feminizm. Najtrudniej poradziæ sobie z wszêdobylsk± indywidualizacj±. Ona jest jak toksyna: odbiera moc dzia³ania i poczucie w³asnej warto¶ci. Dlatego - paradoksalnie – to w³a¶nie ¶wiadomo¶æ deterministyczna obdarza poczuciem wolno¶ci. ¯yczê nam wszystkim, by¶my nie bali siê zarzutu o resentyment, lecz przygarnêli go jako konieczne dziecko nadziei na równe traktowanie i ukrytych nierówno¶ci. „Resentyment” to jeszcze jedno ideologiczne narzêdzie, s³owo-klucz przerzucaj±ce na jednostki winê za wykluczenie, którego do¶wiadczaj± lub marginalizowanie tre¶ci, które g³osz±. Dezawuuje ono ich w³a¶nie wtedy, gdy próbuj± na to wykluczenie zareagowaæ.

Oczywi¶cie mo¿na twierdziæ, ¿e za wszystko odpowiadaj± indywidualne cechy charakteru, przypad³o¶ci personalne, prywatne animozje i frustracje. Idê o zak³ad, ¿e ten tekst w pierwszej kolejno¶ci doczeka siê w³a¶nie takich komentarzy. A skoro tak, to idea feministyczna traci racjê bytu. Bo czy¿ nie to w³a¶nie robi feminizm: wskazuje, ¿e rozmaite struktury nierówno¶ci decyduj± nie tylko o naszych losach, ale tak¿e o naszych charakterach? Czy to nie feminizm dekonstruuje mity w rodzaju: „chcieæ to móc” dowodz±c, ¿e o niemo¿no¶ci decyduj± bariery instytucjonalne, najpierw spo³eczne, potem psychiczne, oraz tyle¿ pisane, co niepisane hierarchie, w którym jedn± jest hierarchia p³ci? Czy to nie feminizm ukazuje zgubne dla kobiet skutki tych hierarchii? Ich arbitralno¶æ oraz niesprawiedliwo¶æ i krzywdê, któr± one powoduj±?
Znawca kobiet
2010-02-14 18:58:49
Niniejszym powo³ujê do blogowego ¿ycia S£OWNIK MIZOGINII (w skrócie: SM). Rozpoczynam od koñca, czyli od litery Z, ale nie s±dzê, by tak skromna sprawa by³a w stanie postawiæ mizoginiê do góry nogami. Panie i Panowie, dzisiejsze has³o brzmi: ZNAWCA KOBIET.

Jak znawca win. Albo samochodów. Lub znawca owadów. Znawca starych radioodbiorników. Ten facet zna siê na schorzeniach nerek, a tamten zna siê na kobietach. Ten umie oceniæ przebieg auta po ha³asie, jaki robi silnik. Tamten - rocznik wina po zapachu. Znawca malarstwa odró¿ni orygina³ od kopii, a znawca miejski - sygna³ karetki od koguta ABW. Jedni s± znawcami, bo maj± taki zawód, inni - bo maj± hobby. Jedni i drudzy umiej± oceniæ, wyceniæ, doceniæ, skrytykowaæ, dokupiæ czê¶ci zamienne, znale¼æ, opisaæ. Z daleka rozpoznaæ, jaki to model i jaki ma przebieg, który to rocznik i jaki ma mocznik.

Zastanówmy siê, co to w³a¶ciwie znaczy, ¿e kto¶ jest "znawc± kobiet".

Hipoteza pierwsza: ROZUMIE KOBIETY.
Zatem kobiety s± trochê jak psy? Po sposobie machania ogonem, wiercenia siê, skomlenia lub szczerzenia k³ów dobry weterynarz szybko rozpozna, ¿e co¶ psa boli albo czworonóg jest w¶ciek³y. Z pewno¶ci± jednak wymaga to wykraczaj±cych poza ludzk± normê kompetencji. Znajomo¶ci specjalnego kodu. Kodu niedostêpnego przeciêtnym ¶miertelnikom. Czy¿by kobiety nie mówi³y w jêzykach znanych tak¿e mê¿czyznom? Komunikuj± szczekaj±c? Miaucz±c? W specjalnie stworzonym jêzyku migowym? A mo¿e zamiast mówiæ machaj± nog±, staj± na g³owie, hucz± jak sowy? Czy jêzyk kobiecych cia³, gestów, a nawet emocji (milczenie, p³acz, szept, podniesiony g³os, trzês±ce siê rêce) jest tak hermetyczny, ¿e tylko "znawca kobiet" potrafi go zrozumieæ? To¿ to doprawdy obelga dla mo¿liwo¶ci pojmowania wszystkich pozosta³ych. Pozosta³ych ludzi, rzecz jasna (miêdzy sob± kobiety na pewno siê rozumiej±).

Hipoteza druga: SPA£ Z WIELOMA KOBIETAMI.
Skoro na skutek wielu partnerek nasz delikwent og³asza, ¿e "zna siê" na potrzebach seksualnych kobiet, to znaczy, ¿e wszystkie kobiety pragn± tego samego oraz maj± identyczne seksualne preferencje. To kwestia guzików, które trzeba umieæ namierzyæ, dosiêgn±æ i w odpowiednim momencie nacisn±æ. Zosia, Kasia i Marysia to tylko reprezentantka kobiecego cia³a zbiorowego, do którego jest jeden klucz, jedna mapa, jeden kompas, jeden domofon, jedna klamka. Znawca kobiet nie kocha siê z Basi±, Mariol± lub Krysi±, bo wszystkie s± przecie¿ identyczne. On nawet nie musi ka¿dej poszczególnej s³uchaæ i widzieæ, bo on siê kocha z Kobiet± przez du¿e ka. Pytanie tylko, kto ma z tego frajdê.

Hipoteza trzecia: WIE, JAK ZDOBYÆ KOBIETÊ.
Zatem kobiety s± jak szczyt w Tatrach. Albo, o nieba, w Himalajach! Albo jak w latach 80. cukier na przetwory. Albo jak kredyt na samochód, gdy nie ma siê sta³ych dochodów. Znawca kobiet wie, jak podej¶æ, jak zachachmêciæ, jak oszukaæ. A kiedy ju¿ zdobêdzie, zatknie na szczycie flagê, wyprê¿y musku³y, zrobi sobie zdjêcie na dachu ¶wiata. Zatr±bi na pó³ dzielnicy, wystawi ³okieæ za okno i ¶mignie setk± po osiedlowej uliczce.

Hipoteza czwarta: ZNA SIÊ NA KOBIECEJ URODZIE.
A zatem esteta! Ma w oku miarkê i ma w kieszeni dzienniczek, w nim stopnie wpisuje za dobrze dobrane korale, odpowiedni dekolt, w³a¶ciwy krój nogawki, u¿yty na czas krem przeciwzmarszczkowy. Umie oceniæ, która jest pod³ug najnowszych kanonów, a która lekko w rozwoju mody zapó¼niona. Po ubiorze, makija¿u, rysach twarzy, sylwetce potrafi trafnie oceniæ, ile ka¿da jedna jest warta. Pytanie tylko: warta czego? Ale dla znawcy kobiet to pewnie g³upie pytanie. Nie wybierze takiej, która by je sobie zada³a. Tym bardziej takiej, która zada³aby je jemu.

Hipoteza pi±ta: WIE, NA CO J¡ STAÆ.
Zatem potrafi orzec, która siê na co nadaje. ¯e ta na ¿onê, a tamta na kochankê. Umie szybko rozpoznaæ, ¿e z t± bêdzie ciê¿ko, bo zacznie siê awanturowaæ przy pierwszej zdradzie, z tamt± mo¿na siê pokazaæ kolegom, ale na o¿enek za frywolna, a trzecia dobra na matkê dzieciom, ale z szaleñstw nici. S± konie poci±gowe i s± konie na wy¶cigach. S± si³aczki i s± damy. S± pudelki i s± pitbule. On umie odró¿niæ rasy, gatunki, rodzaje. Psa mo¿na po sier¶ci, a kobietê? Po czym?

Najczê¶ciej wyra¿ony w formie komplementu, "znawca kobiet" wystêpuje tak¿e w bardziej zawoalowanych postaciach. Zwykle macha do nas rêk±, pokazuje komplet zêbów i huczy tubalne: "Hej, tu jestem!", gdy kolejny jegomo¶æ opowiada o kobietach tak, jakby by³y jakim¶ specjalnym gatunkiem. Kosmitkami, amebami, nieznanym formatem pliku tekstowego albo kwadratem o sumie k±tów 195.

I tak ostatnio do panteonu znawców kobiet doszlusowa³ Juliusz Machulski. "Kobiety burz± ¶wiêty spokój. Trzeba ogromnej dojrza³o¶ci, by umieæ sobie z tym poradziæ" - rzek³ on w radiowej audycji (Tok Fm, 13/2/2010). A gdyby tak: "Mê¿czy¼ni burz± ¶wiêty spokój. Trzeba ogromnej dojrza³o¶ci, by sobie z tym poradziæ"? Cz³owiek siê zajmuje powa¿nymi sprawami. Pcha ¶wiat do przodu, a ¶wiat pcha cz³owieka. ¯yj± w symbiozie i wzajemnie sobie pomagaj±. Dziêki wysi³kom cz³owieka ludzko¶æ nie zamieni³a siê jeszcze w krwaw± jatkê. A¿ tu nagle na drodze wyrasta cz³owiekowi mê¿czyzna. Odwraca jego uwagê, figle p³ata, mami, przyci±ga, do gry zaprasza niejasnej. Zrozumieæ go nie sposób, bo jego sposób my¶lenia jest jaki¶ pokrêtny, mêtny, dziwaczny, o ile to w ogóle mo¿na nazwaæ my¶leniem. Wygl±da na istotê ma³o powa¿n±, polegaæ na nim nie nale¿y, zaufaæ mu te¿ nie idzie. A jednak ma moc przyci±gania, wiêc cz³owiek czasem, jak siê zapomni, pozwala sobie na nutê szaleñstwa i beztroski. Znika z mê¿czyzn± w czelu¶ciach irracjonalnych, by powróciæ znowu do spraw wa¿nych. Powróciæ gotow± na nowe wyzwania.
K³opot w tym, ¿e o takich ludziach nie mówi siê: "znawczyni mê¿czyzn". Raczej: "zimna suka", "lesba" lub "stara panna".
Kokardka na majtkach
2010-02-12 11:36:35
Damska bielizna cierpi na uporczyw± przypad³o¶æ: kokardki. Na majtkach, biustonoszach, koszulach do spania. Na bazarach, w sieciówkach, sklepach z bielizn±. Ze ¶wiec± szukaæ gaci bez gustownie skrzy¿owanej, po³yskuj±cej wst±¿eczki. Jak nie z przodu to z boku, jak nie z boku to z ty³u. Nie da siê jej odczepiæ, bo jest doszyta. Nie da siê jej wyrwaæ, bo rozprujesz szew.

Kokardka jak na prezencie imieninowym, jak na choince, jak na kwiatku. Wygl±da na to, ¿e kobiety s± podarkami. Zapakowanymi w bieliznê jak pude³ko w papier. Same siê w ten papierek pakuj±, ¿eby kto¶ mia³ frajdê ze zgadywania, co jest w ¶rodku. Z odpakowywania. Zawi±zuj± siê figlarnie, by kto¶ móg³ poci±gn±æ za sznurek.

Kokardka jest atrybutem dziewczêcym. Nosz± j± dziewczynki we w³osach. Zawi±zuj± na kokardki warkocze. Zawi±zuj± je sobie nawzajem. Kokardka udziecinnia. Doros³ych infantylizuje. Najpierw ukobiecenie cz³owieka, potem udziecinnienie kobiety. Podwójne rozbrojenie. Podwójna degradacja. Wszak ani kobiety, ani dzieci nie rozporz±dzaj± w³asnym ¿yciem na równi z mê¿czyznami. Nie dysponuj± równ± im niezale¿no¶ci±.

Reklamy majtek i staników prezentuj± dwa towary: bieliznê i kobietê, która j± nosi. Bielizna jest towarem pomocniczym. Sprawi, ¿e towar g³ówny zas³u¿y na wziêcie. Nikt nie reklamuje majtek jako ciep³ych, dobrych na upa³, przewiewnych, wygodnych, nie w¿ynaj±cych siê w ty³ek, zrobionych z materia³u nie wywo³uj±cego alergii. Producenci biustonoszy nie przekonuj± kobiet, ¿e zapinka nie bêdzie drapaæ, druty nie bêd± obcieraæ, a rozliczne falbanki nie s± zrobione z drapi±cego materia³u. Reklamy bielizny maj± jeden przekaz: bêdziesz siê podobaæ mê¿czyznom.

Dostaæ majtki bez kokardki graniczy niemal z cudem. Je¶li, to w najdro¿szych sklepach z bielizn±. Im drobniejszy i cieñszy skrawek materia³u, tym dro¿szy. Ceny majtek bywaj± wy¿sze ni¿ ceny zimowych kurtek, rega³ów albo u¿ywanych rowerów. Maj± siê one nijak do wynagrodzenia za ich uszycie ani do ceny materia³u, z którego zosta³y wykonane. Ci, co je robi±, dostaj± za nie tyle, by starczy³o na miskê ry¿u. Za to na "europejskich" ulicach zawisa kolejna reklama z kobiecym cia³em zapakowanym w kilka wst±¿eczek. Nic tylko wzi±æ i komu¶ j± wrêczyæ. Po³o¿yæ pod choinkê. Daæ synowi na osiemnaste urodziny. Kumplowi na wieczór kawalerski. Do u¿ywania.

O szkodliwo¶ci ofiar
2010-01-10 22:57:03

"utworzyli¶cie sobie now± szko³ê
i wojujecie w niej brudem i b³otem.
Piêkno przede wszystkim panie! piêkno!
idea³, a nie rzeczywisto¶æ, bo do¶æ ju¿ jej dooko³a mamy."
Gabriela Zapolska, "Ka¶ka Kariatyda"




Tekst „Dobra kobieta to martwa kobieta” doczeka³ siê wielu komentarzy na forach Lewica.pl i Feminoteka.pl. G³osy polemiczne, które uwa¿am za istotne, wymagaj±ce namys³u i odpowiedzi, kr±¿± wokó³ zagadnienia tzw. wiktymizacji.

Wiktymizacja oznacza przedstawianie kobiet jako ofiar, nag³a¶nianie ich krzywdy i uwypuklanie bezsilno¶ci. Pojêcie to u¿ywane jest pejoratywnie jako wskazanie, ¿e krytykowane ujêcie kwestii kobiecej ma charakter jednostronny i ideologiczny. Szkodliwo¶æ wiktymizacji u¿ytkownicy tego pojêcia argumentuj± na dwa sposoby: feministyczny i uniwersalizuj±cy.

W obrêbie feminizmu „wiktymizacja” uwa¿ana jest za niew³a¶ciw±, bo:

- Przedstawianie ze szczegó³ami rozmaitych form przemocy oraz losów i prze¿yæ ofiary umacnia opisywan± sytuacjê, rysuj±c j± jako jedyn± mo¿liw± lub jako trudn± do zmiany.

- Sugestywno¶æ takiego opisu czyni kobiety jeszcze bardziej bezradnymi i sprawia, ¿e wyj¶cie z sytuacji przemocowej wydaje im siê coraz mniej mo¿liwe. Tymczasem rol± feminizmu jest wzmacniaæ subiektywne poczucie si³y kobiet na tyle, by podejmowa³y próby jednostkowego i zbiorowego wyzwalania siê z sytuacji opresji.

- Przedstawianie kobiet jako ofiar wzmacnia esencjalne postrzeganie p³ci nawet, je¶li nie jest to zamierzeniem przedstawiaj±cej/go. Podtrzymuje przekonania o naturalnej s³abo¶ci kobiety, czyni±cej z niej potencjaln± ofiarê i naturalnej sile mê¿czyzny czyni±cej z niego potencjalnego agresora. Przekonania te konstruuj± genderow± rolê mê¿czyzny jako opiekuna. Rola ta ma dwa oblicza: obroñcy, ale i kata.

- Przedstawianie kobiet jako ofiar sprawia, ¿e znika z pola widzenia sieæ innych wspó³zale¿no¶ci i relacji w³adzy, tak¿e tych, w których kobiety – z racji przywilejów innych ni¿ p³eæ lub z powodu innych gier genderowych - panuj± nad innymi. W efekcie wiktymizacja jest narzêdziem uniewinniania kobiet, ideologicznym wymazywaniem kobiecej odpowiedzialno¶ci i przerzucaniem jej na barki mê¿czyzn.

- Skupiaj±c siê na jawnym i brutalnym przejawie hierarchicznych relacji miêdzyludzkich i relacji p³ci, jak± jest przemoc, wiktymizacja lekcewa¿y inne, bardziej subtelne, formy dominacji. Rysuj±c sytuacjê w kategoriach strukturalnych zale¿no¶ci kobiet od mê¿czyzn, bagatelizuje ten wymiar koegzystencji, który podlega negocjacjom, jest tworzony na równi przez obie strony relacji.

- Wreszcie wiktymizacja skupia siê na skutkach przegranej gry o w³adzê lub niezale¿no¶æ, zamiast przedstawiaæ i analizowaæ sam proces gry.

Rozumiem niechêæ do ogl±dania kolejnych kobiecych ofiar. Zgadzam siê, ¿e obrazy te najczê¶ciej odbieraj± dobre samopoczucie. By przeciwdzia³aæ opresji trzeba jednak najpierw porz±dnie j± zdiagnozowaæ. Potem wyci±gn±æ wnioski z diagnozy. Z których najwa¿niejszymi bêd± przyczyny analizowanych zjawisk.

Lubiê zafundowaæ sobie od czasu do czasu emocjonalne katharsis w towarzystwie szelmowskiej Thelmy i charyzmatycznej Louise. Obcowanie z niezniszczaln± Beatrix, która wykonuje genialny plan zemsty, by na koñcu rozerwaæ serce Billa na strzêpy, zado¶æuczynia i moim prze¿yciom. Nie ma we mnie za grosz wspó³czucia, gdy Lisabeth Salander torturuje swojego opiekuna socjalnego odp³acaj±c mu za poni¿enie, gwa³t i sadyzm. Kiedy królowa El¿bieta wykrzykuje gniewne: 'There will be no master!" i odmawia zam±¿pój¶cia, by samodzielnie rz±dziæ Angli±, przechodz± mnie ciarki podziwu. Uleg³a i bezbronna kobieta, która noc± zamienia siê w dzikiego i drapie¿nego kota, by czyniæ sprawiedliwo¶æ, ale i spe³niaæ swoje zachcianki, jest tak¿e moj± fantazj±. Mocna w gêbie, piêknej postury, imponuj±cej si³y i wytrzyma³o¶ci Ripley, która potrafi stawiæ czo³o Obcemu, zajmuje poczytne miejsce w panteonie moich ulubionych bohaterek.

A jednak nie widzimy koñca Thelmy i Louise, choæ przecie¿ mo¿emy go sobie dopowiedzieæ, skoro skacz± w przepa¶æ. One wiedz±, ¿e amerykañskie prawo nie ochroni kobiety, która w obronie innej kobiety zabi³a gwa³ciciela. A tym bardziej takiej, która ukrad³a pieni±dze, by uciec od mê¿a, bo traktowa³ j± jak pos³ugaczkê. Gdyby "Kill Bill" mia³ co¶ wspólnego z rzeczywisto¶ci±, nawet tak bieg³a w sztukach walki Betarix Szkrab, maj±c przeciwko sobie armiê sprzymierzonych i równie wyszkolonych zabójców, zginê³aby najpó¼niej w drugiej scenie. Splot okoliczno¶ci, który pozwoli³ Salander odzyskaæ wolno¶æ od prze¶ladowcy, zdarza siê jedynie w scenariuszach zw³aszcza, ¿e mówimy o osobie prawnie ubezw³asnowolnionej. Królowa El¿bieta, która zdobywa serca dum± i niezale¿no¶ci±, swojej w³adzy u¿ywa³a tak¿e do bezwzglêdnego rozprawiania siê z ka¿dym, kto zagra¿a³ jej panowaniu. Królow± za¶ zosta³a nie moc± w³asnych wysi³ków i woli, lecz z racji urodzenia. Choæ rozgl±dam siê za ni±, nie widzia³am Catwoman na warszawskich ulicach, podobnie zreszt± jak Spidermana, Zorro czy Batmana. Porucznik Ripley mierzy siê z obcym, ale dla wiêkszo¶ci kobiet wiêkszym zagro¿eniem s± "swoi" - domownicy lub s±siedzi. A ich polem walki bywa czê¶ciej autobus lub w³asne mieszkanie, ni¿ statek kosmiczny.

"Kill Bill", "Elizabeth", kolejne ods³ony "Obcego" czy "Catwoman", a tak¿e bohaterki takie jak wojownicza ksiê¿niczka Xena to albo bajki, albo historie postaci, które dzier¿y³y w³adzê jako dziedziczki i których w³adza nie przek³ada³a siê na polepszenie losu kobiet im poddanych, albo w najlepszym razie niemo¿liwe losy mo¿liwych postaci.

W istocie zarzut wiktymizacji nader czêsto skrywa potrzebê zbawczej narracji, z których wiêkszo¶æ ma charakter usypiaj±cy. W najlepszym razie przynosz± one chwilow± ulgê i przywo³uj± falê marzeñ o lepszym ¶wiecie. Dlatego staram siê nie polemizowaæ z feministycznymi Sienkiewiczami, dopóki ich zwolenniczki nie myl± postulatów z rzeczywisto¶ci±.

Choæ widzê potrzebê opowie¶ci ku pokrzepieniu serc, obserwujê tak¿e ich skutki uboczne. Bajki o silnych bohaterkach, które walcz± ze z³em, mszcz± krzywdy w³asne i naprawiaj± ¶wiat dla innych, by na koñcu zostaæ s³awne, piêkne i bogate, potrafi± przes³oniæ rzeczywisto¶æ tak¿e doros³ym. Wiele z nich to nowe wersje "Kopciuszka", przygotowane specjalnie na potrzeby kobiet, które chc± "mieæ ciastko i zje¶æ ciastko": ¿yæ jak wyemancypowane, niezale¿ne kobiety, a jednocze¶nie cieszyæ siê przywilejami, które daje im patriarchat. Byæ t±, która co prawda nie sp³oszy siê wzrokiem ksiêcia, bêdzie j± staæ na taksówkê do domu, a w windzie zgubi nie pantofelek, lecz nowy model najka, ale rano bêdzie czekaæ na telefon od ksiêcia i klakson jego beemy pod domem. Fantazja, by byæ piêkn±, bogat± i wygadan± kobiet±, która g³osi feministyczne pogl±dy, a mimo to kochaj± j± media oraz mê¿czy¼ni, ona za¶, oprócz pe³nego sukcesów ¿ycia zawodowego, ma tak¿e szczê¶liwe ¿ycie osobiste i wyposa¿ona w wspieraj±cego mê¿a oraz cudowne, zdrowe dziecko og³asza w wiadomo¶ciach kobiec± niepodleg³o¶æ, spe³nia siê jedynie w filmach.

Je¶li naszym celem jest poszerzanie wolno¶ci kobiet i projektowanie spo³eczeñstwa opartego na równo¶ci, potrzebny jest przede wszystkim adekwatny, wyczerpuj±cy opis rzeczywisto¶ci, któr± chcemy zmieniaæ. Póki co niewiele w niej królowych i zwyciêskich wojowniczek, stanowczo wiêcej postaci takich jak Aileen Wuornos z filmu "Monster", Vera Drake, bohaterki "Gwa³tu", "4 miesiêcy, 3 tygodni i 2 dni", "Wy¶nionego ¿ycia anio³ów", filmów "Nie czas na ³zy", "Import/Export" czy "Plac Zbawiciela". Realizm tych opowie¶ci przyt³acza i przera¿a. Bol± od niego oczy i bol± od niego brzuchy. A jednak nie nazwa³abym ich wiktymizuj±cymi, lecz trafn± diagnoz± przyczyn opresji. Wszystkie te filmy w przekonuj±cy sposób pokazuj±, ¿e o losach kobiet, zw³aszcza tych z ni¿szych warstw spo³ecznych lub z krajów le¿±cych poza europejskim i amerykañskim dobrobytem, decyduj± czynniki, na które nie maj± one ¿adnego wp³ywu lub wp³yw zgo³a niewielki. Wspomniane produkty kultury dobrze te czynniki unaoczniaj±, wyliczaj± i analizuj±. Wszystkie ukazuj± kontekst i spo³eczne t³o narodzin ofiar. Poprzez nakre¶lenie sytuacji t³umacz±, dlaczego zmagania wielu kobiet o poprawê w³asnego bytu s± skazane na pora¿kê lub wymagaj± s³onej zap³aty.

Za faktycznie szkodliwe uwa¿am natomiast te teksty kultury, w których obrazowi ofiary nie towarzyszy choæby szkic rzeczywisto¶ci spo³ecznej, ekonomicznej, rodzinnej, która czyni kobietê bezradn±. Przyk³adem takiej produkcji jest film "Nieodwracalne", gdzie krzywda zostaje naestetyzowana po to, by by³a podniecaj±ca.

Bezsilno¶æ to jedno z najbardziej upokarzaj±cych i traumatycznych prze¿yæ. Pozbawia podmiotowo¶ci, wyrz±dza trwa³± krzywdê, bo odziera z godno¶ci. Mo¿na prze¿ywaæ j± wobec konkretnego cz³owieka – kogo¶, kto ma nad nami w³adzê i kogo siê boimy, ale tak¿e wobec bezimiennego mechanizmu, wyalienowanej, bezosobowej struktury takiej jak niesprawiedliwe prawo, system pracy, przepisy.

Nie chcemy bezsilno¶ci nawet ¶wiadkowaæ, a co dopiero poczuæ. Nie chcemy ogl±daæ tych, którzy jej do¶wiadczaj±. Je¶li, to takich, dla których jest ona ju¿ tylko przesz³o¶ci±, wspomnieniem, przepracowan± traum±, tym, co "nie zabi³o, wiêc wzmocni³o". Takich, którzy s± ju¿ "pozbierani", na nowo scaleni, wyposa¿eni w si³ê "cz³owieka po przej¶ciach".

Dyskurs ofiary jest pozaparlamentarny. Odgrodzony murem szpitala psychiatrycznego, gabinetu terapeutycznego, domu starców, schroniska samotnej matki albo ofiar handlu lud¼mi, o¶rodka dla uchod¼ców, zostaje dyskretnie usuniêty z publicznej przestrzeni w sferê prywatn±, gdzie mówi siê szeptem i tonem troski. Te azyle chroni± przebywaj±cych w nich ludzi, ale tak¿e resztê spo³eczeñstwa przed kontaktem z tym, co nie ma prawa pojawiæ siê w ¶wiecie, gdzie o byciu cz³owiekiem ¶wiadczy panowanie nad sob±. Widok ofiary konfrontuje ze stanem, którego boimy siê do¶wiadczyæ, wiêc nie dopuszczamy wobec niego empatii. Wyrzucamy poza nawias widzialno¶ci i s³yszalno¶ci tych, którzy nie panuj± nad sob±, bo kto¶ zapanowa³ nad nimi: nad ich mow±, czynami, funkcjami ¿yciowymi.

Ofiara, która siê rozpad³a zamiast pozbieraæ, która sobie "nie poradzi³a" zamiast dzielnie zawalczyæ o w³asne ¿ycie, podlega kolejnej przemocy. Tym razem bêdzie ni± izolacja. Niedobrze, gdy izolacjê tê wspieraj± argumenty o szkodliwo¶ci wizerunku ofiary dla kobiecego empowerment.

Drugi typ krytyki, który nazywam uniwersalizuj±cym, zaprezentowa³ niedawno Jacek ¯akowski i opatrzy³ mianem "ryzyka emancypacji":

„Prawid³owo¶æ historyczna jest taka, ¿e wielkie emancypacje (religijne, stanowe, narodowe, klasowe, rasowe) wyrasta³y z buntu przeciw niesprawiedliwo¶ciom i okrucieñstwom losu, a potem same tworzy³y nowe niesprawiedliwo¶ci i nowe okrucieñstwa. Okrucieñstwa nowoczesnych spo³eczeñstw - od gilotyny po gu³ag, islamski terroryzm i pisowsk± lustracjê - by³y ubocznym produktem wielkich emancypacji. Przyjêcie to¿samo¶ci ofiary nieodmiennie niesie bowiem pokusê rycza³towego usprawiedliwienia wszystkiego, co - choæ iluzorycznie - s³u¿y emancypacji. Nowe okrucieñstwa uzyskuj± status obrony koniecznej, a to sprawia, ¿e ju¿ nie podlegaj± normalnej moralnej ocenie. Ka¿dy emancypacyjny pretekst jest dobry, ¿eby je pope³niaæ. ("Gazeta Wyborcza", 4/1/2010)

To prawda, ¿e status ofiary bywa nadu¿ywany lub zajmowany fa³szywie. Rozpoczynaj±c agresjê na Afganistan, a potem Irak, politycy amerykañscy przedstawiali USA jako kraj, który pad³ ofiar± rozpoczêtej ju¿ wojny, a oni zamierzaj± siê jedynie broniæ. Agresywna wobec Palestyñczyków i krajów s±siaduj±cych polityka Izraela do dzi¶ opiera siê na dyskursie ofiar, które, pomne do¶wiadczeñ, nie dopuszcz± do kolejnej zag³ady ¯ydów.

Cyniczne przybranie roli ofiary nie ma jednak nic wspólnego z dopuszczeniem rzeczywistych ofiar do g³osu ani oddaniem im sterów w³adzy. Jak niemal ka¿da zagrywka, która ma usprawiedliwiæ dominacjê, uderza ona w s³abszych. ¯ydzi, którzy prze¿yli holocaust, byli w buduj±cym siê Izraelu widziani niechêtnie. Je¶li, to raczej jako Abba Kovner, ni¿ Primo Levi. Amerykañscy ¿o³nierze, którzy po powrocie z Wietnamu, Afganistanu i Iraku przy³±czali siê do ruchów pokojowych i dawali ¶wiadectwo zbrodniom wojennym, w których brali udzia³, ale tak¿e których padli ofiar± jako miêso armatnie, przestawali byæ bohaterami narodowymi. Matki zabitych Amerykanów i Izraelczyków, które tworz± pacyfistyczne ruchy oporu, nie s± ju¿ szlachetnymi niewiastami, które po¶wiêcaj± synów dla dobra ogó³u. Jedni i drudzy znikaj± z ekranów telewizorów, dobroczynnych balów, wizyt u zasmuconych ich losem prezydentów. Nie s± ju¿ powodem do dumy i kwiatkiem do ko¿ucha, lecz elementem podejrzanym i uciszanym.

Brak umiejêtno¶ci rozró¿nienia miêdzy ofiar± a jej fa³szywym trybunem skutkuje tak, ¿e nim ofiara zd±¿y wypowiedzieæ swoj± krzywdê, ju¿ zamyka siê jej usta ostrzegaj±c przed dokonaniem nadu¿ycia. Jej g³os jeszcze nie zabrzmia³, a ju¿ zosta³ uciszony. W ten sposób ofiary przechodz± przez kolejne krêgi milczenia. Pierwszy to sytuacja opresji. Drugi - wychodzenie z traumy za zamkniêtymi drzwiami. Trzeci - próba opowiedzenia o swoim do¶wiadczeniu, blokowana wstydem i podejrzeniami o chêæ nadu¿ycia.

Postulat dopuszczenia do g³osu ofiar oraz obdarzenia ich zaufaniem szczególnym zapocz±tkowa³ nowe podej¶cie do ¼róde³ w historiografii. W Polsce przedstawicielem historiograficznego prze³omu sta³ siê Jan Tomasz Gross, ¶ci±gaj±c na siebie gromy nie tylko antysemitów, ale tak¿e historyków okopanych w dotychczasowej metodologii. Jednym z g³ównych argumentów za jej rewizj± jest w³a¶nie kwestia dot±d bagatelizowanego przez historyków kontekstu. Nim zarzucimy ofierze manipulacjê, spróbujmy najpierw sk³oniæ j± do mówienia. Skoro dot±d mówienie o krzywdzie nara¿a³o j± na ponowne jej doznanie, musimy najpierw zapewniæ jej bezpieczeñstwo, wys³uchanie i domniemanie niewinno¶ci. Niewiele wiêcej ni¿, o ironio, oskar¿onej/mu. Chyba, ¿e chcemy, by wiedzy, któr± mamy, nie przyros³o.
Dobra kobieta to martwa kobieta
2009-12-28 14:41:30
„Jak mog³a¶ mu to zrobiæ?”, „Czemu m¶cisz siê na niewinnym cz³owieku?”, „Zawsze wiedzia³em, ¿e jeste¶ niezrównowa¿ona, ale takiego zacietrzewienia siê po tobie nie spodziewa³em”, „¯ycie ciê rozliczy, z³a kobieto”, „Jeste¶ potworem, nie umiem tego inaczej nazwaæ”, „mo¿e kiedy¶ siê opamiêtasz i zobaczysz, ile krzywdy wyrz±dzi³a¶”, „id¼ na terapiê, bo jeste¶ chora z nienawi¶ci” – pisze do Marty jej by³y ch³opak. Pisz± tak równie¿ Tomka koledzy. Kole¿anki tak¿e nie stygn± w zapale smsowym i mailowym.

Co takiego strasznego zrobi³a Marta? Odesz³a od Tomka. Ich zwi±zek trwa³ 4 lata. Maj± 3-letni± córkê.

Na pierwszy rzut oka byli cudown± par±. M³odzi, wykszta³ceni, piêkni, z „alternatywnego” ¶rodowiska, gdzie prawa cz³owieka s± tyle¿ wa¿ne, co oczywiste, a Manifa to coroczny obowi±zek i towarzyska przyjemno¶æ, bo co krok spotykali na niej znajomych. Kiedy Marta zasz³a w zaplanowan± ci±¿ê, Tomek by³ taki troskliwy. Dzwoni³ co chwila, podwozi³ j± samochodem do pracy, wszystkim opowiada³, rozanielony, jak przygotowuje siê do roli taty. Zamieszkali w M4 w centrum Warszawy. Tomek du¿o zarabia³, Marta pracowa³a w fundacji ekologicznej. Czêsto odwiedzali ich przyjaciele. G³ównie Tomka.

Bo Tomek niechêtnie widywa³ przyjació³ Marty. Marcie na ich temat opowiada³ z³e rzeczy. Mówi³, ¿e zadaje siê z g³upszymi od siebie, ¿e po co Marcie inni ludzie, skoro ma jego, ¿e Elka jest interesowna, a Tymek tak naprawdê j± podrywa. Zra¿a³ ich do siebie, wiêc coraz rzadziej przychodzili, coraz czê¶ciej czuli siê ¼le widziani.

Te Tomka podwózki, przyje¿d¿anie po Martê znienacka pod uczelniê, czêste telefony mia³y na celu kontrolê, bo Tomek – s±dz±c po sobie – ba³ siê, ¿e Marta go zdradza. Obsesjê swoj± uwa¿a³ za racjonalne podejrzenia, te za¶ za wystarczaj±cy powód, by grzebaæ w Marty komórce, czytaæ jej maile, rozpytywaæ w jej pracy. Kiedy co¶ siê Tomkowi w zachowaniu Marty nie podoba³o - np. ¿e posz³a na imprezê bez niego, zdecydowa³a siê studiowaæ drugi kierunek, nie u¿ywa³a perfum, które jej kupi³ na urodziny – wyprasza³ j±. Wyrzuca³ z domu. Bo mieszkanie by³o kupione przez jego rodziców, zapisane na jego nazwisko. Mówi³ Marcie, ¿e bez niego sobie nie poradzi. Gdy protestowa³a, nazywa³ j± „¿a³osn± dziewczynk±”. Gdy k³ótnie eskalowa³y, Tomek, w zale¿no¶ci od nastroju, grozi³ samobójstwem, rzuca³ w Martê butami, powtarza³, ¿e po ci±¿y zrobi³a siê brzydka i gruba albo bra³ na rêce córkê i ze s³odkim u¶miechem mówi³ jej: „tato nie pozwoli, ¿eby takie ¶cierwo jak twoja mamusia siê tob± zajmowa³o”.

Sam zajmowa³ siê córk± jedynie na oczach go¶ci. Wtedy by³ wzorowym tatusiem. Tatusiem jak z podrêcznika, jak z ksi±¿ki o partnerskim zwi±zku, jak z bajki po prostu. Opowiada³ o jej kupkach i siu¶kach z oczami zamglonymi mi³o¶ci±, g³aska³ Martê po g³owie rozmodlony do swojej gromadki, w dobrze dobranych momentach deklarowa³ przyjacio³om: „one s± najlepszym, co mi siê w ¿yciu przytrafi³o”. O tym, ¿e Tomek wstaje oko³o po³udnia, nie lubi dziecka przewin±æ, nie potrafi po³o¿yæ spaæ i nie wie, na co córka jest uczulona, go¶cie nie wiedzieli. Nie wiedzieli tak¿e, ¿e gdy Tomek jest w paskudnym nastroju, a ma³a marudzi, mówi Marcie: „To twoje dziecko, wiêc siê nim zajmij. Ja go nie chcia³em”.

Niektórzy natomiast wiedzieli, ¿e Tomek, pracownik Otwartego Funduszu Emerytalnego z siedzib± w Kutnie, je¿d¿±cy po ca³ej Polsce w celach s³u¿bowych, ma wiele okazji, by sypiaæ z innymi kobietami i zazwyczaj skrzêtnie te okazje wykorzystuje. Nie wiedzia³a o tym Marta. Do czasu, gdy sam jej tego nie powiedzia³ wyzywaj±c od „sztywniar”, bo nie chcia³a siê z nim kochaæ tak, jak robi± to bohaterki jego ulubionych pornosów.

Marta mia³a dyplom z orientalistyki, nieskoñczone drugie studia, 720z³ miesiêcznie w ramach projektu, który koñczy³ siê za pó³ roku, córkê, jedn± przyjació³kê, która nie da³a siê Tomkowi wystraszyæ. Nie mia³a mieszkania, bogatych rodziców, rodziny w Warszawie, ubezpieczenia, samochodu. Decyzjê o odej¶ciu podejmowa³a wielokrotnie. Raz, kiedy Tomek szydzi³ z niej, ¿e „czyta te swoje ksi±¿eczki i uwa¿a siê za bóg wie kogo, a tak naprawdê jest prosta i g³upia jak pierwsza lepsza laska”. Drugi, kiedy Tomek cisn±³ jej laptopem o pod³ogê, bo uwa¿a³, ¿e pisanie pracy magisterskiej to strata czasu, przecie¿ on j± utrzymuje, to po co jej dyplom. Trzeci, gdy jaki¶ „¿yczliwy” pokaza³ jej profil niejakiej Mary na facebooku, a na tym profilu romantyczne zdjêcia znad morza: Mary+Tomek = WNM. Czwarty, kiedy podczas rozmowy o pieni±dzach na domowe zakupy kaza³ jej powiedzieæ: „poproszê”.

Marta zabra³a dziecko i odesz³a na dobre dopiero, gdy zrobi³ imprezê i nie zorientowa³ siê, ¿e ma³a zniknê³a. Znalaz³ j± na klatce schodowej. Marta wtedy nie by³o - wyjecha³a na jeden dzieñ do siostry.

Alimenty i dzielenie siê opiek± nad córk± Tomek traktuje jak system nagród i kar. Dla Marty, bo dziecko jest tylko pionkiem w jego grze. Grozi Marcie s±dami i odebraniem praw rodzicielskich. Zabra³ jej wszystkie przedmioty, które kupi³: elektryczny czajnik, fotelik dla dziecka, blender. Stawia warunki: „zap³acê, je¶li...”. O ka¿dej porze dnia i nocy wysy³a Marcie wiadomo¶ci. Raz smsy, ¿e Marta jest wariatk± i ¿e on j± zniszczy. Potem mmsy, na których widaæ jego now± dziewczynê. Kilka godzin pó¼niej maile: „Je¶li bêdziesz grzeczna, to siê dogadamy”. Smutny i opanowany, muchy w ¿yciu nie skrzywdziwszy, szemrze w dobrze dobrane uszy, ¿e Marta jest niebezpieczna, a on zosta³ skrzywdzony.

Znam wiele podobnych historii. Dominika ma 11-letniego syna. 3 miesi±ce po porodzie narzeczony Mateusz wycedzi³ przez zêby swoj± ma³¿eñsk± krzywdê: odk±d urodzi³a, Dominika za ma³o dba o siebie i on siê wstydzi przed znajomymi takiej byle-jakiej ¿ony. 11 lat Dominika walczy z Mateuszem o alimenty i udzia³ w opiece nad dzieckiem. Ca³a jego rodzina i wiêkszo¶æ ich dawnych znajomych do dzi¶ uwa¿a Dominikê za wredn±, pazern± zdzirê. Niektórzy s± na tyle szlachetni, ¿e „daj± jej szansê”, by wyt³umaczy³a siê z krzywdy, jak± wyrz±dzi³a Mateuszowi. Dominika nieraz próbowa³a. Nigdy nie by³a wystarczaj±co przekonuj±ca, bo Mateusz zabiera znajomych na snowboard do Austrii, a Dominika mo¿e ich najwy¿ej zabraæ na herbatê do wynajmowanej kawalerki. Miêdzy wywiadówk± w szkole syna, a odrabianiem z nim lekcji.

Alina chodzi z ³atk± popapranej egoistki odk±d za³o¿y³a by³emu ch³opakowi sprawê karn± o psychiczne znêcanie siê. Przez 2 lata uwa¿a³a, ¿e to mie¶ci siê w normie, kiedy podczas k³ótni Robert wychodzi na klatkê schodow± i krzycza³: „tu mieszka dziwka, zapraszam! Mo¿e wreszcie sama na siebie zarobi”. Albo przez kilkana¶cie godzin traktuje j± jak powietrze, bo nie zareagowa³a wystarczaj±co entuzjastycznie na jego kolejny wspania³y pomys³: ¿eby mieli psa, ¿eby on rzuci³ pracê i po¶wiêci³ siê pasji renomowania starych samochodów, ¿eby ona posz³a na kurs wiza¿u, za który on hojnym gestem zap³aci. Albo wybi³ szybê w drzwiach do ³azienki, kiedy Alina zamknê³a siê od ¶rodka, ¿eby wzi±æ k±piel. I oznajmi³, ¿e w jego domu ona nie ma prawa siê przed nim zamykaæ.

Agnieszka zosta³a nazwana „niewdziêcznic±”, gdy kochance swojego mê¿a, która deklarowa³a, ¿e siê za Agnieszkê modli i chcia³aby siê z Agnieszk± zaprzyja¼niæ, odparowa³a: „zabieraj go i wyno¶ siê”.

Zdaniem po³owy rodziny Monika jest „z³± córk±” odk±d zerwa³a kontakt z ojcem, który mia³ zwyczaj wy¿ywaæ na niej swoje frustracje, a kiedy po latach próbowa³a z nim o tym porozmawiaæ – wy¶mia³ j± jako „przewra¿liwion±”.

Wystarczy rozmawiaæ z kobietami, by wiedzieæ, ¿e sposobów na upokarzanie s± miliony. A ludzi, którzy nie wykorzystuj± przewagi - fizycznej, finansowej, psychicznej, tej wynikaj±cej z mniejszego zaanga¿owania - by upokarzaæ, stanowczo mniej. Mê¿czy¼ni nie s± "z natury" sk³onni do dominacji bardziej ni¿ kobiety. "Ka¿da w³adza deprawuje" – to poczciwe has³o oddaje realia ¿ycia nie tylko publicznego, ale i prywatnego. Ka¿da w³adza deprawuje, dlatego wymaga albo kontroli, albo zniesienia. W³adza ma wiele postaci. Buduj± j± lub wzmacniaj± decyzyjne stanowiska pracy, dobre zarobki, presti¿owe zajêcia, szacunek wspó³pracowników, lêk podw³adnych, powodzenie towarzyskie itd. W naszym spo³eczeñstwie wszystko to przynale¿y nieporównywalnie czê¶ciej mê¿czyznom. Ale i bez tego ich pozycja w relacjach intymnych jest silniejsza - moc± tradycji („g³owa rodziny”), religii („prawo naturalne”), obyczajów (zmiana nazwiska), podzia³u pracy emocjonalnej (kobieta dba o atmosferê i temperaturê relacji, wiêc na ni± spadaj± oskar¿enia, gdy co¶ siê w relacji psuje). Im wiêksz± mamy w³adzê, tym czê¶ciej kto¶ jest od nas zale¿ny. Im bardziej kto¶ jest od nas zale¿ny, tym wiêksz± mamy w³adzê. Tak¿e w ¿yciu prywatnym. ¯ona, która nie zarabia, bo pracuje na domowym etacie, chora matka wymagaj±ca codziennej opieki, córka, której ojciec p³aci za studia s± bardziej nara¿one na drobne nadu¿ycia, manipulacje, szanta¿e, wreszcie przemoc. Z lêku przed utrat± partnera, dachu nad g³ow±, bezpieczeñstwa dzieci, nie zareaguj±, nie krzykn±, nie odejd±. Za³agodz±, udadz±, ¿e nic siê nie sta³o, podporz±dkuj± siê.

Wystarczy rozmawiaæ z kobietami, trzeba tylko obdarzyæ rozmówczynie zaufaniem, bo niemal ka¿da wstydzi siê nadu¿yæ, których do¶wiadcza. Ukrywa je, bo czuje siê za nie odpowiedzialna. Obwinia siê, ¿e nie jest wystarczaj±co silna, by do nich nie dopuszczaæ, ¿e nie da³a rady odej¶æ wcze¶niej, nie zareagowa³a od razu. Pozwoli³a przekraczaæ kolejne swoje granice oszukuj±c sam± siebie, ¿e to, co j± spotyka, jest jeszcze „normalne” albo „chwilowe”.

A kiedy wreszcie te granice odbudowuje, s³yszy: egoistka. Kiedy mówi o krzywdzie zamiast w milczeniu j± znosiæ, s³yszy: wariatka. Kiedy walczy o swoj± godno¶æ, s³yszy: z³a kobieta.

Bo dobra kobieta to taka kobieta, która wszystko po¶wiêci dla innych. Siebie odda, o sobie zapomni, da siê zakrzyczeæ, zadeptaæ, zag³askaæ, zag³uszyæ, zabiæ. Która zniesie w milczeniu, schowana do nory nie poka¿e siniaków, nie powie z³ego s³owa, w milczeniu wytrzyma, zapomni krzywdê, wybaczy, bêdzie ponad to. Dobra kobieta jest za dobra, by prze¿yæ. Dobra kobieta to martwa kobieta. Good girls go to heaven zbyt szybko.

80% sprawców przemocy wobec kobiet to najbli¿si cz³onkowie rodziny. Kobiety czê¶ciej gin± z r±k mê¿ów i konkubentów, ni¿ zaatakowane przez obcych na ciemnej ulicy. W tych statystykach nie ma ¶mierci zadawanych powoli: poprzez systematyczne upokarzanie, odzieranie z godno¶ci, tresowanie karami i nagrodami. Nie ma w nich kobiet, które pope³niaj± samobójstwa albo umieraj± na ciê¿kie choroby. Bo nie posz³y na czas do lekarza. Bo uwierzy³y swoim partnerom, ¿e ich ¿ycie jest nic nie warte. Pozbawione przyjació³ („m±¿ ich nie lubi³”), sk³ócone z rodzin± („po k³ótni z te¶ciow± m±¿ powiedzia³: wiêcej do nich nie pójdziemy”), odciête od ¶wiata („m±¿ nie lubi, kiedy wychodzê”) nie mia³y nikogo, kto by je zmobilizowa³, potrz±sn±³ nimi, albo po prostu zapyta³. Good girls go to heaven, bo nie maj± dok±d pój¶æ.

Ta gra naprawdê bywa zero-jedynkowa: albo giniesz, albo masz ³atkê suki. Wiele kobiet wybiera to pierwsze, bo wol± daæ siê walcem rozjechaæ ni¿ zmierzyæ z poczuciem winy. Przyuczone do roli ofiary, kobiety potrafi± czerpaæ z niej perwersyjny zysk. Nienawyk³e do konfrontacji czyni± cnotê z w³asnego po¶wiêcenia. Zamiast we w³asnej obronie, agresjê kieruj± przeciwko innym kobietom. Zw³aszcza tym, które mia³y na tyle mo¿liwo¶ci, determinacji i ¿ywych marzeñ, by zawalczyæ.

Je¶li zatem us³yszysz, ¿e jeste¶ egoistk±, wariatk± lub z³± kobiet± najprawdopodobniej znaczy to, ¿e w³a¶nie uratowa³a¶ swój ty³ek, wiêc masz nie lada powód do rado¶ci. Je¶li próbujesz my¶leæ niezale¿nie i podejmowaæ wolne decyzje, przygotuj siê na te epitety. Wszelkie „suki”, „pazerne zdziry”, „wredne babska”, „¶wiruski” i „niezrównowa¿one furiatki” czas przyjmowaæ jak komplementy, nosiæ niczym ordery, trofea, generalskie belki. One s± jak blizny po walce o cz³owieczeñstwo, jak znaki wywalczonej wolno¶ci. W ¶wiecie, gdzie kobiety traktowane s± jak plastelina, z której wedle zapotrzebowañ lepi siê matki, ¿ony lub kochanki, „z³a kobieta” to ten cyborg, co uciek³ programistom, Pinokio, co o¿y³, Aleksandra, która odchodzi(1).

1. W filmie „Tajemnica Aleksandry” (re¿. Rolf De Heer, 2003) tytu³owa bohaterka przygotowuje mê¿owi nietypowe „birthday party”. Nagrywa dla niego kasetê video, na której opowiada o upokorzeniach, jakie znosi³a w ich ma³¿eñstwie. Z kasety dowiadujemy siê, ¿e Aleksandra by³a traktowana jak darmowa si³a robocza do opieki nad domem i dzieæmi oraz do seksualnego zaspokajania mê¿a wedle jego ¿yczeñ i pomys³ów. Podczas ogl±dania ta¶my najpierw rozbawiony, potem przera¿ony m±¿ orientuje siê, ¿e Aleksandra zabra³a dzieci i odesz³a. Komentuj±c film na ³amach „Wysokich Obcasów” Wojciech Eichelberger pochyla³ siê nad „tragedi± doros³ych ludzi, którzy nie potrafi± ze sob± rozmawiaæ”. Konsekwentnie pomin±³ aspekt genderowej dominacji, ukazanej w filmie. Dzie³o De Heera zinterpretowa³ w kategoriach k³opotów komunikacyjnych. Analiza relacji miêdzyludzkich pozbawiona perspektywy w³adzy i kontekstu hierarchizuj±cych ró¿nic miêdzy spo³ecznym uplasowaniem ludzi bior±cych w tych relacjach udzia³, pozbawi³a film ³adunku spo³ecznej krytyki. U¶pi³a potencjalnych widzów bajk± o piêknym ¶wiecie pe³nym ludzi, którzy gdyby tylko zdecydowali siê na terapiê – na pewno uzdrowiliby swoje zwi±zki. O psychologii jako ideologii, która uniewa¿nia strukturalne mechanizmy dominacji, a w konsekwencji czyni je niewidocznymi, pisze Ma³gorzata Jacyno w ksi±¿ce Kultura indywidualizmu: „Mi³o¶æ, pieni±dze, zdrowie i kres wszelkiej opresji po prostu nale¿± siê i dostêpne s± ka¿demu, kto ma w³a¶ciw± postawê wobec siebie. Przejawem tej w³a¶ciwej postawy jest ju¿ przyst±pienie do pracy nad sob± w ramach programu autoterapii i terapii”. (PWN, Warszawa 2007, s.229)

UFO nie porywa kobiet. A szkoda
2009-11-28 19:19:03
"Jeste¶ artyst±? Zg³o¶ siê!" - namawia plakat, który zawis³ w warszawskich knajpach. W liceum im. Stefana Batorego bêdzie V UFO czyli festiwal wszelakiej twórczej dzia³alno¶ci licealistów. I licealistek? Wytê¿am patrza³ki. Nic. Na plakacie sami ch³opcy. Nie dwóch, nie trzech, lecz o¶miu. Zabawni, wyluzowani, "na bogato" upozowani. Siedz± w ch³opackich pozach (w autobusie ka¿dy z nich zaj±³by dwa miejsca, choæ ¿aden nie ma znacz±cej nadwagi).

UFO to skrót od: Unikatowy Festiwal Offowy. Nie taki znowu offowy. Offowy to on bêdzie jak s³owa prof. Barbary Skargi: "„Podziwiam cz³owieka, który mimo swej okropnej ma³o¶ci jest zdolny stworzyæ co¶ genialnego. Niestety, czyni± to g³ównie mê¿czy¼ni, podziwiam ich za to. (…) Nie ulega w±tpliwo¶ci, ¿e jaki¶ geniusz w nich siedzi. Nie by³o tej miary kobiety”(GW, 27-28/10/2007) wywo³aj± lawinê ripost. Póki co wywo³a³y je¶li nie aprobatê, to ciche przyzwolenie.

Organizatorzy UFO dobrze siê Skargi pos³uchali. Na stronie internetowej zapraszaj±: "Ka¿dy mi³o¶nik kultury i sztuki, dobrej muzyki, oddany fan jakiego¶ zespo³u, znawca teatru lub kina, wielbiciel fotografii mo¿e zawitaæ do nas a na pewno znajdzie tu co¶ dla siebie". S± uczniowie, uczennic nie u¶wiadczysz. Artystek te¿ nie - s± sami arty¶ci.

Spróbujmy inaczej: "Ka¿da mi³o¶niczka kultury i sztuki, dobrej muzyki, oddana fanka jakiego¶ zespo³u, znawczyni teatru lub kina, wielbicielka fotografii mo¿e zawitaæ do nas a na pewno znajdzie tu co¶ dla siebie. Uczennice liceum zapraszaj± wszystkie artystki". Brzmi jak informacja o imprezie dla kobiet? No w³a¶nie.

Wiêc UF. Tez nie, bo 'uf' to ulga, a od tego plakatu wyskakuje ¿y³ka na czole.

Zatem U. Jak (b)uuuuu. I jak ups. Wiecie, ile dziewczyn, które "co¶" robi±, nie zg³osi swojego uczestnictwa? Nie przyjdzie na wasz Festiwal? A je¶li, to w charakterze pokrowca na gitarê swojego ch³opaka lub fanki klasowych kolegów? Na stronie UFO znajduje siê jeszcze jedno ciekawe zdjêcie: dwóch neutralnie ubranych ch³opców gra na gitarze, a trzy dziewczyny robi± pozy wokó³ ich instrumentów (ju¿ s³yszê te komentarze). Ponêtne, wygiête, ¿urnalowe. To jest ta twórczo¶æ, o której tyle s³ysza³am? No to chyba na UFO powinni zg³aszaæ siê projektanci co drugiej reklamy.

My¶lê: j±trzê. Dowalam w fajne, potrzebne, oddolne inicjatywy licealistów. Mo¿e po prostu organizatorzy sfotografowali samych siebie? Nie mieli kogo poprosiæ do zdjêcia? Plakat ma fajny charakter domowej wycinanki, rzecz robiona na pewno bez finansowych nak³adów.

Na stronie UFO mo¿na jednak przeczytaæ, ¿e dyrekcja festiwalu to jeden ch³opak i dwie dziewczyny. Kto na zdjêciu dyrekcji jest w ¶rodku - proszê zgadywaæ. Nagród nie bêdzie, bo zagadka zbyt ³atwa.

Moja tolerancja dla dziewczyn, które pchaj± siê do roli paprotek, ozdób i maskotek maleje. Ja wiem, ¿e przemoc symboliczna, ¿e heteronormy, ¿e ideologiom podlegamy wszyscy bez wzglêdu na p³eæ, ¿e nie mo¿na od dziewczyn wymagaæ wiêcej wra¿liwo¶ci. ¯e kobiety musz± gor±co wierzyæ w patriarchat jako stan naturalny, by ten móg³ siê trzymaæ w posadach. Wiem te¿, ¿e nie wszyscy uczniowie i uczennice z dobrych szkó³ maj± w domu raj na ziemi. Ale w kontek¶cie idei edukacji jako wyrównywania szans zatrwa¿aj±ca wiêkszo¶æ z nich pochodzi z rodzin zasobnych w rozmaite kapita³y. A je¶li jakie¶ dzieciaki maj± szanse nie ulegaæ stereotypom p³ciowym, to w³a¶nie te: z dobrych, inteligenckich, stosunkowo zamo¿nych warszawskich domów. Uczennice i uczniowie presti¿owego liceum, drugiej po Bednarskiej/Raszyñskiej wylêgarni elit. Rozdawnictwa szczepionek na poczucie niepewno¶ci, braku warto¶ci w³asnej, obawy przed zderzeniem marzeñ z rzeczywisto¶ci±. Dachu licealnego ¶wiata, podtrzymywanego przez tyle¿ sprawn±, co niewidzialn± selekcjê: wiêkszo¶æ ludzi po prostu nigdy nie pomy¶li, by próbowaæ siê do Batorego dostaæ. Wszak to jest szko³a dla tych "lepszych". To znaczy takich, którzy nie maj± kompleksów, ¿e s± gorsi. Bo maj± rodziców, którzy im to od dziecka wpoj±. Którzy pozwol± im marzyæ o wielko¶ci i s³awie, bo sami uwa¿aj±, ¿e to siê ich dzieciom nale¿y. I pomog± im te marzenia realizowaæ.

I s³usznie. I fajnie. I dobrze. Tylko co z tymi, którym nikt tego nie powie? Nie zbuduje w nich przekonania, ¿e s± ¶wietne, warto¶ciowe, m±dre, ¿e ich pomys³y s± cenne, a ich potrzeby i ambicje wa¿ne? W tej grupie jest du¿o wiêcej dziewczyn ni¿ ch³opców. Poni¿szy plakat nie wzbudzi w tych dziewczynach sprzeciwu. Nie wkurzy ich, nawet nie poczuj± siê wykluczone. Bêdzie dla nich tak samo prze¼roczysty jak fakt, ¿e nikt nie traktuje ich powa¿nie.





Opór, którego nie widaæ
2009-11-15 17:31:30
Jedni wychodz± z kina oburzeni, inni zachwyceni. Oburzeni, bo to do bólu kiczowata opowiastka, kpi±ca z prawdy o Zag³adzie. Zachwyceni, bo to taka ulga, gdy ¼li dostaj± za swoje. Nawet, je¶li takie cuda dziej± siê tylko na ekranie.

B³ogo jest uto¿samiæ siê z m¶cicielami w s³usznej sprawie, nie przeczê. A jednak za murami kina to uto¿samienie zaczyna byæ gro¼ne. Sam film, o którym mowa, do tego nie uprawnia. Wbrew pozorom "Bêkartami wojny" jego re¿yser Quentin Tarantino nie zaspokaja bezrefleksyjnie naszej potrzeby happy endu, lecz drwi z nas, ¿e tak ³atwo dajemy siê happy endom uwie¶æ.

"Bêkarty wojny" s± nie tyle realizacj± zbiorowej fantazji o wymordowaniu rz±du nazistów, co tej fantazji wy¶mianiem. Na pocz±tku dyskretnym u¶mieszkiem, pod koniec szyderczym rechotem. Tarantino konfrontuje nas z tej fantazji absurdalno¶ci±. I z naszym okrucieñstwem.

To, ¿e chcieliby¶my zabijaæ katów upokarzaj±c ich przy tym i zadaj±c ból, jest, zdaniem Tarantino, warte rozgrzeszenia. Okrucieñstwo polega na tym, ¿e nie mo¿emy znie¶æ widoku ofiary. Wkurza nas ona i irytuje, denerwuje swoj± bezczynno¶ci±, brakiem sprawstwa, bezradno¶ci±. Robimy wiele, by przykryæ j± obrazami dzielnych wojowników, którzy "nie szli, jak barany na rze¼", lecz postawili siê, zaparli, odp³acili piêknym za nadobne. Gdyby nie oni, mieliby¶my k³opot z obdarzeniem ofiar, które nie walczy³y, statusem nam równych. I na tym, zdaje siê, polega ta czê¶æ zwyciêstwa, która przypad³a w udziale nazistom. Zwyciêstwa wojny jako takiej: zachowania wojenne sta³y siê wzorami zachowañ w ogóle. Ratuj±cymi poczucie godno¶ci w³asnej i szacunku dla innych.

Zamiast widoku ofiary chcemy bajki, bo - choæ nie jeste¶my ani uczestnikami, ani nawet ¶wiadkami - nawet dla nas real jest nie do wytrzymania. £akniemy zbawczej narracji, bo prawdy nie sposób przyj±æ. No to da³ nam j± Tarantino, a¿ do zrzygania. Zrobi³ nam ch³opak karnawa³. Zaoferowa³ niez³± jazdê. Pokaza³ II wojnê ¶wiatow± z happy endem: ¼li sma¿± siê w piekle. Przepadaj± w ka¼ni podobnej do tej, któr± sami urz±dzili niewinnym. I co? I figa z makiem. ¯adnej ulgi. A je¶li, to tym gorzej. Bo po takiej uldze przychodzi kac.

Mo¿e zatem lepiej ju¿, zamiast upajaæ siê widokiem i akcentem Brada Pitta (mnie te¿ urzek³y, a jak¿e!), spróbowaæ spotkaæ rzeczywisto¶æ? Nie wojenn±, lecz tê dzisiejsz±, która po wojnie pozosta³a?

A rzeczywisto¶æ wygl±da tak: ostatnio w klubach zawis³y plakaty przedstawiaj±ce "Bêkartów wojny", zapraszaj±ce na antyfaszystowsk± demonstracjê. Na demonstracjê przysz³o ok. 300 osób. Cieszê siê, ¿e tak du¿o. ¯a³ujê, ¿e nie 10 razy wiêcej.

Dwa dni pó¼niej mia³a miejsce konferencja: "Udzia³ ¯ydów w walce z faszyzmem" zorganizowana przez Stowarzyszenie Kombatantów ¯ydowskich. Na sali 50 starszych osób. Cztery ¶wietne referaty, wyg³oszone prostym jêzykiem: o udziale ¯ydów w powstaniu warszawskim, o ¿ydowskim ruchu oporu w trzeciej rzeszy, o dramatycznej samotno¶ci polskich ¯ydów w walce przeciwko Zag³adzie.

I poruszaj±ce przemówienie Mariana Turskiego, które poleca³abym wszystkim w ramach odtrutki na ch³opiêc± fantazjê o wielko¶ci i s³awie zdobywanej karabinem, bomb±, ogniem i mieczem. Fantazjê, któr± Tarantino posmarowa³ zbyt ¶wiec±cym lukrem, by nie wyczuæ w jego filmie zamachu na naiwno¶æ widza.

Turski mówi³ o niedocenianym w obliczu walki zbrojnej oporze bez broni organizowanym w gettach podczas II wojny ¶wiatowej. O tym, ¿e w czasie eksterminacji przetrwanie i ratowanie ludzi jest sam± oporu esencj±. Oporem by³o opó¼nianie deportacji. Informowanie ¶wiata o polityce niemieckiej wobec ¯ydów. Szykowanie ¶wiadectw Zag³ady na wypadek ¶mierci. Organizowanie ¿ycia kulturalnego. Nieustanne kszta³cenie: kursy, biblioteki, pisanie podrêczników. W koñcu akty solidarno¶ci takie jak dzielenie siê jedzeniem.

Oporem nie do przecenienia nazwa³ Turski podnoszenie na duchu wspó³mieszkañców getta. Nie brzmi tak dobrze, jak bój, nie wygl±da jak mundur, nie terkocze jak karabin, nie jest kolorowe jak krew. Jest codzienno¶ci±, a nie powstaniem, które tê codzienno¶æ przerywa. Jest dzia³aniem w warunkach bez nadziei.

Id±c na demonstracjê antyfaszystowsk± marzy³am, ¿e spotkam na niej tych starych ludzi, których "no pasaran" wobec faszyzmu niegdy¶ skazywa³o na wyrok ¶mierci, je¶li wcze¶niej nie skaza³o ich na ni± pochodzenie. Nie oczekiwa³am jednak ich obecno¶ci: by³o zimno, mokro i przede wszystkim niebezpiecznie.

Id±c na ¶wiêtowanie przez ¿ydowskich kombatantów zwyciêstwa nad faszyzmem mia³am nadziejê, ¿e bêd± tam ludzie spoza ich coraz mniej licznych stowarzyszeñ, którzy dadz± im swoj± obecno¶ci± znak szacunku i dba³o¶ci o pamiêæ. Ale na sali byli tylko starzy ludzie. Kombatantki i kombatanci, ich mê¿owie i ¿ony, go¶cinnie kilkoro by³ych AL-owców. Pustka tamtej sali, pustka w chwili domagaj±cej siê uwagi, jest du¿o bardziej bolesna ni¿ najbardziej krwawe sceny z "Bêkartów wojny".


Panowie, którzy organizuj± nam wyobra¼niê w temacie ¿ydowskiej zemsty:


Daniel Craig zagra³ w filmie "Opór" dowódcê ¿ydowskiej partyzantki Tewje Bielskiego


Brad Pitt zagra³ w "Bêkartach wojny" dowódcê oddzia³u amerykañskich ¯ydów przys³anych do Europy.
Nazwisko mê¿a
2009-11-06 16:33:10
Dostajê maila od Krystyny Milo. Nie mam pojêcia, kto to jest. Okazuje siê, ¿e Krystyna Majewska, tylko ¿e po wyj¶ciu za m±¿. Wchodzê na „Nasz± Klasê”, bo dosta³am zaproszenie od Marysi Pietrzak. Szko³a siê zgadza, klasa te¿, ale nie znam tej pani. Jednak znam: to Marysia Kreczkowska, tylko ¿e po ¶lubie. Spotykam w metrze Alinê Rozen kole¿ankê ze studiów. Mamy siê zdzwoniæ, wiêc ona daje mi wizytówkê. Aliny Ornackiej.

Na znak po¿egnania starego statusu i uzyskania nowego moje kole¿anki zmieniaj± nazwiska. Najbardziej dos³ownie przemeblowuj± w³asn± to¿samo¶æ. Mo¿e nie by³oby w tym nic z³ego – w koñcu ma³¿eñstwo to zmiana niebylejaka. Dowód na normalno¶æ, heteroseksualno¶æ, bycie istot± rodzinn±. Jawne podjêcie wyzwania, trudnego zadania, próby zbudowania czego¶ trwa³ego. Nadane przez pañstwo nowe prawa i obowi±zki. Uzyskanie nowego miejsca w spo³ecznym ¶wiecie, do³±czenie do grona mê¿atek, koniec ze stanem panny. Nie ma ju¿ do niego powrotu. Odt±d mo¿na zostaæ najwy¿ej rozwódk±, wdow±, ponownie zamê¿n±.

Mo¿e nie by³oby. Tylko ¿e ich mê¿owie tej zmiany nie zaznaczaj±. Nie manifestuj± jej wobec ¶wiata. Nie grzebi± w tym, co osobne i niezale¿ne. Nie odbieraj± sobie tego, co dostali od przodkiñ i przodków. Nie przecinaj± nici z w³asn± rodzin±, by wst±piæ na prawach go¶cia do grona nowej. Nie wychodz± z w³asnego domu po to, by ju¿ nie byæ u siebie, lecz u kogo¶. Z nazwiskiem mê¿a, te¶ciowej i te¶cia. Nie zrywaj± z ojcem wybieraj±c nazwisko inne ni¿ jego. My zostawiamy nasze matki same. Z nazwiskami, które nie s± ich matek, lecz mê¿ów. Z córkami, które maj± ju¿ inne nazwisko ni¿ one. Bez ci±g³o¶ci. Oderwane, samotne, wyobcowane. Pojedyncze, choæ przecie¿ nie po to zak³ada³y rodzinê.

¯adna zmiana, tak¿e ta symboliczna, nie obywa siê bez kosztów. Zmiana nazwiska jest mimowolnym tych kosztów wyrazem. To dowód przynale¿no¶ci. Ju¿ nie jestem Iksiñska, lecz Igrekowska, bo ju¿ nie jestem matki i ojca, teraz jestem za-mê¿na.Mam na sobie piecz±tkê z jego nazwiskiem.

Zrywam z milionem kartek, na których siê podpisywa³am. Z blokiem technicznym w przedszkolu, laurkami dla dziadka, kulfonami w zerówce. Z klasówkami, ok³adkami zeszytów, listami do przyjació³ek. Z ³awk± w parku, ¶cian± w szkolnym kiblu, pamiêtnikami swoimi i cudzymi. Z matur±, listami protestacyjnymi, rachunkami, PIT-ami, z kart± p³atnicz±. Z biletem miesiêcznym, wyznaniem mi³o¶ci, ze zwierzeniami, podaniami o pracê, umowami o pracê. Z mandatami, mailami i smsami.

Wraz z tymi kartkami zrywam z moim podwórkiem, kolejnymi szko³ami, mo¿e wydzia³em. Z moim pokojem w rodzinnym domu, wynajmowan± klitk±, szlakami, które wydepta³am w mojej miejscowo¶ci i ka¿dej kolejnej, w której przysz³o mi mieszkaæ.

Wraz z t± przestrzeni± zrywam z lud¼mi, którzy mnie wtedy znali. Nazywali. T± nazw± o mnie mówili. Ni± o mnie my¶leli. Gdy czuli co¶ do mnie - mi³o¶æ, przyja¼ñ, sympatiê, niechêæ, ¿al, serdeczno¶æ, nienawi¶æ, zazdro¶æ, gniew - to czuli do osoby, któr± tak nazywali. Z moimi rodzicami, rodzeñstwem, babciami i dziadkami, ciociami i wujkami, z kole¿ankami i kolegami, przyjació³kami i przyjació³mi, wrogami, by³ymi ch³opakami, jedn±, drug± i trzeci± klas±, znajomymi z akademika, ze studiów, z rodzinnych spotkañ.

Od teraz jestem mojego mê¿a.

Porzucamy przestrzenie, które nas zbudowa³y, ukszta³towa³y, pozwoli³y dorosn±æ. Wyrywamy siê z ledwo wro¶niêtymi korzeniami. Nie zapraszamy do siebie, lecz przyjmujemy zaproszenie do kogo¶ zatrzaskuj±c drzwi za miejscem, w którym do nikogo nie nale¿a³y¶my. Uciekamy z niego jakby parzy³o, bola³o, by³o niezno¶ne. Dla kobiet brak przynale¿no¶ci nie jest wolno¶ci±, lecz piêtnem, którego siê wstydz±.

Smutno, gdy moje kole¿anki zmieniaj± nazwiska. Smutno i przera¼liwie. Bo to tak, jakby mówi³y mi: nie ma mnie ju¿. Teraz jest kto¶ inny. Kto¶, kto wyszed³ za m±¿. M±¿, który jest najwa¿niejszy. Wa¿niejszy ni¿ ka¿da inna wiê¼. Tak wa¿ny, ¿e zmieni³am dla niego siebie. Odt±d mnie nie znasz. Ja te¿ jeszcze nie wiem, kim jestem. Rosnê na nowo. W nowej doniczce na nowym parapecie. Wiêc nie gadaj ju¿ do tamtych urwanych korzeni. Nie patrz na nie, nie têsknij za nimi, nie szukaj mnie tam.

Nie chcê patrzeæ, jak coraz s³absze wiêdn± przy coraz silniejszych mê¿czyznach, których kultura nie zmusi³a do tego, by zostawili siebie za drzwiami na rzecz kogo¶ drugiego.

Coraz wiêcej kobiet, zw³aszcza ze ¶wiata nauki, ma podwójne nazwiska. Pewnie dlatego, ¿e nie chc± budowaæ go sobie na nowo. Zachowuj± w ten sposób ci±g³o¶æ dorobku.

Wolê ju¿ te podwójne. Ale ich mê¿owie nie dodali sobie nazwiska ¿on do w³asnych. Nie zmienili paszportów, wizytówek, dowodów, kart magnetycznych, adresów mailowych, umów z dostawcami pr±du, gazu, telefonii komórkowej i internetu. Asymetria rodz±ca w³adzê, a mo¿e raczej bêd±ca tej w³adzy wyrazem, czasem nie wymaga subtelnych dociekañ z zakresu Gender Studies. Raczej ¶wieci po oczach z delikatno¶ci± reflektora.








Feminizm jako niez³y biznes
2009-10-19 15:44:10
Publiczna debata o wa¿nym temacie w kontek¶cie praw kobiet. Sala wype³niona po brzegi, na niej wiele feministek. Specjalne go¶cinie skoñczy³y przemawiaæ, czas na pytania. Z pierwszych rzêdów podnosi siê mê¿czyzna, od razu odwraca ty³em do panelistek. Ju¿ wiemy: pytañ nie bêdzie, bêdzie przemowa. A raczej popis, przedstawienie, show. „Jupitery na mnie, proszê“ – mówi za niego ca³e cia³o. Jupitery czyli oczy kobiet. Pe³ne nadziei, zachwytu, afirmacji. Bo w pierwszych s³owach pan deklaruje siê jako radykalny feminista. Brawo! W nastêpnych jako kochaj±cy i podziwiaj±cy kobiety gej. Zbiorowy orgazm na sali. W trzecich wyg³asza seksistowskie uwagi na temat wielko¶ci przyrodzenia kilku polityków. Rubaszne ¶miechy, piszcz±ce chichoty.

Na temat debaty pan ów powiedzia³ niewiele. Chyba nic zgo³a. A w ka¿dym razie nic takiego nie pamiêtam. Pamiêtam za to cz³owieka, który znalaz³ nowy sposób, by wypolerowaæ magiczne lusterko, które powie mu: jeste¶ najwspanialszy na ¶wiecie. Now± metodê na wypucowanie zbiorowego sumienia ludzi, którzy maj± tego farta, ¿e urodzili siê mê¿czyznami. Na pod³adowanie bateryjek, by móc byæ jeszcze bardziej sob± zachwyconym. Na wyklarowanie wody, w której przegl±da siê narcyz.

Woda to my. Kobiety na sali. Feministki, które zamiast widzieæ, ¿e niektórzy mê¿czy¼ni u¿ywaj± feminizmu jak dobrej bajery – a przoduj± w tym nie tylko geje - klaszczemy z uciechy. Zamiast pój¶æ po rozum do g³owy i podejrzliwie patrzeæ, jak ze zdeklarowanych feministów wy³azi patriarchat, mamy ³askotki w brzuchu i wdziêczno¶æ w sercach.

A wy³azi bokami, ulewa im siê jak niemowlêciu na ramionach rodzica. Ich w ramionach ko³ysze pewno¶æ siebie. Ego-³asuchy, nie potrafi± znie¶æ my¶li, ¿e nie maj± racji. Nie potrafi± znie¶æ nawet jej kie³ka, który móg³by zago¶ciæ w czyjej¶ g³owie. Z w³asnej ju¿ dawno go wyparli. Oni siê nigdy nie myl±. Oni nie u¿ywaj± takich zwrotów jak: „my¶lê, ¿e“, „ja uwa¿am“, „s±dzê“, „wydaje mi siê“. S³owa: „mo¿e“, „chyba“, „jakby“ wyparowa³y z ich s³ownika. Mo¿e (sic!) nigdy ich tam nie by³o. No bo sk±d? Oni przecie¿ wiedz±. Maj± prawdê. Posiadaj± j± na w³asno¶æ. Ku³acy racji. Bur¿uje my¶li. Monopolizatorzy nieomylno¶ci. Kobietom „siê wydaje“. Oni wiedz±. Kobiety mog± sobie „uwa¿aæ“ lub „s±dziæ“, mog± tkwiæ w swoich fantasmagoriach, wizjach i b³êdach. Oni pozwoliæ na to nie mog± – ani sobie, ani innym. Nie mog± dopu¶ciæ my¶li, ¿e je¶li kilka osób ma ró¿ne zdanie i kto¶ siê myli, to myliæ siê mog± tak¿e oni. Wizja, zgodnie z któr± ludzie maj± ró¿ne pogl±dy, a ka¿dy z nich u pocz±tku rozmowy jest równoprawny, potem za¶ musi zostaæ obroniony argumentami, ich przerasta. Wytaczaj± wiêc armaty despotyczno¶ci, protekcjonalno¶ci, paternalizmu. Kryj± pod nimi agresjê. Kryj± z dba³o¶ci±, bo ona zdemaskowa³aby lêk, ¿e oto monopol siê kruszy, kapita³ wygasa, prawda natarczywie domaga siê wielog³osu.

Niewiele robimy, by pozostaæ jej wierne. Wiele robimy, by tê natarczywo¶æ zag³askaæ. Traktujemy mê¿czyzn jak ¯ydzi aryjczyków 60 lat temu: mo¿e który¶ oka¿e siê jednak ³askawy? Dziêkujemy im w pok³onach, je¶li racz± zauwa¿yæ, ¿e dzieje nam siê krzywda. Robimy im kanapki zawiniête w celofan, je¶li tylko zg³osz± niesprecyzowan± chêæ udzielenia nam pomocy. Udowadniamy im wci±¿, jak bardzo nam na nich zale¿y i jak bardzo nie chcemy oceniaæ ich szablonowo, wedle wzorów p³ci.
Na widok faceta, który potrafi wypowiedzieæ s³owo „seksizm” bez przek±su i ironii sikamy w gacie ze szczê¶cia, wychwalamy pod niebiosa, garniemy siê z pomoc± i rad±, lecz broñ bo¿e nachaln±. Dziêkujemy mê¿czyznom za ka¿de dostrze¿enie nierówno¶ci jak za co¶ niezwyk³ego, ca³± swoj± uwagê skupiaj±c na nich, ca³± energiê, czas, pracê. Pompujemy w nich swoje marzenia, a oni rosn± jak dro¿d¿owe p±czki. To z nas femini¶ci robi± sobie myde³ka i myj± siê nimi co rano, by i¶æ w ¶wiat i pachnieæ dobroci±, tolerancj±, wra¿liwo¶ci±, empati±. Pisz± wieczorami podrêczniki: jak pomalowaæ przemoc na ró¿owo, jak wypolerowaæ sobie sumienie lesbijsk± flag±. Mamy to w towarzystwie, gdzie ch³opcy nauczyli siê pewnych zwrotów na pamiêæ i tylko jak siê upij±, upal± albo s± zmêczeni, to myl± im siê zwrotki i czasem co¶ wyjdzie na opak jak brudne gacie spod dobrze dobranej koszuli.

Wci±¿ ganiamy na smyczach normy, któr± jest przemoc wobec kobiet tak potworna, ¿e widok jej nas przerasta. Wdziêczymy siê za zauwa¿anie p³ciowej dyskryminacji, dajemy czu³o¶æ i podziw w podziêce za wra¿liwo¶æ na seksualn± przemoc, budujemy pomniki domowe i publiczne za kiwanie g³ow± ze zrozumieniem, za agresjê biern± zamiast czynnej. W co my¶my siê da³y wmanewrowaæ? Niewolnik chwali pana za to, ¿e bije go tylko raz w tygodniu a nie, jak to zwykle bywa, codziennie.

Deklaruj±c siê jako feministka kobieta ma wci±¿ wiele do stracenia: zostanie uznana za niekobiec±, przewra¿liwion± i dziwad³o bez poczucia humoru, straci sporo znajomych, obiady rodzinne zamieni± siê w piekie³ko, w pracy i w domu sypaæ siê bêd± prowokacje i chamskie ¿arty, dopadnie j± poczucie frustracji z powodu niemo¿no¶ci wp³ywu na rzeczywisto¶æ pe³n± pogardy wobec kobiet. Mê¿czyzna z t± sam± deklaracj± na ustach zgarnie same plusy. Antyfeministki potraktuj± to jako wyznanie w rodzaju: "uwielbiam kobiety". Feministki wezm± za sprzymierzeñca. Wszystkie kobiety obdaruj± wiêkszym szacunkiem i zaufaniem. Mê¿czy¼ni uznaj± za orygina³a, a oryginalno¶æ jest w cenie. Niektórzy mo¿e za dziwaka, ale wystarczy kilka faceckich grypsów, by kolegom ul¿y³o, ¿e nadal jeste¶ "swój".

Drodzy femini¶ci, zap³aæcie najpierw alimenty zamiast chwaliæ alimenciary za budowanie spo³eczeñstwa obywatelskiego. Zadbajcie o antykoncepcjê w swoich zwi±zkach zamiast grzmieæ o prawie do aborcji. We¼cie urlop wychowawczy zamiast wysy³aæ na niego kolegów z pracy. Odwalcie czarn± robotê przy manifach zamiast przemawiaæ z platformy w aureoli bezinteresownych nonkonformistów. Pomó¿cie swoim kole¿ankom w potrzebie zamiast przechadzaæ siê z nimi Nowym ¦wiatem. Wyplakatujcie noc± miasto i zap³aæcie mandat zamiast obnosiæ siê z badzikami: I love feminism. Zejd¼cie ze sceny zamiast perorowaæ, ¿e brak na niej kobiet to skandal. Wywi±¿cie siê ze swoich zobowi±zañ finansowych wobec bliskich zamiast rozliczaæ kolejne rz±dy ze zobowi±zañ wobec Polek. Wyszorujcie kibel, pozmywajcie naczynia, pozamiatajcie pod³ogi zamiast debatowaæ o nierównym podziale obowi±zków. Posprz±tajcie po sobie skarpetki zamiast p³aciæ za to grosze kobietom zza wschodniej granicy pieniêdzmi zarobionymi na s³usznym gniewie. O¶mieszcie siê brakiem poczucia humoru publicznie interweniuj±c, gdy kolega mówi seksistowski ¿art, zamiast psioczyæ na niego w kuluarach. Ugotujcie obiad zamiast p³aciæ za niego w knajpie, gdzie kucharka zarabia 10 z³ za godzinê pracy, a danie kosztuje tyle, ile jej dniówka. Mówcie o swoich emocjach i uczuciach zamiast mówiæ o tym, ¿e mê¿czy¼ni nie potrafi± o tym mówiæ.

Inaczej wasze deklaracje pozostan± tylko sposobem na zdobycie poklasku w¶ród kobiet. Niestety sposobem wci±¿ skutecznym. Nie jest to jednak dowodem waszej ¶wietno¶ci, a jedynie tego, do jak z³ego traktowania przywyk³y¶my, by zach³ystywaæ siê obietnicami, które przecie¿ nic nie kosztuj±, za to pozwalaj± chodziæ w glorii i chwale dobrego cz³owieka.
Feminizm jako utrata niewinno¶ci
2009-09-25 14:47:29
Jestem zaproszona na obiad do kuzyna. Kuzyn jest z pokolenia moich rodziców. W salonie przy stole zasiadamy w sk³adzie: on (na centralnym krze¶le), Dziewczyna Kuzyna, jego córki: Natalia i Karolina, Ch³opak Karoliny oraz ja.

Kuzyn siedzi. Zarz±dza tematami rozmowy, stara siê, by konwersacja nie by³a rwana, a pozory swobody i luzu zachowane. Wstaje najdalej do barku, by dolaæ wina. Na trasie salon-kuchnia nieustannie kursuje Dziewczyna Kuzyna. Kuzyn daje sygna³ na start jedzenia, gdy jego Dziewczyna utknê³a gdzie¶ pomiêdzy salaterk± z sa³atk±, tac± z owocami i talerzykiem z posiekan± natk± pietruszki. Przecie¿ „wszyscy“ ju¿ siedzimy. Ona do „wszystkich“ siê najwyra¼niej nie zalicza. Ona jest osobnym zbiorem, reprezentacj± drugiego obiegu. Na razie jednoosobow±.

Po posi³ku g³ównym pierwszy zrywa siê kto? Ona, a jak¿e. Czyli ta, która zasiad³a do niego ostatnia. Gdy zaczyna zbieraæ brudne talerze wstaje Natalia, oferuje pomoc i niezw³ocznie przechodzi od s³ów do czynów. Po ostatnim kêsie zrywa siê tak¿e Karolina. Wszystkie trzy za chwilê odmaszeruj± do kuchni z narêczami naczyñ, w korowodzie pos³ugaczek.

To, ¿e kobiety wstaj±, by posprz±taæ po pierwszym kulinarnym wystêpie i przygotowaæ kolejny jest tak samo prze¼roczyste jak to, ¿e mê¿czy¼ni nie ruszaj± siê z miejsca oczekuj±c na dalsze przyjemno¶ci i bycie obs³u¿onym. Kuzyn i Ch³opak Karoliny nawet na chwilê nie przerywaj± rozmowy. Pardon, Kuzyn rzuca do Dziewczyny: „wstaw wodê na herbatê“. ¯adnego „poproszê“, ¿adnego „dziêkujê“, ¿adnego „czy mog³aby¶“, nie wspominaj±c ju¿ o tym, by w korowód wst±pi³y i mêskie nogi. Oni rozmawiaj±. Oni debatuj±. Oni s± w ¶wiecie salonu. One odmaszerowuj± do kuchni.

Salon, gdzie debatuje siê, dyskutuje, prê¿y, pokazuje swoje zabawki i swój orê¿. Gdzie jest miejsce na wa¿ne tematy. Salon, w którym zapadaj± decyzje. W którym króluje g³os mêski. Salon jest stworzony do odbijania go echem, zwielakratniania, upajania siê nim. Salon jest agor±. Tu brzmi± dono¶ne basy, stukaj± kieliszki, po³yskuj± mankiety lub najmodniejsze trampki, brzêcz± porcelanowe fili¿anki, lej± siê wina, skrzypi± kredensy, onie¶mielaj± obrazy. Tu rozgaszcza siê dostojeñstwo, pewno¶æ siebie, rubaszno¶æ, tubalno¶æ, wa¿no¶æ. Tu siê ro¶ci do prawdy.

Kuchnia, gdzie obs³uguje siê innych. Dba o innych przyjemno¶æ. Przygotowuje rozkosze dla tych, którzy goszcz± w salonie. W kuchni mówi siê cicho, kobiecym g³osem. Szepcze siê przy kuchennym stole tak, by ci w salonie nie us³yszeli. Czasem ¶mieje wysokim, t³umionym ¶miechem. Piskliwie, jak dziewczynki, które co¶ knuj± albo kogo¶ obgaduj±. W kuchni ciê¿ko siê pracuje. Wykonuje mnóstwo czynno¶ci naraz, z trudem panuje nad wszystkimi fajerkami i piekarnikiem, nad zlewem, ¶cierkami, s³oiczkami z przyprawami. W kuchni siê poci i mêczy. Czasem g³o¶niej t³uknie siê garnkiem, ale to bywa ¼le widziane przez tych z salonu: nie lubi±, gdy ich g³osy zak³óca co¶, co jest poza ich wzrokiem i zainteresowaniem. W kuchni za³atwia siê sprawy od kuchni. Zjada okruszki, resztki, przypalone nale¶niki. Pe³ne, udane, przystrojone potrawy wêdruj± nienadgryzione do salonu, dla innych. W kuchni preparuje siê wykwintny ¶wiat, kuchnia ukrywa proces jego przygotowania.

Uczestniczê w rozmowie Kuzyna i Ch³opaka jego córki. Dawno siê nie widzieli¶my, wiêc apdejtuj± wiedzê, czy nadal jestem taka zadziorna i jak daleko mo¿na na tej zadziorno¶ci zajechaæ. Sk±d za ni± wywalaj±, a gdzie pozwala ona uzyskaæ szacunek ciut wiêkszy ni¿ paternalistyczna uprzejmo¶æ, któr± zwyczajowo daje siê kobietom na starcie. Daje, dopóki nie zaczn± zg³aszaæ, ¿e jednak przysz³y po wiêcej zw³aszcza, ¿e daj± wiêcej.

Gdy wszystkie przystolne panie zrywaj± siê, by przej¶æ z salonu do kuchni, jestem w kropce. Do³±czaj±c do nich oddam pole. Zgodzê siê na odwieczny porz±dek rzeczy, w którym salon przynale¿y mê¿czyznom, kuchnia za¶ kobietom. Zrezygnujê z miejsca, o które uwa¿am, ¿e kobiety powinny walczyæ. Pozwolê, by moje krzes³o, które z trudem tu wcisnê³am, znowu wyl±dowa³o w korytarzu, za drzwiami, poza centrum.

Je¶li zostanê w salonie, zdradzê kobiety. Wywy¿szê siê ponad nie. Oddelegujê je do sprz±tania niczym trzeci mê¿czyzna przy stole. Zachowam siê jak nuworysz, który dopuszczony na salony demonstracyjnie odcina siê od przedstawicieli klasy, z której w³a¶nie awansowa³.

Je¶li wyjdê z kobietami do kuchni zdradzê siebie. Swoje idea³y, pogl±dy, s³uszno¶æ, wizjê. Zaprzepaszczê trud, który dot±d podjê³am, by dostawaæ wiêcej ni¿ ca³owanie r±czek i komplementy za dobrze ugotowane jedzenie.

Je¶li zostanê w salonie nie bêdê mog³a porozmawiaæ z kobietami, za którymi siê stêskni³am. Nie dowiem siê, co u nich, a przecie¿ w gruncie rzeczy interesuje mnie to du¿o bardziej ni¿ udowadnianie komukolwiek, ¿e potrafiê my¶leæ. Ni¿ zdobywanie szacunku u tych, którzy potraktuj± mnie jak wyj±tek od regu³y.

Jest trzecia droga: ujawniæ regu³y gry. Powiedzieæ do kobiet: "Dok±d siê zrywacie? Mo¿e panowie zanios± talerze, a my pogadamy? Tak dawno siê nie widzia³y¶my!" Albo zapytaæ mê¿czyzn: "Mogliby¶cie posprz±taæ? Chcia³yby¶my pogadaæ." Albo z grubej rury orzec: "To nie fair, ¿e my sprz±tamy, a wy siedzicie. Nie zgadzam siê na to."

Na to dictum zapewne kobiety rzuc± siê do ³agodzenia sytuacji i zapobiegania nadci±gaj±cej chryi. Zapewni±, ¿e dla nich to nie problem, one uwielbiaj± sprz±taæ, a w ogóle ich ch³opcy zawsze im pomagaj±. Mê¿czy¼ni wymieni± miêdzy sob± kilka z³o¶liwych ¿artów pod moim adresem, demonstracyjnie przemaszeruj± trasê do kuchni i z powrotem, by ca³e zdarzenie skwitowaæ moim przewra¿liwieniem.

Trzecia droga oznacza bycie popsuj-zabaw±. Grozi odpowiedzialno¶ci± za skwaszenie atmosfery. Przynosi konsekwencje w postaci obrazy, ostracyzmu, bycia obiektem plotek, noszenia ³atki niezno¶nej, ekscentrycznej, niemi³ej, bez-poczucia-humoru. Jednym s³owem: niebezpiecznej.

Tysi±ce decyzji, które musisz co dzieñ podj±æ. Które wolisz, by podjê³a za Ciebie sytuacja. Pozwalasz na to, bo parali¿uje ciê wstyd, poczucie winy, niepewno¶æ, niechêæ do ponoszenia ich kosztów. I tak je ponosisz, bo czerwone policzki, a wraz z nimi rozliczne duchy, dopadn± ciê na klatce schodowej, gdy opuszczaæ bêdziesz kamienicê Kuzyna. Schodz±c po schodach mijaæ bêdziesz kolejne mieszkania, a w ka¿dym z nich kolejne salony i kolejne kuchnie. W nich za¶ kolejnych mê¿czyzn i kolejne kobiety.

Nie ma takiego wyj¶cia, którym mo¿na wyj¶æ niezadra¶niêt±. Droga pomiêdzy salonem i kuchni± utraci ca³± swoj± neutralno¶æ gdy tylko zadasz sobie pytanie, kto ni± chodzi i kto gdzie jest go¶ciem, a gdzie sta³ym bywalcem. Wraz z pytaniami znika niewinno¶æ pytanych, ale i pytaj±cych.


(Rozwi±zaniem jest kuchnia i salon w jednym)