
2010-03-08 18:58:48
Uwagê tê dopisujê, bo czytelnik - któremu dziêkujê za konstruktywn± i ¿yczliwie wyra¿on± krytykê - u¶wiadomi³ mi, ¿e mój tekst mo¿e zostaæ odebrany jako atak na ostatni± Manifê. Tymczasem lu¼no zwi±zane z ni± impresje s± dla mnie jedynie punktem wyj¶cia. Przestrzegam tak¿e przed osobistym odbiorem poni¿szego tekstu: ruch, a nawet spo³eczno¶æ to co¶ wiêcej ni¿ suma jego cz³onkiñ, a jego dynamika to co¶ wiêcej ni¿ suma zachowañ, emocji i decyzji uczestnicz±cych w nim jednostek.
9.3.2010
Kiedy w 2000 roku jecha³am na demonstracjê o prawa kobiet, wagoniki metra ¶wieci³y pustkami. Nie by³o w nich ani ludzi, którym z plecaków wystawa³y transparenty, a z klap badziki z feministycznymi has³ami, ani telewizorów reklamuj±cych "Gazetê Wyborcz±" reklamuj±c± „Manifê”. S³owo „manifa” nie by³o wtedy jeszcze w powszechnym u¿yciu. Telebimy na peronach nie instruowa³y, jak omin±æ korki powsta³e z powodu przemarszu i nie robi³y pokazu slajdów z poprzednich Manif niczym z najlepszego warszawskiego street party. Rozrywkowe "Co jest grane" i modne kluby nie zaprasza³y do udzia³u w rewolucji, a ju¿ na pewno nie ró¿ow± stron± i obietnicami, ¿e bêdzie weso³o, kolorowo i z szans± na spotkanie celebrytów, wiêc kto nie przyjdzie ten za¶ciankowy burak.
Nastêpnego dnia gazety zbywa³y nas milczeniem lub gdzie¶ pomiêdzy zwichniêt± kostk± arcybiskupa a instrukta¿em dekoracji wielkanocnego sto³u opisywa³y w trzech zdaniach jako kuriozum, cyrk, bandê idiotek, w najlepszym razie happening. W noc poprzedzaj±c± Manifê oprócz koszmarów z cyklu: „nikt nie przyjdzie” ¶ni³am tak¿e, ¿e w ¶rodkach masowego przekazu przytocz± choæ jeden feministyczny postulat. Ale dla powa¿nych mediów istotniejszy by³ kolor naszych rajstop i domniemany stan panieñski. Telewizyjne relacje z Manif rozpoczyna³ sakramentalny tekst: "Dzi¶ na ulicach Warszawy demonstrowa³y feministki. Ich zdaniem kobiety w Polsce s± dyskryminowane". Obrazy montowano tak, ¿e "ich zdanie" okazywa³o siê urojeniem jazgotliwych histeryczek.
Przez kolejne lata organizowania, a potem przychodzenia na Manifê moim marzeniem by³o, by potraktowano nas serio. By polemizowano zamiast upupiaæ, dano siê wypowiedzieæ zamiast fa³szywie streszczaæ, skupiono na tre¶ci zamiast dyskredytowaæ formê. By s³owo: feministka przesta³o funkcjonowaæ jak obelga, synonim brzydkiej-baby-z-problemami, a zaczê³o byæ znakiem pewnej postawy politycznej i wra¿liwo¶ci na krzywdê. By zechciano z nami rozmawiaæ o tej krzywdzie, a nie o naszych seksualnych preferencjach. By zainteresowano siê ¿yciem kobiet, o których interesy walczy³y¶my, zamiast ¿yciem ma³ej grupy feministek.
Wczoraj, gdy ulicami Warszawy sz³a XI Manifa, mój sen wydawa³ siê spe³niony. A jednak co¶ mnie niepokoi. Pamiêtacie film „Truman Show”? To dziwne uczucie, gdy ¶ciany domu okazuj± siê makiet±, ulica – scenografi±, realno¶æ atrap±, a zdania wypowiadane przez znajomych tekstem scenariusza?
Analizy procesów kooptacji ruchów emancypacyjnych do mainstreamu wskazuj±, ¿e odbywa siê ona kosztem istotowych postulatów. Pisa³y o tym kolejno dzia³aczki wszystkich wa¿nych ruchów kontestatorskich, od sufra¿ystek, przez kobiety kolorowe, po ekolo¿ki i feministki II Fali. Kultura dominuj±ca coraz czê¶ciej nie tyle zwalcza tre¶ci, które s± wobec niej krytyczne lub demaskuj±ce, co wch³ania je w swój obrêb, wysysa z rewolucyjnego potencja³u i tym samym obezw³adnia. Zostawia formê jako atrakcyjny gad¿et, na którym mo¿na zarobiæ nakrêcaj±c popyt i otwieraj±c now± niszê rynku. Estetyzacja buntu wprzêga dzikiego konia w niewolniczy zaprzêg. Subordynuje tre¶ci do ich przedstawieñ. Tak rewolucja zamienia siê w napis na bluzie, wolno¶æ w ¶wiecide³ko, równo¶æ w modne akcesoria. Tak feminizm staje siê wydmuszk±.
O jego kszta³cie coraz czê¶ciej decyduj± media. Od lat 90. g³ówny wysi³ek polskiego ruchu feministycznego by³ skierowany na doreprezentowanie idei w gazetach, radiu i telewizji. W perspektywie indywidualnej nie poszed³ on na marne. Co siê zmieni³o? Kilka osób zrobi³o medialn± karierê. Kilka robi polityczn±. W mediach g³ównego nurtu pojawia siê publicystyka kilku. Styl ¿ycia kilku – jak mieszkaj±, co jedz± na ¶niadanie, gdzie pij± wódkê, a gdzie kawê i w jakim kolorze ok³adki ksi±¿ek lubi± – sta³o siê po¿ywk± magazynów lajfstajlowych.
Z perspektywy idei, o szerzenie której rzekomo chodzi³o, bilans nie jest zadowalaj±cy. Od mniej wiêcej 6 lat na Manify przychodzi sta³a liczba demonstruj±cych: ok.3-4 tysiêcy ludzi. Od 10 lat ¿aden z wa¿nych jej postulatów nie sta³ siê politycznym sukcesem ruchu. Przypomnijmy, o co walczy³y¶my. Aborcja jak by³a, tak jest zakazana. Mimo pozornie bardziej liberalnych rz±dów antykoncepcja nie ma szans na refundacjê, edukacja seksualna nie ma szans na obecno¶æ w programach szkolnych, za to religia rozrasta siê w przedszkolach i szko³ach jako przedmiot nauczania, by zago¶ciæ na maturze. Ekspertami rz±dowymi w sprawie ¿ycia kobiet s± ksiê¿a, i to w wiêkszym stopniu ni¿ 10 lat temu, gdy rz±dzi³o SLD. Przepa¶æ miêdzy zarobkami kobiet i mê¿czyzn od 7 lat nie zmniejszy³a siê. Ubóstwo jest w równym stopniu co 10 lat temu wiêkszym zagro¿eniem dla kobiet. Feminizacja zawodów niskop³atnych postêpuje, a nie maleje. Uzwi±zkowienie kobiet nie ro¶nie. ¯³obki s± likwidowane, a nie budowane, przedszkola pañstwowe podnosz± op³aty lub znikaj±, powstaj± za to prywatne i drogie. Traktowanie kobiet po ludzku w dziedzinach zdrowia reprodukcyjnego (porody, opieka medyczna podczas menopauzy, dostêp do antykoncepcji), ¿ycia rodzinnego (opieka nad dzieæmi, „drugi etat”), bezpieczeñstwa materialnego (godne emerytury) i psycho-fizycznego (ochrona przed sprawcami przemocy domowej i seksualnej) staje siê elitarnym towarem. Kosztuje coraz wiêcej i to na kolejnych odcinkach kobiecego losu. Los ten w coraz wiêkszym stopniu podlega mechanizmom rynkowym i uzale¿niony jest od posiadanych kapita³ów. Rola p³ci w podziale tych kapita³ów nie maleje.
Realn± szansê realizacji ma parytet na listach wyborczych. Co ciekawe, nie by³ to g³ówny postulat ¿adnej z Manif, lecz Kongresu Kobiet Polskich z 2009 r., utworzonego na bazie sojuszu biznesu, polityki i NGO-sów.
Sukces medialny partykularnej odmiany feminizmu nie ma zatem prze³o¿enia na realn± poprawê ¿ycia kobiet. Ma on jednak moc sprawcz± w obrêbie samego ruchu. Tekstami pisanymi do mediów g³ównego nurtu rz±dzi zrozumia³a zasada: „trzeba napisaæ tak, by wydrukowali”. Wszystko, czego napisaæ nie mo¿na, bo bêdzie zbyt radykalne, zbyt skomplikowane, zbyt ma³o pasuj±ce do dominuj±cego sposobu my¶lenia, zbyt niezrozumia³e lub podejrzane dla redaktorów, zbyt „ideologiczne”, wreszcie zbyt „peerelowskie” - musi zostaæ wyciête. Operacja na przekazie medialnym okazuje siê tak¿e operacj± na umys³ach. Wszystko to, co wylecia³o z przekazu medialnego, z czasem okazuje siê nieartyku³owalne tak¿e w obrêbie ¶rodowiska feministycznego. Strukturalna cenzura medialna staje siê autocenzur± autorek, wymagan± potem od innych feministek. Tak zostaje ona wyznacznikiem dopuszczalnych i niedopuszczalnych sposobów nie tylko argumentacji, ale tak¿e my¶lenia w obrêbie ca³ego ruchu. To swoiste sprzê¿enie zwrotne skutkuje lepieniem feminizmu na mod³ê mediów. Czy to nie za wysoka cena za „szerzenie idei poprzez dostêp do mainstreamu”, skoro i tak obserwujemy tak nisk± tego szerzenia skuteczno¶æ?
Skutek sukcesywnego wydr±¿enia medialnego feminizmu z potencja³u emancypacyjnego obrazuje dyskursywna zbitka: „geje, lesbijki i feministki”. Zbitka, co ciekawe, rzadko przez feministki prostowana, choæ przecie¿ kuriozalna. O ile bowiem geje i lesbijki nale¿± do grup dyskryminowanych, o tyle feministki – same najczê¶ciej uprzywilejowane spo³ecznie i ekonomicznie - podejmuj± siê zadania reprezentowania kobiet jako jeszcze jednej takiej grupy. Mo¿emy siê spieraæ, czy nie pos³uguj± siê fa³szyw± legitymacj± „wszystkich kobiet” do forsowania partykularnych interesów (patrz: zarzuty wobec akcji na rzecz parytetu i do Partii Kobiet), z pewno¶ci± jednak to nie feministki s± grup± uciskan±. Przeciwniczek feminizmu mizoginia nie chroni przed bied±, nie otwiera ich dzieciom drzwi do przedszkola i nie ratuje przed despotycznym mê¿em. Czasem zmniejsza poczucie upokorzenia, gdy w codziennym ¿yciu napotykaj± one na bariery obyczajowego lub instytucjonalnego seksizmu. Tych barier jednak nie zmniejsza.
Zbitka, o której mowa, ka¿e zastanowiæ siê, czy przedmiotem feminizmu zbyt czêsto nie okazuj± siê same feministki. Tak w³a¶nie jeste¶my odbierane. I choæ zestaw „geje, lesbijki i feministki” nierzadko przytaczany jest z aprobat± tworz±cych go dziennikarzy, nas powinien alarmowaæ, bo dowodzi przedstawiania sytuacji feministek jako sytuacji kobiet w ogóle, braku ¶wiadomo¶ci ró¿nic spo³ecznych, a przede wszystkim braku refleksji nad sprzeczno¶ciami interesów. Bo o ile dyskryminowaniem wyedukowanych feministek maj±cych aspiracje do zrobienia medialnej kariery bêdzie np. niechêæ gazet do publikowania ich znakomitych nieraz tekstów, niewiele to jednak ma wspólnego z dyskryminacj± kobiet, które feministki rzekomo reprezentuj± broni±c np. prawa do aborcji. Tutaj tkwi niebezpieczeñstwo oderwania ruchu od grupy, na potrzeby której ruch ten chce uwra¿liwiaæ: w uniwersalizowaniu w³asnej pozycji, zmagañ, aspiracji i ¿yciowych trajektorii. Niedobrze, gdy ruch feministyczny staje siê ruchem w obronie feministek.
Paradoks ten oddaje u¿ycie s³owa: solidarno¶æ. Mo¿e oznaczaæ ono ¶wiadomo¶æ ró¿nic, rezygnacjê z przywilejów i dobrowolne dzielenie siê rozmaitymi kapita³ami z tymi, którzy s± ich pozbawieni. Coraz czê¶ciej s³u¿y jednak zgo³a odmiennemu celowi: jako przykrywka dla ró¿nicy. Sugeruje, ¿e zarówno nierówny podzia³ przywilejów, jak i konflikt interesów miêdzy kobietami z ró¿nych klas nie istniej±. Wystarczy zatem, je¶li - tak jak dot±d - „ka¿da bêdzie robiæ swoje”: np. jedna pracowaæ jako sprz±taczka, druga zatrudniaæ sprz±taczki. Dodatkowo jednak mamy byæ „solidarne”. Obie pozycje zostaj± przedstawione jako równowa¿ne i równoprawne. Postulat wzajemnego wspierania siê kobiet spe³nia tu funkcjê maskuj±c± nierówny podzia³ dóbr. W efekcie pracownica, która odniesie na swoj± szefow± za ³amanie prawa pracy, oka¿e siê niesolidarna. Bez dookre¶lenia, kto z kim ma byæ solidarna i wobec czego, has³o zadzia³a na szkodê s³abszych. Bez wskazania, dla kogo jest ta oferta, skorzysta z niej silniejszy.
Panmedializacja jako strategia oraz niedostrzeganie jej z³ych skutków zarówno w ¶wiecie spo³ecznym jak i w obrêbie ruchu feministycznego to pierwszy pakiet zjawisk, które budz± podejrzenia o fasadowo¶æ feminizmu. Drugi wi±¿e siê z autorytaryzmem ruchu. Jego uczestniczki, które wykraczaj± poza skrojone pod media g³ównego nurtu kszta³ty, krytykuj± niektóre feministyczne poczynania, proponuj± inne i na miarê swoich kompetencji, mo¿liwo¶ci instytucjonalnych, czasowych oraz przede wszystkim finansowych wdra¿aj± je, oskar¿ane s± o dwa grzechy g³ówne: "rozbijanie jedno¶ci ruchu" i "resentyment".
Zazwyczaj ukryty w sferze towarzyskiej, objêty tabu, strze¿ony gro¼b± kary za ujawnienie, autorytaryzm ów ujawni³ siê przy okazji Kongresu Kobiet Polskich. Krytyka KKP – ¿e by³ skrajnie warszawskocentryczny, ¿e wykluczy³ temat aborcji, ¿e reprezentowa³ punkt widzenia i interesy bogatych kobiet, pracodawców i ludzi biznesu, ¿e wpad³ w pu³apki „mistyki kobieco¶ci” itp. – spotka³a siê z szokuj±co chamsk± reakcj±, której przyk³ady mog³yby pos³u¿yæ za s³ownik nowomowy neoliberalnej i... seksistowskiej. Autorki tej krytyki zosta³y oskar¿one o „nieudacznictwo” (tak jak o nieudacznictwo oskar¿a siê tych, którzy nie odnie¶li kapitalistycznie rozumianego sukcesu, ale tak¿e kobiety, które walnê³y g³ow± w szklany sufit), „wylewanie prywatnych ¿alów” (ten argument czêsto pada pod adresem zwi±zkowczyñ), „zazdro¶æ” (sugeruj±c±, ¿e kobiety, które wystêpuj± publicznie i chc± akcesu do polityki, i tak kieruj± siê emocjami i prywat±), „bezinteresowny jad” (zatem kobiety to wredne, niebezpieczne, podstêpne istoty) oraz uleganie podszeptom swoich ch³opaków (jak widaæ nie tylko socjobiolodzy i Janusz Korwin-Mikke, ale tak¿e niektóre feministki uwa¿aj±, ¿e kobiety nie potrafi± niezale¿nie my¶leæ i podejmowaæ decyzji, a jedynie kierowaæ siê hormonami). A¿ dziw, ¿e nikt nie oskar¿y³ krytyczek KKP o brak urody.
Nie wykluczam, ¿e krytyka feministycznych przedsiêwziêæ, które otrzymuj± mainstreamow± legitymacjê, jest podyktowana zbyt du¿± dawk± rewolucyjnej czujno¶ci. Z pewno¶ci± jednak mo¿na by czerpaæ z niej po¿ytki. W sytuacji, gdy kultura dominuj±ca jest wyposa¿ona w coraz lepsze narzêdzia przechwytywania najbardziej radykalnych znaczeñ, ich rozbrajania i neutralizowania, czujno¶æ taka powinna byæ traktowana jako cenny g³os w ³onie feminizmu. Byæ mo¿e losem wszystkich wspó³czesnych ruchów emancypacyjnych jest nieustanna gra z mainstreamem i oscylowanie miêdzy wykorzystywaniem go, a byciem wykorzystanym. W tym kontredansie rozk³ad si³ jednoznacznie wskazuje na tego, kto powinien bardziej uwa¿aæ nim i tak przegra.
Niezamierzonym sukcesem Kongresu Kobiet Polskich by³o wywo³anie tej w³a¶nie polemiki, a co za tym idzie: ujawnienie ró¿norodno¶ci polskiego feminizmu. Wobec tak kontrowersyjnego wydarzenia przymus pokazywania „jednej twarzy feminizmu” okaza³ siê nareszcie zbyt s³aby. Do tej pory by³ on wymuszany poprzez nieformalne wykluczanie tych, którzy ujawniali pêkniêcia w monolicie. Strategia ukazywania feminizmu jako jednorodnego przedsiêwziêcia nie by³a nigdy ani przedyskutowana, ani decyzja o niej demokratycznie podjêta. Debata wokó³ KKP przypomina chwilami kamieniowanie przez rozjuszony lud kilku nieszczê¶niczek, którzy odwa¿y³y siê powiedzieæ dwa zdania wiêcej ni¿ wolno i nawet nie wiedzia³y, ¿e z³ama³y tym jakie¶ prawo, bo znane jest ono jedynie prawodawczyniom. Niemniej sprawi³a ona, ¿e karanie za naruszenie hierarchii zabierania g³osu w obrêbie ruchu feministycznego osi±gnê³o pu³ap publiczny i sta³o siê jawne.
Warszawski ruch feministyczny - z powodu sto³eczno¶ci hegemoniczny wobec feminizmów w innych miastach - dzia³a na zasadzie charyzmy samozwañczych liderek. Charyzmy mylonej przez wszystkie jego uczestniczki – niezale¿nie od pozycji, jakie w tym ruchu zajmuj± - z kompetencjami, zas³ugami lub sta¿em „dzia³actwa”. Trudno nazwaæ takowymi kapita³y owocuj±ce pewno¶ci± siebie, przekonaniem o w³asnej warto¶ci i sukcesem medialnym. Nie jest niczyj± win±, ¿e z kapita³u korzysta. Dobrze jednak, gdy trosk± emancypantek jest, by cnot± uczyniæ odpowiedzialne wobec innych rozporz±dzanie owym kapita³em, a nie u¿ywanie go do windowania w³asnej pozycji kosztem innych. Skrajnie niedemokratyczne procesy decyzyjne jak i podzia³ najbardziej lukratywnych dzia³añ daj±cych dostêp do indywidualnej kariery s± w obrêbie ruchu uzasadniane wiekiem liderek, co jest argumentem czysto ageistowskim, lub ilo¶ci± przepracowanych feministycznie lat, co jest argumentem jawnie nieprawdziwym. Tylko jeden z miliona przyk³adów: przemawianie podczas Manify z platformy jest presti¿owym zajêciem. Tym razem wykonywa³a je m.in. Jolanta Kwa¶niewska, choæ jeszcze 2 lata temu nie by³o jej w gronie organizatorek Manif ani dzia³aczek na rzecz kobiet. Przede wszystkim jednak nigdy ani te, ani ¿adne inne kryteria nie zosta³y wspólnie przedyskutowane i przyjête.
Neutralizowanie rang spo³ecznych i dba³o¶æ o uczestnictwo na równych prawach – bez wzglêdu na nazwisko, wiek, stopieñ wygadania i stopieñ naukowy, stan maj±tkowy, tzw. charyzmê i dostêp do prawomocnych mediów – powinno byæ równie wa¿nym postulatem ruchu feministycznego jak prawo do aborcji czy walka o równe p³ace. Choæ jego realizacja wymaga ¿mudnych i nudnych starañ, æwiczeñ i praktyk, choæ ogranicza popisy jednej aktorki, show drugiej, krasomówstwo trzeciej i spektakularne gesty czwartej – jest nie tylko s³uszne z punktu widzenia postulatu równo¶ci, ale na d³u¿sz± metê siê op³aca. Oznacza bowiem wypracowywanie w praktyce innego modelu wspólnoty. Wspólnoty opartej na szacunku i równo¶ci, d±¿±cej do demokracji. Dba³o¶æ o ni± wymaga wysi³ku, setek pora¿ek i zniechêceñ. Przez osoby dot±d uprzywilejowane czêsto odbierane jest jako sztywniactwo, biurokratyzm, podcinanie skrzyde³. W ten sposób - znowu - interes elit mylony jest z interesem wszystkich kobiet.
Dlatego na Dzieñ Kobiet ¿yczê nam wszystkim dwóch nonkonformizmów. Pierwszy to ten, który sprawia, ¿e dostrzegamy niesprawiedliwo¶æ i krzywdê. ¯e szukamy ich przyczyn. ¯e sprzeciwiamy siê im oraz dominuj±cym pogl±dom, które je uzasadniaj±. Ten nonkonformizm robi z nas feministki. Drugi to nonkonformizm w obrêbie ruchu, do którego zaprowadzi³ nas pierwszy. Niezag³uszanie w³asnych rozterek, w±tpliwo¶ci, s±dów. Wyra¿anie ich. Zadawanie pytañ, polemizowanie, krytycyzm. Próba sprostania w³asnym postulatom. To niezale¿no¶æ my¶li. O tyle trudniejsza, ¿e wci±¿ popularne sekowanie feminizmu ka¿e feministkom szukaæ sojuszniczek jedynie w¶ród innych feministek. W efekcie walka o niezale¿no¶æ niesie za sob± ryzyko podwójnego wykluczenia: ze ¶wiata dominacji i ze ¶wiata kontestacji.
Oczekiwanie, ¿e ruch feministyczny nie powieli struktur dominacji jest tyle¿ zrozumia³e, co ja³owe. Zrozumia³e, bo sprzeciw wobec mechanizmów tej dominacji poniek±d ruch ukonstytuowa³. Ja³owe, bo urodzi³y¶my siê i wychowa³y¶my w ¶wiecie zasad, które próbujemy znie¶æ. Nie znamy innego modelu spo³eczeñstwa, relacji miêdzyludzkich, kryteriów oceniania. Ale to w³a¶nie nonkonformizm wewn±trz ruchu – zw³aszcza takiego, który nie jest ju¿ tylko prze¶ladowany, upupiany i dyskredytowany, lecz ma moc sprawcz± – zrodzi³ najbardziej postêpowe idee. Chocia¿by takie jak II Fala feminizmu, wyros³a m.in. z buntu przeciwko powielaniu patriarchalnych struktur w obrêbie wolno¶ciowych ruchów lewicowych lat 60.
Wieloletni brak gratyfikacji z aktywno¶ci feministycznej – w postaci skuteczno¶ci podejmowanych dzia³añ - jest do¶wiadczeniem bolesnym, frustruj±cym i demobilizuj±cym. Wyg³odnia³e jej, feministki upatruj± docenienia w ¶wiecie mediów i domagaj± siê go od kole¿anek. Nazywaj±c go siostrzeñskim wsparciem, ¿±daj± bezkrytycznego zachwytu. W³a¶nie z nadziej± na gratyfikacjê i jej oczekiwaniem najtrudniej sobie poradziæ. Ale nonkonformizm i gratyfikacja le¿± po ró¿nych stronach barykady. Mamy solidne podstawy, by uznaæ to za zobiektywizowany fakt, a nie – jak próbuje siê nam wmówiæ - w³asn± nieudolno¶æ lub osobist± pora¿kê. Podstawy te daje nam nie kto inny jak sam feminizm. Najtrudniej poradziæ sobie z wszêdobylsk± indywidualizacj±. Ona jest jak toksyna: odbiera moc dzia³ania i poczucie w³asnej warto¶ci. Dlatego - paradoksalnie – to w³a¶nie ¶wiadomo¶æ deterministyczna obdarza poczuciem wolno¶ci. ¯yczê nam wszystkim, by¶my nie bali siê zarzutu o resentyment, lecz przygarnêli go jako konieczne dziecko nadziei na równe traktowanie i ukrytych nierówno¶ci. „Resentyment” to jeszcze jedno ideologiczne narzêdzie, s³owo-klucz przerzucaj±ce na jednostki winê za wykluczenie, którego do¶wiadczaj± lub marginalizowanie tre¶ci, które g³osz±. Dezawuuje ono ich w³a¶nie wtedy, gdy próbuj± na to wykluczenie zareagowaæ.
Oczywi¶cie mo¿na twierdziæ, ¿e za wszystko odpowiadaj± indywidualne cechy charakteru, przypad³o¶ci personalne, prywatne animozje i frustracje. Idê o zak³ad, ¿e ten tekst w pierwszej kolejno¶ci doczeka siê w³a¶nie takich komentarzy. A skoro tak, to idea feministyczna traci racjê bytu. Bo czy¿ nie to w³a¶nie robi feminizm: wskazuje, ¿e rozmaite struktury nierówno¶ci decyduj± nie tylko o naszych losach, ale tak¿e o naszych charakterach? Czy to nie feminizm dekonstruuje mity w rodzaju: „chcieæ to móc” dowodz±c, ¿e o niemo¿no¶ci decyduj± bariery instytucjonalne, najpierw spo³eczne, potem psychiczne, oraz tyle¿ pisane, co niepisane hierarchie, w którym jedn± jest hierarchia p³ci? Czy to nie feminizm ukazuje zgubne dla kobiet skutki tych hierarchii? Ich arbitralno¶æ oraz niesprawiedliwo¶æ i krzywdê, któr± one powoduj±?
2010-02-14 18:58:49
Jak znawca win. Albo samochodów. Lub znawca owadów. Znawca starych radioodbiorników. Ten facet zna siê na schorzeniach nerek, a tamten zna siê na kobietach. Ten umie oceniæ przebieg auta po ha³asie, jaki robi silnik. Tamten - rocznik wina po zapachu. Znawca malarstwa odró¿ni orygina³ od kopii, a znawca miejski - sygna³ karetki od koguta ABW. Jedni s± znawcami, bo maj± taki zawód, inni - bo maj± hobby. Jedni i drudzy umiej± oceniæ, wyceniæ, doceniæ, skrytykowaæ, dokupiæ czê¶ci zamienne, znale¼æ, opisaæ. Z daleka rozpoznaæ, jaki to model i jaki ma przebieg, który to rocznik i jaki ma mocznik.
Zastanówmy siê, co to w³a¶ciwie znaczy, ¿e kto¶ jest "znawc± kobiet".
Hipoteza pierwsza: ROZUMIE KOBIETY.
Zatem kobiety s± trochê jak psy? Po sposobie machania ogonem, wiercenia siê, skomlenia lub szczerzenia k³ów dobry weterynarz szybko rozpozna, ¿e co¶ psa boli albo czworonóg jest w¶ciek³y. Z pewno¶ci± jednak wymaga to wykraczaj±cych poza ludzk± normê kompetencji. Znajomo¶ci specjalnego kodu. Kodu niedostêpnego przeciêtnym ¶miertelnikom. Czy¿by kobiety nie mówi³y w jêzykach znanych tak¿e mê¿czyznom? Komunikuj± szczekaj±c? Miaucz±c? W specjalnie stworzonym jêzyku migowym? A mo¿e zamiast mówiæ machaj± nog±, staj± na g³owie, hucz± jak sowy? Czy jêzyk kobiecych cia³, gestów, a nawet emocji (milczenie, p³acz, szept, podniesiony g³os, trzês±ce siê rêce) jest tak hermetyczny, ¿e tylko "znawca kobiet" potrafi go zrozumieæ? To¿ to doprawdy obelga dla mo¿liwo¶ci pojmowania wszystkich pozosta³ych. Pozosta³ych ludzi, rzecz jasna (miêdzy sob± kobiety na pewno siê rozumiej±).
Hipoteza druga: SPA£ Z WIELOMA KOBIETAMI.
Skoro na skutek wielu partnerek nasz delikwent og³asza, ¿e "zna siê" na potrzebach seksualnych kobiet, to znaczy, ¿e wszystkie kobiety pragn± tego samego oraz maj± identyczne seksualne preferencje. To kwestia guzików, które trzeba umieæ namierzyæ, dosiêgn±æ i w odpowiednim momencie nacisn±æ. Zosia, Kasia i Marysia to tylko reprezentantka kobiecego cia³a zbiorowego, do którego jest jeden klucz, jedna mapa, jeden kompas, jeden domofon, jedna klamka. Znawca kobiet nie kocha siê z Basi±, Mariol± lub Krysi±, bo wszystkie s± przecie¿ identyczne. On nawet nie musi ka¿dej poszczególnej s³uchaæ i widzieæ, bo on siê kocha z Kobiet± przez du¿e ka. Pytanie tylko, kto ma z tego frajdê.
Hipoteza trzecia: WIE, JAK ZDOBYÆ KOBIETÊ.
Zatem kobiety s± jak szczyt w Tatrach. Albo, o nieba, w Himalajach! Albo jak w latach 80. cukier na przetwory. Albo jak kredyt na samochód, gdy nie ma siê sta³ych dochodów. Znawca kobiet wie, jak podej¶æ, jak zachachmêciæ, jak oszukaæ. A kiedy ju¿ zdobêdzie, zatknie na szczycie flagê, wyprê¿y musku³y, zrobi sobie zdjêcie na dachu ¶wiata. Zatr±bi na pó³ dzielnicy, wystawi ³okieæ za okno i ¶mignie setk± po osiedlowej uliczce.
Hipoteza czwarta: ZNA SIÊ NA KOBIECEJ URODZIE.
A zatem esteta! Ma w oku miarkê i ma w kieszeni dzienniczek, w nim stopnie wpisuje za dobrze dobrane korale, odpowiedni dekolt, w³a¶ciwy krój nogawki, u¿yty na czas krem przeciwzmarszczkowy. Umie oceniæ, która jest pod³ug najnowszych kanonów, a która lekko w rozwoju mody zapó¼niona. Po ubiorze, makija¿u, rysach twarzy, sylwetce potrafi trafnie oceniæ, ile ka¿da jedna jest warta. Pytanie tylko: warta czego? Ale dla znawcy kobiet to pewnie g³upie pytanie. Nie wybierze takiej, która by je sobie zada³a. Tym bardziej takiej, która zada³aby je jemu.
Hipoteza pi±ta: WIE, NA CO J¡ STAÆ.
Zatem potrafi orzec, która siê na co nadaje. ¯e ta na ¿onê, a tamta na kochankê. Umie szybko rozpoznaæ, ¿e z t± bêdzie ciê¿ko, bo zacznie siê awanturowaæ przy pierwszej zdradzie, z tamt± mo¿na siê pokazaæ kolegom, ale na o¿enek za frywolna, a trzecia dobra na matkê dzieciom, ale z szaleñstw nici. S± konie poci±gowe i s± konie na wy¶cigach. S± si³aczki i s± damy. S± pudelki i s± pitbule. On umie odró¿niæ rasy, gatunki, rodzaje. Psa mo¿na po sier¶ci, a kobietê? Po czym?
Najczê¶ciej wyra¿ony w formie komplementu, "znawca kobiet" wystêpuje tak¿e w bardziej zawoalowanych postaciach. Zwykle macha do nas rêk±, pokazuje komplet zêbów i huczy tubalne: "Hej, tu jestem!", gdy kolejny jegomo¶æ opowiada o kobietach tak, jakby by³y jakim¶ specjalnym gatunkiem. Kosmitkami, amebami, nieznanym formatem pliku tekstowego albo kwadratem o sumie k±tów 195.
I tak ostatnio do panteonu znawców kobiet doszlusowa³ Juliusz Machulski. "Kobiety burz± ¶wiêty spokój. Trzeba ogromnej dojrza³o¶ci, by umieæ sobie z tym poradziæ" - rzek³ on w radiowej audycji (Tok Fm, 13/2/2010). A gdyby tak: "Mê¿czy¼ni burz± ¶wiêty spokój. Trzeba ogromnej dojrza³o¶ci, by sobie z tym poradziæ"? Cz³owiek siê zajmuje powa¿nymi sprawami. Pcha ¶wiat do przodu, a ¶wiat pcha cz³owieka. ¯yj± w symbiozie i wzajemnie sobie pomagaj±. Dziêki wysi³kom cz³owieka ludzko¶æ nie zamieni³a siê jeszcze w krwaw± jatkê. A¿ tu nagle na drodze wyrasta cz³owiekowi mê¿czyzna. Odwraca jego uwagê, figle p³ata, mami, przyci±ga, do gry zaprasza niejasnej. Zrozumieæ go nie sposób, bo jego sposób my¶lenia jest jaki¶ pokrêtny, mêtny, dziwaczny, o ile to w ogóle mo¿na nazwaæ my¶leniem. Wygl±da na istotê ma³o powa¿n±, polegaæ na nim nie nale¿y, zaufaæ mu te¿ nie idzie. A jednak ma moc przyci±gania, wiêc cz³owiek czasem, jak siê zapomni, pozwala sobie na nutê szaleñstwa i beztroski. Znika z mê¿czyzn± w czelu¶ciach irracjonalnych, by powróciæ znowu do spraw wa¿nych. Powróciæ gotow± na nowe wyzwania.
K³opot w tym, ¿e o takich ludziach nie mówi siê: "znawczyni mê¿czyzn". Raczej: "zimna suka", "lesba" lub "stara panna".
2010-02-12 11:36:35
Kokardka jak na prezencie imieninowym, jak na choince, jak na kwiatku. Wygl±da na to, ¿e kobiety s± podarkami. Zapakowanymi w bieliznê jak pude³ko w papier. Same siê w ten papierek pakuj±, ¿eby kto¶ mia³ frajdê ze zgadywania, co jest w ¶rodku. Z odpakowywania. Zawi±zuj± siê figlarnie, by kto¶ móg³ poci±gn±æ za sznurek.
Kokardka jest atrybutem dziewczêcym. Nosz± j± dziewczynki we w³osach. Zawi±zuj± na kokardki warkocze. Zawi±zuj± je sobie nawzajem. Kokardka udziecinnia. Doros³ych infantylizuje. Najpierw ukobiecenie cz³owieka, potem udziecinnienie kobiety. Podwójne rozbrojenie. Podwójna degradacja. Wszak ani kobiety, ani dzieci nie rozporz±dzaj± w³asnym ¿yciem na równi z mê¿czyznami. Nie dysponuj± równ± im niezale¿no¶ci±.
Reklamy majtek i staników prezentuj± dwa towary: bieliznê i kobietê, która j± nosi. Bielizna jest towarem pomocniczym. Sprawi, ¿e towar g³ówny zas³u¿y na wziêcie. Nikt nie reklamuje majtek jako ciep³ych, dobrych na upa³, przewiewnych, wygodnych, nie w¿ynaj±cych siê w ty³ek, zrobionych z materia³u nie wywo³uj±cego alergii. Producenci biustonoszy nie przekonuj± kobiet, ¿e zapinka nie bêdzie drapaæ, druty nie bêd± obcieraæ, a rozliczne falbanki nie s± zrobione z drapi±cego materia³u. Reklamy bielizny maj± jeden przekaz: bêdziesz siê podobaæ mê¿czyznom.
Dostaæ majtki bez kokardki graniczy niemal z cudem. Je¶li, to w najdro¿szych sklepach z bielizn±. Im drobniejszy i cieñszy skrawek materia³u, tym dro¿szy. Ceny majtek bywaj± wy¿sze ni¿ ceny zimowych kurtek, rega³ów albo u¿ywanych rowerów. Maj± siê one nijak do wynagrodzenia za ich uszycie ani do ceny materia³u, z którego zosta³y wykonane. Ci, co je robi±, dostaj± za nie tyle, by starczy³o na miskê ry¿u. Za to na "europejskich" ulicach zawisa kolejna reklama z kobiecym cia³em zapakowanym w kilka wst±¿eczek. Nic tylko wzi±æ i komu¶ j± wrêczyæ. Po³o¿yæ pod choinkê. Daæ synowi na osiemnaste urodziny. Kumplowi na wieczór kawalerski. Do u¿ywania.
2010-01-10 22:57:03
"utworzyli¶cie sobie now± szko³ê
i wojujecie w niej brudem i b³otem.
Piêkno przede wszystkim panie! piêkno!
idea³, a nie rzeczywisto¶æ, bo do¶æ ju¿ jej dooko³a mamy."
Gabriela Zapolska, "Ka¶ka Kariatyda"
Tekst „Dobra kobieta to martwa kobieta” doczeka³ siê wielu komentarzy na forach Lewica.pl i Feminoteka.pl. G³osy polemiczne, które uwa¿am za istotne, wymagaj±ce namys³u i odpowiedzi, kr±¿± wokó³ zagadnienia tzw. wiktymizacji.
Wiktymizacja oznacza przedstawianie kobiet jako ofiar, nag³a¶nianie ich krzywdy i uwypuklanie bezsilno¶ci. Pojêcie to u¿ywane jest pejoratywnie jako wskazanie, ¿e krytykowane ujêcie kwestii kobiecej ma charakter jednostronny i ideologiczny. Szkodliwo¶æ wiktymizacji u¿ytkownicy tego pojêcia argumentuj± na dwa sposoby: feministyczny i uniwersalizuj±cy.
W obrêbie feminizmu „wiktymizacja” uwa¿ana jest za niew³a¶ciw±, bo:
- Przedstawianie ze szczegó³ami rozmaitych form przemocy oraz losów i prze¿yæ ofiary umacnia opisywan± sytuacjê, rysuj±c j± jako jedyn± mo¿liw± lub jako trudn± do zmiany.
- Sugestywno¶æ takiego opisu czyni kobiety jeszcze bardziej bezradnymi i sprawia, ¿e wyj¶cie z sytuacji przemocowej wydaje im siê coraz mniej mo¿liwe. Tymczasem rol± feminizmu jest wzmacniaæ subiektywne poczucie si³y kobiet na tyle, by podejmowa³y próby jednostkowego i zbiorowego wyzwalania siê z sytuacji opresji.
- Przedstawianie kobiet jako ofiar wzmacnia esencjalne postrzeganie p³ci nawet, je¶li nie jest to zamierzeniem przedstawiaj±cej/go. Podtrzymuje przekonania o naturalnej s³abo¶ci kobiety, czyni±cej z niej potencjaln± ofiarê i naturalnej sile mê¿czyzny czyni±cej z niego potencjalnego agresora. Przekonania te konstruuj± genderow± rolê mê¿czyzny jako opiekuna. Rola ta ma dwa oblicza: obroñcy, ale i kata.
- Przedstawianie kobiet jako ofiar sprawia, ¿e znika z pola widzenia sieæ innych wspó³zale¿no¶ci i relacji w³adzy, tak¿e tych, w których kobiety – z racji przywilejów innych ni¿ p³eæ lub z powodu innych gier genderowych - panuj± nad innymi. W efekcie wiktymizacja jest narzêdziem uniewinniania kobiet, ideologicznym wymazywaniem kobiecej odpowiedzialno¶ci i przerzucaniem jej na barki mê¿czyzn.
- Skupiaj±c siê na jawnym i brutalnym przejawie hierarchicznych relacji miêdzyludzkich i relacji p³ci, jak± jest przemoc, wiktymizacja lekcewa¿y inne, bardziej subtelne, formy dominacji. Rysuj±c sytuacjê w kategoriach strukturalnych zale¿no¶ci kobiet od mê¿czyzn, bagatelizuje ten wymiar koegzystencji, który podlega negocjacjom, jest tworzony na równi przez obie strony relacji.
- Wreszcie wiktymizacja skupia siê na skutkach przegranej gry o w³adzê lub niezale¿no¶æ, zamiast przedstawiaæ i analizowaæ sam proces gry.
Rozumiem niechêæ do ogl±dania kolejnych kobiecych ofiar. Zgadzam siê, ¿e obrazy te najczê¶ciej odbieraj± dobre samopoczucie. By przeciwdzia³aæ opresji trzeba jednak najpierw porz±dnie j± zdiagnozowaæ. Potem wyci±gn±æ wnioski z diagnozy. Z których najwa¿niejszymi bêd± przyczyny analizowanych zjawisk.
Lubiê zafundowaæ sobie od czasu do czasu emocjonalne katharsis w towarzystwie szelmowskiej Thelmy i charyzmatycznej Louise. Obcowanie z niezniszczaln± Beatrix, która wykonuje genialny plan zemsty, by na koñcu rozerwaæ serce Billa na strzêpy, zado¶æuczynia i moim prze¿yciom. Nie ma we mnie za grosz wspó³czucia, gdy Lisabeth Salander torturuje swojego opiekuna socjalnego odp³acaj±c mu za poni¿enie, gwa³t i sadyzm. Kiedy królowa El¿bieta wykrzykuje gniewne: 'There will be no master!" i odmawia zam±¿pój¶cia, by samodzielnie rz±dziæ Angli±, przechodz± mnie ciarki podziwu. Uleg³a i bezbronna kobieta, która noc± zamienia siê w dzikiego i drapie¿nego kota, by czyniæ sprawiedliwo¶æ, ale i spe³niaæ swoje zachcianki, jest tak¿e moj± fantazj±. Mocna w gêbie, piêknej postury, imponuj±cej si³y i wytrzyma³o¶ci Ripley, która potrafi stawiæ czo³o Obcemu, zajmuje poczytne miejsce w panteonie moich ulubionych bohaterek.
A jednak nie widzimy koñca Thelmy i Louise, choæ przecie¿ mo¿emy go sobie dopowiedzieæ, skoro skacz± w przepa¶æ. One wiedz±, ¿e amerykañskie prawo nie ochroni kobiety, która w obronie innej kobiety zabi³a gwa³ciciela. A tym bardziej takiej, która ukrad³a pieni±dze, by uciec od mê¿a, bo traktowa³ j± jak pos³ugaczkê. Gdyby "Kill Bill" mia³ co¶ wspólnego z rzeczywisto¶ci±, nawet tak bieg³a w sztukach walki Betarix Szkrab, maj±c przeciwko sobie armiê sprzymierzonych i równie wyszkolonych zabójców, zginê³aby najpó¼niej w drugiej scenie. Splot okoliczno¶ci, który pozwoli³ Salander odzyskaæ wolno¶æ od prze¶ladowcy, zdarza siê jedynie w scenariuszach zw³aszcza, ¿e mówimy o osobie prawnie ubezw³asnowolnionej. Królowa El¿bieta, która zdobywa serca dum± i niezale¿no¶ci±, swojej w³adzy u¿ywa³a tak¿e do bezwzglêdnego rozprawiania siê z ka¿dym, kto zagra¿a³ jej panowaniu. Królow± za¶ zosta³a nie moc± w³asnych wysi³ków i woli, lecz z racji urodzenia. Choæ rozgl±dam siê za ni±, nie widzia³am Catwoman na warszawskich ulicach, podobnie zreszt± jak Spidermana, Zorro czy Batmana. Porucznik Ripley mierzy siê z obcym, ale dla wiêkszo¶ci kobiet wiêkszym zagro¿eniem s± "swoi" - domownicy lub s±siedzi. A ich polem walki bywa czê¶ciej autobus lub w³asne mieszkanie, ni¿ statek kosmiczny.
"Kill Bill", "Elizabeth", kolejne ods³ony "Obcego" czy "Catwoman", a tak¿e bohaterki takie jak wojownicza ksiê¿niczka Xena to albo bajki, albo historie postaci, które dzier¿y³y w³adzê jako dziedziczki i których w³adza nie przek³ada³a siê na polepszenie losu kobiet im poddanych, albo w najlepszym razie niemo¿liwe losy mo¿liwych postaci.
W istocie zarzut wiktymizacji nader czêsto skrywa potrzebê zbawczej narracji, z których wiêkszo¶æ ma charakter usypiaj±cy. W najlepszym razie przynosz± one chwilow± ulgê i przywo³uj± falê marzeñ o lepszym ¶wiecie. Dlatego staram siê nie polemizowaæ z feministycznymi Sienkiewiczami, dopóki ich zwolenniczki nie myl± postulatów z rzeczywisto¶ci±.
Choæ widzê potrzebê opowie¶ci ku pokrzepieniu serc, obserwujê tak¿e ich skutki uboczne. Bajki o silnych bohaterkach, które walcz± ze z³em, mszcz± krzywdy w³asne i naprawiaj± ¶wiat dla innych, by na koñcu zostaæ s³awne, piêkne i bogate, potrafi± przes³oniæ rzeczywisto¶æ tak¿e doros³ym. Wiele z nich to nowe wersje "Kopciuszka", przygotowane specjalnie na potrzeby kobiet, które chc± "mieæ ciastko i zje¶æ ciastko": ¿yæ jak wyemancypowane, niezale¿ne kobiety, a jednocze¶nie cieszyæ siê przywilejami, które daje im patriarchat. Byæ t±, która co prawda nie sp³oszy siê wzrokiem ksiêcia, bêdzie j± staæ na taksówkê do domu, a w windzie zgubi nie pantofelek, lecz nowy model najka, ale rano bêdzie czekaæ na telefon od ksiêcia i klakson jego beemy pod domem. Fantazja, by byæ piêkn±, bogat± i wygadan± kobiet±, która g³osi feministyczne pogl±dy, a mimo to kochaj± j± media oraz mê¿czy¼ni, ona za¶, oprócz pe³nego sukcesów ¿ycia zawodowego, ma tak¿e szczê¶liwe ¿ycie osobiste i wyposa¿ona w wspieraj±cego mê¿a oraz cudowne, zdrowe dziecko og³asza w wiadomo¶ciach kobiec± niepodleg³o¶æ, spe³nia siê jedynie w filmach.
Je¶li naszym celem jest poszerzanie wolno¶ci kobiet i projektowanie spo³eczeñstwa opartego na równo¶ci, potrzebny jest przede wszystkim adekwatny, wyczerpuj±cy opis rzeczywisto¶ci, któr± chcemy zmieniaæ. Póki co niewiele w niej królowych i zwyciêskich wojowniczek, stanowczo wiêcej postaci takich jak Aileen Wuornos z filmu "Monster", Vera Drake, bohaterki "Gwa³tu", "4 miesiêcy, 3 tygodni i 2 dni", "Wy¶nionego ¿ycia anio³ów", filmów "Nie czas na ³zy", "Import/Export" czy "Plac Zbawiciela". Realizm tych opowie¶ci przyt³acza i przera¿a. Bol± od niego oczy i bol± od niego brzuchy. A jednak nie nazwa³abym ich wiktymizuj±cymi, lecz trafn± diagnoz± przyczyn opresji. Wszystkie te filmy w przekonuj±cy sposób pokazuj±, ¿e o losach kobiet, zw³aszcza tych z ni¿szych warstw spo³ecznych lub z krajów le¿±cych poza europejskim i amerykañskim dobrobytem, decyduj± czynniki, na które nie maj± one ¿adnego wp³ywu lub wp³yw zgo³a niewielki. Wspomniane produkty kultury dobrze te czynniki unaoczniaj±, wyliczaj± i analizuj±. Wszystkie ukazuj± kontekst i spo³eczne t³o narodzin ofiar. Poprzez nakre¶lenie sytuacji t³umacz±, dlaczego zmagania wielu kobiet o poprawê w³asnego bytu s± skazane na pora¿kê lub wymagaj± s³onej zap³aty.
Za faktycznie szkodliwe uwa¿am natomiast te teksty kultury, w których obrazowi ofiary nie towarzyszy choæby szkic rzeczywisto¶ci spo³ecznej, ekonomicznej, rodzinnej, która czyni kobietê bezradn±. Przyk³adem takiej produkcji jest film "Nieodwracalne", gdzie krzywda zostaje naestetyzowana po to, by by³a podniecaj±ca.
Bezsilno¶æ to jedno z najbardziej upokarzaj±cych i traumatycznych prze¿yæ. Pozbawia podmiotowo¶ci, wyrz±dza trwa³± krzywdê, bo odziera z godno¶ci. Mo¿na prze¿ywaæ j± wobec konkretnego cz³owieka – kogo¶, kto ma nad nami w³adzê i kogo siê boimy, ale tak¿e wobec bezimiennego mechanizmu, wyalienowanej, bezosobowej struktury takiej jak niesprawiedliwe prawo, system pracy, przepisy.
Nie chcemy bezsilno¶ci nawet ¶wiadkowaæ, a co dopiero poczuæ. Nie chcemy ogl±daæ tych, którzy jej do¶wiadczaj±. Je¶li, to takich, dla których jest ona ju¿ tylko przesz³o¶ci±, wspomnieniem, przepracowan± traum±, tym, co "nie zabi³o, wiêc wzmocni³o". Takich, którzy s± ju¿ "pozbierani", na nowo scaleni, wyposa¿eni w si³ê "cz³owieka po przej¶ciach".
Dyskurs ofiary jest pozaparlamentarny. Odgrodzony murem szpitala psychiatrycznego, gabinetu terapeutycznego, domu starców, schroniska samotnej matki albo ofiar handlu lud¼mi, o¶rodka dla uchod¼ców, zostaje dyskretnie usuniêty z publicznej przestrzeni w sferê prywatn±, gdzie mówi siê szeptem i tonem troski. Te azyle chroni± przebywaj±cych w nich ludzi, ale tak¿e resztê spo³eczeñstwa przed kontaktem z tym, co nie ma prawa pojawiæ siê w ¶wiecie, gdzie o byciu cz³owiekiem ¶wiadczy panowanie nad sob±. Widok ofiary konfrontuje ze stanem, którego boimy siê do¶wiadczyæ, wiêc nie dopuszczamy wobec niego empatii. Wyrzucamy poza nawias widzialno¶ci i s³yszalno¶ci tych, którzy nie panuj± nad sob±, bo kto¶ zapanowa³ nad nimi: nad ich mow±, czynami, funkcjami ¿yciowymi.
Ofiara, która siê rozpad³a zamiast pozbieraæ, która sobie "nie poradzi³a" zamiast dzielnie zawalczyæ o w³asne ¿ycie, podlega kolejnej przemocy. Tym razem bêdzie ni± izolacja. Niedobrze, gdy izolacjê tê wspieraj± argumenty o szkodliwo¶ci wizerunku ofiary dla kobiecego empowerment.
Drugi typ krytyki, który nazywam uniwersalizuj±cym, zaprezentowa³ niedawno Jacek ¯akowski i opatrzy³ mianem "ryzyka emancypacji":
„Prawid³owo¶æ historyczna jest taka, ¿e wielkie emancypacje (religijne, stanowe, narodowe, klasowe, rasowe) wyrasta³y z buntu przeciw niesprawiedliwo¶ciom i okrucieñstwom losu, a potem same tworzy³y nowe niesprawiedliwo¶ci i nowe okrucieñstwa. Okrucieñstwa nowoczesnych spo³eczeñstw - od gilotyny po gu³ag, islamski terroryzm i pisowsk± lustracjê - by³y ubocznym produktem wielkich emancypacji. Przyjêcie to¿samo¶ci ofiary nieodmiennie niesie bowiem pokusê rycza³towego usprawiedliwienia wszystkiego, co - choæ iluzorycznie - s³u¿y emancypacji. Nowe okrucieñstwa uzyskuj± status obrony koniecznej, a to sprawia, ¿e ju¿ nie podlegaj± normalnej moralnej ocenie. Ka¿dy emancypacyjny pretekst jest dobry, ¿eby je pope³niaæ. ("Gazeta Wyborcza", 4/1/2010)
To prawda, ¿e status ofiary bywa nadu¿ywany lub zajmowany fa³szywie. Rozpoczynaj±c agresjê na Afganistan, a potem Irak, politycy amerykañscy przedstawiali USA jako kraj, który pad³ ofiar± rozpoczêtej ju¿ wojny, a oni zamierzaj± siê jedynie broniæ. Agresywna wobec Palestyñczyków i krajów s±siaduj±cych polityka Izraela do dzi¶ opiera siê na dyskursie ofiar, które, pomne do¶wiadczeñ, nie dopuszcz± do kolejnej zag³ady ¯ydów.
Cyniczne przybranie roli ofiary nie ma jednak nic wspólnego z dopuszczeniem rzeczywistych ofiar do g³osu ani oddaniem im sterów w³adzy. Jak niemal ka¿da zagrywka, która ma usprawiedliwiæ dominacjê, uderza ona w s³abszych. ¯ydzi, którzy prze¿yli holocaust, byli w buduj±cym siê Izraelu widziani niechêtnie. Je¶li, to raczej jako Abba Kovner, ni¿ Primo Levi. Amerykañscy ¿o³nierze, którzy po powrocie z Wietnamu, Afganistanu i Iraku przy³±czali siê do ruchów pokojowych i dawali ¶wiadectwo zbrodniom wojennym, w których brali udzia³, ale tak¿e których padli ofiar± jako miêso armatnie, przestawali byæ bohaterami narodowymi. Matki zabitych Amerykanów i Izraelczyków, które tworz± pacyfistyczne ruchy oporu, nie s± ju¿ szlachetnymi niewiastami, które po¶wiêcaj± synów dla dobra ogó³u. Jedni i drudzy znikaj± z ekranów telewizorów, dobroczynnych balów, wizyt u zasmuconych ich losem prezydentów. Nie s± ju¿ powodem do dumy i kwiatkiem do ko¿ucha, lecz elementem podejrzanym i uciszanym.
Brak umiejêtno¶ci rozró¿nienia miêdzy ofiar± a jej fa³szywym trybunem skutkuje tak, ¿e nim ofiara zd±¿y wypowiedzieæ swoj± krzywdê, ju¿ zamyka siê jej usta ostrzegaj±c przed dokonaniem nadu¿ycia. Jej g³os jeszcze nie zabrzmia³, a ju¿ zosta³ uciszony. W ten sposób ofiary przechodz± przez kolejne krêgi milczenia. Pierwszy to sytuacja opresji. Drugi - wychodzenie z traumy za zamkniêtymi drzwiami. Trzeci - próba opowiedzenia o swoim do¶wiadczeniu, blokowana wstydem i podejrzeniami o chêæ nadu¿ycia.
Postulat dopuszczenia do g³osu ofiar oraz obdarzenia ich zaufaniem szczególnym zapocz±tkowa³ nowe podej¶cie do ¼róde³ w historiografii. W Polsce przedstawicielem historiograficznego prze³omu sta³ siê Jan Tomasz Gross, ¶ci±gaj±c na siebie gromy nie tylko antysemitów, ale tak¿e historyków okopanych w dotychczasowej metodologii. Jednym z g³ównych argumentów za jej rewizj± jest w³a¶nie kwestia dot±d bagatelizowanego przez historyków kontekstu. Nim zarzucimy ofierze manipulacjê, spróbujmy najpierw sk³oniæ j± do mówienia. Skoro dot±d mówienie o krzywdzie nara¿a³o j± na ponowne jej doznanie, musimy najpierw zapewniæ jej bezpieczeñstwo, wys³uchanie i domniemanie niewinno¶ci. Niewiele wiêcej ni¿, o ironio, oskar¿onej/mu. Chyba, ¿e chcemy, by wiedzy, któr± mamy, nie przyros³o.
2009-12-28 14:41:30
Co takiego strasznego zrobi³a Marta? Odesz³a od Tomka. Ich zwi±zek trwa³ 4 lata. Maj± 3-letni± córkê.
Na pierwszy rzut oka byli cudown± par±. M³odzi, wykszta³ceni, piêkni, z „alternatywnego” ¶rodowiska, gdzie prawa cz³owieka s± tyle¿ wa¿ne, co oczywiste, a Manifa to coroczny obowi±zek i towarzyska przyjemno¶æ, bo co krok spotykali na niej znajomych. Kiedy Marta zasz³a w zaplanowan± ci±¿ê, Tomek by³ taki troskliwy. Dzwoni³ co chwila, podwozi³ j± samochodem do pracy, wszystkim opowiada³, rozanielony, jak przygotowuje siê do roli taty. Zamieszkali w M4 w centrum Warszawy. Tomek du¿o zarabia³, Marta pracowa³a w fundacji ekologicznej. Czêsto odwiedzali ich przyjaciele. G³ównie Tomka.
Bo Tomek niechêtnie widywa³ przyjació³ Marty. Marcie na ich temat opowiada³ z³e rzeczy. Mówi³, ¿e zadaje siê z g³upszymi od siebie, ¿e po co Marcie inni ludzie, skoro ma jego, ¿e Elka jest interesowna, a Tymek tak naprawdê j± podrywa. Zra¿a³ ich do siebie, wiêc coraz rzadziej przychodzili, coraz czê¶ciej czuli siê ¼le widziani.
Te Tomka podwózki, przyje¿d¿anie po Martê znienacka pod uczelniê, czêste telefony mia³y na celu kontrolê, bo Tomek – s±dz±c po sobie – ba³ siê, ¿e Marta go zdradza. Obsesjê swoj± uwa¿a³ za racjonalne podejrzenia, te za¶ za wystarczaj±cy powód, by grzebaæ w Marty komórce, czytaæ jej maile, rozpytywaæ w jej pracy. Kiedy co¶ siê Tomkowi w zachowaniu Marty nie podoba³o - np. ¿e posz³a na imprezê bez niego, zdecydowa³a siê studiowaæ drugi kierunek, nie u¿ywa³a perfum, które jej kupi³ na urodziny – wyprasza³ j±. Wyrzuca³ z domu. Bo mieszkanie by³o kupione przez jego rodziców, zapisane na jego nazwisko. Mówi³ Marcie, ¿e bez niego sobie nie poradzi. Gdy protestowa³a, nazywa³ j± „¿a³osn± dziewczynk±”. Gdy k³ótnie eskalowa³y, Tomek, w zale¿no¶ci od nastroju, grozi³ samobójstwem, rzuca³ w Martê butami, powtarza³, ¿e po ci±¿y zrobi³a siê brzydka i gruba albo bra³ na rêce córkê i ze s³odkim u¶miechem mówi³ jej: „tato nie pozwoli, ¿eby takie ¶cierwo jak twoja mamusia siê tob± zajmowa³o”.
Sam zajmowa³ siê córk± jedynie na oczach go¶ci. Wtedy by³ wzorowym tatusiem. Tatusiem jak z podrêcznika, jak z ksi±¿ki o partnerskim zwi±zku, jak z bajki po prostu. Opowiada³ o jej kupkach i siu¶kach z oczami zamglonymi mi³o¶ci±, g³aska³ Martê po g³owie rozmodlony do swojej gromadki, w dobrze dobranych momentach deklarowa³ przyjacio³om: „one s± najlepszym, co mi siê w ¿yciu przytrafi³o”. O tym, ¿e Tomek wstaje oko³o po³udnia, nie lubi dziecka przewin±æ, nie potrafi po³o¿yæ spaæ i nie wie, na co córka jest uczulona, go¶cie nie wiedzieli. Nie wiedzieli tak¿e, ¿e gdy Tomek jest w paskudnym nastroju, a ma³a marudzi, mówi Marcie: „To twoje dziecko, wiêc siê nim zajmij. Ja go nie chcia³em”.
Niektórzy natomiast wiedzieli, ¿e Tomek, pracownik Otwartego Funduszu Emerytalnego z siedzib± w Kutnie, je¿d¿±cy po ca³ej Polsce w celach s³u¿bowych, ma wiele okazji, by sypiaæ z innymi kobietami i zazwyczaj skrzêtnie te okazje wykorzystuje. Nie wiedzia³a o tym Marta. Do czasu, gdy sam jej tego nie powiedzia³ wyzywaj±c od „sztywniar”, bo nie chcia³a siê z nim kochaæ tak, jak robi± to bohaterki jego ulubionych pornosów.
Marta mia³a dyplom z orientalistyki, nieskoñczone drugie studia, 720z³ miesiêcznie w ramach projektu, który koñczy³ siê za pó³ roku, córkê, jedn± przyjació³kê, która nie da³a siê Tomkowi wystraszyæ. Nie mia³a mieszkania, bogatych rodziców, rodziny w Warszawie, ubezpieczenia, samochodu. Decyzjê o odej¶ciu podejmowa³a wielokrotnie. Raz, kiedy Tomek szydzi³ z niej, ¿e „czyta te swoje ksi±¿eczki i uwa¿a siê za bóg wie kogo, a tak naprawdê jest prosta i g³upia jak pierwsza lepsza laska”. Drugi, kiedy Tomek cisn±³ jej laptopem o pod³ogê, bo uwa¿a³, ¿e pisanie pracy magisterskiej to strata czasu, przecie¿ on j± utrzymuje, to po co jej dyplom. Trzeci, gdy jaki¶ „¿yczliwy” pokaza³ jej profil niejakiej Mary na facebooku, a na tym profilu romantyczne zdjêcia znad morza: Mary+Tomek = WNM. Czwarty, kiedy podczas rozmowy o pieni±dzach na domowe zakupy kaza³ jej powiedzieæ: „poproszê”.
Marta zabra³a dziecko i odesz³a na dobre dopiero, gdy zrobi³ imprezê i nie zorientowa³ siê, ¿e ma³a zniknê³a. Znalaz³ j± na klatce schodowej. Marta wtedy nie by³o - wyjecha³a na jeden dzieñ do siostry.
Alimenty i dzielenie siê opiek± nad córk± Tomek traktuje jak system nagród i kar. Dla Marty, bo dziecko jest tylko pionkiem w jego grze. Grozi Marcie s±dami i odebraniem praw rodzicielskich. Zabra³ jej wszystkie przedmioty, które kupi³: elektryczny czajnik, fotelik dla dziecka, blender. Stawia warunki: „zap³acê, je¶li...”. O ka¿dej porze dnia i nocy wysy³a Marcie wiadomo¶ci. Raz smsy, ¿e Marta jest wariatk± i ¿e on j± zniszczy. Potem mmsy, na których widaæ jego now± dziewczynê. Kilka godzin pó¼niej maile: „Je¶li bêdziesz grzeczna, to siê dogadamy”. Smutny i opanowany, muchy w ¿yciu nie skrzywdziwszy, szemrze w dobrze dobrane uszy, ¿e Marta jest niebezpieczna, a on zosta³ skrzywdzony.
Znam wiele podobnych historii. Dominika ma 11-letniego syna. 3 miesi±ce po porodzie narzeczony Mateusz wycedzi³ przez zêby swoj± ma³¿eñsk± krzywdê: odk±d urodzi³a, Dominika za ma³o dba o siebie i on siê wstydzi przed znajomymi takiej byle-jakiej ¿ony. 11 lat Dominika walczy z Mateuszem o alimenty i udzia³ w opiece nad dzieckiem. Ca³a jego rodzina i wiêkszo¶æ ich dawnych znajomych do dzi¶ uwa¿a Dominikê za wredn±, pazern± zdzirê. Niektórzy s± na tyle szlachetni, ¿e „daj± jej szansê”, by wyt³umaczy³a siê z krzywdy, jak± wyrz±dzi³a Mateuszowi. Dominika nieraz próbowa³a. Nigdy nie by³a wystarczaj±co przekonuj±ca, bo Mateusz zabiera znajomych na snowboard do Austrii, a Dominika mo¿e ich najwy¿ej zabraæ na herbatê do wynajmowanej kawalerki. Miêdzy wywiadówk± w szkole syna, a odrabianiem z nim lekcji.
Alina chodzi z ³atk± popapranej egoistki odk±d za³o¿y³a by³emu ch³opakowi sprawê karn± o psychiczne znêcanie siê. Przez 2 lata uwa¿a³a, ¿e to mie¶ci siê w normie, kiedy podczas k³ótni Robert wychodzi na klatkê schodow± i krzycza³: „tu mieszka dziwka, zapraszam! Mo¿e wreszcie sama na siebie zarobi”. Albo przez kilkana¶cie godzin traktuje j± jak powietrze, bo nie zareagowa³a wystarczaj±co entuzjastycznie na jego kolejny wspania³y pomys³: ¿eby mieli psa, ¿eby on rzuci³ pracê i po¶wiêci³ siê pasji renomowania starych samochodów, ¿eby ona posz³a na kurs wiza¿u, za który on hojnym gestem zap³aci. Albo wybi³ szybê w drzwiach do ³azienki, kiedy Alina zamknê³a siê od ¶rodka, ¿eby wzi±æ k±piel. I oznajmi³, ¿e w jego domu ona nie ma prawa siê przed nim zamykaæ.
Agnieszka zosta³a nazwana „niewdziêcznic±”, gdy kochance swojego mê¿a, która deklarowa³a, ¿e siê za Agnieszkê modli i chcia³aby siê z Agnieszk± zaprzyja¼niæ, odparowa³a: „zabieraj go i wyno¶ siê”.
Zdaniem po³owy rodziny Monika jest „z³± córk±” odk±d zerwa³a kontakt z ojcem, który mia³ zwyczaj wy¿ywaæ na niej swoje frustracje, a kiedy po latach próbowa³a z nim o tym porozmawiaæ – wy¶mia³ j± jako „przewra¿liwion±”.
Wystarczy rozmawiaæ z kobietami, by wiedzieæ, ¿e sposobów na upokarzanie s± miliony. A ludzi, którzy nie wykorzystuj± przewagi - fizycznej, finansowej, psychicznej, tej wynikaj±cej z mniejszego zaanga¿owania - by upokarzaæ, stanowczo mniej. Mê¿czy¼ni nie s± "z natury" sk³onni do dominacji bardziej ni¿ kobiety. "Ka¿da w³adza deprawuje" – to poczciwe has³o oddaje realia ¿ycia nie tylko publicznego, ale i prywatnego. Ka¿da w³adza deprawuje, dlatego wymaga albo kontroli, albo zniesienia. W³adza ma wiele postaci. Buduj± j± lub wzmacniaj± decyzyjne stanowiska pracy, dobre zarobki, presti¿owe zajêcia, szacunek wspó³pracowników, lêk podw³adnych, powodzenie towarzyskie itd. W naszym spo³eczeñstwie wszystko to przynale¿y nieporównywalnie czê¶ciej mê¿czyznom. Ale i bez tego ich pozycja w relacjach intymnych jest silniejsza - moc± tradycji („g³owa rodziny”), religii („prawo naturalne”), obyczajów (zmiana nazwiska), podzia³u pracy emocjonalnej (kobieta dba o atmosferê i temperaturê relacji, wiêc na ni± spadaj± oskar¿enia, gdy co¶ siê w relacji psuje). Im wiêksz± mamy w³adzê, tym czê¶ciej kto¶ jest od nas zale¿ny. Im bardziej kto¶ jest od nas zale¿ny, tym wiêksz± mamy w³adzê. Tak¿e w ¿yciu prywatnym. ¯ona, która nie zarabia, bo pracuje na domowym etacie, chora matka wymagaj±ca codziennej opieki, córka, której ojciec p³aci za studia s± bardziej nara¿one na drobne nadu¿ycia, manipulacje, szanta¿e, wreszcie przemoc. Z lêku przed utrat± partnera, dachu nad g³ow±, bezpieczeñstwa dzieci, nie zareaguj±, nie krzykn±, nie odejd±. Za³agodz±, udadz±, ¿e nic siê nie sta³o, podporz±dkuj± siê.
Wystarczy rozmawiaæ z kobietami, trzeba tylko obdarzyæ rozmówczynie zaufaniem, bo niemal ka¿da wstydzi siê nadu¿yæ, których do¶wiadcza. Ukrywa je, bo czuje siê za nie odpowiedzialna. Obwinia siê, ¿e nie jest wystarczaj±co silna, by do nich nie dopuszczaæ, ¿e nie da³a rady odej¶æ wcze¶niej, nie zareagowa³a od razu. Pozwoli³a przekraczaæ kolejne swoje granice oszukuj±c sam± siebie, ¿e to, co j± spotyka, jest jeszcze „normalne” albo „chwilowe”.
A kiedy wreszcie te granice odbudowuje, s³yszy: egoistka. Kiedy mówi o krzywdzie zamiast w milczeniu j± znosiæ, s³yszy: wariatka. Kiedy walczy o swoj± godno¶æ, s³yszy: z³a kobieta.
Bo dobra kobieta to taka kobieta, która wszystko po¶wiêci dla innych. Siebie odda, o sobie zapomni, da siê zakrzyczeæ, zadeptaæ, zag³askaæ, zag³uszyæ, zabiæ. Która zniesie w milczeniu, schowana do nory nie poka¿e siniaków, nie powie z³ego s³owa, w milczeniu wytrzyma, zapomni krzywdê, wybaczy, bêdzie ponad to. Dobra kobieta jest za dobra, by prze¿yæ. Dobra kobieta to martwa kobieta. Good girls go to heaven zbyt szybko.
80% sprawców przemocy wobec kobiet to najbli¿si cz³onkowie rodziny. Kobiety czê¶ciej gin± z r±k mê¿ów i konkubentów, ni¿ zaatakowane przez obcych na ciemnej ulicy. W tych statystykach nie ma ¶mierci zadawanych powoli: poprzez systematyczne upokarzanie, odzieranie z godno¶ci, tresowanie karami i nagrodami. Nie ma w nich kobiet, które pope³niaj± samobójstwa albo umieraj± na ciê¿kie choroby. Bo nie posz³y na czas do lekarza. Bo uwierzy³y swoim partnerom, ¿e ich ¿ycie jest nic nie warte. Pozbawione przyjació³ („m±¿ ich nie lubi³”), sk³ócone z rodzin± („po k³ótni z te¶ciow± m±¿ powiedzia³: wiêcej do nich nie pójdziemy”), odciête od ¶wiata („m±¿ nie lubi, kiedy wychodzê”) nie mia³y nikogo, kto by je zmobilizowa³, potrz±sn±³ nimi, albo po prostu zapyta³. Good girls go to heaven, bo nie maj± dok±d pój¶æ.
Ta gra naprawdê bywa zero-jedynkowa: albo giniesz, albo masz ³atkê suki. Wiele kobiet wybiera to pierwsze, bo wol± daæ siê walcem rozjechaæ ni¿ zmierzyæ z poczuciem winy. Przyuczone do roli ofiary, kobiety potrafi± czerpaæ z niej perwersyjny zysk. Nienawyk³e do konfrontacji czyni± cnotê z w³asnego po¶wiêcenia. Zamiast we w³asnej obronie, agresjê kieruj± przeciwko innym kobietom. Zw³aszcza tym, które mia³y na tyle mo¿liwo¶ci, determinacji i ¿ywych marzeñ, by zawalczyæ.
Je¶li zatem us³yszysz, ¿e jeste¶ egoistk±, wariatk± lub z³± kobiet± najprawdopodobniej znaczy to, ¿e w³a¶nie uratowa³a¶ swój ty³ek, wiêc masz nie lada powód do rado¶ci. Je¶li próbujesz my¶leæ niezale¿nie i podejmowaæ wolne decyzje, przygotuj siê na te epitety. Wszelkie „suki”, „pazerne zdziry”, „wredne babska”, „¶wiruski” i „niezrównowa¿one furiatki” czas przyjmowaæ jak komplementy, nosiæ niczym ordery, trofea, generalskie belki. One s± jak blizny po walce o cz³owieczeñstwo, jak znaki wywalczonej wolno¶ci. W ¶wiecie, gdzie kobiety traktowane s± jak plastelina, z której wedle zapotrzebowañ lepi siê matki, ¿ony lub kochanki, „z³a kobieta” to ten cyborg, co uciek³ programistom, Pinokio, co o¿y³, Aleksandra, która odchodzi(1).
1. W filmie „Tajemnica Aleksandry” (re¿. Rolf De Heer, 2003) tytu³owa bohaterka przygotowuje mê¿owi nietypowe „birthday party”. Nagrywa dla niego kasetê video, na której opowiada o upokorzeniach, jakie znosi³a w ich ma³¿eñstwie. Z kasety dowiadujemy siê, ¿e Aleksandra by³a traktowana jak darmowa si³a robocza do opieki nad domem i dzieæmi oraz do seksualnego zaspokajania mê¿a wedle jego ¿yczeñ i pomys³ów. Podczas ogl±dania ta¶my najpierw rozbawiony, potem przera¿ony m±¿ orientuje siê, ¿e Aleksandra zabra³a dzieci i odesz³a. Komentuj±c film na ³amach „Wysokich Obcasów” Wojciech Eichelberger pochyla³ siê nad „tragedi± doros³ych ludzi, którzy nie potrafi± ze sob± rozmawiaæ”. Konsekwentnie pomin±³ aspekt genderowej dominacji, ukazanej w filmie. Dzie³o De Heera zinterpretowa³ w kategoriach k³opotów komunikacyjnych. Analiza relacji miêdzyludzkich pozbawiona perspektywy w³adzy i kontekstu hierarchizuj±cych ró¿nic miêdzy spo³ecznym uplasowaniem ludzi bior±cych w tych relacjach udzia³, pozbawi³a film ³adunku spo³ecznej krytyki. U¶pi³a potencjalnych widzów bajk± o piêknym ¶wiecie pe³nym ludzi, którzy gdyby tylko zdecydowali siê na terapiê – na pewno uzdrowiliby swoje zwi±zki. O psychologii jako ideologii, która uniewa¿nia strukturalne mechanizmy dominacji, a w konsekwencji czyni je niewidocznymi, pisze Ma³gorzata Jacyno w ksi±¿ce Kultura indywidualizmu: „Mi³o¶æ, pieni±dze, zdrowie i kres wszelkiej opresji po prostu nale¿± siê i dostêpne s± ka¿demu, kto ma w³a¶ciw± postawê wobec siebie. Przejawem tej w³a¶ciwej postawy jest ju¿ przyst±pienie do pracy nad sob± w ramach programu autoterapii i terapii”. (PWN, Warszawa 2007, s.229)
2009-11-28 19:19:03
UFO to skrót od: Unikatowy Festiwal Offowy. Nie taki znowu offowy. Offowy to on bêdzie jak s³owa prof. Barbary Skargi: "„Podziwiam cz³owieka, który mimo swej okropnej ma³o¶ci jest zdolny stworzyæ co¶ genialnego. Niestety, czyni± to g³ównie mê¿czy¼ni, podziwiam ich za to. (…) Nie ulega w±tpliwo¶ci, ¿e jaki¶ geniusz w nich siedzi. Nie by³o tej miary kobiety”(GW, 27-28/10/2007) wywo³aj± lawinê ripost. Póki co wywo³a³y je¶li nie aprobatê, to ciche przyzwolenie.
Organizatorzy UFO dobrze siê Skargi pos³uchali. Na stronie internetowej zapraszaj±: "Ka¿dy mi³o¶nik kultury i sztuki, dobrej muzyki, oddany fan jakiego¶ zespo³u, znawca teatru lub kina, wielbiciel fotografii mo¿e zawitaæ do nas a na pewno znajdzie tu co¶ dla siebie". S± uczniowie, uczennic nie u¶wiadczysz. Artystek te¿ nie - s± sami arty¶ci.
Spróbujmy inaczej: "Ka¿da mi³o¶niczka kultury i sztuki, dobrej muzyki, oddana fanka jakiego¶ zespo³u, znawczyni teatru lub kina, wielbicielka fotografii mo¿e zawitaæ do nas a na pewno znajdzie tu co¶ dla siebie. Uczennice liceum zapraszaj± wszystkie artystki". Brzmi jak informacja o imprezie dla kobiet? No w³a¶nie.
Wiêc UF. Tez nie, bo 'uf' to ulga, a od tego plakatu wyskakuje ¿y³ka na czole.
Zatem U. Jak (b)uuuuu. I jak ups. Wiecie, ile dziewczyn, które "co¶" robi±, nie zg³osi swojego uczestnictwa? Nie przyjdzie na wasz Festiwal? A je¶li, to w charakterze pokrowca na gitarê swojego ch³opaka lub fanki klasowych kolegów? Na stronie UFO znajduje siê jeszcze jedno ciekawe zdjêcie: dwóch neutralnie ubranych ch³opców gra na gitarze, a trzy dziewczyny robi± pozy wokó³ ich instrumentów (ju¿ s³yszê te komentarze). Ponêtne, wygiête, ¿urnalowe. To jest ta twórczo¶æ, o której tyle s³ysza³am? No to chyba na UFO powinni zg³aszaæ siê projektanci co drugiej reklamy.
My¶lê: j±trzê. Dowalam w fajne, potrzebne, oddolne inicjatywy licealistów. Mo¿e po prostu organizatorzy sfotografowali samych siebie? Nie mieli kogo poprosiæ do zdjêcia? Plakat ma fajny charakter domowej wycinanki, rzecz robiona na pewno bez finansowych nak³adów.
Na stronie UFO mo¿na jednak przeczytaæ, ¿e dyrekcja festiwalu to jeden ch³opak i dwie dziewczyny. Kto na zdjêciu dyrekcji jest w ¶rodku - proszê zgadywaæ. Nagród nie bêdzie, bo zagadka zbyt ³atwa.
Moja tolerancja dla dziewczyn, które pchaj± siê do roli paprotek, ozdób i maskotek maleje. Ja wiem, ¿e przemoc symboliczna, ¿e heteronormy, ¿e ideologiom podlegamy wszyscy bez wzglêdu na p³eæ, ¿e nie mo¿na od dziewczyn wymagaæ wiêcej wra¿liwo¶ci. ¯e kobiety musz± gor±co wierzyæ w patriarchat jako stan naturalny, by ten móg³ siê trzymaæ w posadach. Wiem te¿, ¿e nie wszyscy uczniowie i uczennice z dobrych szkó³ maj± w domu raj na ziemi. Ale w kontek¶cie idei edukacji jako wyrównywania szans zatrwa¿aj±ca wiêkszo¶æ z nich pochodzi z rodzin zasobnych w rozmaite kapita³y. A je¶li jakie¶ dzieciaki maj± szanse nie ulegaæ stereotypom p³ciowym, to w³a¶nie te: z dobrych, inteligenckich, stosunkowo zamo¿nych warszawskich domów. Uczennice i uczniowie presti¿owego liceum, drugiej po Bednarskiej/Raszyñskiej wylêgarni elit. Rozdawnictwa szczepionek na poczucie niepewno¶ci, braku warto¶ci w³asnej, obawy przed zderzeniem marzeñ z rzeczywisto¶ci±. Dachu licealnego ¶wiata, podtrzymywanego przez tyle¿ sprawn±, co niewidzialn± selekcjê: wiêkszo¶æ ludzi po prostu nigdy nie pomy¶li, by próbowaæ siê do Batorego dostaæ. Wszak to jest szko³a dla tych "lepszych". To znaczy takich, którzy nie maj± kompleksów, ¿e s± gorsi. Bo maj± rodziców, którzy im to od dziecka wpoj±. Którzy pozwol± im marzyæ o wielko¶ci i s³awie, bo sami uwa¿aj±, ¿e to siê ich dzieciom nale¿y. I pomog± im te marzenia realizowaæ.
I s³usznie. I fajnie. I dobrze. Tylko co z tymi, którym nikt tego nie powie? Nie zbuduje w nich przekonania, ¿e s± ¶wietne, warto¶ciowe, m±dre, ¿e ich pomys³y s± cenne, a ich potrzeby i ambicje wa¿ne? W tej grupie jest du¿o wiêcej dziewczyn ni¿ ch³opców. Poni¿szy plakat nie wzbudzi w tych dziewczynach sprzeciwu. Nie wkurzy ich, nawet nie poczuj± siê wykluczone. Bêdzie dla nich tak samo prze¼roczysty jak fakt, ¿e nikt nie traktuje ich powa¿nie.


2009-11-15 17:31:30
B³ogo jest uto¿samiæ siê z m¶cicielami w s³usznej sprawie, nie przeczê. A jednak za murami kina to uto¿samienie zaczyna byæ gro¼ne. Sam film, o którym mowa, do tego nie uprawnia. Wbrew pozorom "Bêkartami wojny" jego re¿yser Quentin Tarantino nie zaspokaja bezrefleksyjnie naszej potrzeby happy endu, lecz drwi z nas, ¿e tak ³atwo dajemy siê happy endom uwie¶æ.
"Bêkarty wojny" s± nie tyle realizacj± zbiorowej fantazji o wymordowaniu rz±du nazistów, co tej fantazji wy¶mianiem. Na pocz±tku dyskretnym u¶mieszkiem, pod koniec szyderczym rechotem. Tarantino konfrontuje nas z tej fantazji absurdalno¶ci±. I z naszym okrucieñstwem.
To, ¿e chcieliby¶my zabijaæ katów upokarzaj±c ich przy tym i zadaj±c ból, jest, zdaniem Tarantino, warte rozgrzeszenia. Okrucieñstwo polega na tym, ¿e nie mo¿emy znie¶æ widoku ofiary. Wkurza nas ona i irytuje, denerwuje swoj± bezczynno¶ci±, brakiem sprawstwa, bezradno¶ci±. Robimy wiele, by przykryæ j± obrazami dzielnych wojowników, którzy "nie szli, jak barany na rze¼", lecz postawili siê, zaparli, odp³acili piêknym za nadobne. Gdyby nie oni, mieliby¶my k³opot z obdarzeniem ofiar, które nie walczy³y, statusem nam równych. I na tym, zdaje siê, polega ta czê¶æ zwyciêstwa, która przypad³a w udziale nazistom. Zwyciêstwa wojny jako takiej: zachowania wojenne sta³y siê wzorami zachowañ w ogóle. Ratuj±cymi poczucie godno¶ci w³asnej i szacunku dla innych.
Zamiast widoku ofiary chcemy bajki, bo - choæ nie jeste¶my ani uczestnikami, ani nawet ¶wiadkami - nawet dla nas real jest nie do wytrzymania. £akniemy zbawczej narracji, bo prawdy nie sposób przyj±æ. No to da³ nam j± Tarantino, a¿ do zrzygania. Zrobi³ nam ch³opak karnawa³. Zaoferowa³ niez³± jazdê. Pokaza³ II wojnê ¶wiatow± z happy endem: ¼li sma¿± siê w piekle. Przepadaj± w ka¼ni podobnej do tej, któr± sami urz±dzili niewinnym. I co? I figa z makiem. ¯adnej ulgi. A je¶li, to tym gorzej. Bo po takiej uldze przychodzi kac.
Mo¿e zatem lepiej ju¿, zamiast upajaæ siê widokiem i akcentem Brada Pitta (mnie te¿ urzek³y, a jak¿e!), spróbowaæ spotkaæ rzeczywisto¶æ? Nie wojenn±, lecz tê dzisiejsz±, która po wojnie pozosta³a?
A rzeczywisto¶æ wygl±da tak: ostatnio w klubach zawis³y plakaty przedstawiaj±ce "Bêkartów wojny", zapraszaj±ce na antyfaszystowsk± demonstracjê. Na demonstracjê przysz³o ok. 300 osób. Cieszê siê, ¿e tak du¿o. ¯a³ujê, ¿e nie 10 razy wiêcej.
Dwa dni pó¼niej mia³a miejsce konferencja: "Udzia³ ¯ydów w walce z faszyzmem" zorganizowana przez Stowarzyszenie Kombatantów ¯ydowskich. Na sali 50 starszych osób. Cztery ¶wietne referaty, wyg³oszone prostym jêzykiem: o udziale ¯ydów w powstaniu warszawskim, o ¿ydowskim ruchu oporu w trzeciej rzeszy, o dramatycznej samotno¶ci polskich ¯ydów w walce przeciwko Zag³adzie.
I poruszaj±ce przemówienie Mariana Turskiego, które poleca³abym wszystkim w ramach odtrutki na ch³opiêc± fantazjê o wielko¶ci i s³awie zdobywanej karabinem, bomb±, ogniem i mieczem. Fantazjê, któr± Tarantino posmarowa³ zbyt ¶wiec±cym lukrem, by nie wyczuæ w jego filmie zamachu na naiwno¶æ widza.
Turski mówi³ o niedocenianym w obliczu walki zbrojnej oporze bez broni organizowanym w gettach podczas II wojny ¶wiatowej. O tym, ¿e w czasie eksterminacji przetrwanie i ratowanie ludzi jest sam± oporu esencj±. Oporem by³o opó¼nianie deportacji. Informowanie ¶wiata o polityce niemieckiej wobec ¯ydów. Szykowanie ¶wiadectw Zag³ady na wypadek ¶mierci. Organizowanie ¿ycia kulturalnego. Nieustanne kszta³cenie: kursy, biblioteki, pisanie podrêczników. W koñcu akty solidarno¶ci takie jak dzielenie siê jedzeniem.
Oporem nie do przecenienia nazwa³ Turski podnoszenie na duchu wspó³mieszkañców getta. Nie brzmi tak dobrze, jak bój, nie wygl±da jak mundur, nie terkocze jak karabin, nie jest kolorowe jak krew. Jest codzienno¶ci±, a nie powstaniem, które tê codzienno¶æ przerywa. Jest dzia³aniem w warunkach bez nadziei.
Id±c na demonstracjê antyfaszystowsk± marzy³am, ¿e spotkam na niej tych starych ludzi, których "no pasaran" wobec faszyzmu niegdy¶ skazywa³o na wyrok ¶mierci, je¶li wcze¶niej nie skaza³o ich na ni± pochodzenie. Nie oczekiwa³am jednak ich obecno¶ci: by³o zimno, mokro i przede wszystkim niebezpiecznie.
Id±c na ¶wiêtowanie przez ¿ydowskich kombatantów zwyciêstwa nad faszyzmem mia³am nadziejê, ¿e bêd± tam ludzie spoza ich coraz mniej licznych stowarzyszeñ, którzy dadz± im swoj± obecno¶ci± znak szacunku i dba³o¶ci o pamiêæ. Ale na sali byli tylko starzy ludzie. Kombatantki i kombatanci, ich mê¿owie i ¿ony, go¶cinnie kilkoro by³ych AL-owców. Pustka tamtej sali, pustka w chwili domagaj±cej siê uwagi, jest du¿o bardziej bolesna ni¿ najbardziej krwawe sceny z "Bêkartów wojny".
Panowie, którzy organizuj± nam wyobra¼niê w temacie ¿ydowskiej zemsty:

Daniel Craig zagra³ w filmie "Opór" dowódcê ¿ydowskiej partyzantki Tewje Bielskiego

Brad Pitt zagra³ w "Bêkartach wojny" dowódcê oddzia³u amerykañskich ¯ydów przys³anych do Europy.
2009-11-06 16:33:10
Na znak po¿egnania starego statusu i uzyskania nowego moje kole¿anki zmieniaj± nazwiska. Najbardziej dos³ownie przemeblowuj± w³asn± to¿samo¶æ. Mo¿e nie by³oby w tym nic z³ego – w koñcu ma³¿eñstwo to zmiana niebylejaka. Dowód na normalno¶æ, heteroseksualno¶æ, bycie istot± rodzinn±. Jawne podjêcie wyzwania, trudnego zadania, próby zbudowania czego¶ trwa³ego. Nadane przez pañstwo nowe prawa i obowi±zki. Uzyskanie nowego miejsca w spo³ecznym ¶wiecie, do³±czenie do grona mê¿atek, koniec ze stanem panny. Nie ma ju¿ do niego powrotu. Odt±d mo¿na zostaæ najwy¿ej rozwódk±, wdow±, ponownie zamê¿n±.
Mo¿e nie by³oby. Tylko ¿e ich mê¿owie tej zmiany nie zaznaczaj±. Nie manifestuj± jej wobec ¶wiata. Nie grzebi± w tym, co osobne i niezale¿ne. Nie odbieraj± sobie tego, co dostali od przodkiñ i przodków. Nie przecinaj± nici z w³asn± rodzin±, by wst±piæ na prawach go¶cia do grona nowej. Nie wychodz± z w³asnego domu po to, by ju¿ nie byæ u siebie, lecz u kogo¶. Z nazwiskiem mê¿a, te¶ciowej i te¶cia. Nie zrywaj± z ojcem wybieraj±c nazwisko inne ni¿ jego. My zostawiamy nasze matki same. Z nazwiskami, które nie s± ich matek, lecz mê¿ów. Z córkami, które maj± ju¿ inne nazwisko ni¿ one. Bez ci±g³o¶ci. Oderwane, samotne, wyobcowane. Pojedyncze, choæ przecie¿ nie po to zak³ada³y rodzinê.
¯adna zmiana, tak¿e ta symboliczna, nie obywa siê bez kosztów. Zmiana nazwiska jest mimowolnym tych kosztów wyrazem. To dowód przynale¿no¶ci. Ju¿ nie jestem Iksiñska, lecz Igrekowska, bo ju¿ nie jestem matki i ojca, teraz jestem za-mê¿na.Mam na sobie piecz±tkê z jego nazwiskiem.
Zrywam z milionem kartek, na których siê podpisywa³am. Z blokiem technicznym w przedszkolu, laurkami dla dziadka, kulfonami w zerówce. Z klasówkami, ok³adkami zeszytów, listami do przyjació³ek. Z ³awk± w parku, ¶cian± w szkolnym kiblu, pamiêtnikami swoimi i cudzymi. Z matur±, listami protestacyjnymi, rachunkami, PIT-ami, z kart± p³atnicz±. Z biletem miesiêcznym, wyznaniem mi³o¶ci, ze zwierzeniami, podaniami o pracê, umowami o pracê. Z mandatami, mailami i smsami.
Wraz z tymi kartkami zrywam z moim podwórkiem, kolejnymi szko³ami, mo¿e wydzia³em. Z moim pokojem w rodzinnym domu, wynajmowan± klitk±, szlakami, które wydepta³am w mojej miejscowo¶ci i ka¿dej kolejnej, w której przysz³o mi mieszkaæ.
Wraz z t± przestrzeni± zrywam z lud¼mi, którzy mnie wtedy znali. Nazywali. T± nazw± o mnie mówili. Ni± o mnie my¶leli. Gdy czuli co¶ do mnie - mi³o¶æ, przyja¼ñ, sympatiê, niechêæ, ¿al, serdeczno¶æ, nienawi¶æ, zazdro¶æ, gniew - to czuli do osoby, któr± tak nazywali. Z moimi rodzicami, rodzeñstwem, babciami i dziadkami, ciociami i wujkami, z kole¿ankami i kolegami, przyjació³kami i przyjació³mi, wrogami, by³ymi ch³opakami, jedn±, drug± i trzeci± klas±, znajomymi z akademika, ze studiów, z rodzinnych spotkañ.
Od teraz jestem mojego mê¿a.
Porzucamy przestrzenie, które nas zbudowa³y, ukszta³towa³y, pozwoli³y dorosn±æ. Wyrywamy siê z ledwo wro¶niêtymi korzeniami. Nie zapraszamy do siebie, lecz przyjmujemy zaproszenie do kogo¶ zatrzaskuj±c drzwi za miejscem, w którym do nikogo nie nale¿a³y¶my. Uciekamy z niego jakby parzy³o, bola³o, by³o niezno¶ne. Dla kobiet brak przynale¿no¶ci nie jest wolno¶ci±, lecz piêtnem, którego siê wstydz±.
Smutno, gdy moje kole¿anki zmieniaj± nazwiska. Smutno i przera¼liwie. Bo to tak, jakby mówi³y mi: nie ma mnie ju¿. Teraz jest kto¶ inny. Kto¶, kto wyszed³ za m±¿. M±¿, który jest najwa¿niejszy. Wa¿niejszy ni¿ ka¿da inna wiê¼. Tak wa¿ny, ¿e zmieni³am dla niego siebie. Odt±d mnie nie znasz. Ja te¿ jeszcze nie wiem, kim jestem. Rosnê na nowo. W nowej doniczce na nowym parapecie. Wiêc nie gadaj ju¿ do tamtych urwanych korzeni. Nie patrz na nie, nie têsknij za nimi, nie szukaj mnie tam.
Nie chcê patrzeæ, jak coraz s³absze wiêdn± przy coraz silniejszych mê¿czyznach, których kultura nie zmusi³a do tego, by zostawili siebie za drzwiami na rzecz kogo¶ drugiego.
Coraz wiêcej kobiet, zw³aszcza ze ¶wiata nauki, ma podwójne nazwiska. Pewnie dlatego, ¿e nie chc± budowaæ go sobie na nowo. Zachowuj± w ten sposób ci±g³o¶æ dorobku.
Wolê ju¿ te podwójne. Ale ich mê¿owie nie dodali sobie nazwiska ¿on do w³asnych. Nie zmienili paszportów, wizytówek, dowodów, kart magnetycznych, adresów mailowych, umów z dostawcami pr±du, gazu, telefonii komórkowej i internetu. Asymetria rodz±ca w³adzê, a mo¿e raczej bêd±ca tej w³adzy wyrazem, czasem nie wymaga subtelnych dociekañ z zakresu Gender Studies. Raczej ¶wieci po oczach z delikatno¶ci± reflektora.

2009-10-19 15:44:10
Na temat debaty pan ów powiedzia³ niewiele. Chyba nic zgo³a. A w ka¿dym razie nic takiego nie pamiêtam. Pamiêtam za to cz³owieka, który znalaz³ nowy sposób, by wypolerowaæ magiczne lusterko, które powie mu: jeste¶ najwspanialszy na ¶wiecie. Now± metodê na wypucowanie zbiorowego sumienia ludzi, którzy maj± tego farta, ¿e urodzili siê mê¿czyznami. Na pod³adowanie bateryjek, by móc byæ jeszcze bardziej sob± zachwyconym. Na wyklarowanie wody, w której przegl±da siê narcyz.
Woda to my. Kobiety na sali. Feministki, które zamiast widzieæ, ¿e niektórzy mê¿czy¼ni u¿ywaj± feminizmu jak dobrej bajery – a przoduj± w tym nie tylko geje - klaszczemy z uciechy. Zamiast pój¶æ po rozum do g³owy i podejrzliwie patrzeæ, jak ze zdeklarowanych feministów wy³azi patriarchat, mamy ³askotki w brzuchu i wdziêczno¶æ w sercach.
A wy³azi bokami, ulewa im siê jak niemowlêciu na ramionach rodzica. Ich w ramionach ko³ysze pewno¶æ siebie. Ego-³asuchy, nie potrafi± znie¶æ my¶li, ¿e nie maj± racji. Nie potrafi± znie¶æ nawet jej kie³ka, który móg³by zago¶ciæ w czyjej¶ g³owie. Z w³asnej ju¿ dawno go wyparli. Oni siê nigdy nie myl±. Oni nie u¿ywaj± takich zwrotów jak: „my¶lê, ¿e“, „ja uwa¿am“, „s±dzê“, „wydaje mi siê“. S³owa: „mo¿e“, „chyba“, „jakby“ wyparowa³y z ich s³ownika. Mo¿e (sic!) nigdy ich tam nie by³o. No bo sk±d? Oni przecie¿ wiedz±. Maj± prawdê. Posiadaj± j± na w³asno¶æ. Ku³acy racji. Bur¿uje my¶li. Monopolizatorzy nieomylno¶ci. Kobietom „siê wydaje“. Oni wiedz±. Kobiety mog± sobie „uwa¿aæ“ lub „s±dziæ“, mog± tkwiæ w swoich fantasmagoriach, wizjach i b³êdach. Oni pozwoliæ na to nie mog± – ani sobie, ani innym. Nie mog± dopu¶ciæ my¶li, ¿e je¶li kilka osób ma ró¿ne zdanie i kto¶ siê myli, to myliæ siê mog± tak¿e oni. Wizja, zgodnie z któr± ludzie maj± ró¿ne pogl±dy, a ka¿dy z nich u pocz±tku rozmowy jest równoprawny, potem za¶ musi zostaæ obroniony argumentami, ich przerasta. Wytaczaj± wiêc armaty despotyczno¶ci, protekcjonalno¶ci, paternalizmu. Kryj± pod nimi agresjê. Kryj± z dba³o¶ci±, bo ona zdemaskowa³aby lêk, ¿e oto monopol siê kruszy, kapita³ wygasa, prawda natarczywie domaga siê wielog³osu.
Niewiele robimy, by pozostaæ jej wierne. Wiele robimy, by tê natarczywo¶æ zag³askaæ. Traktujemy mê¿czyzn jak ¯ydzi aryjczyków 60 lat temu: mo¿e który¶ oka¿e siê jednak ³askawy? Dziêkujemy im w pok³onach, je¶li racz± zauwa¿yæ, ¿e dzieje nam siê krzywda. Robimy im kanapki zawiniête w celofan, je¶li tylko zg³osz± niesprecyzowan± chêæ udzielenia nam pomocy. Udowadniamy im wci±¿, jak bardzo nam na nich zale¿y i jak bardzo nie chcemy oceniaæ ich szablonowo, wedle wzorów p³ci.
Na widok faceta, który potrafi wypowiedzieæ s³owo „seksizm” bez przek±su i ironii sikamy w gacie ze szczê¶cia, wychwalamy pod niebiosa, garniemy siê z pomoc± i rad±, lecz broñ bo¿e nachaln±. Dziêkujemy mê¿czyznom za ka¿de dostrze¿enie nierówno¶ci jak za co¶ niezwyk³ego, ca³± swoj± uwagê skupiaj±c na nich, ca³± energiê, czas, pracê. Pompujemy w nich swoje marzenia, a oni rosn± jak dro¿d¿owe p±czki. To z nas femini¶ci robi± sobie myde³ka i myj± siê nimi co rano, by i¶æ w ¶wiat i pachnieæ dobroci±, tolerancj±, wra¿liwo¶ci±, empati±. Pisz± wieczorami podrêczniki: jak pomalowaæ przemoc na ró¿owo, jak wypolerowaæ sobie sumienie lesbijsk± flag±. Mamy to w towarzystwie, gdzie ch³opcy nauczyli siê pewnych zwrotów na pamiêæ i tylko jak siê upij±, upal± albo s± zmêczeni, to myl± im siê zwrotki i czasem co¶ wyjdzie na opak jak brudne gacie spod dobrze dobranej koszuli.
Wci±¿ ganiamy na smyczach normy, któr± jest przemoc wobec kobiet tak potworna, ¿e widok jej nas przerasta. Wdziêczymy siê za zauwa¿anie p³ciowej dyskryminacji, dajemy czu³o¶æ i podziw w podziêce za wra¿liwo¶æ na seksualn± przemoc, budujemy pomniki domowe i publiczne za kiwanie g³ow± ze zrozumieniem, za agresjê biern± zamiast czynnej. W co my¶my siê da³y wmanewrowaæ? Niewolnik chwali pana za to, ¿e bije go tylko raz w tygodniu a nie, jak to zwykle bywa, codziennie.
Deklaruj±c siê jako feministka kobieta ma wci±¿ wiele do stracenia: zostanie uznana za niekobiec±, przewra¿liwion± i dziwad³o bez poczucia humoru, straci sporo znajomych, obiady rodzinne zamieni± siê w piekie³ko, w pracy i w domu sypaæ siê bêd± prowokacje i chamskie ¿arty, dopadnie j± poczucie frustracji z powodu niemo¿no¶ci wp³ywu na rzeczywisto¶æ pe³n± pogardy wobec kobiet. Mê¿czyzna z t± sam± deklaracj± na ustach zgarnie same plusy. Antyfeministki potraktuj± to jako wyznanie w rodzaju: "uwielbiam kobiety". Feministki wezm± za sprzymierzeñca. Wszystkie kobiety obdaruj± wiêkszym szacunkiem i zaufaniem. Mê¿czy¼ni uznaj± za orygina³a, a oryginalno¶æ jest w cenie. Niektórzy mo¿e za dziwaka, ale wystarczy kilka faceckich grypsów, by kolegom ul¿y³o, ¿e nadal jeste¶ "swój".
Drodzy femini¶ci, zap³aæcie najpierw alimenty zamiast chwaliæ alimenciary za budowanie spo³eczeñstwa obywatelskiego. Zadbajcie o antykoncepcjê w swoich zwi±zkach zamiast grzmieæ o prawie do aborcji. We¼cie urlop wychowawczy zamiast wysy³aæ na niego kolegów z pracy. Odwalcie czarn± robotê przy manifach zamiast przemawiaæ z platformy w aureoli bezinteresownych nonkonformistów. Pomó¿cie swoim kole¿ankom w potrzebie zamiast przechadzaæ siê z nimi Nowym ¦wiatem. Wyplakatujcie noc± miasto i zap³aæcie mandat zamiast obnosiæ siê z badzikami: I love feminism. Zejd¼cie ze sceny zamiast perorowaæ, ¿e brak na niej kobiet to skandal. Wywi±¿cie siê ze swoich zobowi±zañ finansowych wobec bliskich zamiast rozliczaæ kolejne rz±dy ze zobowi±zañ wobec Polek. Wyszorujcie kibel, pozmywajcie naczynia, pozamiatajcie pod³ogi zamiast debatowaæ o nierównym podziale obowi±zków. Posprz±tajcie po sobie skarpetki zamiast p³aciæ za to grosze kobietom zza wschodniej granicy pieniêdzmi zarobionymi na s³usznym gniewie. O¶mieszcie siê brakiem poczucia humoru publicznie interweniuj±c, gdy kolega mówi seksistowski ¿art, zamiast psioczyæ na niego w kuluarach. Ugotujcie obiad zamiast p³aciæ za niego w knajpie, gdzie kucharka zarabia 10 z³ za godzinê pracy, a danie kosztuje tyle, ile jej dniówka. Mówcie o swoich emocjach i uczuciach zamiast mówiæ o tym, ¿e mê¿czy¼ni nie potrafi± o tym mówiæ.
Inaczej wasze deklaracje pozostan± tylko sposobem na zdobycie poklasku w¶ród kobiet. Niestety sposobem wci±¿ skutecznym. Nie jest to jednak dowodem waszej ¶wietno¶ci, a jedynie tego, do jak z³ego traktowania przywyk³y¶my, by zach³ystywaæ siê obietnicami, które przecie¿ nic nie kosztuj±, za to pozwalaj± chodziæ w glorii i chwale dobrego cz³owieka.
2009-09-25 14:47:29
Kuzyn siedzi. Zarz±dza tematami rozmowy, stara siê, by konwersacja nie by³a rwana, a pozory swobody i luzu zachowane. Wstaje najdalej do barku, by dolaæ wina. Na trasie salon-kuchnia nieustannie kursuje Dziewczyna Kuzyna. Kuzyn daje sygna³ na start jedzenia, gdy jego Dziewczyna utknê³a gdzie¶ pomiêdzy salaterk± z sa³atk±, tac± z owocami i talerzykiem z posiekan± natk± pietruszki. Przecie¿ „wszyscy“ ju¿ siedzimy. Ona do „wszystkich“ siê najwyra¼niej nie zalicza. Ona jest osobnym zbiorem, reprezentacj± drugiego obiegu. Na razie jednoosobow±.
Po posi³ku g³ównym pierwszy zrywa siê kto? Ona, a jak¿e. Czyli ta, która zasiad³a do niego ostatnia. Gdy zaczyna zbieraæ brudne talerze wstaje Natalia, oferuje pomoc i niezw³ocznie przechodzi od s³ów do czynów. Po ostatnim kêsie zrywa siê tak¿e Karolina. Wszystkie trzy za chwilê odmaszeruj± do kuchni z narêczami naczyñ, w korowodzie pos³ugaczek.
To, ¿e kobiety wstaj±, by posprz±taæ po pierwszym kulinarnym wystêpie i przygotowaæ kolejny jest tak samo prze¼roczyste jak to, ¿e mê¿czy¼ni nie ruszaj± siê z miejsca oczekuj±c na dalsze przyjemno¶ci i bycie obs³u¿onym. Kuzyn i Ch³opak Karoliny nawet na chwilê nie przerywaj± rozmowy. Pardon, Kuzyn rzuca do Dziewczyny: „wstaw wodê na herbatê“. ¯adnego „poproszê“, ¿adnego „dziêkujê“, ¿adnego „czy mog³aby¶“, nie wspominaj±c ju¿ o tym, by w korowód wst±pi³y i mêskie nogi. Oni rozmawiaj±. Oni debatuj±. Oni s± w ¶wiecie salonu. One odmaszerowuj± do kuchni.
Salon, gdzie debatuje siê, dyskutuje, prê¿y, pokazuje swoje zabawki i swój orê¿. Gdzie jest miejsce na wa¿ne tematy. Salon, w którym zapadaj± decyzje. W którym króluje g³os mêski. Salon jest stworzony do odbijania go echem, zwielakratniania, upajania siê nim. Salon jest agor±. Tu brzmi± dono¶ne basy, stukaj± kieliszki, po³yskuj± mankiety lub najmodniejsze trampki, brzêcz± porcelanowe fili¿anki, lej± siê wina, skrzypi± kredensy, onie¶mielaj± obrazy. Tu rozgaszcza siê dostojeñstwo, pewno¶æ siebie, rubaszno¶æ, tubalno¶æ, wa¿no¶æ. Tu siê ro¶ci do prawdy.
Kuchnia, gdzie obs³uguje siê innych. Dba o innych przyjemno¶æ. Przygotowuje rozkosze dla tych, którzy goszcz± w salonie. W kuchni mówi siê cicho, kobiecym g³osem. Szepcze siê przy kuchennym stole tak, by ci w salonie nie us³yszeli. Czasem ¶mieje wysokim, t³umionym ¶miechem. Piskliwie, jak dziewczynki, które co¶ knuj± albo kogo¶ obgaduj±. W kuchni ciê¿ko siê pracuje. Wykonuje mnóstwo czynno¶ci naraz, z trudem panuje nad wszystkimi fajerkami i piekarnikiem, nad zlewem, ¶cierkami, s³oiczkami z przyprawami. W kuchni siê poci i mêczy. Czasem g³o¶niej t³uknie siê garnkiem, ale to bywa ¼le widziane przez tych z salonu: nie lubi±, gdy ich g³osy zak³óca co¶, co jest poza ich wzrokiem i zainteresowaniem. W kuchni za³atwia siê sprawy od kuchni. Zjada okruszki, resztki, przypalone nale¶niki. Pe³ne, udane, przystrojone potrawy wêdruj± nienadgryzione do salonu, dla innych. W kuchni preparuje siê wykwintny ¶wiat, kuchnia ukrywa proces jego przygotowania.
Uczestniczê w rozmowie Kuzyna i Ch³opaka jego córki. Dawno siê nie widzieli¶my, wiêc apdejtuj± wiedzê, czy nadal jestem taka zadziorna i jak daleko mo¿na na tej zadziorno¶ci zajechaæ. Sk±d za ni± wywalaj±, a gdzie pozwala ona uzyskaæ szacunek ciut wiêkszy ni¿ paternalistyczna uprzejmo¶æ, któr± zwyczajowo daje siê kobietom na starcie. Daje, dopóki nie zaczn± zg³aszaæ, ¿e jednak przysz³y po wiêcej zw³aszcza, ¿e daj± wiêcej.
Gdy wszystkie przystolne panie zrywaj± siê, by przej¶æ z salonu do kuchni, jestem w kropce. Do³±czaj±c do nich oddam pole. Zgodzê siê na odwieczny porz±dek rzeczy, w którym salon przynale¿y mê¿czyznom, kuchnia za¶ kobietom. Zrezygnujê z miejsca, o które uwa¿am, ¿e kobiety powinny walczyæ. Pozwolê, by moje krzes³o, które z trudem tu wcisnê³am, znowu wyl±dowa³o w korytarzu, za drzwiami, poza centrum.
Je¶li zostanê w salonie, zdradzê kobiety. Wywy¿szê siê ponad nie. Oddelegujê je do sprz±tania niczym trzeci mê¿czyzna przy stole. Zachowam siê jak nuworysz, który dopuszczony na salony demonstracyjnie odcina siê od przedstawicieli klasy, z której w³a¶nie awansowa³.
Je¶li wyjdê z kobietami do kuchni zdradzê siebie. Swoje idea³y, pogl±dy, s³uszno¶æ, wizjê. Zaprzepaszczê trud, który dot±d podjê³am, by dostawaæ wiêcej ni¿ ca³owanie r±czek i komplementy za dobrze ugotowane jedzenie.
Je¶li zostanê w salonie nie bêdê mog³a porozmawiaæ z kobietami, za którymi siê stêskni³am. Nie dowiem siê, co u nich, a przecie¿ w gruncie rzeczy interesuje mnie to du¿o bardziej ni¿ udowadnianie komukolwiek, ¿e potrafiê my¶leæ. Ni¿ zdobywanie szacunku u tych, którzy potraktuj± mnie jak wyj±tek od regu³y.
Jest trzecia droga: ujawniæ regu³y gry. Powiedzieæ do kobiet: "Dok±d siê zrywacie? Mo¿e panowie zanios± talerze, a my pogadamy? Tak dawno siê nie widzia³y¶my!" Albo zapytaæ mê¿czyzn: "Mogliby¶cie posprz±taæ? Chcia³yby¶my pogadaæ." Albo z grubej rury orzec: "To nie fair, ¿e my sprz±tamy, a wy siedzicie. Nie zgadzam siê na to."
Na to dictum zapewne kobiety rzuc± siê do ³agodzenia sytuacji i zapobiegania nadci±gaj±cej chryi. Zapewni±, ¿e dla nich to nie problem, one uwielbiaj± sprz±taæ, a w ogóle ich ch³opcy zawsze im pomagaj±. Mê¿czy¼ni wymieni± miêdzy sob± kilka z³o¶liwych ¿artów pod moim adresem, demonstracyjnie przemaszeruj± trasê do kuchni i z powrotem, by ca³e zdarzenie skwitowaæ moim przewra¿liwieniem.
Trzecia droga oznacza bycie popsuj-zabaw±. Grozi odpowiedzialno¶ci± za skwaszenie atmosfery. Przynosi konsekwencje w postaci obrazy, ostracyzmu, bycia obiektem plotek, noszenia ³atki niezno¶nej, ekscentrycznej, niemi³ej, bez-poczucia-humoru. Jednym s³owem: niebezpiecznej.
Tysi±ce decyzji, które musisz co dzieñ podj±æ. Które wolisz, by podjê³a za Ciebie sytuacja. Pozwalasz na to, bo parali¿uje ciê wstyd, poczucie winy, niepewno¶æ, niechêæ do ponoszenia ich kosztów. I tak je ponosisz, bo czerwone policzki, a wraz z nimi rozliczne duchy, dopadn± ciê na klatce schodowej, gdy opuszczaæ bêdziesz kamienicê Kuzyna. Schodz±c po schodach mijaæ bêdziesz kolejne mieszkania, a w ka¿dym z nich kolejne salony i kolejne kuchnie. W nich za¶ kolejnych mê¿czyzn i kolejne kobiety.
Nie ma takiego wyj¶cia, którym mo¿na wyj¶æ niezadra¶niêt±. Droga pomiêdzy salonem i kuchni± utraci ca³± swoj± neutralno¶æ gdy tylko zadasz sobie pytanie, kto ni± chodzi i kto gdzie jest go¶ciem, a gdzie sta³ym bywalcem. Wraz z pytaniami znika niewinno¶æ pytanych, ale i pytaj±cych.

(Rozwi±zaniem jest kuchnia i salon w jednym)
2009-08-04 22:21:59
Gdzie siê podzia³y kobiety opowiadaj±ce kawa³y, kobiety naj¿arliwiej dyskutuj±ce, kobiety - socjometryczne gwiazdy, kobiety napêdzaj±ce temperaturê uczelnianych sporów lub dyskusji w gronie prywatnym? Gdzie one s±? Utonê³y w potakiwaniu, w mówieniu "Yhym", "acha", "ojej", "ciekawe", "wow". W dawaniu uwagi innym. W patrzeniu na tych, co mówi±. W ¶mianiu siê z ich ¿artów, w dopytywaniu o to, co przed chwil± powiedzia³ kto¶ inny, w udawaniu g³upszych ni¿ s±, w odgrywaniu zainteresowania tym, co je nudzi, w ciê¿kiej pracy na rzecz dobrego samopoczucia innych.
Inni rosn± na ich uwadze jak p±czki na ma¶le, a im nie starcza ju¿ energii dla siebie. Wy³adowuj± baterie aktywnie okazuj±c szacunek innym, zapewniaj±c innym dobre samopoczucie i dobr± samoocenê.
Ciche za³atwiaczki wszystkiego, jak, nie przymierzaj±c, w niejednej redakcji, firmie, partii. Poproszone o udzia³ w sytuacji publicznej, odmawiaj±. I obs³ugiwani przez nie mê¿czy¼ni. Mocni w gêbie, jeszcze lepsi w prezencji, bezradni wobec sytuacji codziennych, tysiêcznych, wymagaj±cych innych kompetencji. Kompetencji bycia mi³±, serdeczn±, zgodn±, po³ykaj±c± w³asne ambicje, znosz±c± upokorzenia na rzecz za³atwienia papierka w urzêdzie, przedszkola dla dziecka, wizyty u lekarza.
Zdobycie tych kompetencji, a potem ich wykorzystywanie Arlie Hochschild nazywa ciê¿k± prac±, której wykonywania musia³y¶my siê nauczyæ i umiejêtno¶æ tê szlifujemy ca³e ¿ycie. Prac± swoist±: tak±, której nikt nie widzi. Wiêc bezp³atn±. "Praca emocjonalna maj±ca podnosiæ status i dobre samopoczucie innych jest form±, by u¿yæ okre¶lenia Ivana Illicha, 'pracy w cieniu', niewidocznym wysi³kiem, którego, podobnie jak prowadzenia domu, nie uznaje siê za pracê, który jednak ma kluczowe znaczenie przy za³atwianiu innych spraw. Podobnie jak w przypadku zajmowania siê domem, ca³a sztuka polega na zatarciu jakichkolwiek dowodów wysi³ku, na zaprezentowaniu jedynie czystego domu i powitalnego u¶miechu.
Produkt owej pracy mo¿na okre¶liæ bardzo prosto: 'bycie mi³±'."
Pozawerbalne zachowania mê¿czyzn podczas dyskusji - zarówno wobec kobiet, jak i wobec innych mê¿czyzn - wielokrotnie wydawa³y mi siê "niekulturalne". Gdy mówi kto¶ inny/inna oni wierc± siê, okazuj± znudzenie, zirytowanie, wysy³aj± smsy, szepcz± z kim¶ na boku, nie patrz± na t±/tego, co mówi. Nade wszystko za¶ nie u¶miechaj± siê. Nie potakuj±. Nie pokazuj± ca³ym sob±, ¿e s³uchaj±. ¯e pod±¿aj± za my¶l± dyskutanta. Ot, po prostu s±. Czekaj± na swoj± kolej. Ze zdumieniem odkry³am, ¿e im nikt nie ma tego za z³e, nie poczytuje tego za z³e wychowanie, chamstwo, bezczelno¶æ lub celowe dezawuowanie rozmówcy. Mówi±c jêzykiem Hochschild mê¿czy¼ni nie wykonuj± pracy okazywania powa¿ania, bo nie musz±. Nikt jej od nich nie oczekuje.
"Niemal ka¿dy wykonuje pracê emocjonaln±, której efektem jest najogólniej rozumiane okazywanie powa¿ania - pisze dalej Hochschild - jednak w wiêkszym stopniu oczekuje siê jej od kobiet. Badania Normy Wikler (1976) porównuj±cych mê¿czyzn i kobiety pracuj±cych jako profesorowie na uniwersytetach wykaza³y, ¿e studenci oczekuj± od kobiet wiêkszej serdeczno¶ci i ofiarno¶ci ni¿ od ich kolegów; bior±c pod uwagê te oczekiwania, proporcjonalnie wiêcej kobiet profesorów postrzegano jako osoby ch³odne."
Psychologiczna gra w okazywanie szacunku i powa¿ania lub bycie tego okazywania beneficjentem nie odbywa siê bez konsekwencji. Oczekujemy od kobiet, ¿e zadbaj± o dobre samopoczucie i dobr± samoocenê innych. Gdy tego nie robi±, oceniamy je negatywnie, nie lubimy ich, plotkujemy za ich plecami, ¿e s± nieprzyjemne, zimne, sztywniackie. A jednak tylko takie kobiety maj± szansê na bycie szanowanymi w ¶wiatach, które wydaj± siê naturaln± domen± mê¿czyzn. Gdy bowiem wype³niamy przykazanie bycia "mi³±", cecha ta degraduje nas do roli widzów w teatrze, w którym graj± jedynie mê¿czy¼ni. My mamy klaskaæ, piszczeæ z zachwytu, tupaæ na bis i cieszyæ siê, ¿e uda³o nam siê wywo³aæ u¶miech wdziêczno¶ci na ich twarzach.
"Za spraw± zdolno¶ci do przystosowania siê, wspó³pracy i niesienia pomocy kobietê umieszcza siê na prywatnej scenie po³o¿onej za scen± publiczn±, a w rezultacie czêsto ni¿ej ocenia siê jej umiejêtno¶æ debatowania, opowiadania dowcipów i nauczania ni¿ zdolno¶æ do wyra¿ania uznania dla tych dzia³añ. Kobieta jest cheerleaderk± rozmowy. Aktywnie podnosi status innych osób - najczê¶ciej mê¿czyzn, ale równie¿ innych kobiet, przed którymi gra rolê kobiety. Im bardziej wydaje siê w tym naturalna, im bardziej je wysi³ek nie przypomina wysi³ku, tym skuteczniej przybiera ona maskê braku innych, wy¿ej cenionych przymiotów. Jako kobieta mo¿e zebraæ pochwa³y za osi±gniêcie mistrzostwa w podnoszeniu statusu, ale jako osoba w zestawieniu z komikami, nauczycielami i dyskutantami zazwyczaj funkcjonuje poza klubem osób o podniesionym statusie, w którym na ogó³ funkcjonuj± mê¿czy¼ni."
Wiele i wielu pomy¶li, ¿e przesadzam. £atwiej jest adekwatnie opisaæ nierówno¶æ p³ac czy szklany sufit: magia statystyk dzia³a, podobnie jak magia ekonomicznego jêzyka. Niewidzialna, ukryta pod tym, co lubimy nazywaæ "normalnym" lub "zwyczajnym" opresja kobiet jest trudniejsza do uchwycenia s³owem. Jej opisy spotykaj± siê z pos±dzeniami o paranojê i brak "zdrowego rozs±dku". A jednak to w³a¶nie tam - w tysi±cach drobnych sytuacji codziennych, w ¶wiecie prywatnym i pó³prywatnym - co dzieñ mocniej stajemy siê osobami drugiej kategorii. Na skutek bycia traktowanymi jak kobiety utwierdzamy siê w czêsto nieu¶wiadomionym przekonaniu, ¿e nasze s³owa, my¶li i czyny s± mniej warte ni¿ s³owa, my¶li i czyny mê¿czyzn.
Do nieprzekonanych czytelniczek mam jedn± pro¶bê: przy najbli¿szej rozmowie z partnerem, wspó³pracownikiem, koleg± spróbujcie przez piêæ minut nie powiedzieæ: "yhym" lub "acha". I ani razu nie przytakn±æ.
[Cytaty za: Arlie Russell Hochschild Zarz±dzanie emocjami. Komercjalizacja ludzkich uczuæ. PWN, Warszawa: 2009]

2009-06-17 13:15:45
Mocno, bo nie boj±c siê obciachu, podnio¶le, bez popisów, bez sarkazmu. Nara¿aj±c siê na zarzut naiwno¶ci, bo marzycielsko. Utopistycznie. Poruszaj±co. Tonem manifestu. "Jestem feminist± poniewa¿ s±dzê, ¿e poczucie wy¿szo¶ci mê¿czyzn wobec kobiet jest g³ówn± przyczyn± pogardy i przemocy, nawet je¶li jest ona skierowana wobec mê¿czyzn".
M±drze, bo ujmuj±c feminizm nie tylko jako walkê ze szklanym sufitem i nierównymi dochodami, ale jako sposób my¶lenia o ¶wiecie wolnym od przemocy i wyzysku, nie tylko p³ciowego. Wskazuj±c na najwiêksz± bol±czkê kolejnych ruchów emancypacyjnych: prze¼roczysto¶æ dominacji. "Wiem tak¿e, i¿ spostrze¿enie nierówno¶ci i dyskryminacji p³ci wymaga zmiany samego siebie" - pisze Osiatyñski.
Wpadki s± dwie. Pierwsz± jest zdanie: "Jestem feminist±, poniewa¿ uwa¿am, ¿e ze wzglêdu na swoj± naturê biologiczn±, kobiety lepiej czuj±, co ludziom, ziemi i ¶rodowisku jest naprawdê potrzebne".
Mo¿na byæ feminist±/feministk± i tak nie uwa¿aæ. Wiêcej: mo¿na tak uwa¿aæ i na tej podstawie odrzucaæ feminizm. Esencjalizm, któremu da³ wyraz autor, wskazuje na naturê, która determinuje kobiece zdolno¶ci. Ten kij ma dwa koñce: pojêcie natury determinuj±cej kobiety (i mê¿czyzn) by³o i jest u¿ywane przede wszystkim dla usprawiedliwiania nierówno¶ci i niesprawiedliwo¶ci. Przyk³ad: je¶li kobiety czê¶ciej zajmuj± siê domem ni¿ mê¿czy¼ni to dlatego, ¿e s± do tego wyposa¿one przez naturê wrodzonymi cechami takimi jak opiekuñczo¶æ, dba³o¶æ o wiêzi, mi³o¶æ macierzyñska itd. W ten sposób to, co historyczne, zmienne i niesprawiedliwe wpisane zostaje w wizjê ¶wiata harmonijnego, rz±dzonego niezmiennymi prawami natury.
Brak prawa do uczuæ, do ich prze¿ywania, wyra¿ania, przepracowywania jest systematycznym upo¶ledzaniem po³owy ludzko¶ci. Niestety upo¶ledzenie to jest swoist± dyskryminacj± pozytywn±: pozwala ono lepiej funkcjonowaæ w ¶wiecie, w którym wra¿liwo¶æ, empatia, zapobieganie cierpieniu nie s± wysoko notowane. Przeciwnie: spychaj± na margines, nazywane s± piêknoduchostwem, przewra¿liwieniem, dziecinno¶ci±. A od niej tylko krok do kobieco¶ci...
Chcia³abym ¿yczyæ nam wszystkim dostêpu do tej czê¶ci w nas, która pozwala "czuæ, co ludziom, ziemi i ¶rodowisku jest naprawdê potrzebne". Kto jednak chcia³by, by to ¿yczenie siê spe³ni³o? Mê¿czy¼ni? Zagubieni, bo musieliby zaj±æ siê tym, co "niemêskie", a zatem przeoraæ w³asn± to¿samo¶æ? Kobiety? Sfrustrowane, bo nieustaj±co im w³a¶nie powierza siê to zadanie, ale bez stwarzania warunków do jego realizacji? Albo te, które wreszcie chcia³yby zaj±æ siê czym¶ innym ni¿ zajmowanie siê innymi? Nie czarujmy: to nie ¿yczenie, to nawo³ywanie do ciê¿kiej roboty.
Drug± wpadk± Osiatyñskiego jest zdanie: "Bez wiedzy i m±dro¶ci mojej ¿ony nigdy nie u¶wiadomi³bym sobie jasno tego, dlaczego jestem feminist±". Feminizm polega miêdzy innymi na tym, by nie czyniæ kobiet anonimowymi wpisuj±c je w role rodzinne, osobiste, domowe. By ich nie "prywatyzowaæ" familiarno¶ci±. Pro¶ciej: dlaczego autor nie przedstawi³ swojej ¿ony z imienia i nazwiska?
Drug± wpadkê - któr± zapewne poczytuje sobie za ¶wietny ¿art - zaliczy³ te¿ Stefan Chwin wytar³szy swe feministyczne usta bezimienn± ¿on±. I na tym, na szczê¶cie, koñczy siê wspólna p³aszczyzna komentowanych listów. Pisarz najwyra¼niej poczu³ siê zniesmaczony faktem, ¿e jaki¶ cz³owiek - Osiatyñski to w koñcu mê¿czyzna - móg³ potraktowaæ feminizm na serio i z pokor±. Wytoczy³ wiêc armaty sumiastego poczucia humoru, kto siê nie ¶mieje ten gapa. Sparafrazowa³ styl Osiatyñskiego, by przedstawiæ jego list jako wariactwo, przez konserwatywnych anarchistów nazwane niegdy¶ "nazi-feminizmem".
Zdaniem Chwina rozwi±zania instytucjonalne i prawne proponowane przez feminizm to dyskryminacja mê¿czyzn, ¶wiat na opak, spersonalizowana zemsta egoistycznych kobiet na niewinnych. Z listu wy³ania siê obraz ¶wiata, w którym spo³eczeñstwo, jego instytucje, zasady, mechanizmy - takie jak wykluczenie, dominacja, konflikt, prawo - nie istniej±. Istniej± tylko ludzkie pomy³ki, s³abo¶ci, usterki. Raz pan ¼le potraktuje pani±, innym razem pani ¼le potraktuje pana. Raz heteroseksualista dyskryminuje homoseksualistê, innym razem homo dyskryminuje hetero. Raz mê¿czyzna bije kobietê, innym razem kobieta bije mê¿czyznê. Raz mê¿czyzna lepiej zarabia, innym razem lepiej zarabia kobieta. Raz jego uprzywilejowuje prawo, innym razem j±. Rzeczywisto¶æ Chwin postrzega jako symetryczn±, wspóln± i niezdefiniowan± ¿adnymi determinantami, w której rz±dziæ powinien "talent" i alfabet, a nie parytet, "pracowito¶æ", a nie zasada równo¶ci dochodów.
Chwin nie zauwa¿y³, ¿e jego postulaty zosta³y ju¿ dawno spe³nione. Polskie prawo nie zaleca dyskryminacji. Stosuje porz±dek alfabetu. Rz±dzi nim zasada, ¿e p³eæ nie jest istotna. I w³a¶nie dlatego wszystkie mechanizmy dyskryminacyjne mog± siê spokojnie reprodukowaæ, bo s± od obecnego prawa du¿o starsze i umocowane w obyczajowo¶ci, przekonaniach, postawach. Ich likwidacja musi byæ aktywnym dzia³aniem, a nie udawaniem, ¿e nie ma problemu. By osi±gn±æ reprezentacjê, jej brak musi zostaæ zrekompensowany nadreprezentacj±.
Jest i po¿ytek z tego listu: bêdzie go mo¿na analizowaæ ze studentami i studentkami jako idealny przyk³ad fa³szywego uniwersalizmu. Na koniec Chwin postuluje zasadê „jeden drugiego brzemiona no¶cie” jako remedium na nierówno¶æ, pogardê, przemoc i dyskryminacjê p³ci. Remedium wspania³e pod warunkiem, ¿e kobiety zosta³yby w³±czone w obrêb wspólnoty ufundowanej na wspó³odpowiedzialno¶ci. Wspólnoty nie opartej na hierarchii i wierze w na zawsze dan± warto¶ciuj±c± ró¿nicê. Wspólnoty podmiotów tzn. ludzi traktowanych jako równie pe³nych, godnych, wymagaj±cych szacunku i decyzyjnych. O tym, ¿e nie ¿yjemy w takiej wspólnocie niech ¶wiadczy fakt, ¿e wci±¿ trzeba pisaæ, dlaczego jest siê feminist± zamiast uzasadniaæ, dlaczego siê nim nie jest.
Uniwersalistom spod znaku gdañskiego kredensu dedykujê poni¿sze zdanie. Nie moje, lecz Tsultrim Allione: „Czêsto okazuje siê, ¿e ci, którzy z najwiêkszym uporem twierdz±, ¿e nale¿y porzuciæ wzglêdne rozwa¿ania o mê¿czyznach i kobietach, najbardziej zniewa¿aj± i lekcewa¿± kobiety”. (Kobiety m±dro¶ci, Kraków:1998)
Feministów za¶ takich jak Wiktor Osiatyñski proszê, by opowiadali wiêcej i czê¶ciej o procesie zmiany, któr± wymóg³ na nich feminizm. O w³asnych granicach i ich przekraczaniu, o ¿mudnych, bolesnych, irytuj±cych spotkaniach z uwik³aniem w androcentryzm, o wypl±tywaniu siebie ze spo³ecznej sieci, o wyd³ubywaniu czipów, gdzie zapisane s± bezwiedne skrypty naszych dzia³añ. Tego typu g³osy - pamiêtnikarskie, osobiste, prywatne - pozwol± prze³amaæ dychotomiê mêskiego i kobiecego stylu. A co najwa¿niejsze, dadz± nam wiedzê, gdzie i w jaki sposób zakorzenia siê dominacja.
2009-05-21 19:08:59
Mam nadziejê, ¿e moje prace, podobnie jak prace Piotra Pelki, urzekn± pañstwa dwuznaczno¶ci± i doczekaj± siê aplauzu ze strony Izby Gospodarczej Reklamy Zewnêtrznej, Muzeum Historycznego Krakowa i Pañstwowej Wy¿szej Szko³y Teatralnej. Wszystkie te instytucje s± organizatorami konkursu.
Pozwoli³am sobie pomarzyæ i napisa³am, ¿e konkurs wygra³am, bo mój projekt na tyle "przyci±ga uwagê", ¿e nagrodê mia³abym chyba w kieszeni.
Nagrodzon± pracê mo¿na zobaczyæ tutaj.



2009-05-15 18:37:45
Podobn± akcjê przedsiêwziê³y studentki polonistyki UW. Ruszy³y na odsiecz w³asnej atrakcyjno¶ci prezentuj±c siê w pozach sexi, crazy and cool na zdjêciach prezentowanych aktualnie w uniwersyteckich budynkach.
Ciekawe, jak przebiega³ casting do obu przedsiêwziêæ. Ciekawe, jak czu³y siê kole¿anki bibliotekarek i studentek, które nie mieszcz± siê w restrykcyjnie skrojonych normach kobiecej urody, lub nie s± na tyle pewne siebie, by poczuæ siê zaproszonymi do prezentowania poprawnej "kobieco¶ci".
Oba wydarzenia ich inicjatorki prezentuj± w kategoriach walki ze stereotypem, jakoby praca naukowa czyni³a kobieco¶æ jej adeptek podejrzan± i niepe³n±. Nie przeczê, ¿e taki stereotyp istnieje. W sferze pracy intelektualnej kobiety wci±¿ stawiane s± przed wyborem: rola p³ciowa czy rola zawodowa. Za ka¿dy s³ono siê p³aci.
Udowadnianie, ¿e jest siê ³adn± i atrakcyjn± to jednak nie walka ze stereotypem, lecz desperacka próba, by mieæ ciastko i zje¶æ ciastko. Nie by³oby w tym mo¿e nic z³ego, gdyby nie odbywa³a siê ona kosztem innych kobiet. Dopóki bowiem kobiety ocenia siê na podstawie ich sukcesów i pora¿ek na rynku seksualnym i matrymonialnym, a gwarancj± owego sukcesu jest uroda, dopóty podobne akcje bêd± jedynie podtrzymywaæ opresyjny terror piêkno¶ci. Polega on na tym, ¿e uroda - luksusowy towar, kupowany w postaci kosmetyków, zabiegów, ubrañ, odpowiedniego stylu ¿ycia, kompetencji w dziedzinie mody - decyduje o warto¶ci kobiet i o ich poczuciu warto¶ci, a zatem o ich byæ albo nie byæ.
Innymi s³owy dopóki musimy byæ piêkne, udowadnianie, ¿e takie jeste¶my, jest nie tylko golem do w³asnej bramki, ale tak¿e wyrazem braku elementarnej solidarno¶ci z tymi, których na piêkno nie staæ lub które nie pasuj± do obecnego, skrajnie niedemokratycznego kanonu urody. Niedemokratycznego w tym sensie, ¿e nie mamy mo¿liwo¶ci udzia³u w jego kszta³towaniu. A nawet gdyby¶my mia³y, kanon jest zawsze autorytarny: pozbawia przywilejów wszystkich tych, którzy siê w nim nie mieszcz±. Dlatego zamiast próbowaæ go wype³niaæ, trzeba zakwestionowaæ sam± zasadê urodyzmu.
"Samobój", o którym mowa, nabiera dodatkowego znaczenia w kontek¶cie nauki. Role p³ciowe s± codziennym, czasem niewidocznym, czasem bolesnym brakiem wolno¶ci. Elementem tej opresji jest traktowanie kobiet jako intelektualnie u³omnych, ze wzglêdu na ich rzekomo nadmiern± emocjonalno¶æ i niedostatki racjonalno¶ci, w któr± ponoæ wyposa¿ona jest mêsko¶æ. Jak wielk± moc sprawcz± ma ten stereotyp - wystarczy sprawdziæ proporcje p³ciowe pracowników naukowych wy¿szego szczebla. Tym, którzy nadal nie wierz±, polecam film "Pseudo".
W obliczu tego przejawu mizoginii kobieca autoprezentacja polegaj±ca na skrupulatnym dope³nianiu obowi±zków kobieco¶ci, jest dostarczaniem kolejnego dowodu na to, ¿e kobiety w polu naukowym to - w przeciwieñstwie do ludzi reprezentowanych przez mê¿czyzn - "jedynie" istoty zdeterminowane p³ci±. Wszak wedle tej samej mizoginicznej logiki "ciuszki, szminki, fincifluszki" s± wyrazem determinizmu natury, w sid³ach którego tkwi± kobiety. Dla przeciwników kobiecej emancypacji oznacza to, ¿e podobnej niewoli podlegaj± tak¿e kobiece umys³y.
W zwi±zku z powy¿szym walka ze stereotypami na temat kobiet, które wziê³y na warsztat szczeciñskie bibliotekarki i warszawskie studentki polonistyki, powinna przebiegaæ na opak. Dopóki kobiety bêd± wy¶miewane, upokarzane i dyskryminowane ze wzglêdu na niespe³nianie wymogów kobieco¶ci - z których jednym jest bycie ³adn± - dopóty powinny¶my ten stereotyp przesadnie potwierdzaæ. Zamiast zachowywaæ siê wobec opresyjnej kultury jak klasowa prymuska walcz±ca o szóstkê, trzeba demonstracyjnie udaæ siê na wagary i walczyæ o jedynkê z zachowania.
Sprzyjanie terrorowi piêkno¶ci mo¿e byæ co najwy¿ej rezygnacj± z wyczerpuj±cej i rani±cej walki o ¿ycie nieskrêpowane rzadko artyku³owanymi wprost nakazami.(Je¶li kto¶ nie wierzy, do jakiego stopnia s± one silne, polecam drobny i ¶mieszny eksperyment: raz jeden przejechaæ siê ¶rodkiem publicznego transportu z wyra¼nie nieogolonymi nogami. Sezon wiosenny sprzyja. Panowie niech namówi± na to kole¿ankê i jad± z ni±. Bêdzie ¶miesznie do czasu, gwarantujê). Z pewno¶ci± jednak nie ma siê czym chwaliæ. Je¶li chcemy z nim walczyæ - a z terrorem nie ma ¿artów - jest to walka, która wymaga solidarno¶ci, drogie panie. A solidarno¶æ polega miêdzy innymi na tym, ¿e rezygnuje siê z w³asnych a priori danych przywilejów zamiast udawaæ, ¿e siê ich nie ma.

2009-04-11 10:17:52
Jest to jedyna scena w pe³nometra¿owym filmie animowanym, gdzie pojawia siê wizerunek nagiej kobiety. Jeden na milion ¶wietnie narysowanych, intryguj±cych obrazów. Nie nazbyt istotna dla tre¶ci filmu, dotycz±ca jednego, pobocznego w±tku.
W warszawskiej "Kinotece" ustawiono wielki stand reklamuj±cy film... w³a¶nie t± scen±. Ogromnych rozmiarów naga, cyborgiczna kobieta wita nas po¶rodku hali z kasami.
"Walc z Baszirem" nie jest filmem ani o kobietach, ani o relacjach mê¿czyzn z kobietami, ani nawet o mêskich fantazjach na temat kobiet. Jest to wstrz±saj±cy film o wymordowaniu Palestyñczyków w dwóch obozach dla uchod¼ców, pacyfistyczny film o wojnie, krytyczny film o polityce Izraela, humanistyczny film o traktowaniu ludzi jako miêsa armatniego, psychologiczny film o tym, co wojna robi z ka¿d± stron± konfliktu, spo³eczny film o ofiarach, wreszcie, po¶rednio, film o Holokau¶cie. Jest to tak¿e, w jakim¶ sensie, film o mê¿czyznach. A raczej o ch³opcach, których filmy przedstawiaj± w roli Rambopodobnych, i takich przyzwyczaili¶my siê ich ogl±daæ.
Naga "wielkoludka" jest cytatem z takich w³a¶nie filmów. Nale¿y do ¶wiata iluzji, podobnie jak iluzj± s± filmy przedstawiaj±ce wojnê zgodnie z polityk± historyczn± zwyciêzców, z perspektywy taktyki wojennej, jako grê komputerow± albo ekscytuj±c± przygodê, z której wraca siê w glorii i chwale.
"Kinoteka", szczyc±ca siê tym, ¿e nie jest multipleksem, lecz tak¿e mniej komercyjnym kinem studyjnym, tre¶ci± filmu specjalnie siê nie przejê³a. By zachêciæ do "Walca z Baszirem" postawi³a na sprawdzony manewr. Co najlepiej sprzeda towar? Go³a baba. Sprzeda go najlepiej facetom, ale to dobrze, no bo przecie¿ na filmie siê strzelaj±, widaæ flaki, bomby lec±, fajnie jest.
2009-04-07 16:20:10
W³a¶nie wysz³a na ten temat ksi±¿ka "Wiêzienia nêdzy" Loica Wacquanta (Ksi±¿ka i Prasa). Autor przedstawia szczegó³owe analizy klasowego charakteru programów w rodzaju "zero tolerancji" i penitencjarnej polityki pañstw kapitalistycznych. Ale gdzie¿by tam publicy¶ci ksi±¿ki czytali. Wystarczy³o, ¿e Magierowski powo³a³ siê na osobist± znajomo¶æ z takimi, którzy je¿d¿± na rowerze po pijanemu, a przecie¿ kolegowaniem z plebsem by siê nie zb³a¼ni³. Wniosek z tego mia³ byæ taki, ¿e przestêpstwo to przestêpstwo. Niestety pad³ gol do w³asnej bramki, bo jedyne, o czym mo¿na ze s³ów publicysty Rzeczpospolitej wnioskowaæ, to o tym, ¿e pijany warszawiak na wypasionym rowerze i z grubym portfelem do wiêzienia nie trafi, za to mieszkaniec wsi wracaj±cy noc± na Wigry3 - i owszem.
Na tle prawicowców, komfortowo rozsiad³ych w fotelach, którym prowadz±cy zapewnia³ wsparcie i powa¿anie, Sutowski, traktowany protekcjonalnie, wypa¶æ mia³ jako sztywniacki naiwniak i m³odociany zapaleniec. W ten oto sposób Igor Janke realizuje sprawdzon± i wys³u¿on± metodê kompromitacji pogl±dów, których nie podziela: znajduje sobie ch³opca do bicia i zaprasza na tê okoliczno¶æ kolegów z w³asnej falangi.
Jednym z tematów rozmowy by³y plany PO wobec Instytutu Pamiêci Narodowej. Z wyj±tkiem Sutowskiego publicy¶ci oddali ho³d znakomitej dzia³alno¶ci IPN, a nastêpnie dali wyraz swojej frustracji i oburzeniu z powodu permanentnej dyskryminacji osób wyra¿aj±cych publicznie pogl±dy inne ni¿ "liberalne i lewicowe".
Je¶li kto¶ my¶li, ¿e praca w IPN, dotacje bud¿etowe dla tej instytucji oraz status jej publikacji nale¿± do uprzywilejowanych, to grubo siê myli. Magierowski zasugerowa³, ¿e autorzy niepokornych prac historycznych, którzy zamiast pisania hagiografii lewackich ¶wiêtych oddaj± sprawiedliwo¶æ i prawdê, s± w Polsce pozbawiani publicznego g³osu oraz mo¿liwo¶ci zrobienia kariery naukowej.
Osobi¶cie ciekawa jestem, czy w Polsce - a co dopiero w IPN - ma szansê zrobiæ karierê historyk, który napisa³by niepokorn± wobec aktualnej polityki historycznej pracê o Komunistycznej Partii Polski albo Armii Ludowej. O tej pierwszej prezes PiS powiedzia³ ostatnio, ¿e by³ to "najobrzydliwszy w dziejach polskiej historii nurt". Widaæ niedawnego premiera du¿o bardziej zohydzali np. nielegalni dzia³acze zwi±zkowi ni¿, by wymieniæ tylko jednego kandydata na zaszczytne miano "obrzydliwego", bojówki ONR wprowadzaj±ce w czyn rozwa¿ania endecji na temat rozwi±zania kwestii ¿ydowskiej.
Sutowski, samotny wobec armii pokrzywdzonych przez sferê publiczn± prawicowców - którzy w najlepszym czasie antenowym zasiadaj± przed mikrofonami radia klasy ¶redniej, jad±cej w³a¶nie swoimi samochodami do pracy - skrytykowa³ pion prokuratorski IPN i zaapelowa³ o przesuniêcie dotacji w stronê pionu dydaktycznego. Rzecz w tym, ¿e dzia³alno¶æ drugiego jest równie szkodliwa.
Pierwszy wytacza pokazowe procesy ludziom, którzy budowali w³adzê ludow±. Stanowcz± wiêkszo¶æ tych procesów przegrywa. Ba, nawet do nich nie dochodzi, s± umarzane. Nie ma to jednak jak ideologiczne igrzyska polegaj±ce na upokarzaniu wroga, uosobionego przez ponad osiemdziesiêcioletnich ludzi ci±ganych po s±dach, zastraszanych procesami i pozbawianiem emerytur.
Drugi publikuje ksi±¿ki, na podstawie których pierwszy uprawia swoje prze¶ladowcze sporty. Te ksi±¿ki ciesz± siê mianem naukowych, zostaj± lekturami szkolnymi i podrêcznikami dla studentów. W ksi±¿kach tych - by pozostaæ w obrêbie tego samego przyk³adu - powojenne pogromy na ¯ydach dokonywane przez polsk± partyzantkê, nazywane s± "likwidacj± wspó³pracowników NKWD". W ramach kluczowego dla IPN paradygmatu antykomunistycznego wszelkie dzia³ania niezgodne z etosem katolicko-narodowym s± pozbawione prawomocno¶ci i dezawuowane, zgodne za¶ - gloryfikowane i usprawiedliwiane. To jest, zdaje siê, ta naukowa obiektywno¶æ historyków, o której tyle s³ysza³am. Publicy¶ci przekonuj± jednak, ¿e nie mam siê czym martwiæ: IPN to dzi¶ odpowiednik polskiego podziemia. Jedyni sprawiedliwi w czerwonym morzu k³amstwa. Krzywdzeni i opluwani, pozbawiani szacunku, nara¿aj±c siê na prze¶ladowania nie poddaj± siê w walce z komunizmem, który dzi¶, w formie zamaskowanej, reprezentuje "Gazeta Wyborcza" (sic!).
Poni¿ej zdjêcie zrobione przez moj± siostrê. Funkcjonariuszy IPN uspokajam: w Genui, nie w Polsce. ¦ciganie zbrodniarzy, którzy namalowali ten znaczek (czy¿by cykli¶ci?) podczas protestów alterglobalistycznych, pozostawcie W³ochom.

2009-02-23 19:41:51
Choæ próbuje zasn±æ kobieta nie mo¿e, bo ka¿dy ³omot sprawia, ¿e i jej serce ³omocze. Niby bez sensu i racji w tym niewiele, bo przecie¿ od ³omotów dzieli j± bezpieczna ¶ciana. Mimo to jednak ¶wiadomo¶æ, ¿e metr od niej inna kobieta jest wyzywana i upokarzana nie pozwala siê jej wyluzowaæ, przeciwnie: sprawia, ¿e ca³a siê trzêsie, w ustach ma metaliczny smak i nasilaj± siê jej rozmaite objawy hipochondrii. W koñcu kobieta za¿ywa zio³owe kropelki Bacha na uspokojenie i zasypia natychmiast po tym, jak zasypiaj± jej s±siedzi.
Po wstaniu i ablucjach kobieta spêdza 15 minut przed lustrem maluj±c siê. W trakcie przychodzi jej do g³owy, ¿e zwyczajowo twarze maluj± sobie klowni, cyrkowcy i dzieci, gdy id± na bal przebierañców. Maluj± je tak¿e polscy aktorzy, gdy graj± Czarnych. No i maluj± je kobiety, co w³a¶nie czyni tak¿e ona.
Podczas tych samych 15 minut my¶li, ile pieniêdzy miesiêcznie wydaje na owo przygotowanie twarzy do bycia ujrzan±. Wylicza, ¿e niema³o. I zastanawia siê, co mê¿czy¼ni robi± z tak± nadwy¿k± w portfelu.
Kobieta idzie na lekcje hiszpañskiego. Na tej lekcji, zapytana jakie sporty uprawia (po hiszpañsku rzecz jasna, w którym to jêzyku sport niebezpiecznie zbli¿a siê do deportacji) odpowiada zgodnie z prawd±: futbol. Nauczyciel dopytuje, czy gra z innymi kobietami. Zgodnie z prawd± - znowu - kobieta odpowiada, ¿e i z kobietami i z mê¿czyznami (chicos y chicas - mówi - bo po hiszpañsku kobieta i ¿ona to jedno s³owo, wiêc jako¶ trudno jej go u¿ywaæ).
Nauczyciel wykrzykuje: jak to mo¿liwe?! I komentuje z rubasznym ¶miechem, ¿e to podejrzane. W³±cza siê uczeñ (jedyny na sali) twierdz±c, ¿e ca³a gra kobiety opiera siê na jej urodzie: je¶li podoba siê przeciwnikom - dekoncentruje ich. Nauczyciel ¶mieje siê z kobiety jeszcze g³o¶niej. Inne uczennice ¶miej± siê wraz z nim. Nauczyciel dodaje, ¿e na boisku mê¿czy¼ni odwalaj± brudn± robotê, a kobieta siê bawi.
Kobieta nie ¶mieje siê. Nauczyciel zauwa¿a to, wiêc mówi do niej: kobieto, to tylko ¿art. Ona odpowiada: to ¿art seksistowski i mnie on wcale nie ¶mieszy. Wszyscy milkn±. ¯adna z 15-stu innych kobiet na sali nie odzywa siê. Nauczyciel przechodzi do nastêpnego tematu.
Po wy¿aleniu siê - z u¿yciem wielu przekleñstw - przyjacielowi przez telefon, który na w³asne nieszczê¶cie zadzwoni³ zaraz po lekcji i lojalnie tego wys³ucha³ oraz siê zsolidaryzowa³, kobieta udaje siê do wegetariañskiego baru zje¶æ zupê na ¶niadanie.
W tym¿e barze orientuje siê, ¿e VegaBar, choæ nie zmieni³ swojej nazwy, przesta³ byæ Vega. Od teraz na tablicy zakupów widniej± tak¿e w±troby kilku zwierz±t, skrzyd³a ptaków, ryby ugotowane z oczami i bez.
Kobieta udaje siê do pracy. Po drodze widzi billboard w centrum miasta, który g³osi: "KOBIETY LUBI¡... SIÊ STROIÆ!"
W pracy kobieta opowiada o zdarzeniu na lekcji hiszpañskiego koledze. Ten odpowiada: chyba przesadzasz. Chodzi mu o to jej zdanie: "nauczyciel nie powinien siê tak zachowywaæ". Kolega klepie kobietê po ramieniu mówi±c: "daj na luz" i oddala siê do swojego stanowiska pracy.
Kobieta idzie na sto³ówkê. Na tablicy widnieje jedno danie wegetariañskie: nale¶niki z fasol± w sobie pomidorowym. Zamawia je, ale okazuje siê, ¿e ju¿ nie ma. Zamawia zatem ry¿, wyd³ubuje z bemara resztkê surówki z marchewki (jedynej bez majonezu). Je sama, choæ sama je¶æ nie lubi, od tego dostaje depresji.
Kobieta wraca do domu. Dzwoni jej matka. Opowiada o ich wspólnej znajomej, której doros³y syn i m±¿ czêsto siê k³óc±. Ostatnio poprosi³a ich, by tak nie krzyczeli. M±¿ zerwa³ siê z fotela, cisn±³ palcem w drzwi i krzykn±³: "Wynocha. Natychmiast. Raus". Syn wsta³, wzi±³ butelkê z wod± mineraln± Kropla Beskidu i wyla³ j± matce na g³owê mówi±c spokojnym tonem: "Spierdalaj".
Matka kobiety koñczy opowie¶æ s³owami: Samotno¶æ samotno¶ci±, ale jak s³ucham takich historii to jestem szczê¶liwa, ¿e ¿yjê sama.
Boj±c siê nocnych ha³asów kobieta nie mo¿e zasn±æ. Ogl±da wiêc na YouTube serial "Pitbul", gdzie o kobietach mówi siê: dupa. Kobieta lubi ten serial, bo jest jeszcze straszniejszy ni¿ ¿ycie, wiêc jak siê koñczy - mo¿na przez chwilê poczuæ siê lepiej. Jak siê skoñczy³ kobieta posz³a zas³oniæ okno. Za oknem sta³ podgl±dacz (kobieta mieszka na parterze), który nie zamierza³ udawaæ, ¿e podgl±daczem nie jest.
Podgl±dacz bywa³ pod jej oknem regularnie, wiêc kobieta postanowi³a interweniowaæ. Wysz³a na podwórko i uraczy³a podgl±dacza trzema zdaniami bez przekleñstw. Poszed³ sobie, ale ona ¿a³owa³a, ¿e nie doda³a czwartego, w którym zasugerowa³aby mu, ¿e ma mê¿a. Czu³aby siê bezpieczniej, gdyby wróci³.
Kobieta po³o¿y³a siê spaæ nas³uchuj±c, czy u s±siadów ju¿ zaczê³y siê nocne Polaków frustracje i Polek walki o ¿ycie.

2009-02-19 09:46:59
20-letni student z Wyszkowa zaprosi³ prostytutkê do wynajmowanego na warszawskiej Woli mieszkania. Zabi³ j±, a potem poæwiartowa³ jej cia³o.
Adwokat mê¿czyzny, który gwa³ci³ swoj± ¿onê, znêca³ siê nad ni±, grozi³ jej i jej rodzinie broni± w s±dzie wniós³ o uniewinnienie, bo "kobiety czêsto k³ami±, oskar¿aj± o gwa³t, mszcz± siê". Mê¿czyzna, na pro¶bê obroñcy, decyzj± sêdzi Agnieszki Olszewskiej zosta³ na wolno¶ci do czasu uprawomocnienia wyroku. W tym czasie zabi³ siostrê ¿ony, jej ch³opaka i - podczas policyjnej ob³awy - siebie.
W 2007 r. sier¿ant z lubelskiej policji zgwa³ci³ zatrzyman± na komendzie kobietê. Okaza³o siê, ¿e co najmniej osiem innych kobiet w równie podejrzany sposób - zgarniête noc± z ulicy pod zarzutem nietrze¼wo¶ci - by³o molestowanych przez tego samego policjanta. Dzi¶ jego ówczesny szef dosta³ awans na kierownika sekcji. Ani szef, ani inni policjanci, którzy dy¿urowali z gwa³cicielem, nie ponie¶li ¿adnych konsekwencji.
Wychodzi na jaw historia ojca, który regularnie gwa³ci³, bi³ i poni¿a³ swoj± córkê. Dzi¶ ma ona 21 lat, pierwszy raz zosta³a zgwa³cona w wieku 15-stu. 40-letni wówczas ojciec mówi³ do niej: "Jeste¶ moj± w³asno¶ci± i nikt ciê nie ruszy".
Kilka tygodni wcze¶niej media donosz± o rodzinie, w której ojciec kilkana¶cie lat gwa³ci³ i trzyma³ w niewoli córkê. Rz±d, a za nim media, robi± z tego "aferê pedofilsk±", choæ oskar¿ony mê¿czyzna nadal znêca³ siê nad córk±, gdy ta przesta³a byæ dzieckiem.
Wszystkie te informacje spad³y na nas w ci±gu ostatnich tygodni. W tym samym czasie marsza³ek Sejmu, Bronis³aw Komorowski, proponuje udostêpniæ mê¿czyznom paralizatory. Jego zdaniem ka¿dy mê¿czyzna ma do tego typu broni prawo, by chroniæ "swoj± kobietê". - Jestem zwolennikiem ustawy o obronie miru domowego - podkre¶li³ marsza³ek na antenie RMF FM.
Mo¿na by powiedzieæ, ¿e Komorowski trafi³ pomys³em jak kul± w p³ot, bo 95% ofiar przemocy domowej to kobiety, za¶ 80% ofiar przestêpstw seksualnych zosta³o zgwa³conych przez osoby z rodziny lub bliskich znajomych.
Komorowski trafi³ zatem nie tyle w p³ot, co w kobiety, ale dla rz±du do chyba niewielka ró¿nica. Jedno i drugie jest zawsze czyj±¶ w³asno¶ci±, a w³asno¶æ jest po to, by ni± rozporz±dzaæ. W dodatku i p³ot, i kobieta to zwykle zestaw jednego gospodarza. P³ot jest na tyle wysoki i szczelny, by chroni³ pañsk± prywatno¶æ, w zaciszu której "pan domu" dowolnie zarz±dza reszt± rodziny.
Mo¿na o tym nie pisaæ, bo po co robiæ z przemocy tabloidow± sensacjê. Nie pisz±c mo¿na jednak sprawê przemilczeæ, tak jak przemilczane by³y dot±d "te" sprawy i pewnie nadal przemilczanych jest setki podobnych. To, ¿e media z upokarzania i znêcania siê nad kobietami zwyk³y robiæ "aferê" z przedrostkiem "seks" - jakby tu chodzi³o o intymne relacje, a nie o przemoc i w³adzê - nie znaczy, ¿e mamy my¶leæ o nich w ten sam sposób. Czy nasz jêzyk, wra¿liwo¶æ i sposób my¶lenia zosta³y przez media tak doszczêtnie zdominowane, by¶my nie potrafili powiedzieæ, poczuæ i pomy¶leæ inaczej, ni¿ napisali lub pokazali? Spróbujmy.
Gdy mowa o zbrodniach pope³nianych przez mê¿czyzn wiemy mnóstwo o ich ofiarach - ile mia³y lat, w co by³y ubrane, czy by³y pijane, czy kto¶ s³ysza³, by przeklina³y, czy zdarza³o im siê zdradzaæ swoich mê¿ów lub podrywaæ ch³opców w klubach. P³eæ ofiary jest niemal zawsze stematyzowana: odgrywa istotn± rolê w analizie przypadku. Ofiara p³eæ ma, sprawca - nigdy. Chyba, ¿e jest nim... kobieta. Wtedy wybucha sensacja, mno¿± siê analizy na temat zmian wzorców, kryzysów kobieco¶ci, upadku spo³eczeñstwa, skoro "nawet one"!
W po¶wiêconym mêsko¶ci filmie dokumentalnym "Maska twardziela" (1999) g³ównym narratorem jest Jackson Katz - gwiazda futbolu, jeden z czo³owych antyseksistowskich aktywistów w USA. Katz, analizuj±c spo³eczn± konstrukcjê mêsko¶ci, posi³kuje siê mainstreamow± pras± amerykañsk±, a tak¿e filmami, komiksami, programami telewizyjnymi, reklamami i innymi reprezentacjami kultury popularnej. Du¿a czê¶æ "Maski twardziela" po¶wiêcona jest zjawisku przemocy fizycznej, do u¿ywania której przyuczani s± ch³opcy. Katz udowadnia, ¿e fakt stosowania przemocy przez mê¿czyzn jest dla nas tak oczywisty i "naturalny", ¿e niemal prze¼roczysty. Bezwiednie uznajemy przemoc za cechê mêsk± - czasem szkodliw±, ale jednak ciesz±c± siê nie tylko spo³ecznym przyzwoleniem, lecz bêd±c± swoistym nakazem. Mê¿czyzna, który nie stosuje przemocy skazuje siê na zarzut braku "mêsko¶ci", a co za tym idzie - bycie jej ofiar± ze strony innych mê¿czyzn, a czasem tak¿e bycie nieatrakcyjnym dla kobiet.
To w³a¶nie gender czyli p³eæ konstruowana spo³ecznie i kulturowo - a nie p³eæ w sensie biologicznym - jest pojêciem niezbêdnym, by skonstruowaæ sensowne narzêdzia likwidowania przemocy, w tym przemocy psychicznej, fizycznej i seksualnej. Analiza genderowa ukróca absurdalne oskar¿enia, jakoby w mêskiej naturze le¿a³o stosowanie przemocy, upokarzanie i gwa³cenie kobiet. Historycznie skrojona przez patriarchaln± kulturê "mêsko¶æ" - do realizowania której obligowani s± mê¿czy¼ni i do uznawania której obligowane s± kobiety pod presj± rozmaitych sankcji - jest wzorcem nies³ychanie opresyjnym, niestety dla obu p³ci.
Ukazuj±c spo³eczny charakter ka¿dej to¿samo¶ci p³ciowej kategoria p³ci kulturowej zdejmuje z mê¿czyzn obowi±zek jej wype³niania, poniewa¿ zdejmuje z nich odium nienormalno¶ci, zaburzenia, nienaturalno¶ci, niepe³no¶ci i nieautentyczno¶ci. Odium oskar¿eñ i wykluczeñ, którymi mê¿czy¼ni karani s± za odmowê wdra¿ania mêsko¶ci jako dominacji, przemocy, mêsko¶ci jako zaprzeczenia "kobieco¶ci" definiowanej przez s³abo¶æ i wra¿liwo¶æ.
Druga sprawa dotyczy mo¿liwo¶ci uzyskania pomocy. W mieszkaniu moich s±siadów ¶rednio raz w tygodniu pó³ nocy trwa awantura. Jestem mimowoln± ¶wiadkini±, gdy on krzyczy do niej: "spierdalaj, ty szmato, znowu siê najeba³a¶, kurwo pierdolona". Od czasu do czasu co¶ stuka, brzêka, ³omocze. Kilka razy wzywa³am policjê. Ani razu policja nie wesz³a do tamtego mieszkania. Bo nie potrafili namierzyæ, który to lokal, bo "nic nie s³ychaæ pod ich oknem", "bo ¶wiat³o ju¿ u s±siadów zgaszone", "bo, proszê pani, jest trzecia w nocy, my nie mo¿emy tak ludzi nachodziæ". Za to w moich progach - jako wzywaj±cej - meldowa³a siê nader chêtnie. Awantury nie ustaj±, policja ju¿ nie przyje¿d¿a.
Je¶li chodzi o zmienn± zawód sprawcami przemocy domowej s± najczê¶ciej pracownicy s³u¿b mundurowych: policjanci, wojskowi, stra¿nicy graniczni. Przyzwyczajeni do wymuszania pos³uszeñstwa i autorytarnych metod "komunikacji", potrzebuj±cy odreagowaæ stresy zwi±zane z ¿elazn± hierarchi± personelu w ich pracy, policjanci odreagowuj± na najs³abszym ogniwie czyli ¿onach.
Nie tylko nie s± szkoleni do pracy z ofiarami przemocy domowej i seksualnej, ale albo sami, albo ich koledzy, których kryj±, aktywnie w takiej przemocy uczestnicz±.
Nie dziwi zatem, ¿e kobiety-ofiary przemocy nie zg³aszaj± siê na policjê, skoro tajemnic± poliszynela jest ubli¿aj±ce traktowanie na komisariatach albo zwyk³a bezradno¶æ funkcjonariuszy, którzy zamiast wyuczonych stosuj± metody zaszczepione przez stereotypy i uprzedzenia w rodzaju "bije znaczy kocha", "jak kobieta mówi: nie to znaczy: tak", "jak ma¿ nie bije, to ¿onie w±troba gnije" itp. Dochodzi do tego absolutna bezkarno¶æ policjantów, s³yn±cych z zawodowej solidarno¶ci, za brak której s± oni karani ostracyzmem i szykanami. Efekt? Je¶li molestowa³ ciê policjant masz najmniejsze szanse na wygran±. Znaj±c chocia¿by eksperyment Zimbarda ³atwo sobie wyobraziæ, jak atmosfera pe³nej w³adczo¶ci i braku kontroli wp³ywa na pracê komisariatów.
I ostatnia sprawa na dzi¶: przekonanie o seksualnym charakterze molestowania i gwa³tu. Wbrew obiegowym opiniom podgrzewanym has³ami w rodzaju "seks-afera" przemoc seksualna wobec kobiet stosowana jest jako sposób subordynacji, podporz±dkowania i upokarzania kobiet. Jest narzêdziem dominacji i w³adzy, a nie sposobem roz³adowania seksualnego napiêcia, brutaln± form± seksualnej ekspresji i seksualnego zaspokojenia. Seksualny charakter tej przemocy jest niejako "wtórny" - intymno¶æ to sfera, w obrêbie której mo¿na najmocniej kogo¶ upokorzyæ, dlatego jest w relacjach przemocowych szczególnie czêsto wykorzystywana i nadu¿ywana.
Tymczasem popularne przedstawienia gwa³tu kszta³tuj± nasze wyobra¿enia o tej zbrodni jako o zdarzeniu wynikaj±cym z mêskiego podniecenia, którego nikt i nic nie jest w stanie powstrzymaæ. Ta bujda jest ¶wietnym sposobem podtrzymywania stereotypu usprawiedliwiaj±cego gwa³cicieli i przenosz±cego winê na ofiarê gwa³tu: on "musia³", a ona "prowokowa³a".
Film, który znakomicie pokazuje, czym staje siê seks w relacjach, które nie s± partnerskie, to "Tajemnica Aleksandry" Rolfa De Heera (2003. O tym, ¿e gwa³t w zaciszu domowym pe³ni rolê podporz±dkowania sobie ¿ony i pokazania, "gdzie jej miejsce", napisa³a tak¿e pewna czytelniczka "Wysokich Obcasów": Mój eksm±¿ by³ wziêtym architektem, wielbicielem jazzu, whisky i ubli¿ania swojej ¿onie. Jego ulubionymi zajêciami by³y gra w tenisa i poni¿anie mnie przy swoich znajomych. Nosi³ tylko dobrze skrojone garnitury, w³oskie obuwie i ostr± pornografiê w swej aktówce z cielêcej skóry. Nie znosi³, kiedy pada³ deszcz, kiedy odwiedza³a nas moja mama lub gdy p³aka³am po wymuszonym, brutalnym seksie. By³ chorobliwie zazdrosny, twierdz±c jednocze¶nie, ¿e jestem za brzydka, za prosta i zbyt pospolita, by zainteresowaæ sob± kogokolwiek. Jako hobby traktowa³ t³uczenie naszej ¶lubnej zastawy. Czasem t³uk³ te¿ mnie.

2009-02-16 10:42:22
Rzecz w tym, na co by tê kasê przeznaczono. Tzw. "dostêp" wiosny - czyli kroku cywilizacyjnego - nie czyni. Dostêp polegaj±cy na okablowaniu lub objêciu zasiêgiem miejscowo¶ci, które dot±d go nie mia³y. Nie czyni tej wiosny tak¿e zakup komputerów. Bo sprzêt - nawet ¶wietny - to dopiero jedna jaskó³ka.
Trzeba siê chwilê zastanowiæ, dlaczego mimo, ¿e w wielu miejscowo¶ciach i domach zasiêg jest, z internetu korzystaj± niemal jedynie ludzie m³odzi, g³ównie w celach robienia zakupów i wysy³ania maili. Stosunkowo rzadko u¿ywaj± oni internetu jako ¼ród³a informacji.
Regularnie (przynajmniej raz w tygodniu) z internetu korzysta 39% Polaków w wieku 16-74 lata. Jedynie ok. 50% osób zadeklarowa³o, ¿e kiedykolwiek korzysta³o z internetu. W tym, w celu czytania/pobierania czasopism online: 15%;
w celu udzia³u w czatach i forach dyskusyjnych: 26%(dane: GUS, 2007 r.)
Czynnikami wp³ywaj±cymi na ilo¶æ i jako¶æ u¿ywania internetu s± m.in. wiek, p³eæ i pochodzenie spo³eczne.
Korzystanie z internetu wymaga umiejêtno¶ci podstawowej obs³ugi komputera. Ta z kolei, o ile m³odym wydaje siê kompetencj± prost± i dostêpn±, o tyle ludziom starszym czêsto poza zasiêgiem ich mo¿liwo¶ci. Bo kompetencje to w ogromnej mierze ich "poczucie" - przekonanie, ¿e na czym¶ siê znamy lub poznaæ z ³atwo¶ci± mo¿emy. Lub przekonanie odwrotne - ¿e co¶ jest nie dla nas, ¿e sobie z tym nie poradzimy, ¿e lepiej w ogóle nie tykaæ, bo tylko siê popsuje, zmarnuje lub zniszczy.
Na podobny brak poczucia technicznej kompetencji i mo¿liwo¶ci jej zdobycia cierpi± kobiety. Ukuto na to nawet specjalny termin: technofobia. Technofobia jest chorob± przenoszon± drog± socjalizacji. O ile ch³opcy - by dobrze siê w swojej p³ci usadowiæ - musz± opanowaæ ¶wiat techniczny, o tyle dziewczynki, je¶li nie chc± zbieraæ kuksañców za "niekobieco¶æ" - przeciwnie. Ch³opcy musz± zagl±daæ do silnika, wywierciæ w ¶cianie dziurê, pod³±czyæ pralkê, zbudowaæ rega³, rozmontowaæ namiot. S± wychowywani w przekonaniu, ¿e "naturalnym" jest interesowanie siê sprawami techniki i zdobywanie technicznych umiejêtno¶ci, przynajmniej na poziomie domowego majsterkowicza.
Wychowanie to oparte jest na za³o¿eniu seksistowskim - jakoby mê¿czy¼ni mieli do spraw technicznych specjalne predyspozycje, wiêc ich nie przejawianie skutkuje wykluczeniem ze spo³ecznie nagradzanego "mêskiego grona". Patriarchalny charakter to¿samo¶ci p³ciowych i przemoc u¿yta do ich konstruowania dotyka w równym stopniu wszystkich p³ci. Rzecz w tym, ¿e jednym kompetencje wcielone na skutek tej przemocy bêd± przez ca³e ¿ycie pomagaæ w zdobywaniu dobrych pozycji w spo³ecznym ¶wiecie, a drugim przeciwnie.
Tymi "drugimi" s± rzecz jasna kobiety. Kobiety, które dokonuj± samowykluczenia z zawodów technicznych i informatycznych. Nieporównywalnie rzadziej ni¿ mê¿czy¼ni zostaj± in¿ynierkami, programistkami, informatyczkami. Jak ka¿de samowykluczenie jest ono manifestacj± uwewnêtrznionego przekonania wdra¿anego kobietom od dziecka, ¿e siê do tego nie nadaj±.
Samowykluczenie to przejawia siê w du¿o bardziej prozaicznych momentach ni¿ wybór studiów. Co robisz, szanowna czytelniczko, gdy masz zamontowaæ now± pó³kê w mieszkaniu? Gdy popsu³a ci siê lodówka? Gdy chcesz zainstalowaæ nowe oprogramowanie w komputerze? Albo ten - odpukaæ - za³apa³ wirusa? Gdy kupi³a¶ sobie dvd, ale kabel nie pasuje i trzeba kupiæ nowy? Zabierasz siê za to sama? Szukasz informacji w instrukcji albo internecie? A mo¿e prosisz mê¿a o pomoc? Stukasz do s±siada? Dzwonisz do kolegi? W koñcu wzywasz specjalistê i p³acisz specjali¶cie?
Nie chodzi o to, ¿e kobiety próbuj±, ale nie potrafi±. Nie przychodzi im nawet do g³owy, ¿eby spróbowaæ. Wiedz±, ¿e nie wiedz±. I wierz± w swoj± niewiedzê z si³± dogmatyczek. Mê¿czy¼ni odwrotnie: nie przychodzi im nawet do g³owy, ¿e mogliby poprosiæ kogo¶ o pomoc. Nie wiedz±, ¿e nie wiedz±. I ¶lepo wierz±, ¿e potrafi± nawet, jak nie potrafi±. A, jak wiadomo, wiara czyni cuda.
Na obie zmienne - p³eæ i wiek - nak³ada siê pochodzenie spo³eczne, które z równie ¿elazn± zasad± i równie siln± przemoc± rozdziela poczucie kompetencji. S±dzê, ¿e internetu dotyczy ono szczególnie, bo komputer przywêdrowa³ do Polski w aurze towaru drogiego, luksusowego, wymagaj±cego specjalnych umiejêtno¶ci. Internet za¶ - z pomoc± magii eksperckiego jêzyka - jawi siê jako zjawisko zawrotnych prêdko¶ci, przynale¿ne miastowemu trybowi ¿ycia, wymagaj±ce tzw. obycia z nowoczesn± technologi±.
"Walka z zapó¼nieniem cywilizacyjnym wynikaj±cym z braku dostêpu do nowoczesnych technologii" nie mo¿e zatem polegaæ na dostarczeniu technologii bez brania pod uwagê braku (subiektywnie odczuwanego lub faktycznego) kompetencji korzystania z niej. Brak ów spowodowany jest rozmaitymi uwewnêtrznionymi wykluczeniami. Ani kabel, ani nadajnik, ani komputer nie zmieni± spo³ecznej struktury. Pozwol± tylko lepiej zamaskowaæ jej dyskryminacyjny charakter. Rz±d chcia³by siê pochwaliæ, ¿e w ka¿dym polskim domu jest zasiêg. Kto z niego skorzysta i w jaki sposób - to ju¿ nikogo nie interesuje. Na szczê¶cie dla rz±du, bo gdyby zainteresowa³o, okaza³oby siê, ¿e trzeba w tym kraju zmieniæ du¿o wiêcej ni¿ d³ugo¶æ kabla.
*¬ród³o informacji: Gazeta Wyborcza

2009-02-07 16:06:00
Czê¶æ marszu stanowiæ bêdzie feministyczny FIOLETOWY BLOK.
Warto przyj¶æ pó³ godziny wcze¶niej, bo od 15:30 pod pomnikiem Adama Mickiewicza na Rynku historie kobiet bêd± czyta³y Kobiety w Czerni.
Kobiety w Czerni to miêdzynarodowa inicjatywa, zawi±zywana spontanicznie wszêdzie tam, gdzie kobiety chc± wyraziæ swoj± solidarno¶æ z ofiarami wojny oraz tam, gdzie tocz± siê konflikty zbrojne. Konflikty, których niewidzialnymi ofiarami padaj± cywile, w tym gwa³cone i zabijane kobiety. Kobiety, które w imiê okrutnej idei rozwi±zywania konfliktów przemoc±, dla zysków finansowych, które przez pañstwa s± za pomoc± wojen generowane, trac± najbli¿szych.

Przeczytaj wiêcej o Kobietach w czerni



